Obcięte uszy, czyli przypadek Romana Diemurczijewa

21 lutego 2026. W ujęciu kremlowskiej propagandy żołnierze i oficerowie rosyjskiej armii to wzór cnót. Propagandyści często w swoich programach telewizyjnych czy tekstach opiewają szlachetne czyny ludzi w rosyjskich mundurach. Jednocześnie stróże treści, dozwolonych dla szerokiej publiczności, rugują wszelkie wzmianki o złodziejstwie, okrucieństwach czy tchórzostwie żołnierzy. A autorzy przekazów o koszmarnych nadużyciach są ścigani i wsadzani do łagrów za „dyskredytację armii” lub „rozpowszechnianie fejków”. Niemniej co rusz do mediów trafiają historie świadczące o zbrodniach, występkach i naruszeniach. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje przypadek Romana Diemurczijewa.

W ramach projektu „Schiemy” i „Sistiema” dziennikarki Jelena Surnaczowa, Wałerija Jegoszyna i Kira Tołstiakowa przeanalizowały korespondencję generała Romana Diemurczijewa z lat 2022-2024 i znalazły tam potwierdzenie, że dowództwo armii nie tylko wie o barbarzyńskich postępkach ludzi w rosyjskich mundurach, ale wręcz pochwala je.

Zamieszczona na stronie Radia Swoboda publikacja (https://www.svoboda.org/a/systema-schemy-general-demurchiev/33682634.html), została opatrzona ostrzeżeniem: „materiał zawiera szokujące fragmenty, opisy tortur i zabójstw”. Korespondencja obfituje w wulgaryzmy, które jeszcze bardziej potęgują poczucie, że mamy do czynienia z rozpasaniem czystego zła panującego w szeregach „drugiej armii świata”.

Generał major Roman Diemurczijew ma 49 lat, obecnie jest (najprawdopodobniej, bo brak tej informacji w źródłach otwartych) zastępcą dowódcy 20. Gwardyjskiej Armii Ogólnowojskowej (wcześniej – dowódca 136. Gwardyjskiej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych – https://war-proekt.media/base/person/demurchiev-roman-geradotovich/).

Generał dzielił się z członkami rodziny i współpracownikami swoimi spostrzeżeniami i przeżyciami, a dzielił się językiem pełnym ekstazy wywołanej zabijaniem i znęcaniem się nad ukraińskimi jeńcami. Z dumą informował kolegów, jak dzielnie poczyna sobie na froncie. „Rozprawami z jeńcami Diemurczijew nie chwali się publicznie. Użyte w tekście cytaty pochodzą z korespondencji prywatnej. Diemurczijew uważa, że w kontakcie z rodziną czy przyjaciółmi nie ujawnia żadnych sekretów, relacji z torturowania jeńców najwidoczniej nie traktuje jako informacji objętej tajemnicą, chlubi się tym, co się dzieje” – zaznaczają autorki materiału.

Koszmarne „sukcesy”, jak okaleczanie jeńców, spotykają się z pełnym zrozumieniem żony Aleksandry. Wysłane do niej zdjęcie poczerniałych uszy (w materiale brak uściślenia, czy to uszy odcięte żywym ludziom czy zabitym) Aleksandra przyjęła spokojnie: „- Co zamierzasz z nimi robić? – pyta generałowa. – Zbiorę całą girlandę i podaruję. – Jak świńskie uszy do piwa? – Ano właśnie”.

Korespondencja Diemurczijewa to także bezcenne źródło wiedzy o korupcji panującej w armii, o samosądach, a także o praktykach poniżania podwładnych.

Rosyjskie ministerstwo obrony nie odpowiedziało na prośbę redakcji o ustosunkowanie się do wiadomości o torturach i zabójstwach jeńców (w materiale jest opisany m.in. przypadek zabicia jeńca łopatą).

Politolog Iwan Prieobrażenski w komentarzu na X zwrócił uwagę na pewien istotny aspekt: „Ta historia pokazuje, że Diemurczijew nie jest sam [w tym, co i jak robi]. Tak wygląda cały siłowy system współczesnej Rosji – to tacy Diemurczijewowie. Skoro człowiek twierdzi, że kolekcjonuje odcięte jeńcom uszy, to dowód, że mamy przed sobą psychopatę, stworzenie o zwichrowanej psychice. I to stworzenie nie tylko jest kolekcjonerem uszu, ale wysyła swojej połowicy zdjęcia kolekcji i wymienia z nią opinie na ten temat. Diemurczijew ma dużo większe problemy z głową niż Czikatiło [seryjny morderca, maniak, który zamordował co najmniej 53 osoby; dopuszczał się aktów ludożerstwa, uznany za najgroźniejszego zabójcę czasów ZSRR]. Każdy system, nawet najbardziej zbrodniczy i faszyzujący, stara się pozbyć takich psychopatów. Właśnie dlatego, że to psychopaci. Taki Diemurczijew może nazajutrz rozstrzelać własny sztab albo rzucić granat w samochód innego generała. Bo psychopaci są pozasystemowi. Tymczasem Diemurczijew pozostaje wewnątrz systemu. Co więcej – otrzymuje odznaczenia, nagrody, awanse. Ci, którzy pozwalają na to, doskonale wiedzą, że Diemurczijew jest psychopatą. Ale nadal go awansują. To możliwe jest wyłącznie w jednym przypadku: gdy cały system składa się z takich Diemurczijewów. Dla takiego systemu psychopatia, sadyzm i ludożerstwo to nie są czynniki dyskwalifikujące, wręcz przeciwnie – to pozytywne cechy. Ci, którzy wyróżniają się takimi właściwościami, robią karierę, zajmują coraz wyższe stanowiska i w rezultacie określają sam system. […] Rosyjska wierchuszka składa się właśnie z psychopatów, maniaków, pedofilów, sadystów. Innych tam praktycznie nie ma”.

Putin otruł Nawalnego epibatydyną

17 lutego 2026. Twierdzenia, że dwa lata temu Aleksiej Nawalny został otruty w łagrze za kręgiem polarnym, pojawiły się już na przełomie września i października 2024 r. (https://www.tygodnikpowszechny.pl/czy-aleksiej-nawalny-zostal-otruty-188525). Teraz opublikowano wyniki badań próbek pobranych z ciała opozycjonisty. Badania zostały przeprowadzone niezależnie w pięciu laboratoriach w pięciu państwach Europy Zachodniej. Rezultat jest tożsamy: Nawalny został otruty toksyną znaną pod nazwą epibatydyna.

Rosyjskie władze od początku grały na zwłokę, mataczyły i fałszowały dokumentację dotyczącą okoliczności śmierci Nawalnego. Zwlekały z przekazaniem ciała zmarłego rodzinie, namawiały matkę Aleksieja, by pochowała syna po kryjomu, bez rozgłosu, bez pogrzebu, bez dodatkowych badań. Nie wszczęto śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności, wydano ogólnikowy komunikat, w którym mowa była o zasłabnięciu Nawalnego podczas spaceru i śmierci w wyniku zatoru. Dokumentację spreparowano, usunięto opis samopoczucia Nawalnego (silne bóle brzucha, wymioty, dreszcze, utrata przytomności). Zdaniem niezależnych ekspertów, to były objawy świadczące o otruciu. Towarzysze z FSB nie dali rady otruć Nawalnego nowiczokiem, więc w łagrze użyli – jak się obecnie okazało – bardziej skutecznego środka. Pisarz Dmitrij Głuchowski napisał: „takiego politycznego gracza [jak Nawalny] można było zabić tylko na osobisty rozkaz Putina. Tak działa hierarchia władzy w Rosji”.

Warto przypomnieć, że Nawalny zmarł 16 lutego 2024 r., gdy toczyły się zaawansowane rozmowy o wymienieniu go na Wadima Krasikowa, kilera, odsiadującego wówczas wyrok w niemieckim więzieniu za zabójstwo czeczeńskiego dowódcy polowego. (Notabene Krasikow został zwrócony stęsknionemu Putinowi w ramach wielkiej wymiany, do której doszło ostatecznie kilka miesięcy później – https://www.tygodnikpowszechny.pl/sekret-rodziny-dulcewow-jak-wyglada-zycie-uspionych-rosyjskich-agentow-187927).

Po ogłoszeniu komunikatu pięciu laboratoriów z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Szwecji i Holandii wyżej wymienione okoliczności zostały ponownie przywołane.

Brytyjskie władze w oficjalnym oświadczeniu przypisało autorstwo otrucia państwu rosyjskiemu, bo „tylko państwo rosyjskie miało możliwość użycia toksyny, a także motyw”, chodziło o wyeliminowanie opozycjonisty (a także dodajmy – uniemożliwienie dokonania wymiany). Państwo rosyjskie wytoczyło swoje wysłużone armaty: ambasada Rosji w Londynie nazwała wiadomości o otruciu Nawalnego niedorzeczną „nekropropagandą”, rzeczniczka MSZ Zacharowa powędrowała w znane rejony „a wy linczujecie Murzynów”, tzn. wszystko to nieprawda, chcecie odwrócić uwagę od własnych problemów. Machina propagandowa dąży do ośmieszenia opublikowanych danych. Jeden z rycerzy putinowskiej propagandy napisał: „W Europie postanowili zamienić historyjkę o zatrutych gaciach Nawalnego [nowiczok został wtarty w bieliznę] na historię o jadowitej żabce z Ekwadoru [która wytwarza epibatydynę]. Stara wersja o gaciach była klaunadą, a ta jest jej godna” (https://t.me/boris_rozhin/198039). No faktycznie, koń by się uśmiał.

Dziennikarz Radia Swoboda Siergiej Dobrynin zwrócił uwagę, że w 2013 r. na stronie Instytutu Chemii Organicznej i Technologii (GosNIIOChT) – tego, w którym toczyły się badania nad nowiczokiem – opublikowano pracę o otrzymaniu (syntetycznej) epibatydyny (https://www.agents.media/veshhestvo-kotorym-byl-ubit-aleksej-navalnyj-upominaetsya-na-sajte-razrabotchika-novichka/).

Żona Aleksieja, Julia Nawalna napisała: „Putin zabił mojego męża bronią chemiczną”. W komunikacie pięciu laboratoriów jest mowa o tym, że Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) została powiadomiona o otruciu, co uznano za naruszenie przez Rosję konwencji o zakazie broni chemicznej. Tymczasem Rosja i tu ma gotową odpowiedź: skierowała do sekretariatu OPCW notę, w której odrzuciła oskarżenia o otrucie Nawalnego epibatydyną. Zwróciła uwagę, że toksyny, w tym epibatydyna podpadają pod konwencję o zakazie broni bakteriologicznej i biologicznej, nie mogą być zatem przedmiotem dyskusji w OPCW – donosi agencja TASS. Skoro tak – to spoko, nie ma o czym mówić, bo broń biologiczna to zupełnie inna para kaloszy. Rosyjskie gry w wykręcanie kota ogonem to poziom mistrzowski.

Przy okazji publikacji o epibatydynie powrócił temat niewyjaśnionych okoliczności śmierci rosyjskiego biznesmena Aleksandra Pieriepielicznego (https://labuszewska.pl/nowa-smierc-w-starych-dekoracjach/). Być może rosyjscy kilerzy użyli epibatydyny, trując w 2012 r. przebywającego w Wielkiej Brytanii Rosjanina. Zwrócili na to uwagę przyjaciele zmarłego, którzy wezwali do powtórnego zbadania okoliczności jego śmierci.

Wróćmy do Nawalnego. Jako puentę zacytuję fragment tekstu Andrieja Łoszaka (dziennikarz dokumentalista, na emigracji): „problem polega na tym, że władza okazała się nie grupą złodziejaszków, jak myślał Aleksiej, a zdeklarowanymi zabójcami. A strach w ludziach okazał się silniejszy niż potrzeba sprawiedliwości” (https://echofm.online/opinions/problema-v-tom-chto-vlast-okazalas-ne-vorami-kak-dumal-aleksej-a-matyorymi-ubijczami).

Wczoraj w Rosji w drugą rocznicę śmierci Nawalnego zatrzymano kilkanaście osób, które próbowały złożyć kwiaty lub jakkolwiek upamiętnić ten dzień. Putin nadal boi się cienia zamordowanego opozycjonisty.

Krytyk wojny i Cerkwi w areszcie

13 lutego 2026. Rosyjska Cerkiew od początku wspiera kremlowski tron w jego bezbożnej, barbarzyńskiej inwazji na Ukrainę. Jednocześnie liczy na to, że Cerkwie w sąsiadujących z Rosją krajach pozostaną w jurysdykcji Patriarchatu Moskiewskiego. Wszelkie działania wyłamujące szczeble w konstrukcji Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej są przez hierarchów zwalczane. W sukurs przychodzą organy ścigania. Ciekawym kazusem w tym kontekście jest pognębienie Jakowa Woroncowa z Kazachstanu.

Patriarcha Moskwy Cyryl obejmuje swą opieką duchową Kreml z jego zbrodniczą polityką wobec Ukrainy. Cerkiew błogosławi rosyjskie rakiety lecące na Kijów i zabijające śpiących cywilów, Cyryl udziela rozgrzeszenia żołnierzom niosącym śmierć sąsiadom (https://labuszewska.pl/nowy-dekalog-patriarchy-cyryla/), nakazuje wznoszenie modłów o zwycięstwo (nie o pokój – za to grozi wydalenie ze stanu duchownego, a o zwycięstwo Putina). Kremlowskie wróble ćwierkają po kątach, że ostatnio Putin spędza w towarzystwie patriarchy sporo czasu, szuka ukojenia. 1 lutego odbyła się rozmowa Putina z patriarchą w dniu 17. rocznicy intronizacji Cyryla. Spotkanie stało się okazją do wymiany wzajemnych serdeczności. Dwa tygodnie wcześniej patriarcha tak się podczas kazania z okazji święta Chrztu Pańskiego rozniecił, że nazwał Putina „prawosławnym wodzem”, a jego panowanie „cudem Boskim” (https://www.rbc.ru/rbcfreenews/696e00549a79479c7faafd6b).

Aleksandr Sołdatow w „Nowej Gazecie” odniósł się do tych zaskakujących słów: „W prawosławnej tradycji nie jest przyjęte, aby tytułować w ten sposób głowę państwa. Nawet w Bizancjum i [carskiej] Rosji imperatorów nazywano pomazańcami, samodzierżcami, ale nie wodzami prawosławia. Podobny precedens wydarzył się w historii Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, gdy Stalina – który notabene odtworzył Patriarchat Moskiewski w 1943 r. – nazwano „wodzem danym od Boga” (https://novayagazeta.ru/articles/2026/01/21/vozhd-dlia-patriarkha).

Wróćmy do przypadku byłego hieromnicha eparchii (diecezji) Astany i Ałmaty Jakowa (imię świeckie Władimir Woroncow). Wymienione eparchie znajdują się w obediencji Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (RCP). Hieromnich Jakow wielokrotnie wypowiadał się krytycznie wobec „specjalnej operacji wojskowej” i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (na Youtube można posłuchać jego kazań: https://www.youtube.com/watch?v=gndWuqgwreM). Podjął działania na rzecz utworzenia w Kazachstanie Cerkwi niezależnej od Moskwy. Zyskał też popularność jako pierwszy duchowny prowadzący liturgie i wygłaszający kazania w języku kazachskim. Jak pisze portal „Agents.media”, został dziś zatrzymany przez funkcjonariuszy organów ścigania Kazachstanu, którzy wdarli się nocą do jego domu. Został zatrzymany na 10 dni w areszcie (https://www.agents.media/v-kazahstane-zaderzhali-kritika-rpts-kotoryj-pytalsya-sozdat-v-strane-nezavisimuyu-ot-moskvy-pravoslavnuyu-tserkov/).

Woroncow do 2023 r. służył w Metropolitarnym Okręgu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Republice Kazachstanu. Za swoje wystąpienia i wpisy w mediach społecznościowych, w których krytykował rozpętaną przez Rosję wojnę i nazywał „Rosyjską Cerkiew Prawosławną najbardziej obrzydliwą religią na świecie”, został pozbawiony możliwości sprawowania posługi kapłańskiej i usunięty ze stanu duchownego. W grudniu 2023 r. Woroncow zapowiedział podjęcie starań o utworzenie w Kazachstanie Cerkwi Prawosławnej, niezależnej od RCP. Władze Kazachstanu nie wyraziły zgody na założenie nowego związku wyznaniowego, który w założeniu miałby znaleźć się w obediencji Patriarchatu Konstantynopola (a nie Moskwy). Na początku lutego sąd w Ałmaty przyjął do rozpatrzenia apelację Woroncowa w tej sprawie.
Woroncow był szykanowany nie tylko przez władze duchowne, ale także ścigany przez świeckie organy Kazachstanu – wytoczono mu proces o rozniecanie nienawiści na tle religijnym. Po trwającym 16 miesięcy śledztwie oskarżenie wycofano.

Niepokojące szczegóły zatrzymania Woroncowa opisuje „Nowa Gazeta”, wskazując jako wysoce prawdopodobne „uszycie” oskarżenia o posiadanie nielegalnych substancji (https://novayagazeta.ru/articles/2026/02/13/kak-krest-v-gorle). „ – To sprawa polityczna – konstatuje adwokat Woroncowa. – Ojciec Jakow jest w skali Kazachstanu strasznym raskolnikiem, który próbuje nie tylko obrazić kanonicznych prawosławnych, ale poróżnić władze Kazachstanu z Rosyjską Cerkwią Prawosławną. Niewykluczone, że przy udziale zagranicznych służb specjalnych – ironizuje prawnik. – Prawosławna propaganda pracuje nad stworzeniem takiego wrażenia”.

Programy nakręcające wrogość wobec byłego hieromnicha Jakowa wyemitowała m.in. prawosławna telewizja Spas.

Cień firmy Atlas nad generałem

10 lutego 2026. Generał Władimir Aleksiejew, zastępca szefa GRU, ofiara zamachu, leży w szpitalu w ciężkim stanie (https://labuszewska.pl/jeszcze-jeden-zamach-jeszcze-jeden-general/). Minęło dni kilka i oto dzielne rosyjskie służby w rekordowym tempie pojmały dwóch sprawców, a dwóch pozostałych ustaliły z imienia, nazwiska i pochodzenia.

Według ustaleń ekspresowego śledztwa, do generała strzelał niejaki Lubomir Korba, lat 66; został aresztowany w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Dziwne przygody Korby w Rosji opisała na X działająca w Kijowie agencja informacyjna o wymownej nazwie FAKE OFF (https://x.com/fakeofforg/status/2020769138348540050): Korba urodził się w Tarnopolu, z zawodu jest mechanizatorem, od lat 90. mieszkał w Moskwie, gdzie spotykał się z moskwianką Anną Morozową, próbował swoich sił w handlu, ale mu nie szło, w 2010 r. jego firma padła. Korba powrócił do Tarnopola, ożenił się. I oto ni z tego ni z owego pod koniec 2025 r. pojawił się w Moskwie. Zamieszkał u Morozowej. Drugi podejrzany to Wiktor Wasin, rówieśnik Korby. Miał być osobą wspierającą wykonawcę zamachu. Trzecia podejrzana – Zinaida Sieriebricka – mieszkała w domu, gdzie doszło do zamachu na Aleksiejewa; pochodzi z wioski w obwodzie ługańskim, w lipcu ubiegłego roku sprzedała tam dom i przeniosła się Moskwy. Od 2020 r. ma obywatelstwo Rosji (wtedy zmieniła nazwisko na Sieriebricka, przedtem nazywała się Antoniuk). Po zamachu wsiadła do autobusu dalekobieżnego i wyjechała na Ukrainę.

Czy te trzy osoby coś łączyło? Na pierwszy rzut oka – nic. Ale rzut swego wprawnego oka wykonał na tę gromadkę dziennikarz śledczy Christo Grozew. O tym, co zobaczył – za chwilę.

„Świetny zestaw podejrzanych: dwie osoby z Ukrainy i ich moskiewski pomocnik, szukający zatrudnienia – piszą komentatorzy – idealna baza do opowiadania o „ukraińskim śladzie”. O tym, że zamach jest dziełem Ukrainy, mówił zaraz po zamachu minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Opowieść o udziale Ukrainy wzmocniło zatrzymanie kolejnego podejrzanego: Pawła Wasina, syna Wiktora, który przyznał się do współudziału i współpracy z SBU (wedle jego zeznań, został z werwą zwerbowany przez Korbę). Widocznie śledczy uznali, że jeden syn to za mało i wyciągnęli także syna Korby, Lubosza. Lubosz jest obywatelem Polski, mieszka w Katowicach. Stąd już prosty wniosek: Polska maczała w zamachu swoje polskie paluszki.

Teraz o ustaleniach Grozewa (https://www.youtube.com/watch?v=r57Fh9BIZD8). Wiktor Wasin nie jest, jak podawała FSB, pracownikiem firmy odpowiadającej za usługi komunalne: do sierpnia 2025 r. był głównym ekspertem w ośrodku naukowo-technicznym Atlas, utworzonym przez FSB, od 2017 r. w strukturach korporacji państwowej Rostech. Atlas specjalizuje się w pracach nad aparaturą służącą do operacyjnej pracy służb specjalnych. Denis Korotkow, dziennikarz centrum „Dossier”, twierdzi, że Wasin jest emerytowanym wojskowym, absolwentem Wojskowej Akademii Łączności. A w ośrodku Atlas odpowiadał za bhp – emerytowani wojskowi często podejmują się po przejściu w stan spoczynku takich fuch (https://www.svoboda.org/a/vse-sledy-vedut-k-fsb/33673338.html).

Korba i Wasin najprawdopodobniej znali się od 2016 r. – Wasin przelewał Korbie niewielkie sumy. „To nie była przypadkowa znajomość, a kontakt operacyjny, który aktywowano w grudniu 2025 r. Korba nieoczekiwanie powrócił do Moskwy, odnowił kontakty z Anną Morozową. Idealna legenda: mężczyzna powraca do kobiety, której złamał serce. Ona mieszka sama, przyjmuje Korbę pod swój dach” – pisze Ołeh Czesławki z FAKE OFF. Jego zdaniem, zamach na Aleksiejewa, to klasyczny schemat FSB z wykorzystaniem agentury pod obcą flagą. Obudzeni agenci wykonują powierzone zadania, aby uwiarygodnić „ukraiński ślad”. Ale FSB nie doprecyzowała szczegółów i nie sprawdziła agentów. Wasin okazał się nie zwykłym hydraulikiem z administracji domu, a wojskowym związanym z Atlasem.

Ale show FSB must go on, więc Korba i Wasin przyznają się do winy przed kamerą. No i dalej rozwija się wątek zdradzieckich synów, wyciągnięty jest też epizod z życia Wasina, jakoby miał on w przeszłości ciągotki do Fundacji Walki z Korupcją Nawalnego (https://www.kommersant.ru/doc/8419406). Nie brzmi to przekonująco.

A ciąg dalszy zapewne jeszcze nastąpi.

Jeszcze jeden zamach. Jeszcze jeden generał

6 lutego 2026. Na klatce schodowej domu, w którym mieszkał, przy Szosie Wołokołamskiej w Moskwie został postrzelony przez zamachowca generał Władimir Aleksiejew, zastępca szefa GRU. Sprawca oddał kilka strzałów, a następnie zbiegł z miejsca zdarzenia, pistolet znaleziono w zaspie na podwórku. Generał w stanie ciężkim został przewieziony do szpitala. Lekarze nie informują, jakie są jego szanse na przeżycie. Aleksiejew stał się obiektem czwartego zamachu na rosyjskich generałów w ciągu minionego roku. W poprzednich zamachach generałowie zginęli na skutek eksplozji podłożonych ładunków. Dzisiejszy zamach był pierwszym z bezpośrednim użyciem broni palnej.

Na razie nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za zamach. Śledczy gromadzą materiał dowodowy, z przecieków do mediów wynika, że mają rysopis sprawcy na podstawie zeznań sąsiadów. Być może kilerem była kobieta. Ale czy to pewne?
Na tym wstępnym etapie można mówić o kilku niepewnych wersjach. Wersja 1 – to porachunki pomiędzy rywalizującymi rosyjskimi służbami, a więc „Aleksiejewa rąbnęli swoi”. Wersja 2 – ślad ukraiński, a więc „Aleksiejewa rąbnęli obcy”. Obie wersje mają kilka „podwersji”. Żadna nie jest ani bardziej, ani mniej prawdopodobna. Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, nie czekając na dowody, już rzucił oskarżenie pod adresem Ukrainy i zaklasyfikował zamach jako „próbę zerwania rozmów pokojowych pomiędzy Rosją, Ukrainą i USA”, jakie toczą się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (można na marginesie dodać, że w składzie rosyjskiej delegacji jest bezpośredni zwierzchnik Aleksiejewa, Igor Kostiukow). Potwierdzenia, że zamach ma jakikolwiek związek z rozmowami, brak.

Generał Aleksiejew był ważną figurą. Przy jego nazwisku można odnotować spory spis „antyzasług”. Brał udział w operacji wojsk rosyjskich w Syrii, potem na Donbasie (m.in. „legalizacja” referendów). Od 2016 r. znajduje się na amerykańskiej liście sankcyjnej, przypisuje mu się nadzorowanie cyberataków i operacji wymierzonej w wybory prezydenckie. W 2019 r. jego nazwisko zostało wpisane na europejską listę sankcyjną za koordynowanie operacji otrucia nowiczokiem Siergieja Skripala i jego córki w Salisbury w Wielkiej Brytanii. W czerwcu 2023 r. był jednym z tych, którzy odegrali ważną rolę w czasie buntu wagnerowców, pojechał do Rostowa nad Donem, aby spotkać się z Jewgienijem Prigożynem, nagrał apel do wagnerowców, wzywając do zachowania spokoju. Jego rola w buncie Prigożyna nie jest do końca jasna. Na polecenie ówczesnego ministra obrony Siergieja Szojgu organizował prywatną grupę wojskową Redut, która miała być alternatywą dla rosnących w siłę wagnerowców. Po stłumieniu buntu wielu wagnerowców przyciągnął do nowych struktur. Z ramienia GRU roztaczał opiekę nad jednostkami najemników i ochotników (m.in. batalion Espaniola), które wysyłał na front ukraiński. Według niepotwierdzonych danych, Aleksiejew miał być tym, który zbierał materiały obciążające byłego wiceministra obrony Timura Iwanowa (Iwanow dostał 15 lat łagru za korupcję – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/05/04/wiceminister-w-kajdankach/) i przyczynił się do rozbicia „klanu Szojgu” w ministerstwie obrony (https://novayagazeta.eu/articles/2026/02/06/chto-izvestno-o-vladimire-alekseeve-kotorogo-pytalis-ubit-v-moskve). Strona ukraińska utrzymuje, że to właśnie Aleksiejew odpowiada za przygotowanie danych do ataków na obiekty znajdujące się na terytorium Ukrainy, wskazuje go jako jednego z odpowiedzialnych wojskowych za fazę przygotowań do agresji.

Każda z wyżej wymienionych okoliczności aktywności generała mogła stać się przyczyną zamachu. A może była jeszcze inna.

Zwolennicy wersji nr 1 („Aleksiejewa rąbnęli swoi”) wskazują na to, że nawet po trzech poprzednich zamachach na generałów nie wprowadzono żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Aleksiejew mieszkał w wieżowcu, który nie miał specjalnej ochrony, jemu samemu także nie towarzyszyli ochroniarze.

Jak podaje „Meduza”, od początku „specjalnej operacji wojskowej” zginęło 15 rosyjskich generałów (trzej w ciągu ostatniego roku w zamachach).

Akunin o zaostrzonym rygorze

27 stycznia 2026. Sąd w Moskwie przychylił się do wniosku prokuratury i zamienił wyrok 14 lat łagru na wyrok 14 lat łagru o zaostrzonym rygorze, orzeczony wobec pisarza Borysa Akunina (właściwie Grigorij Czchartiszwili). Zaocznie, bo Akunin od lat nie mieszka w Rosji. Według putinowskiego wymiaru niesprawiedliwości pisarz złośliwie uchyla się od obowiązków wynikających ze statusu „agenta zagranicznego” i „terrorysty”, dopuszcza się ponadto wypowiedzi godzących w honor armii rosyjskiej, co nazywane jest w nowomowie „rozpowszechnianiem fejków”.

To kolejny etap represjonowania pisarza za jego antywojenną postawę. „Za swoje antywojenne wypowiedzi Akunin znalazł się na celowniku putinowskiego aparatu represji już dawno, reżim stopniowo wzmacniał środki nacisku i wymiar kary” – pisałam w lipcu 2025 r. w „Rosyjskiej ruletce”, gdy Akunina skazano na 14 lat łagru (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosyjski-pisarz-boris-akunin-skazany-na-kare-lagru-nie-tylko-nie-przyznaje-sie-do-winy-ja-w-ogole). Ale w związku z tym, że nie zjawił się w Rosji, aby odbyć karę i nadal nie poddał się rygorowi obowiązującemu „agentów zagranicznych”, 3 grudnia 2025 r. sąd humanitarnie dołożył mu jeszcze rok odsiadki (https://www.fontanka.ru/2026/01/27/76234469/).

Sądy w Rosji mają pełne ręce roboty, co rusz do mediów trafiają opisy kuriozalnych procesów, kończących się wysokimi wyrokami za niebłagonadiożny wpis w mediach społecznościowych, krytyczną wypowiedź czy nawet żart.

Jeden z takich procesów właśnie dobiega końca w Moskwie. Przed sądem został postawiony komik, satyryk, stand-uper Artiemij Ostanin. Prokuratura zażądała kary 5 lat i 11 miesięcy oraz grzywny w wysokości 300 tys. rubli za – jak to ujęto w akcie oskarżenia – „rozniecanie nienawiści i obrazę uczuć religijnych”. A tak naprawdę za dwa żarciki. Sprawę przeciwko Ostaninowi wszczęto w marcu 2025 r. na podstawie donosów aktywistów putinistów. W donosie znalazł się opis dowcipu o inwalidzie, który śledczy sklasyfikowali jako „wrogą wypowiedź pod adresem uczestnika SVO (specjalnej operacji wojskowej)”. Ostanin twierdzi, że nic nie mówił o „weteranie SVO”, podśmiewał się tylko z żebraka w metrze, który od 20 lat jeździ bez nóg na deskorolce. Dowcip może niezbyt wysokich lotów, ale żeby skazywać za te słowa na prawie sześć lat? Drugi epizod rozpatrywany przez sąd to występ komika w moskiewskim klubie, podczas którego Ostanin miał się dopuścić niedopuszczalnego szyderstwa, desakralizacji i wyśmiania Jezusa Chrystusa.

Ostanin nie przyznał się do winy, podczas procesu opowiedział o tym, że gdy zatrzymano go na Białorusi, został pobity, a następnie przymusowo ostrzyżony (nosił dredy). Jak pisze portal Meduza, „na rozprawie prokuratura nazwała Ostanina liderem zorganizowanej grupy przestępczej, która wymyśla obraźliwe dowcipy”.

Bo śmiać się, a zwłaszcza wyśmiewać mądrą politykę władz, to w Rosji zbrodnia.

Rozwija się jeszcze jeden wątek sądowy. Na wokandę wpisano właśnie sprawę Michaiła Chodorkowskiego, przebywającego na emigracji, aktywnego antyputinisty, ongi oligarchy, właściciela koncernu Jukos. Zarzuca się mu zamieszczanie w mediach społecznościowych fałszywego świadectwa przeciwko najświętszej i najszlachetniejszej w swych zamiarach i czynach armii rosyjskiej. To już kolejna sprawa – Chodorkowski ścigany jest już jako „terrorysta i ekstremista” za organizowanie zamachu stanu i dowodzenie grupą terrorystyczną (Antywojenny Komitet Rosji). Chodorkowski wszedł w skład grupy przedstawicieli rosyjskiej opozycji na emigracji – tworzona jest „platforma dialogu” przy Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (https://www.svoboda.org/a/delo-protiv-hodorkovskogo-po-statje-o-feykah-napravleno-v-sud/33661497.html). Kremlowi ta inicjatywa, jak i wszelkie inne tego typu inicjatywy, na pewno się nie spodoba.

Enerhomor, czyli Putin zamraża Ukrainę

25 stycznia 2026. Putin broni się przed pokojem jak oszalały. W dniu, gdy w Abu Zabi rozpoczęły się trójstronne konsultacje ukraińsko-rosyjsko-amerykańskie w sprawie wypracowania formuły zawarcia pokoju, armia rosyjska po raz kolejny uderzyła w ukraińską infrastrukturę energetyczną. Od wielu dni na Ukrainie trwa gehenna ludności cywilnej – w warunkach srogiej, mroźnej zimy od ogrzewania i prądu odcięte są tysiące domów w Kijowie, Charkowie, Odessie, Czernihowie i innych ukraińskich miastach. Grozi im katastrofa humanitarna na wielką skalę. Kiedyś Stalin chciał rzucić na kolana Ukrainę głodem, co nazwano potem Hołodomorem. Putin chce zmusić Ukrainę do uległości, odcinając możliwość dostarczania ludziom energii, co nazywam Enerhomorem.

W stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich odbyło się trójstronne spotkanie – przedstawicielom Rosji, Ukrainy i USA nie udało się wypracować na nim żadnych konkretnych ustaleń. Prezydent Wołodymyr Zełenski określił rozmowy jako „konstruktywne”, bez detali. Amerykanie wyrazili ostrożny optymizm, że sprawy idą w dobrą stronę. Gdzie jest dobra strona – nie powiedzieli. W rozmowie z dziennikarzami dali do zrozumienia, że na stole leżały sporne kwestie (rosyjskie żądania dotyczące przekazania całego Donbasu, spór wokół Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej). I leżą tam dalej. Teraz mówi się o konieczności odbycia jeszcze co najmniej jednej rundy trójstronnych rozmów w Abu Zabi, a potem może wreszcie uda się zorganizować spotkanie w Moskwie lub Kijowie. Może to tylko dobra mina do złej gry. Bo ze strony Kremla nie płyną żadne komunikaty, które można by uznać za dające nadzieję na uregulowanie. „Rosja odrzuca wszelkie inicjatywy, które nie przewidują jej pełnej kontroli nad Donbasem” – pisze „The New York Times”. I tak można ciągnąć tę gumę bez końca.

Ciekawy był sam skład rosyjskiej delegacji na rozmowy – na czele stał Igor Kostiukow, szef GRU, a wspierał go Aleksandr Zorin, też z GRU, tylko niższy szarżą – zastępca szefa pionu informacyjnego, ongi położył wielkie zasługi w werbowaniu Syryjczyków do WCzK Wagner (Grupa Wagnera) w Libii. Świetna rekomendacja przed zajęciem miejsca przy stole negocjacyjnym, nieprawdaż? (Więcej o Zorinie – na portalu Agientstwo https://www.agents.media/na-peregovory-v-abu-dabi-rossiya-otpravila-luchshego-peregovorshhika-zanimavshegosya-verbovkoj-sirijtsev-dlya-chvk-vagnera/).

Wróćmy do zamarzającego Kijowa. Oglądam codzienne seanse nienawiści w rosyjskiej telewizji – wypowiadający się tam propagandyści nie ukrywają wielkiej satysfakcji i radości z powodu cierpień ludności cywilnej na Ukrainie. Niektórzy dogadują: „Już pierwszej zimy powinniśmy byli im tak dołożyć, żeby zamarzli”; „To, co dzieje się w Kijowie – cały ten brak ogrzewania, wody, prądu – to nie jest wina Rosji, a miejscowych władz, które nie dbają o ludzi”; „Energia dostarczana do zakładów przemysłu zbrojeniowego spokojnie wystarczyłaby do ogrzania bloków mieszkalnych”; „Jedyny sposób na wyjście z sytuacji to wygnać Zełenskiego” itd. (https://www.facebook.com/watch/?v=1934988830778944). Cynizm level hard.

Tymczasem w rosyjskich gazetach czytam, że Murmańsk i Siewieromorsk od trzech dni borykają się z blackoutem. Nie, nikt ich nie atakował, nikt nie wysyłał rakiet ani dronów. Po prostu infrastruktura wzięła i nie wytrzymała, zwaliły się słupy energetyczne, w części domów nie ma światła, nie jeżdżą trolejbusy, nie działają windy, nie działa sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach. Lokalne władze obiecują, że ciepło niebawem powróci do domów. W Siewieromorsku, gdzie znajduje się dowództwo Floty Północnej, też następują rotacyjne odłączenia prądu (https://www.severpost.ru/read/202160/). Czy ma to wpływ na stan bazy? Tego nikt nie ujawnia.

1418 dni i więcej, i więcej

16 stycznia 2026. W Rosji ludzie często zwracają uwagę na symboliczne daty, postępki, hasła. Czasem jest to powód do dumy i radości, a czasami do niewesołych refleksji. Albo do zepchnięcia w zapomnienie. Reakcję wyparcia ze świadomości przez oficjalną propagandę oraz wzmożenie poza oficjalną sferą można było zaobserwować w związku z przekroczeniem rubieży „1418”.

Czym jest „1418”? To liczba dni wielkiej wojny ojczyźnianej. Związek Sowiecki wyjął część II wojny światowej – od napaści Niemiec 22 czerwca 1941 r. na ZSRS do aktu kapitulacji Niemiec 8/9 maja 1945 r. – i nazwał ją właśnie wielką wojną ojczyźnianą. Reszta świata nie istniała, reszta świata nie walczyła, reszta świata się nie liczyła – był tylko jeden zwycięzca: ZSRS (Stalin), był tylko jeden ból narodu radzieckiego, była tylko jedna prawda i była tylko jedna Pobieda – niepokalana, niosąca ludom wyzwolenie, wolność i prawość. Po upadku Związku Sowieckiego również Rosja zbudowała wokół tego mitu swoją ideologię państwową. Putin uczynił z Pobiedy fetysz swojej władzy. I jej fundament.

Na wielką wojnę ojczyźnianą (wow) kremlowscy propagandyści powołują się w związku z pełnoskalową agresją Rosji na Ukrainę. Kompletnie od czapy? Nie szkodzi. Ta zbrodnicza „specjalna operacja wojskowa” (SVO) jest wprost porównywana do wow. Nazywana świętą wojną. Kłamliwa paralela ma też polegać na tym, że obie wojny były/są obronne. W tym uproszczonym i załganym ujęciu nie ma ani paktu Ribbentrop-Mołotow (a jeśli już się pojawia, to w pozytywnym świetle), ani Katynia, ani napaści na Finlandię. Nie ma też bohaterskiej obrony Ukraińców przed dzisiejszym najeźdźcą. To Rosja broni swego państwa przed „faszystami” – pokrzykują propagandyści.

Na samym początku inwazji na Ukrainę szerzyło się gromkie hasło moskiewskiej propagandy „Kijów w trzy dni”. Telewizyjna propagandystka Olga Skabiejewa z szerokim uśmiechem prezentowała w studiu niby to żartobliwy plan dla rosyjskiej armii, przewidujący między innymi defiladę na Chreszczatyku zaraz po obiedzie i uroczystym koncercie, jeszcze przed końcem lutego 2022 r. Zapaleńcy oklejali swoje auta hasłem „1945 – możemy powtórzyć”, hasłu towarzyszył obsceniczny obrazek przedstawiający pokonanego wroga (w tej roli wymiennie podstawiano Ukrainę, USA lub Europejczyków) w upokarzającej pozie, któremu rosyjski zwycięzca okazuje skrajną pogardę.

I oto 11 stycznia 2026 roku minęło 1418 dni od początku pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę (piszę o pełnoskalowej napaści, bo Rosja wojuje z Ukrainą od lutego 2014 r., więc tutaj rachuba dni byłaby niepomiernie większa). Oficjalna rosyjska propaganda postanowiła nie zauważać tego dnia i związanej z nim mitycznej liczby dni. Z-blogerzy otrzymali zadanie przekonania swoich czytelników/widzów/słuchaczy, którzy jednak dostrzegą, że SVO trwa już tyle samo (i z każdym dniem dłużej) co wielka wojna ojczyźniana, że: -) to inna wojna; -) ta liczba nic nie znaczy; -) zwycięstwo i tak będzie nasze; -) a wojna dwudziestoletnia trwała dwadzieścia lat, a stuletnia – sto itd.

Komentatorzy, którzy nie mają rąk związanych propagandą, jechali z ostrymi replikami. Radio Swoboda zebrało różne głosy (https://www.svoboda.org/a/dney-blogery-o-tom-kak-svo-stala-dlinnee-chem-vov/33645958.html), np. „Przez 1418 dni Stalin doszedł do Berlina, a my z trudem – do garaży Wuhledaru”; „Te 1418 dni SVO to krach mitu imperium. Ukraina się nie poddała, stoi, broni się”; „reżim Putina pożera sam siebie. Oni bardzo chcieli powtórzyć, tymczasem powtórzyli tylko 1418 dni, a przez te 1418 dni przerobili kraj w kopię Rzeszy. Tej samej, przeciwko której walczyli wtedy”.

No tak, z punktu widzenia Kremla lepiej nie zauważać takich symbolicznych dat. Bo choć porównania jednej i drugiej wojny są z gruntu ułomne, to jednak liczy się symbol. A symbol ma wielką siłę oddziaływania. „To 1418 dni hańby!” – napisał jeden z komentatorów. Bardzo trafne określenie.

Tymczasem dla poprawy nastroju „wielkiego stratega” (jak coraz częściej pozwalają sobie nazywać Putina krytycy), rosyjska armia odznaczyła się zmasowanym atakiem na infrastrukturę krytyczną Kijowa, Charkowa i innych ukraińskich miast. Ludzie na Ukrainie zostali bez prądu i ciepła w siarczyste mrozy.

Morskie opowieści

7 stycznia 2026. Flota cieni – wysłużone tankowce, najczęściej bez bandery lub pod fałszywą banderą – woziła ropę naftową, objętą sankcjami, po całym świecie i grała Zachodowi na nosie. Ale to, co się stało w tych dniach z tankowcem Marinera i kilkoma innymi, przełamuje ten schemat.

Marinera w poprzednim wcieleniu nazywała się Bella-1 i pływała pod flagą Panamy. W grudniu kierowała się w stronę Wenezueli (według dziennikarzy „The New York Times”, jednostka wypłynęła z Iranu po wenezuelską ropę; nie jest jasne, czy zbiornikowiec coś przewoził, i bardzo jest ciekawe, czym było to „coś”, o ile było – wrócę do tego zagadnienia pod koniec tekstu). Pierwszy raz doniesienia o tajemniczym tankowcu w światowych mediach pojawiły się 20 grudnia ub.r. po tym, jak amerykańska Straż Przybrzeżna wezwała znajdujący się na Morzu Karaibskim statek, by zatrzymał się do kontroli. Załoga puściła wezwanie mimo uszu. Tankowiec zawrócił i popłynął na północ.

Kilka dni później doszło do niespodziewanego cudownego przeistoczenia: flaga Panamy została nad Bellą-1 zwinięta, a na burcie zbiornikowca marynarze – niewątpliwie obdarzeni wybitnym talentem plastycznym – namalowali flagę Rosji. 30 grudnia statek został wpisany do rosyjskiego rejestru morskiego pod nazwą Marinera. Znana z trzymania się przepisów prawa Rosja nazajutrz wysłała do USA oficjalną notę, w której domagała się zaprzestania pogoni. Co więcej: w stronę tankowca wysłano kilka rosyjskich jednostek mających ją chronić, w tym okręt podwodny. Na chwilę sprawa przycichła.

I oto dzisiaj, gdy tankowiec znajdował się w północnej części Oceanu Atlantyckiego w pobliżu Islandii, doszło do udanego amerykańskiego desantu na Marinerę (którą Amerykanie nadal nazywają „Bella-1”, czym zapewne dają do zrozumienia, że nie uznali tego nader szybkiego zarejestrowania jednostki w Soczi). Desant miał sankcję amerykańskiego sądu, podstawą interwencji było łamanie sankcji. Co ciekawe, wysłana z Rosji eskorta, która miała zapewnić Marinerze bezpieczny kurs (statek najprawdopodobniej kierował się do Murmańska), nawet nie drgnęła i nie przyszła w sukurs. Może nie zdążyła, może czekała zbyt długo na rozkazy…

W tym czasie doszło do jeszcze jednego przejęcia – na Morzu Karaibskim znajdował się tankowiec Sophia, który również został w ostatnich dniach w ekspresowym tempie wpisany do rosyjskiego rejestru. Mimo to desant wysadzono – podobnie jak na Marinerze. Amerykański sekretarz wojny Pete Hegseth tłumaczył: „Blokada objętej sankcjami i nielegalnie wydobywanej wenezuelskiej ropy pozostaje w mocy na całym świecie”. Natomiast rzeczniczka Białego Domu oświadczyła, że załoga Marinery zostanie postawiona przed amerykańskim sądem.

Rosyjskie ministerstwo transportu powołało się na konwencję ONZ (z 1982 r.), która daje swobodę poruszania się statkom pływającym pod narodowymi banderami. A MSZ Rosji wydało komunikat, w którym wezwało Stany Zjednoczone do humanitarnego traktowania rosyjskich marynarzy z zatrzymanych statków.

Mniej dyplomatyczny w słowach był deputowany Dumy Państwowej Aleksiej Żurawlow, który nazwał działania USA „piractwem” i przypomniał, że doktryna wojenna Rosji dopuszcza użycie broni jądrowej. – Trzeba zatopić amerykańskie statki, wystrzelić torpedy. Damy w ten sposób Waszyngtonowi prztyczka w nos. I to w sytuacji, gdy Stany znajdują się w stanie euforii bezkarności po aresztowaniu Maduro – oznajmił. Rosyjscy wojskowi na razie się nie wypowiadali co do prztyczków, sami się chyba trzymają za nosy w związku z Wenezuelą.

Temat powróci. Choćby z powodu zasygnalizowanej wyżej zagadki: co było na pokładzie tego płynącego z Iranu tankowca? Jak pisze w komentarzu na X Iwan Prieobrażenski: „Państwa zwykle nie prowadzą operacji wojskowych, aby przechwycić statki floty cieni. A inne państwa nie wysyłają okrętów podwodnych, aby flotę cieni broniły. We flocie cieni obsługującej Rosję są setki jednostek. Są one wpisywane na listy sankcyjne, ale nikt nie dokonuje desantu, aby je przejąć. I Rosja nie daje im dla ochrony wojskowych konwojów. Ani sam tankowiec, ani przewożona nim ropa nie są warte takiego zachodu. [Marinera] nie przewoziła ropy. Płynęła z Iranu. Zainteresowanie USA tankowcem oraz rosyjskie próby, by nie dopuścić do przejęcia, są związane być może z tym, że statek ma na pokładzie coś szczególnego”.

Moskwa patrzy na Caracas

5 stycznia 2026. Reakcja Moskwy na brawurową akcję amerykańskich sił specjalnych, które wywiozły prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, by postawić go przed amerykańskim sądem, jest jak dotąd bardzo stonowana. Do tej pory u w sprawie, o której mówi cały świat, Władimir Putin osobiście głosu nie zabrał. W ogóle gdzieś zniknął.

Amerykańska „operacja specjalna” w Caracas była dla rosyjskich władz zaskoczeniem. Czas jest teraz w Rosji szczególny – do 8 stycznia trwają noworoczne ferie, kto nie musi zostawać w domu, pakuje walizy i wyjeżdża albo odcina kable, łączące ze światem, a w każdym razie z pracą. 3 stycznia to dzień, kiedy jeszcze trwa hulanka rozpoczęta 31 grudnia wieczorem, dobra zabawa jest priorytetem. Zatem kiedy doszło do uderzenia amerykańskich sił na Caracas i do schwytania śpiącego Maduro (w nocy z 2 na 3 stycznia), rosyjscy politycy nawet jeszcze nie zaczęli posylwestrowej rekonwalescencji. Zareagował tylko dyżurny MSZ, wydając kolejno kilka okrągłych dyplomatycznych komunikatów. Skrytykował w nich działania USA, nazywając je agresją, zadeklarował solidarność z narodem wenezuelskim. Rosja wyraziła też ubolewanie z powodu wywiezienia Maduro do Stanów i zaapelowała o jego uwolnienie. Dziś podczas zwołanego na wniosek Rosji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ przedstawiciel Federacji Rosyjskiej Wasilij Niebienzia, znany z wykręcania kota ogonem, wyrażał oburzenie z powodu pogwałcenia prawa międzynarodowego (gdy Rosja napadła na Ukrainę 24 lutego 2022 r. Niebienzia oburzenia nie wyrażał i nie widział w tym akcie pogwałcenia prawa międzynarodowego, wręcz przeciwnie – od tamtego czasu zawsze atakował Ukrainę i państwa ją popierające). Można bez końca patrzeć w ogień, słuchać śpiewu słowika albo czytać, jak państwo permanentnie łamiące prawo międzynarodowe upomina się, by inne państwa nie łamały prawa międzynarodowego.

Nawet znany z firmowych klątw pod adresem zachodnich adwersarzy Dmitrij Miedwiediew, ongi prezydent Rosji, był dużo łagodniejszy niż zwykle, „ekipa Trumpa jest twarda i cyniczna w realizowaniu interesów swojego kraju. Obalenie Maduro nie miało nic wspólnego z narkotykami – tylko z ropą. I oni otwarcie o tym mówią. Powiemy towarzyszom ze słonecznego Pindostanu [obraźliwa nazwa USA] otwartym tekstem: teraz nawet formalnie nie mają tytułu, aby o cokolwiek oskarżać nasz kraj” – powiedział w wywiadzie dla TASS.

Jeśli nie liczyć kilku zdezorientowanych wypowiedzi czy wpisów w mediach społecznościowych polityków czy urzędników drugiego i trzeciego szeregu, to jeżeli chodzi o polityczne reakcje tyle. Putin się nie odniósł do wydarzeń w Wenezueli. Jeszcze trzy tygodnie temu rozmawiał z Maduro przez telefon i zapewniał o wsparciu dla działań władz na rzecz obrony suwerenności tego kraju.

Ale gdy już przyszło co do czego, Rosja – podobnie jak w przypadku nagłej sytuacji w Syrii, jak i w związku z atakiem izraelsko-amerykańskim na Iran – nie zrobiła nic w sprawie obrony swojego zaprzysięgłego przyjaciela z Wenezueli. Co więcej – nawet wysławiane przez propagandę rosyjskie systemy S-300 nie zapewniły Maduro bezpieczeństwa. To kolejna plama. Nie ma też na razie żadnych oficjalnych komunikatów, co się dzieje z rosyjskimi wojskowymi w Wenezueli (najprawdopodobniej obecni tam są instruktorzy wojskowi, może jacyś wagnerowcy).

Może z noworocznej mgławicy coś na kształt reakcji politycznej wreszcie się wyłoni, jak rosyjski establishment odzyska przytomność. No i jak przyjdzie instrukcja z góry. Na stronie kremlin.ru (oficjalna strona Kremla) jako ostatni wpis figuruje orędzie noworoczne Putina. Nagrane zapewne wcześniej. Po internetach chodziły słuchy, że Putin zaplanował sobie noworoczną przerwę – najpierw kilka dni z rodziną, potem wymagająca dyskrecji i czasu kolejna operacja kosmetyczna. Telewizja pokazuje „konserwy”, np. dzisiaj rozwodziła się o tym, jak to Putin spełnia życzenia dzieci w ramach akcji „Choinka marzeń”. To też zapewne materiały nagrane zawczasu, aby umożliwić Putinowi zniknięcie za kulisami. Zresztą w związku z akcją rzekomego ataku dronów na rezydencję Putina, rzecznik Kremla zapowiedział, że miejsce pobytu prezydenta pozostanie utajnione ze względów bezpieczeństwa.

A Wenezuela? Cóż, musi poczekać, Rosja wszakże musi się wyszumieć – ci bogatsi na Malediwach czy w Dubaju, a ci mniej zasobni – w Plesie, Suzdalu albo na najbliższych ośnieżonych górkach lub przy sklepie z napojami.