Archiwa tagu: kultura

Ksenia Starosielska. RIP

5 grudnia. Mówiła, że tłumacz to most między narodami, państwami, kulturami. Ksenia Starosielska była mostem pomiędzy Polską i Rosją – jej wspaniałe tłumaczenia pozwoliły Rosjanom poznać dorobek polskich autorów. Przetłumaczyła na rosyjski utwory między innymi Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Nowaka, Jerzego Andrzejewskiego, Jerzego Pilcha, Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Konwickiego, Hanny Krall, Marka Hłaski.

Odeszła w ostatnich dniach listopada w wieku 80 lat.

Powołanie – bo tłumaczenie literatury to powołanie – odkryła w sobie nie od razu. Za namową rodziny, która chciała, aby Ksenia miała praktyczny fach w ręku, ukończyła inżynierię chemiczną. Po studiach pracowała przez kilka lat w laboratorium. Jak mówiła, bez radości i zainteresowania. Radość to było poznawanie świata. Jeszcze na studiach odwiedziła Polskę w ramach wymiany turystycznej. Była w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. „Wróciłam z Polski pełna wrażeń. Jacyś inni ludzie na ulicach, kobiety ubrane inaczej niż u nas. I ta atmosfera wolności. Tańczyliśmy rock and rolla. Było wspaniale” – wspominała po latach tę pierwszą podróż. Była druga połowa lat pięćdziesiątych, pierwsze powiewy chruszczowowskiej odwilży. W Moskwie można było obejrzeć wystawę impresjonistów francuskich – obrazy wyciągnięte z muzealnych magazynów. Zafascynowana Ksenia chciała poczytać o tym nieznanym świecie. Książek po rosyjsku nie było. Na daczy zobaczyła książkę francuskiego autora o Toulouse-Lautrecu po… polsku. Mama i ciocia doskonale znały polski, urodziły się w Łodzi i w tym mieście spędziły pierwsze lata życia. W czasie I wojny rodzina przeniosła się na stałe do Moskwy, dziewczynki przełączyły się na rosyjski i przez długie lata zwalczały u siebie polski akcent, którego nie mogły się długo pozbyć, a który był przedmiotem kpinek moskiewskiego otoczenia. W domu nie mówiono zatem po polsku i Ksenia tego języka nie znała. Ale postanowiła się nauczyć. To było już po tej wspaniałej wyprawie do roztańczonej rock and rollem Polski. Od mamy nauczyła się czytać po polsku. Z jej pomocą przebrnęła przez tę książkę o malarstwie. A następną przeczytała już sama, tylko ze słownikiem. Było to polskie tłumaczenie duńskiego kryminału. Jak mówiła Starosielska, język polski stał się dla niej nie tylko miłością, stał się samym życiem.

Potem były lata wytrwałej pracy nad szlifowaniem języka. Pierwsze próby translatorskie. Jak przyznawała po latach – niezbyt udane. Ale wtedy Ksenia Jakowlewna już wiedziała, że właśnie to chce robić w życiu zawodowym – tłumaczyć książki. Odeszła z laboratorium, rozstała się z chemią.

„Miałam szczęście – książki, które proponowałam wydawnictwom, zwykle trafiały w gusta wydawców – mówiła w jednym z wywiadów. – Mogłam więc przekładać dzieła autorów, którzy mnie interesowali, a to było gwarancją satysfakcji. Do niektórych z autorów z tych czy innych względów więcej nie wracałam. Ale bywało, że po zakończeniu pracy zainteresowanie autorem nie malało, wręcz przeciwnie – rosło, pojawiało się przywiązanie i – nie boję się tego słowa – miłość. O ile nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Często wirtualne kontakty stawały się realną przyjaźnią”.

Lata tytanicznej pracy. Budowanie warsztatu, gromadzenie wiedzy. Poznawanie niuansów polskich realiów opisywanych w tłumaczonych książkach, korespondencja z autorami. Na jednym ze spotkań z czytelnikami Ksenia Jakowlewna przytaczała wyimki z korespondencji z Tadeuszem Nowakiem (można to obejrzeć tutaj https://www.youtube.com/watch?v=PeuLpMdtvyc). Tłumaczenie to było cyzelowanie najdrobniejszych szczegółów. Godne podziwu studia nad każdym szczegółem, dbałość o każde słowo. Jednocześnie Starosielska miała doskonały słuch lingwistyczny, niezwykłe wyczucie frazy, wrażliwość. Jednym słowem – zestaw cech niezbędnych w zawodzie tłumacza.

Przez wiele lat była redaktorem naczelnym czasopisma „Inostrannaja Litieratura”, na łamach którego publikowano przekłady literatury światowej. Również polskiej. Prowadziła seminaria dla młodych adeptów sztuki translatorskiej w Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Była wielką przyjaciółką Polski. Polska doceniła jej nadzwyczajny wkład w rozwój kultury, w krzewienie polskiej literatury na rosyjskiej niwie. Ksenia Starosielska została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP i innymi odznaczeniami.

Dziękujemy za wszystkie wspaniałości.

 

Rosyjskie miłosierdzie według Putina

5 grudnia. Kremlowski dwór ma cały zestaw podniosłych imprez, dekorujących fasadę władzy. Na przykład , bliskość władcy i ludu mają demonstrować doroczne „bezpośrednie linie”, w których spontaniczny władca spontanicznie odpowiada na spontaniczne pytania zadane spontanicznie przez spontanicznie wyłonionych i spontanicznie sprawdzonych przedstawicieli ludu. Do wielkiego stołu w jednej reprezentacyjnych sal Kremla prezydent zaprasza też przedstawicieli biznesu, młodzieży, weteranów itd. Odbywają się również rytualne spotkania głowy państwa z twórcami kultury. Imprezy tego typu to na ogół nudne przedsięwzięcia, realizowane wedle monotonnego scenariusza kremlowskich urzędasów – „graba, goździk, jest pan wspaniały, panie prezydencie, bardzo dziękujemy, panie prezydencie”. Czasami tylko zdarzy się na nich coś godnego odnotowania na szerszym forum. Tak było w 2010 roku podczas spotkania Putina (wtedy premiera) z twórcami kultury – muzyk Jurij Szewczuk wyrwał się poza wyznaczone ramy i zadał niewygodne pytanie (opisałam to w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/06/04/putin-szewczuk-do-przerwy-01/). Tegoroczne spotkanie nieoczekiwanie też zyskało dramaturgię.

Zacytuję fragmenty protokołu. Głos zabrał wybitny reżyser Aleksandr Sokurow („Rosyjska arka”, „Moloch”, „Faust”). „Dzisiaj nie mamy w dokumentalnym filmie niczego o procesie politycznym w Rosji, o politycznej walce we współczesnej Rosji, niczego o polityce zagranicznej Rosji. Nie powstają o tym ani filmy fabularne, ani dokumentalne. Wydaje mi się, że […] często aktywność obywatelska młodych ludzi brana jest za zachowanie polityczne, antyrządowe. Mam do pana serdeczną prośbę, Władimirze Władimirowiczu, jako obywatel Rosji i reżyser. Należy załatwić problem Olega Siencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/29/zemsta-nietoperzy/). Ukraiński reżyser, dostał 20 lat łagru, siedzi w północnym łagrze. Wstyd mi za to, że do tej pory nie rozwiązano jego problemu. Błagam pana, niech pan znajdzie rozwiązanie. On jest reżyserem, powinien walczyć o laury na festiwalach, nawet jeśli ma inne poglądy niż my, a nie siedzieć w naszym arktycznym więzieniu”. […]Putin odpowiada: „Punktem wyjścia musi być to, że żyjemy w państwie prawa i kwestie tego typu rozstrzyga wymiar sprawiedliwości. Przecież on nie został skazany za twórczość, a za to, że podjął się innych funkcji, jak twierdzą śledztwo i sąd, a konkretnie poświęcił się działalności terrorystycznej. […] Chodzi o to, co on myśli o wydarzeniach, które miały miejsce na Krymie, o jego zamiary i przygotowania do podjęcia niezgodnych z prawem działań, w rezultacie których mogli ucierpieć nasi obywatele”. Sokurow wpada w słowo Putinowi: „Po rosyjsku, po chrześcijańsku: miłosierdzie ważniejsze niż sprawiedliwość. Błagam pana. Miłosierdzie wyżej niż sprawiedliwość. Proszę”. Putin ma gotową odpowiedź: „Po rosyjsku i po chrześcijańsku działać w tym przypadku nie możemy bez decyzji sądu. Sąd wydał wyrok. Owszem, są określone normy, z których możemy skorzystać, ale do tego muszą zaistnieć określone warunki. […] Nikt go nie skazał za poglądy, a za zamiar popełnienia czynów, które prawo kwalifikuje jako działania o charakterze terrorystycznym”. Sokurow jeszcze się nie poddaje: „Przecież na jego rękach nie ma krwi, nie jest winien niczyjej śmierci. Jestem przekonany, że on tego by nie zrobił”. Putin wznosi się na wyżyny: „Chwała Bogu, że nie jest winien niczyjej śmierci, ale przecież mógłby być, gdybyśmy mu pozwolili zrealizować jego zamiary”. Koniec posłuchania.

Najbardziej humanitarny sąd na świecie na podstawie wątłych przesłanek i żadnych dowodów skazał Siencowa na wysoką karę. Bo tak. Bo ktoś, kto nie zachłysnął się amokiem krymnaszyzmu nie ma praw. Proces Siencowa był klasycznym pokazowym procesem politycznym. Ostre metody śledztwa (tortury, szykany) i niewspółmierna kara były też zemstą za niezłomną postawę Siencowa.

Wróćmy na spotkanie. Wystąpienie Sokurowa w obronie Siencowa nosiło wszelkie znamiona „czołobitnej”. Reżyser – nie po raz pierwszy zresztą – bronił kolegi po fachu, powtarzał „błagam, proszę”, odwoływał się do chrześcijańskiego miłosierdzia, rosyjskich tradycji wybaczania wrogom itd. Forma była wybrana idealnie. Niewykluczone, że w taki sposób poproszony Putin zwróci swoje janusowe oblicze ku Olegowi i odmierzy mu porcję miłosierdzia. Zwolnił przecież swego czasu przedterminowo Chodorkowskiego, zgodził się uwolnić Nadiję Sawczenko, może i Siencow skorzysta. Ilja Milsztejn (Grani.ru) napisał: „Wiadomo, że Putin nie ustępuje, gdy ktoś naciska, wtedy działa na przekór tym, którzy domagają się dobroci, ale tym razem nikt od niego niczego nie żądał, tu w imię Boże poproszono o miłosierdzie […] Teraz powinniśmy odgadnąć, jakież to warunki powinny zaistnieć”, aby więźniów wypuścić na wolność.

Pozostaje mieć nadzieję, że te warunki powstaną jak najszybciej.

Całość dialogu Sokurow-Putin: https://www.youtube.com/watch?v=btsXQsPtnqQ

28 sowieckich Spartan

27 listopada. Co z tego, że wyssane z palca? Że to tylko sowiecki mit? Minister kultury Władimir Miedinski potępia każdego, kto podaje w wątpliwość prawdziwość przekazu o bohaterstwie 28 panfiłowców. Tacy wątpiący „będą się smażyć w piekle”, powiada.

Zacznijmy od początku. Listopad 1941, Niemcy podchodzą pod Moskwę. Jedną ze stawiających im czoło jednostek jest czwarta kompania piechoty 316. Dywizji dowodzonej przez gen. Panfiłowa. W zaciekłym boju pod miejscowością Dubosiekowo w pobliżu Wołokołamska ginie większość żołnierzy tej kompanii. Niemcy prą dalej. Kilka dni po tym boju w sztabie przebywał korespondent gazety „Krasnaja Zwiezda”, od jednego z politruków usłyszał historię o bohaterskiej postawie żołnierzy z dywizji Panfiłowa. Na łamach gazety ukazał się artykuł, w którym heroizm panfiłowców ubrano w wielkie liczby: 28 żołnierzy miało wedle tego przekazu zniszczyć 18 z 54 czołgów oraz zabić nawet 800 żołnierzy wroga. Do tych liczb dodano jeszcze maksymę (później wielokrotnie cytowaną) wypowiedzianą jakoby przez komisarza politycznego Dijewa przed śmiercią: „Rosja jest wielka, ale cofać się nie ma gdzie – za nami Moskwa!”. Z panfiłowców uczyniono sztandarowych bohaterów – pośmiertnie (bo wedle tej legendy zginęli wszyscy co do jednego) otrzymali oni tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Na ich cześć nazywano ulice, place, domy kultury itd. Legenda trwała w najlepsze – wpisywała się w linię oficjalnej propagandy, głoszącej, że czyn zbrojny Armii Czerwonej w II wojnie (a właściwie Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej) nie ma sobie równych i nie nosi żadnej zmazy.

Mistyfikacja gazety „Krasnaja Zwiezda” wyszła na jaw już w 1947 r. – jeden z figurujących na liście poległych panfiłowców, niejaki Iwan Dobrobabin, został wtedy aresztowany za zdradę ojczyzny. Dobrobabin potwierdził jedynie, że jego kompania walczyła pod Moskwą, ale on żadnych bohaterskich czynów nie dokonał, dobrowolnie poddał się Niemcom, co więcej – zaciągnął się do niemieckich oddziałów pomocniczych policji w obwodzie charkowskim. Prokuratura wszczęła śledztwo, znaleziono jeszcze czterech rzekomo poległych panfiłowców, którzy przeżyli, żaden z nich nic nie wiedział o tym, by miał wykazać się niebywałym heroizmem. Prokuratorzy uznali opowieść o 28 panfiłowcach za wymysł. Prawdziwe w niej było tylko to, że faktycznie w listopadzie 1941 r. pod Moskwą trwały ciężkie walki i wielu sowieckich żołnierzy poniosło w nich śmierć.

Władze ZSRR postanowiły jednak nie odbrązawiać wymyślonej przez gazetę „Krasnaja Zwiezda” legendy. Dokumenty o bojach pod Dubosiekowo zamknięto w szafie pancernej i utajniono. Panfiłowcy stali się herosami z sowieckiego panteonu sławy. Do tematu powrócono w latach pierestrojki i znowu prokuratura, która badała sprawę, uznała, że to piękny acz nieprawdziwy apokryf. Jeden mniej, jeden więcej, nikt wtedy szczególnie nie zwrócił uwagi. Sprawa nieoczekiwanie powróciła w 2015 r. – Archiwum Państwowe zamieściło na swojej stronie internetowej materiały przygotowane w 1948 r. przez prokuraturę wojskową, wskazujące jednoznacznie, że funkcjonujące w powszechnym obiegu przekonanie, że panfiłowcy za cenę życia zagrodzili niemieckim czołgom drogę do Moskwy, to wymysł. Dyrektor archiwum Siergiej Mironienko nazwał historię 28 panfiłowców mitem.

Uderz w panfiłowców, minister Miedinski się odezwie. I rzeczywiście: zagroził Mironience zwolnieniem i wskazał, czym powinni zajmować się archiwiści – „dyrektor archiwum nie jest ani pisarzem, ani dziennikarzem, ani bojownikiem z fałszowaniem historii”. W marcu tego roku Mironienkę odwołano ze stanowiska dyrektora. Jak podano oficjalnie – na własną prośbę.

Minister nie ustaje w wysiłkach na rzecz pokazywania rosyjskiej publiczności budujących przykładów z historii. I tylko takich. Nazywa to walką z fałszowaniem historii. Według Miedinskiego to walka o ludzkie dusze. Na początku października minister wystąpił z pierwszym ostrym atakiem pod adresem tych, którzy zastanawiają się nad prawdziwością opowieści o bohaterstwie 28 panfiłowców. „To skończeni dranie” – powiedział minister. Wczoraj poszedł jeszcze dalej i jeszcze bardziej zakopał się terminach religijno-moralnych: piekło za wątpliwość. Użycie religijnej nomenklatury nie jest w kontekście walki o historię nowe – często w dyskursie padają takie słowa, jak święta (wojna), bluźnierstwo (jeśli ktoś obala obowiązujące mity) itd., a teraz mamy jeszcze piekielne czeluści dla wątpiących. Strażnikami tej rzekomej świętości i nietykalności przekazu historycznego (bo przecież nie rzetelnej wiedzy) są częstokroć politycy.

Temat panfiłowców znowu wypłynął w związku z wejściem na ekrany rosyjskich kin filmu „28 panfiłowców” Andrieja Szalopy, w którym wydarzenia oddano zgodnie z… wersją gazety „Krasnaja Zwiezda”. Dodam jeszcze, że minister Miedinski osobiście sprawował patronat nad filmem. Pieniądze zbierano przez Internet, zebrano trzy miliony rubli. Resztę dołożyło państwo.

„Po co się to robi? Żeby zachować zmitologizowany obraz wojny. W Rosji pozostają nietknięte niemal wszystkie sowieckie mity i opowieści o bohaterskich czynach, które zostały wymyślone do celów propagandowych – mówił w audycji Radia Swoboda historyk Borys Sokołow. – Z punktu widzenia obecnych władz zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej stało się fundamentem tożsamości narodowej. Mit to też część historii. Być może komisarz [panfiłowców, Dijew] był dzielnym żołnierzem i poległ śmiercią bohatera, ale nigdy nie wypowiadał słów, które mu przypisano. Ten rzekomy cytat wymyślił dziennikarz. To było zgodne z duchem propagandy i wymyślone zostało na jej użytek. Ale po ponad siedemdziesięciu latach wypadałoby już pokazać, jak naprawdę było, a nie trwać przy legendach i mitach”.

Na to się jednak nie zanosi. Skoro minister Miedinski straszy piekłem, to znaczy, że legenda zostanie w umysłach współczesnych Rosjan ugruntowana. Nakręcenie filmu fabularnego o zmitologizowanych wydarzeniach wojennych i nie tylko wojennych – to rzecz dość częsta w historii kina. Samo kino przecież kreuje mity. Twórca ma prawo do własnej wizji. Ale pokazywanie mitu jako prawdy historycznej i jeszcze głośne wykrzykiwanie, że to prawda – to już rzecz poważniejsza.

Jaki wyszedł sam film – będzie można zobaczyć w kinie (w Internecie/na dvd), legenda podbijana ostrymi słowami ministra wyprzedziła sam obraz.

Ameryko, oddawaj Rachmaninowa!

16 sierpnia. Cały świat musi wiedzieć, że Siergiej Rachmaninow był rosyjskim kompozytorem – zapowiedział minister kultury Rosji Władimir Medinski. Świetnie. Tylko czy ktoś ma co do tego wątpliwości? Zdaniem pana Medinskiego, owszem: „Jeśli przejrzycie amerykańskie źródła, to przekonacie się, że Siergiej Rachmaninow jest wielkim amerykańskim kompozytorem pochodzenia rosyjskiego, Ameryka sprywatyzowała Rachmaninowa, podobnie jak nazwiska dziesiątek i setek Rosjan, których losy rzuciły po rewolucji za granicę”. Ponadto, według rosyjskiego ministra, grób kompozytora [na cmentarzu Kensico w Nowym Jorku] znajduje się w opłakanym stanie. „Sprowadzenie prochów Rachmaninowa do Rosji byłoby wielką sprawą” – patetycznie podkreślił Medinski. Rosyjscy dyplomaci pono już zaczęli nieoficjalne rozmowy o przeniesieniu grobu z Nowego Jorku do majątku rodowego Rachmaninowów Oneg w obwodzie nowogrodzkim w Rosji, gdzie kompozytor przyszedł na świat i spędził lata dziecięce. Według słów Medinskiego kompozytor marzył o tym, by spocząć w rosyjskiej ziemi.

Po kolei, bo dużo tutaj nieścisłości. Ostatnio to jakaś plaga wśród rosyjskich polityków różnych szczebli: mówić, co ślina na język przyniesie. Nie zgadza się z faktami? – tym gorzej dla faktów.

„Szukałem, szukałem. Tu i tam. I jakoś nie znalazłem tych źródeł, w których to Amerykanie nazywają Rachmaninowa wielkim amerykańskim kompozytorem. Medinski widocznie nakłamał jak zwykle. Tym bardziej że nie przez wszystkie lata z ćwierćwiecza spędzonego po ucieczce z Rosji Radzieckiej na obczyźnie kompozytor mieszkał w USA” – pisze na swoim blogu Andriej Malgin.

Gwoli przypomnienia Rachmaninow wyjechał z Rosji w 1917 roku (był przerażony rewolucją i bolszewikami; jako potomek szlacheckiego rodu spodziewał się po nowych władcach Rosji wszystkiego najgorszego). Od 1918 przez kilka lat mieszkał w USA, potem przez co najmniej dziesięć lat – w Szwajcarii, powrócił do Stanów, gdzie w 1943 roku zmarł na chorobę płuc. Jego muzyka jest tak mocno przepojona rosyjskością, że nazywany jest często „najbardziej rosyjskim z rosyjskich kompozytorów”. Komu może przyjść do głowy czynienie z Rachmaninowa amerykańskiego twórcy?

Idźmy dalej. Marzenie o pochówku w Rosji. Wnuk kompozytora, Aleksandr (zmarł kilka lat temu), w wywiadzie dla rosyjskiej prasy mówił, że „Siergiej Wasiljewicz [Rachmaninow] prosił, aby go pochowano w Stanach Zjednoczonych”, razem z żoną i córką.

Kolejny punkt: stan grobu w Nowym Jorku. Rzekomo fatalny. Możliwe, o groby trzeba dbać, jeśli się nie dba, to są zaniedbane. Jak zwraca uwagę cytowany przeze mnie Andriej Malgin, w Nowym Jorku znajduje się rosyjski konsulat. Pracownicy placówki powinni się zainteresować mogiłką i zadbać o nią, skoro wygląda niereprezentacyjnie. W opłakanym stanie znajduje się notabene również majątek Rachmaninowów pod Nowogrodem Wielkim. Dwór został zniszczony w czasie wojny, od tamtej pory przejęci losem prochów kompozytora na obczyźnie urzędnicy rosyjskiego ministerstwa kultury jakoś nie znaleźli czasu, aby podnieść zniszczony zabytek z ruin.

Od dawna trwają przymiarki, aby w Moskwie otworzyć muzeum kompozytora. Towarzystwo imienia Rachmaninowa na ulicy Bolszaja Ordynka w Moskwie wynajęło budynek, w sali koncertowej odbywają się koncerty, zbierane są eksponaty. Towarzystwo czyni od dwudziestu lat starania, aby na Ordynce powstało wreszcie muzeum kompozytora. W gazecie „Izwiestia” z 2014 roku czytam: „Towarzystwo, założone w 1982 roku, niedawno znalazło się w trudnej sytuacji i może zostać usunięte z budynku na ulicy Bolszaja Ordynka. Departament własności moskiewskiego merostwa dwukrotnie podniósł opłaty za wynajem, o czym poinformował Towarzystwo dopiero po dziesięciu miesiącach od wprowadzenia nowych stawek. W rezultacie wielbiciele talentu Rachmaninowa popadli w długi. Zarząd Towarzystwa w 2012 roku oznajmił, że gotowy jest bezzwrotnie przekazać swoje zbiory, w tym fortepian Rachmaninowa, państwu, jeżeli władze wyrażą zgodę, by utworzyć muzeum kompozytora. Ale państwo – po kilku przyzwalających gestach – zamilkło. […] Specjalna komisja oceniła zbiory, merostwo podjęło decyzję, że muzeum Rachmaninowa stanie się filią istniejącego muzeum Skriabina”. Na stronie internetowej tego muzeum nie znalazłam informacji, że zbiory faktycznie zostały przekazane, a „podmuzeum” Rachmaninowa otwarte.

No tak, ale po co minister kultury Rosji miałby zajmować się upamiętnieniem Rachmaninowa w Rosji, skoro znacznie fajniej jest wystąpić z filipiką pod adresem bezecnych Amierikosow-pindosow i rzucić hasło odzyskiwania prochów rosyjskiego kompozytora znajdującego się w amerykańskiej niewoli.

Pomnik Włodzimierza

25 lipca. Od kilku tygodni trwa intensywna dyskusja, gdzie w Moskwie postawić pomnik Włodzimierza. Chodzi konkretnie o księcia kijowskiego Włodzimierza (Władimira) – tego, który ochrzcił Ruś. Najpierw stumetrową statuę proponowano postawić na Worobjowych Górach koło uniwersytetu, na największym tarasie widokowym, z którego rozciąga się panorama Moskwy. Lokalizacja wywołała żywiołowe protesty, koncepcję więc pospiesznie zmieniono. Teraz rozważane są trzy inne lokalizacje, od 20 lipca do 20 sierpnia zainteresowani mogą głosować (jednym z proponowanych miejsc jest plac Łubiański, gdzie ciągle jest wolne miejsce po majestatycznym posągu Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego, na marginesie to od czasu do czasu odbywają się przymiarki, by FED-a znów tam z honorami postawić). Statua równego apostołom Włodzimierza autorstwa Saławata Szczerbakowa stała się w Rosji jednym z ulubionych tematów memów i żarcików. Blogerzy i użytkownicy FB popularyzowali koncept, by statuę postawić na mauzoleum Lenina na placu Czerwonym: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=956971504365416&set=a.105314629531112.8015.100001577253185&type=1&theater

Można byłoby obiekt podpisać po prostu Włodzimierz. Dla każdego coś miłego. Permski malarz Siemiakin wystąpił z propozycją, aby święty Włodzimierz nie miał stałego miejsca zameldowania, a nieustannie przemierzał Moskwę wzdłuż i wszerz na platformie.

Władzom się bardzo spieszy, bo odsłonięcie pomnika zaplanowane jest już na 4 listopada. Dzień Jedności, dzień, który ciągle próbuje się odgórnie napełnić treścią i ciągle się nie udaje. Czy Włodzimierz wszystkich zjednoczy? Zobaczymy. Dotychczas w narracji władzy nieobecny, teraz służy Kremlowi do załatwiania bieżącej polityki. Władimir Putin, noszący dumne imię świętego księcia, w zeszłym roku po zaanektowaniu Krymu odkopał wersję o przyjęciu chrztu przez Włodzimierza w Chersonezie na Krymie: oto kolebka Rusi (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/04/wzgorze-swiatynne-na-krymie-teraz-i-na-zawsze/). Wcześniej obowiązywała wykładnia, że to Kijów jest kolebką. Zdaniem wielu historyków chrzest w Korsuniu (Chersonezie) jest legendą stworzoną na potrzeby wizerunkowe księcia – chrzest był mu potrzebny ze względów dynastycznych i zapewne nie spowodował przemian, o których mówi legenda (z rozpustnika i okrutnika Włodzimierz miał się stać mężem szlachetnym i bogobojnym). Ale legenda okazała się bardzo przydatna w nowych warunkach rosyjskiego krymnaszyzmu – jako element uwiarygodniający zajęcie półwyspu, odwiecznie rosyjskiego, uświęconego, związanego z patronem chrześcijańskiej Rusi.

Kilka miesięcy temu w Moskwie odbyła się dyskusja w sprawie innego Włodzimierza – Wysockiego. Szef rozgłośni Echo Moskwy Aleksiej Wieniediktow wystąpił z propozycją, by przemianować ulicę Marksistską (Marksistowską) prowadzącą do Teatru na Tagance, w którym przez lata występował Wysocki, w ulicę Wysockiego. Władze miasta ostatecznie nie zdecydowały się na zdetronizowanie Marksa, w maju komisja stołecznego merostwa ds. toponimiki postanowiła o przemianowaniu dwóch niewielkich zaułków w pobliżu teatru, które nazywają się Górny i Dolny Zaułek Tagański. Wielbiciele talentu barda zakrzyknęli, że nie godzi się nadawać jego imienia jakimś niewielkim przejściom między podwórkami na tyłach Taganki. Dziennikarz Stanisław Minkin argumentował: „Wysocki jest geniuszem języka rosyjskiego. Aktor, poeta, bard – wszystkie te słowa razem nie są w stanie oddać wielkości Wysockiego. I naród zawsze to rozumiał i kochał Wysockiego bezgranicznie, jak nikogo innego. Wysocki jest postacią ważną dla historii. A władze miasta wydzieliły mu jakieś ciasne ślepe uliczki”. Zgody nie ma.

Dziś mija trzydzieści pięć lat od śmierci Wysockiego. Leonid Parfionow w swojej kronice „Namiedni” [Ostatnio] tak opowiadał o tym dniu 35 temu, gdy w Moskwie odbywały się igrzyska olimpijskie: https://www.youtube.com/watch?v=fvo4y4PWG8o

O Wysockim pisałam kilkakrotnie w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/07/25/trzydziesci-lat-bez-wysockiego/ http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2008/01/25/wlodzimierz-wysocki-70-urodziny/

Łabędź wszech czasów

5 maja. Gdy odchodzi geniusz, otwiera się wieczność. Maja Plisiecka, wielka primabalerina, niezłomny człowiek. Wrażliwość, talent, mistrzostwo, swoboda, dusza. Odeszła 2 maja w wieku 89 lat. Do wieczności.

Nawet dla tych, którzy nie interesują się baletem, była kimś – wielką gwiazdą, najwspanialszym łabędziem z baletu Czajkowskiego, jaki kiedykolwiek umierał na scenie. W licznym gronie fantastycznych rosyjskich mistrzów baletu miała wyjątkową pozycję. Specjaliści mówili o idealnej harmonii jej ruchów. Tkała swoje role z ekspresji i emocji, którymi porażała i zarażała widzów. Poeta Andriej Wozniesieński nazwał ją „Cwietajewą baletu”.

Tańczyła nie tylko klasykę, nie tylko partie w „Jeziorze łabędzim”, „Don Kichocie”, „Rajmondzie”. Chciała poczuć nerw wieku, uwielbiała awangardę. Jej „Carmen-suita” była jak bomba (1967). Ten jednoaktowy balet powstał specjalnie dla niej. Kompozytor Rodion Szczedrin (prywatnie – mąż) oplótł swoją nowoczesną orkiestracją kompozycję Bizeta, kubański choreograf Alberto Alonso przełożył tragiczną miłość operowej Carmen na ekspresyjny język tańca. Minister kultury ZSRR Jekatierina Furcewa nie chciała początkowo wyrazić zgody na pokazanie spektaklu w Moskwie – za dużo erotyzmu, a przecież w Związku Radzieckim, jak powszechnie wiadomo, seksu nie było. Plisiecka we wspomnieniach napisała, że ten spektakl był hymnem wolności. Jakże zatem mógł się taki hymn spodobać władzom socjalistycznego molocha? A trzeba jeszcze przypomnieć, że Plisiecka w 1966 roku podpisała list działaczy kultury do genseka Breżniewa przeciwko rehabilitacji Stalina (to był jedyny polityczny list, jaki kiedykolwiek podpisała). W końcu, dzięki uporowi Plisieckiej, udało się przekonać odpowiednie czynniki. Furcewa zaproponowała, żeby spektakl odwołać pod pozorem choroby primabaleriny; Plisiecka zapowiedziała, że powie wszem wobec, że to Furcewa zakazuje grać i jeszcze ją namawia do kłamstwa i oznajmiła, jeśli nie będzie mogła zatańczyć tego przedstawienia, to odejdzie z teatru Bolszoj. Zadziałało (podobno zadecydowało to, że w projekcie wziął udział Alonso – tancerz z Kuby, socjalistycznej wyspy wolności). Plisiecka zatańczyła Carmen 132 razy. Każdy gest, każde drgnienie dłoni, każda wystudiowana poza naładowana energią, szaloną namiętnością, pasją życia, swobody i miłości.

Nie było łatwo. Nawet wtedy, gdy miała już pozycję niekwestionowanej gwiazdy sceny baletowej, nie wypuszczano jej za granicę. Pierwsze występy za żelazną kurtyną to był dopiero 1959 rok. Była jedną z tych, którzy odbudowywali zerwane mosty pomiędzy ZSRR i Zachodem.

Plisiecka od wczesnej młodości nauczyła się walczyć. Jej ojciec, Michaił Plisiecki był dyplomatą i działaczem politycznym, kierował w latach trzydziestych XX wieku radziecką koncesją węglową na Spitsbergenie, był tam konsulem generalnym. W 1937 roku został aresztowany za szpiegostwo, a rok później stracony (zrehabilitowany w 1956). Matka, Rachela Messerer-Plisiecka, była aktorką filmu niemego, po urodzeniu dzieci odeszła z zawodu. Po aresztowaniu męża została zesłana do Kazachstanu do akmolińskiego obozu dla żon zdrajców ojczyzny. Maja uczyła się wtedy w szkole baletowej. Przed skierowaniem jej do zakładu dla dzieci zdrajców ojczyzny uchroniła ją ciotka, siostra Racheli Sulamit Messerer, znakomita baletnica, która ją zaadoptowała.

Ci, którzy poznali Maję Plisiecką osobiście, wspominają o niezwykłej dyscyplinie, harcie ducha, żelaznej logice myśli. Codziennie – ćwiczenia przy drążku, pływanie w jeziorze, surowa dieta („всю жизнь сижу не жрамши”, mówiła żartobliwie, odpowiadając na liczne pytania, jak się jej udaje zachować formę). Oficjalnie odeszła ze sceny w 1988 roku, ale jeszcze na jubileuszu siedemdziesięciolecia (1995) zatańczyła swoje popisowe partie. I to jak! Niezapomniany spektakl.

Zagrała rolę księżnej Betsy w ekranizacji „Anny Kareniny” Aleksandra Zarchi. Scena, w której spaceruje po parku trzymając na smyczy dwa piękne charty i tłumacząc bezlitośnie Wrońskiemu, że w obecnej sytuacji, gdy Anna odeszła od męża, nie może jej u siebie przyjmować, jest szalenie wysmakowana, zapada w pamięć. A więc miała też talent aktorski. We wspomnieniach napisała, że w młodości marzyła o karierze aktorskiej, ale trafiła do szkoły baletowej i z baletem związała się na resztę życia.

Od 1991 roku mieszkała na stałe za granicą. Wiele czasu spędzała na Litwie (miała litewskie obywatelstwo) i w Niemczech (gdzie zmarła na zawał serca).

20 listopada, w dniu dziewięćdziesiątych urodzin wielkiej primadonny odbędzie się w moskiewskim teatrze Bolszoj (z którego odeszła przed laty w atmosferze skandalu) wieczór poświęcony jej pamięci. Wedle życzenia zmarłej jej prochy mają być rozrzucone nad Rosją. Ale dopiero po śmierci męża.

Piękne zdjęcia Mai Plisieckiej można zobaczyć m.in. tu: https://meduza.io/galleries/2015/05/03/harakter-eto-i-est-sudba

A tu filmy: https://meduza.io/feature/2015/05/03/posle-aysedory-32-minuty-vyhodila-na-poklony

Eurowizja w mundurze

Po ostatnim konkursie Eurowizji, wygranym przez Conchitę Wurst rosyjska opinia publiczna oburzała się i triumfowała. Oburzała, bo jakże to możliwe, że festiwal wygrywa kobieton z brodą. Triumfowała, bo znalazła pretekst do opowiadania o wyższości uduchowionej rosyjskiej cywilizacji nad zachodnią zgnilizną. Teraz nadszedł czas, by dać odpór „Gejropie”. Jak od wieków wiadomo, zdrowe jądro narodu najlepiej wygląda przyobleczone w mundur. Rosyjskie ministerstwo obrony postanowiło sięgnąć do tych korzeni.

Szef zarządu kultury w resorcie obrony Anton Gubankow wyjawił w audycji radiowej, że ministerstwo nosi się z zamiarem zorganizowania odpowiednika konkursu Eurowizji dla wojskowych zespołów artystycznych. Najbliższa impreza planowana jest już na rok 2015. Jury tego międzynarodowego festiwalu ma oceniać zarówno kunszt wokalny, jak i taneczny wykonawców.

Zaintrygowana tym pomysłem, przejrzałam dostępne w sieci produkcje umundurowanych artystów. Na kanale Youtube można znaleźć wiele ciekawych kawałków. „Dważdy Krasnoznamionnyj” Chór Armii Rosyjskiej imienia Aleksandrowa prezentował się już na konkursie Eurowizji. A właściwie jako atrakcja poza konkursem, działo się to w 2009 roku w Moskwie:

Chór Aleksandrowa (to ten Aleksandrow, który skomponował hymn), który w czasach ZSRR śpiewał głównie pieśni bojowe i opracowania piosenek ludowych, w latach pierestrojki przeszedł przemianę i bawił publiczność opracowaniami piosenek Johna Lennona, wspólnymi projektami z Pink Floyd czy Leningrad Cowboys. Na tournee po Polsce chór przygotował także pieśń wyklętą „Czerwone maki na Monte Cassino”

https://www.youtube.com/watch?v=HmGVg7Nw1XM&list=PLjDPuTougl7kKZ0HL9CQSuNN6OERnGFhZ

Pełne animuszu covery przebojów zachodnich gwiazd prezentował zespół Wojsk Wewnętrznych MSW pod dyrekcją generała majora Wiktora Jelisiejewa. Jednego ze szlagierów można było posłuchać podczas uroczystości otwarcia igrzysk w Soczi. Fantastycznie brzmi w wykonaniu zwalistych panów w szamerowanych mundurach piosenka „Sex bomb”. Do tańca (choć raczej nie do różańca).

https://www.youtube.com/watch?v=WJPgveHnMd0

Z rarytasów gatunku – kultowa pieśń Wielkiej Wojny Ojczyźnianej „Swiaszczennaja wojna” w wykonaniu zespołu reprezentacyjnego Chińskiej Armii Narodowo-Wyzwoleńczej.

Swoją wersję tego utworu zaprezentował Chór Południowego Wschodu „Wstawaj, Donbasie niezwyciężony”. Czy formuła festiwalu przewiduje udział takich ansambli? W sieci dostępne jest tylko to jedno nagranie Chóru Południowego Wschodu, o zespole nic nie wiadomo.

https://www.youtube.com/watch?v=m3vxXh5Pwb0

A czy na festiwalu znajdzie się miejsce dla raperskiego kolektywu Prawosławnej Armii tzw. Donieckiej Republiki Ludowej?

https://www.youtube.com/watch?v=em0gwJZTgHY

W podsumowaniu krótkiego przeglądu wojskowej „piesni i plaski” cover tytułowej piosenki z filmu o Jamesie Bondzie „Skyfall”. Solista ze smutkiem intonuje: „This is the end”.

Raszka-gowniaszka ministra Medinskiego

Raszka to slangowe rosyjskie określenie Rosji, takie specyficzne zdrobnienie od „Russia”. Drugi człon wyrażenia zawartego w tytule nie wymaga tłumaczenia.

Tłumaczenia wymaga natomiast użycie tego słowotworu przez ministra kultury (tak jest, kultury) Władimira Rostisławowicza Medinskiego. Kilka dni temu minister bardzo kulturalnie pojechał do Petersburga i na spotkaniu z czytelnikami w słynnej petersburskiej księgarni „Bukwojed” oznajmił, co następuje. Ministerstwo kultury nie będzie dawało pieniędzy na filmy, które opluwają wybrane władze. „To o tych, którzy robią filmy wedle zasady Raszka-gowniaszka. Po co [im dawać]. To jakiś państwowy masochizm”.

Zapowiedział jeszcze, że ministerstwo nie będzie dofinansowywać takich projektów jak festiwal filmów dokumentalnych Artdokfest, z powodu politycznej postawy Witalija Manskiego, dyrektora festiwalu. Manski uważa, że w dokumentach należy pokazywać świat takim, jakim on jest, a nie pudrować, a ponadto (o, to grzech śmiertelny) jest przeciwny polityce Putina na Ukrainie i kłamstwom, jakie rosyjskie media opowiadają o wydarzeniach na Ukrainie. No to nic nie dostanie.

Powiedzonko „Raszka-gowniaszka” zrobiło momentalnie karierę w portalach społecznościowych i spłodziło liczne zastępy memów i dowcipów. Ale Medinskiego skrytykowano za te słowa nie tylko na wesoło. Poważni komentatorzy wzywali ministra do przeprosin, odkażenia języka itd. Choć samej istoty wypowiedzi nie podważano. To znaczy, o niedopuszczalnym grzesznym pluciu na „wybrane władze” itd. Filmy mają najwyraźniej wyłącznie sławić władze. Jeśli ktoś nie zamierza realizować tego wysokiego zamówienia, to sam jest „gowniaszka” i tyle. Ilja Milsztejn na Grani.ru kpi z konceptu ministra Medinskiego niemiłosiernie: Sytuacja finansowa kraju jest niewesoła. „I jeśli tak dalej pójdzie, to pieniędzy w ministerstwie nie wystarczy nawet na filmy o Raszce-Krymnaszce czy Raszce-Sakralaszce. Cała zawartość skarbca rozejdzie się na potrzeby zbrojeniówki, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, wojsk wewnętrznych MSW, telewizję RT (d. Russia Today)”. Raszka-Krymnaszka, hm, bardzo trafnie.

Ciekawie w kontekście wypowiedzi złotoustego ministra kultury zachowało się samo ministerstwo: odcięło się mianowicie od jego słów. Komunikat głosi, że Medinski wypowiadał te słowa nie jako minister, a jako pisarz (był wszakże na spotkaniu z czytelnikami). Doktor Jekyll i mister-minister Hyde?

Szum wokół „gowniaszki” w ustach ministra przez wiele dni się nie uspokajał. Medinski postanowił więc posypać swoją łysawą głowę popiołem i dziś podczas spotkania z deputowanymi Dumy przeprosił za niefortunne sformułowanie. „Po prostu cytowałem znanych blogerów, nie sądziłem, że to odbije się takim echem. Wyrażenie było nieszczęśliwe, ale od sensu swych słów się nie odżegnuję” – powiedział opływowo.

To jeszcze nie koniec rewelacji ministra dotyczących kinematografii. Medinski oznajmił, że gotów jest na poważnie zająć się ograniczaniem liczby hollywoodzkich produkcji w  rosyjskich kinach. Amerykańskie obrazy stanowią dziś 70% filmów pokazywanych na ekranach w Rosji. Podał świetlany przykład Chin, gdzie pokazuje się dwadzieścia amerykańskich filmów rocznie. Z inicjatywą ograniczenia dostępu rosyjskiego widza do wrażej tandety wystąpili deputowani z partii komunistycznej.

Agencje informacyjne przyniosły niedawno jeszcze jedną wiadomość: Indie zaproponowały Rosji wznowienie współpracy w produkcji filmowej. Być może owocem tej współpracy będzie film o miłości rosyjskiego biznesmena do indyjskiej studentki, ich uczucie napotyka wiele przeszkód, ale oni śpiewając rosyjsko-indyjskie czastuszki, w miłosnych prysiudach z udziałem chóru Aleksandrowa idą ku słońcu, nie plują na „wybrane władze”, nie pokazują „Raszki-gowniaszki”. Jak ten neo-Bollywood będzie się nazywać? Rollywood?

Którzy odeszli 2014

We wspomnieniach, filmach, teatrze, książkach, wdzięczności widzów będą żyć długo. W tym roku Rosja pożegnała wielkich artystów.

Zacznę od Tatiany Samojłowej. Życie odmierzone dokładnie – urodzona 4 maja, odeszła 4 maja. Przeżyła osiemdziesiąt lat. Na początku wszyscy myśleli, że jej przeznaczeniem jest balet. Wielka Maja Plisiecka doceniwszy nietuzinkowy talent Tani, namawiała ją, by po ukończeniu szkoły baletowej kontynuowała karierę. Ale marzenie o aktorstwie okazało się mocniejsze. Przełomem był rok 1957 i legendarny dziś film „Lecą żurawie”. Jej Weroniką zachwycił się cały świat. Film dostał główną nagrodę w Cannes, a Samojłowa specjalną nagrodę jury. Ani przez chwilę nie było jej w życiu łatwo (o tym życiu pełnym raf pisałam tu kilka lat temu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2007/11/12/leca-zurawie/). Gwiazda, która świeci zbyt jasno, oślepia. A Samojłowa olśniewała i oślepiała. Ekranizacja „Anny Kareniny” (1968) z jej rolą tytułową miała znów podbić Cannes, ale z przyczyn technicznych filmu na festiwalu nie pokazano.  

W 2000 roku Renata Litwinowa zrobiła film „Nie ma dla mnie śmierci”, w którym pokazała niegdysiejsze gwiazdy radzieckiego kina. Litwinowa pytała je o miłość, karierę, rodzinę, mężów, dzieci. Samojłowa mówiła o tęsknocie za jedynym synem, który wyemigrował do Ameryki, tam pracował jako lekarz. W 2005 roku urodziła się wnuczka – Tatiana Samojłowa. Nie ma dla mnie śmierci.

Zmarły 4 września Donatas Banionis nie był Rosjaninem, ale pozostawił głęboki ślad w radzieckim kinie i nie tylko kinie, także w sercach widzów. A szczególnie jednego widza. Jak głosi legenda, Władimir Putin postanowił zostać czekistą po obejrzeniu filmu „Martwy sezon”, w którym Banionis zagrał rolę oficera radzieckiego wywiadu Ładiejkina. Banionis dostał tę rolę, gdyż był fizycznie bardzo podobny do oficera Konona Mołodego, który był prototypem filmowej postaci. Film zrealizowany w 1968 roku, oparty na prawdziwych wydarzeniach, przepojony był klimatem zimnej wojny, konfrontacji ZSRR i Zachodu, opowiadał o niezwykłych umiejętnościach oficerów radzieckiego wywiadu – szlachetnych, oddanych sprawie, gardzących szmatławymi agentami państw zachodnich. W języku rosyjskim utrwalił się podział na dobrych i złych żołnierzy niewidzialnego frontu – na Zachodzie byli zabarwieni pejoratywnie agenci (agienty), a w szeregach radzieckich służb działali razwiedcziki, nieobciążeni żadnymi wadami, czyści jak łza.

Może gdyby nie rola Ładiejkina Banionis pozostałby aktorem drugiego planu, bez szans na większe role – choćby z tego powodu, że mówił po rosyjsku z silnym akcentem (głosu w rosyjskojęzycznych radzieckich filmach użyczali mu koledzy Rosjanie). Ale po niezwykłym sukcesie „Martwego sezonu” stał się gwiazdą pierwszej wielkości. I dostał propozycję zagrania roli, która weszła do historii kina. Roli Krisa Kelvina w ekranizacji wielkiej powieści Stanisława Lema „Solaris”. Reżyserem filmu był Andriej Tarkowski. Próbujący zgłębić tajniki oceanu planety Solaris, niezdolny do uwolnienia się od ziemskiego poczucia winy bohater Banionisa jest uosobieniem rozdarcia, poczucia winy, poszukiwania prawdy, jest zaplątanym w niezgodę z samym sobą człowiekiem słabym i silnym jednocześnie. W 2007 roku powstał litewsko-niemiecki film „Aplankant Soliarį”, będący ekranizacją ostatniej części powieści (tej, która nie weszła do filmu Tarkowskiego). Banionis ponownie wcielił się Krisa Kelvina. A 4 września tego roku ostatecznie zakotwiczył na tej tajemniczej planecie.

Wydawało się, że Jurij Lubimow jest wieczny. Był rówieśnikiem rewolucji październikowej, za swoje pierwsze sukcesy sceniczne otrzymał Nagrodę Stalinowską, jego pierwsze spektakle w Teatrze na Tagance w latach sześćdziesiątych otworzyły nowy rozdział w historii rosyjskiego (wtedy jeszcze radzieckiego) teatru: „Dobry człowiek z Seczuanu”, „Hamlet” z niezapomnianą rolą Władimira Wysockiego i plastyczne, „zmontowane” jak film „Jak tu cicho o zmierzchu”. Inscenizacje Lubimowa na Zachodzie nazywano „wysepką wolności w oceanie zniewolenia”. Jego swoboda nie mogła się podobać władającym Związkiem Radzieckim starzejącym się satrapom, przywiązanym do stylistyki socrealizmu, w 1984 r. Lubimow został pozbawiony obywatelstwa ZSRR i skazany na banicję. Pracował w Wielkiej Brytanii, Włoszech, USA, realizował spektakle operowe. Do Moskwy wrócił w 1988 r., gdy fale pierestrojki podmywały gliniane nogi sowieckiego kolosa. Przez te wszystkie lata po powrocie pracował. Słodko nie było – zdarzały się spory z departamentem kultury urzędu miasta, a także wielkie twórcze konflikty, jedno z nieporozumień doprowadziło do ostatecznego rozbratu z zespołem Taganki. W tym ogniu wykuwały się kolejne wielkie spektakle, m.in. inscenizacja „Biesów” Dostojewskiego.

*

Oddzielne miejsce w dzisiejszych wypominkach zajmą ofiary krwawej wojny ukraińsko-rosyjskiej na wschodzie Ukrainy, wojny rozpętanej i podsycanej cały czas przez Kreml w cynicznej politycznej grze. Żołnierze i cywile. Pasażerowie zestrzelonego samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych. Od czasu podpisania mińskich porozumień pokojowych na terytoriach objętych konfliktem trwa kruche zawieszenie broni, łamane przez obie strony. Ludzie nadal tam giną.

Złoto Scytów

W Amsterdamie można oglądać wystawę „Krym: złoto i sekrety Morza Czarnego”. Jedna z setek, jeśli nie tysięcy czasowych wystaw na świecie, na których pokazywane są „gościnne” eksponaty, wypożyczone z innych muzeów. Czemu zatem akurat wokół tej wystawy powstał teraz taki szum? Nietrudno się domyślić: Krym.
Ponad tysiąc artefaktów z krymskich wykopalisk, należących do pięciu krymskich muzeów, wpierw pokazano w Bonn, a od 6 lutego widokiem rzadkich przedmiotów – wspaniałej biżuterii, zdobień, naczyń – mogą się cieszyć Holendrzy. Zgodnie z umową ekspozycja gościć będzie w Niderlandach do końca sierpnia. Ale już teraz wokół drogocennych znalezisk rozpętała się burza.
Troskę o los scytyjskich bransolet wykazują rosyjscy muzealnicy – szef petersburskiego Ermitażu Michaił Piotrowski czy zasłużona wieloletnia dyrektorka moskiewskiego Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina Irina Antonowa. Ich zdaniem, eksponaty powinny powrócić na Krym. W podobnym duchu wypowiedział się przewodniczący Dumy Państwowej, który dodatkowo wystosował specjalne listy w tej sprawie do ministrów spraw zagranicznych i kultury Rosji. Muzealnicy z Amsterdamu na razie powstrzymują się od komentarzy, według oficjalnego komunikatu – pozostają w stałym kontakcie z Kijowem i Moskwą. W związku z aneksją Krymu przez Rosję sprawa nie jest prosta.
Kijów ma na sprawę scytyjskiej kolekcji inne spojrzenie – ukraiński rząd przekazał eksponaty pod bezpośrednią kuratelę ministerstwa kultury Ukrainy, aby zapobiec ich wywiezieniu do Rosji. Dokumenty z placówkami w Niemczech i Holandii podpisywało ministerstwo kultury Ukrainy. Jednak, jak twierdzi rosyjska specjalistka Łarisa Aleksiejewa, podmiotami porozumienia są muzea, zarówno ze strony przyjmującej, jak i delegującej wystawę. Obecnie nad problemem łamią sobie głowy holenderscy prawnicy.
Publiczna szarpanina powstała też wokół kolekcji obrazów wybitnego rosyjskiego marynisty Ajwazowskiego. Przedstawiciel ukraińskiego ministerstwa kultury oskarżył Ermitaż o zamiar wywiezienia tych obrazów do Petersburga. Informacje te zdementowała dyrektorka muzeum w Teodozji: „Wszystkie obrazy są na miejscu, Iwan Ajwazowski podarował je rodzinnemu miastu, nigdzie stąd nie wyjadą”.
Wokół złota Scytów pojawia się wiele dziwnych pogłosek, m.in. taka – rozpowszechniana przez rosyjskie media, m.in. telewizję Rossija 24 – że kolekcję scytyjskiego złota należącą do jednego z kijowskich muzeów ukraiński premier Jaceniuk zabrał ze sobą do Brukseli (w innej wersji – do Waszyngtonu), by zdeponować ją jako wadium za obiecane kredyty MFW. Plotki zdementowano. Ale emocje kipią nadal.
Kuratorka wystawy Walentina Mordwincewa na pytanie dziennikarki „Moskiewskiego Komsomolca”, czy krymskie artefakty mogą powrócić na półwysep z pominięciem ukraińskich granic, odpowiada: „Możemy tylko mieć nadzieję, że eksponaty wrócą do muzeów, z których pochodzą. Wystawę będzie transportować firma, która wiozła ją do Niemiec i Holandii. Trasa prowadzi przez Kijów. […] Trzeba brać pod uwagę, że kraje Europy i USA nie uznały wyników referendum – Zachód nadal uważa Krym za część Ukrainy. […] Eksponaty powinny być dostarczone do Kijowa, a stamtąd spokojnie być odprawione na Krym. Chociaż wszyscy rozumieją, że powód, by je zatrzymać, jest. Dokumenty dotyczące wywiezienia wystawy za granicę załatwiało ministerstwo kultury Ukrainy, którego już nie ma. Nowe ministerstwo nie ma żadnego odniesienia do tej wystawy”. Jednym słowem, muzealnicy – podobnie jak Kreml – nie uznają nowych władz w Kijowie, z resortem kultury włącznie.
Złoto Scytów i ich zgrabne amfory to jeden z maleńkich problemów w oceanie sporów o własność na całym Krymie. Poczynając od przynależności samego półwyspu, który Rosja z pogwałceniem prawa międzynarodowego uznała za swoje terytorium.