Morskie opowieści

7 stycznia 2026. Flota cieni – wysłużone tankowce, najczęściej bez bandery lub pod fałszywą banderą – woziła ropę naftową, objętą sankcjami, po całym świecie i grała Zachodowi na nosie. Ale to, co się stało w tych dniach z tankowcem Marinera i kilkoma innymi, przełamuje ten schemat.

Marinera w poprzednim wcieleniu nazywała się Bella-1 i pływała pod flagą Panamy. W grudniu kierowała się w stronę Wenezueli (według dziennikarzy „The New York Times”, jednostka wypłynęła z Iranu po wenezuelską ropę; nie jest jasne, czy zbiornikowiec coś przewoził, i bardzo jest ciekawe, czym było to „coś”, o ile było – wrócę do tego zagadnienia pod koniec tekstu). Pierwszy raz doniesienia o tajemniczym tankowcu w światowych mediach pojawiły się 20 grudnia ub.r. po tym, jak amerykańska Straż Przybrzeżna wezwała znajdujący się na Morzu Karaibskim statek, by zatrzymał się do kontroli. Załoga puściła wezwanie mimo uszu. Tankowiec zawrócił i popłynął na północ.

Kilka dni później doszło do niespodziewanego cudownego przeistoczenia: flaga Panamy została nad Bellą-1 zwinięta, a na burcie zbiornikowca marynarze – niewątpliwie obdarzeni wybitnym talentem plastycznym – namalowali flagę Rosji. 30 grudnia statek został wpisany do rosyjskiego rejestru morskiego pod nazwą Marinera. Znana z trzymania się przepisów prawa Rosja nazajutrz wysłała do USA oficjalną notę, w której domagała się zaprzestania pogoni. Co więcej: w stronę tankowca wysłano kilka rosyjskich jednostek mających ją chronić, w tym okręt podwodny. Na chwilę sprawa przycichła.

I oto dzisiaj, gdy tankowiec znajdował się w północnej części Oceanu Atlantyckiego w pobliżu Islandii, doszło do udanego amerykańskiego desantu na Marinerę (którą Amerykanie nadal nazywają „Bella-1”, czym zapewne dają do zrozumienia, że nie uznali tego nader szybkiego zarejestrowania jednostki w Soczi). Desant miał sankcję amerykańskiego sądu, podstawą interwencji było łamanie sankcji. Co ciekawe, wysłana z Rosji eskorta, która miała zapewnić Marinerze bezpieczny kurs (statek najprawdopodobniej kierował się do Murmańska), nawet nie drgnęła i nie przyszła w sukurs. Może nie zdążyła, może czekała zbyt długo na rozkazy…

W tym czasie doszło do jeszcze jednego przejęcia – na Morzu Karaibskim znajdował się tankowiec Sophia, który również został w ostatnich dniach w ekspresowym tempie wpisany do rosyjskiego rejestru. Mimo to desant wysadzono – podobnie jak na Marinerze. Amerykański sekretarz wojny Pete Hegseth tłumaczył: „Blokada objętej sankcjami i nielegalnie wydobywanej wenezuelskiej ropy pozostaje w mocy na całym świecie”. Natomiast rzeczniczka Białego Domu oświadczyła, że załoga Marinery zostanie postawiona przed amerykańskim sądem.

Rosyjskie ministerstwo transportu powołało się na konwencję ONZ (z 1982 r.), która daje swobodę poruszania się statkom pływającym pod narodowymi banderami. A MSZ Rosji wydało komunikat, w którym wezwało Stany Zjednoczone do humanitarnego traktowania rosyjskich marynarzy z zatrzymanych statków.

Mniej dyplomatyczny w słowach był deputowany Dumy Państwowej Aleksiej Żurawlow, który nazwał działania USA „piractwem” i przypomniał, że doktryna wojenna Rosji dopuszcza użycie broni jądrowej. – Trzeba zatopić amerykańskie statki, wystrzelić torpedy. Damy w ten sposób Waszyngtonowi prztyczka w nos. I to w sytuacji, gdy Stany znajdują się w stanie euforii bezkarności po aresztowaniu Maduro – oznajmił. Rosyjscy wojskowi na razie się nie wypowiadali co do prztyczków, sami się chyba trzymają za nosy w związku z Wenezuelą.

Temat powróci. Choćby z powodu zasygnalizowanej wyżej zagadki: co było na pokładzie tego płynącego z Iranu tankowca? Jak pisze w komentarzu na X Iwan Prieobrażenski: „Państwa zwykle nie prowadzą operacji wojskowych, aby przechwycić statki floty cieni. A inne państwa nie wysyłają okrętów podwodnych, aby flotę cieni broniły. We flocie cieni obsługującej Rosję są setki jednostek. Są one wpisywane na listy sankcyjne, ale nikt nie dokonuje desantu, aby je przejąć. I Rosja nie daje im dla ochrony wojskowych konwojów. Ani sam tankowiec, ani przewożona nim ropa nie są warte takiego zachodu. [Marinera] nie przewoziła ropy. Płynęła z Iranu. Zainteresowanie USA tankowcem oraz rosyjskie próby, by nie dopuścić do przejęcia, są związane być może z tym, że statek ma na pokładzie coś szczególnego”.

Moskwa patrzy na Caracas

5 stycznia 2026. Reakcja Moskwy na brawurową akcję amerykańskich sił specjalnych, które wywiozły prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, by postawić go przed amerykańskim sądem, jest jak dotąd bardzo stonowana. Do tej pory u w sprawie, o której mówi cały świat, Władimir Putin osobiście głosu nie zabrał. W ogóle gdzieś zniknął.

Amerykańska „operacja specjalna” w Caracas była dla rosyjskich władz zaskoczeniem. Czas jest teraz w Rosji szczególny – do 8 stycznia trwają noworoczne ferie, kto nie musi zostawać w domu, pakuje walizy i wyjeżdża albo odcina kable, łączące ze światem, a w każdym razie z pracą. 3 stycznia to dzień, kiedy jeszcze trwa hulanka rozpoczęta 31 grudnia wieczorem, dobra zabawa jest priorytetem. Zatem kiedy doszło do uderzenia amerykańskich sił na Caracas i do schwytania śpiącego Maduro (w nocy z 2 na 3 stycznia), rosyjscy politycy nawet jeszcze nie zaczęli posylwestrowej rekonwalescencji. Zareagował tylko dyżurny MSZ, wydając kolejno kilka okrągłych dyplomatycznych komunikatów. Skrytykował w nich działania USA, nazywając je agresją, zadeklarował solidarność z narodem wenezuelskim. Rosja wyraziła też ubolewanie z powodu wywiezienia Maduro do Stanów i zaapelowała o jego uwolnienie. Dziś podczas zwołanego na wniosek Rosji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ przedstawiciel Federacji Rosyjskiej Wasilij Niebienzia, znany z wykręcania kota ogonem, wyrażał oburzenie z powodu pogwałcenia prawa międzynarodowego (gdy Rosja napadła na Ukrainę 24 lutego 2022 r. Niebienzia oburzenia nie wyrażał i nie widział w tym akcie pogwałcenia prawa międzynarodowego, wręcz przeciwnie – od tamtego czasu zawsze atakował Ukrainę i państwa ją popierające). Można bez końca patrzeć w ogień, słuchać śpiewu słowika albo czytać, jak państwo permanentnie łamiące prawo międzynarodowe upomina się, by inne państwa nie łamały prawa międzynarodowego.

Nawet znany z firmowych klątw pod adresem zachodnich adwersarzy Dmitrij Miedwiediew, ongi prezydent Rosji, był dużo łagodniejszy niż zwykle, „ekipa Trumpa jest twarda i cyniczna w realizowaniu interesów swojego kraju. Obalenie Maduro nie miało nic wspólnego z narkotykami – tylko z ropą. I oni otwarcie o tym mówią. Powiemy towarzyszom ze słonecznego Pindostanu [obraźliwa nazwa USA] otwartym tekstem: teraz nawet formalnie nie mają tytułu, aby o cokolwiek oskarżać nasz kraj” – powiedział w wywiadzie dla TASS.

Jeśli nie liczyć kilku zdezorientowanych wypowiedzi czy wpisów w mediach społecznościowych polityków czy urzędników drugiego i trzeciego szeregu, to jeżeli chodzi o polityczne reakcje tyle. Putin się nie odniósł do wydarzeń w Wenezueli. Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawiał z Maduro przez telefon i zapewniał o wsparciu dla działań władz na rzecz obrony suwerenności tego kraju.

Ale gdy już przyszło co do czego, Rosja – podobnie jak w przypadku nagłej sytuacji w Syrii, jak i w związku z atakiem izraelsko-amerykańskim na Iran – nie zrobiła nic w sprawie obrony swojego zaprzysięgłego przyjaciela z Wenezueli. Co więcej – nawet wysławiane przez propagandę rosyjskie systemy S-300 nie zapewniły Maduro bezpieczeństwa. To kolejna plama. Nie ma też na razie żadnych oficjalnych komunikatów, co się dzieje z rosyjskimi wojskowymi w Wenezueli (najprawdopodobniej obecni tam są instruktorzy wojskowi, może jacyś wagnerowcy).

Może z noworocznej mgławicy coś na kształt reakcji politycznej wreszcie się wyłoni, jak rosyjski establishment odzyska przytomność. No i jak przyjdzie instrukcja z góry. Na stronie kremlin.ru (oficjalna strona Kremla) jako ostatni wpis figuruje orędzie noworoczne Putina. Nagrane zapewne wcześniej. Po internetach chodziły słuchy, że Putin zaplanował sobie noworoczną przerwę – najpierw kilka dni z rodziną, potem wymagająca dyskrecji i czasu kolejna operacja kosmetyczna. Telewizja pokazuje „konserwy”, np. dzisiaj rozwodziła się o tym, jak to Putin spełnia życzenia dzieci w ramach akcji „Choinka marzeń”. To też zapewne materiały nagrane zawczasu, aby umożliwić Putinowi zniknięcie za kulisami. Zresztą w związku z akcją rzekomego ataku dronów na rezydencję Putina, rzecznik Kremla zapowiedział, że miejsce pobytu prezydenta pozostanie utajnione ze względów bezpieczeństwa.

A Wenezuela? Cóż, musi poczekać, Rosja wszakże musi się wyszumieć – ci bogatsi na Malediwach czy w Dubaju, a ci mniej zasobni – w Plesie, Suzdalu albo na najbliższych ośnieżonych górkach lub przy sklepie z napojami.

Noworoczne zagadki Kremla i okolic

2 stycznia 2026. Stary Rok zakończył się w Rosji z przytupem. Putin w rozmowie telefonicznej z Trumpem rzucił ciężkie oskarżenie pod adresem Kijowa: ukraińskie drony miały pono zaatakować jego rezydencję na Wałdaju.

Końcówka roku w Rosji bywa na ogół bardzo intensywna, wszyscy starają się na maksa docisnąć, zamknąć ważne rozdziały, aby mieć chwilę spokoju na początku Nowego Roku (co najmniej do 7 stycznia, a jeszcze chętniej do 13 stycznia – Starego Nowego Roku – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2008/01/11/stary-nowy-rok/). Rok 2025 nie był w tym wyścigu wyjątkiem. W Ameryce trwały negocjacje w sprawie uregulowania „konfliktu ukraińskiego” – przyjechała najpierw delegacja rosyjska, potem ukraińska, prezydent Zełenski spotkał się z prezydentem Trumpem (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/12/29/osiodlac-fale-cieplych-morz/). W ten dyplomatyczny korowód wpleciona została jeszcze rozmowa telefoniczna Putin-Trump. I właśnie podczas tej rozmowy rosyjski wódz miał wyrazić „wielki oburz” z powodu wiarołomnej napaści ukraińskich dronów na mały biały domek w obwodzie nowogrodzkim, w którym gnieździ się Putin i jego nieokreślona rodzina (dziennikarze śledczy twierdzą, że w rezydencji na Wałdaju mieszka Alina Kabajewa i jej dwaj małoletni synkowie z nieformalnego związku z Putinem).

Rosyjska propaganda ruszyła z kopyta. Nawet głównego kapłana Władimira Sołowjowa zawrócono z zasłużonego urlopu. Gadające głowy w telewizyjnych seansach nienawiści grzmiały: (rzekomy) „atak na prezydencką rezydencję to wypowiedzenie przez Ukrainę wojny” (tak, tak, wypowiedzenie wojny, bo wojny – wedle rosyjskiej propagandy – nie ma, toczy się jedynie sprawiedliwa „specjalna operacja wojskowa”), od czci i wiary odsądzano zachodnich sojuszników Kijowa, padły wezwania do uderzenia w rezydencję Zełenskiego albo budynki rządowe Ukrainy, grożono użyciem broni hipersonicznej wobec Wielkiej Brytanii i tak dalej. Przed kamerami telewizyjnymi ustawiono również szefów klubów parlamentarnych, którzy jeden przez drugiego jak po sznurku wskazywali sprawcę tego niesłychanego barbarzyństwa („faszystowski reżim w Kijowie”) i domagali się zerwania procesu pokojowego.

Z obszernym komunikatem wystąpił minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow. Oskarżył on Ukrainę o wysłanie nad wałdajską rezydencję 91 dronów. I zapowiedział, że w związku z tym atakiem rosyjskie stanowisko w rozmowach pokojowych zostanie zrewidowane (to kluczowe sformułowanie: sygnał, że Rosja nie zamierza zmierzać do pokoju; skoro prawdziwego powodu nie ma, to można spreparować wyimaginowany pretekst). Początkowo nawet rosyjskie ministerstwo obrony nie potwierdziło tych rewelacji – w pierwszym komunikacie mowa była o 41 dronach, które dotarły nad obwód nowogrodzki (choć nie nad samą rezydencję) i zostały zestrzelone. Warto przypomnieć, że Putin jest zapobiegliwy i wokół jego gniazdka rozmieszczone są najbardziej wypasione systemy obrony przeciwlotniczej.

Początkowo Donald Trump w wypowiedzi przed dziennikarzami wyraził niezadowolenie z powodu ataku, powołał się na słowa Putina. Potem do akcji wkroczyły CIA i Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA. Agenci przeanalizowali dane i… nie znaleźli potwierdzenia ataku. Trump został o tym poinformowany i 31 grudnia w Truth Social powołał się na artykuł w „The New York Post” (w którym zostało dowiedzione, że żadnego ataku bezzałogowców na dom Putina nie było – https://nypost.com/2025/12/30/opinion/putin-attack-bluster-shows-russia-is-one-standing-in-way-of-peace/) i napisał: ten incydent pokazuje, że to Rosja stoi na przeszkodzie osiągnięciu pokoju. Instytut Studiów nad Wojną (ISW) też zbadał sprawę i zakomunikował, że nie znalazł żadnego potwierdzenia ataku w dostępnych danych geolokacyjnych (żadnych wybuchów ani hałasów, zwrócono też uwagę, że nie ma żadnych wzmianek o ewentualnym ataku bezzałogowców w doniesieniach miejscowych mediów, ponadto przedstawiciele miejscowych władz też się o rzekomym ataku nie zająknęli).

Rosja jednak nie odpuściła – nie ma dowodów? No to macie dowody! Najlepsze, jeszcze ciepłe, prosto z biurek i drukarek rosyjskich generałów. 1 stycznia ministerstwo obrony przekazało attaché wojskowemu USA paczkę ze znalezionym jakoby w lesie koło rezydencji kawałkiem drona i jego zawartość („plik z zadaniem”), co ma stanowić potwierdzenie – w myśl zapewnień strony rosyjskiej – że dron został wysłany na rezydencję. Nie wiem, jak attaché zachował kamienną twarz podczas tego przedstawienia, gdy wręczano mu owe rzekome dowody. Jeden z komentatorów na X napisał: „CIA zna trajektorię każdego drona, Amerykanie mają dane radiolokacyjne, monitorują wszystko za pomocą satelitów itd. Mają pełen obraz w real time, a nie jakiś żałosny „plik z zadaniem”, który można zrobić na kartce wyrwanej z notesu. To mniej więcej tak, jak astronoma ktoś chciałby przekonać o tym, że Ziemia jest płaska, pokazując mu rysunek horyzontu, zrobiony przez dziecko. […] Rzeczywistość wygląda tak, że gdyby faktycznie ukraińskie drony leciały nad rezydencję Putina, to Amerykanie dowiedzieliby się o tym wcześniej niż sam Putin” (https://x.com/fakeofforg/status/2006757600382144606).

Trzeba pamiętać, że Rosja ma przećwiczone akcje dezinformacyjne do perfekcji – proszę sobie przypomnieć mylenie śladów choćby po zestrzeleniu przez rosyjskiego Buka samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych nad Donbasem w lipcu 2014 r., zaprzeczanie oczywistości, wywleczonym na światło dzienne dowodom, wypieranie się do ostatniego tchu, przedstawianie fałszywych świadectw itd.

Teraz w telewizji pokazują ten fałszywy serial o Wałdaju ku wzmocnieniu ducha bojowego ludności, a na rynek zewnętrzny alarm jest potrzebny, aby zamaskować niechęć do zawarcia pokoju.

Szyderczy komentarz Maksim Mironowa na X niech będzie dobrym podsumowaniem tej historii: „Pod koniec czwartego roku trzydniowej wojny Putin skarży się Trumpowi, że jego rezydencja znalazła się pod ostrzałem”.

Na koniec noworocznego wpisu przytoczę opowieść wigilijną nowego typu: pod koniec grudnia w mediach pojawiły się informacje o śmierci Denisa Kapustina – legendarnego dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (walczącego po stronie Ukrainy), a 1 stycznia 2026 r. ukraiński wywiad (HUR) poinformował, że śmierć Kapustina była inscenizacją, czyli fejkiem, wykreowanym po to, aby wyjawić agentów rosyjskich służb specjalnych. Szef HUR Kyryło Budanow (który od dziś jest szefem kancelarii Zełenskiego) oświadczył, że w trakcie operacji ukraiński wywiad ustalił osoby, które zleciły zabójstwo Kapustina, oraz wykonawców, a przy okazji pozyskano środki, które strona rosyjska przeznaczyła na zabójstwo (notabene okazało się, że z tych środków wyparowała spora kwota, widocznie rosyjscy decydenci podzielili się nią „po drodze”). Strona ukraińska zapewniła, że Kapustin nadal wykonuje przewidziane zadania.

Szczęśliwego Nowego Roku 2026 dla Państwa! Oby nam się!

Osiodłać falę ciepłych mórz

29 grudnia 2025. Rozmawiać, gadać, powtarzać truizmy, dywagować, odpowiadać, rozpływać się w uprzejmościach, a jeszcze uśmiechać się, prawić puste komplementy. No i sprawiać wrażenie. I wyrażać nadzieje. To skrót najważniejszych punktów minionych kilku dni, gdy odbyły się rozmowy, mające w tytule ustanowienie pokoju na Ukrainie.

Kolejna runda odwracania kota ogonem, który od tego odwracania już chyba ogona nie ma. 19 grudnia specjalny wysłannik Trumpa Steve Witkoff w towarzystwie prezydenckiego zięcia Jareda Kushnera spotkali się z delegacją ukraińską. Wedle oficjalnych komunikatów, omawiano zakres gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, które miałyby nastąpić po zakończeniu konfliktu. Poza ogólniki komunikaty nie wyszły. W następnych dniach Witkoff i Kushner bezprzedmiotowo męczyli bułę z ulubionym przedstawicielem Kremla – Kiriłłem Dmitrijewem, który przyjechał do Miami. Witkoff był rozmiękczony, ujęty i olśniony tym, jak to Rosja jest „całkowicie zaangażowana w osiągnięcie pokoju”. Tymczasem rzecznik Kremla fuknął, że postulaty zgłaszane w ramach planu pokojowego przez stronę ukraińską (i europejską) są dla Moskwy nie do przyjęcia. I to do tego stopnia, że na razie nie może być mowy o rozpoczęciu trójstronnych rozmów Kijowa, Moskwy i Waszyngtonu.

Jednym słowem: znowu grali, grali i nic nie ugrali. W tym czasie, gdy toczyły się rozmowy ukraińsko-, a potem rosyjsko-amerykańskie, a Biały Dom ogłaszał, że zaraz dojdzie do spotkania Trump-Zełenski, Putin wysłał komunikat za ocean w swym firmowym stylu. Ubrał się znowu w mundur i wygłosił kocopoły o pokojowych zamiarach Rosji, która domaga się tylko tego, co do niej (rzekomo) należy. I w ramach swej łaskawości nie chce nawet zawładnąć całym Donbasem, nie, skądże. Mówił jeszcze o tym, że to „kijowski reżim nie chce zakończenia konfliktu na drodze pokojowej”. Ale nie szkodzi – skoro Ukraina chce się bić, to Rosja osiągnie cel na drodze militarnej, ile to roboty (https://www.agents.media/pered-vstrechej-zelenskogo-i-trampa-putin-zayavil-o-pochti-nulevom-interese-k-polucheniyu-donbassa-v-hode-peregovorov/). A dla podkreślenia pokojowych intencji tego samego dnia rosyjska armia przez wiele godzin rąbała po cywilnych obiektach Kijowa i innych ukraińskich miast, powodując koszmarne straty.

Jak słusznie napisali analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich w tekście „Bez efektu: rosyjsko-amerykańskie i ukraińsko-amerykańskie rozmowy w Miami”: „Celem Moskwy jest niezmiennie doprowadzenie do wymuszenia kapitulacji Kijowa na rosyjskich warunkach w wyniku amerykańskiej presji i/lub załamania ukraińskiej obrony w wyniku wstrzymania pomocy USA. Kreml dąży również do otwarcia drogi do rewizji europejskiej architektury bezpieczeństwa oraz czyni starania na rzecz zniesienia amerykańskich sankcji i skłonienia Waszyngtonu do złamania solidarności Zachodu poprzez współpracę z Rosją” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2025-12-22/bez-efektu-rosyjsko-amerykanskie-i-ukrainsko-amerykanskie-rozmowy-w).

Przygrywka w postaci rozmów na niższych szczeblach miała znaleźć szczęśliwy finał w rozmowie prezydentów USA i Ukrainy na Florydzie 28 grudnia. Rozmowa się odbyła, obaj rozmówcy wyszli potem do dziennikarzy, żeby podzielić się pustką. Bo – jak i w poprzednich usiłowaniach Trumpa, by znaleźć rozwiązanie konfliktu – i tym razem u podstaw legło fałszywe założenie: że pokój zależy od złamania woli ofiary do stawiania oporu zbrodniczemu najeźdźcy i że należy ugłaskać zbrodniczego najeźdźcę, aby przestał być zbrodniczym najeźdźcą, a stał się fajnym biznesmenem, z którym można kręcić lody. Słowa Trumpa (który przed spotkaniem z Zełenskim przez ponad godzinę rozmawiał przez telefon z Putinem), że Putin pragnie sukcesu Ukrainy, można wyszywać na makatkach. Makatki rozejdą się jak świeże bułeczki albo nakopane w Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej bitcoiny. Taki oryginalny пис дил (peace deal).

Dziś Kreml uprzejmie przytaknął Trumpowi, że na drodze do pokoju nastąpił postęp. „Nie uznajemy za stosowne ukonkretnić obecnie tego sformułowania” – zaznaczył enigmatycznie rzecznik Pieskow. A doradca prezydenta ds. międzynarodowych Jurij Uszakow poinformował, że powstaną grupy robocze ze strony Rosji i Ukrainy, które będą pracować nad porozumieniem pokojowym. Będą pracować i pracować.

Tymczasem Putin znowu zwołuje naradę o sytuacji na froncie, generałowie mu meldują, że rosyjska armia prze naprzód. A proponowanego zawieszenia ognia na czas ewentualnego referendum (co proponowała strona ukraińska) nie będzie: Putin oznajmił, że to będzie możliwe tylko po tym, jak ukraińska armia wycofa się z Donbasu. Putin od czterech lat próbuje zdobyć Donbas siłą militarną i jakoś nie może i nie może, więc zaprzągł do tego jeszcze rydwan dyplomacji. Może ten coś wskóra.

Na koniec jeszcze słowo o osobistym osiągnięciu Kiriłła Dmitrijewa, który swój pobyt w Miami wykorzystał do zaczerpnięcia przyjemności życia. Dmitrijew zamieścił na swoich mediach społecznościowych filmik z radosnego surfowania (https://www.kp.ru/online/news/6745078/), który opatrzył podpisem „Duch Miami”. Warto zwrócić uwagę, że ma na sobie koszulkę z cytatem z Putina.

Dmitrijew jest objęty sankcjami USA, które są uchylane z okazji jego przyjazdów na rozmowy pokojowe. Ukraińskie media piszą, że matka Dmitrijewa, Tamara Szewczenko i siostra Natalia mają nie tylko ukraińskie (on sam urodził się w Kijowie), ale także amerykańskie obywatelstwo i od 2022 r. mieszkają w Stanach.

Pokojowy Kozak za progiem Putina?

22 grudnia 2025. Sukcesja jest jednym z problemów systemowych putinizmu. Bo choć Putin chce być długowieczny, a nawet nieśmiertelny, i nie zamierza opuszczać kremlowskiego tronu, to jednak kiedyś „grupie trzymającej władzę” przyjdzie problem następstwa po nim rozwiązać. W Rosji wybory są tylko fasadowym spektaklem, więc trzeba będzie szukać innych dróg. Od czasu do czasu w mediach pojawiają się spekulacje o przygotowaniach do zmiany personalnej na szczycie. W tym tygodniu w „The New York Times” ukazała się łzawa historia o Dmitriju Kozaku, który jakoby wszedł w konflikt z Putinem na tle najazdu na Ukrainę. Czy to był przeciek kontrolowany? Przez kogo? I w jakim celu? Po kolei.

Powtarzające się jak czkawka po jajach na twardo opowieści na temat szykowania tej czy tamtej osoby – z otoczenia Putina lub z wysokich urzędów – do objęcia schedy są ciekawym ćwiczeniem intelektualnym, ale jako prognozy mają wartość wątpliwą i przemijającą. Miejsca medalowe w tych domniemanych przymiarkach zajmują od dawna Aleksiej Diumin (gubernator obwodu tulskiego, w przeszłości zaufany osobisty ochroniarz Putina), Dmitrij Miedwiediew (mimo zapędów do wulgarnego krasomówstwa, jakim popisuje się w mediach społecznościowych oraz nadmiernego pociągu do napojów wyskokowych), Michaił Miszustin (premier), zaraz za podium plasują się jeszcze Igor Krasnow (przewodniczący Sądu Najwyższego, wcześniej prokurator generalny; podobno koledzy „siłowicy” trzymają jego stronę) czy Siergiej Kirijenko (ważna figura w administracji prezydenta, ongi najmłodszy premier Rosji, nazywany „Kinder niespodzianką”).

Wszyscy wyżej wymienieni są ludźmi Putina, oddanymi, sprawdzonymi, zaprawionymi w bojach. I tak jak on – wymazanymi krwią licznych ofiar. W zestawieniu ewentualnych kandydatów do tronu powinien – tak dla bhp – znaleźć się ktoś, kto układ zna, z układu wyszedł, a może tylko został w kontrolowany sposób wystawiony i może w każdej chwili wrócić na białym koniu, aby przejąć regalia. Być może do takiej właśnie roli został przeznaczony Dmitrij Kozak – bohater wspomnianej wyżej publikacji „The New York Times”. Być może, bo przecież wszystkie rozważania na temat kremlowskich personaliów należą do gatunku baśni lub pobożnych życzeń.

Kozak należy (należał) do najbliższego kręgu współpracowników Putina, znają się jeszcze z Petersburga (lata 90.). Był człowiekiem zaufanym, do specjalnych poruczeń – zadań trudnych, priorytetowych, jak uspokajanie Czeczenii po zamachu na Achmata Kadyrowa, nadzór nad przygotowaniami do igrzysk zimowych w Soczi w 2014 czy integracja anektowanego Krymu. Taki dorobek słabo się klei z wizerunkiem pacyfisty i antyputinisty, ale o tym – za chwilę. Przed inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. Kozak prowadził negocjacje z ukraińską delegacją, których przedmiotem były porozumienia mińskie. Bez rezultatów. Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa FR, na którym Putin kazał po kolei wszystkim obecnym akceptować wojnę, Kozak wyraził pewne wątpliwości co do celowości militarnego rozwiązania.

O odrębnym zdaniu Kozaka na temat „specjalnej operacji wojskowej” pisano wiele w połowie września br., gdy oficjalnie opuścił on stanowisko zastępcy szefa administracji prezydenta (https://echofm.online/portret-dnya/dmitrij-kozak-pokidayushhij-verhushku-vlasti-soratnik-putina-i-vozmozhno-protivnik-vojny-v-ukraine). Czyli nie od razu po rozpoczęciu inwazji, a trzy i pół roku później. Czy to świadczy o frondzie?

Może – jak pisze socjolog Igor Ejdman (https://echofm.online/opinions/putinu-ishhut-preemnika) – te publikacje to komponenty operacji tworzenia legendy przeciwnika wojny w otoczeniu Putina. „Za przeciekiem w zachodniej prasie o jakoby antywojennym stanowisku Kozaka stoi najprawdopodobniej grupa „umiarkowanych” w rosyjskiej biurokracji, która już teraz szuka kogoś, kto mógłby zastąpić Putina, albo przynajmniej kandydatów na następców, gdyby Putin zmarł. Najważniejszy warunek, jaki powinien spełniać taki kandydat to fakt, że nie jest od wprost odpowiedzialny za wojnę na Ukrainie, a zatem może się dogadywać o odtworzeniu współpracy z Zachodem (zadanie, które będzie się starać rozwiązać każda władza w Rosji, jaka nastanie po Putinie)”. Ci ludzie, zdaniem Ejdmana, będą chcieli przywrócić model współistnienia, do którego się przyzwyczaili: „kraść w Rosji, a wydawać i inwestować na Zachodzie”. Potrzebują do tego zniesienia sankcji, przywrócenia aktywów i dostępu do zachodnich rynków.

Z tezą o wybielaniu Kozaka nie zgadza się dziennikarz Maksim Kurnikow z „Echa” (https://echofm.online/programs/chto-my-znaem/chto-my-znaem-s-maksimom-kurnikovym-8): „Nie chce mi się wierzyć w teorię o szykowaniu Kozaka na następcę. Po pierwsze dlatego, że nie uważam, że [Kreml] może szykować jakiegokolwiek następcę, który byłby antywojenny. To wishful thinking czystej wody”.

Tymczasem Rosja ani myśli wstrzymywać działań wojennych, Putin wykluczył nawet zawieszenie broni na okres świąteczny. Opowieści wigilijnej dla Ukrainy – i nie tylko dla niej – nie przewiduje.

Na całej połaci – Putin. Na razie

20 grudnia 2025. Już nie pierwszy raz moskiewski Gostinyj Dwor jest areną putinowskich rytuałów. Tym razem urządzono tu obszerne studio, w którym pomieścili się liczni goście (głównie pracownicy mediów) oraz – ustawiony w odpowiedniej odległości od gawiedzi – wielki trójkątny stół, przy którym zasiadł główny aktor spektaklu „Bezpośrednia linia z prezydentem” i dwoje członków kremladzi (obsługi), imitujących dziennikarzy.

Jak i w ubiegłych latach męczenie buły trwało ponad cztery godziny. Putin pływał żabką w wielkim basenie wazeliny, próbował pokazać, że jest w znakomitej formie, na wyrywki zna doskonale cudowne statystyki gospodarcze, ogarnia sercem cały kraj. A kraj jest mu za to bardzo wdzięczny i dostarcza dowodów miłości (jedna z uczestniczek, której udzielono głosu, upewniała się: „Ale pan czuje, Władimirze Władimirowiczu, że młodzi pana popierają? Prawda, czuje pan to?”; jakże nie czuć, skoro fetor roznosi się po całej okolicy?).

Spektakl przebiegał w spokojnej, sennej atmosferze. Uważnym widzom ciśnienie mogło podskoczyć w górę, gdy Putin przez zęby sączył wojenne hasełka albo powtarzał ewidentne kłamstwa, wykorzystywane od dawna do zasłaniania agresywnych mocarstwowych celów Rosji wobec „państw nieprzyjaznych”. W przeglądzie tej putinowskiej boroglątwy znalazły się żelazne punkty: o wystawieniu do wiatru Rosji, której obiecano (kto? kiedy?), że NATO się nie rozszerzy; o faszystowskim, nielegalnym reżimie w Kijowie, odpowiedzialnym za rozpętanie wojny do spółki z „europejskimi prosiakami”; zapewnienie: „nie uważamy się za odpowiedzialnych za śmierć ludzi na Ukrainie, bo to nie my zaczęliśmy wojnę”; „nie będzie żadnych nowych operacji [wojskowych], jeżeli będziecie odnosić się do nas z szacunkiem i będziecie brać pod uwagę nasze interesy” itd. Putin też przywoływał do porządku europejskich polityków, którzy zastanawiają się nad losem rosyjskich aktywów za granicą: „To grabież! Jeżeli nasze aktywa zostaną zarekwirowane, Rosja będzie dochodzić swoich praw w sądach. Znajdziemy taką jurysdykcję, która jest niezależna od politycznych wpływów”. Wiadomo: sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

– U nas nie ma represji, nikogo nie prześladuje się z powodów politycznych – oznajmił, i to z wielkim zadowoleniem, Putin, pytany o wykorzystywanie przepisów ustawy o agentach zagranicznych do gnębienia przeciwników politycznych i osób niezadowolonych. Po raz kolejny zasłonił się tym, że takie przepisy jako pierwsze wprowadziły Stany Zjednoczone, to nie jest rosyjski wynalazek, a w ogóle to rosyjski wariant jest łagodny jak baranek – stawia tylko wymagania co do ujawniania źródeł finansowania z zagranicy i oznaczania odpowiednią klauzulą publikacji człowieka oznakowanego jako „agent zagraniczny”. Może Putin nie dostaje w swoich słynnych teczkach z raportami wiadomości o kolejnych wysokich wyrokach za najdrobniejsze wychylenie się z okna tramwaju zwanego putinizmem. Jak pisze portal Meduza, „w rzeczywistości kodeks karny FR przewiduje realną karę pozbawienia wolności do dwóch lat za niewypełnienie obowiązków agenta zagranicznego. I ta norma stosowana jest w praktyce: 9 grudnia sąd z tego artykułu zaocznie skazał na rok i 9 miesięcy polityka Ilję Jaszyna” [przebywa na emigracji].

Kłamliwe twierdzenia Putina należałoby podciągnąć pod artykuł o ściganiu za rozpowszechnianie fejków (za rzekome fejki o rosyjskiej armii, czyt.: krytykę wojny, putinowski wymiar niesprawiedliwości wsadza do łagrów konkretnych ludzi na wysokie wyroki).

Putin jeszcze w łaskawości swojej wyszedł z inicjatywą przeprowadzenia wyborów prezydenta Ukrainy na terytorium Rosji. Dowcipnie spuentował to politolog Iwan Prieobrażenski: „To mniej więcej to samo, co propozycja pedofila, aby zorganizować przedszkole w jego domu”.

W studiu, z którego prowadzono transmisję, na wielkiej tablicy wyświetlano pytania napływające od ludności w formie sms-ów. Okazało się to jedynym elementem tego zaskorupiałego spektaklu, wykazującym pewne oznaki życia. Wśród pytań znalazły się m.in.: „Kiedy wróci normalny internet? Przecież nawet nie da się wysłać zapytania do prezydenta!”; „Dlaczego zwykli ludzie żyją gorzej niż Papuasi?”, „To nie bezpośrednia linia, a cyrk!”; „Zależność od Europy i USA jest zła. A zależność od Chin i Indii jest dobra?”. Do tych pytań Putin się nie odniósł. Podobnie jak do innego pytania z zupełnie innej beczki: „Kto będzie kolejnym prezydentem [Rosji]? Chciałbym mu się przyjrzeć”. No właśnie, kto będzie następcą Putina? Też bym się chciała przyjrzeć. I zrobię to w następnym odcinku jeszcze przed świętami, zapraszam do czytania.

Winne wina czy niewinne?

16 grudnia 2025. Rosyjscy politycy z najwyższej półki zapragnęli zdobyć laury prestiżowego konkursu producentów win w Ameryce. Ale coś poszło nie tak.

W słonecznej Kalifornii od ponad czterech dekad rokrocznie odbywa się konkurs San Francisco International Wine Competition (SFIWC – https://thetastingalliance.com/events/san-francisco-international-wine-competition). Najwyższej klasy degustatorzy oceniają walory win z całego świata, wskazują najlepsze, nagrodzone wina cieszą się estymą wśród producentów i konsumentów. Nagroda SFIWC to przepustka do wielkiego świata.

W tym roku swoje wina wysłali na konkurs tacy znani producenci jak Władimir Putin (https://theins.ru/inv/285427) i patriarcha Cyryl.

Przy posiadłości Putina w okolicach Gelendżyku nad Morzem Czarnym istnieje winnica, produkująca m.in. wina „Usad’ba Diwnomorskoje” i „Krinica”. Wina produkuje również znany biznesmen w riasie, Władimir Gundiajew, bardziej znany jako patriarcha Cyryl, najwyższy hierarcha Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (wino „Usad’ba Mezyb”). Można też skosztować produktów fermentacji winogron pod marką Winepark – właściciel German Gref, szef Sbierbanku. Te winnice znajdują się na terytorium Rosji, ale członkowie „putinowskiego kręgu” uprawiają winorośl również za granicą. Pisałam o tym kilka miesięcy temu w tekście „Chianti i merloty putinowskiej elity”: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/08/05/chianti-i-merloty-putinowskiej-elity/

Na portalu „The Insider” ukazały się dziś publikacje dotyczące starań ABBP – stowarzyszenia rosyjskich producentów win – o udział wyżej wymienionych win w konkursie w San Francisco. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, trzeba było dostarczyć wina do degustacji, odwołując się do słynnej rosyjskiej smykałki (co zwykle polega na chytrym ominięciu przepisów albo oszwabieniu głównie zachodnich naiwniaków ku chwale matuszki Rosji). Wina są bowiem objęte sankcjami i nie mogły legalnie wjechać na konkurs (USA wprowadziły zakaz wwożenia rosyjskich alkoholi w marcu 2022 r. i do tej pory nie zniosły). Co zatem zrobili słynni rosyjscy winiarze? Wysłali umyślnego, który miał pokonać progi i bariery, wybić zęby smokowi i wjechać na białym koniu ze skrzynkami pełnymi win na kalifornijskie salony. W tę rolę wcielił się dyrektor wykonawczy ABBP, Paweł Majorow (jak pisze „The Insider”, ściśle powiązany z Michaiłem Kowalczukiem bliskim przyjacielem Putina).

Majorow zapakował butelki, okleił naklejki z akcyzą nalepkami z napisem „Nie na sprzedaż” w języku hebrajskim. I przewiózł je w osobistym bagażu przez państwa trzecie (https://theins.ru/news/287784).

Początkowo Majorow zamierzał wwieźć wina do Stanów przez meksykańsko-amerykańską granicę, korzystając z usług przemytników. Alternatywą było dostarczenie butelek od strony Kanady. Te przygody walecznego dostawcy zostały jednak ocenione jako zbyt ryzykowne. Ostatecznie – jak pisze „The Insider” – Majorow, posługując się nierosyjskim paszportem (najprawdopodobniej izraelskim), przewiózł wina w osobistym bagażu. Trzy walichy po osiemnaście flaszek w pierwszej partii – przez Gruzję i Katar – i osiem walizek w drugiej, przez Dubaj. Według legendy stworzonej na potrzeby dostawy, kolekcja win miała trafić do Kalifornii na zamówienie miejscowych producentów. Dla niepoznaki dodano więc po butelce win z Gruzji i Izraela. Majorow musiał się przy targaniu tych walizek nieźle zmachać. Dzisiejsza decyzja jury konkursu o wyeliminowaniu rosyjskich win z konkurencji musiała zatem okazać się dla niego jeszcze cięższa niż te ważące 250 kilogramów oklejone flaszki.

Stowarzyszenie ABBP opublikowało na swoim kanale w Telegramie pełen pasji komunikat (https://t.me/vinodelie_russia/1181): „Wino poza polityką! ABBP oświadcza, że organizatorzy konkursu San Francisco International Wine Competition oficjalnie przyjęli 95 rosyjskich win, dopuścili je do udziału, wina przeszły etap degustacji. […] wszystko odbywało się w zgodzie z zasadami konkursu. Tymczasem dziś stowarzyszenie otrzymało powiadomienie od organizatorów, że na wniosek niewymienionego z nazwiska US elected official została podjęta decyzja o wyłączeniu rosyjskich win z konkursu”.

Och, cóż za despekt. Na rosyjskich stronkach związanych z winiarstwem oczekiwano zwycięstwa rosyjskich marek (https://vino.ru/novosti/novosti-vinnogo-mira/vina-rossii-na-konkurse-v-ssha-my-zhdem-pobedy/). Ale, jak się okazuje, z pobiedy nici.

Decyzję podjęto przed ogłoszeniem wyników, zatem wnioski i rekomendacje dotyczące przetestowanych rosyjskich win nie zostaną ujawnione. „Szczerze żałujemy, że kontekst polityczny zaczyna wpływać nawet na tak pokojowe dziedziny, jak winiarstwo, tradycyjnie łączące ludzi i kulturę” – napisali emisariusze pokojowych putinowskich inicjatyw. I gorzkie żale zakończyli utrwalonym sowieckim chwytem: zgłosili gotowość do dialogu i współpracy.

A może słowa o pokojowym wymiarze winiarstwa skierowaliby raczej bezpośrednio do hodowcy spod Gelendżyku, jedynego człowieka, który może podjąć decyzję o zakończeniu wojny? Może by tak choćby w najbliższy piątek – podczas bezpośredniej linii?

Ciekawość w Rosji to pierwszy stopień do grzywny

10 grudnia 2025. W Rosji zaczęto karać za wyszukiwanie w internetach „materiałów ekstremistycznych”. Dziś zapadł pierwszy taki wyrok: 20-letni mieszkaniec obwodu swierdłowskiego został skazany na 3 tys. grzywny za wyszukiwanie w Google hasła „Azow brygada”.

Siergiej Głuchich 24 września jechał autobusem w swoim rodzinnym mieście Kamiensk Uralski w obwodzie swierdłowskim. Wyciągnął telefon i w okienko wyszukiwarki Google wpisał hasło „Azow brygada”. W protokole, który przedstawiono w sądzie, zapisano: „Głuchich świadomie chciał pozyskać za pośrednictwem wyszukiwarki materiały ekstremistyczne, konkretnie: dystynkcje brygady Azow”. Symbolika Azowa jest zabroniona w Rosji, podobnie jak sama brygada, uznawana za terrorystyczną. Z protokołu wynika, że policja otrzymała od niezidentyfikowanej osoby informację o tym, że dokonano aktu pogwałcenia prawa noszącego „znamiona o charakterze ekstremistycznym”. Jak zeznał podczas rozprawy w sądzie funkcjonariusz Federalnej Służby Bezpieczeństwa, to właśnie FSB poinformowała policję. Bo miała Siergieja Głuchich od dawna na oku.

Feralnego dnia Głuchich został zatrzymany przez funkcjonariuszy FSB i wzięty na przesłuchanie, gdzie wywierano nań mocny nacisk psychologiczny. Następnego dnia Głuchich złożył zeznania obciążające. Telefon mu skonfiskowali i skopiowali jego zawartość, w tym listę wyszukiwanych haseł.

Adwokat oskarżonego próbował dowodzić, że dystynkcje batalionu Azow znajdują się na 3269 miejscu na liście zakazanych materiałów ekstremistycznych, a przecież niepodobna spamiętać wszystkich pozycji. A ponadto nie ma dowodu na to, że Głuchich chciał wyszukać akurat dystynkcje Azowa, a nie informacje o mieście Azow na przykład. Sąd nie wziął pod uwagę tej argumentacji.

Siergiej Głuchich nie stawił się w sądzie z uwagi na stan zdrowia, karę 3 tys. rubli orzeczono wobec niego zaocznie. Młody człowiek skarżył się adwokatowi, że w szpitalu, gdzie do tej pory pracował, został zaszczuty. W związku z tym zwolnił się z pracy.

Ustawa o karach administracyjnych za wyszukiwanie w internecie „informacji o charakterze ekstremistycznym” została przyjęta przez Dumę Państwową w lipcu, zaczęła obowiązywać 1 września br.

Ekstremizm staje się dla rosyjskiego wymiaru niesprawiedliwości wygodnym narzędziem do uderzania w przeciwników politycznych. Na listę „ekstremistów i terrorystów” został ostatnio wpisany Lew Szlosberg, wiceprzewodniczący partii Jabłoko. Partii legalnej, choć definiującej się jako opozycyjna. Na początku grudnia Szlosberg został osadzony w areszcie śledczym na podstawie artykułu o „rozpowszechnianiu fejków o rosyjskiej armii”. Co uznano za ten rzekomy fejk – nie podano do publicznej wiadomości.

Szlosberg jest jednym z niewielu rosyjskich polityków, którzy wypowiadają się krytycznie o wojnie i Putinie, pozostając w Rosji (znakomita większość opozycjonistów wyemigrowała lub jeśli zdecydowała się pozostać w Rosji – konsekwentnie milczy).

Pisarz Borys Akunin napisał dziś na Facebooku (https://www.facebook.com/borisakunin/posts/pfbid02ocxUnBCt9Zu9wibxRdW1oSaoaWt7ncKqaWUMeq5JP6R6TxwbeRcFRswLRLdUvERRl): „Są jeszcze w Rosji ludzie, którzy próbują pływać kraulem w kwasie siarkowym, to znaczy – pomimo ryzyka robić coś przyzwoitego i prawdziwego, choćby w ramach tego, co dozwolone. Wkurza mnie, gdy jakiś emigrant mówi o tych wysiłkach z wyższością. Jedno śmiałe i uczciwe słowo, wypowiedziane dzisiaj w Rosji, warte jest więcej niż sto odważnych emigracyjnych filipik. Mam na myśli konkretnych ludzi, do których odnoszę się z szacunkiem, ale nazwisk nie będę wymieniał, aby im nie zaszkodzić”.

Bulgot i inne nastroje

5 grudnia 2025. W państwie autorytarnym, zmierzającym ku totalitaryzmowi trudno jest mierzyć poziom zadowolenia społecznego. Według władz, społeczeństwo ma być pokornym monolitem, bez zastrzeżeń wykonującym polecenia góry. Wkręcone w żarna aparatu państwowego i poddane kontroli pracownie socjologiczne nie są w stanie opracować miarodajnych wyników nastrojów społecznych. Zadaniem propagandy jest tworzenie zasłony dymnej, a służb specjalnych – wychwytywanie przejawów niezadowolenia i pacyfikowanie ich w zarodku. Niemniej nawet w takich warunkach można wyłapać pewne zmiany zachodzące wewnątrz.

Na początek zacytuję komentarz politologa Abbasa Gallamowa o logice Putina i o sygnałach zniecierpliwienia społecznego: „Jeśli popatrzeć na wojnę z punktu widzenia rosyjskiej opinii publicznej, to im dłużej ona trwa, tym łatwiej ją zakończyć. Bo to tylko na początku naród żądał zwycięstwa, a teraz już na nie nie czeka. Teraz już wystarczy, żeby ten koszmar jak najszybciej się skończył. Jeszcze niedawno myśl o tym, że Rosja nie może pokonać Ukrainy, była dla przeciętnego Rosjanina czymś nie do zaakceptowania, jak przeciągnięcie sierpem po gardle, a obecnie obywatel już się do tej myśli przyzwyczaił. To nieprzyjemne, owszem, ale da się żyć. A tak naprawdę można po prostu o tym nie myśleć”.

I dalej: „Putin z tej zmiany nastrojów nie zdaje sobie sprawy. Uważa, że im więcej przelano krwi, tym bardziej przekonujący będzie końcowy wynik, bo inaczej ludzie zechcą go za przelanie krwi rozliczyć, zapytają, po co to wszystko było. […] Logika Putina to logika gracza w kasynie, kogoś, kto przegrywa, ale podnosi stawki, licząc, że się odegra. Zaczyna czuć, że za chwilę będzie bankrutem, ale nie może się zatrzymać” (https://echofm.online/opinions/u-putina-logika-igroka-v-kazino).

Śmiała teza. Trudno ją zweryfikować. Ale można się przyjrzeć reakcji społecznej na tzw. aferę Dolinej. Łarisa Dolina to popularna piosenkarka, putinistka, z tych, co to wszystko wyśpiewają, o co umiłowany wódz poprosi, od grudnia 2024 r. jest objęta sankcjami UE. W zeszłym roku Dolina dała się podejść oszustom, którzy rozegrali ją koncertowo: podprowadzili pod sprzedaż wielkiego mieszkania w moskiewskich Chamownikach (pieniądze ze sprzedaży zostały przelane pod wskazane przez oszustów konta). Oszuści zostali dość szybko namierzeni, a sąd zdecydował o zwrocie mieszkania Dolinej (bo padła ofiarą oszustwa), w wyniku czego pieniądze straciła osoba, która to mieszkanie kupiła (a w rezultacie decyzji sądu, następnie straciła). W mediach społecznościowych zawrzało. Na głowę piosenkarki wylał się nieprawdopodobny hejt za to, że wykorzystała swoją pozycję osoby uprzywilejowanej, aby odzyskać forsę. Gazety zaczęły pisać, że ludzie masowo zwracają bilety na koncerty piosenkarki, z filmów wycina się jej wizerunek w obawie, że ludzie nie przyjdą do kina, restauracje i salony piękności jeden za drugim ogłaszają, że nie wpuszczą piosenkarki za próg itd. Dolina ugięła się i wystąpiła z inicjatywą zwrotu przynajmniej części pieniędzy niedoszłej nowej właścicielce mieszkania. Jak sprawa się skończy – nie wiadomo. Przy okazji zwrócono uwagę na masowe (udane) oszustwa w rodzaju tego, jak rozegrano Doliną (nawet ukuto termin „efekt Dolinej”). Ale to temat na inną rozprawkę.

Wróćmy do kazusu Dolinej. „Skandal związany z mieszkaniem Dolinej stał się okazją do wyrażenia emocji. Ludzie, którzy mają różne problemy – boją się wojny albo nie dają sobie rady w życiu, nie znajdują miejsca w społeczeństwa – wszyscy odnaleźli się w tym przypadku. […] Naród stracił cierpliwość, bo zdał sobie sprawę, że niektórym wybrańcom losu żyje się w Rosji o wiele lepiej niż ogółowi, ale ostrze swojego niezadowolenia zwrócił nie na źródło problemu, to znaczy reżim Putina, tylko na jedną z jego drobnych beneficjentek” – napisał politolog Iwan Prieobrażenski (https://www.dw.com/ru/larisa-dolina-gromootvod-dla-zapugannogo-obsestva-v-rf/a-74984099). „W normalnych warunkach postępek Dolinej nie stałby się powodem takiej masowej kampanii społecznej”. Ale sytuacja normalna nie jest. Władze stale dokręcają śrubę, tego nie wolno, tamtego nie wolno, wsadzają do łagru za słowa, za piosenki, za westchnienia. Zdaniem Prieobrażenskiego, „to frustracja zmęczonego i zastraszonego, zatomizowanego społeczeństwa i poszukiwanie punktu, w którym zbiega się niezadowolenie różnych grup społecznych. Czasem od tego zaczynają się rewolucje. Ale nie w Rosji. Bo choć niezadowolenie z polityki władz jest masowe (obniżenie poziomu życia, niewypłacanie pensji, rozczarowanie z tego powodu, że wojna nadal się ciągnie), to nie przekuwa się ono w zorganizowaną formę”.

Dolina stała się w tych warunkach „obiektem zastępczym” dla hejtu. Bo skoro za skrytykowanie Putina można dostać realny wyrok, to lepiej znaleźć inną osobę, której można przyłożyć bezkarnie i rozładować swoje emocje.