Archiwum autora: annalabuszewska

Oblicza mobilizacji

4 października. Mobilizacja ogłoszona przez Putina jako częściowa okazała się kosztownym eksperymentem demograficznym. Nie pierwszym i zapewne nie ostatnim w dobie panikującego putinizmu.

Władimir Putin 21 września, zwierając żelazne szczęki, ogłosił, że dobiegła końca faza dystansowania się społeczeństwa rosyjskiego od bandyckiej wojny rozpętanej przez niego przeciw Ukrainie. Rosjanie, a przynajmniej duża ich grupa, muszą opuścić strefę komfortu. Nie wystarczy już nie protestować przeciwko wojnie, jak na samym początku, nie wystarczy już popierać wojnę słowem, jak to było w drugiej fazie, teraz nadszedł czas na popieranie wojny czynem – trzeba dać się zmobilizować i wyruszyć na front (pisałam o tym w autorskiej rubryce „Rosyjska ruletka” – Putin wzywa na wojnę. Co oznacza „częściowa mobilizacja” w Rosji | Tygodnik Powszechny)..

Mobilizacja została określona przez Putina jako częściowa – miała dotyczyć zaciągu 300 tysięcy. Dziś minister obrony Siergiej Szojgu zaraportował, że zmobilizowano już 200 tys. A telewizja 1tv zachłystywała się w wieczornym wydaniu, że do służby zgłaszają się nie tylko zmobilizowani, ale także ci, którzy nie podlegają mobilizacji, a chcą „bronić ludności Donbasu” w szeregach „drugiej armii świata”. Pono za pośrednictwem specjalnej strony internetowej zgłosiło się już 70 tys. chętnych. Nie bardzo wiadomo, gdzie oni są i dokąd trafiają, kto (i czy) ich szkoli, kto zapewnia ekwipunek itd.

W telewizji wszystko wygląda pięknie: mobilizacja przebiega bez przeszkód i zgodnie z planem. Tak jak wszystko od 24 lutego.

Tymczasem Forbes podał dziś, powołując się na źródła w administracji prezydenta, że od momentu ogłoszenia mobilizacji z Rosji wyjechało 700 tys. osób, według innego źródła – nawet milion. Ile osób wyjechało w celach turystycznych i zamierza powrócić – nie wiadomo.

Jak widać, Rosjanie masowo wybrali indywidualne strategie przetrwania, nie czekając, aż dostaną wezwanie do najbliższej komendy uzupełnień. Od 21 września liczne media przekazują reportaże z przejść granicznych w Kazachstanie, Gruzji, Finlandii i in., na których po rosyjskiej stronie stoją gigantyczne kolejki oczekujących na możliwość przekroczenia granicy. Samochodem, rowerem lub pieszo, jakkolwiek, byleby tylko opuścić kraj i uratować się przed wysłaniem do krwawej łaźni. Zamożniejsi wybierają drogę lotniczą. Na Telegramie można codziennie zapoznać się z zestawieniem cen biletów do portów lotniczych, które przyjmują samoloty z Rosji – do Stambułu, do Dubaju. Ceny są horrendalne.

Rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę przekraczających granicę Rosjan, jest Kazachstan. Władze tego kraju poinformowały, że od początku mobilizacji wjechało ok. 200 tys. (to tyle, co zdołał zmobilizować Szojgu). Mała Gruzja przyjęła ok. 70 tysięcy. Mongolia ogłosiła, że przyjmie każdą liczbę rosyjskich uciekinierów.

Jak twierdzi w publikacji o przebiegu mobilizacji „Nowa Gazeta. Europa”, mobilizacja jest „częściowa” wyłącznie w warstwie słownej. Tak naprawdę w całym kraju trwa łapanka – kto się nie ukryje, ten wpada w ręce wojskowych (https://novayagazeta.eu/articles/2022/10/04/uzhas-bez-kontsa), a zatem mobilizacja nie jest w żadnym razie częściowa, choć powszechna też nie jest. Wskazana przez prezydenta liczba 300 tys. powołanych pod broń to bujda na resorach, utajniony punkt dekretu mówi o zamiarze zmobilizowania miliona mężczyzn, portal Meduza pisał nawet o 1,2 mln.

Po ogłoszeniu decyzji o mobilizacji w Rosji odbyły się protesty uliczne w wielkich miastach. W Dagestanie protesty przybrały formę blokad na drogach, policja użyła broni do rozpędzania demonstracji (strzelano w powietrze). W rezultacie część zmobilizowanych mężczyzn zdemobilizowano (https://www.kavkazr.com/a/na-voynu-dagestantsev-posylayut-pervymi-chem-zakonchilisj-protesty-v-mahachkale/32064549.html).

Ogłoszenie mobilizacji miało być elementem wielowymiarowej presji na Ukrainę, aby zaniechała walki o swoją ziemię z przeważającą nawałą rosyjską, wzmocnioną potężnym połciem mięsa armatniego. Jeżeli w zamyśle kremlowskiego stratega Ukraińcy mieli się tego wzmocnienia przestraszyć, to jakoś znów coś strategowi nie wyszło, przynajmniej na razie. Armia ukraińska nie przerwała kontrofensywy i codziennie odnosi kolejne sukcesy.

I znowu wszystko idzie zgodnie z planem

17 września. Po Buczy, Borodiance, Ołeniwce – Izium. Kolejne miejsce makabrycznych zbrodni popełnionych przez rosyjskich okupantów na ukraińskiej ludności podbitych terenów. Po wyparciu rosyjskiej armii z obwodu charkowskiego i części donieckiego odkryto w lesie pod Iziumem setki grobów. Pochowano w nich ofiary walk, ostrzałów, egzekucji i tortur.

Grupa przeprowadzająca ekshumacje dopiero zaczęła prace, śledczy starannie dokumentują upiorne znalezisko. Ale już teraz można powiedzieć o niebywałej skali zbrodniczego procederu rosyjskiej armii w ukraińskich miastach i wsiach. Na ciałach ofiar widać ślady tortur. Wiele z nich ma związane nogi i ręce. Na leśnym cmentarzu grzebano też tych, którzy zginęli w wyniku ostrzałów – Rosjanie szturmowali Izium przez miesiąc, stosując metodę huraganowych ataków artyleryjskich. Zdaniem deputowanego miejscowej rady, z rąk Rosjan mogło zginąć nawet tysiąc cywilnych mieszkańców Iziumu.

Internetowa telewizja „Nastojaszczeje Wriemia” opublikowała na swoim kanale Telegram zdjęcia z miejsc pochówków: https://www.currenttime.tv/a/v-lesah-pod-izyumom-obnaruzhili-massovye-zahoroneniya-/32035628.html

„Wszędzie, gdzie stacjonowała rosyjska armia, można znaleźć podobne ślady. W Czeczenii grzebano ofiary w lesie za lotniskiem w Groznym. Rosyjscy wojskowi traktują ludność okupowanych terytoriów jak wrogów i nie widzą nic zdrożnego w torturowaniu i zabijaniu ludzi, których właśnie za wrogów uważają. Podobne zbrodnie armia popełniała w Afganistanie. W tym kontekście ciekawym byłoby określenie, kiedy wojskowi przestali odpowiadać za zabijanie cywili podczas przesłuchań” – napisał w komentarzu na Facebooku emigracyjny politolog Nikołaj Mitrochin.

Mitrochin zwraca też uwagę na to, jak kremlowscy propagandyści próbują przedstawić znalezisko pod Iziumem: to ciała poległych żołnierzy sił zbrojnych Ukrainy, których nie zabrała strona ukraińska. „Być może są tam też [pochowani] ukraińscy wojskowi. Ale mam wątpliwości co do tego, że ukraińscy żołnierze ginęli ze związanymi przez siebie samych rękami i nogami”.

Prezydent Putin na wczorajszym spotkaniu z dziennikarzami po szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Samarkandzie poświęcił uwagę także wydarzeniom w Ukrainie. O Iziumie nie mówił. Zapewnił, że „główny cel operacji specjalnej – wyzwolenie Donbasu – nie podlega korekcie. Kontynuujemy te działania, nie zważając na wszystkie próby przeprowadzenia kontrofensywy ukraińskiej armii. Zobaczymy, czym się ta kontrofensywa zakończy. […] Walczymy tylko częścią naszej armii, tylko tą kontraktową. Na Donbasie rosyjska armia zdobywa coraz nowe tereny” (https://www.youtube.com/watch?v=ewWHL7TzSp0). A zatem ciąg dalszy starej śpiewki: „wszystko idzie zgodnie z planem”. Zdaniem Putina, to Ukraina prowadzi działania terrorystyczne. Jako przykład podał wczorajszy zamach w Ługańsku na tzw. prokuratora generalnego tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej. Nie wiadomo, kto dokonał zamachu, w tzw. Ługańskiej Republice Ludowej zginęło już w zamachach wielu watażków – były to na ogół porachunki pomiędzy grupami mafijnymi, które dzieliły łupy. Ale Putin już wie, że to Kijów maczał w tym palce.

Dziennikarstwo to przestępstwo

6 września. Rosyjskie władze dorzynają resztki dziennikarstwa i likwidują ostatnie bastiony wolnych mediów – dziennikarz „Wiedomosti” i „Kommiersanta” Iwan Safronow został skazany na karę 22 lat łagru o zaostrzonym rygorze za zdradę państwa, a „Nowa Gazeta” Dmitrija Muratowa otrzymała decyzję sądu o unieważnieniu licencji na wydania papierowe pisma, wkrótce oczekiwane jest również oficjalne zamknięcie strony internetowej.

Moskiewski sąd miejski skazał Safronowa za (niedowiedzione w procesie) szpiegostwo i zdradę stanu. Dziennikarz od dwóch lat przebywał w areszcie śledczym Lefortowo. Ogłoszenie wyroku zajęło sędziemu dziesięć minut – nie przedstawiono sentencji wyroku z uwagi na to, że jego treść i uzasadnienie zaliczono do kategorii tajemnicy państwowej. Jak pisze „Projekt” (https://www.proekt.media/narrative/delo-ivana-safronova/), oskarżenia o szpiegostwo czy zdradę państwa nie było na czym zawiesić: artykuły, dane, dokumenty, które Safronow miał rzekomo dostarczać czeskiemu i niemieckiemu wywiadowi, znajdują się w otwartym dostępie. O Safronowie i jego sprawie pisałam w blogu dwa lata temu, gdy dziennikarz został aresztowany: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/15/czeski-szpieg-w-roskosmosie/

Dziennikarze „Meduzy.io” (internetowe medium wydawane na Łotwie przez rosyjskich dziennikarzy na emigracji) napisali dziś. „Kodeks karny, na podstawie którego skazano dziś Safronowa, klasyfikuje przygotowania i rozpętanie agresywnej wojny jako ciężką zbrodnię. Innymi słowy, oskarżając o przestępstwa dziennikarzy, władze starają się ukryć swoje zbrodnie. Metodycznie pozbywają się świadków, sięgając po nieograniczone środki siłowe. Ci, którzy zostali w Rosji i nadal próbują się zajmować dziennikarstwem, są narażeni na fizyczną rozprawę. 22 lata łagru to próba odebrania życia nie tylko temu, kto został skazany, ale także wszystkim, którzy go kochają i których on kocha”.

„To po prostu zemsta. Sąd uznał dziennikarstwo za przestępstwo” – napisała „Nowa Gazeta”. Los pisma, którego redaktor naczelny Dmitrij Muratow otrzymał w zeszłym roku Pokojowego Nobla, wisi na włosku. Po rozpoczęciu agresji na Ukrainę w Rosji wprowadzono ostrą wojenną cenzurę. Każdy materiał, który nie jest prowojenną agitką, może zostać podciągnięty pod paragrafy o „dyskredytacji rosyjskiej armii” lub „rozpowszechnianie fałszywych informacji”. Roskomnadzor (agencja federalna ds. kontroli mediów) powykręcał ręce i pozamykał usta ostatkom niezależnych od Kreml, niszowych wydań. „Nowa Gazeta” zamieszczała świetne reportaże o najważniejszych wydarzeniach na froncie i na tyłach, analizy i komentarze do bieżącej sytuacji, wywiady. Otrzymała dwa ostrzeżenia od Roskomnadzoru, trzecie groziło zamknięciem. Muratow podjął decyzję o czasowym zawieszeniu działalności, aby nie narażać redakcji na likwidację. Dziennikarze „Nowej”, którzy przebywają na emigracji, zaczęli wydawać internetową gazetę „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/), jej redaktorem naczelnym jest Kiriłł Martynow.

Muratow w ostatnich dniach odważył się na ożywienie strony internetowej, zamrożonej w marcu i zamieścił materiały odnoszące się do ważnych wydarzeń. Pożegnał zmarłego 30 sierpnia Michaiła Gorbaczowa (zacytowałam jego tekst w „Rosyjskiej ruletce”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/zmienil-swiat-nie-potrafil-zmienic-swojego-kraju-zmarl-gorbaczow-178189), przypomniał o ważnym śledztwie dziennikarskim Jeleny Miłaszynej o zamachu terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, ujawniające odmęt kłamstw władz i ich nieudolność (https://novaya.media/articles/2022/09/01/beslan-rassledovat-vechno), na stronie znalazły się również teksty poświęcone sprawie Iwana Safronowa i wyrazy solidarności z niesłusznie skazanym kolegą. Solidarność w specjalnym liście wyrazili również koledzy skazanego z redakcji „Kommiersanta”.

Dziś na stronie pojawił się list-odezwa redakcji „Nowej Gazety” (https://novayagazeta.ru/articles/2022/09/05/pokushenie-na-ubiistvo-novoi-gazety), zaczynający się od słów: „Sąd postanowił unicestwić naszą gazetę”. I dalej: „Dziś powtórnie zostali zamordowani nasi koledzy, już zabici przez państwo za wykonywanie swoich zawodowych obowiązków: Igor Domnikow, Jurij Szczechoczichin, Anna Politkowska, Stanisław Markiełow, Anastasija Baburowa, Natalia Estemirowa, Orhan Dżemal”. Wstrząsające.

Wersje i kontrowersje

27 sierpnia. Mija tydzień od zamachu na córkę ideologa Aleksandra Dugina, Darię. Zginęła w wyniku wybuchu ładunku podłożonego pod samochód, który prowadziła. Jak pisałam w poprzednim wpisie na ten temat (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/08/22/zamach-w-odincowie/), po niespełna dwóch dniach Federalna Służba Bezpieczeństwa przedstawiła wyniki błyskawicznego śledztwa. Według FSB, zamachu dokonała przysłana z Ukrainy agentka. Wersja jest mocno naciągana, ale po jej przedstawieniu w kremlowskich mediach niemal całkowicie wygaszono temat zamachu. Może właśnie po to była potrzebna.

Przy omawianiu różnych wersji tragicznego wydarzenia pominęłam wątek przedstawiony przez rosyjskiego opozycjonistę, od kilku lat mieszkającego w Ukrainie, Ilję Ponomariowa. O tym, kim jest Ponomariow i o jego pokręconych losach, pisał projekt „HOLOD.media” (https://holod.media/2022/08/23/ponomarev/). Z tej publikacji pochodzi cytowany fragment: „Po inwazji Rosji na Ukrainę Ponomariow wstąpił w szeregi obrony terytorialnej, a następnie stworzył projekt „Lutowy poranek”, który, według jego słów, opowiada Rosjanom „prawdę o tej koszmarnej wojnie”. 21 sierpnia po zabójstwie Darii Duginej właśnie w „Lutowym poranku” Ponomariow oznajmił, że dokonali go przedstawiciele Narodowej Armii Republikańskiej (NAR). Przyznał, że wiedział od dawna, że tego dnia coś się wydarzy, ale miejsca i nazwisk nie znał. Trzy-cztery miesiące wcześniej nawiązali z nim kontakt przedstawiciele organizacji o tej nazwie, która jakoby prowadzi działalność partyzancką w Rosji”. Ponomariow powiedział, że popiera cele głoszone przez NAR, w tym zwalczanie ludzi, którzy stoją po stronie wojny. Na kanale „Lutowy poranek” został zaprezentowany manifest NAR (https://www.youtube.com/watch?v=ljdXbLjKdgc): uwolnić Rosję od władzy uzurpatora, rozpędzić na cztery wiatry jego klikę, okradającą Rosję i prowadzącą ją do zguby. W manifeście tajemniczy partyzanci grożą, że będą likwidować wszystkich, którzy pracują na rzecz reżimu.

Po sensacyjnym oświadczeniu Ponomariowa większość komentatorów wzruszyła ramionami – nikt wcześniej nie słyszał o NAR. Dziennikarka Julia Łatynina (od dawna na emigracji) powiedziała, że istnienie, a zwłaszcza sprawne działanie takich struktur w Rosji jest niemożliwe: „To gra służb specjalnych. Nie wydaje się możliwe, aby Ponomariow kontaktując się, jak mówi, z partyzantami nie poinformował o tym Służby Bezpieczeństwa Ukrainy”. Jej zdaniem, Ponomariow jest świetnym celem do wmanipulowania w takie gry. „Uważam, że zabójstwo Duginej to końcowy akord nowej operacji Trust (operacja sowieckiego kontrwywiadu w latach 20. XX wieku, mająca na celu wyjawienie przeciwników reżimu w ZSRR poprzez stworzenie fałszywej organizacji antybolszewickiego podziemia). Głównym celem tej operacji jest znalezienie na miejscu zamachu wizytówek Nawalnego, Chodorkowskiego i Kasparowa, Wizytówki Ponomariowa nie trzeba już szukać – on sam z dumą oznajmił, że jego karta wizytowa już tam jest”. Następnym krokiem miałoby być, zdaniem dziennikarki, wezwanie do totalnego terroru wobec opozycjonistów-terrorystów. Do interpretacji Łatyninej nawiązuje też opozycjonista (od lat w Berlinie) Igor Ejdman: „Cała historia z NAR przypomina stare czekistowskie operacje Trust i Syndykat.2, w rezultacie których zwabiono do ZSRR i unieszkodliwiono takich zaprawionych w bojach ludzi jak Sidney Reilly czy Borys Sawinkow […] Współcześni czekiści nie są kreatywni, niczego nowego wymyślić nie potrafią, stosują stare stalinowskie schematy. Zabójstwo Darii Duginej było zorganizowane, aby uwiarygodnić NAR”.

Nad blitz-śledztwem FSB krąży wiele pytań. Podstawowe pytanie brzmi: czy nie znalazła się żadna bardziej prawdopodobna wersja niż ta naiwna o ukraińskim śladzie i dziwnej agentce? Dlaczego temat zniknął tak szybko z rosyjskich mediów, zanim jeszcze cokolwiek zdołano ustalić i opisać? Są jeszcze inne ciekawe pytania. Kto w ostatniej chwili przed odjazdem „zaminowanego” auta zatrzymał Aleksandra Dugina? Czy i kto jechał z Darią jej samochodem (wersja o drugiej osobie w aucie Darii przewija się w licznych publikacjach)? Kto wiózł Dugina swoim samochodem i podwiózł akurat chwilę po wybuchu? Czemu podczas ceremonii pogrzebowej trumna z ciałem Duginej była otwarta i widać było jej twarz i włosy, skoro ofiara zamachu bombowego podobno niemal doszczętnie spłonęła? Czy zamach był zorganizowany przez tych, którzy chcieli pchnąć Putina do bardziej agresywnych działań na froncie? Czy w ogóle był zamach?

No i warto powtórzyć pytanie o Narodową Armię Republikańską, o której nadal nic nie wiadomo. Żadna z przedstawianych w przestrzeni publicznej wersji – czy to oficjalna wersja FSB, czy to wersje krytyków Putina – nie brzmi przekonująco. Cisza, jaka zapadła po pogrzebie ofiary zamachu, też jest zastanawiająca.

Czy ciąg dalszy nastąpi?

Zamach w Odincowie

22 sierpnia. Do podwozia samochodu ktoś przymocował ładunek wybuchowy. Za kierownicą dżipa siedziała Daria Płatonowa vel Daria Dugina. Auto wyleciało w powietrze, gdy Daria ruszyła w drogę powrotną z festiwalu „Tradycja”, który odbywał się 20 sierpnia w podmoskiewskim Odincowie. Na festiwalu wystąpił jej ojciec, Aleksandr Dugin, spowity złowrogim nimbem ideolog „ruskiego mira”. Miał wracać z córką, ale ktoś go zatrzymał. Zamach wywołał tsunami komentarzy, domysłów i wróżb.

Ciekawe jest to, że zwykle opieszała i niemogąca dotrzeć do sedna Federalna Służba Bezpieczeństwa już po niespełna dwóch dobach stwierdziła, że zamachu dokonały służby specjalne Ukrainy, co więcej: podała na widelcu sprawczynię zamachu. Według tej wersji, niejaka Natalia Wowk, urodzona w 1979 r., na polecenie Kijowa przyjechała wraz z dwunastoletnią córką i wynajęła mieszkanie w Moskwie, w domu, gdzie mieszkała Daria Dugina. Wowk śledziłą Darię, twierdzi FSB, a 20 sierpnia pojechała na festiwal „Tradycja”. Na „ukraiński ślad” zamachu wskazywali również m.in. Margarita Simonjan (RT), rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa czy portal Cargrad (konserwatywne medium, z którym współpracowała Daria Dugina).

Kim była Daria? Absolwentką filozofii, ukończyła MGU w 2014 r. To był rok wyjątkowy – rok aneksji Krymu i zdecydowanego antyzachodniego zwrotu w polityce Kremla. Daria stała się bliską współpracowniczką swojego papy. Wypowiadała się jako komentator w drugorzędnych mediach w duchu ideologii eurazjatyzmu, propagowanej przez Dugina. Podpisywała swoje teksty „Daria Płatonowa”, co miało być jej hołdem dla Platona (ros. Платон). W ostatnim czasie dała się poznać jako zajadła przeciwniczka państwa ukraińskiego, zwolenniczka wojny rozpętanej przez Putina w Ukrainie, głosicielka rychłego upadku Zachodu jako cywilizacji. Media społecznościowe zaraz po zamachu masowo kolportowały jedno z jej ostatnich wystąpień w programie telewizyjnym, w którym żarliwie przekonywała o konieczności postawienia „tych ludzi [Ukraińców], którzy już nie są ludźmi” przed trybunałami. Dugina ściśle współpracowała z wydawnictwem Czarna Sotnia. Wydawnictwo zapowiadało, że jesienią ukaże się jej książka pod tytułem „Książka Z” – zbiór opowiadań o wojnie w Ukrainie.

W 2014 r. Aleksandr Dugin miał swoje pięć minut, Kreml pozwolił mu nawet kilka razy wystąpić w najważniejszych publicystycznych programach telewizyjnych (choć z drugiej strony właśnie w tym roku Dugin został wyrzucony z MGU, gdzie był wykładowcą od 2008 r. To też ciekawe, że był profesorem prestiżowej uczelni, choć nie miał odpowiedniego wykształcenia, ukończył tylko zaocznie inżynierię melioracyjną na prowincji). Jego teorie o konieczności odbudowy „ruskiego mira” jako fundamentu potęgi Rosji pasowały do bieżących celów politycznych rosyjskich władz. Ale ten przebłysk telewizyjnej aktywności nie trwał długo. Dugin wrócił do uprawiania swoich konserwatywnych grządek na uboczu i lansowania własnego wizerunku jako nieformalnego ideologa Kremla, mającego wpływ na myślenie samego Putina. Ten mit zyskał popularność wśród zachodniej publiczności, która widziała w Duginie nowe wcielenie Rasputina. Bezpodstawnie. Analiza hierarchii i zadań oraz stosunków panujących na Kremlu nie potwierdza, że Dugin był tam kiedykolwiek postacią nadającą ton tworzeniu koncepcji. Choć to, co mówił i pisał, pasowało Putinowi jako tło obrazka. W skrócie i uproszczeniu, eurazjatyzm Dugina to geopolityczna walka pomiędzy „państwami morza” (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania) a „państwami lądowymi” (Rosja i państwa Wschodu); w rozważaniach na temat ideału państwa Dugin odwoływał się do pojęcia zgodnych współbrzmień „symfonii władz cerkiewnych/kościelnych i świeckich”, wskazywał monarchię jako idealną formę rządów. No i potrafił grać na ezoterycznych ciągotkach gospodarza Kremla. Ale to nie sprawiło, że pojmał go kiedykolwiek w swe sieci. Według krytyków Kremla, Dugin jest co najwyżej „obsługą triumfującego czekizmu-putinizmu”.

Dugin miał zawsze swoje poletko, swoich słuchaczy i także swoje wpływy, ale pełnił rolę służebną, nie był decydentem, podporządkowywał się, szukał (i nadal szuka) swojego miejsca na scenie politycznej. Zaciekawiło mnie w tym kontekście przypuszczenie przedstawione w jednej z publikacji „Meduzy.io”, że Dugina wspiera finansowo Konstantin Małofiejew. Prawosławny milioner, sponsor „rosyjskiej wiosny 2014” i innych projektów w Donbasie. Małofiejew ma ambicje polityczne (nie udało mu się zostać senatorem, ale nie składa broni) i Dugin pomaga mu w ich realizacji. Projekt miałby się nazywać „rosyjski Donald Trump (Małofiejew) i jego doradca (Dugin)”. Małofiejew jest właścicielem portalu i telewizji Cargrad (konserwatywne, wielkoruskie treści, tradycyjna rodzina, sojusz tronu i ołtarza). Dugin był swego czasu redaktorem Cargradu, ale dawno już się z nim rozstał. Małofiejew był osobą upoważnioną przez Dugina do opublikowania jego komentarza po śmierci córki: „Ona nigdy nie wzywała do przemocy i wojny. Była wschodzącą gwiazdą na początku swej drogi. Wrogowie Rosji ją podle, cichcem zabili… Ale rosyjskiego narodu nie złamią nawet takie ciosy. Musimy zwyciężyć, innego wyjścia nie ma. Na ołtarzu tego zwycięstwa złożyła swe młode życie moja córka. Odnieście zwycięstwo, bardzo o to proszę!”.

Piszę tak dużo o samym Duginie i jego powiązaniach, bo może wtedy łatwiej będzie zrozumieć, co się stało 20 sierpnia w Odincowie. Liczni komentatorzy zwrócili uwagę, że obiektem zamachu mógł być właśnie Dugin, a nie (lub nie tylko) jego córka. Drobne opóźnienie sprawiło, że nie wsiadł do dżipa córki, co podobno miał w planie.
Czemu i komu miałby posłużyć zamach na ideologa konserwatyzmu? Politolożka Tatiana Stanowaja uważa, że eksplozja w Odincowie będzie miała skutki polityczne. Po pierwsze spowoduje radykalizację obozu konserwatywnego, który będzie dyszał żądzą odwetu. Niekoniecznie musi to oznaczać wzrost wewnętrznych represji, ale może to pociągnąć za sobą zaognienie ideologicznych konfliktów, nad którymi Kreml nie do końca panuje. Po drugie, wzrośnie krytyka wobec Kremla za to, że działa zbyt miękko. „Zabójstwo Duginej, pisze Stanowaja, stwarza warunki, w którym zacznie się formować polityczne zamówienie na bardziej radykalne przywództwo niż ostrożny Putin. A Kreml nie zdoła wyjść naprzeciw takiemu zamówieniu”.

Wśród możliwych wersji zamachu powtarza się podejrzenie o założenie ładunku wybuchowego przez rosyjskie służby specjalne. Zamach miałby odwrócić uwagę od niepowodzeń Rosji na froncie, od wybuchów na Krymie itd.

Wskazanie „ukraińskiego śladu” jest w tym kontekście „oczywistą oczywistością”. Analitycy OSW piszą: „Udział ukraińskich służb specjalnych w organizację zamachu bombowego, w którym miał zginąć Dugin jest mało prawdopodobny. Organizacja czy inspiracja zabójstwa rosyjskiego propagandysty nie przyniosłaby wymiernych korzyści stronie ukraińskiej, a jedynie straty wizerunkowe pozwalające Kremlowi oskarżyć Kijów o terroryzm państwowy. Dugin jest słabo rozpoznawalny na Ukrainie, a jego antyukraińska działalność nie jest tematem, którym zajmują się media. Oficjalne oskarżenie przez FSB ukraińskich służb o organizację zamachu oznacza, że rzekomy „ślad ukraiński” będzie wykorzystywany we wzmacnianie negatywnego obrazu Ukrainy i stanie się elementem operacji dezinformacyjnej skierowanej również do odbiorców zachodnich” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2022-08-22/atak-rosji-na-ukraine-stan-po-179-dniach). Warto jeszcze dodać, że wskazanie Ukraińców jako autorów zamachu pokazuje, że rosyjski kontrwywiad nie poradził sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa Duginom. Co gorsza, przepuścił na terytorium Federacji Rosyjskiej panią Wowk, którą zaprezentowano jako „zbrodniarkę wojenną”. To jak to jest? „Zbrodniarze” z Ukrainy hulają po Moskwie, wynajmują mieszkania, podkładają bomby, a potem spokojnie wyjeżdżają przez estońską granicę? Z wersji mocno sypią się pakuły. Ale lepszych wersji, towarzysze, na razie dla was nie mamy.

A ciąg dalszy nastąpi.

Moskiewski sierpień 1991

19 sierpnia. Od tego dnia minęło 31 lat. Cała epoka. 19 sierpnia 1991 roku grupa twardogłowych przeciwników zmian w ZSRR, która nazwała się GKCzP – Państwowy Komitet ds. Stanu Wyjątkowego, ogłosiła, że przebywający na urlopie na Krymie prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow z uwagi na zły stan zdrowia ustąpił z urzędu. Władzę przejął GKCzP z Giennadijem Janajewem, wiceprezydentem ZSRR, na czele. Na ulicach Moskwy pojawiły się czołgi. Wybrany w czerwcu na prezydenta Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn z czołgu pod tzw. Białym Domem ogłosił, że nie uznaje władzy Komitetu. Tysięczne tłumy na ulicach, bratanie się armii z protestującymi, trzęsące się ręce Janajewa podczas konferencji prasowej, „Jezioro łabędzie” w telewizji. Pucz upadł, Gorbaczow powrócił z Krymu do Moskwy. Ale jego pozycja zdecydowanie osłabła i to Jelcyn otworzył sobie drogę do władzy.
W tym roku nie przypada okrągła rocznica, ośrodki badania opinii publicznej nie przeprowadziły okolicznościowych sondaży sprawdzających wiedzę o GKCzP i podejście obywateli do tego epokowego wydarzenia. W zeszłym roku WCIOM odnotował: 13% uznało, że ich życie stałoby się lepsze, gdyby Komitet utrzymał władzę, 17% – że by się pogorszyło, a 32% – że nie zmieniłoby się zasadniczo. 47% badanych zakwalifikowało pucz jako epizod walki o władzę na szczytach.

Pogłębione badania przeprowadziło rok temu także Centrum Lewady: „10% respondentów uważa, że [obalenie GKCzP] było zwycięstwem demokratycznej rewolucji, która oznaczała koniec władzy partii komunistycznej, 43% ocenia sierpniowy pucz jako tragiczne wydarzenie, mające zgubne skutki dla kraju i społeczeństwa”, 40% uważa, że była to walka o władzę. Taki rozrzut opinii oznacza, że ze świadomości społecznej wyparty został aspekt fundamentalnego planu puczystów: zachowanie systemu komunistycznego. Przeważająca niegdyś akceptacja dla działań Jelcyna zniknęła, jej miejsce zajęło przekonanie, że obie strony zasługują na potępienie”.

A teraz jeszcze kilka impresji w ten dzień rocznicowy. Podczas wspomnianego wyżej słynnego wystąpienia Jelcyna na czołgu za jego plecami stał młody człowiek o twarzy pociągłej. Z niezmąconym spokojem przebiegał wzrokiem po otaczającym tłumie. Wiktor Zołotow był wtedy ochroniarzem Jelcyna (z ramienia 9. zarządu KGB). Później pracował w Petersburgu jako członek ochrony mera miasta Anatolija Sobczaka, wtedy poznał wicemera Władimira Putina. Wielu obserwatorów życia Petersburga w latach 90. twierdzi, że dochodziło wówczas do masowego łamania prawa przez obrotnego wicemera, Zołotow też odgrywał w mafijnym procederze swoją znaczącą rolę, zna wiele tajemnic Smolnego. Dziś Zołotow jest szefem RosGwardii, osobą z najbliższego otoczenia prezydenta, jako dowódca pretorianów osłaniających władzę i człowiek popierający agresję na Ukrainę został objęty zachodnimi sankcjami.

Nadawane w dniach puczu „Jezioro łabędzie” stanie się później jednym z symboli tamtego czasu. Wielokrotnie było przywoływane później w chwilach kryzysu władzy. Przeciwnicy Putina masowo wykorzystywali ten motyw po rozpoczęciu agresji Rosji na Ukrainę, oczekując, że reżim upadnie wskutek popełnionych błędów lub niespodziewanej śmierci przywódcy.

Historyk Siergiej Miedwiediew napisał w eseju na stronie Radia Swoboda: „Jeszcze kilka lat temu weterani tamtych dni składali kwiaty pod tablicą na Nowym Arbacie, gdzie pod gąsienicami czołgów zginęło trzech młodych ludzi, ale teraz taka akcja może być zakwalifikowana jako nielegalne zgromadzenie. Zresztą, co uczestnicy mieliby świętować, skoro w rezultacie w Rosji zwyciężyły idee GKCzP, dokonano czekistowskiego przewrotu, a Rosja podąża drogą imperialno-stalinowskiego odwetu i wszelkimi siłami próbuje przywrócić choćby cząstkę byłego Sojuza? Obecna wojna z Ukrainą to echo i ciąg dalszy tamtego sierpnia 1991 r., ostatnia (a może i nie ostatnia) łapczywa próba odzyskania tego, co zostało stracone, dowojowania do końca to, co nie zostało dokończone. Rozlew krwi ma zrekompensować ten stosunkowo pokojowy i bezkrwawy rozpad, który uważaliśmy za rzecz normalną i którego owocami delektowaliśmy się przez trzy dekady. Patrząc na sierpień 1991 r. z apokaliptycznej perspektywy 2022 roku, jeszcze ostrzej widać całą naiwność i niewinność tych marzeń o pożegnaniu przeszłości, o tym, że Rosja, zrzuciwszy skamieniałą otulinę ZSRR, stanie się normalnym państwem bez imperialnych ambicji i totalitarnego syndromu, dołączy do wspólnoty cywilizowanych narodów […]. Jak się miało już wkrótce okazać, historia się nie skończyła, a tylko została na chwilę zawieszona. W tej przerwie w trybie stand by zmieściło się życie całego pokolenia dzieci tamtego sierpnia”.

Kryształowy lobbysta w ramionach kryształowego demokraty

9 sierpnia. Krytycy mówili o nim szyderczo „kanclerz na posyłki”, gdy objął stanowiska w Gazpromie i Rosniefti. Gerhard Schröder naraził się na kolejną falę niepochlebnych opinii, gdy po urlopie w Moskwie, podczas którego spotkał się z Władimirem Putinem, w wywiadzie dla tygodnika „Stern” zapewniał, iż władca Rosji jest pełen pokojowych zamiarów i chce negocjować. Parteigenossen z SPD zaczęli pojedynczo i grupami składać do odpowiednich instancji partyjnych wnioski o wyciągnięcie konsekwencji wobec Schrödera za obsługiwanie interesów zbrodniarza wojennego. I oto wczoraj specjalna komisja arbitrażowa podokręgu SPD w Hanowerze miłosiernie orzekła, że nie widzi powodu do wyrzucenia usłużnego ekskanclerza z partii, gdyż „były kanclerz federalny nie naruszył zasad partyjnych swoim zaangażowaniem na rzecz rosyjskich firm państwowych”.

Deutsche Welle donosi, że komisja nie znalazła w działaniach i wypowiedziach Schrödera znamion sprzeniewierzenia się zasadom partii ani nie dopatrzyła się złamania przezeń jej statutu. Zdaniem komisji, Schröder nie wypowiadał się w duchu wsparcia dla wojennej agresji Rosji na Ukrainę i nie usprawiedliwiał napaści. Przyjaźń łącząca go z Putinem odnosi się do sfery prywatnej, a lukratywne posady w rosyjskich gigantach paliwowych Schröder już opuścił. Jednym słowem – spokój, cisza, nic się nie stało.

Wnioskodawcy mają teraz czas na zaskarżenie orzeczenia komisji. Ich zdaniem ścisłe związki Schrödera w rosyjskimi władzami dyskredytują nie tylko jego samego, ale i całą partię. W zażaleniach wnoszonych do komisji arbitrażowej członkowie SPD podkreślali też, że kurs obrany przez Schrödera, gdy był urzędującym kanclerzem, na zacieśnienie współpracy energetycznej z Rosją miał decydujący wpływ na powstanie zależności Niemiec od rosyjskich surowców energetycznych. A więc i od Kremla. A teraz owoce tego uzależnienia stają się coraz bardziej gorzkie, a niebawem dodatkowo przybiorą formę mrożonki.

Wiceprzewodniczący partii Lars Klingbeil uspokajał niechętnych Schröderowi kolegów z partii, że jego pozostawienie w szeregach SPD jest tylko formalne, a partia będzie się od niego dystansować, a nawet go izolować. Ciekawe podejście.

Zmiana paradygmatu w stosunkach z Rosją oraz zabiegi wokół zakupów rosyjskiego gazu dla Niemiec stanowią obecnie najważniejszą oś dyskusji politycznej u naszych zachodnich sąsiadów. Jak pisze Marek Menkiszak w analizie na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: „Moskwa nie ukrywa, że redukcja [przesyłu gazu gazociągiem Nord Stream 1] stanowiąca pogwałcenie kontraktów zawartych z europejskimi odbiorcami – jest motywowana politycznie oraz stanowi element wojny gazowej i narzędzie szantażu, głównie wobec RFN. Jasno świadczą o tym zarówno wcześniejsze wypowiedzi Putina, jak i niedawne słowa Pieskowa. Wprost uzależniają oni przywrócenie normalnego poziomu dostaw gazu z Rosji od zgody na uruchomienie Nord Stream 2 (ukończonego, ale zamrożonego po inwazji na Ukrainę w lutym br.). Warto przy tym odnotować, że Putin sugeruje, iż przesył za pośrednictwem NS2 miałby wynieść około połowy jego przepustowości (55 mld m3 rocznie), co być może wskazuje na żądanie rewizji prawa i decyzji UE (m.in. interpretacji trzeciego pakietu energetycznego i dyrektywy gazowej, zaskarżonej przez Gazprom), ograniczających możliwość wykorzystania gazociągu przez koncern. W swojej grze z Berlinem Moskwa posługuje się znanym lobbystą rosyjskich interesów w Niemczech, byłym kanclerzem Schröderem (szefem rady dyrektorów kontrolowanej przez Gazprom spółki Nord Stream 2 AG), licząc, że mimo niepopularności jego i jego narracji w RFN, sytuacja zmieni się wskutek narastania kryzysu energetycznego. Tę kalkulację dobrze ilustrują słowa zastępcy szefa komisji gospodarki Rady Federacji (wyższej izby parlamentu) Iwana Abramowa, który w wypowiedzi z 3 sierpnia wyraził przekonanie, że wraz ze zbliżaniem się zimy, kiedy niemieccy obywatele otrzymają „gigantyczne” rachunki za energię, ich nastroje zmienią się, a oni sami poprą ideę uruchomienia NS2”.

„Znany lobbysta” Schröder otrzymywał niezłe gaże za piastowanie stołków w konsorcjum Nord Stream i Rosniefti (w 2021 r. jego wynagrodzenie w tym koncernie naftowym zarządzanym przez druha Putina, Igora Sieczina, wynosiło 600 tysięcy dolarów, na waciki wystarczało). Po najeździe Rosji na Ukrainę Schröder powiedział, że to błąd polityczny Moskwy. Niemniej nie zaniechał kontaktów z przyjacielem z Kremla. Prasa pisze, że prowadzi intensywne rozmowy o nowym ukształtowaniu współpracy gospodarczej, głównie w dziedzinie energetyki. 25 lipca oznajmił, że jedzie do Moskwy na urlop. Ale jego żona w komentarzu dla „Der Spiegel” wygadała się, że celem podróży do rosyjskiej stolicy są rozmowy o dostawach gazu rurociągiem Nord Stream 1. Tego dnia Gazprom ogłosił, że zamierza zastopować pracę jeszcze jednej turbiny tłoczącej gaz tym gazociągiem (skutki: patrz wyżej).

Początek „prawdziwie męskiej przyjaźni” pomiędzy Schröderem a zafascynowanym w młodości NRD Władimirem Putinem datuje się na pierwszą kadencję młodego wówczas rosyjskiego prezydenta. Schröder wyznaczył wtedy linię własnej Ostpolitik: „Rosja jest dla nas ważna pod względem politycznym i gospodarczym. Jestem przekonany, że rozszerzająca się Unia Europejska postępuje słusznie, zawiązując strategiczne partnerstwo z Rosją. I ja chcę wnieść wkład w to dzieło. Niemcy nie mogą być zainteresowane niestabilnością Rosji” – i tak dalej w tym duchu powtarzał Schröder w wywiadach prasowych. Na zarzuty niemieckiej prasy, że Putin coraz bardziej demoluje i tak słabe instytucje demokratyczne w Rosji i poszerza pole zamordyzmu, prowadzi zbrodniczą wojnę w Czeczenii, łamie prawa człowieka, Schröder odpowiadał: „Ależ Putin to kryształowy demokrata”. Już podczas wizyty Schrödera w Rosji w styczniu 2001 r. obaj politycy prezentowali znakomitą komitywę i wzajemne zrozumienie: Putin wraz z małżonką woził państwa Schröderów saniami zaprzężonymi w trojkę, pokazywał zabytki. Potem państwo Schröderowie zaadoptowali dwoje dzieci z petersburskiego domu dziecka. Po zakończeniu kadencji kanclerza „drug Gerhard” pozostał bliskim człowiekiem Putina. Schröder otrzymał od Gazpromu świetną fuchę: został prezesem zarządu rosyjsko-niemieckiego konsorcjum budującego Gazociąg Północny (Nord Stream 1). Kontakty byłego kanclerza z Putinem musiały być nadal bliskie i serdeczne, skoro rosyjski prezydent podczas tzw. bezpośredniej linii w 2015 roku opowiedział o takim przypadku: „Z byłym kanclerzem RFN panem Schröderem pewnego razu byliśmy w mojej rezydencji. Poszliśmy do bani (tradycyjnej drewnianej rosyjskiej łaźni a la sauna), a ona zaczęła się palić. Akurat przynieśli nam piwo. Mówię do niego: Gerhardzie, słuchaj, musimy szybko stąd wyjść. Palimy się. A on powiada: Poczekaj, dopiję piwo i pójdziemy. Ja mu mówię: Zwariowałeś? Palimy się! A on jednak dopił piwo. Uparty człowiek, z charakterem. A bania spaliła się ze szczętem”.

Zamiatając ślady zbrodni

31 lipca. W Ołeniwce w obwodzie donieckim rosyjscy okupanci urządzili tzw. obóz filtracyjny. Na skutek wybuchu w baraku, w którym przetrzymywani byli jeńcy ukraińscy, zginęły co najmniej 53 osoby. Strona rosyjska natychmiast miała gotowe wyjaśnienie: to Ukraińcy ostrzelali obóz rakietami HIMARS. Strona ukraińska mówiła o rosyjskim ataku artyleryjskim na obiekt. Dwa dni później opublikowano zdjęcia satelitarne obozu w Ołeniwce. Ich analiza wskazuje, że barak wysadzono od wewnątrz. Ukraińscy politycy wezwali świat do uznania Rosji za państwo terrorystyczne.

Wcześniej w Ołeniwce Rosjanie przetrzymywali miejscowych, przeważnie mieszkańców Mariupola i okolic, którzy „nie przeszli filtracji”, czyli których strona rosyjska uznała za elementy niepewne, np. wolontariuszy. Po poddaniu zakładów Azowstal w Mariupolu do obozu przywieziono obrońców tego obiektu, część trafiła początkowo do szpitali, potem do Ołeniwki. Prawdopodobnie byli oni poddawani brutalnej „obróbce”, grożono im nieustannie trybunałem i śmiercią. Strona ukraińska liczyła na to, że uda się ich wymienić na rosyjskich jeńców przebywających w ukraińskiej niewoli.

Kilka dni przed 29 lipca, gdy doszło do tragedii, jeńcy zostali umieszczeni w feralnym baraku. Według wersji ukraińskiego wywiadu, „wybuchu dokonali najemnicy z grupy Wagnera na osobisty rozkaz nominalnego właściciela tej prywatnej grupy wojskowej, Jewgienija Prigożyna […]. Głównym celem tego aktu terrorystycznego było ukrycie faktów totalnego rozkradania środków, przeznaczonych na utrzymanie ukraińskich jeńców, 1 sierpnia miała przybyć do obozu komisja z Moskwy, która miała skontrolować wydatki i warunki przetrzymywania jeńców”. Według innej wersji, motywem miała być chęć ukrycia śladów tortur na ciałach jeńców.

Do miejsca tragedii nie mają dostępu niezależni dziennikarze. Rosyjska telewizja nadała reportaż z Ołeniwki i pokazała fragmenty pocisków HIMARS, co miało poświadczyć wersję rosyjskiego ministerstwa obrony.

Ukraina wezwała ONZ i Czerwony Krzyż do zbadania okoliczności śmierci ukraińskich jeńców. Obie organizacje były gwarantami życia i zdrowia ukraińskich wojskowych, którzy poddali się i trafili w ręce rosyjskich okupantów. Prezydent Wołodymyr Zełenski przypomniał o tym, wskazując, że Rosja dopuściła się kolejnej zbrodni i powinna zostać uznana przez społeczność międzynarodową za państwo terrorystyczne. Czerwony Krzyż rozłożył ręce: „próbujemy uzyskać dostęp do miejsca tragedii i zabiegamy o opiekę nad rannymi, to nasz priorytet”. Unia Europejska ustami przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej Josepa Borrella obiecała pociągnąć do odpowiedzialności rosyjskich wojskowych, dopuszczających się zbrodni na Ukraińcach. Jak twierdzi BBC, ta zapowiedź miała dotyczyć nie tylko ataku w Ołeniwce, ale także innych zbrodniczych czynów, jak wykastrowanie i zastrzelenie ukraińskiego jeńca (materiały wideo zawierające nagranie tej upiornej zbrodni kilka dni temu trafiły do sieci).

Od wielu lat hasłem nakręcającym militarną histerię w Rosji było „Możemy powtórzyć”. Było ono przywoływane głównie w okolicach 9 maja, aby przypomnieć o Pobiedzie, obudzić w Rosjanach sentyment do bicia wroga. Rosyjski dziennikarz, mieszkają od lat za granicą, Andriej Malgin napisał w mediach społecznościowych: „Możemy powtórzyć”. Faktycznie, powtarzają. W 1940 r. rozstrzelali polskich jeńców w Katyniu i próbowali przypisać zbrodnię Niemcom. Nawet do Norymbergi przytaszczyli „dowody”, które zostały odrzucone przez trybunał. Teraz zabili ukraińskich jeńców wojennych z Azowa – i natychmiast zakrzyknęli, że to zrobiła Ukraina. Dla wygody w przeprowadzeniu operacji ofiary zostały uprzednio posortowane przez czekistów i umieszczone w jednym baraku. Żeby nie było przypadkowych trupów. Jest też wersja, że w wysadzonym baraku znajdowały się trupy. Nic to – przyszła Norymberga wszystko wyjaśni. Możemy powtórzyć dla was Norymbergę.

Panamskie echo

25 lipca. Szeroko zakrojona wspólna akcja dziennikarzy śledczych kilku redakcji czołowych periodyków, znana pod kryptonimem Panama Papers, w 2016 r. ujawniła mechanizm upychania przez biznesmenów i polityków nielegalnych pieniędzy w rajach podatkowych. Bohaterami afery byli także rosyjscy interesanci panamskiej kancelarii prawnej Mossack Fonseca. Zainteresowanie wzbudził m.in. cichy i niepozorny znajomy prezydenta Rosji z dawnych lat, wiolonczelista Siergiej Rołdugin, którego nazwano „głównym słupem Putina”. Po sześciu latach sprawa tajnych kont powraca.

A powraca w wywiadzie, jakiego udzielił „Der Spiegel” tajemniczy informator, który przekazał dziennikarzom w 2015 r. namiary na panamską pralnię brudnych pieniędzy. Pragnący nadal zachować anonimowość sygnalista, kryjący się za nickiem John Doe, wspomina w rozmowie z dwoma niemieckimi dziennikarzami m.in. o Władimirze Putinie. Twierdzi, że pieniądze umieszczone uprzednio na polecenie prezydenta w off shore obecnie służą nieformalnemu finansowaniu zbrodniczej wojny w Ukrainie. Dotyczy to zresztą nie tylko Putina, ale innych dyktatorów – raje podatkowe nadal obsługują skorumpowane niedemokratyczne reżimy: „Putin jest większym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych niż kiedykolwiek był Hitler. Potrafi korzystać z rajów podatkowych w swoich interesach. Firmy fasadowe finansują rosyjskie wojsko, zabijają niewinnych cywili w Ukrainie. Pociski Putina trafiają w ukraińskie centra handlowe” – powiedział John Doe w wywiadzie dla „Der Spiegel”.

Więcej szczegółów na ten temat nie podał, wydaje się, że dotarcie do informacji, którędy „chodzą” te pieniądze, mogłoby mocno pokrzyżować plany agresora. Po ujawnieniu wielkiego „panamskiego dossier” Kreml wielokrotnie odcinał się, zaprzeczał, wzruszał ramionami: „Putin nie ma żadnych tajnych kont, nie korzysta z żadnych nielegalnych instrumentów finansowych itd.”. Wrócę do tego wątku za chwilę.

Ciekawą myśl John Doe poddał w sprawie wykorzystania wiedzy o utajonych pieniądzach ludzi z bliskiego otoczenia Putina: „Sądzę, że Zachód zbyt długo myślał o Putinie jako pewnej uciążliwości, ale takiej, którą można by kontrolować, sięgając po bodźce ekonomiczne. Omylili się, to się nie udało. Ażeby okiełznać Putina, trzeba wdrożyć coś w rodzaju nowego projektu „Manhattan”, z tym że celem [nie byłoby stworzenie bomby atomowej, a] byłoby rozszyfrowanie tajemnic rajów podatkowych. Z pewnością istnieją techniczne możliwości i moce obliczeniowe. Pytanie brzmi: czy jest wola polityczna?”.

Jedną z osób z otoczenia Putina, które zostały rozpracowane w ramach dziennikarskiego śledztwa Panama Papers, był Siergiej Rołdugin, wiolonczelista i dyrygent oraz kum Putina z lat petersburskiej (leningradzkiej) młodości. Starszy brat Siergieja, Jewgienij, był kolegą Putina w szkole KGB (pisałam o Rołduginie w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/).

Niepozorny przyjaciel, nazywany w „wąskim kręgu” księciem Myszkinem, miał firmę International Media Overseas SA. Według dokumentów wyciągniętych przez dziennikarzy śledczych IMO sprzedała akcje Rosniefti za ponad 800 tys. dolarów przez sieć off shore’ów. Zakupiła je najprawdopodobniej firma Delco Networks, zarejestrowana na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. W efekcie tej transakcji na konta firmy wpłynęły 2 mln dolarów. Dokładny opis (z nazwami firm) i rozrysowany schemat tutaj: https://www.occrp.org/en/panamapapers/russia-the-cellist-and-the-lawyer/. „Nowaja Gazieta” pisała, że firmy zarejestrowane na nazwisko Rołdugina zaciągały wielomilionowe kredyty w WTB bez poręczenia, a także otrzymywały pieniądze od rosyjskich przedsiębiorców pod niskie oprocentowanie. Bez przykazu z Kremla takie przywileje nikomu nie przysługują. W 2016 r. Putin osobiście zwrócił uwagę kilku rosyjskich oligarchów (m.in. Romana Abramowicza) na potrzeby fundacji.

W latach po opublikowaniu Panama Papers nazwisko Rołdugina rzadko pojawiało się w rosyjskich mediach, a jeżeli kremlowscy dziennikarze przypominali o jego istnieniu, to wyłącznie w pozytywnym tonie: mówiono o jego fundacji, wspomagającej utalentowane muzycznie dzieci czy o akcjach na rzecz pozyskiwania starych instrumentów. Sam Putin próbował uwierzytelnić mętną działalność druha, zapewniając, że wszystkie zarobione pieniądze szlachetny Rołdugin przeznacza na ratowanie cennych wiolonczel i skrzypiec, które patriotycznie sprowadza do Rosji i przekazuje instytucjom państwowym.
W mediach pilnie przyglądających się machlojkom osób powiązanych z władzami wypływały od czasu do czasu ciemne sprawki Rołdugina. W 2020 r. pojawiły się znaki zapytania wokół nieruchomości, na które fundacja Rołdugina w ciągu roku wydała, bagatela!, 20 mld rubli (https://compromat.group/main/investigations/30271-fond-sergeya-roldugina-potratil-rekordnye-20-mlrd-rubley-za-god-bolshuyu-chast-na-nedvizhimost.html).

Na początku czerwca br. USA wprowadziły sankcje wobec Siergieja Rołdugina i szeregu osób z otoczenia Putina w związku z agresją Rosji na Ukrainę.

„Ucieszyłem się, widząc, że Rołdugin został objęty sankcjami. Myślę, że to genialne” – przyznał John Doe.

Siedem lat łagru za słowa prawdy

10 lipca. Sąd skazał Aleksieja Gorinowa na karę siedmiu lat łagru za uczciwość obywatelską i nazwanie zbrodniczej wojny wojną. To pierwszy wyrok z artykułu o „rozpowszechnianiu fejków o rosyjskiej armii”. Tak „wymiar sprawiedliwości” putinowskiej Rosji kwalifikuje mówienie prawdy o napaści na Ukrainę. Łagier dla Gorinowa to pierwszy realny wyrok orzeczony na podstawie nowego przepisu, penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. A za takową uważa się wszelkie akcje antywojenne.

Cofnijmy się o kilka tygodni. 15 marca na posiedzeniu rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie na wniosek radnego Aleksieja Gorinowa ogłoszono minutę ciszy, aby upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę. Gorinow zaznaczył przy tym, że wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. W rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną Gorinow nazwał wojnę wojną (a nie operacją specjalną, jak głosi i nakazuje głosić Kreml) i wspomniał o tym, że wśród ofiar są dzieci. Nagranie z posiedzenia trafiło do sieci, a także do Prokuratury Generalnej (donos napisali koledzy Gorinowa – radni z ramienia Jednej Rosji). Prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Radna wyjechała za granicę, unikając aresztowania. Gorinow został natomiast w kraju.

Zdaniem sądu Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści.

„Od pięciu miesięcy Rosja prowadzi działania zbrojne, wstydliwie nazywając je operacja specjalną. Obiecują nam zwycięstwo i sławę. Ale z jakiegoś powodu część moich współobywateli odczuwa wstyd i ma poczucie winy. Dlaczego nasz kraj ma nagle tylu nieprzyjaciół? Skąd oni się wzięli? Może z nami jest coś nie tak? Porozmawiajmy o tym. To właśnie zrobiłem podczas posiedzenia rady” – mówił Gorinow na sali sądowej. Oskarżony siedział w szklanej szkatule, odgradzającej go od reszty sali rozpraw. Do szyby przyłożył kartkę papieru z napisem „Czy wam potrzebna jest jeszcze ta wojna?”. Jeden z ochroniarzy własnym ciałem zasłonił wywrotowy napis.

Wczoraj na stronie internetowej portalu „Nowa Gazeta. Europa” (medium wydawane za granicą przez byłych dziennikarzy „Nowej Gazety”, której działalność zawiesił jej redaktor naczelny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Dmitrij Muratow na skutek wprowadzenia w kraju wojennej cenzury) zamieszczono list otwarty w sprawie bezprawnego wyroku na Gorinowa. Podpisało go 20 prawników i obrońców praw człowieka. Zdaniem autorów listu, wyrok jest niezgodny z prawem i narusza rosyjską konstytucję. Piszą, że kodeks karny od momentu inwazji stał się instrumentem zamykania ust wszystkim , którzy krytykują politykę władz, a zamykanie ust narusza co najmniej trzy artykuły konstytucji.

Tatiana Stanowaja tak interpretuje wyrok: „Siedem lat dla Gorinowa to wyjątkowe polityczne wydarzenie, przypadek szczególny wśród podobnych procesów. Władza daje znać, że dzieli przestępstwa o fejkach na temat armii rosyjskiej na dwie kategorie. Kategoria pierwsza: nazwać „operację specjalną” wojną lub próbować opowiadać alternatywną wersję w mediach zablokowanych lub w mediach społecznościowych – to uznawane jest za szkodnictwo. Ale jeśli takie szkodnictwo łączy się z działalnością polityczną (tak rzecz się ma w przypadku Gorinowa, który jako radny wystąpił przeciwko wojnie podczas posiedzenia rady), to uznawane jest bez mała za terroryzm. Ten wyrok to przemyślane ostrzeżenie wobec wszystkich przeciwników wojny: wsadzimy was na lata, jeżeli przyjdzie wam do głowy łączyć antywojenną retorykę z działalnością polityczną”.

Sądy mają w najbliższym czasie rozpatrzyć osiem podobnych spraw.
*
Teraz, żeby podpaść władzy, nie trzeba wiele. Posadę stracił ostatnio ordynator chirurgii szpitala w mieście Jelec (obwód lipiecki) Wiktor Pawlenko pod zarzutem dyskredytacji sił zbrojnych. Miejscowy oddział Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, której Pawlenko jest członkiem, tak opisuje w Telegramie tło wydarzeń, które doprowadziły do dymisji: „Konflikt powstał 17 czerwca, gdy w ośrodku wypoczynkowym pod Jelcem spotkały się dwie grupy: lekarze i pracownicy prokuratury towarzyszący merowi miasta. Członkowie prokuratorskiej ekipy usłyszeli, jak Pawlenko powiedział: „Chwała Ukrainie”. Wprost z ośrodka wypoczynkowego Pawlenko został zawieziony do rejonowej komendy policji. Funkcjonariusze FSB zakuli lekarza w kajdanki i zagrozili, że mu „nos wsadzą w gardło”, jeśli przed kamerą nie przyzna się do winy i nie przeprosi „szanownego naczalstwa” za swoje zachowanie. Ludzie w mundurach przez kilka godzin maglowali chirurga, aż wreszcie wymogli na nim przyznanie się do winy i przeprosiny. Po tym incydencie Pawlenko został 20 czerwca zwolniony ze stanowiska, ma odpowiadać przed sądem z paragrafu o dyskredytacji armii”. Pawlenko miał zamiar startować w jesiennych wyborach do rady miejskiej. Można założyć, że nie wystartuje.