Pogrzeb Aleksieja Nawalnego

1 marca 2024. Zamordowany przez reżim Putina opozycjonista Aleksiej Nawalny nawet po śmierci traktowany jest przez Kreml jako wróg, którego trzeba zwalczać. Podłość Putina w obliczu śmierci Nawalnego jest niewyobrażalna. Nieludzki szantaż wobec rodziny, zastraszanie tych, którzy chcą wziąć udział w ceremonii pogrzebowej, utrudnienia w jej zorganizowaniu – reżim pokazuje prawdziwe oblicze: nieskrywane okrucieństwo i cynizm. Społeczeństwo ma jak najszybciej zapomnieć o Nawalnym i skupić się na uwielbianiu prezydenta-uzurpatora, który właśnie zamierza rozpocząć kolejną kadencję.

Przez wiele dni trwała wojna podjazdowa władz z rodziną Aleksieja Nawalnego: szantażowano matkę opozycjonisty, nakazując przeprowadzenie cichego pogrzebu (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-po-smierci-nawalnego-kto-teraz-przeciwstawi-sie-putinowi-186328), przez długi czas nie wydawano jej ciała syna. Po powrocie do Moskwy zatrzymano towarzyszącego Ludmile Nawalnej adwokata Wasilija Dubkowa (trzej prawnicy związani z Nawalnym byli aresztowani w październiku ub.r. https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/10/18/oblawa-oblawa-na-adwokatow-oblawa/). Zastraszanie, zastraszanie, zastraszanie. To sprawdzona metoda, której trzyma się reżim – zamknąć usta niebłagonadiożnym, zmrozić, zniechęcić do wyrażania niezgody na zbrodnie władz.

Przed pogrzebem akcje zastraszania i przestrogi przed nierozsądnym udziałem w pożegnaniu „Tego, o Którym Trzeba Zapomnieć” wzmogły się. Do szkół rozesłano film napominający, że protesty są zabronione, studentów napomniano, że gdy pojadą na pogrzeb, to mogą się pożegnać ze studiami. W dniu pogrzebu sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow grzmiał: „Przypominamy, że istnieje prawo. Jakiekolwiek nielegalne zgromadzenia będą traktowane jako złamanie prawa. Uczestnicy poniosą odpowiedzialność zgodnie z przepisami prawa”. Na pytanie dziennikarzy o opinię na temat Aleksieja Nawalnego odparł, że nie ma nic do powiedzenia.

Przed rodziną i organizatorami pogrzebu piętrzono trudności. Dziwnym trafem w całej Moskwie nie znalazło się ani jedno pomieszczenie, w którym można byłoby zorganizować świecką ceremonię pożegnania „Tego, Którego Reżim Nie Złamał”. Rzeczniczka Nawalnego Kira Jarmysz pisała: „Wczoraj nikt nam nie chciał wynająć sali na ceremonię pożegnania, a dziś mówią nam, że nie ma ani jednego karawanu, którym można zawieźć ciało Nawalnego na cmentarz”. Zakłady pogrzebowe odebrały telefony od zielonych ludzików i zamykały swe podwoje przed rodziną Nawalnego.
Długo zwlekano z wyznaczeniem lokalizacji uroczystości. Rodzina chciała pochować Aleksieja na Cmentarzu Trojekurowskim (tam spoczywa m.in. Anna Politkowska), władze nie wyraziły na to zgody, widocznie uznano, że to zbyt prestiżowe miejsce. Po męczących negocjacjach ustalono, że nabożeństwo żałobne zostanie odprawione w cerkwi Ikony Matki Bożej „Ukój Moje Troski” w Marjino – blokowisku poza centrum Moskwy, a pogrzeb odbędzie się na pobliskim Cmentarzu Borisowskim. Wczoraj znalazł się odważny duchowny – Paweł Ostrowski, który ogłosił, że podejmie się odprawienia nabożeństwa żałobnego i egzekwii.

Od kilku dni policja przeszukiwała i patrolowała okolice cerkwi i cmentarza. Teren obstawiono żelaznymi barierkami, zamknięto wejście do nekropolii, przechodniom sprawdzano dokumenty. Wokół rozmieszczono kamery, które sfilmują i zarejestrują przybyłych. Zatrzymywano ludzi jadących na pogrzeb do Moskwy z innych miast (np. szefa sztabu wyborczego Nadieżdina w Woroneżu).

Oficjalne media nie informowały o dacie i miejscu pogrzebu. Były zajęte preparowaniem doniesień, z jakim niezwykłym entuzjazmem ludzie słuchali wczoraj wiekopomnego orędzia Putina (https://www.tygodnikpowszechny.pl/oredzie-putina-wszystko-dla-frontu-wszystko-dla-produkcji-miesa-armatniego-wszystko-dla-kraju-i).

Jak pisze „The Moscow Times”, Kreml przeprowadził serię narad z generalicją Federalnej Służby Bezpieczeństwa i MSW na temat „operacji specjalnej pogrzeb Nawalnego”. Chodziło o maksymalne wyciszenie informacji o pogrzebie. „Kreml postawił zadanie, aby nie dopuścić do masowego udziału ludzi w uroczystościach, aby nie powstała analogia z pogrzebem akademika Andrieja Sacharowa (obrońcy praw człowieka, dysydenta, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, prześladowanego przez władze)”. Na ten pogrzeb w 1989 r. przyszło kilkaset tysięcy ludzi, to była znacząca demonstracja, mówiąca o istotnej zmianie nastrojów społecznych. Putin przed swoimi pseudowyborami nie może sobie pozwolić na choćby namiastkę takiej demonstracji.

Mimo zastraszania, mimo przestróg i gróźb ze strony władz wielu ludzi przyszło pożegnać Aleksieja Nawalnego. Przed cerkwią na długo przed rozpoczęciem nabożeństwa ustawiła się kolejka, rozciągnęła się na półtora kilometra. Ludzie zebrali się też przed Cmentarzem Borisowskim i na trasie przejazdu karawanu od cerkwi do cmentarza. Skandowali „Aleksiej, nie zapomnimy!”, „Dziękujemy”, „Nie dla wojny!”, rzucali kwiaty na wiozący trumnę samochód. Trudno ocenić, ilu było uczestników, na zdjęciach przekazywanych przez media społecznościowe widać wielotysięczny kondukt, jaki idzie z cerkwi na cmentarz.

Na uroczystości przyjechali rodzice Nawalnego – Ludmiła i Anatolij. Żona Julia i dzieci, Daria i Zachar, przebywają za granicą. Ich pojawienie się w Rosji stanowiłoby niebezpieczeństwo dla ich życia. Julia znalazła się na celowniku Kremla po tym, jak ogłosiła, że będzie kontynuować działalność męża. Putin na pewno wysłuchał jej odważnych wystąpień na konferencji bezpieczeństwa w Monachium i w Parlamencie Europejskim. „Putina nie złamiecie kolejną rezolucją ani kolejnym pakietem sankcji. On jest bossem zorganizowanej grupy przestępczej, z nim trzeba walczyć jak z mafią” – powiedziała.

Spośród polityków na uroczystości pogrzebowe odważyli się przyjść Borys Nadieżdin i Jekatierina Duncowa (niedopuszczeni do wyborów prezydenckich) i b. mer Jekaterynburga Jewgienij Rojzman. Obecni byli także członkowie korpusu dyplomatycznego państw zachodnich (był wśród nich ambasador RP Krzysztof Krajewski). Kilka mediów społecznościowych prowadziło bezpośrednią transmisję z uroczystości pogrzebowych. Relacja się rwała, gdyż wyłączano internet i sieci komórkowe w dzielnicy.

Na pogrzebie Nawalnego odtworzono muzykę z filmu „Terminator-2”, Aleksiej uważał ten film za najlepszy na świecie. I wierzył, że zło można zwyciężyć.

Aresztowana Daria Kozyriewa

28 lutego 2024. W Petersburgu została aresztowana osiemnastoletnia Daria Kozyriewa. Za wykroczenie przeciwko prozie życia w agresywnym putinizmie: w drugą rocznicę rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę nakleiła na pomniku ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki kartkę z fragmentem jego wiersza. Oprawcy nie odpuszczą, bo to groźna (zdaniem reżimu) recydywa: w grudniu 2022 r. Daria na instalacji poświęconej partnerstwu miast – Petersburga i Mariupola – napisała: „Mordercy, zniszczyliście je. Judasze”.

Z coraz bardziej wykrzywionej nienawiścią twarzy putinizmu spadają kolejne zasłony, wymiar niesprawiedliwości wyciąga łapy po ludzi w średnim wieku, starych i młodych, jak leci. Niedawno skazana na 5,5 roku łagru za postawę antywojenną została 72-letnia emerytka Jewgienija Majboroda (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/01/29/dwa-wyroki-jednego-dnia-i-jeszcze-jeden-wyrok/), wczoraj sąd skazał na 2,5 roku łagru współzałożyciela Memoriału Olega Orłowa, za słuszne słowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/02/27/skazany-oleg-orlow/).

Daria Kozyriewa znalazła się w centrum zainteresowania policji, gdy na cynicznej instalacji przedstawiającej splecione serca symbolizujące braterstwo Petersburga i Mariupola, napisała to, co propaganda chce ze wszech sił zagadać i ukryć: że Mariupol został zbombardowany, zniszczony przez rosyjskich „wyzwolicieli” i opieka Petersburga jest okrutną kpiną z okupowanego miasta. Kremlowskie media – zwłaszcza po nocnej wizycie Putina w Mariupolu (https://www.tygodnikpowszechny.pl/wszystkie-sobowtory-prezydenta-rosji-ilu-jest-putinow-185110) – trąbią o odradzaniu się życia w mieście, uszczęśliwionym rzekomo włączeniem do Federacji Rosyjskiej, o jakoby odbudowywanych dzielnicach mieszkaniowych (ruszyła nawet kampania agencji nieruchomości, które oferują Rosjanom mieszkania pozostawione przez Ukraińców) itd. „Putin nic tu nie buduje – twierdzą ukraińskie źródła – wszystko jest na pokaz. Jedyne, co tu powstaje, to bazy wojskowe i umocnienia, Rosja wbija w naszą ziemię zęby”. Rosyjski okupacyjny gubernator Zaporoża Balicki bez cienia żenady opowiada w wywiadzie (https://www.mk.ru/politics/2024/02/25/vyselyali-celymi-semyami-nesoglasnykh-s-svo-vygnali-iz-zaporozhskoy-oblasti.html), że mieszkańców zajętych terenów, którzy nie poparli nowych władz, po prostu wyrzucano z ich siedzib. I to wszystko dla ich dobra, dla bezpieczeństwa. Bo gdyby zostali w swoich domach i nadal wyrażali swój protest, to mogłoby się to dla nich źle skończyć. Humanitarne podejście, nie ma co.

Wróćmy do Darii Kozyriewej. W grudniu 2022 r. została zatrzymana z dowodem rzeczowym w ręku za „dewastację własności publicznej”. Tak zaklasyfikowano słowa prawdy zapisane na wyżej wspomnianej instalacji. Daria negowała, że jej napis zepsuł instalację, wręcz przeciwnie: jej zdaniem zyskał dzięki jej słowom. Daria miała wówczas 17 lat, nie stanęła zatem przed sądem. Policja przetrzepała natomiast skrupulatnie jej profile w mediach społecznościowych, doszukała się we wpisach „dyskredytacji armii”, „fejków” i wszelkich innych występków przeciwko putinowskiej „prawdzie”. W grudniu 2023 r. sąd orzekł wobec niej karę grzywny w wysokości 30 tys. rubli. A w ramach resocjalizacji władze Uniwersytetu Petersburskiego usunęły ją z uczelni (Kozyriewa studiowała na wydziale medycznym).

Wczoraj sąd aresztował Darię na dwa miesiące. Za wiersz:
Поховайте та вставайте,
Кайдани порвіте
І вражою злою кровʼю

Волю окропіте!”.
Ten utwór Tarasa Szewczenki jest jednym z najbardziej znanych wierszy poety, w czasach ZSRR był w spisie lektur.

Naklejenie na pomnik tych słów uznano za „powtórną dyskredytację rosyjskiej armii”. Posiedzenie sądu odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego? Gdyż sprawa zawiera „tajemnicę państwową”. Jaką? To też najwidoczniej tajemnica. Jak pisze w komunikacie służba prasowa sądów Petersburga, „Kozyriewa utrzymuje stałe kontakty z ugrupowaniami opozycyjnymi, w tym z ich przedstawicielstwami poza granicami Federacji Rosyjskiej, działając na rzecz obcych państw”.

– Nie zamkną mi ust. Uważam, że poniżej mojej godności jest milczeć, bo tak trzeba. Być może swoimi słowami nie będę miała na nikogo wpływu, ale moje sumienie będzie czyste – mówiła Kozyriewa w rozmowie z dziennikarzami w styczniu br. – Jestem patriotką we właściwym rozumieniu tego słowa. […] Mam nadzieję, że wszystko się zmieni. Żadne zło nie trwa wiecznie, każda noc kiedyś się kończy”.

Mocne słowa młodej bojowniczki. Takich słów i takich dziewczyn Putin musi bać się najbardziej na świecie.

Skazany Oleg Orłow

27 lutego 2024. Współzałożyciel Memoriału Oleg Orłow zasiadł na ławie oskarżonych i został dziś skazany na realny wyrok łagru. Za co? Za przyzwoitość. Kremlowski smok jest coraz bardziej nienasycony.

Sąd rejonowy w Moskwie skazał na karę 2,5 roku łagru za „dyskredytację armii” 70-letniego Orłowa, obrońcę praw człowieka, współzałożyciela Memoriału (stowarzyszenie otrzymało Pokojową Nagrodę Nobla w 2022 r, zostało zlikwidowane w Rosji; o represjonowaniu stowarzyszenia pisałam m.in., na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/12/31/jeszcze-wiecej-zagranicznych-agentow/). Jako formalną podstawę rozprawy wzięto napisany przez Orłowa antywojenny artykuł (Orłow opublikował go w swoim profilu na Facebooku; „Nowa Gazeta. Europa” zacytowała wczoraj cały tekst „Chcieli faszyzmu. No to go mają”: https://novayagazeta.eu/articles/2024/02/26/vasha-chest-ne-strashno-chto-v-etom-absurde-pridetsia-zhit-vashim-detiam). Co ciekawe, za to samo Orłow już był raz skazany – w październiku ubiegłego roku orzeczono wobec niego grzywnę w wysokości 150 tysięcy rubli. Prokuratura jednak uznała, że to zbyt łagodny wymiar kary i skierowała sprawę do ponownego rozpatrzenia, żądając trzech lat pozbawienia wolności.

Wczoraj Orłow wygłosił w sądzie znakomite przemówienie (ostatnie słowo oskarżonego): „Śmierć, a właściwie rozprawienie się z Aleksiejem Nawalnym, procesy innych krytyków reżimu, w tym mój proces, uduszenie wolności, wkroczenie rosyjskich wojsk na Ukrainę to ogniwa jednego łańcucha.

Nie popełniłem przestępstwa. Sądzą mnie za artykuł, w którym nazwałem reżim polityczny w Rosji totalitarnym i faszystowskim. Artykuł napisałem dwa lata temu. Niektórzy moi znajomi uznali wtedy, że przesadziłem. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że miałem rację. […] Nasz kraj coraz bardziej pogrąża się w mroku. Zakazane zostały książki współczesnych rosyjskich pisarzy, zakazano ruchu LGBT, co oznacza wkroczenie państwa w życie prywatne obywateli, studentom zakazano cytowania „zagranicznych agentów”, socjologa Borysa Kagarlickiego skazano na pięć lat łagru za kilka słów o wydarzeniach w Ukrainie, różniących się od oficjalnej linii, a człowiek, którego propagandyści nazywają liderem narodu, publicznie mówi, że „Polacy zmusili Hitlera do rozpoczęcia II wojny światowej”. […] To tylko kilka posunięć z ostatnich czterech miesięcy. Jak należy nazwać ustrój polityczny, w którym dzieją się takie rzeczy? Nie, nie omyliłem się, pisząc mój artykuł. Zakazywana jest nie tylko publiczna krytyka, ale jakiekolwiek niezależna opinia. Kara może zostać wymierzona za działania nie mające żadnego związku z polityką czy krytyką władz. Nie ma takiej dziedziny sztuki, gdzie dozwolone są swobodne artystyczne wypowiedzi, nie ma wolnej nauki akademickiej w dziedzinie humanistyki, nie ma również życia prywatnego. […] Zostałem oskarżony o dyskredytację, ale nikt nie wyjaśnił, na czym miałaby ona polegać. […] Skazuje się nas za wątpliwości co do tego, czy napaść na sąsiednie państwo ma na celu wzmocnienie pokoju i bezpieczeństwa. To absurd.

W dzisiejszej Rosji krytyka władz jest zakazana. Otwarcie nikt o tym nie mówi, zakaz owijany jest w absurdalne i nielogiczne formuły nowych tak zwanych ustaw, aktów oskarżenia i wyroków”.

Orłow przypomniał nazwiska więzionych opozycjonistów, stwierdził, że są oni powoli zabijani w łagrach, cierpią za to, że protestowali przeciwko przelewowi krwi w Ukrainie i za to, że chcą, aby Rosja stała się demokratycznym państwem, które nie stanowi zagrożenia dla świata. „Władze walczą teraz nawet z zabitym Nawalnym. Boją się go nawet po śmierci” – podkreślił. Zdaniem Orłowa, władze mają nadzieję, że rozpędzając protesty czy akcje pamięci i prześladując nawet tych, którzy przynoszą kwiaty pod pomniki ofiar reżimu totalitarnego, zdemoralizują tę część rosyjskiego społeczeństwa, nadal odczuwającą odpowiedzialność za swój kraj. „To płonna nadzieja. Pamiętamy przesłanie Aleksieja Nawalnego: Nie poddawajcie się. Dodam od siebie: nie traćcie optymizmu. Prawda jest po naszej stronie”.

Zwracając się do wykonawców absurdalnych praw, Orłow przypomniał: „W 1935 r. w Niemczech przyjęto ustawy norymberskie. Po 1945 roku przed sądem postawiono wykonawców tych praw”. I wyraził nadzieję, że dzieci i wnuki dzisiejszych wykonawców antykonstytucyjnych, bezprawnych ustaw w Rosji będą się wstydzić za swoich przodków. „Tak samo będzie z tymi, którzy dziś popełniają zbrodnie w Ukrainie. Ten wstyd będzie najgorszą karą”.

Wyrok orzeczony wobec Olega Orłowa jest przyznaniem się władz do tego, że ścierpieć nie mogą nikogo, kto w oczy mówi (pisze) prawdę o istocie putinizmu, o jego zbrodniach. Żarna machiny przymusu obracają się coraz szybciej, zgniatając kolejne wysepki niezależnego myślenia.

Dziś w swoje kolczaste łapy putinowski aparat mielenia ludzi złapał adwokata Wasilija Dubkowa, który towarzyszył Ludmile Nawalnej podczas jej pobytu w Salechardzie (gdzie próbowała wydobyć ciało zmarłego syna, by go pochować). Od dwóch dni współpracownicy Nawalnego próbują wynająć salę na uroczystość pożegnania z Aleksiejem. Bezskutecznie. Jak napisał „The Moscow Times”, moskiewskie zakłady pogrzebowe dostały zakaz zorganizowania takiej uroczystości. Rację miał Orłow: Putin walczy z Nawalnym nawet po śmierci. Ze strachu.

Głośniej nad tą trumną

26 lutego 2024. Mija dziesięć dni od śmierci Aleksieja Nawalnego w łagrze Wilk Polarny. Nadal nie wiadomo, w jakich okolicznościach umarł najważniejszy rosyjski opozycjonista. I nadal nie wiadomo, kiedy i gdzie odbędzie się jego pogrzeb. Nad śmiercią Nawalnego podnosi się wielka mgławica pytań i wątpliwości.

Przez wiele dni rosyjska machina władzy próbowała skruszyć matkę Nawalnego, Ludmiłę, która przyjechała do Salechardu po ciało syna (opisałam tę niebywałą epopeję w Rosyjskiej ruletce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-po-smierci-nawalnego-kto-teraz-przeciwstawi-sie-putinowi-186328). Do sumienia Putina apelowało wiele znanych osób, m.in. laureaci Nagrody Nobla, Switłana Aleksijewicz i Dmitrij Muratow. Wreszcie władze po długim namyśle pozwoliły na przekazanie ciała syna Ludmile Nawalnej (сhoć przecież zgodnie z prawem nie mogły odmówić matce wydania ciała syna!). Nawet po śmierci Aleksiej Nawalny postrzegany jest przez Putina i jego dwór satanistów jako zagrożenie, które trzeba zwalczać. Wizerunkowo to była kolejna wielka porażka Kremla. „Oni najwidoczniej zrobili po cichu sondaż, z którego wyszło, że lepiej będzie oddać ciało Aleksieja matce, przeciąganie tej sprawy negatywnie odbije się na prestiżu władzy” – wyraził przypuszczenie jeden z dobrze zorientowanych w kremlowskich realiach komentatorów.

Teraz dla putinowskiej machiny problemem nie do przezwyciężenia okazuje się pogrzeb. Trwają intensywne rozmowy o miejscu i czasie uroczystości. Oraz jej charakterze: czy ma to być ceremonia prywatna, zamknięta (formuła podobna do formuły pogrzebu Jewgienija Prigożyna – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/08/30/na-sam-pogrzeb/), czy jednak każdy będzie mógł przyjść, aby pożegnać polityka zabitego przez reżim. Kreml ma wielki ból głowy. Bo jeżeli zezwolić na otwartą uroczystość, może z tego wyniknąć jakaś demonstracja nastrojów antywojennych i antyputinowskich na dużą skalę. I to przed pseudowyborami. Rozpędzić rozpędzą bez problemu, ale jednak ludzie (w kraju i za granicą) zobaczą, że nie całe społeczeństwo – jak głosi oficjalna propaganda – bezwarunkowo popiera Putina i jego politykę.

Dziś szefowa Międzynarodowej Fundacji Walki z Korupcją Maria Piewczich ogłosiła, że Aleksiej Nawalny został zabity w łagrze, aby nie mogło dojść do jego wymiany na odsiadującego dożywocie w niemieckim więzieniu Wadima Krasikowa (https://www.tygodnikpowszechny.pl/zabojstwo-na-zamowienie-i-zemsta-putina-170125). Krasikow to killer, który ma na swoim koncie zabójstwa (w tym polityczne) na zlecenie. Putin wspominał o nim w niedawnym wywiadzie dla amerykańskiego dziennikarza Tuckera Carlsona (bez podania nazwiska killera); sugerował, że Kreml jest zainteresowany wyciągnięciem „oddanego patrioty” z niemieckiego mamra – w zamian rosyjskie więzienie miałby opuścić któryś z przetrzymywanych obywateli USA. Pogłoski o możliwej wymianie Krasikowa na Nawalnego odnotowałam w blogu 15 grudnia: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/12/15/gdzie-jest-nawalny/). Teraz temat powrócił w bardziej rozwiniętej formie. I w innym już (niestety) kontekście.

Maria Piewczich powiedziała (https://echofm.online/video-dnya/komanda-navalnogo-pochemu-putin-ubil-navalnogo-sejchas), że 15 lutego otrzymała potwierdzenie, iż negocjacje w sprawie wymiany Nawalnego znajdują się na finiszu. Współpracownicy Nawalnego zaraz po tym, jak zaczęła się wojna w Ukrainie, zaczęli prowadzić rozmowy o możliwości wymiany Aleksieja i innych więźniów politycznych na złapanych na Zachodzie rosyjskich agentów. Wielu polityków odmówiło udziału w negocjacjach, opowiada Piewczich, dlatego ciągnęły się one tak długo – mnóstwo czasu pochłaniało nawiązywanie kontaktów. Jednym z pośredników miał być miliarder Roman Abramowicz (którego nazwisko notabene od czasu do czasu wypływa przy okazji różnych zakulisowych działań). Według słów Marii Piewczich, Putinowi dano do zrozumienia, że jedyny sposób, aby Krasikow mógł wrócić do Rosji, to wymiana na Nawalnego. „Ale Putin zinterpretował sprawę inaczej – mówi współpracowniczka Nawalnego – skoro Zachód zasadniczo jest gotowy na wydanie Krasikowa Rosji, to może on być wymieniony na kogoś innego, a Nawalnego trzeba sprzątnąć. To nielogiczne, ale Putin nie myśli racjonalnie i podjął nieracjonalną decyzję”.

Kreml nie zareagował na oświadczenie Marii Piewczich. Natomiast stało się ono przedmiotem komentarzy i sporów w mediach społecznościowych. Dziennikarz Siergiej Parchomienko tak pisze o ujawnionych przez Piewczich zabiegach o uwolnienie Nawalnego: „Nadal nie wiemy, jakie było stanowisko Putina i jego otoczenia w sprawie wymiany Nawalnego na najemnego zabójcę Krasikowa. Wcześniej czy później dowiemy się szczegółów rozmów na ten temat ze strony zachodniej (w tym przede wszystkim z Niemiec, które są w posiadaniu „kapitału wymiennego”). Ale o tym, jak zachowywał się reżim putinowski w tej sprawie, nie wiemy. Putin jest opętanym maniakiem zabójcą i nie ma żadnych podstaw, by uznać, że w danym wypadku porzucił swoją zwykłą manierę męczenia i zabijania ludzi, których uważa za swoich wrogów lub którzy – jak sądzi – zagrażają mu. […] Jasne jest, że Putin mógł wydać polecenie zabicia Aleksieja Nawalnego, aby raz na zawsze pozbyć się nawet iluzorycznej idei jego uwolnienia, aby nawet teoretycznie nie można było myśleć o jego wymianie. To zwierzęcy instynkt zabójcy”.

Tucker the day after

11 lutego 2024. Dwa dni temu amerykański eks-prezenter telewizyjny, lobbysta i popularny medialny influencer Tucker Carlson opublikował wywiad z Władimirem Putinem. Rozmowa od razu znalazła się w centrum zainteresowania światowych mediów i opinii publicznej. Podzielony na dwie części wywiad na koncie Carlsona na platformie X obejrzało już ponad 150 mln osób.

O treści wywiadu i jego znaczeniu pisałam w „Tygodniku Powszechnym” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/oredownik-trumpa-robi-wywiad-z-putinem-po-co-kremlowi-ten-zabieg-propagandowy-186211) i mówiłam w audycji radia TOK FM (https://audycje.tokfm.pl/podcast/153033,Manipulacje-i-mity-O-wywiadzie-Carlsona-z-Putinem).

Dziś zatem tylko przypomnienie i próba poważnego komentarza. Oraz na deser – komentarz żartobliwy, co nie znaczy, że niepoważny.

Rozmowa trwała dwie godziny. Przed nagraniem chyba doszło do małego nieporozumienia, może nawet spięcia pomiędzy interlokutorami. Putin był wyraźnie rozdrażniony, jego cienkie nóżki nerwowo stepowały, twarz miał ściągniętą i niemiłą. Nie dał Carlsonowi dojść do słowa i z mety przystąpił do półgodzinnego wykładu o tym, jak widzi historię ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Rosji (od Ruryka) i Ukrainy (z zaskakującym wklejeniem wątku Bohdana Chmielnickiego). Próby ożywienia rozmowy wtrącanymi nieśmiało pytaniami nie pomogły: Putin jechał swoim czołgiem pełnym wypaczeń i deformacji, nie zważając na nic. Wywód miał uzasadnić przyczyny rozpętania przez Rosję wojny. Ale czy amerykańskich odbiorców może przekonać twierdzenie (powtarzane już przez Putina któryś raz), że Rosja nie zaczynała tej wojny, a tylko chce ją zakończyć? Bo tak naprawdę, zdaniem Putina, wojnę zaczęła Ukraina w 2014 r. Czy amerykański widz jest w stanie wysłuchać dwugodzinnej nudnej cegły, skoro wymięka nawet podczas (zbyt długiego, jego zdaniem) meczu piłki nożnej i wybiera szybkie wymiany piłek w koszykówce czy dynamikę futbolu amerykańskiego?

Kolejny blok rozmowy poświęcony był źle układającym się stosunkom Rosji z USA. Tu również włączona została stara płyta ze skargą Putina na to, że partnerzy z Zachodu nie dotrzymali obietnic: NATO miało się nie rozszerzać, a się rozszerzyło itd. Powtórką były też deklaracje gotowości Rosji do rozmów pokojowych. Według Putina, Rosja chce pokoju. Ale na swoich warunkach. „Niech oni zrozumieją, że trzeba do tego podchodzić rozsądnie, traktować Rosję i jej interesy z szacunkiem. Po co mam dzwonić do Bidena? Niech przestaną zaopatrywać Ukrainę w broń i wszystko się skończy” – dowodził Putin. Ziem raz zdobytych nie oddamy nigdy. I niech Waszyngton pouczy Zełenskiego: siadaj do stołu i dogaduj się z Moskwą.

Już nie po raz pierwszy Putin zasygnalizował, że gotów jest do targowania się z Zachodem o nowe rozdanie w ładzie międzynarodowym.

Była też mowa o Polsce i państwach bałtyckich. Putin zastrzegł, że nie ma żadnych interesów, aby napadać na te kraje, a wojska rosyjskie mogą wmaszerować do Polski tylko w wypadku napaści Polski na Rosję. Bo, jak powszechnie wiadomo, miłująca pokój Rosja nigdy na nikogo nigdy nie napadała. W części historycznej dotyczącej genezy II wojny światowej Putin uświadomił Carlsona, że pokojowo nastawiony Hitler w 1939 r. został zmuszony przez Polaków do agresji.

Po co Kremlowi taki wywiad? Tucker Carlson jest postrzegany jako gorący orędownik Donalda Trumpa, a w Moskwie był odbierany wręcz jak jego wysłannik, zwiastujący (po wyczekiwanej przez Kreml wygranej Trumpa) nowe otwarcie. Celem wywiadu było wyłożenie racji Moskwy w nadziei, że zostaną one uwzględnione po ewentualnej zmianie w Białym Domu.

Putin od 24 lutego 2022 r. jest izolowany na arenie międzynarodowej. Chciałby mieć sposobność dotarcia do zachodnich elit i społeczeństw. I przekonać je do swoich interesów. Czy mu się to udało? Na razie za wcześnie, by to ocenić. Jedno już dziś jest widoczne: zainteresowanie było ogromne (zainteresowanie nie musi oznaczać zapoznania się z nudnym materiałem ani przyznania racji Putinowi). Jeśli nawet Kreml nie osiągnie założonych celów, to już samo zamącenie wody przed amerykańskimi wyborami może być uznane za bonus. Z kremlowskich kuluarów dobiegają echa, świadczące o niezadowoleniu niektórych osób z otoczenia Putina z wydźwięku rozmowy. Skrzydło bojowo-konserwatywne oczekiwało, że prezydent rozwinie temat obrony przez Rosję tradycyjnych wartości, tymczasem niemal nie poświęcił temu uwagi. Ugrzązł w historycznych zawiłościach (jak powszechnie wiadomo, Putin uwielbia granie historią, uważa się za znawcę, podczas gdy historię zna kiepsko, wyrywkowo i tworzy na tej niepewnej podstawie wielkie konstrukcje, które łatwo podważyć; niemniej warto przy okazji przypomnieć, że te tworzone przez Putina historyczne konstrukcje stanowią fundamenty jego myślenia o współczesnym świecie i podstawę podejmowanych na bieżąco decyzji). Bardziej wyrobiona publiczność, kochająca teorie spiskowe może się nawet pożywić, o ile będzie w stanie przebrnąć przez labirynt dygresji i mędrkowania niezbyt lotnego i pilnego ucznia.

Emigracyjny socjolog Igor Ejdman zamieścił na swoim kanale w Telegramie wpis pod tytułem „Prawdziwy tekst sławnej rozmowy” (https://t.me/igoreidman/1237).

– Władimirze, dlaczego napadliście na Ukrainę?

– Zaraz to w skrócie wyjaśnię. Wszystko zaczęło się od Ruryka i Lenina. Ruryk stworzył Rosję, a Lenin – Ukrainę. Potem Polacy wymusili na Hitlerze, aby na nich napadł. A Austriacy nie wiedzieć czemu spolonizowali Rosjan. O tym napisał mi Bohdan Chmielnicki. Dima, przynieś listy!

Tak w ogóle to Bohdan zalecał się do Katarzyny II i już wszystko było na dobrej drodze, ale Chruszczow się wtrącił, zabrał Katarzynie Krym i oddał Ukrainie. Caryca się obraziła, poskarżyła się Stalinowi, a Stalin – mnie. Synku, powiada, weź mi pomóż, bo tam są nasi ludzie, Rosjanie. No więc pomogłem.

Dalej mnie i Jarosława Mądrego (obaj jesteśmy mądrzy, ale nazbyt ufni) wzięli i wyprowadzili w pole Amerykanie, po prostu wystrychnęli na dudka. Rozszerzyli NATO na wschód. Musiałem się wobec powyższego zwrócić o wsparcie do chana Batyja. I za jednym zamachem – do Bismarcka. Bismarck mnie zrozumiał i poparł: bo najważniejszy jest, powiada, potencjał.

Potem wysłałem ojca Zełenskiego na front, żeby języka złapał. A on samego Hitlera złapał i synowi oddał w charakterze żywej zabawki. A Wołodia z Hitlerem się zaprzyjaźnił i Hitler nauczył Wołodię nazizmu. A ja mu mówię: Jak to tak, Wołodia?”.

Wreszcie, jak pisze Ejdman, Putin zaczął się denerwować, wykrzykiwał „Ukraina! Wykiwali nas! Lenin, Stalin” itd. A potem omdlał i już nie odpowiadał na pytania lekarza.

Donos nasz powszedni

6 lutego 2024. Donos stał się w Rosji sposobem na załatwianie różnych społecznych i politycznych problemów. Władze tak mocno rozwinęły w ostatnim czasie zasób przewinień, za które można być pociągniętym do odpowiedzialności, że donosiciel nie musi się specjalnie napinać, by znaleźć powód do ścigania adwersarzy. A śledczy nie muszą mieć dowodów, aby ścigać.

Za przykład może posłużyć nie tylko wybujała działalność bogini donosów Jekatieriny Mizulinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/11/25/galeria-figur-nieforemnych-czesc-2/), ale też aktywność zwyczajnych obywateli bez politycznych ambicji.

Anastasija Akińszyna, lat 34, przyszła do przychodni z siedmioletnim synkiem, który miał problemy z okiem. Skierowano ją do gabinetu pediatry, 67-letniej Nadieżdy Bujanowej. Chłopiec zaczął kaprysić i brykać. Lekarka zwróciła uwagę, że dziecko zachowuje się nieadekwatnie i zapytała, czemu tak jest. Matka odpowiedziała, że syn mocno przeżywa stratę ojca, który zginął podczas „specjalnej operacji wojskowej”.

Według Akińszynej, lekarka miała oznajmić, że poległy mąż był „legalnym celem dla Ukrainy”. A Rosja „dokonała agresji wobec Ukrainy”.

Po tych słowach wdowa dostała palpitacji, plam na szyi i zawrotów głowy. Poleciała z jęzorem do szefowej przychodni. Ta próbowała ją uspokoić. Bezskutecznie. „Zrozumiałam, że te larwy będą chciały wszystko spuścić po drucie. Nic z tego. Pytanie brzmi: gdzie mam złożyć skargę na tę dziwkę, żeby ją do ch*ja pana wyj*bali z kraju?” – zadała grzecznie pytanie na filmiku, który trafił do mediów społecznościowych. Pobiegła na policję, gdzie złożyła doniesienie, iż pediatra Nadieżda Bujanowa zajmuje się dyskredytacją rosyjskiej armii, domagała się też sprawdzenia, czy lekarka nie sponsoruje ukraińskich sił zbrojnych i czy przebywa w Rosji legalnie, bo uczyła się na lekarza we Lwowie. Zdaniem donosicielki, tak czy inaczej pani doktor powinna trafić za kraty.

Sprawą w mig zajął się Komitet Śledczy, a konkretnie osobiście szef tego organu, Aleksandr Bastrykin. Wszczęto sprawę z artykułu o rozpowszechnianie fejków o armii. Tak, donosem imputującym jakąś wypowiedź lekarki zajmuje się kierownictwo ważnego organu, powołanego do ścigania poważnych przestępstw.

Kierownictwo przychodni wpadło w panikę i zwolniło pediatrę Bujanową z pracy. Akińszyna odgrażała się, że szefową lekarki, która próbowała ją uspokoić, też pogonią.

Śledczy przyszli do mieszkania Bujanowej z rewizją (adwokata nie puścili), wywrócili je do góry nogami. Zdjęcie ze zrujnowanego lokum zamieściło wiele mediów (https://meduza.io/news/2024/02/04/politseyskie-razgromili-kvartiru-pediatra-iz-moskvy-nadezhdy-buyanovoy-na-vracha-zaveli-ugolovnoe-delo-posle-zhaloby-vdova-voennogo-pogibshego-v-ukraine). Komentatorzy zwrócili uwagę nie tylko na straszliwy bałagan, jaki zostawili po sobie śledczy, ale także na nader skromny wystrój niewielkiego mieszkanka w starym bloku.

Bujanowa stanęła przed sądem, który miał określić, czy zostanie aresztowana. Sąd jednak nie przychylił się do wniosku prokuratury o osadzenie lekarki w areszcie śledczym (jak piszą komentatorzy w mediach społecznościowych, sam Bastrykin wydał polecenie, aby lekarkę zamknąć w areszcie śledczym). Orzekł jedynie o zakazie użytkowania przez Bujanową internetu i telefonu oraz wydał zakaz kontaktów ze świadkami.

Nadieżda Bujanowa twierdzi, że nie mówiła tego, co zarzuca jej Akińszyna. Zwróciła się z wnioskiem o przesłuchanie taśm zawierających nagrania rozmów, jakie toczą się w przychodni w gabinetach. Na razie śledztwo nie podjęło tego wątku.

Czy casus Nadieżdy Bujanowej to punkt zwrotny? Czy teraz będzie tak, że każdy donosiciel, któremu nie spodoba się, powiedzmy, diagnoza albo nie dostanie skierowania, zaraz poleci do Bastrykina i nakabluje, że lekarz nie lubi rosyjskich żołnierzy? A Bastrykin niesprawdzalnym wymysłom uwierzy i zaordynuje wszczęcie dochodzenia. Bo żadnych dowodów już nie trzeba, wystarczy donos. A więc już nawet prywatne rozmowy są na cenzurowanym.

W mediach społecznościowych tymczasem pojawiły się informacje na temat Akińszynej. Jej znajomi twierdzą, że ów poległy mąż od kilku lat już jej mężem nie jest – para rozwiodła się jeszcze przed wojną (w dostępnych archiwach sądowych można znaleźć dokumenty, świadczące o tym, że po rozwodzie Akińszyna próbowała wydębić od eksmałżonka alimenty na najstarsze dziecko; być może obecne zabiegi o uznanie jej za pogrążoną w smutku wdowę mają też podłoże finansowe). Anastasija ma nowego partnera i dwoje nowych dzieci. Gdy sprawa nabrała rozgłosu, usunęła swoje profile w mediach społecznościowych, gdzie można było znaleźć dane na temat jej życia rodzinnego i zajęcia.

Zatrzymanie człowieka skorumpowanego

2 lutego 2024. Rosyjscy urzędnicy swoją rentę korupcyjną nadal próbują chomikować na Zachodzie. Ciekawy jest pod tym względem przypadek Dmitrija Owsiannikowa, którego zatrzymano w Londynie.

Błękitne oczęta, błękitny garnitur, błękitna rapsodia nieostrożności – były gubernator Sewastopola na okupowanym przez Rosję Krymie w latach 2016-2019 Dmitrij Owsiannikow po przyjeździe do Londynu został zatrzymany. Zarzuca mu się naruszenie reżimu sankcji i pranie brudnych pieniędzy.

Rosyjscy urzędnicy pracujący na Krymie, uważanym przez wspólnotę międzynarodową za terytorium ukraińskie, są objęci zachodnimi sankcjami. Owsiannikow również znalazł się na liście sankcyjnej w 2017 r. Po zakończeniu misji gubernatorskiej w Sewastopolu w grudniu 2022 r. złożył wszelako w sądzie UE skargę, w której domagał się zdjęcia sankcji, jako że ponosi przez nie wymierne straty – sankcyjne ograniczenia przeszkadzają mu mianowicie w prowadzeniu interesów na terytorium UE. Pod koniec października 2022 r. sąd orzekł o uchyleniu decyzji UE o sankcjach wobec Owsiannikowa. Sędziowie uznali, że Owsiannikow nie jest już gubernatorem Sewastopola, za co był objęty sankcjami. Tym bardziej że złożył urząd na własną prośbę. (Tutaj przyda się krótki przypis: „własna prośba” to kamuflaż; Owsiannikow stracił posadę za różne poważne przewiny, m.in. za swoje chuligańskie wybryki, jak np. na lotnisku w Iżewsku, gdzie wywołał skandal, darł się na obsługę, próbował sforsować kontrolę, w końcu rzucił się do ucieczki przed policją; poważniejsze zarzuty ciążyły na nim za korupcję i malwersacje; został nawet wyrzucony z partii Jedna Rosja, innych konsekwencji nie poniósł).

Wielka Brytania po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę przedłużyła sankcyjne ograniczenia wobec Owsiannikowa. Podobne sankcje wobec eksgubernatora podtrzymały USA, Kanada, Szwajcaria, Australia i Ukraina.

Być może Owsiannikow nie doczytał sądowych papierów, może nie popatrzył na mapę, a może przeoczył brexit – dość że niefrasobliwie przyjechał do Wielkiej Brytanii. Tam, jak pisze „The Times”, został 24 stycznia br. zatrzymany w swoim londyńskim domu przez funkcjonariuszy National Crime Agency. Zarzuca mu się świadome obejście sankcji: Owsiannikow rok temu otworzył rachunek w brytyjskim banku i posłużył się przy tym „brudną” kasą.

Na konto w banku HBOS były urzędnik przelał 65 tys. funtów w czterech transzach. Zapewne przelewów dokonała osoba trzecia. Podczas przeszukania skromnego lokum biednego eksgubernatora zarekwirowano 77,5 tys. funtów w gotówce.

Brytyjski sąd przystąpi do rozpatrywania sprawy Owsiannikowa 20 lutego. Prasa nie precyzuje, jaka kara mu grozi. Jak pisze „Nowaja Gazieta”, w wokół kazusu Owsiannikowa jest wiele białych plam. Nie wiadomo, kiedy i dlaczego eksgubernator zamieszkał w Londynie. Nie wiadomo, czym zamierzał się zająć. Niektórzy komentatorzy wysuwają przypuszczenie, że posługiwał się fałszywych paszportem.

Wszechwiedzący sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow powiedział na briefingu: „To [zatrzymanie Owsiannikowa] niezupełnie należy do kompetencji Kremla, dlatego nic nie mogę na ten temat powiedzieć. Widzieliśmy wzmiankę w mediach, ale nie dysponujemy szczegółowymi danymi na ten temat”.

W rosyjskich mediach pojawiły się pytania: czy Brytyjczycy wydadzą Owsiannikowa Ukrainie (o co Kijów zabiega), czy Owsiannikow podzieli się ze śledczymi wiedzą tajemną o sprawowaniu władzy na okupowanych przez Rosję terenach i nie tylko o tym – wcześniej Owsiannikow pracował w ministerstwie przemysłu i handlu, był nawet wiceministrem, dużo wie.

Ciąg dalszy tej historii nastąpi z wypiekami na twarzy.

Dwa wyroki jednego dnia i jeszcze jeden wyrok

29 stycznia 2024. Wiadomości z sal sądowych zajmują poczesne miejsce w codziennych doniesieniach z Rosji. Zwracają uwagę wysokie wyroki orzekane w sprawach o rozpowszechnianie fejków o armii, terroryzm czy ekstremizm. Natomiast w ubiegłym tygodniu tego samego dnia zapadły dwa wyroki w ciekawych i niestandardowych sprawach.

Znany w turbo-patriotycznym środowisku weteran „rosyjskiej wiosny” z 2014 roku, Igor Girkin vel Striełkow został skazany na karę czterech lat łagru za nakłanianie do ekstremizmu (o jego drodze do aresztowania pisałam na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/07/24/aresztowany-igor-strielkow/).

Od początku inwazji Rosji na Ukrainę Striełkow starał się zaistnieć i zbić kapitał polityczny na dobrych radach dla dowództwa armii i przywódcy państwa. Krytykował generalicję za niezborność, w mediach społecznościowych regularnie wygłaszał wykłady o sztuce wojennej. Sam się nawet wybrał na front, aby pokazać „benderowcom”, gdzie raki zimują, a swoim – jak walczy prawdziwy patriota. Ale pobył w pobliżu prawdziwego pola walki niedługo – nie dogadał się ze swoimi niegdysiejszymi kamratami z separatystycznego Donbasu, którzy najwidoczniej wszystkie konfitury już mieli między siebie podzielone i kolejnego udziałowca nie potrzebowali. Striełkow wrócił zatem z podkulonym ogonem do obserwowania sytuacji na froncie z pozycji półsiedzącej, półleżącej. Nikt mu oficjalnie nie zmył głowy za to, że wylewa żale i atakuje ministerstwo obrony i sztab generalny. „Zawinęli” go dopiero na fali czyszczenia pola po nieudanym buncie Prigożyna – szczekająca głowa psa wojny została odrąbana; Kreml wolał wyciszyć głosy, mogące wzmacniać zwolenników innych rozwiązań niż te, które proponuje sam Kreml.

Striełkow przesiedział kilka miesięcy w areszcie, z rzadka przypominając o sobie publiczności szerszej niż zasiadający na dwóch kanapach współpracownicy. A ci prowadzili za niego kanał na Telegramie i zamieszczali tam od czasu do czasu płomienne manifesty aresztanta. Striełkow w pewnym momencie postanowił nawet zostać prezydentem Rosji i zgłosił swoją kandydaturę, ale niewiele wskórał poza kpinkami w internetach. Przed ogłoszeniem wyroku wyrażał obawę, że zamiast kary zostanie „amnestionowany jak Kucharz” (czyli Prigożyn, którego Putin pozbył się ze sceny i upodlił w pamięci Rosjan: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/10/06/klub-waldaj-czyli-kabaret-skeczow-ponurych/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/11/01/ktorzy-odeszli-2023-czesc-1/). Jeżeli Striełkow obawia się o swoje życie w putinowskich kazamatach, to ma szanse odbywać karę w bezpiecznym miejscu – został wszak skazany na dożywocie przez trybunał w Hadze za sprawstwo katastrofy samolotu pasażerskiego Maleysia Airlines w 2014 r. nad Donbasem.

Sąd skazał Striełkowa nie tylko na odsiadkę, ale także na trzy lata odebrał mu ulubioną zabawkę: dostęp do mediów społecznościowych. Gdzie teraz niedoceniony Suworow będzie opowiadał swoje doniosłe przemyślenia o wojnie?

Pod budynek sądu przyszło kilkudziesięciu zwolenników Striełkowa, niektórzy przy medalach otrzymanych za zasługi bojowe. Weterani pokrzyczeli trochę, skruszeli na mrozie (do środka wpuszczono tylko kilka osób) i w końcu rozeszli się. Nawet wtedy gdy „bojewaja podruga” Striełkowa, czyli żona Mirosława Reginska, wyszła na schody, ogłosiła decyzję sądu i wzniosła okrzyk „wolność dla Striełkowa”, odpowiedziało jej niewiele głosów. Obrona złożyła dziś apelację.

W porównaniu z innymi wyrokami w sprawach politycznych, jakie ostatnio zapadają w rosyjskich sądach, kara czterech lat łagru to wręcz kosmetyka, łagodne napomnienie ze strony władzy, by nieco przytłumić zapał turbo-patriotów. Władimir Pastuchow w Telegramie rozważał, czy Striełkow – gdy już dotrze do łagru – zgłosi się na ochotnika na front, aby krwią zmazać swe przewiny.

Również 25 stycznia zapadł w wyrok w sprawie zamachu na życie Władlena Tatarskiego, Z-blogera (https://www.tygodnikpowszechny.pl/zamach-w-petersburgu-i-znaki-zapytania-182982). O dokonanie zamachu (wręczenie figurki z dynamitem, która eksplodowała w rękach Tatarskiego) oskarżono 26-letnią Darię Triepową.

Triepowa została skazana na 27 lat łagru. To najwyższy wymiar kary orzeczony w Rosji wobec kobiety. Daria nie przyznała się do winy, powiedziała w sądzie, że została wrobiona przez organizatorów zamachu, nie chciała zabić Tatarskiego, nie miała świadomości, że może wyrządzić mu krzywdę. (Szczegóły zeznań i procesu m.in. na stronie BBC: https://www.bbc.com/russian/articles/c51rp5grr88o).

Dziś rosyjski wymiar niesprawiedliwości popisał się kolejnym wyrokiem: 72-letnia emerytka Jewgienija Majboroda została skazana na 5,5 roku łagru za dyskredytację rosyjskiej armii i nawoływanie do ekstremizmu. Podstawą oskarżenia emerytki były wzmianki w mediach społecznościowych, zawierające antywojenne treści.

Tymczasem, jak się dziś przypadkiem okazało, Władimir Kara-Murza, jeden z liderów opozycji, skazany na karę 25 lat łagru o zaostrzonym rygorze (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/04/17/putin-zjada-kolejnego-opozycjoniste/) po cichu został przeniesiony do innej kolonii karnej. Gdzie się obecnie znajduje – nie wiadomo.

Słowo zioma. Krew na asfalcie

22 stycznia 2024. Rosja zapadła na serialową gorączkę – ośmioodcinkowy serial w reżyserii Żory Kryżownikowa (wł. Andriej Pierszyn) „Słowo zioma. Krew na asfalcie” (Слово пацана. Кровь на асфальте) pobił rekordy zainteresowania. Na razie jest dostępny tylko w internecie, telewizyjna premiera planowana jest dopiero na wiosnę tego roku w TV NTW.

Koniec lat osiemdziesiątych. Tatarstan, Kazań. Czas formowania się nowego rosyjskiego życia – sowiecki kolos zdycha, system załamuje się, śmierdzi. I w tych oparach zgnilizny trzeba jakoś żyć. Według innych zasad niż te, które wbija do głów partia i Komsomoł. Jakich? Honorowych. Takich, jakim hołduje ulica. Ulica zawsze ma rację. Siła? Tak, jest ważna. Ale nie tylko siła, ważny jest kodeks.

Młodzi bohaterowie serialu – delikatny blondynek Andriej, ćwiczący pięść w walce o swoje Marat i jego starszy brat, weteran Afganu, Wowa poszukują dla siebie miejsca w hierarchii. Dobrą pozycję daje umocowanie w nieformalnej grupie podwórkowych ziomów. Ziom (пацан) to ktoś, kto wyłamuje się z porządku prawnego, solidaryzuje z podobnymi sobie, podporządkowuje się grupie, a grupa podporządkowuje sobie teren. Na tym terenie dyktuje warunki, rządzi – dokonuje rozbojów, robi drobne biznesy, wymusza haracze. Konkurencję zwalcza. Niepokornych lub dopuszczających się uchybień wobec „starszych” uczy moresu – w sposób niezbyt wyszukany: waląc w ryj. Składa przysięgę na wierność kodeksowi ziomala („ziom nie przeprasza”), który nie ma prawa zdradzić kumpli ani ich okłamać.

A jednak zdradza i okłamuje, wychodzi za ramy ustanowione przez przywódców. I o tym jest opowieść. Podstawę scenariusza stanowi książka dziennikarza Roberta Garajewa „Słowo zioma. Kryminalny Tatarstan 1970-2010”, w którym opisany został tzw. kazański fenomen, czyli życie nieformalnych subkultur młodzieżowych. Bohaterowie serialu są zmyśleni, realne natomiast są realia, znakomicie odtworzone wnętrza, wygląd ulic i ludzi. W pierwszym odcinku wykorzystane zostały autentyczne kroniki z tamtych lat, pokazujące prawdziwych kazańskich ziomali. Kilku drugoplanowych ziomów miało swoje autentyczne prototypy – ich późniejsze losy streszczono w kilku stop klatkach: ten zginął w strzelaninie, ten w wojnie gangów, ten został zastrzelony pod bramą swojego domu itd., itp.

Serial wywołał wielowątkową dyskusję w mediach społecznościowych. I nie tylko – padały głosy (np. rzeczniczki praw dziecka Tatarstanu), aby zabronić dystrybucji serialu jako szkodliwego: przedstawione w nim rytuały i modele postępowania miały inspirować współczesnych młodych ludzi do niepożądanych zachowań. Uznano, że to romantyzacja bandytyzmu. Ostatecznie Roskomnadzor nie znalazł powodów do zakazania rozpowszechniania, zatroskani deputowani umilkli.

A może popularność serialu należy przypisać temu, że pokazuje on kawałek życia. Brutalnego, ale prawdziwego. Nie jest plastikowym wytworem owiniętym w propagandową folię jak większość rosyjskiej produkcji filmowej. To kino z nerwem. Najwidoczniej Rosjanie rozpoznali w nim siebie. Kult siły, pierwociny tego świata, który zakręcił Rosją i ją sobie podporządkował.

Twórcy uszarpali się z zakończeniem. Powstały dwie wersje końcowego odcinka – Kryżownikow zdecydował się na zmianę, inaczej poprowadził głównych bohaterów do finału, przemontował materiał. W internecie są dostępne obie wersje. Widz może wybrać, która jest mu bliższa. Obie wersje pokazują bohaterów przegranych – grupa oddanych ziomali nie uchroniła ich od popełnienia życiowych błędów. W finale jest też nieszczęśliwa miłość i zdeptany honor. Bohaterowie nie chcieli czynić zła, poszukiwali zasad, swojego prawa, ale jednak prawa. Nie znaleźli.

Zwraca uwagę świetna ścieżka dźwiękowa, a wśród wykorzystanych w serialu utworów znakomita piosenka duetu Ajgieł.

Jeszcze o pokłosiu „gołej imprezki”

9 stycznia 2024. Czkawka po „gołej imprezce” w klubie Mutabor w Moskwie odbija się nadal szerokim echem. Czasami przyjmuje niespodziewane formy.

W dawnych latach w ZSRS istniał „kodeks moralny budowniczego komunizmu”, taka sowiecka wersja dekalogu (co prawda zawierał dwanaście „przykazań”). Kodeks określał, co wolno, czego nie wolno, wysławiał komunistyczne cnoty, mieszał z błotem zgniliznę moralną. Każdy obywatel, który ubiegał się o paszport i wyjazd zagraniczny (choćby tylko do „demoludów”), musiał otrzymać certyfikat moralności. Było takie określenie „морально нестойкий” (wykorzystane z ironią przez Bułata Okudżawę w jednej z ballad), jak więc ktoś był „moralnie niepewny”, chwiejny w swej postawie, to na żadne socjalistyczne konfitury nie mógł liczyć, był ogólnie podejrzany, a za granicą mógł się nawet dopuścić zdrady ojczyzny itd. Sowieccy moralizatorzy sami oczywiście też miewali poważne problemy z dochowaniem wierności przepisom kodeksu, bo przecież nic, co ludzkie i tak dalej…

W świętoszkowatej (wyłącznie na pokaz) Rosji Putina nie ma miejsca na żarty, zabawę czy fikuśne pomysły. Wprawdzie oficjalnego „kodeksu moralnego budowniczego putinizmu” (jeszcze) nie wprowadzono, ale obowiązuje swoisty kodeks mafijny, zakładający przede wszystkim lojalność wobec bossa. Ale także nakazujący bezruch i brak inicjatywy ze strony obywateli w każdej dziedzinie. Wobec nazbyt figlarnych obywateli stosuje się pokazowe chłosty. Wspominałam już w tym kontekście w poprzednich wpisach o przykładnym ukaraniu członkiń Pussy Riot za obrazę Putina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/12/30/poklosie-rozneglizowanej-imprezki/). A to nie jest jedyny przykład uciszania rozbrykanych wolnościowców. Teraz podobną metodę napominania i karania za nierozsądny wybryk zastosowano szerokim gestem wobec uczestników zorganizowanej przez blogerkę Nastię Iwlejewą imprezy „almost naked”. Niektórzy już zostali postawieni do pionu przez stróży moralności (wieść gminna niesie, że moskiewską bohemę postanowili ukarać ludzie w mundurach z otoczenia Putina).

Piosenkarze podrygujący w negliżu na wieczorku w klubie Mutabor zostali przykładnie wycięci z noworocznych programów rozrywkowych, które ogląda cała Rosja. Wypadli z łaski i teraz stają na rzęsach, żeby „odkupić winę”. Filip Kirkorow zapewnił, że przekaże swoje honorarium za występ w telewizji NTW (skąd najwidoczniej nie został przez nieuwagę wycięty) na potrzeby mieszkańców Biełgorodu, ostrzeliwanego przez ukraińską armię. Deklarację opatrzył łzawym komentarzem w stylu obowiązującej propagandy. Równie wzruszające słowa zapewniające o miłości do Rosji wygłosił z dalekiego Dubaju, dokąd udał się w ramach patriotycznego uniesienia.

W poważne tarapaty wpadł natomiast raper Vacio (to ten, który przyszedł na bal w samej skarpecie nałożonej na genitalia; prawdziwe nazwisko Nikołaj Wasiljew). Najpierw został aresztowany za chuligaństwo – spędził kilka dni w areszcie. Jak twierdzi portal „Agientstwo”, filmik z gołym Vacio pokazano samemu Putinowi, Putin miał być wstrząśnięty, zmieszany i zgorszony. Po odsiedzeniu 15 dni Wasiljewowi wręczono wezwanie do wojenkomatu, po czym został on zawieziony na „rozmowę wychowawczą” do komisariatu policji. Jedna z wypowiedzi rapera nie trafiła do przekonania przesłuchującym i muzyk ponownie trafił do aresztu. Tym razem spędzi w nim 10 dni.

O pomysłodawczyni imprezki, blogerce Nasti Iwlejewej poszła fama, że wyjechała z kraju po tym, jak inspekcja podatkowa zaczęła jej trzepać papiery. Iwlejewa zdementowała te informacje.

Na koniec jeszcze słów kilka o wyczynie właściciela klubu Mutabor, niejakim Michaile Daniłowie. Przedsiębiorca Daniłow dorobił się na handlu papierosami jeszcze w latach 90., miał dobre chody w odpowiednich kręgach i urzędach, potem przerzucił się na biznes restauracyjny. Obecnie ma kilka nocnych klubów, w których negliż jest na co dzień (a właściwie na co noc) mile widziany i dobrze opłacany. W jednym z wywiadów Daniłow opowiadał, że rokrocznie odwiedza Ibizę, aby być na bieżąco w trendach obowiązujących w prowadzeniu biznesu klubowego.

I oto Daniłow dwa dni temu zjawił się w cerkwi pw. Ikony Matki Bożej „Znak”, znajdującej się w pobliżu Kremla i podarował relikwię świętego Mikołaja Cudotwórcy. Darczyńca opowiedział duchownemu, że szczątki świętego przywiezione zostały z Watykanu w listopadzie ub. roku, skrzyneczkę z fragmentem kości świętego zakupiono za pieniądze zarobione w klubach, w tym w Mutaborze, ale z podarowaniem ich cerkwi Daniłow zwlekał, bo czekał na dobrą okazję: święta Bożego Narodzenia. Daniłow zapewnił, że choć ma kilka klubów, to generalnie jest przeciwko „diabelskim sztuczkom” i w pełni popiera Cerkiew. Dziś po Moskwie gruchnęła nowina i wielki śmiech: okazało się, że relikwia jest fałszywką z podrobionym certyfikatem (https://t.me/takesandmemes/9456; https://www.svoboda.org/a/po-moscham-i-eley-dar-vladeljtsa-kluba-mutabor-okazalsya-faljshivkoy/32767322.html). Certyfikat świętoszkowatości właściciela klubu zawisł więc na włosku.