Pierwsi w sporcie, pierwsi w dopingu

18 stycznia. Po decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego o dyskwalifikacji Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego za wspieranie programu dopingowego, na wysokich szczeblach władz rozlegały się głosy świętego oburzenia przeplatane zapewnieniami, że wszystkie odpowiedzialne za sport czynniki dołożą starań, by oczyścić rosyjski sport.

Po początkowych bojowych okrzykach wzywających rosyjskich sportsmenów do ostentacyjnego bojkotu igrzysk w Pjongczang, z Kremla wypuszczono obłok gazów uspokajających. Najważniejszy z rosyjskich kibiców łaskawie zezwolił rosyjskim zawodnikom na start pod flagą olimpijską. Teraz ważą się losy poszczególnych sportowców, którzy zapragnęli wystartować. Zostaną dopuszczeni, o ile będą mieli czystą kartę.

No i tu zaczynają się schody. Bo z jednej strony najwyżsi decydenci rozpylają patetyczne obietnice o oczyszczeniu rosyjskiego sportu z dopingu. A z drugiej strony toczy się przyziemne codzienne życie sportowe. Taki przykład. W dniach 13-14 stycznia w Irkucku odbywały się regionalne zawody – halowe mistrzostwa Syberyjskiego Okręgu Federalnego w lekkiej atletyce. Przyjechało wielu czołowych rosyjskich sportsmenów, zawody już na wiele dni naprzód zapowiadano jako wielkie wydarzenie. To miało być wielkie święto sportu. I nagle 36 zawodników wycofało się z udziału w mistrzostwach z uwagi na chorobę.

Epidemia duru brzusznego, czerwonki, kokluszu? – spytacie. Tajemniczy wirus, który skosił w ciągu jednego dnia tylu zdrowych jak rydze młodych ludzi, być może przywieźli ze sobą przybyli bez zapowiedzi inspektorzy agencji antydopingowej. Bo gdy tylko pojawili się w hali w Irkucku, zaraz przerzedziły się szeregi lekkoatletów, którzy byli skłonni złożyć w ręce inspektorów próbki moczu. Wycofanie się ze startu zdjęło obowiązek zdawania próbek.

Pomór lekkoatletów w Irkucku nie był jedynym odnotowanym przypadkiem dziwnej epidemii. Podobne porażenie zdarzyło się sportowcom uczestniczącym w ubiegłym roku w moskiewskim maratonie czy w zawodach lekkoatletycznych w Orenburgu. Wtedy też na zawody zawitali nieoczekiwanie inspektorzy agencji antydopingowej.

Rosyjska Federacja Lekkoatletyczna ma się zająć wyjaśnieniem owych niestandardowych przypadków. Przed igrzyskami w Rio rosyjskie media ubiły hektolitry piany w sprawie wykluczenia rosyjskiej reprezentacji w lekkiej atletyce z udziału w olimpiadzie za stosowanie dopingu. – My jesteśmy czyści, czyści jak łza, chcą nas wykluczyć ze współzawodnictwa, bo jesteśmy najlepsi – codziennie ktoś tak krzyczał w telewizji czy radiu. Międzynarodowych czynników zwalczających brudną praktykę dopingu takie argumenty nie przekonały. Sytuacja w rosyjskiej lekkiej atletyce nadal pozostaje niejasna. W listopadzie 2017 roku zostały przedłużone międzynarodowe sankcje wobec rosyjskiej federacji lekkoatletycznej. W zawodach mogą brać udział tylko poszczególni rosyjscy zawodnicy, którzy są czyści. Mogą startować wyłącznie pod neutralną flagą.

Plac Niemcowa w Waszyngtonie

11 stycznia. Rada miejska Waszyngtonu jednogłośnie zagłosowała za przyspieszeniem prac nad zmianą nazwy placu, przy którym znajduje się ambasada Rosji. Plac otrzymać ma imię Borysa Niemcowa (Boris Nemtsov Plaza). Najprawdopodobniej 27 lutego, w trzecią rocznicę zabójstwa opozycyjnego polityka pod murami Kremla, w stolicy USA odbędzie się uroczystość nadania nowego imienia placowi.

Wiadomość zza oceanu wywołała burzliwą i nerwową reakcję w wysokich kręgach rosyjskich władz. Wiceprzewodniczący komitetu Dumy ds. międzynarodowych uznał, że ta zmiana nazwy to „mieszanie się w wewnętrzne sprawy Rosji” (sic!), a przewodniczący tejże obruszył się jeszcze bardziej: „to bezczelność, obliczona na skompromitowanie Rosji”. Przewodniczący frakcji LDPR i kandydat na prezydenta Władimir Żyrinowski wykonał rytualny taniec z bojowymi okrzykami i wymachami przedramienia. Sekretarz prasowy Putina zapowiedział, że władze miejskie Moskwy zastanowią się nad „symetryczną odpowiedzią”.

Symetryczna odpowiedź to znak firmowy rosyjskiej polityki zagranicznej. Rosja stara się odpłacać pięknym za nadobne wszędzie tam, gdzie może i jak może. Ciekawam, jak będzie tym razem. Jeden z komentatorów podrzucił pomysł, aby tę część Sadowego Kolca, przy którym znajduje się ambasada USA w Moskwie, przemianować na ulicę Bin Ladena. Albo na ulicę Kadyrowa. Tylko czy faktycznie byłaby to symetryczna odpowiedź? Tak na marginesie – w Petersburgu jeden z mostów nosi imię Kadyrowa. Ahmata, ojca Ramzana.

Na razie Moskwa udzieliła firmowej niesymetrycznej odpowiedzi – społeczny memoriał w miejscu, gdzie zastrzelono Niemcowa, utrzymywany w porządku przez zastępy wolontariuszy, został nazajutrz po decyzji władz Waszyngtonu zlikwidowany przez służby porządkowe. Nie po raz pierwszy. Wszelkie inicjatywy upamiętnienia Niemcowa są w Rosji torpedowane. Nawet ustanowiona przez komitet społeczny tablica pamiątkowa na domu, gdzie Niemcow mieszkał w Moskwie, została zdemontowana.

Na 25 lutego dawni współpracownicy Niemcowa zapowiedzieli zorganizowanie w Moskwie i Petersburgu marszy w rocznicę śmierci polityka.

Król truskawek w wyborczym natarciu

4 stycznia. W gwarantowaną nudę reelekcji jedynego słusznego kandydata na prezydenta kremlowscy inżynierowie dusz starają się wnieść choć słaby zefirek ożywienia. Jednym z akcentów imitujących owe powiewy jest wystawienie kandydatury Pawła Grudinina z ramienia Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej.

Dotychczas żelaznym kandydatem partii komunistycznej był jej niezmienny lider Giennadij Ziuganow (który tylko raz na przestrzeni dwudziestu lat wypuścił w szranki swojego parteigenosse Charitonowa, ten jednak nie poradził sobie z wyzwaniem). Nic nie zapowiadało, by i tym razem wieczny-odwieczny optymistyczny komsomolec Ziuganow nie miał wystartować.

Za plecami głównego kandydata toczy się batalia o drugie i trzecie miejsce. Kilkuprocentowy wynik gwarantuje partii kandydata finansowanie z budżetu państwa, jest się więc o co bić. Według sondaży na drugie miejsce może liczyć – też wieczny-odwieczny – kandydat z ramienia partii LDPR Władimir Żyrinowski, a na trzecie – kandydat komunistów. Być może wystawienie kandydatury Grudinina miało przynieść efekt zaskoczenia i dać komunistom szanse na wygranie z Żyrinowskim. Poza tym zainteresowanie nową personą być może dałoby choć odrobinę szans na zwiększenie frekwencji (na wysokiej frekwencji zależy Kremlowi).

Te rozważania na razie zostawmy na boku. Teraz przypatrzmy się osobie nowego kandydata.

Postać Grudinina pojawiła się w szerokiej przestrzeni medialnej na kilka dni przed partyjnym zjazdem, podczas którego zapadła decyzja o jego wystawieniu w wyborach (303 głosy za, 11 przeciw). Z pewnym zaskoczeniem oglądałam w mediach społecznościowych kolportowane nagle masowo ni z tego ni z owego filmiki z wystąpieniami Grudinina na różnych forach, w których gromił system za błędne zarządzanie rolnictwem lub ganił decydentów za niewłaściwe podejście do kredytów itd. Takie wrzucenie tematu do mediów nazywa się w Rosji potocznie „roskrutką” – nową osobę trzeba podać widzom na tacy z odpowiednim garnirowaniem, przedstawić gościa, opowiedzieć o nim, pokazać w takich i innych okolicznościach, oswoić widzów z fizjonomią itd. Toteż gdy gruchnęła wieść, że Grudinin będzie reprezentował partię komunistów na wyborach, wiele osób już kojarzyło zupełnie nieznanego wcześniej polityka.

Choć powiedzieć o nim, że jest politykiem, to jednak trochę nagiąć rzeczywistość. Grudinin jest bowiem typowym przedstawicielem klanu „czerwonych dyrektorów” sektora rolnego. Przedstawia się go jako dyrektora sowchozu imienia Lenina. W rzeczywistości przedsiębiorstwo, którym zarządza, owszem, nosi taką sentymentalną sowiecką nazwę, ale jest nowoczesnym agrokoncernem i z sowchozem nie ma nic wspólnego.

Plotkarskie media zaraz wyciągnęły, że na początku swej kariery dyrektorskiej w połowie lat dziewięćdziesiątych Grudinin zrobił świetny interes – sprzedał grunty pod Moskwą niejakiemu Arasowi Agarałowowi. Agałarow, biznesmen notowany na listach najbogatszych Rosjan, zbudował na nich centrum rozrywkowe. (Tak na marginesie – nazwisko Agałarowa pojawiło się w związku z Russiagate w USA, pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/). Pieniędzmi ze sprzedaży ziemi Grudinin pospłacał długi sowchozu. Potem dokonał machinacji z działkami członków sowchozu i skomasował je pod swoim zarządem, wypuszczając akcje, a następnie je skupując. Sukces finansowy obserwatorzy przypisują przede wszystkim temu, że Grudinin dzierżawi atrakcyjne grunty za bajońskie sumy oraz ma udziały w firmie budowlanej, która zagospodarowuje okolice Moskwy. Jego sowchoz produkuje też żywność, przede wszystkim truskawki. Grudinin sprzedaje owoce do wielkich centrów handlowych Moskwy, przy czym okrągły rok, co dało pożywkę dla pogłosek, że tak naprawdę sowchoz pod własną marką dostarcza tureckie i polskie owoce. W internecie można znaleźć opisy (szemranych) interesów Grudinina czy zdjęcia jego sowchozu (https://www.kramola.info/vesti/novosti/tayny-sovhoza-imeni-lenina-v-podmoskove-rukovoditel-pavel-nikolaevich-grudinin-novyy), a także niestandardowe reklamy truskawkowej produkcji.

Grudinin nie jest członkiem KPFR. Na zjeździe partii powiedział, że w pełni podpisuje się pod programem Ziuganowa (ciekawam, czy go w ogóle przeczytał). A Ziuganow zapewnił, że będzie szefem sztabu wyborczego Grudinina i zrobi wszystko, aby zdobył on maksymalną liczbę głosów. Według gazety RBK, Grudinin był sponsorem partii komunistycznej, stąd ciepłe uczucia, jakie wzbudził w przewodniczącym Ziuganowie.

Na razie kampania wyborcza na dobrą sprawę jeszcze nie ruszyła. W Rosji trwa noworoczno-świąteczna przerwa. Grudinin już zdążył wszelako wyprowadzić z równowagi partyjnych towarzyszy i sympatyków. Na ferie wyjechał bowiem do Niemiec, aby „powitać Nowy Rok w gronie przyjaciół”. Deklarujący działanie na rzecz sprawiedliwości społecznej komunistyczni asceci rwą sobie włosy z głowy. Grudinin chyba niespecjalnie zwraca na tę krytykę uwagę. Nie mają na chleb? Niech jedzą truskawki.

Żółty Pies w galarecie, czyli wkraczamy w rok 2018

31 grudnia. Hipolit, negatywny bohater legendarnego filmu „Ironia losu”, zawiedziony powściągliwością głównej bohaterki wygłasza w akcie desperacji nieprzychylną opinię o jednym z dań na jej świątecznym stole: „Cóż za paskudztwo ta pani ryba w galarecie”. Fraza ta weszła na stałe do języka rosyjskiego tak jak telewizyjna emisja rzeczonego filmu w Nowy Rok.

Ryba w galarecie należy do żelaznego repertuaru sylwestrowego w Rosji. Liczne książki kucharskie i poradniki dla gospodyń zalecają gotowanie wypatroszonej i pokrajanej na duże kawałki ryby (sandacze, szczupaki, ale także wszelkie inne, byle nietłuste i nie nazbyt ościste) w garnku wraz z włoszczyzną. Na bazie nagotowanego bulionu powstaje zalewa z żelatyną, którą należy wlać do naczynia z ułożonymi pięknie dzwonkami ryby i jarzynami. Po schłodzeniu danie można jeszcze udekorować dodatkowo majonezem, szczypiorem czy groszkiem. Palce lizać. Dla tych, którzy nie przepadają za daniami z ryb, można przygotować mięsny odpowiednik: ozór w galarecie.

Nieodmiennie popularnością na rosyjskich noworocznych stołach cieszą się sałatka Olivier i śledzik pod pierzynką. Pisałam o nich w ubiegłych latach: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/12/31/z-biegiem-lat-z-biegiem-dni/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/12/31/sledzik-pod-kolderka/.

Jak co roku obliczono tak zwany indeks Olivier, to znaczy, ile pieniędzy trzeba przeznaczyć na wykonanie porcji sałatki na cztery osoby. Tegoroczny indeks ustalono na 312 rubli (nieco drożej niż w ubiegłym roku). Można przypuszczać, że na ten wydatek szarpną się wszyscy, którzy chcą powitać Nowy Rok zgodnie z tradycją. I tylko były naczelny sanitarny lekarz Rosji, deputowany Jednej Rosji Giennadij Oniszczenko zaczął namawiać rodaków, aby zmienili swoje nawyki żywieniowe i zrezygnowali z niezdrowej, kalorycznej sałatki Olivier oraz śledzia pod pierzynką: „Jak najwięcej naturalnych produktów, jak najmniej konserwowanych, marynowanych, słodkich. I zero alkoholu” – doradza. Czy Rosjanie go posłuchają? Na razie się na to nie zanosi.

W tym roku mistrzowie patelni polecają nowe i wyjątkowe danie: „Psie serce”. Przepisy na okolicznościową odmianę w stałym noworocznym menu można znaleźć w wielu portalach poświęconych gotowaniu. A odmiana związana jest z tym, że zgodnie z kalendarzem wschodnim 2018 będzie Rokiem Żółtego Psa. Rosjanie uwielbiają wszelkie przepowiednie i wykładnie związane z tradycjami Wschodu, przeglądają więc też masowo chińskie horoskopy. Można w nich przeczytać, że Rok Psa przyniesie uspokojenie. Pies, zwłaszcza Pies związany z żywiołem Ziemi (taki ma być ten w 2018 roku), to symbol pokoju, przyjaźni, uporu w dążeniu do celu. Pies ma sprzyjać pozbyciu się szkodliwych przyzwyczajeń. Być może za rok konsumentów sałatki Olivier będzie zatem mniej.

Życzę Państwu Szczęśliwego Nowego Roku 2018!

Wybory Putina bez Nawalnego

27 grudnia. Grupa inicjatywna popierająca kandydaturę Aleksieja Nawalnego na prezydenta złożyła w przewidzianym terminie wymagane dokumenty w Centralnej Komisji Wyborczej. CKW dokumenty przyjęła, po czym ogłosiła: Aleksiej Nawalny nie może startować w wyborach, bo ciąży na nim wyrok za ciężkie przestępstwo. Przewodnicząca CKW w kilku niemiłych słowach uzasadniła decyzję i na dodatek oskarżyła Nawalnego, że robi młodzieży wodę z mózgu itd. (scena jakby żywcem wyjęta ze starych sowieckich filmów, gdy rada pedagogiczna zmywała jakiemuś junakowi głowę za noszenie zbyt długich włosów lub palenie papierosów w toalecie).

Wszystkie kremlowskie wróble ćwierkały, że tak właśnie będzie – że Nawalny nie zostanie zarejestrowany przez CKW. Kreml chce jak najbardziej ograniczyć wszelkie ryzyko związane z przeprowadzeniem elekcji Putina. A start niesfornego kandydata poszerzałby pole nieprzewidywalności. Toteż Nawalny jest skutecznie marginalizowany: nie dopuszcza się go do głosu w ogólnokrajowych telewizjach, głównej – i dla wielkiej rzeszy Rosjan jedynej – tubie informacyjnej. Kampania wyborcza stworzyłaby Nawalnmu możliwość pojawienia się na ekranie telewizorów i dotarcia ze swoim przesłaniem do tych, którzy nie mają pojęcia o jego istnieniu. Na razie jednak Nawalnemu pozostanie Internet – medium, za pośrednictwem którego komunikuje się ze światem i swoimi zwolennikami. Wyniki śledztw jego Fundacji Walki z Korupcją publikowane są wyłącznie w mediach społecznościowych, na kanale Youtube itd. Ale nie w telewizji.

Co teraz? Nawalny wezwał do bojkotu wyborów i na 28 stycznia zapowiedział wielką akcję nieposłuszeństwa, którą nazwał „strajkiem wyborców”. To jest coś, czego Kreml się obawia, bo Putinowi zależy na wysokiej frekwencji – co najmniej 65-70 procent. Wtedy – przy równie wysokim poparciu dla głównego kandydata – legitymacja władzy będzie przynajmniej z wierzchu wyglądać przekonująco.

„Teraz Nawalny musi dowieść, że wybory bez niego nie są w ogóle wyborami” – pisze w komentarzu bloger i dziennikarz Aleksandr Pluszczew. Nawalny stworzył w ciągu ostatnich miesięcy całą sieć swoich sztabów na terytorium całej Rosji. „Pracują w nich wolontariusze, młodzi, dynamiczni, zmotywowani, funkcjonuje dobrze zorganizowany mechanizm zbierania pieniędzy poprzez akcje crowdfundingowe, działają strony internetowe, dzięki którym Nawalny może dotrzeć do milionów ludzi”.

Dotychczas w regionach, gdzie powstawały sztaby Nawalnego, miejscowe władze podstawiały mu nogę, jak mogły. Ludzi ze sztabów często poddawano szykanom. Bardzo młodzi zwolennicy Nawalnego, którzy jeszcze nie ukończyli szkoły średniej (nazywani popularnie w mediach „szkołotą”), wzywani byli na rozmowy przez dyrekcje szkół, zastraszano ich (na ogół bez rezultatu), obiecano relegować itd. Lokale sztabów nawiedzane były przez liczne inspekcje lub demolowane przez nieznanych sprawców.

Ale Nawalny niezrażony prze nadal do przodu. Odmowa rejestracji oznacza dla niego przejście do kolejnego etapu walki. Jeżeli faktycznie uda mu się obniżyć zakładany przez górę pułap frekwencji, to pomiesza on szyki kremlowskim inżynierom dusz. Kreml nie uważa, że Nawalny może stanowić w tej chwili poważne zagrożenie dla wygranej Putina, natomiast może spowodować zawirowania. A tego Putin na pewno by sobie nie życzył (dał temu wyraz w emocjonalnej wypowiedzi podczas niedawnej wielkiej konferencji prasowej).

Nawalny był dziś gościem rozgłośni radiowej Echo Moskwy, powiedział m.in.: Odrzucając zgłoszenie, „Kreml podjął ostateczną decyzję. Będziemy nadal trzymać się drogi prawnej. Złożymy odwołanie w sądzie. Nie wykluczamy, że Kreml w ramach swojej sprytnej jezuickiej strategii może mi zezwolić na rejestrację na dwa tygodnie przed wyborami i powiedzieć: No to teraz pokaż, na co cię stać, zrób sobie kampanię itd. […] Ale bardziej prawdopodobny jest wariant, że Kreml postawił na kampanię bez żadnych konkurentów [Putina]. On się mnie boi, boi się, że odwołam się do większości wyborców. Dlatego zdecydowałem się na ogłoszenie strajku”.

Dzisiejsze wydania telewizyjnych programów informacyjnych w Rosji otwierała jednak inna wiadomość dnia: Do siedziby Centralnej Komisji Wyborczej przybył własną osobą Władimir Władimirowicz Putin, aby złożyć pakiet dokumentów. Uśmiechając się i rumieniąc główny kandydat wysłuchał kilku słów od członków komisji i z pewną taką nieśmiałością wyraził nadzieję, że zostanie zarejestrowany. Centralna Komisja Wyborcza ma pięć dni, aby zweryfikować dostarczone papiery. Przez te pięć dni zwolennicy kandydata Putina i zapewne on sam po nocach spać nie będą, oczekując w napięciu na decyzję CKW.

Minister o zaostrzonym rygorze

15 grudnia. Sędzia zamoskworieckiego sądu rejonowego miasta Moskwy Larysa Siemionowa ogłosiła dziś wyrok w głośnym procesie byłego ministra rozwoju gospodarczego Aleksieja Ulukajewa oskarżonego o wręczenie korzyści majątkowej Igorowi Sieczinowi (o aresztowaniu Ulukajewa pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/11/15/slalom-po-ruchomych-piaskach/). Wyrok był skazujący i bardzo surowy: kara ośmiu lat pozbawienia wolności w kolonii o zaostrzonym rygorze. Sędzia Siemionowa orzekła o winie eksministra na podstawie wątpliwych przesłanek, ale za to w pełnej zgodzie z tym, co zasugerował podczas wczorajszej konferencji prasowej prezydent Putin. Skazanie Ulukajewa w pokazowym procesie jest w zgodnej opinii komentatorów świadectwem umocnienia się Sieczina, a osłabienia grupy polityków, urzędników i biznesmenów o bardziej liberalnych zapatrywaniach, którzy są/byli w kontrze wobec grupy jastrzębi z komitetu bezpieczeństwa. Teraz Sieczin może sięgnąć po wszystko, co zechce.

Były minister uznał wyrok za rażąco niesprawiedliwy, obrona zapowiedziała apelację. Ulukajew został zakuty w kajdanki w sali rozpraw i odwieziony do aresztu śledczego (wcześniej oczekiwał na proces w areszcie domowym).

Minister miał zainkasować 2 miliony baksów za wydanie pozytywnej opinii, na podstawie której dowodzony przez Sieczina koncern Rosnieft’ mógł przejąć 50,08% akcji koncernu Basznieft’. Łakomy kąsek. Podczas rozprawy wystąpił świadek, poświadczający winę Ulukajewa. Ciekawe było natomiast to, że sam Sieczin – mimo kilkakrotnych monitów – do sądu nie przyszedł. Zeznania obciążające Ulukajewa składał w śledztwie. Sąd nie miał szans, by zweryfikować słowa Sieczina na sali rozpraw. Tymczasem wczoraj podczas konferencji prasowej Putin firmowym wzruszeniem ramion skwitował pytanie dziennikarki, dlaczego Sieczin nie stawił się przed obliczem sprawiedliwości. Zeznania Sieczina nie trzymają się kupy, lecz choć są niewiarygodne, stanowiły podstawę aktu oskarżenia, a potem sentencji wyroku. Dodatkowo jak widać, mocniejszą podstawę stanowią słowa wypowiedziane wczoraj przez Putina: – Sieczin nie złamał prawa – orzekł prezydent. Dziś sędzia wydała srogi wyrok. Znawcy rosyjskich realiów politycznych nie mają wątpliwości – to był łatwy do odczytania sygnał dla sędzi: skazać. Proces ma charakter polityczny, wyrok zaspokaja potrzeby najważniejszego decydenta, jest zapowiedzią dla wokółkremlowskiej konkiety: Kreml nie cofnie się przed zastosowaniem siły wobec nazbyt krnąbrnych ministrów czy innych dygnitarzy. Zwłaszcza jeśli podskoczą.

Politolog Kiriłł Rogow: „To, co stało się dzisiaj w sądzie, jest wprost niebywałe. Sędzia powołała się w sentencji wyroku na fałszywe zeznania świadka”. Jewgienij Ichłow dodaje: „Wyrok na Ulukajewa to symboliczny start kampanii przedwyborczej Putina i odpowiedź na antykorupcyjne hasła liberalnej opozycji”. Kiriłł Lats uzupełnia: „Wnioski z procesu Ulukajewa powinni wyciągnąć urzędnicy: odtąd należy robić wszystko, by dogodzić przyjaciołom Putina, a jeśli interesy przyjaciół są sprzeczne, to trzeba obsłużyć Sieczina, a nie tego drugiego. Sieczin jest teraz wyznacznikiem prawdy. […] Służba Rosji to od tej pory służba Sieczinowi”.

Nie wszyscy widzą w tym, co się stało, przejaw walki kremlowskich klanów i zwycięstwo Sieczina w starciu z ministrem. Igor Żulimow dostrzega w tym, jak potraktowano Ulukajewa, jedynie akt brutalnej pierwotnej zemsty: „Kiedy Putin wrócił ze szczytu G20 w Australii (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/11/17/gelsomino-w-krainie-kangurow/), stało się jasne, że Rosja znalazła się w izolacji. Putin zwołał posiedzenie rządu z udziałem ministrów bloku gospodarczego. – Opowiedzcie, jaki macie plan działań – rzekł Putin. Odpowiedział na zagajenie prezydenta Ulukajew: – A myśmy myśleli, Władimirze Władimirowiczu, że to pan ma plan działań. Właśnie za tę odzywkę Ulukajew dostał dziś wysoki wyrok. Zemsta to danie, które podaje się na zimno”.

Putin przywdziewa maskę dobrego cara

9 grudnia. Podczas uroczystości otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi w 2014 roku nastąpiła chwila konsternacji, gdy nie udał się trik polegający na rozwijaniu się w koła olimpijskie białych śnieżynek czy też gwiazdeczek. Jedna z nich nie rozwinęła się i symbol olimpiady pozostał kaleki. Symbolika tej organizacyjnej wpadki powróciła po latach, gdy Międzynarodowy Komitet Olimpijski zdecydował się wreszcie zareagować na skandal związany z olimpijskim dopingiem.

Po długich badaniach, śledztwie, konsultacjach MKOl ogłosił, że dyskwalifikuje Rosyjski Komitet Olimpijski i nie dopuszcza go do udziału w zimowych igrzyskach Pjongczang, które mają odbyć się w lutym 2018 roku. Powodem jest afera dopingowa. Ze zdobytych przez rosyjskich sportowców w Soczi medali zakwestionowano i odebrano aż jedenaście. W Pjongczang mają się odbyć dekoracje olimpijczyków, którym należne medale przyznano po zdyskwalifikowaniu rosyjskich oszustów. Przed olimpiadą w Soczi rosyjską kadrę eksperci od sportów zimowych plasowali na piątym-szóstym miejscu. Zadziwiające więc było to, że w klasyfikacji medalowej Rosja zajęła pierwsze miejsce. Teraz wiadomo, jak to się stało – realizowany przy współudziale FSB program wspomagania naszpikowanych dopingiem rosyjskich sportowców umożliwił im sięgnięcie po nienależne laury (o metodzie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/). Rosyjscy działacze sportowi i politycy gniewnie fukają na MKOl za pozbawianie „zdopingowanych” Rosjan medali olimpijskich, sekretarz prasowy Putina oznajmił, że Rosji nikt nie odbierze zwycięstwa. Zdemaskowani sportowcy natomiast śmieją się MKOl-owi w nos i mówią, że swoich medali nie oddadzą. Nikomu jakoś nie jest przykro, że doszło do grubego przekrętu, nikt za to nie przeprasza. Przykrość delikwenci odczuwają jedynie z powodu odebrania ukradzionych splendorów i bana ze strony MKOl.

Po ogłoszeniu przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski decyzji o dyskwalifikacji Rosji nastąpiła krótkotrwała konsternacja jak wtedy, gdy w Soczi nie rozwinęła się śnieżynka. Reakcja rosyjskich oficjeli była wszakże więcej niż stonowana. Tylko nazajutrz po ogłoszeniu decyzji MKOl odbyła się burzliwa dyskusja w Dumie – wybrańcy narodu dali upust świętemu oburzeniu, wielu wzywało do całkowitego bojkotu olimpiady, darło patriotyczne pierze, odgrażało się niewyobrażalnym odwetem. Jedna z deputowanych na Twitterze przypomniała w tym kontekście, że Rosja ma broń atomową.

Atom atomem, ale Kreml nie zdecydował się nawet na użycie procy. Głos zabrał sam prezydent Putin i łagodnym głosem dziecięcego dentysty oznajmił, że choć Rosyjski Komitet Olimpijski został zdyskwalifikowany, to MKOl pozostawił czystym rosyjskim sportowcom furtkę: mogą pojechać do Pjongczang i wystąpić pod flagą olimpijską. I niech jadą, bo nie wolno odbierać ludziom szansy na sportowy sukces, na który pracowali latami. Mąż stanu pokój miłujący, żadnych ostrości, zero metalu w głosie. Czemu taka zmiana wizerunku?

Politolog Kiriłł Rogow rozważa takie warianty: „(1) MKOl dysponuje dowodami w sprawie dopingu, które jeszcze nie wyszły na jaw, a które jeszcze mocniej obciążają rosyjskie władze, (2) to, że rosyjska delegacja (na spotkaniu MKOl w Lozannie) faktycznie przyznała się do winy, jest częścią targu wokół kwestii dyskwalifikacji rosyjskiej sbornej w Mundialu 2018”. Do sprawy piłkarskich mistrzostw jeszcze za chwilę wrócę.

Sport to w Rosji więcej niż tylko sport – to w pojęciu i władz, i dużej części społeczeństwa jeden z ważnych komponentów składających się na mocarstwowość. Rosyjscy sportowcy muszą wygrywać – w ten sposób dowodzą potęgi państwa i przewagi nad resztą świata. Linia propagandowa rosyjskich mediów (szczególnie telewizji) wobec zarzutów MKOl i agencji antydopingowej WADA polegała na pokazaniu, że jedynym źródłem [nieprawdziwych] oskarżeń o doping jest zbiegły działacz rosyjskiej agencji antydopingowej Grigorij Rodczenkow, cała sprawa jest wydumana i ma na celu odwet na wielkiej Rosji wstającej z kolan, zwyciężającej w Syrii itd. Albo jak krzyczał w Dumie Żyrinowski, odwet za zwycięski czterdziesty piąty rok. Niemiecki dziennikarz Hajo Seppelt, od lat drążący temat dopingu, w tym programu dopingowego w Rosji, tak komentuje tę linię: „Niech pan Mutko (wicepremier, b. minister sportu, patron programu) przynajmniej przeczyta raport komisji McLarena, wszystkiego się dowie. Czyżby pan Mutko go nie przeczytał?”. Mutko został przez MKOl personalnie zbanowany – dożywotnio zakazano mu udziału w igrzyskach. Znamienne jest to, że mimo ciążących na nim zarzutów o wspieranie programu dopingowego, nadal zachowuje stanowisko w rządzie i nadal odpowiada za przygotowania do Mundialu. Jeszcze raz Hajo Seppelt: „Jak to możliwe, że państwo, które postępuje w ten sposób w sporcie [patronuje państwowemu programowi dopingowemu], jest gospodarzem mistrzostw świata w piłce nożnej? A pan Mutko, ponoszący polityczną odpowiedzialność za państwowy program dopingowy, co poświadczono w dokumentach MKOl, nie powinien mieć nic wspólnego z Mundialem. A ma. Jeżeli okaże się, że i w rosyjskiej piłce na przestrzeni wielu lat masowo stosowano doping – a oznak tego procederu jest aż nadto – to należy zadać pytanie: a czy taka drużyna w ogóle ma prawo wystartować w mistrzostwach świata? […] W najbliższym czasie czeka nas wiele dyskusji na ten temat. Jak przypuszczam, Rosja znowu będzie szła w zaparte i nie wykaże gotowości do współpracy”.

Ostra kwestia stosowania dopingu pod skrzydłami państwa i równie ostra kwestia tępienia tego typu praktyk przez międzynarodowe agencje i komitety po ogłoszeniu przez MKOl sankcji wobec Rosji minęły swój punkt kulminacyjny. Wzbierająca długo fala nagle opadła. Wielu obserwatorów uznało, że jak na skalę rosyjskiego przekrętu z dopingiem to reakcja MKOl jest nadzwyczaj łagodna, a jako taka nie ma sensu, bo nie osiąga celu: nikt nie domaga się od Rosji ani uderzenia się w piersi, ani solennej obietnicy poprawy. Rosyjscy sportowcy mogą pojechać na zawody olimpijskie, a na ceremonii zamknięcia już nawet będą mogli defilować pod flagą państwową. MKOl naznaczył krótką i niezbyt bolesną pokutę jak na rozmiary przewiny.

Mięciutka była też wspomniana powyżej reakcja Putina. Trzeba pamiętać, że w 2018 roku Władimira Władimirowicza czekają dwa ważne wydarzenia. Po pierwsze w marcu będą wybory. Po drugie będzie Mundial.

Po długich i ciężkich przymiarkach Putin wreszcie – i to w dniu, gdy ogłoszono o dyskwalifikacji olimpijskiej – ugiął się pod naporem zniecierpliwionego ludu pracującego miast i wsi, który domagał się od niego startu w marcowej elekcji, i ogłosił urbi et orbi, że stanie w szranki wyborcze. Kampania wyborcza jeszcze się nie zaczęła, a już widać, że Putin stawia na bliski kontakt z owym ludem, będzie kreował się na władcę mądrego, stabilnego, pochylonego z troską nad obywatelem. Dobrotliwy, pełen miłości człowiek-prezydent, prezydent-człowiek. Kolejny wizerunkowy lifting i kandydat na prezydenta jak nowy. Tylko zdrowie już nie to. Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że na prezentowanych ostatnio w telewizji migawkach z wizyt prezydenta w zakładach pracy widoczne było, że Putin ma trudności w poruszaniu się, że znowu utyka. Raziło sztucznością zadane przez jednego z uczestników spotkania wazeliniarskie pytanie o dobrą formę fizyczną człowieka, który powłóczy nogą, jednocześnie ze wszystkich sił starając się zamaskować tę nieudolność.

Ksenia Starosielska. RIP

5 grudnia. Mówiła, że tłumacz to most między narodami, państwami, kulturami. Ksenia Starosielska była mostem pomiędzy Polską i Rosją – jej wspaniałe tłumaczenia pozwoliły Rosjanom poznać dorobek polskich autorów. Przetłumaczyła na rosyjski utwory między innymi Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Nowaka, Jerzego Andrzejewskiego, Jerzego Pilcha, Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Konwickiego, Hanny Krall, Marka Hłaski.

Odeszła w ostatnich dniach listopada w wieku 80 lat.

Powołanie – bo tłumaczenie literatury to powołanie – odkryła w sobie nie od razu. Za namową rodziny, która chciała, aby Ksenia miała praktyczny fach w ręku, ukończyła inżynierię chemiczną. Po studiach pracowała przez kilka lat w laboratorium. Jak mówiła, bez radości i zainteresowania. Radość to było poznawanie świata. Jeszcze na studiach odwiedziła Polskę w ramach wymiany turystycznej. Była w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. „Wróciłam z Polski pełna wrażeń. Jacyś inni ludzie na ulicach, kobiety ubrane inaczej niż u nas. I ta atmosfera wolności. Tańczyliśmy rock and rolla. Było wspaniale” – wspominała po latach tę pierwszą podróż. Była druga połowa lat pięćdziesiątych, pierwsze powiewy chruszczowowskiej odwilży. W Moskwie można było obejrzeć wystawę impresjonistów francuskich – obrazy wyciągnięte z muzealnych magazynów. Zafascynowana Ksenia chciała poczytać o tym nieznanym świecie. Książek po rosyjsku nie było. Na daczy zobaczyła książkę francuskiego autora o Toulouse-Lautrecu po… polsku. Mama i ciocia doskonale znały polski, urodziły się w Łodzi i w tym mieście spędziły pierwsze lata życia. W czasie I wojny rodzina przeniosła się na stałe do Moskwy, dziewczynki przełączyły się na rosyjski i przez długie lata zwalczały u siebie polski akcent, którego nie mogły się długo pozbyć, a który był przedmiotem kpinek moskiewskiego otoczenia. W domu nie mówiono zatem po polsku i Ksenia tego języka nie znała. Ale postanowiła się nauczyć. To było już po tej wspaniałej wyprawie do roztańczonej rock and rollem Polski. Od mamy nauczyła się czytać po polsku. Z jej pomocą przebrnęła przez tę książkę o malarstwie. A następną przeczytała już sama, tylko ze słownikiem. Było to polskie tłumaczenie duńskiego kryminału. Jak mówiła Starosielska, język polski stał się dla niej nie tylko miłością, stał się samym życiem.

Potem były lata wytrwałej pracy nad szlifowaniem języka. Pierwsze próby translatorskie. Jak przyznawała po latach – niezbyt udane. Ale wtedy Ksenia Jakowlewna już wiedziała, że właśnie to chce robić w życiu zawodowym – tłumaczyć książki. Odeszła z laboratorium, rozstała się z chemią.

„Miałam szczęście – książki, które proponowałam wydawnictwom, zwykle trafiały w gusta wydawców – mówiła w jednym z wywiadów. – Mogłam więc przekładać dzieła autorów, którzy mnie interesowali, a to było gwarancją satysfakcji. Do niektórych z autorów z tych czy innych względów więcej nie wracałam. Ale bywało, że po zakończeniu pracy zainteresowanie autorem nie malało, wręcz przeciwnie – rosło, pojawiało się przywiązanie i – nie boję się tego słowa – miłość. O ile nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Często wirtualne kontakty stawały się realną przyjaźnią”.

Lata tytanicznej pracy. Budowanie warsztatu, gromadzenie wiedzy. Poznawanie niuansów polskich realiów opisywanych w tłumaczonych książkach, korespondencja z autorami. Na jednym ze spotkań z czytelnikami Ksenia Jakowlewna przytaczała wyimki z korespondencji z Tadeuszem Nowakiem (można to obejrzeć tutaj https://www.youtube.com/watch?v=PeuLpMdtvyc). Tłumaczenie to było cyzelowanie najdrobniejszych szczegółów. Godne podziwu studia nad każdym szczegółem, dbałość o każde słowo. Jednocześnie Starosielska miała doskonały słuch lingwistyczny, niezwykłe wyczucie frazy, wrażliwość. Jednym słowem – zestaw cech niezbędnych w zawodzie tłumacza.

Przez wiele lat była redaktorem naczelnym czasopisma „Inostrannaja Litieratura”, na łamach którego publikowano przekłady literatury światowej. Również polskiej. Prowadziła seminaria dla młodych adeptów sztuki translatorskiej w Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Była wielką przyjaciółką Polski. Polska doceniła jej nadzwyczajny wkład w rozwój kultury, w krzewienie polskiej literatury na rosyjskiej niwie. Ksenia Starosielska została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP i innymi odznaczeniami.

Dziękujemy za wszystkie wspaniałości.

 

Francuska wpadka senatora

30 listopada. Coś nie zgadza się w rachunkach. Francuskie służby fiskalne dopatrzyły się, że senator Sulejman Kerimow zalega francuskiemu budżetowi na niebagatelną kwotę 400 mln euro – podają dziś francuskie media. Jak to możliwe? Rosyjski senator jest coś winien francuskiemu fiskusowi?

Cofnijmy się kilka dni. Kerimow, członek Rady Federacji, w której reprezentuje kaukaski Dagestan, miliarder, 20 listopada wieczorem przylatuje do Nicei. Gdy wysiada z samolotu i luzackim krokiem zmierza do wyjścia, podchodzi do niego kilku panów z twarzy podobnych zupełnie do nikogo. Pokazują mu odznaki i proszą, by poszedł z nimi – jest zatrzymany w związku z podejrzeniem o pranie brudnych pieniędzy i zaleganie z podatkami. Rosyjskie służby konsularne zostają postawione na nogi. Kerimow wprawdzie nie należy do ścisłego grona wierchuszki władzy w Rosji, ale jednak jest senatorem i człowiekiem z forsą (Forbes ocenia jego majątek na 1,6 mld dolarów; zarobił je dzięki sprytnym agresywnym przejęciom, na handlu ropą, bankowości, wydobyciu złota i eksploatacji lotniska w stolicy Dagestanu Machaczkale). MSZ Rosji występuje w firmowym stylu z gniewnym oświadczeniem, że Kerimow – jako członek izby wyższej parlamentu – ma paszport dyplomatyczny i jest w związku z tym chroniony immunitetem, żadne francuskie służby nie mogą go zatrzymać. Ręce precz itede. Groźne fukanie milknie, gdy okazuje się, że Kerimow przybył do Francji z prywatnym paszportem w kieszeni, traktowany jest więc jak osoba prywatna.

Kerimow przespał nockę „na twardym” w areszcie, po czym został wypuszczony za kaucją (5 mln euro) i z zakazem opuszczania departamentu.

Gazeta „Wiedomosti” zajrzała senatorowi w deklarację majątkową (takowe mają obowiązek składać członkowie parlamentu). Okazuje, że Kerimow w ubiegłym roku zarobił wszystkiego 12 mln rubli, ma dwa małe mieszkanka i mercedesa. Co innego rodzina – o, rodzina pana senatora: żona i dziateczki, w tym nieletnie, mają i pieniądze, i auta, i nieruchomości, i przedsiębiorstwa. Francuskie gazety natomiast zainteresowały jest willami na południu Francji, które formalnie do Kerimowa nie należą. Kilka miesięcy temu w willach odbyły się rewizje, media spekulują, że znaleziono wtedy dokumenty świadczące o przynależności willi do Kerimowa (http://www.compromat.ru/page_37790.htm). Dziś zatrzymano osoby podejrzewane o nielegalne zarządzanie nieruchomościami, co umożliwiło Kerimowowi ukrycie faktu przeprania lewej kasy i wyprowadzenia w pole francuskiego fiskusa.

Przez kilka dni zatrzymanie senatora było jedną z najostrzej komentowanych w Rosji wiadomości. Zdaniem wielu obserwatorów, wpadka Kerimowa to sygnał dla członków rosyjskiej elity, która lokuje swoją krwawicę na Zachodzie, że ta lokata przestała być bezpieczna. I blady strach padł na posiadaczy pięknych rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, w szwajcarskich Alpach i śródziemnomorskich wyspach, dyskretnych kont bankowych i innych fajności. Oficjalnie przecież żaden z wysokich rosyjskich urzędników i członków najwyższych władz partyjnych i państwowych nie ma prawa posiadać majątku za granicą. Jaki więc znajdzie sposób, by w razie tarapatów chronić swą własność? Wielkie pytanie.

Opozycyjny publicysta Aleksandr Ryklin pisze: „Biedny senator Kerimow. Francuski sąd zakazał mu opuszczania Francji. Będzie musiał oczekiwać na rozprawę sądową z dala od ojczyzny, w fatalnych warunkach surowej francuskiej rzeczywistości. Ciekawe, jaką drogę wybierze Kerimow. Czy zaryzykuje i zostanie składając swój los w ręce francuskiego wymiaru sprawiedliwości czy pomimo zakazu sądu drapnie do Rosji? Ale wtedy – żegnaj na wieki rodzone Lazurowe Wybrzeże […]. Ciekawe, czy przedstawiciele putinowskiej elity – i politycznej, i ekonomicznej, zrozumieli, że tam to nie tu? Że model postępowania, który praktykują w Rosji, na Zachodzie nie przechodzi, że to wręcz niebezpieczne. Tym bardziej teraz, kiedy zajęli się tym na całym świecie na poważnie. A przecież były narady na Kremlu, na których uprzedzano ludzi, żeby mieli się na baczności, żeby się odpowiednio na Zachodzie zachowywali, płacili podatki, pamiętali, że nie wolno lekceważyć tamtejszych przepisów itd.”. Inny komentator kryjący się pod pseudonimem Politjoystick zauważa: „Temat zatrzymania Kerimowa może być również korzystny dla Kremla. Wypływa bowiem w tym kontekście na powierzchnię wygłoszone w 2013 r. przez Putina wezwanie, aby rosyjska elita ponownie swoje aktywa przenosiła do Rosji. Było dość czasu, aby to zrobić”.

Nicea jest dla Kerimowa pechowym miejscem. Kilka lat temu ledwie przeżył wypadek samochodowy, który sam spowodował. Mknął z szaloną prędkością nadmorskim bulwarem czarnym ferrari, rozmawiał o pięknym życiu z piękną kruczowłosą dziewczyną Tiną Kandelaki, aż tu nagle stracił panowanie nad kierownicą i wyrżnął w palmę.