Archiwum autora: annalabuszewska

I znowu ten Sokurow

11 grudnia. Kalendarz prezydencki przewiduje raz do roku spotkanie z Radą ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka (organ doradczym przy prezydencie, stojący na straży praw człowieka i zabiegający o rozwój inicjatyw społecznych). Kilka lat radę opuściło wielu znanych ludzi kultury, publicystów i obrońców praw człowieka w ramach protestu przeciwko uciszaniu inicjatyw obywatelskich i duszeniu demokracji przez Kreml. Pozostał dworski rytuał fasadowej instytucji, który ma spłoszonym obywatelom pokazywać, z jaką troską Władimir Putin pochyla się nad ich problemami.

Tegoroczne spotkanie odbyło się 9 grudnia w trybie online. Choć jakiś czas temu Putin zapewniał, że jest zaszczepiony trzema dawkami antycovidowych szczepionek, a nawet jednym eksperymentalnym preparatem zapylił sobie nos, to nadal unika spotkań z niepewnym gremium przy prezydialnym stole. Członkowie Rady siedzieli zatem przed ekranem komputera i widzieli prezydenta z dala przez szybkę. W relacjach telewizyjnych zaprezentowano jedynie te wypowiedzi, które nie naruszyły dobrego samopoczucia prezydenta – cytowano przede wszystkim samego Putina, poruszonego losem obywateli nabieranych przez oszustów czy chorych dzieci, wymagających specjalistycznego leczenia. Była też mowa o bezdomnych i wprowadzaniu/niewprowadzaniu kodu QR dla zaszczepionych przeciw Covid19 w świetle praw obywatelskich. A nawet o torturach w aresztach śledczych i koloniach karnych (temat wypłynął jesienią dzięki projektowi Gulagu.net https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-na-torturach-169350, a ostatnio został przedstawiony w filmie przez popularnego dziennikarza i blogera Jurija Dudia). Pisarz, historyk i publicysta Nikołaj Swanidze podniósł kwestię najazdu na stowarzyszenie Memoriał, poprosił, aby władze jeszcze raz przemyślały strategię przyznawania statusu „agenta zagranicznego” generalnie, a Memoriałowi w szczególności. Putin zareagował na zgłaszane sprawy do rozwiązania dość spokojnie, notował, obiecywał zbadanie itd.

Spotkanie trwało, słuszne słowa padały i gdy pod koniec drugiej części pięciogodzinnego posiedzenia już zanosiło się na spokojne odfajkowanie wydarzenia, głos zabrał reżyser Aleksandr Sokurow („Moloch”, „Rosyjska arka”, „Faust”, „Aleksandra”, „Cielec”). Jak się znowu miało okazać – mąciciel prezydenckiego spokoju. W grudniu 2016 r. podczas spotkania Putina z twórcami kultury Sokurow upomniał się o wolność dla więzionego na podstawie fałszywych politycznych oskarżeń ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/05/rosyjskie-milosierdzie-wedlug-putina/); jego wypowiedź wywołała burzę i wyprowadziła Putina z równowagi.

Podobnie było i tym razem. Sokurow poruszył kilka tematów, o których Putin wolałby nie mówić. W katalogu trudnych spraw znalazła się sytuacja na Kaukazie. Reżyser stwierdził, że tamtejsze republiki znajdujące się w składzie Federacji Rosyjskiej, prowadzą własną politykę, mają własne prawa, własne armie, toczą między sobą wojny, jak np. ta o pograniczne tereny między Inguszetią a Czeczenią. Jego zdaniem w Czeczenii istnieje kalifat, co jest niedopuszczalne w ramach wspólnego rosyjskiego państwa. Wezwał, aby „wypuścić” z federacji tych, którzy nie chcą w niej być. Sokurow zauważył: dość biedny kraj jak Rosja po pańsku wydaje pieniądze na utrzymanie Białorusi, Osetii Południowej, Abchazji. Upomniał się o siedzących za poglądy polityczne opozycjonistów, prześladowanych aktywistów, dyskryminowane NGO z nadużywaną ostatnio łatką „agenta zagranicznego”.

Putinowi wystąpienie Sokurowa się nie spodobało – zanegował prawdziwość twierdzeń o tym, że Kaukaz chce opuścić federację, powołując się na wyniki ostatniego głosowania o nowelizacji konstytucji. Nazwał słowa Sokurowa „manifestem pewnej części społeczeństwa”, który stanowi zestaw problemów i obaw. „Chce pan nas przemienić w Moskowię? W NATO tak właśnie chcą zrobić” – polemizował Putin. Zaprzeczył, jakoby Białoruś znajdowała się na garnuszku Rosji. Zarzucił reżyserowi, że jego słowa były nieprzemyślane. Zaprosił do wizyty i rozmowy. „Dawno się nie widzieliśmy, proszę zadzwonić, proszę przyjść” – zachęcił.

Prezydent w toku wymiany zdań z Sokurowem był coraz bardziej rozdrażniony, zwłaszcza gdy reżyser zaprzeczał jego słowom, wcinał mu się w wywód. Władimir Władimirowicz jest przyzwyczajony do potakiwań ze strony interlokutorów, najwyraźniej kiepsko radzi sobie w dyskusji z oponentem, który nie chce przyznać mu racji.

Dalszy ciąg nastąpił wczoraj i dziś. Sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow określił wypowiedź Sokurowa jako „nieprofesjonalną” – to właśnie miało sprowokować ostrą reakcję prezydenta. Jego zdaniem, „reżyser nie mając odpowiedniego ładunku wiedzy, poruszał ważne, delikatne tematy. A to jest właśnie to, czego prezydent nie toleruje”.
Lider Czeczenii Ramzan Kadyrow zażądał, aby słowa Sokurowa Komitet Śledczy poddał analizie, czy nie są one ekstremistyczne. Zdaniem Kadyrowa, reżyser „pracuje na rzecz amerykańskiego planu rozpadu Rosji”.

Sokurow w wypowiedzi dla agencji Interfax stwierdził, że obawia się, iż będzie miał do czynienia z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości, choć ma nadzieję, że prezydent do tego nie dopuści. A w rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda powiedział: „Bardzo mi przykro, że mój rozmówca nie chciał wniknąć w to, co powiedziałem. Był zupełnie nieprzygotowany na mój tekst. Zwykle Putin dostaje zawczasu teksty wystąpień członków rady, a ja nigdy tekstu nie wysyłam, trudno mu się było zorientować. W tym, co mówiłem, było dużo nowych informacji, pewnie {Putin] nie jest gotów do takiej maniery pracy. Może z przywódcą kraju nie wolno tak rozmawiać, nie wiem. Ale ja nie jestem dyplomatą ani politykiem. Moje wystąpienie wywołało rozdrażnienie i gniew. Przykro mi, nie powinno tak być. Choć przecież rada jest po to, aby wymieniać opinie, różne opinie. Myślałem, że zostanę wysłuchany, tymczasem moje słowa okazały się błędem, mogę przypuszczać, że zapewne słusznie zostanę wykluczony z rady. Trudno. Do rady trzeba wziąć dyplomatów czy polityków, którzy są przyzwyczajeni do procedur […] Okazało się, że różnie patrzymy na problemy kraju”.

Posłuchać wypowiedzi Sokurowa i zobaczyć wyprowadzonego z równowagi Putina można na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=hH_wMIfQ5-o&t=6s

Opowieść weekendowa z efektem mrożącym

4 grudnia. Zanim dojdzie do online rozmów Biden-Putin (zapowiedziane na 7 grudnia) i wszyscy komentatorzy zajmą się omawianiem wyników tego wydarzenia lub ich braku, chciałam zaprosić Państwa na wycieczkę w krainę dziwów i czarów.

W starej francuskiej komedii „Hibernatus” rodzina jest zaskoczona pojawieniem się krewnego, który spędził kilkadziesiąt lat zamarznięty w bryle lodu. Tytułowy bohater zostaje przywrócony do życia, a krewni starają się utrzymać go w mniemaniu, że nadal trwa belle epoque, w której żył. Pacjenci kliniki KrioRus mogliby filmowemu hibernatusowi pozazdrościć. Są oni bowiem zaraz po śmierci zamrażani, ale bez żadnej gwarancji, że po rozmrożeniu zostaną ożywieni. Na dodatek stali się obecnie ofiarami kłótni małżeńskiej założycieli KrioRusa. Ale po kolei.

Daniła Miedwiediew i Waleria Udałowa – partnerzy w biznesie i w życiu – założyli w podmoskiewskim Ałabuszewie w 2006 r. firmę, którą nazwali KrioRus. Zajęli mało popularną w Rosji niszę – oferowali klientom usługi w zakresie krioniki, prowadzili też działalność naukową w tej dziedzinie. Na stronie internetowej napisali: „Krionika to technologia zachowania zmarłych ludzi i zwierząt w stanie głębokiego schłodzenia w nadziei na to, że w przyszłości uda się ich ożywić, wyleczyć, odmłodzić. Nasze procedury mają charakter eksperymentalny. Nikt nie gwarantuje naszym pacjentom życia po śmierci”. Według danych Wikipedii, w magazynach firmy spoczęło w kapsułach z ciekłym azotem 71 osób i 30 zwierząt: psy, koty, chomiki, ptaki, a nawet jedna szynszyla.

Firma rozwijała się, pozyskiwała klientów, którzy pragnęli sami się zamrozić lub poddać eksperymentalnej hibernacji swoich bliskich. Zawarto umowy z dwustu klientami (według Forbesa, podpisano nawet około pięciuset umów, klientami są głównie mieszkańcy Rosji, ale także Ukrainy, Holandii, Włoch, Izraela, Japonii i Szwajcarii). Usługi KrioRusa do tanich nie należą, zamrożenie i przechowywanie ciała w niskich temperaturach kosztuje 36 tys. dolarów, neuroprezerwacja (głowa plus mózg) – 15 tys. USD, zamrożenie dużego psa może kosztować nawet do 35 tys. USD.

I wszystko szło nie najgorzej, aż zaczęły się schody. Najpierw pokłócili się klienci. Jedna z rodzin nie mogła dojść do zgody, który z krewnych ma być zamrożony i w jakim trybie – czy miało to być zamrożenie samej głowy czy całego ciała. Zgodnie z umową opiewającą na 1,2 mln rubli mózg wskazanego członka rodziny miał być zamrożony aż do momentu, gdy technicznie będzie możliwe wszczepienie go biorobotowi. Efektem rodzinnej awantury o to, kto może skorzystać z tego przywileju, była choroba psychiczna pomysłodawcy i proces sądowy – niezadowoleni krewni wystąpili z powództwem przeciwko firmie KrioRus. I choć ostatecznie sąd nie znalazł podstaw do ukarania firmy, reputacja KrioRus ucierpiała.

O innej aferze opowiadał Radiu Swoboda Daniła Miedwiediew: „Największymi wrogami kriopacjenta są jego krewni. Mieliśmy pacjenta, który podpisał kontrakt [na zamrożenie po śmierci], ale jego żona nielegalnie wykradła ciało i skremowała je w nadziei, że zwrócimy jej wpłacone przez małżonka pieniądze”. (Cały materiał, zawierający wiele szczegółów dotyczących krioniki w Rosji można znaleźć tu https://www.svoboda.org/a/28304903.html).

A potem zaczęli się kłócić założyciele firmy. Trzy lata temu stadło Miedwiediewa i Udałowej rozpadło się. Do tej pory właściciele drą koty o podział firmy, a właściwie – o zamrożonych pacjentów. Udałowa stwierdziwszy, że magazyny pękają w szwach, zaczęła jakiś czas temu budowę nowych chłodni pod Twerem. We wrześniu tego roku wybuchł skandal – zdjęcia mknących po podmoskiewskich szosach ciężarówek przewożących należące do KrioRusa kapsuły trafiły do sieci i przyciągnęły uwagę szerokiej publiczności. Potem reportaż pokazała też rosyjska telewizja Rossija (https://smotrim.ru/video/2335830). Okazało się, że Udałowa chciała przewieźć część nieboszczyków do niedokończonych jeszcze magazynów pod Twerem. Miedwiediew wezwał policję, oskarżył ekspartnerkę o kradzież.

Szarpanina pomiędzy Daniłą i Walerią trwa nadal i nie wygląda na to, aby spór miał się szybko zakończyć. Udałowa podjęła kolejną próbę przemieszczenia kapsuł pod koniec listopada. A 3 grudnia policja poinformowała, że działania Udałowej, gdy chciała wywieźć ciała z magazynu, były legalne – choć nie jest formalnie dyrektorką firmy, ma prawo do przewozu kapsuł na mocy wcześniejszych porozumień.

Co teraz będzie z usługami? Rysa na wizerunku KrioRusa jest potężna. Nie oszczędzają też praktyk stosowanych przez firmę naukowcy. „Krionika to zarabianie pieniędzy na niewiedzy ludzi. Przecież podopieczni firmy to osoby, które nie żyją. Nic nie mówią, nie są w stanie się bronić” – mówi Rostisław Poliszczuk, doktor nauk fizyko-matematycznych, członek komisji ds. zwalczania pseudonauki przy Rosyjskiej Akademii Nauk. „Zamrożony trup po odmrożeniu będzie odmrożonym trupem. Koniec, kropka” – wtóruje w tym duchu cytowany przez TV Rossija inny uczony.

W Rosji krionika jest oficjalne dozwolona, jeżeli człowiek za życia wyrazi zgodę na zamrożenie, to nie ma w tym naruszenia prawa. Jest to traktowane na równi z zapisaniem ciała po śmierci nauce w celu dokonania eksperymentów.

Proszek w prezydenckim nosie

24 listopada. Od kilku tygodni przez Rosję przetacza się czwarta fala koronawirusa. Dobowy przyrost nowych potwierdzonych przypadków zakażenia to w tym okresie ok. 33-42 tys. Codziennie umiera z powodu Covid19 ponad tysiąc osób. W ostatnich dniach rosyjskie czynniki zajmujące się statystyką zachorowań informują, że fala opada – z dnia na dzień odnotowuje się zmniejszenie liczby nowych przypadków. Natomiast tendencja covidowych zgonów nadal się nie odwraca: regularnie umiera (według oficjalnych danych) ponad 1200 osób dziennie. Komentatorzy zwracają uwagę na zadziwiającą powtarzalność: przez kolejne dni 1247, 1251, 1254, 1254, 1252, dziś 1240 zmarłych.

Na przełomie października i listopada prezydent Putin udzielił Rosjanom kilku dni wolnych od pracy, aby zahamować tempo rozprzestrzeniania się wirusa i zyskać czas na wykonanie szczepień (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/23/covid-zabija-rosjan/). Liczba nowych zakażeń, jak wspomniałam wyżej, w ostatnich dniach lekko zaczęła spadać, natomiast liczba szczepień nieco wzrosła, choć nadal w Rosji jest zbyt mało zaszczepionych osób, aby mówić o uzyskaniu odporności zbiorowej. Co rusz na czołówki gazet powraca temat kupowania fałszywych certyfikatów szczepień, ich liczbę trudno oszacować. Ostatnio ta kwestia znów stała się tematem dyskusji w związku ze śmiercią znanego aktora, który miał świadectwa przyjęcia dwóch dawek, zmarł na covid, a przed śmiercią przyznał się znajomej, że tak naprawdę się nie zaszczepił. Dziś media nagłośniły list lekarzy do osób ze świecznika, które nie chcą się szczepić – m.in. deputowanych Dumy, artystów. Medycy zapraszali niedowiarków na oddziały covidowe, aby ci przekonali się, że wirus naprawdę istnieje i kosi niezależnie od wieku i stanu zdrowia.

Władze poszczególnych regionów próbują różnych metod walki z pandemią. Ze zmiennym szczęściem. W stolicy Tatarstanu Kazaniu wprowadzono ograniczenia w komunikacji miejskiej: do autobusu czy tramwaju mogły wsiąść tylko osoby posiadające kod QR. Konduktorzy nie zawsze byli w stanie wyegzekwować od pasażerów okazanie kodu, niektórzy zostali dotkliwie poturbowani przez tych, którym się nowy przepis nie spodobał.

Dwa dni temu Władimir Władimirowicz poinformował, że zaszczepił się trzecią dawką. Tym razem była to szczepionka Sputnik Light (poprzednie dwie dawki to, wedle słów prezydenta, był Sputnik V). Znowu – jak przy szczepieniu pierwszą i drugą dawką – nie było z prezydentem kamer. Naród został poinformowany o tym szczęsnym wydarzeniu jedynie przez samego prezydenta. Aby mógł wygłosić oświadczenie, stworzono mu specjalną okazję: Putin spotkał się przed kamerą z dyrektorem pracującego nad szczepionkami Centrum im. Gamalei, Denisem Łogunowem, porozmawiali o konieczności szczepienia. Czy kogoś przekonali? Trudno powiedzieć.

Ale to jeszcze nie koniec ciekawych informacji o szczepieniu prezydenta. Dziś – przypominam: dwa dni po anonsowanej rewakcynacji Sputnikiem Light – poinformowano, że Putin został zaszczepiony eksperymentalną szczepionką podawaną do nosa. Prace nad taką szczepionką trwają w Rosji od dawna. Kilka miesięcy temu w eksperymencie wzięła udział przewodnicząca Rady Federacji, Walentina Matwijenko.

„Moskowskij Komsomolec” pisze: „Władimir Putin aktywnie włączył się w kampanię informacyjną i propagowanie szczepionek. Jak się okazało podczas narady z rządem, zaraz po rewakcynacji Sputnikiem Light prezydent, nikomu nie mówiąc, przyjął dawkę szczepionki nasalnej (do nosa), stając się jednym z pierwszych uczestników etapu jej badań klinicznych. Według słów WWP, wszystko jest w najlepszym porządku – już nawet odbył zajęcia sportowe”. Potem okazało się jeszcze, że nasalną szczepionką „poczęstował” Putina dr Łogunow. „To szczepionka w postaci proszku do nosa” – wyjaśnił prezydent członkom rządu. Inaczej o fakcie mówił zawsze dobrze poinformowany rzecznik Kremla, Pieskow: prezydent przyjął nasalną szczepionkę w formie żelu. Hmm, żelu. I nikomu nic nie powiedział. Hmm.

Powstaje pytanie: to czym w końcu potraktowali prezydencki nos – proszkiem czy żelem?

Jak widać, chmura pytań dotycząca tajemnicy szczepień Władimira Władimirowicza tylko gęstnieje. Czy to pomoże sceptycznym rodakom uwierzyć, że przywódca Rosji jest zaszczepiony i przekonać się, że należy iść za jego przykładem i zaszczepić się w jakiejkolwiek dostępnej formie?

Mordowanie pamięci

11 listopada. Prokuratura Generalna wystąpiła do Sądu Najwyższego o zlikwidowanie stowarzyszenia Międzynarodowy Memoriał, oskarżywszy o „systematyczne naruszanie przepisów o agentach zagranicznych”. Rozprawa odbędzie się 25 listopada.

Owym „systematycznym naruszaniem” jest, zdaniem prokuratury, nieumieszczanie na materiałach i publikacjach kolportowanych przez Memoriał disclaimera „agent zagraniczny”. „To polityczna decyzja, mająca na celu zniszczenie stowarzyszenia, które zajmuje się badaniem historii represji politycznych i obroną praw człowieka” – napisał Memoriał w specjalnym oświadczeniu. Zdaniem członków stowarzyszenia, nie ma absolutnie żadnych prawnych podstaw, aby zlikwidować Międzynarodowy Memoriał, gdyż organizacja – choć nie zgadza się z przyznanym jej odgórnie przez ministerstwo sprawiedliwości statusem „agenta zagranicznego” – spełnia wszelkie wymogi. Niespełna miesiąc temu doszło do napaści na Memoriał (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/16/napasc-na-memorial/).

Dzisiaj sąd w Moskwie odrzucił pozew szefa organizacji „O prawa człowieka”, jednego z inicjatorów utworzenia stowarzyszenia Memoriał, Lwa Ponomariowa domagającego się wykreślenia go z listy osób fizycznych będących agentami zagranicznymi. Kilka dni temu legendarny dysydent i obrońca praw człowieka został ukarany po raz kolejny grzywną w wysokości 10 tys. rubli za to, że w umieszczanych w mediach społecznościowych postach nie wpisywał zatwierdzonej przez Roskomnadzor formułki (24 słowa wielkimi literami), że jest „agentem zagranicznym”. Jeżeli Ponomariow jeszcze dwukrotnie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podobne „wykroczenie”, grozi mu sprawa karna. Ponomariow w rozmowie z Radiem Swoboda powiedział: „Kraj jest podzielony. W niemal każdej rodzinie są ofiary represji z czasów ZSRR, ale są przecież również potomkowie oprawców. Ta krwawa rana pozostała i nadal krwawi. Memoriał to narodowa duma Rosji, to organizacja, która ratuje reputację kraju, gdzie nie potępiono publicznie terroru, nie powiedziano całej prawdy o represjach”.

Memoriał położył wielkie zasługi w badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu pamięci o ofiarach. Dzięki historykom z Memoriału anonimowe miliony zmielone w machinie represji odzyskują twarze i nazwiska. Logicznym dalszym ciągiem tej gigantycznej pracy nad przywracaniem imion ofiar powinno być wskazywanie i publikowanie nazwisk oprawców, przynajmniej symboliczny sąd nad nimi. I tu zaczynają się schody.

Prezydent Putin hołubi Federalną Służbę Bezpieczeństwa, która ogłosiła się spadkobierczynią KGB, NKWD i Czeki. Niedawno służba ta świętowała stulecie – datą, od której zaczęto odliczanie, był dzień założenia Czeriezwyczajki przez towarzysza Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Stare dobre tradycje, nieprawdaż.

Rodziny ofiar próbują zbadać okoliczności skazania ich przodków na łagry lub rozstrzelanie. Zwracają się w tej sprawie do archiwów i czasem otrzymują kopie dokumentów. W maju 2020 roku kobiecie poszukującej informacji o swoich represjonowanych krewnych wydano z archiwum miejscowego FSB dokumenty, na których zamazano markerem nazwiska przesłuchujących i skazujących funkcjonariuszy NKWD (szczegóły sprawy tu: https://www.svoboda.org/a/31262788.html). „To korporacyjna solidarność” – powiedział dziennikarz Igor Jakowlew, zajmujący się badaniem sprawy swojego krewnego, który ucierpiał w latach Wielkiego Terroru.

Opozycyjny polityk Władimir Kara-Murza tak skomentował dzisiejsze wiadomości o zamiarze zlikwidowania Memoriału: „Trudno znaleźć bardziej trafną ilustrację sytuacji we współczesnej Rosji niż żądanie zamknięcia Memoriału – organizacji, założonej przez noblistę Andrieja Sacharowa i przywracającej pamięć o ofiarach czekistowskiego terroru. Pamiętajcie, drodzy koledzy, że noc jest najczarniejsza przed brzaskiem”.

Uniemożliwienie pracy Memoriałowi wpisuje się w prowadzoną od lat politykę przemilczania tych wydarzeń z historii (zwłaszcza historii XX wieku), które nie pasują Putinowi do tworzonych mitów o rosyjskim/sowieckim mesjanizmie, bezgrzeszności szlachetnych przywódców, niosących światu pokój. Duma co jakiś czas przyjmuje kolejne ustawy przewidujące penalizację za publikowanie treści niezgodnych z zatwierdzoną wersją jedynej słusznej historii. Dotyczy to między innymi wspominania o sojuszu Stalina i Hitlera przed wybuchem II wojny światowej. Likwidacja Memoriału – jeśli zostanie przeprowadzona – będzie oznaczała zamordowanie pamięci i otworzy drogę do prześladowania za mówienie prawdy o tym, co było.

Putin boi się nie tylko teraźniejszości i przyszłości, ale także przeszłości.

Którzy odeszli 2021

2 listopada. W Dzień Zaduszny krótkie wspomnienie tych, którzy zmarli w ostatnim roku w Rosji.

Ten post poświęcę ludziom kultury. Andriej Miagkow dla widzów pozostanie na zawsze Żenią Łukaszynem, bohaterem kultowego filmu „Ironia losu” Eldara Riazanowa. Partnerował w nim Barbarze Brylskiej. Film jest stałym komponentem niezbędnego wyposażenia sylwestra w Rosji jak choinka, musujące wino i sałatka Olivier na stole. Duet Brylska-Miagkow nieodmiennie gości za pośrednictwem telewizji w każdym rosyjskim domu przynajmniej raz w roku w tę wyjątkową noc. Popularność przyniosła Miagkowowi rola w jeszcze jednej komedii Riazanowa, „Biurowy romans”. Mnie zawsze Miagkow kojarzyć się jednak będzie z kreacją w ekranizacji „Braci Karamazow” w reżyserii Iwana Pyrjewa: wcielił się w Aloszę Karamazowa. Miagkow był przede wszystkim człowiekiem teatru, przez wiele lat związanym z moskiewskim teatrem Sowriemiennik, potem z MChAT-em. Był też wybitnym pedagogiem, spod jego ręki wyszły zastępy znakomitych aktorów. Zmarł w lutym 2021 r., miał 82 lata, został pochowany na cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie, tuż obok swego przyjaciela Walentina Gafta, który zmarł dwa miesiące wcześniej.

Walentin Gaft był przez lata związany z najważniejszymi scenami teatralnymi Moskwy – Lenkomem i Sowriemiennikiem. W filmach pojawiał się niezbyt często, ale to właśnie role filmowe przyniosły mu ogólnokrajową popularność, zagrał m.in. w obrazach Riazanowa („Zapomniana melodia na flet”, „Garaż”) czy Nikity Michałkowa „Dwunastu”. Udzielał się społecznie jak obrońca praw zwierząt. Miał też w swoim życiu obywatelskim kilka epizodów, które można scharakteryzować jako swing. W 2000 r. wraz z grupą ludzi kultury wypowiedział się przeciwko przywróceniu przez Putina sowieckiego hymnu Aleksandrowa-Michałkowa. Kilkanaście lat później chwalił natomiast publicznie ZSRR za stworzenie atmosfery „prawdziwej przyjaźni między narodami”. W 2015 r. władze Ukrainy umieściły nazwisko Gafta na tzw. białej liście rosyjskich artystów. To miało być wyróżnienie za krytyczną postawę wobec aneksji Krymu przez Rosję. Ale Gaft podziękował za wpis i oznajmił, że popiera politykę Putina wobec Krymu i Donbasu (został po tym oświadczeniu wpisany na tzw. czarną listę). Najwyraźniej nie chciał być kojarzony z polityką, zawsze od niej uciekał, nie piastował żadnych stanowisk. Pisał wiersze i epigramy, czasem cięte, zawsze dowcipne. Miały swój specyficzny styl, który w ostatnich latach próbowali podrabiać autorzy internetowych memów, podszywając się pod Gafta. Najpierw walczył z tym zjawiskiem, wydawał oświadczenia, że te produkcje nie są jego, a potem dał spokój. Zmarł po wylewie, miał 85 lat.

Wśród epizodów filmowych, jakie Gaft zagrał na – niezbyt obfitującym w role – początku kariery, była mała rólka w serialu „Siedemnaście mgnień Rosji”. Gwiazdą tego serialu była – obok zamyślonego Wiaczesława Tichonowa w roli agenta Stirlitza – Jekatierina Gradowa, wcielająca się w radiotelegrafistkę Katię Kozłową vel Kathrin Kinnt. W latach osiemdziesiątych Gradowa przeszła poważną chorobę, po której nie wróciła ani na scenę, ani na plan filmowy. Nawróciła się na prawosławie: była przekonana, że wyjść z ciężkiej choroby pomogła jej jedynie wiara i modlitwa. Ukończyła kursy na Prawosławnym Państwowym Uniwersytecie św. Tichona w Moskwie, zaangażowała się w pracę nauczyciela, jeździła z pielgrzymkami do klasztorów, zbierała pieniądze na odbudowę świątyń prawosławnych. Założyła fundację, która pomagała sierotom. Miała 75 lat, została pochowana na cmentarzu Trojekurowskim, niedaleko Gafta i Miagkowa.

Kilka dni temu zmarł reżyser filmowy Aleksandr Rogożkin. Znany przede wszystkim jako twórca szalenie popularnych komedii „Osobliwości narodowego polowania” (1995) i „Osobliwości narodowego wędkarstwa” (1998). W tych filmach nowa Rosja, wyłaniająca się z krajobrazu po rozpadzie ZSRR jest absurdalna, ale taka swojska, zrozumiała dla każdego – bohaterowie rozmawiają mieszaniną języka koszarowego, potocznego, propagandowego, i robią to, co każdy prawdziwy „mużyk” chciałby zrobić: przeżyć prawdziwie męską przygodę w pięknych okolicznościach przyrody w towarzystwie równie zaprawionych w życiowych bojach kolegów. A wszystko skąpać w czystej perlistej. Zanim jednak zabrał się za to, co w Rosjanach śmieszne, pokazał to, co w Rosjanach straszne. W 1992 roku wyreżyserował ekranizację wielkiej, choć mało znanej powieści Władimira Zazubrina „Drzazga”. Film nosi tytuł „Czekista” i opowiada o funkcjonariuszach Czeki na rosyjskiej prowincji. Obraz niezwykły i wstrząsający, pokazujący machinę unicestwiającą „wrogów rewolucji” – czekiści sami wybierają ofiary spośród niedobitków po caracie, sami je sądzą i sami rozstrzeliwują. Jeden z czekistów jest rozdarty – bo z jednej strony rewolucja, w której ideały wierzył, a z drugiej – masowe mordowanie niewinnych ludzi. Rozdarcie przeradza się w totalną schizę. Po „Osobliwościach” Rogożkin zrobił jeszcze jeden ważny film: „Kukułkę” (2002). Pod koniec II wojny Fin i Rosjanin – dezerterzy – spotykają się u lapońskiej szamanki. Żadne z nich nie zna języka dwojga pozostałych, mężczyźni są wrogo nastawieni do siebie, nie rozumieją się nawzajem, nie rozumieją, kim sami są. „Kukułka” to pięknie opowiedziana historia o bezsensie wojny. Rogożkin miał 72 lata, został pochowany na cmentarzu Bogosłowskim w Petersburgu.

Covid zabija Rosjan

23 października. Odnotowany dziś dobowy przyrost nowych zarejestrowanych przypadków zakażeń koronawirusem w Rosji to 37 678. W ciągu ostatniej doby z powodu Covid19 zmarło 1075 osób. To rekordowe wartości od początku pandemii. Od tygodnia dziennie umiera ponad tysiąc osób, wcześniej przez kilka tygodni podawano wartości 800-900 śmiertelnych przypadków w ciągu doby. Władze po długim okresie bezczynności i milczenia złapały się za głowę i próbują opanować sytuację. Czy im się to uda?

Prezydent Putin ogłosił, że w dniach 28 października – 8 listopada Rosjanie mają wolne z uwagi na szybko wzrastające wskaźniki zachorowań na Covid19. W niektórych regionach, gdzie przyrost jest gwałtowny, np. w obwodzie pskowskim czy amurskim, lokalne władze już zapowiedziały, że „covidowe wakacje” mogą zostać przedłużone, jeśli sytuacja się nie ustabilizuje. W kilku innych postanowiono nie czekać na 28 października i zamknąć przedsiębiorstwa już w najbliższy poniedziałek.

Mer Moskwy (gdzie dziennie wyjawia się 7-8 tys. nowych zakażeń koronawirusem) ogłosił lockdown w tym okresie. Petersburg (około 3 tys. nowych zakażeń dziennie) w obawie, że w wolne dni moskwianie gremialnie ruszą do północnej stolicy, też zamierza od 30 października wprowadzić obostrzenia. Władze miasta zapowiadają, że w przestrzeni publicznej będą sprawdzane kody QR, ci, którzy nie mają świadectwa o szczepieniu, od 1 listopada nie będą wpuszczani do kin, teatrów, siłowni, muzeów, a od 1 grudnia – do restauracji.

Eksperci uprzedzają, że tygodniowa izolacja niewiele da: nawet kiedy w tym okresie liczba nowych zachorowań spadnie, to w momencie, gdy ludzie wyjdą z domów i ruszą do pracy, wskaźniki znowu poszybują w górę. Jednym z najważniejszych czynników powodujących wzrost liczby zakażeń jest zbyt mały procent zaszczepionych w populacji. Według oficjalnych danych z 22 października dwie dawki szczepionki podano 49,1 mln ludzi, to około 35% ludności. Za mało, aby mówić o zbiorowej odporności.

Gdyby – jak radzą lekarze – czas wolny od pracy na początku listopada wykorzystać na masową akcję szczepień, może sytuacja by się unormowała. Żeby osiągnąć minimalną liczbę zaszczepionych dającą szansę nabycia zbiorowej odporności, przy obecnym tempie wakcynacji potrzeba w Rosji co najmniej ośmiu miesięcy. A wtedy będzie już znów konieczne doszczepianie dawką przypominającą. Błędne koło.

Od czasu do czasu w mediach społecznościowych wybucha dyskusja nad koniecznością wprowadzenia obowiązkowych szczepień. W niektórych branżach i zakładach pracy pracodawcy próbują egzekwować od pracowników świadectwa o szczepieniach. Nie wszędzie się to udaje. Zresztą, takie wymagania formalnie nie mają podstawy prawnej. Antyszczepionkowców jest w Rosji bardzo wielu. Wielu ludzi nie ma zaufania do rodzimych szczepionek, które rząd zapewnia każdemu bezpłatnie. Władze przekonują, że Sputnik jest bezpieczny i skuteczny. Władimir Putin przy każdej okazji lansuje rosyjską szczepionkę. Ostatnio na spotkaniu w Klubie Wałdajskim powiedział: „Europejczycy szczepią się w Rosji Sputnikiem, a potem kupują u siebie zaświadczenia, że się szczepili Pfizerem. Poważnie, tak mówią lekarze. Ci ludzie [którzy rzekomo się szczepią Sputnikiem] robią tak, bo uważają, że Sputnik jest bezpieczniejszy”. Jak to w rosyjskich covidowych bajkach bywa, robi się i śmiesznie, i strasznie. Żartownisie w mediach społecznościowych parodiowali ten passus WWP: „Europejczycy przyjeżdżają do Rosji po ładę kalinę, a potem u siebie kupują zaświadczenie, że to mercedes” itd.

Na razie jednak nikomu nie jest do śmiechu, bo statystyki strat ludzkich na skutek epidemii są zatrważające. Na początku października Rosstat podał, że z powodu Covid19 w Rosji od początku pandemii zmarło 400 tys. osób. Niezależni demografowie uważają, że to zaniżone dane i szacują, że co najmniej 688 tys. Rosjan to ofiary zarazy. A dane te nie uwzględniają ostatnich tygodni, kiedy umierało 800-1000 osób dziennie.

Napaść na Memoriał

16 października. Czwartkowy wieczór. Moskwa, siedziba stowarzyszenia Memoriał. Pokaz filmu Agnieszki Holland „Obywatel Jones” o Hołodomorze i zakłamywaniu tragedii. Współorganizatorem było Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Impreza kameralna, cicha i spokojna.

– Doskonale wiecie, że pokazy zagranicznych filmów mogą się odbyć tylko za zgodą rosyjskiego MSZ w porozumieniu z odpowiednimi instancjami kraju partnerskiego – pisze Memoriał na swoim profilu facebookowym. – Pokaz się rozpoczął i oto nagle na scenę wtargnęło 30-35 napastników, mieli zasłonięte twarze. Zaczęli krzyczeć „mordą na podłogę”, „agenci zagraniczni”, „won na Zachód” i tym podobne. Widzowie się przestraszyli, myśleli, że to terroryści. Wezwaliśmy policję. Policja jechała piętnaście minut. Na pięć minut przed jej przybyciem napastnicy postanowili nagle wyjść. Próbowaliśmy ich zatrzymać, żeby policja miała okazję ustalić personalia. Udało się zatrzymać pięć osób: dwie osoby z kamerami z napisami TV NTW i trzy bez znaków szczególnych. Policja nie miała pewności, kogo zatrzymywać: nas czy napastników. Na komisariat pojechało sześć osób: troje naszych i trzech napastników. Tymczasem do naszej siedziby przyszła kolejna grupa policjantów. Zamknęli nas, jak gdybyśmy byli zakładnikami. Nikogo nie wypuszczali, nie wpuścili dziennikarzy. Zarekwirowali nagrania z kamer wideo.

Drzwi pomieszczenia, w którym zostali posadzeni po zajściu uczestnicy seansu, zostały przez policję zamknięte kajdankami. Cóż za wymowny symbol!

Przewodniczący Memoriału Jan Raczyński został wezwany na policję do złożenia zeznań. Zapowiedziano, że ma się odbyć kontrola.

Memoriał został wpisany do rejestru „zagranicznych agentów” w 2016 r. Wielokrotnie próbował w sądzie podać w wątpliwość uzasadnienie decyzji władz. Bez skutku. Memoriał położył wielkie zasługi w odkłamywaniu historii, badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu godności ofiarom totalitaryzmu; wyciągnął na światło dzienne tysiące zbrodni reżimu, historycy Memoriału mają bezcenne zasługi w badaniu zbrodni katyńskiej. Zdaniem rosyjskich władz, to działalność polityczna, na dodatek finansowana przez USA.

Ostatnio przyklejanie organizacjom, mediom, a nawet osobom fizycznym łatki „zagranicznego agenta” stało się w putinowskiej Rosji metodą walki z niepokornymi. W polu zainteresowania władz znalazła się nie tylko opozycja, ale także zamieszczające krytyczne wobec Kremla publikacje portale internetowe (wczoraj na liście znalazły się Rosbalt i Republic), obrońcy praw człowieka (Lew Ponomariow), a nawet poeci (Tatiana Woltska). [Pisałam o szerzeniu się tej praktyki na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/08/23/rosna-szeregi-zagranicznych-agentow/].

Memoriał od dawna jest na celowniku, bo opowiada historię prawdziwą, podczas gdy Kreml tworzy własną wersję historii, pełnej chluby, nieomylnej, będącej podstawą tronu. Wszelkie próby wykazania, że Stalin był zbrodniarzem, że pakt Ribbentrop-Mołotow przyczynił się do rozpętania wojny, że ZSRR napadł na Polskę we wrześniu 1939 r. do spółki ze swym sojusznikiem, hitlerowskimi Niemcami, są nazywane „niedopuszczalnymi próbami podważenia wyników II wojny światowej”. Memoriał jest nieustannie napominany i obkładany wysokimi grzywnami.

Komentator rosyjskiej redakcji Deutsche Welle Iwan Prieobrażenski napisał w komentarzu: „Atak na Memoriał otwiera nowy etap w stosunkach władz i społeczeństwa obywatelskiego. Teraz status agenta zagranicznego może stać się podstawą do napaści na obywatela”.

Kosmiczne kino

11 października. Rosyjska kosmonautyka od lat przeżywa problemy. Zapowiadane z pompą różne programy kosmiczne – jak np. loty na Księżyc czy zbudowanie nowego kosmodromu – rozmywają się gdzieś, nie dochodzą do skutku albo realizowane są w bólach, z dużym opóźnieniem. Gazety od czasu do czasu piszą z wyrzutem, że agencja Roskomos pod kierunkiem Dmitrija Rogozina tylko konsumuje pieniądze – i to w dużych ilościach – tymczasem osiągnięciami pochwalić się nie może. I oto wymyślono sposób, aby zabłysnąć i wyprzedzić resztą świata. Rosja jako pierwsza nakręci w kosmosie film fabularny. Tak, w kosmosie, na pokładzie stacji orbitalnej.

We wrześniu 2020 r. wśród rosyjskich aktorek ogłoszono nabór do roli w filmie pod roboczym tytułem „Wyzwanie”. Poszukiwana była aktorka mająca nie mniej niż 35 i nie więcej niż 45 lat, w dobrej kondycji fizycznej, mogąca podołać wymagającym testom w centrum szkolenia kosmonautów. Zgłosiło się ponad tysiąc kandydatek. Wybrano dwadzieścia, które weszły do finału. Telewizja od czasu do czasu pokazywała reportaże ze szkolenia, które miało zakończyć się zakwalifikowaniem do lotu kosmicznego tej jednej wybranki.

Wybór padł na jasnowłosą Julię Pieriesild, znaną z wielu ról teatralnych, kinowych i serialowych. Pierwsza aktorka w kosmosie wraz z reżyserem Klimem Szypienką została na Bajkonurze wsadzona 5 października do rakiety i wystrzelona na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Do 17 października oboje będą pracować nad filmem, opowiadającym o tym, jak dzielna kardiolożka leci w kosmos, aby w stanie nieważkości przeprowadzić skomplikowaną operację serca u kosmonauty, który przeszedł zawał. Biedak może powrócić na Ziemię jedynie pod warunkiem, że ta operacja się uda.  

Na razie udała się operacja dostarczenia artystów na MKS. Rosyjska prasa rządowa rozpływa się w zachwytach, podkreślając szczególnie to, że rosyjska ekipa filmowa jest pierwszą kosmiczną ekipą w historii kina. Ze szczególną satysfakcją odnotowuje się, że Rosjanie „zdążyli przed Tomem Cruise’em”, który też miał taki pomysł, aby przelecieć się na orbitę z kamerą. Ale duet Pieriesild-Szypienko okazał się szybszy.

Przeciwnicy operacji „filmowanie w kosmosie” piszą, że to zupełnie niepotrzebny wydatek gigantycznych pieniędzy: „na Ziemi można kręcić filmy o tematyce kosmicznej o wiele taniej i bez narażania artystów na niebezpieczeństwo”. Komentatorzy dostrzegli w akcji chęć podreperowania reputacji przez nieudacznika Rogozina i jego Roskomos. Podnosi się też to, że przez filmowy projekt został okrojony program badań naukowych realizowanych na MKS. Jak policzył Witalij Jegorow, każdy Rosjanin zapłacił 25 rubli 86 kopiejek za to, aby Pieriesild i Szypienko mogli polecieć w filmowy kosmos. A Oleg Łurje w komentarzu na FB dodaje: Oczywiście doskonale rozumiemy ważność propagowania rozwoju kosmosu i popularyzacji tej dziedziny w filmach fabularnych. Ale takie rzeczy powinny istnieć równolegle z poważnym programem kosmicznym, a nie w zamian.

Choć kosmiczna turystyka pomyślnie się rozwija i zaczyna być traktowana jak zwyczajne komercyjne przedsięwzięcie dla bogatych ekstrawaganckich poszukiwaczy przygód, to jednak wysłanie artystów za państwowe fundusze w kosmos, aby wzięli udział w eksperymencie, jest ewenementem.

Gabinet osobliwości – Duma 2021

4 października. Po przerwie nadrabiam zaległości. Obiecałam uprzednio garść informacji o tym, kto zasiadł w ławach rosyjskiego parlamentu po tzw. wyborach. Głosowanie odbyło się 19 września, wyniki okazały się zgodne z oczekiwaniami Kremla – dobry wynik narysowano Jednej Rosji, do Dumy wpuszczono jeszcze cztery ugrupowania, mające status systemowej opozycji. Systemowej, a więc takiej, która system współtworzy. Po krótkim buncie niewielkiej części partii komunistycznej (zob. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/09/26/imitacja-wynikow-bunt-komunistow/) sytuacja się uspokoiła i teraz trwają przymiarki do pierwszego posiedzenia VIII kadencji. Ma się ono odbyć 12 października.

Nie wszyscy kandydaci, którzy zostali wybrani, odbiorą mandaty. Z pierwszej piątki wystawionych przez Putina lokomotyw listy Jednej Rosji deputowaną zostanie tylko jedna osoba. Tymi lokomotywami partii władzy byli: minister obrony Siergiej Szojgu, minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, szef kliniki antycovidowej Kommunarka Denis Procenko, szefowa centrum Sirius Jelena Szmielowa i pełnomocniczka ds. praw dziecka Anna Kuzniecowa. Z tej długiej listy tylko Kuzniecowa ma zasiąść w Dumie, reszta zrzekła się mandatów. To oznacza przekazanie mandatów osobom znajdującym się dalej na liście.

Wygibasy ze zrzekaniem się mandatów w odpowiedniej konfiguracji przyniosły sukces Marii Butinej, która sukcesu wyborczego nie odniosła i w początkowym ustawieniu znalazła się nawet za burtą. Ale cudowny traf chciał, że gubernator obwodu kirowskiego Wasiljew postanowił zrezygnować z bycia deputowanym i mandat wpadł Butinej jak gruszka do fartuszka. Maria Butina znalazła się w centrum zainteresowania w 2019 r., gdy Amerykanie wsadzili ją na półtora roku do pudła za nielegalne uprawianie lobbingu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/). Przy okazji sprawy Butinej powychodziły na jaw różne wstydliwe sprawki rosyjskich władz, między innymi dlatego że niezłomna Maria współpracowała z amerykańskim śledztwem, niezłomnie wydała tajemnicę i związane z nią osoby. Po odbyciu kary została wsadzona do samolotu i ciupasem odprawiona do ojczyzny (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/10/28/butina-wrocila-do-rosji/). Wbrew oczekiwaniom wielu obserwatorów nie została ukarana przez Putina za niepowodzenie amerykańskiej misji. Utrzymywała się na powierzchni, nawet pozwalano jej występować w telewizji i powierzano drobne zadania, jak np. wizytę u Aleksieja Nawalnego w kolonii karnej, gdy skarżył się na zdrowie i złe warunki – Butina stwierdziła wtedy m.in., że na rosyjskiej prowincji jest gorzej niż u Nawalnego w łagrze (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/04/07/protest-glodowy-wieznia-numer-jeden/). Jednym słowem – mandat ten jej się po prostu należał. Więc go dostała, choć głosów nie dostała.

Upragniony mandat zdobył Anatolij Wasserman, eksponat z gabinetu osobliwości co się zowie. Próbował już zostać deputowanym Rady Najwyższej Ukrainy i dwukrotnie startował w tzw. wyborach do Dumy, gdy już zrzekł się ukraińskiego obywatelstwa i dostał rosyjskie. Wreszcie sukces. Wasserman jest szeroko znany jako uczestnik popularnych teleturniejów. Mówi o sobie, że jest stalinistą, marksistą i ateistą, który czasem popiera Cerkiew. A czasem popiera Putina i jego awanturnicze pomysły jak zagarnięcie Krymu. Nosi kłaczastą brodę, okulary i kamizelkę z kilkudziesięcioma kieszonkami, w której „ma pod ręką” wszystkie niezbędne przedmioty, przecież nigdy nic nie wiadomo. Stał się bohaterem niezliczonych memów: zdjęcie przedstawiającego go paradującego po mieszkaniu w samych gaciach posłużyło jako ilustracja setek żartów. Wasserman ogłosił wszem wobec, że w młodości złożył śluby czystości i nadal pozostaje wierny tej przysiędze. „The Insider” twierdzi, że Wasserman jest na liście płac Jewgienija Prigożyna („kucharza Putina”, zawiadowcy fabryki trolli).

Mandat zdobył ponownie rudowłosy Witalij Miłonow, który nie przepuści żadnej okazji, aby wystąpić z inicjatywą ustawodawczą. Zwrócił na siebie uwagę, gdy – jeszcze jako deputowany Zgromadzenia Ustawodawczego Petersburga – złożył projekt ustawy zakazującej propagandy homoseksualizmu wśród nieletnich. Petersburska ustawa stała się później zaczynem ustawy federalnej. Miłonow wielokrotnie był bohaterem skandali, bójek, wezwań do wprowadzania zakazów (np. chciał zakazu TikTok za rzekomą propagandę LGBT; zakazu aborcji; przyznania praw obywatelskich płodom; występuje też niezmordowanie przeciwko teorii Darwina w programie szkolnym itd.).

Na liście szczęśliwych deputowanych z mandatem znalazł się po raz kolejny Andriej Ługowoj (z ramienia LDPR Żyrinowskiego). Po raz pierwszy znalazł się w gronie rosyjskich parlamentarzystów po zakończonej sukcesem w 2006 r. operacji nafaszerowania byłego kamrata z FSB Aleksandra Litwinienki izotopem polonu. Tamten pierwszy mandat Ługowoja był odpowiedzią putinowskiej Rosji na zabiegi brytyjskiego śledztwa, które chciało sprowadzić sprawcę zbrodni do Londynu, by odpowiedział o swoim czynie, a potem za swój czyn. Obecny mandat truciciela koresponduje z kolei z niedawnym orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który uznał winę Rosji za otrucie Litwinienki i wymienił w tym kontekście nazwisko Ługowoj (pisałam o tym w mojej autorskiej rubryce „Rosyjska Ruletka” na stronie Tygodnika Powszechnego https://www.tygodnikpowszechny.pl/winna-zbrodni-169110).

Z ramienia Jednej Rosji wystartował z sukcesem (również nie po raz pierwszy) Wiaczesław Nikonow, politolog, historyk, a prywatnie wnuk Wiaczesława Mołotowa, przez prześmiewców nazywany „wnukiem Ribbentropa-Mołotowa”.

Mandat zdobył, ale zeń zrezygnował Zachar Prilepin. Niegdyś obiecujący pisarz, od kilku lat poszukujący intensywnie miejsca w krajobrazie politycznym Rosji. Podczas ukraińsko-rosyjskiej wojny w Donbasie w 2014 r. początkowo pracował w strefie konfliktu jako korespondent prasowy, a potem ruszył w bój po stronie separatystów, dosłużył się stopnia majora tamtejszych „sił zbrojnych”, był doradcą miejscowego głównego watażki Aleksandra Zacharczenki, po jego śmierci w zamachu powrócił do Rosji. Ożywił swoją osobą chylącą się ku upadkowi partię Sprawiedliwa Rosja niezmiennego przywódcy Siergieja Mironowa. Wprowadził do parlamentu swoich ludzi, a sam się wycofał, motywując to zamiarem zdobycia niezbędnych szlifów w tzw. szkole gubernatorów. Moskiewskie wróble ćwierkają, że Prilepin ma nie tylko ambicje zostania gubernatorem, ale i prezydentem.

Nie spodziewam się, że Duma VIII kadencji będzie różniła się od Dumy VII kadencji – nadal deputowani zasiadający w izbie będą głównie czekać na sygnał z Kremla, a następnie posłusznie realizować zamówienie polityczne.

Imitacja wyników, bunt komunistów

26 września. Po kilku dniach wytężonej pracy Centralna Komisja Wyborcza podała oficjalne wyniki tzw. wyborów do Dumy Państwowej. Zgodnie z oficjalnym komunikatem, Jedna Rosja obejmie 324 mandaty (konstytucyjna większość), Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej – 57, Sprawiedliwa Rosja – Za Prawdę – 27, Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji – 21 i nowicjusze Nowi Ludzie – 13. Skład uzupełni nieznaczący plankton w postaci pojedynczych mandatów zdobytych w okręgach jednomandatowych przez samobieżnych kandydatów.

Na spotkaniu z przedstawicielami startujących partii przewodnicząca CKW Ełła Pamfiłowa zapewniała, że wybory były transparentne, uczciwe i odzwierciedlające preferencje polityczne społeczeństwa. O fałszerstwach ani słowa. O pewnych niedociągnięciach (np. nietransparentności procedury głosowania online) mówili natomiast członkowie władz partii opozycji systemowej, którzy nie potrafili ukryć rozczarowania słabymi (za słabymi, ich zdaniem) wynikami swoich ugrupowań. Żaden z nich nie odważył się jednak na otwartą krytykę i nie oprotestował rezultatów. Choć przez chwilę mogło się wydawać, że ewidentnie stratni na fałszowaniu wyników komuniści wysmażą protest. Zapowiadał zakwestionowanie wyników w Moskwie towarzysz Dmitrij Nowikow (zastępca przewodniczącego KPFR). Komuniści obserwowali m.in. walkę swojego kandydata Michaiła Łobanowa z kandydatem partii władzy, propagandystą telewizyjnym Jewgienijem Popowem w okręgu jednomandatowym w Moskwie; Łobanow prowadził cały czas aż do momentu doliczenia przysłanych z opóźnieniem rezultatów głosowania online – raptem okazało się, że Popow wygrywa. „Dorysowali mu co najmniej 20 tys. głosów” – mówił oburzony Łobanow.

Niezadowolenie w szeregach komunistów było duże, na placu Puszkina w Moskwie odbyły się zwołane przez władze partii wiece protestu pod hasłem „Ukradli nam wybory”, „Żądamy unieważnienia wyników” itd. W sobotnim mityngu wzięło udział ponad tysiąc osób. Akcje odbyły się też w innych miastach. Smutni panowie tymczasem chodzili po domach aktywistów partii w celach niejasnych, choć sygnał takich wizyt był jasny jak słońce.

Przewodniczący komunistów Giennadij Ziuganow nie przyszedł na plac Puszkina. W czasie, gdy ludzie krzyczeli „Precz z samozwańcami z Jednej Rosji”, towarzysz Ziu brał udział w spotkaniu online z Władimirem Putinem. Mógł nawet zabrać głos. Ale nie powiedział nic o nieuznaniu wyników, o protestach, o zamiarze bojkotu posiedzeń Dumy, wymruczał jedynie ogólniki: trzydniowe głosowanie tradycyjne i głosowanie online podważają zaufanie i stwarzają zagrożenie dla systemu politycznego. Cóż, Ziuganow jest wprawiony w lawirowaniu i unikaniu zderzenia czołowego z Kremlem. Zza kulis dochodziły głosy, że ostro targuje się z administracją prezydenta, ale chyba nic nie utargował.

Bunt na pokładzie zostanie zapewne stłumiony. Ci, co zdobyli mandaty, odbiorą je z pocałowaniem rączki pani Ełły Pamfiłowej, złożą przysięgę, odśpiewają hymn na pierwszym posiedzeniu i przystąpią do realizacji zadań wyznaczonych przez Kreml. A ci, co mandatów nie zdobyli, będą musieli zadowolić się jakimiś nagrodami pocieszenia. Choć osad w nich pozostanie.

Anton Oriech napisał w swoim blogu: „Władza powinna wyciągnąć z tych wyborów jeden ważny wniosek: żadna opozycja nie jest potrzebna. Nie tylko Nawalny – żadna. […] Okazało się, że nawet najbardziej ciche i nieznaczące figury na politycznej szachownicy mogą przejawiać ambicje, aby stać się hetmanami. Jeśli komuniści się nie uspokoją, to i im przykręcą śrubę i przetrzepią futro. Byłoby ironicznie i symbolicznie, gdyby zakazano działalności KPFR”.

Całościowa analiza głosowania ukaże się w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”. Natomiast w blogowym mikroserialu powyborczym zapowiadam jeszcze jeden odcinek poświęcony kilku ciekawym postaciom, które pojawią się w budynku na ulicy Ochotnyj Riad w Moskwie.