Putin zabija dzieci. Znów. Nieustannie

8 lipca 2024. W wyniku dzisiejszego zmasowanego rosyjskiego ataku rakietowego na Ukrainę zginęło co najmniej trzydzieści osób, ponad sto zostało rannych. Jednym z zaatakowanych obiektów był szpital dziecięcy w Kijowie. Putin zabija dzieci. Znów. Nieustannie. A psy łańcuchowe jego propagandy na okrągło opowiadają, że celem wyśmienitych precyzyjnych uderzeń rosyjskich fachowców w mundurach są wyłącznie obiekty wojskowe „banderowców”.

Rosja wystrzeliła dziś w stronę Ukrainy czterdzieści rakiet z samolotów operujących nad Morzem Kaspijskim oraz rakiety balistyczne. Rosyjskie pociski spadły na ukraińską stolicę, a także na Krzywy Róg, Dniepr, Pokrowsk, Słowiańsk i Kramatorsk.
„Ochmatdyt” to największy w Ukrainie szpital dziecięcy. Leczą się tu mali pacjenci z całego kraju, w tym dzieci chorujące na nowotwory. Istoty najbardziej bezbronne z bezbronnych. Putin wydał rozkaz pognębienia chorych dzieci, zabicia ich skrzydlatą rakietą Ch-101. Rakieta sięgnęła celu. Teraz małe chore główki posypane są popiołem z gruzów szpitala, gdzie miały szanse odzyskać zdrowie.

Ostatnio Putin kilkakrotnie ubierał się w piórka gołębia pokoju, powtarzał okrągłe formułki o gotowości do rozmów o uregulowaniu „sytuacji na Ukrainie”. Pomagał mu w tym dziarsko premier Węgier Viktor Orban, który pojechał na Kreml (nie wiadomo, w jakim charakterze i po co) i ściskał prawicę zbrodniarza Putina. Podsumowaniem rezultatów tych rzekomo pokojowych rozmów i rzekomo pokojowych zamiarów Rosji był dzisiejszy atak rakietowy na Ukrainę, w tym na dwa obiekty medyczne w Kijowie: szpital dziecięcy i szpital położniczy. Jeszcze dziś sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow opowiadał na konferencji prasowej (już po ataku rakietowym), że Putin jest zwolennikiem uregulowania konfliktu z Ukrainą na drodze rozmów. Niebywały cynizm agresora. I jeszcze jeden aspekt: 8 lipca w Rosji obchodzony jest Dzień Rodziny, Miłości i Wierności. Atak rakietowy na dziecięcy szpital w taki dzień jeszcze bardziej uwypukla cynizm zbrodniczego reżimu Putina. Sam prezydent świetnie bawi się dziś na spotkaniu z laureatami konkursu „To u nas rodzinne” (https://tass.ru/obschestvo/21304229). Czy „to u nich rodzinne”, aby zabijać dzieci?

Rosyjskie tuby propagandowe albo nic nie piszą o zaatakowaniu szpitali w Kijowie (np. agencja TASS podaje, że celem uderzeń w Kijowie były zakłady Artiom, które zostały z powodzeniem trafione i przynajmniej częściowo zniszczone; ani słowa o zabitych dzieciach https://tass.ru/proisshestviya/21303031) albo powielają komunikat ministerstwa obrony Rosji o tym, że nieprawdą jest, jakoby Rosja świadomie dokonała ataków na szpitale i inne obiekty cywilne (https://tass.ru/armiya-i-opk/21304797) . Po prostu chodząca szlachetność i niewinność. Rosja wystrzeliła te rakiety w celach wyłącznie pokojowych i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Prezydent Wołodymyr Zełenski: „Rosja nie może nie wiedzieć, dokąd lecą jej rakiety. I musi odpowiedzieć za wszystkie swoje zbrodnie: przeciwko ludziom, przeciwko dzieciom, przeciwko ludzkości”. Na to kremlowska machina propagandowa ma nieodmiennie jedną i te samą odpowiedź: „Wszystkie te ataki histerii kijowskiego reżimu to fake”. Jeden z najwyższych kapłanów putinowskiej propagandy, Władimir Sołowjow już na swoim kanale w Telegramie ogrywa ten motyw (https://t.me/SolovievLive/268281). Ten sam mechanizm włączany jest za każdym razem, gdy Rosja dokonuje kolejnej strasznej zbrodni. Od zestrzelenia samolotu pasażerskiego Maleysia Airlines nad Donbasem (notabene za kilka dni okrągła rocznica tej zbrodni).

Politolog Siergiej Miedwiediew napisał: „Chciałbym, aby zdjęcia ze szpitala dziecięcego w Kijowie były prezentowane na monitorach, billboardach, ekranach telewizorów w barach w rozgrzanej upałem, sytej, bogatej Moskwie”. Ale nie będą. Rosyjska propaganda zadba o to, aby przemilczeć to niemiłe dla oka i ucha prawdziwych rosyjskich patriotów wydarzenie albo wykręcić kota ogonem i znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Zresztą, nawet gdyby w ociekającej samozadowoleniem Moskwie na każdym rogu nadawano reportaże z gruzowiska w dziecięcym kijowskim szpitalu, czy to komuś dałoby do myślenia, popsuło humor podczas wesołej imprezki z przyjaciółmi, skłoniło do działania, może jakichś nacisków na władze, aby przerwały ten ponury dramat? Pytania z gatunku retorycznych.

Może pośrednią odpowiedzią na nie jest niedawny sondaż Centrum Lewady: ponad 1/3 Rosjan uznaje, że użycie broni jądrowej w wojnie w Ukrainie „może być uzasadnione”. W ciągu minionego roku liczba akceptujących zastosowanie broni jądrowej wzrosła o 5 punktów procentowych.

Poezja fejkowej krainy

1 lipca 2024. W Rosji popularne było niegdyś (może nawet znane jest do dziś) powiedzenie: „W naszym kraju poeta to więcej niż poeta”. Bo czasem taki poeta to jedyny sprawiedliwy w Sodomie, a czasem wódz, a czasem władca ludzkich serc. O miłości opowie, tyranowi przysoli, nazwie rzeczy po imieniu, pocieszy, wskaże gwiazdę szczęścia.

W czasach Z-patriotyzmu w cenie są wyroby poetyckie, opiewające bohaterstwo rosyjskiego żołnierza, który Bandery się nie lęka, sławiące przemyślność rosyjskiego przywództwa i zagrzewające do walki ze zgniłym Zachodem. Z poezją ma to niewiele wspólnego, ale tzw. Z-poeci stanowią nieodzowny segment quasi-patriotycznego bloku, pracującego na rzecz zwycięstwa Rosji w wojskowej operacji specjalnej. Grafoman nie grafoman – nieważne, grunt że wypowiada rymem żwawym propagandowe treści zgodne z wytycznymi najwyższych władz partyjnych i państwowych. Taki autor cieszy się szacunkiem mas oraz przychylnością wzmiankowanych władz. Kapłani propagandy z zawodowym entuzjazmem lansują tzw. frontową poezję i proszą o jeszcze.

Niedawno na firmamencie pojawił się niejaki Giennadij Rakitin. Jego kazus opisał dziennikarz Andriej Zacharow (https://telegra.ph/YA-postigayu-smysl–byt-Rossii-synom-kak-sotnya-deputatov-Gosdumy-podruzhilas-s-fejkovym-z-poehtom-kotoryj-vydaval-stihi-nacisto-06-28). Poezja Rakitina najwidoczniej trafiła w oczekiwania odbiorców, bo Z-poeta ma na swojej stronie w mediach społecznościowych wielu wielbicieli, w tym około stu deputowanych Dumy Państwowej.

Czymże Rakitin zasłużył na uwagę przedstawicieli klasy politycznej? Co ich zachwyciło? Zacharow cytuje m.in. wiersz „Lider”, poświęcony prezydentowi Rosji. Oto fragment:
Ты как садовник, что в своем саду
Плоды трудов тяжелых пожинает.
Народ ликует, флаги в высоту
Взметнулись. Время тихо наступает.
[w skrócie – pean pod adresem wodza, który jak ogrodnik zbiera żniwo swych wielkich zamysłów i pracy, a naród w zachwycie podnosi w górę sztandary].

23 lutego zacytował ten utwór profil „SWO [specjalna operacja wojskowa]. Cytaty Władimira Putina. Rosja” w serwisie społecznościowym Vkontakte mający 112 tysięcy subskrybentów. Najwidoczniej utwór i jego wymowa przypadły do gustu publice, bo post zebrał ponad 500 lajków, przeczytało go 24 tys. odbiorców. Jak wyjaśnia Zacharow, to kreatywny przekład wiersza „Fuhrer” Eberharda Wolfganga Möllera, członka NSDAP, zdeklarowanego nazisty.

Cały profil Rakitina pełen jest przeróbek twórczości nazistowskich niemieckich wierszokletów z lat trzydziestych XX wieku. Jak pisze Zacharow: „Różnica pomiędzy niemieckim oryginałem a twórczością Rakitina tkwi jedynie w detalach: zamiast Niemcy jest Rosja albo Donbas, a taki np. nieznany żołnierzy, co poległ na polu bitwy, stał się bezimiennym bojownikiem CzWK Wagner”. I żaden z deputowanych i innych wielbicieli utworów Rakitina nie podniósł larum, że poeta szerzy nazistowskie hasła i idee. Wręcz przeciwnie – wyrażano aplauz. Wiersze Z-poety trafiały na konkursy poezji patriotycznej, czytano je na festiwalach i z dużym powodzeniem szerowano w mediach społecznościowych. Rakitin został nawet laureatem konkursu poezji patriotycznej im. Twardowskiego – doszedł do półfinału, otrzymał dyplom.

Tak naprawdę poeta Giennadij Rakitin nie istnieje. Jego profil w Vkontakte został założony przez grupę antywojennych aktywistów. Zdjęcie nobliwego starszego pana wygenerowała sztuczna inteligencja. Na profilu Rakitin przedstawia się jako 49-letni absolwent wydziału filologii MGU. Niewiele szczegółów. Nikt go nie widział, nikt nie ściskał prawicy. Mimo to cały szwadron putinowskich polityków wzruszył się wierszami i ruszył z wiwatami – wśród subskrybentów figurują m.in. senatorowie Dmitrij Rogozin i Andriej Kliszas, deputowani Dumy Państwowej, m.in. Dmitrij Kuzniecow i Nina Ostanina (łącznie 95 deputowanych i 28 senatorów), a także doradczyni Putina ds. kultury Jelena Jampolska, najwidoczniej świetnie zorientowana w delikatnej materii poetyckiej.

28 czerwca Rakitin opublikował na swoim profilu wiersz
Геннадий долго издевался
Над z-стихами на стене,
В итоге х*й нарисовал он
Войне.

To zapewne ostatni utwór wygenerowanego Giennadija. Można się spodziewać, że piewca wysokich fraz zamilknie na wieki, a FSB przystąpi teraz do ścigania anonimowych twórców tego pomysłowego antywojennego performansu.

Igrzyska martwych dusz

23 czerwca 2024. No i się spełniło, wypełniło dosłownie. W poprzednim wpisie o niewydarzonych igrzyskach BRICS w Kazaniu napisałam: Martwe dusze, do boju! (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/06/17/brics-games-2024/). Być może organizatorzy wzięli sobie to do serca i podeszli do zagadnienia literalnie. W ramach igrzysk niedobrej woli ogłosili, że zawodnik wystartował, a on nawet o tym nie wiedział. Pewien zapaśnik w niewiedzy swojej przeszedł całe turniejowe eliminacje, a nawet zdobył czwarte miejsce. Tego jeszcze nie grali: w Kazaniu narodziła się nam nowa świecka sportowa tradycja – zwycięstwa bez walki, na odległość i w błogim stanie nieświadomości.

Ona tak się nie może nazywać – tradycja, i całe te igrzyska w Kazaniu też nie mogą się nazywać igrzyskami. Bo to czystej wody hucpa. Rosyjska propaganda na cały świat trąbi, że impreza w Kazaniu, nazwana BRICS Games 2024, to godna odpowiedź cierpiącej srogą niesprawiedliwość Rosji (wykluczenie z Igrzysk Olimpijskich przez MKOl). Nasze igrzyska są lepsze niż ichnie. Bojowe surmy propagandy ubierają w gromkie słowa wielką nicość, jaką są zawody BRICS. Ostatnio opisałam przypadek zawodnika, Rosjanina Aleksandra Malcewa, który był jedynym uczestnikiem konkursu w pływaniu artystycznym. No i konkurs ten wygrał. Ale przynajmniej pojawił się na basenie w Kazaniu, zanurzył się w nim i wykonał swój program artystyczny. Wydawać by się mogło, że to już szczyt absurdu i nic więcej w tej materii nie da się wymyślić. Po czym okazuje się, że jednak nie doceniliśmy mistrzów klejenia rzeczywistości butaprenem działających w sojuszu z budowniczymi wiosek potiomkinowskich. Bo oto w zapasach w stylu belt wrestling poważne szanse medalowe w kategorii do 85 kg miał litewski zapaśnik Andrius Mażeika. Według organizatorów Mażeika przeszedł eliminacje, dotarł do ścisłego finału i przegrał walkę o brązowy medal. Tymczasem nie ma żadnych śladów jego pobytu w Kazaniu ani udziału w turnieju.

Kiedyś był taki dowcip z cyklu „Pytania do Radia Erewań”. Otóż: czy analfabeta może być członkiem Akademii Nauk ZSRR? Radio Erewań odpowiada: Może, ale tylko członkiem rzeczywistym, a nie członkiem korespondentem. To, co wydarzyło się w turnieju zapaśniczym w Kazaniu, sięga tych wysublimowanych wyżyn kpiny z sowieckich absurdalnych porządków, opiewanych przez Radio Erewań. Bo czy może w igrzyskach w Kazaniu sięgnąć po tytuł zapaśnik, który nie zjawił się na zawodach? Może. I to nawet bez konieczności prowadzenia korespondencji.

Portal „Agientstwo” próbował wyśledzić, na czym polega fenomen Mażeiki. Jak wynika z oficjalnych wpisów na stronie BRICS24, Mażeika w ćwierćfinale miał stoczyć bój z zapaśnikiem z Kazachstanu Adiletem Żanbyrszy. Nie stawił się, więc sędziowie uznali jego przegraną walkowerem. Żanbarszy poszedł dalej, a Mażeika trafił do repasaży. A w repasażach przeciwnikiem Mażejki był Rumun, niejaki Stepan Caraseni (notabene, nie udało mi się znaleźć wiadomości o takim zawodniku z Rumunii; w sieci trafiają się wzmianki o mistrzu ju-jitsu z Gagauzji, który nosi takie imię i nazwisko, ale czy to on?). Rumun nie stawił się na macie. Może dlatego, że tak naprawdę nie istnieje. Walkowerem wygrał zatem Mażeika, w związku z czym przeszedł dalej – do walki o trzecie miejsce. Jak wynika z kroniki zawodów, na tym etapie uległ zawodnikowi z Kirgistanu Muratbekowi Uułu. Nigdzie nie można znaleźć relacji z tych walk.

Litewska Federacja Zapaśnicza oznajmiła, że nikogo nie wysyłała do Kazania, a Mażeika odniósł poważną kontuzję i od ponad dwóch lat nie pojawiał się na zawodach. Jego trener Siergiej Kasymow oświadczył: „Być może oni [w Kazaniu] fałszują protokoły, aby wykazać, że mają zawodników z wielu krajów. Na 99,9 proc. jestem pewien, że Andrius tam nie pojechał”. Nie pojechał, ale odcisnął piętno. A gdyby pojechał, to może nawet by wygrał, a skoro go nie było, to dotarł tylko do czwartego miejsca. Dobre i to.

Na kazańskich igrzyskach było „śmiesznie i strasznie” – dla tych, którzy wolą się pośmiać niż przerażać, komicy przygotowali parodię patetycznych zawodów, którą można obejrzeć na Youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=KYkg9XzUrR8

Rywalizacja w Kazaniu szczęśliwie dobiegła końca, więcej wpadek już nie będzie. Chociaż jeśli chodzi o tę imprezę, niczego z góry nie można przesądzać.

BRICS Games 2024

17 czerwca 2024. W Kazaniu trwają Igrzyska BRICS, alternatywna wobec igrzysk olimpijskich impreza sportowa. Rosyjscy organizatorzy wyskakują z portek, aby pokazać wielką wagę zawodów. Podczas uroczystości otwarcia wystąpił Putin, co miało podnieść rangę imprezy. Propaganda krzyczy w niebogłosy o niezwykłym prestiżu, zagłuszając poczucie wstydu i urazy z powodu wykluczenia rosyjskiej kadry z udziału w paryskich prawdziwych igrzyskach. Lecz choćby przyszło tysiąc propagandowych poprawiaczy rzeczywistości i choćby nie wiem jak się naprężało, to nie zdoła zbudować autorytetu imprezie, która jest nieudanym remedium na imperialne bóle fantomowe.

Na oficjalnej stronie zawodów (https://bricskazan2024.games/ru) można przeczytać, że w Igrzyskach BRICS bierze udział 4791 sportowców z (około) 90 krajów. Wikipedia w haśle poświęconym już piątym z kolei Igrzyskom BRICS (wcześniej rosyjska propaganda nie poświęcała tym zawodom uwagi, były wydarzeniem marginalnym) wymienia 89 państw, z których pochodzą uczestnicy. Listę otwiera Abchazja, państwo nieuznane przez wspólnotę międzynarodową (ale uznawane przez Rosję, która wyrwała tę prowincję Gruzji i patronowała ogłoszeniu przez nią suwerenności). Ciekawa jest oprawa udziału w imprezie reprezentacji Afganistanu. Sportowcy z tego kraju występują pod zaimprowizowaną flagą BRICS2024. Flaga Afganistanu jest w Rosji zakazana – Taliban nadal ma status organizacji terrorystycznej (choć pojawiają się poważne sygnały, że Moskwa ten status uchyli, bo kontakty z talibami na wysokich szczeblach trwają w najlepsze). Wśród uczestników wymienione są też Palestyna i Izrael. Ciekawostka. I jeszcze jedna: w zawodach bierze udział reprezentacja Republiki Serbskiej (to nie samodzielne państwo, a podmiot wchodzący w skład Bośni i Hercegowiny; prezydent RS Milorad Dodik niedawno gościł w Petersburgu i spotykał się z Putinem).

Kursywą na tej liście zapisano m.in. Wielką Brytanię, Portugalię, Japonię, Hiszpanię, Włochy. Skąd to wyróżnienie? Być może wynika ono z tego, że to państwa mające w Rosji status „nieprzyjaznych”. Jeszcze od czasów sowieckich Moskwa bardzo sobie ceniła udział przedstawicieli wrogiego zachodniego obozu w swoich imprezach. Kiedy w latach 80. doszło do wzajemnego bojkotu igrzysk w Moskwie (1980) i Los Angeles (1984), Związek Sowiecki organizował tzw. Igrzyska Dobrej Woli i starał się przyciągnąć do startu w nich jak największą liczbę sportowców w wrażych państw zachodnich. Nawiązaniem do tamtej tradycji mają być podobne igrzyska (Światowe Igrzyska Przyjaźni) zaplanowane przez Rosję na wrzesień (zawody mają się odbyć w Moskwie i Jekaterynburgu). Międzynarodowy Komitet Olimpijski opublikował deklarację przeciwko polityzacji sportu, w której wezwał państwa należące do ruchu olimpijskiego, aby nie brały udziału w alternatywnych imprezach organizowanych przez Rosję na pohybel reszcie świata (w lutym 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę MKOl objął embargiem międzynarodowe imprezy sportowe organizowane przez Rosję). Uczestnictwo w takich zawodach może pociągnąć za sobą przykre konsekwencje.

Kto zatem po takiej przestrodze zjawił się w Kazaniu? Który sportowiec z Hiszpanii czy Włoch zaryzykował karę od MKOl? Próbowałam w dostępnych materiałach znaleźć choć jedno nazwisko, ale mi się nie udało. Może coś przeoczyłam. Na Twitterze znalazłam natomiast taką wzmiankę na koncie „Prof. Prieobrażenski”: „A iluż to sportowców z tych krajów [nieprzyjaznych] przyjechało do Rosji, by wystartować w Igrzyskach BRICS? Oznajmiam: z Wielkiej Brytanii – zero, z Niemiec – zero, z Włoch – zero, z Hiszpanii – zero”. Martwe dusze, do boju!

To nie koniec wpadek propagandy. Komentatorzy wychwalają udział sportowców z Brazylii, którzy zdobywają medale w Kazaniu. Nie dodając przy tym, że do Rosji przyjechał drugi garnitur zawodników brazylijskich – pierwszy garnitur szlifuje formę na Paryż.

O tym, że z obsadą poszczególnych dyscyplin jest coś nie tak, najdobitniej świadczy przykład konkursu artystycznego pływania synchronicznego wśród mężczyzn. Jedynym uczestnikiem tego konkursu był Rosjanin Aleksandr Malcew. Wobec braku konkurentów zdobył złoty medal. Cóż, podobno najtrudniej jest pokonać samego siebie.

Rosyjska ekipa jest najliczniejsza ze wszystkich reprezentacji, które przyjechały do Kazania. I zdobywa medal za medalem – dotychczas zdobyła 244 krążki, w tym 115 złotych (drugie miejsce zajmuje Białoruś, a dopiero trzecie ChRL, co także może świadczyć o tym, że „po przyjaźni” przysłano z Państwa Środka zawodników na dorobku).

Legenda o cudzie

1 czerwca 2024. Kapłani kremlowskiej propagandy i ich cerkiewny sojusznik, patriarcha Cyryl już dawno ogłosili, że Rosja prowadzi świętą wojnę. Na tej wojnie walczy z 50 państwami, wyznającymi satanizm (https://www.tygodnikpowszechny.pl/swieta-wojna-z-satanistami-czolgi-z-tektury-nowe-sciezki-rosyjskiej-propagandy-182181; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/04/07/krotki-cerkiewny-kurs-wojennego-putinizmu/). Skoro ogłoszono, że wojna jest święta, to teraz te ramy trzeba wypełnić treścią. Patriarcha już napisał osobiście modlitwę o Świętą Ruś, którą mają odmawiać duchowni we wszystkich parafiach. Ale to najwidoczniej nie wystarcza twórcom kultu wojny: należy wylansować też przecież nowych świętych oraz umocnić wiarę w cuda. To ryzykowna ścieżka, ale już znaleźli się tacy, którzy nią śmiało podążają.

Prawosławna telewizja Sojuz zaprezentowała materiał poświęcony… przypadkowi zmartwychwstania żołnierza walczącego w „specjalnej operacji wojskowej”. Protojerej Artiemij Władimirow w jednym z programów oznajmił, że może dać przykład, iż polegli na froncie zmartwychwstają. Zapewnił, że często rozmawia z żołnierzami i przekonuje ich, iż śmierci nie ma. „Przed Wielkim Postem obejrzałem nagranie o pewnym Chińczyku, który brał udział w specjalnej operacji wojskowej. Dostał postrzał w brzuch, pocisk pokiereszował jego wnętrzności. Żołnierz od tego zmarł. A potem zmartwychwstał. Zjawił mu się w widzeniu święty biskup Łukasz Krymski (Walenty Wojno-Jasieniecki, święty czczony w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej) i go uzdrowił” (https://www.youtube.com/watch?v=yrHvURhvU8U). I nie był to odosobniony przypadek – uwiarygodnił swą opowieść protojerej.

Władimirow znany jest z tego, że w swoich telewizyjnych wystąpieniach, a także w kazaniach powtarza jak najęty kłamstwa oficjalnej propagandy państwowej. I nie tylko. Ewidentnie ma w sobie zacięcie opisane w literaturze jako „przypadki barona Munchausena” – konfabulacje i fantazje podaje jako najprawdziwszą prawdę. Niedawno przekonywał słuchaczy, że delektował się rozmową z duchem Karola Darwina; uczony miał go przestrzegać, by nie wierzył w teorię ewolucji.

W teorię ewolucji można nie wierzyć, ale w zmartwychwstanie bohaterskiego uczestnika putinowskiej wojny – w dzisiejszych czasach wprost nie wypada. Od telewizji Sojuz pałeczkę przejęła telewizja Spas, obsługująca interesy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Pokazano tam owego „Chińczyka”, który okazał się Jakutem. Nazywa się Dołustaan Iwanow. Ciężko ranny trafił do szpitala, lekarz, który go operował, stwierdził śmierć kliniczną – serce zatrzymało się na 40 sekund – i kazał go zawieźć do kostnicy. W rozmowie z mediami Iwanow powiedział, że wtedy zobaczył postać w białej szacie i niepospolitym nakryciu głowy, na którym widać było złoty krzyż. Postać zbliżyła się i powiedziała: „Jeszcze nie czas”. Iwanow posłuchał i powrócił z tamtego świata. Co więcej, nawrócił się na prawosławie, na chrzcie przyjął imię Siergiej (https://riamo.ru/news/obschestvo/poluchil-pulju-v-zhivot-umer-i-voskres-batjushka-rasskazal-o-chudesnom-spasenii-bojtsa-svo/).

Nie Chińczyk, a Jakut, nie umarł, a przeżył śmierć kliniczną i ocknął się po operacji. Na myśl przychodzi słynny komunikat Radia Erewań: „Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na placu Czerwonym, tylko koło Dworca Białoruskiego i nie rozdają, tylko kradną”.

Pięść wagnerowca kontra pięść zioma

26 maja 2024. Niedługo minie rok od buntu Jewgienija Prigożyna, który w czerwcu 2023 r. wysłał na Moskwę zastępy wagnerowców, a potem nagle zatrzymał ich marsz. Prigożyna nie ma już na scenie politycznej ani (zapewne) wśród żywych, natomiast (byli) wagnerowcy ciągle trafiają w pole widzenia mediów. Najnowsze wyczyny opisują media społecznościowe w Czelabińsku: z powodu konfliktu weteranów wojny wywodzących się z Grupy Wagnera a miejscowymi ziomami.

Wagnerowcy po odsłużeniu kontraktu często przywożą z ukraińskiego frontu przekonanie, że wszystko im wolno. Skoro propaganda na co dzień zapewnia społeczeństwo o wybitnych zasługach wagnerowców i innych weteranów (w tym wyrokowców, którym Putin darował winy specjalnym dekretem amnestyjnym), skoro nawet sam Putin mówi, że uczestnicy „specjalnej operacji wojskowej” to nowa elita Rosji, to ci widocznie myślą, że reszta powinna im bić pokłony i schodzić z drogi (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/05/16/obieg-wagnerowca-w-przyrodzie/ i w Rosyjskiej Ruletce https://www.tygodnikpowszechny.pl/mordercy-ida-na-front-potem-na-wolnosc-185389). Jeżeli zaś nie schodzą, to dochodzi do zadymy.

W Czelabińsku od wczoraj ulice patrolują wzmocnione oddziały Rosgwardii i MSW, wyposażone w broń automatyczną. W mieście panuje napięta atmosfera, bo po jednej rozróbie, do jakiej doszło wczoraj, zanosi się na jeszcze większą rozróbę. A zaczęło się jak w bandyckich balladach śpiewanych na zonach: wszystko z powodu kobiety. Mieszkanka Czelabińska, osiemnastoletnia Angelina wybrała się na spacer z nowym chłopakiem. Los chciał, że w drogę wszedł im były chłopak Angeliny imieniem Roman, członek miejscowej ferajny. Romanowi nowy przyjaciel Angeliny nie spodobał się z profilu, wziął go więc zaraz pod obcas i pouczył, aby się łaskawie odczepił od dziewczyny (według petersburskiej „Fontanki” doszło do użycia broni palnej wobec Angeliny i jej nowego chłopaka, uczestnika „specjalnej operacji wojskowej”, ekswagnerowca https://www.fontanka.ru/2024/05/26/73624460/). Jak pisze lokalna gazeta „Czelabinsk Siegodnia”, Angelina cała we łzach zadzwoniła do tatusia, 42-letniego Aleksandra, byłego wagnerowca i poprosiła, aby ten w celach wychowawczych rozmówił się z Romanem. Aleksandra nie trzeba go było dwa razy prosić o interwencję. Skrzyknął kilku kolegów wagnerowców i poszli wyjaśnić Romanowi, kto tu ma prawo wybierać Angelinie narzeczonych.

Naprzeciw wagnerowców stanął zastęp kolesi Romana. Rozmowa się nie kleiła, w ruch poszły pięści i inne silniejsze metody perswazji bezpośredniej. Wagnerowcy wyszli z bójki zwycięsko, ale ziomale Romana nie zamierzali oddać pola. Wezwali posiłki. Posiłki posiłkowały się pistoletami, więc wagnerowcy woleli zejść z linii strzału, jeden z nich został ranny (według innych źródeł – rany postrzałowe odniosło dwóch wagnerowców). Policjanci zatrzymali trzech chłopaków z ferajny, w tym jednego nieletniego (według innych źródeł, zatrzymani zostali dziarscy wagnerowcy).

Wagnerowcy nie uznali swej porażki, zaczęli rozpuszczać wici wśród swoich i wzywać ich na poważny bój z czelabińskimi ziomalami. W swoich mediach społecznościowych umawiają się, jak urządzić obławy na „miejscowych bandytów”, którzy śmieli „skrzywdzić ich braci”. „My tego tak nie zostawimy. Nasi dziadowie, pradziadowie, a także i my walczyliśmy na wojnie nie po to, aby nam jakiś szczyl podskakiwał” – odgrażają się wagnerowcy (https://74.ru/text/incidents/2024/05/26/73624415/).

Od wielu lat oficjalna propaganda powtarza do znudzenia tezę, że pod rządami Putina wreszcie w kraju jest bezpiecznie i spokojnie, na ulicach nie dochodzi do strzelanek, jak to miało miejsce w latach 90., przeklętych i ukazywanych jako lata smuty, chaosu i bezprawia. Opisany powyżej epizod z Czelabińska nie jest odosobniony, w putinowskiej Rosji nikt nie może czuć się bezpiecznie, bandyci jak biegali z bronią po ulicach, tak biegają, a szajka na szczytach władzy rządzi wedle mafijnych zasad. Na dodatek sprawiedliwość wedle własnego widzimisię wymierzają uczestnicy zbrodniczej wojny rozpętanej przez Putina, którzy czują się uprzywilejowani i zwolnieni z ponoszenia odpowiedzialności.

25 lat za zamiar podpalenia. Tylko zamiar

20 maja 2024. Najbardziej humanitarny sąd na świecie – sąd w putinowskiej Rosji – skazał na karę 25 lat pozbawienia wolności 24-letniego pracownika branży IT z Nowosybirska, Ilję Baburina. Akt oskarżenia przypisał Baburinowi próbę podpalenia wojenkomatu (co sklasyfikowano jako „próbę przeprowadzenia aktu terrorystycznego”), a także zdradę stanu i inne przestępstwa. Skazany nie przyznał się do winy.

Baburin został aresztowany we wrześniu 2022 r. Miał on, zdaniem śledztwa, na zlecenie z zagranicy kaptować chętnych do podpalania wojenkomatów (we wrześniu 2022 r. Putin ogłosił tzw. częściową mobilizację, co spotkało się z niezadowoleniem sporej części społeczeństwa, w wielu miastach doszło do podpaleń wojenkomatów).
Przed aresztowaniem Baburin często odwiedzał Ukrainę: mieszkała tam jego żona. Potem przestał jeździć – małżonkowie postanowili się rozstać, choć oficjalnego rozwodu nie przeprowadzili. Po raz ostatni Ilja był u żony w październiku 2021 r., jeszcze przed rosyjską agresją na Ukrainę. Jak pisze BBC, powołując się na osoby z bliskiego otoczenia Baburina, do wojny odnosił się negatywnie, ale nie był antywojennym aktywistą, nie uczestniczył w protestach. Nazajutrz po ogłoszeniu przez Putina mobilizacji Federalna Służba Bezpieczeństwa aresztowała Baburina pod zarzutem planowania i organizowania podpaleń wojenkomatów w obwodzie nowosybirskim na zlecenie osób z batalionu Azow (nazwisk tych rzekomych zleceniodawców nie ujawniono). Według śledztwa, Baburin zwerbował do akcji dwóch mężczyzn i przekazał im butelki z koktajlem Mołotowa. W aktach sprawy jest informacja, że owi „zwerbowani” sami zgłosili się do FSB i opowiedzieli o niecnych zamiarach Baburina.

Obrońca Baburina, Wasilij Dubkow, twierdzi, że mogła to być prowokacja FSB. Baburin w rozmowie ze znajomym, niejakim Szorinem, rozważał nagranie krótkiego filmiku: oto butelka z koktajlem Mołotowa leci w kierunku wojenkomatu. Ale ostatecznie do realizacji nie doszło – Baburin się rozmyślił. Jego znajomy pomknął jednak rączo do FSB i doniósł uprzejmie na Ilję. Funkcjonariusz FSB nakłonił Szorina, by ten z kolei nakłonił Baburina do przekazania mu butelki zawierającej substancję zapalającą. Baburin uległ namowom i dał Szorinowi butelkę z niebezpieczną zawartością. Zdaniem obrońcy, to żadną miarą nie może być zakwalifikowane jako działanie terrorystyczne, co najwyżej chuligaństwo.

Gdy Baburin już siedział w areszcie, śledztwo kreatywnie pracowało nad dopisywaniem na jego konto kolejnych zarzutów. Na początku dodano mu zarzut podpalenia szkoły muzycznej w lipcu 2022 r., podpalacza nie schwytano, podejrzanych w sprawie przez rok nie było, więc skoro nawinął się Baburin, to jemu wlepiono ten zarzut (śledczy znaleźli w telefonie Baburina jakiś filmik z pożarem, uznali, że to rzeczona szkoła muzyczna i już, tyle wystarczyło, nie było żadnej ekspertyzy ani innego zawracania głowy). Dalej dopisywanie poszło już jak po maśle. Baburin w oczach śledczych stał się nie tylko zawziętym podpalaczem, ale na dodatek działającym w zmowie z ukraińskim batalionem Azow (jednostka w Rosji uznana za organizację terrorystyczną). Jakieś dowody? Nie. Po co? Wystarczyło to, że Baburin jeździł swego czasu do Ukrainy, a tam spotykał ludzi, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej agresji walczyli w tym batalionie. Stąd już był tylko maleńki kroczek do oskarżenia Baburina o zdradę stanu.

Adwokat łapał się za głowę: śledczy doszli do wniosku, że i sam Baburin zapisał się na ochotnika do tego batalionu. Do zarzutów dodano mu więc i udział w organizacji terrorystycznej. Jakieś dowody? J.w.

Sąd skazał Ilję Baburina na karę 25 lat pozbawienia wolności. Pierwsze pięć lat ma spędzić w więzieniu, kolejne 20 – w łagrze o zaostrzonym rygorze. Obrona wnioskowała o uniewinnienie, powołując się na brak materiału dowodowego. Baburin nie przyznał się do winy.

W ostatnim słowie oskarżonego powiedział: „Z powodu mojej jednej butelki z koktajlem Mołotowa mogły ucierpieć co najwyżej drzwi wojenkomatu, ale nie ucierpiały. Z powodu jednego funkcjonariusza FSB ucierpiało co najmniej dziesięć osób: moi rodzice, krewni, których przesłuchiwano, przyjaciele, u których przeprowadzono rewizje i których ciągano na przesłuchania. Już nie mówię o sobie: kiedy mnie wsadzili do aresztu, miałem 22 lata, teraz mam 24 i grozi mi dożywocie”.

25 lat dla Baburina to najsurowszy wyrok w sprawach o podpalenia i próby podpalenia wojenkomatów (podpalenia są kwalifikowane jako zamachy terrorystyczne). Wcześniej za podpalenie siedziby administracji miasta Bakał w obwodzie czelabińskim (znajdował się tam oddział zajmujący się ewidencją wojskową) skazano dwie osoby na karę 19 lat łagru. Najmłodszym więźniem reżimu skazanym za próbę podpalenia wojenkomatu jest siedemnastoletni Jegor Bałaziejkin z obwodu leningradzkiego: został skazany za dwie nieudane próby podpalenia wojenkomatów na 6 lat łagru. Do ukończenia 19 lat będzie przebywał w kolonii dla nieletnich przestępców, resztę wyroku odbędzie w łagrze o zaostrzonym rygorze (pisałam o nim w „Rosyjskiej Ruletce”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-najmlodszy-wiezien-rezimu-putina-ma-17-lat-186734).

Na drugim końcu skali są liczni kryminaliści – sprawcy gwałtów, rozbojów i zabójstw ze szczególnym okrucieństwem – ułaskawieni przez Putina i wyprawieni przezeń na wojnę. Po odsłużeniu kilku miesięcy wychodzą na wolność, często wracają do przestępczego procederu. System otwiera przed nimi szeroko nowe możliwości: mogą np. zostać nauczycielami w szkole i uczyć młodzież patriotyzmu. A szkoły chętnie zapraszają na różne akademie uczestników „specjalnej operacji wojskowej”, by opowiedzieli uczniom, jak dzielnie walczyli. Wśród nich są skazani za ciężkie zbrodnie. Dobry przykład dla młodzieży.

Bułat Okudżawa – sto lat zaklęte w pieśni

11 maja 2024. Stulecie Bułata Okudżawy – doniosła data doniosłej postaci dla rosyjskiej – i nie tylko rosyjskiej – kultury. Na placu Czerwonym podczas ostatniej defilady z okazji Dnia Zwycięstwa orkiestra wojskowa zagrała balladę „Dziesiąty batalion desantowy” z gorzkiego rozliczeniowego filmu Andrieja Smirnowa „Dworzec Białoruski”. Być może większości słuchaczy ta melodia nie kojarzy się ani z filmem, ani z niełatwymi wojennymi rozrachunkami, ani nawet z Okudżawą – ot, jeszcze jeden marsz na uroczystej paradzie.

We wpisie „Piewca miłości, szlachetności i przyzwoitości” z okazji 85. rocznicy urodzin poety i barda napisałam: „Śpiewane lekko ochrypłym, niezbyt mocnym, melancholijnym głosem ballady z towarzyszeniem gitary były wielkim wyłomem w porażonej socrealizmem rosyjskiej muzyce i poezji. Znamienny jest rok jego debiutu – 1956 – kiedy na krótko zaczęły puszczać stalinowskie lody. Mówił prosto i pięknie, niepospolicie o miłości i małym człowieku obdarzonym wielkim sercem, ironicznie odnosił się do sztucznego „patosu naszych czasów”, sentymentalnie – momentami ckliwie – wspominał moskiewski Arbat, gdzie mieszkał przez wiele lat, pisał o łzach, żołnierskich butach, o strąconych z cokołów idolach, o przemijaniu błahostek, które tak niedawno wydawały się ze spiżu. Ujmujące melodie zagnieżdżały się słuchaczom nie tylko w uchu, ale i w sercu. Były prawdziwe – i słowa, i muzyka, bez zadęcia, bliskie życia, a jednocześnie wysokie: piosenki Okudżawy to poezja najwyższych lotów. Jego utwory jak „Modlitwa” (Dopóki nam ziemia kręci się…), „Weźmy się za ręce…” stały się hymnami, chętnie śpiewanymi przy niezliczonych okazjach. Okudżawa był poetą i bardem narodowym, choć władza radziecka go nie pieściła. Nie był zakazany, ale lansowany też nie. Należał do partii, partyjna legitymacja nie była jednak biletem na estradowy Olimp. Nagrania ballad, teksty wierszy przez lata krążyły tylko w odpisach, kopiowane prywatnie, nieoficjalnie. Nagrodę państwową dostał dopiero w 1991 roku” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/05/15/piewca-milosci-szlachetnosci-i-przyzwoitosci/).

A dziś? Bułat Szałwowicz Okudżawa był uczestnikiem wielkiej wojny ojczyźnianej, zaciągnął się na ochotnika w wieku 17 lat. Wrócił z frontu z poczuciem, że wojna to rzecz podła, przeklęta, która już nigdy nie powinna się powtórzyć. Bagaż wojny z przelanymi hektolitrami krwi, przemocą i śmiercią niósł do końca życia. Miał w piersi głęboką niezgodę na wychwalanie tego barbarzyńskiego misterium. Czy uprawnione jest pytanie, jak dziś patrzyłby na putinowskie bachanalia, na napaść na sąsiednie państwo, zbrodnie wojenne. I także na to, że putinowska Rosja z krwawej łaźni wielkiej wojny ojczyźnianej uczyniła powód do prymitywnego militarystycznego karnawału.

Próbuje odpowiedzieć na to pytanie publicysta, politolog Andriej Kolesnikow w „The New Times”: „Okudżawę będą eksploatować – choćby dlatego że bez jego wierszy, melodii i pieśni rozumienie wojny – nie jako zwycięskiego marszu, a tragedii – jest niemożliwe. (…) Ale Bułat Szałwowicz wywodzi się z tamtej starej formuły „Nigdy więcej”, a nie nowej, pełnej brawury, imperialnej „Możemy powtórzyć”. Jest oczywiste, że [w pejzażu współczesnej Rosji] uproszczonych propagandowych filmów, spektakli, szkolnych czy nawet przedszkolnych przedstawień, plenerowych koncertów, instalacji muzealnych, wystaw „broni zdobytej na wrogu” i programów telewizyjnych z literą Z w nazwie będzie coraz więcej, już zajęły całą przestrzeń. Niemniej całkiem wykorzenić [strof Okudżawy] „Chłopcy wróćcie cało, jeżeli się da” nie da się, bo to nerw autentycznej pamięci o wielkiej wojnie ojczyźnianej. A może jednak się da?”. Próba odpowiedzi na jedno pytanie rodzi pytania następne. Co można napisać, zaśpiewać, wykrzyczeć, gdy „kult Pobiedy zamienia się w kult wojny przeciwko całemu światu, przeciw sojusznikom, przeciwko samym sobie” (https://www.newtimes.ru/articles/detail/247123).

Kolesnikow kończy swój esej poświęcony Okudżawie cytatem z późnego wiersza poety. „Resztki inteligencji, tu i teraz, przypominają te słowa jak hymn na swoich trwożnych biesiadach”:
В земные страсти вовлеченный,
я знаю, что из тьмы на свет
однажды выйдет ангел черный
и крикнет, что спасенья нет.

Но простодушный и несмелый,
прекрасный, как благая весть,
идущий следом ангел белый
прошепчет, что надежда есть”.
(w przekładzie Andrzeja Mandaliana to brzmi tak:
„I cóż mi po padole marnym,
Gdy jutro zadrży otchłań nieba.
Wychynie z mroków anioł czarny
Wołając, że zbawienia nie ma!

Lecz brnąc tuż za nim stromą granią,
Nieśmiało, piękny jak w pradziejach,
Nowiny Dobrej biały anioł
Zdoła nam szepnąć: jest nadzieja”.

Więc może jednak jest nadzieja. I biały anioł Okudżawy ma rację.

Wiceminister w kajdankach

4 maja 2024. Aresztowanie wiceministra obrony Timura Iwanowa pod zarzutem korupcji wywołało w Rosji tornado komentarzy i domysłów. Czy usunięcie bliskiego współpracownika ministra Siergieja Szojgu jest sygnałem zbliżającej się dymisji jego samego?

Odpowiedź na to pytanie zapewne poznamy już niedługo, tymczasem zacznijmy od przedstawienia wiceministra Iwanowa. To człowiek, który wprawdzie pojawiał się w mediach federalnych, ale nie należał do grona rozpoznawalnych postaci z panteonu putinowskiej elity. Zastępcą Szojgu był od 2016 r. (wcześniej przez kilka lat pracowali razem w strukturach obwodu moskiewskiego). Zajmował się głównie budowaniem różnych obiektów infrastruktury wojskowej (m.in. diabolicznej świątyni Sił Zbrojnych). Intratne zajęcie, o czym z detalami opowiedziała Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego: https://www.youtube.com/watch?v=dSHMow8Ijl8. Iwanow i jego żona Swietłana brylowali w wielkim świecie, Timur lubił drogie zegarki i wakacje w St. Tropez, Swietłana – cudeńka z diamentami i wypasione rezydencje, napchane po kokardę wykwintnymi meblami. Dorosłe dzieci – jak na latorośle członków putinowskiej elity – mieszkają za granicą i tylko najmłodsza córeczka osładza życie rodziców w ogromnym domu w obwodzie twerskim.

W ostatnim czasie Iwanow z animuszem zabrał się do odbudowy zniszczonego przez armię rosyjską okupowanego Mariupola. W tym przedsięwzięciu jak w soczewce widać cały cynizm rosyjskiej machiny państwowej i jej napęd: Putin napada na sąsiedni kraj, niszczy doszczętnie miasto, a następnie ogłasza, że dla mieszkańców (tych, którzy przeżyli i tych, którzy odważą się tu osiedlić, przewiezieni z głębi Rosji) nastał czas szczęśliwości. Zaś wyznaczony urzędnik – w tym wypadku wiceminister obrony – dziarsko przystępuje do wykonania powierzonych zadań odbudowy i urządzenia raju na ziemi pod strychulec „ruskiego miru”. W zrujnowanym przez Rosjan mieście powstaje kilka potiomkinowskich domów. Na budowę z budżetu płyną pieniądze. I jak to w kremlowskich bajkach bywa: część tych pieniędzy nie dopływa do miejsc przeznaczenia, a osiada gdzieś na rozstawionych przemyślnie sitach. Ale przecież nie za cynizm ani nawet nie za zagospodarowanie państwowej kasy Iwanow został zdjęty ze stanowiska i aresztowany. Gdyby z takiego powodu w Rosji ścigano urzędników, to szeregi przerzedziłyby się znacząco. Распил бабла, czyli rozpiłowanie pieniędzy z budżetu jest filarem systemu. Jakie więc mogły być powody odstrzelenia Iwanowa?

Tutaj otwiera się szeroki przestwór spekulacji. Zdjęcie Iwanowa to uderzenie w jego szefa: ministra Szojgu. Nad głową Szojgu od dawna zbierają się ciemne chmury – wojna nie idzie zgodnie z założonym planem, już wielokrotnie wróżono mu koniec kariery, on jednak dzielnie trzyma się w siodle. Być może potrafi sączyć do prezydenckiego ucha słodkie opowiastki o tym, że jest świetnie, a będzie jeszcze świetniej. Putin ma do niego zaufanie – Szojgu należy od wielu lat do najbliższego kręgu, woził prezydenta po tajdze, nocował z nim w szałasach, zapewniał o skuteczności praktyk szamańskich itd. O czym jeszcze rozmawiali w romantycznych okolicznościach przyrody? Może kiedyś Szojgu napisze pamiętniki, to się dowiemy.

Spekulacje o możliwej dymisji Szojgu nasiliły się w związku z aresztowaniem Iwanowa, który był jednym spośród najbliższych współpracowników ministra, oraz ze zbliżającą się wielkimi krokami rekonstrukcją rządu. 7 maja odbędzie się „inauguracja” Putina (zapisuję to słowo w cudzysłowie, bo kolejna „kadencja” Putina jest uzurpacją władzy po złamaniu konstytucji i sfałszowaniu pesudowyborów). Tego samego dnia rząd powinien się podać do dymisji, a prezydent desygnować nowego premiera i mianować nowych (albo starych) ministrów. Kremlowskie klany związane z różnymi grupami interesów aktywnie lobbują swoich ludzi na najważniejsze funkcje. Kto zyska, kto straci – potężny klan Kowalczuków czy klan Patruszewa, a może Zołotow? Z punktu widzenia tych ludzi walka o miejsce przy żłobie na najbliższy (a może i dłuższy) czas wchodzi w decydującą fazę.

Ostatnio Putin spotkał się z gubernatorem obwodu tulskiego Aleksiejem Diuminem. Być może nie bez kozery: Diumin pojawia się na obrzeżach różnych ważnych wydarzeń jako negocjator albo środek uspokajający na skołatane nerwy Putina. Odegrał m.in. rolę mediatora podczas buntu Prigożyna. Diumin – zanim został gubernatorem – był osobistym ochroniarzem Putina, a zatem osobą, cieszącą się zaufaniem ochranianego. Czy teraz negocjuje w swojej czy nieswojej sprawie?

Tak czy inaczej – w najbliższym czasie Timur Iwanow raczej nie pojedzie na wakacje do St. Tropez, a sekretarz prasowy Putina Dmitrij Pieskow nie będzie wygłaszał na jego cześć uroczystych toastów i eksponował wieloletniej z nim przyjaźni.

Deszcze niespokojne potargały to i owo

27 kwietnia 2024. W minionym tygodniu rosyjskim segmentem internetu zawładnęły dwa tematy: aresztowanie wiceministra obrony Timura Iwanowa za łapówkę i – z zupełnie innej beczki – dwie części filmu zrobionego przez zagraniczną ekipę Nawalnego o latach dziewięćdziesiątych.

Dlaczego w kraju prowadzącym krwawą, zbrodniczą wojnę, przeżywającym akurat tragiczne powodzie, zapadającym się w grzęzawisko dyktatury, prześladującym obywateli za przekonania, co chwilę wyciągającym na stół broń jądrową, dlaczego więc w takim kraju do czerwoności rozgrzewa nie dyskusja na powyższe tematy, a zaprezentowany przez współpracowników Nawalnego film o latach dziewięćdziesiątych? „Zdrajcy” – bo taki prowokacyjny tytuł nosi produkcja ludzi Nawalnego – to opowieść o przemianach po rozpadzie ZSRS i próba zinterpretowania wydarzeń, które doprowadziły do objęcia władzy przez Władimira Władimirowicza. Proszę obejrzeć film (https://www.youtube.com/watch?v=-_wMvLpOnPQ), nie będę go tu ani streszczać, ani prowadzić polemiki z tymi, którzy się o nim wywnętrzyli. A głos o „Zdrajcach” zabrali niemal wszyscy piszący i mówiący opozycyjni komentatorzy, politolodzy, historycy współczesności, analitycy itd. Głównie ci na emigracji, ale także pozostający w kraju. A także niektórzy uczestnicy tamtych procesów, o których traktuje film. Bodaj najgłośniej rozbrzmiał głos Michaiła Chodorkowskiego (https://www.youtube.com/watch?v=25JotH9lOew): od trzech lat toczy się wojna i obecnie najważniejszym tematem powinny być sposoby jej zakończenia. Korupcja? O korupcji zawsze można mówić, ale dziś priorytety powinny być inne, natomiast to, co ludzi (przeciwnych wojnie i Putinowi) dzieli, jest niepożądane. Chodorkowski, jak wielu innych uczestników dyskusji, zareagował emocjonalnie, widać, że był dotknięty choćby tym, jak skonstruowany został film. Między innymi zarzucił autorce Marii Piewczich, że nie dopuściła w nim do głosu ludzi, którzy wtedy działali (zapewne miał na myśli również siebie). Wypowiedział się też na temat jej wieku: tak młoda osoba jak Maria nie czuje tamtych czasów, bo świadomie ich nie przeżyła.

Emocje, emocje w roli głównej. Młode pokolenie rosyjskich polityków (wyciętych przez Putina z ojczystej polany) prezentuje swoje spojrzenie na fundamenty postsowieckiej Rosji i próbuje trochę tamten czas i ustalone sformułowania odczarować, nazwać inaczej. Niektóre pomija milczeniem, inne eksponuje. A pokolenia starsze przeciw tej śmiałości młodych oponują.

Emigracyjny politolog Abbas Gallamow zobaczył w tym, co buzuje wokół „Zdrajców”, zapowiedź nowego rozkładu sił: „Film pretenduje do roli radykalnej transformacji opozycyjnego dyskursu. Do tej pory zakładano z góry, że jeżeli jesteś w opozycji do Putina, to musisz przemilczeć niekorzystne procesy lat dziewięćdziesiątych, jak na przykład metody przejmowania wielkich przedsiębiorstw czy sfałszowane wybory prezydenckie w 1996 r. Te procesy jak wielkie ciężary wisiały u nóg opozycjonistów, przeszkadzając im iść do przodu. Film FBK (Fundacji Walki z Korupcją) to propozycja, by tych ciężarów się pozbyć. (…) Teraz rzecz najważniejsza to dotrzeć z przekazem do tych ludzi, którzy są rozczarowani rządami Putina, ale jeszcze nie dojrzeli do tego, by dołączyć do opozycji. To źle, że przeciwnicy reżimu pokłócili się ze sobą, dyskutując o filmie, ale z drugiej strony przyjaźń w tej materii nie jest celem samym w sobie. Celem powinno być zdobycie poparcia większości społeczeństwa. Jeżeli kłótnie temu pomogą, to proszę bardzo”.

Czy film FBK faktycznie wstrząśnie podstawami i zmieni układy w opozycji? I czy może stać się szansą na ożywienie pogrążającego się w apatii środowiska antyputinistów? Czy opozycja może dotrzeć ze swoimi racjami do rosyjskiego społeczeństwa? Ciekawe pytania.

O drugim temacie tygodnia: o tym, jak wiceministra obrony najpierw wzięli za łapówkę w wysokości 1 mln rubli, a nazajutrz poprawili, że chodzi o 1 mld rubli, napiszę w kolejnym odcinku.