Archiwum kategorii: Bez kategorii

Broń nasza powszednia

Rosja plasuje się w pierwszej trójce – obok Stanów Zjednoczonych i Chin – światowych potentatów rynku broni. W ubiegłym roku zarobiła na sprzedaży za granicę broni i sprzętu wojskowego 8,6 mld dolarów.

Choć cała gospodarka rosyjska przeżywa od półtora roku ostry kryzys, zbrojeniówka ma się doskonale: portfel zamówień na produkcję zakładów zbrojeniowych, jak podaje tygodnik „The New Times”, opiewa na okrągłą sumkę 34 mld dolarów, czyli na kilka lat naprzód branża może się nie niepokoić o swój los.

Te dane odnoszą się do oficjalnego obrotu, a, jak twierdzą eksperci, pozostaje jeszcze w tej sferze długa smuga cienia. Kilka miesięcy temu świat pasjonował się pewnym statkiem o nazwie Arctic Sea, który wedle oficjalnych papierów wiózł drewno z Finlandii do Afryki, a na Bałtyku został rzekomo uprowadzony przez szpiegów w masce. Do prasy przeciekły domniemania, że statek wiózł rosyjskie rakiety do Iranu. Domniemań nie potwierdzono ani nie zdementowano. Atmosferę podgrzewały dziwne zabiegi wokół statku, wiadomości o udziale izraelskich tajnych służb w „przejęciu” ładunku, sekretna wizyta izraelskiego premiera w Moskwie, odcięcie od mediów wszystkich, którzy jakkolwiek brali udział w tej historii. Dziennikarz, który na konferencji prasowej powiedział o dziwnym rejsie Arctic Sea, wolał wyjechać z Rosji, kierując się względami bezpieczeństwa.

Od czasu do czasu światowe media przypominają o sprawie Rosjanina Wiktora Buta, zatrzymanego w Tajlandii w 2008 roku na podstawie listu gończego Interpolu. O jego ekstradycję zabiegają USA (chcą go sądzić m.in. za dostawy broni dla kolumbijskich rebeliantów; tajlandzki sąd odmówił ekstradycji, strona amerykańska przedstawiła nowe dowody). Wiktor But jest bardzo znaną postacią. Jego wyczyny w dziele obdarzania szerokiego spektrum wojującej części ludzkości wszelaką bronią, sposoby działania, brawurowe rajdy itd. stały się podstawą amerykańskiego filmu fabularnego „Pan życia i śmierci” (w rolę Buta wcielił się Nicolas Cage). Tytuły publikacji prasowych i książek na jego temat brzmią równie imponująco: „Uzbroił cały świat”, „Listonosz śmierci”, „Handlarz śmiercią”. W pierwszych latach po rozpadzie ZSRR zaopiekował się radziecką bronią, która pozostała bez kontroli. Broń trafiała m.in. do Sudanu, Afganistanu, Liberii, Sierra Leone. W rosyjskich mediach od momentu aresztowania Buta pojawiają się doniesienia o zakulisowych zabiegach rosyjskiej dyplomacji, aby „wyjąć” Buta z tajlandzkiego więzienia i spod obcej jurysdykcji, a pod koniec lutego br. oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MSZ oznajmił, że Federacja Rosyjska będzie nadal podejmować wszelkie możliwe kroki na rzecz uwolnienia Buta. Ten były funkcjonariusz KGB i sprawny komiwojażer, wożący w walizce kontrakty na zakazany asortyment, na pewno dużo wie o tym segmencie czarnego rynku. W wielu publikacjach pojawiają się sugestie, że byli towarzysze z „Firmy”, również czerpiący zyski z nielegalnych operacji, byli dobrą „kryszą” Buta, który czuł się dzięki ich opiece bezkarny i bezpieczny.

W grudniu 2009 roku ekspert szwedzkiego instytutu SIPRI powiązał zatrzymanie w Bangkoku samolotu Ił-76, przewożącego 30 ton broni, z działalnością Wiktora Buta i Serba Tomislava Damjanovicia. But zareagował błyskawicznie: „nie mam z tym nic wspólnego”. O co chodziło z tym Iłem? Według szwedzkiego eksperta należał on do Damjanovicia, a przedtem firmy powiązanej z Butem i od dawna był używany do przewożenia broni według wypracowanego schematu. Samolot leciał z Phenianu do… no, właśnie, nie bardzo wiadomo – może do Pakistanu, a może na Sri Lankę, a może – jak sugerują komentatorzy – do Teheranu. Czy to jedyny samolot wożący nie objętą ewidencją broń do objętych embargiem krajów? Zapewne nie. Chociaż obecnie transportowanie takich „lewych” ładunków drogą powietrzną nie jest rozpowszechnione – 80 procent „szarych” i „czarnych” dostaw broni odbywa się bowiem drogą morską.

Rosyjska broń „zasila” wiele konfliktów na świecie. Broń z napisami cyrylicą walczy na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w Ameryce Łacińskiej. Ta dostarczana legalnie, na podstawie oficjalnych kontraktów międzypaństwowych, i ta nielegalna.

Według danych rosyjskiego MSW, w 2009 roku intensywnie poszukiwano na terytorium Federacji Rosyjskiej 217 tysięcy jednostek broni, wśród nich 70 przenośnych kompleksów rakietowych i trzech tysięcy granatników. „A to tylko broń, której zaginięcie zostało zgłoszone” – pisze Anatolij Szatrow w „The New Times”.

Coraz rzadsze metale

Nowe to tylko dobrze zapomniane stare, jak uczy mądrość ludowa. O nie do końca wyjaśnionych poczynaniach zastępcy mera Petersburga ds. kontaktów z zagranicą na początku lat 90. swego czasu pisały gazety. Od 2000 roku nie piszą. Może dlatego że wicemer został wtedy prezydentem i w Rosji wkrótce zaczęła w mediach obowiązywać zasada: o prezydencie albo nic, albo dobrze.

Tymczasem teraz ni z tego ni z owego po stare gazety i dokumenty w swoim archiwum sięgnęła Marina Salje, była deputowana petersburskiej rady miejskiej. Przez dziesięć lat nie odzywała się, siedziała gdzieś na odludziu w pskowskiej guberni. Ostatnio zabierała głos przed wyborami prezydenckimi 2000 roku, kiedy mówiła to samo, co powtarza dziś. A mianowicie: w 1992 roku w ramach prac komisji specjalnej petersburskiej rady miejskiej Salje, analizując dokumenty merostwa „północnej stolicy”, doszła do wniosku, że na podstawie podpisanych przez wicemera Petersburga Władimira Putina i jego zastępcę Anikina dokumentów wywieziono za granicę metale ziem rzadkich i inne surowce na sumę ponad stu milionów dolarów. Były to kontrakty barterowe (według słów Mariny Salje, kontrakty zawierano za pośrednictwem podstawionych jednodniowych firm na podstawie licencji wystawianych przez Putina, choć Putin nie miał prawa do wydawania licencji). W zamian miasto miało otrzymać dostawy żywności. Nie otrzymało. Co się stało ze stoma milionami? Nie wiadomo. Raport komisji Mariny Salje trafił wtedy do prokuratury i zarządu kontroli administracji prezydenta. Ale śledztwo utknęło w martwym punkcie, a Putin nie dość że nie został zdjęty, co postulowała komisja, to jeszcze dostał „kopa w górę”.

Nic nowego, nieprawdaż? O dziwnych interesach Władimira Putina w czasach jego pracy w merostwie Petersburga gazety w latach dziewięćdziesiątych pisały otwartym tekstem. Później sprawa wypływała i znów zanurzała się po szyję. W ostatnich latach to był temat tabu.

Marina Salje stwierdziła, że przypomniała całą sprawę w związku z okrągłą, dziesiątą rocznicą śmierci mera Petersburga – Anatolija Sobczaka, mentora i patrona Putina. I Dmitrija Miedwiediewa poniekąd też (jako młody prawnik z ambicjami doradzał merostwu przy wielu transakcjach, nie tylko związanych z metalami ziem rzadkich). Z okazji tej rocznicy telewizja pokazała film o Sobczaku, w którym poczesne miejsce zajęły dwa wywiady: wdowy po Sobczaku, Ludmiły Narusowej (deputowanej, businesswoman) z Władimirem Putinem oraz córki, Ksieni Sobczak (wulgarnej lwicy salonowej, prowadzącej w telewizji różne programy rozrywkowe o wątpliwej zawartości etycznej, bohaterki skandali towarzyskich) z Miedwiediewem. A Salje stwierdziła, że nie może pozostawić tego ulukrowanego panegiryku bez niezbędnego komentarza. W wywiadzie dla Radia Swoboda zdementowała m.in. podawane przez interlokutorów żony i córki Sobczaka informacje o tym, że to Sobczak sprawił, że Leningrad zmienił nazwę na Petersburg. Salje podaje, że Sobczak był przeciwnikiem zmiany, a procedura ruszyła dopiero po referendum, w którym mieszkańcy miasta opowiedzieli się za przywróceniem starej nazwy.

Zdaniem Mariny Salje, Sobczak – który stroił się w szaty demokraty, ale demokratą nie był – wtedy osobiście osłonił Putina i jego umowy barterowe. Ta sprawa mocno ich ze sobą związała. Jak przypomina dawna petersburska działaczka, Putin zrewanżował się Sobczakowi, kiedy tego pod koniec lat 90. ścigała prokuratura i wywiózł nielegalnie za granicę (o tej akcji wspominał w swojej książce „Prezydencki maraton” również Borys Jelcyn).

Wywiad Mariny Salje został wyemitowany przez niszową rozgłośnię i dostrzeżony tylko przez wąskie grono odbiorców. Jego treść nie dostała się do mediów o większym zasięgu rażenia. Ale jednak zaistniał. Można zadać pytanie: dlaczego? Dlaczego akurat teraz? Ideowa romantyczka, demokratka pierwszego zaciągu Marina Salje nie uczestniczy na pewno w dzisiejszych grach politycznych. Trudno przyszywać jej wystąpieniu jakieś dodatkowe uszy – ona sama uzasadnia je koniecznością skomentowania banialuk, które na temat Sobczaka i jego pracy w Petersburgu wygadują w telewizji najważniejsze osoby w państwie.

A jednak pytanie, dlaczego zdecydowała się przypomnieć o posiadaniu przez siebie archiwum z kompromitującymi dokumentami podpisanymi przez Putina właśnie teraz po dziesięciu latach milczenia, zawisa w powietrzu.

Wrażliwe moskiewskie nosy próbują od jakiegoś czasu wyłowić z ogólnego smrodku nad Kremlem powiewy nowych trendów. I każdy najmniejszy powiew jest natychmiast przez kremlinologów rozwałkowywany i brany pod światło. Wystąpienie Salje z jej przypomnieniem znanej, acz zapomnianej historii zostało odczytane jako potwierdzenie spiskowych teorii o osłabieniu pozycji Putina w rządzącym tandemie. A nawet jako zakamuflowany, ale czytelny dla adresata atak Miedwiediewa na Putina.

Niepodobna potwierdzić ani zaprzeczyć tym tezom komentatorów. Nie wiemy, co w kremlowskiej trawie piszczy – gdy wszystko jest hermetycznie zamknięte i odcięte od świata zewnętrznego, powstają teorie spiskowe. I to być może jedna z nich.

Czy ciąg dalszy nastąpi, czy sprawa znowu przycichnie na dziesięć lat? W końcu władcy Rosji mają teraz ważniejsze sprawy na głowie – jak by kryzysu było mało, jeszcze dzisiaj ruszyła w międzynarodowym sądzie w Strasburgu rozprawa „Jukos przeciwko Rosji”. Ale to temat na następne opowiadanie.

Rosyjski Dom i kac

W Rosji trwa żałobne rozdzieranie szat nad fatalnym występem reprezentacji na igrzyskach zimowych w Vancouver (Rosja zajęła dopiero jedenaste miejsce w nieoficjalnej klasyfikacji medalowej, to najgorszy rezultat w historii zimowych igrzysk). Prezydent Miedwiediew bardzo był dziś nieprzyjemny. Powiedział, że spodziewa się dymisji osób odpowiedzialnych za przygotowania sbornej do startów olimpijskich. Nie wymienił nazwisk.

Czyje głowy polecą? Może Leonida Tiagaczowa, szefa rosyjskiego komitetu olimpijskiego. Jak powszechnie wiadomo, nominację na tę lukratywną posadę Tiagaczow zawdzięcza temu, że swego czasu nauczył jeździć na nartach pewnego kochającego sport polityka, wtedy prezydenta, dziś premiera.

Dziennik „Nowyje Izwiestia” podpowiada, aby oprócz podsumowania wątpliwych zasług Tiagaczowa dla rosyjskiego ruchu olimpijskiego warto jeszcze uważnie przyjrzeć się księgom rachunkowym elitarnego Centrum Narciarskiego Leonida Tiagaczowa; „gdyby z taką samą miłością w Rosji budować szkoły mistrzostwa sportowego czy bazy treningowe dla sportowców, to może i rezultaty byłyby inne, ale na sport wśród dzieci pieniędzy nie ma, a na Centrum Tiagaczowa jakoś się znalazły”.

Trzeba jednak tu powiedzieć, że na przygotowania olimpijczyków pieniędzy nie skąpiono. Minister sportu Witalij Mutko (kolejna głowa kandydata do ścięcia) wyliczał, że na szkolenia, medycynę, sprzęt i in. wydano około 700 mln rubli (w latach 2008-2009 łącznie 1,8 mld). Tyle ministerstwo, a przecież każdy oligarcha ma „przyporządkowaną” dyscyplinę sportową, którą powinien regularnie sponsorować i bogacze za namową premiera sport chętnie finansują. Jak widać, nie tyle i nie tylko w pieniądzach problem.

W większości komentarzy w prasie i internecie powtarza się motyw, że Vancouver powiedziało okrutne „sprawdzam” nie tylko rosyjskiemu sportowi, ale rosyjskiemu systemowi w ogóle: „Przyczyna niepowodzeń w Vancouver jest lustrzanym odbiciem niepowodzeń Rosji w gospodarce: nawet w latach 2000., kiedy mieliśmy znakomitą koniunkturę ekonomiczną, nie dokonano przełomu. Totalny brak profesjonalizmu, zamiast realiów – PR, walka aparatczyków zamiast wolnej konkurencji, to wszystko owocuje z kolei kompletnym brakiem odpowiedzialności pionu władzy”.

Wielka gwiazda radzieckiego łyżwiarstwa figurowego Irina Rodnina komentowała: „Federacje powinny zajmować się selekcją, tymczasem kierownictwo włącza do drużyny swoich protegowanych, jeździ z nimi na komercyjne turnieje i zbiera pieniądze. W czasach ZSRR działacze sportowi nie pozwalali sobie wozić na wielkie zawody żon, kochanek i przyjaciół, a teraz to jest na porządku dziennym. Dla wielu kierowanie federacją sportową to rodzinny biznes, prywatny folwark”. Problem polega na tym, że takie reguły obowiązują nie tylko w federacjach sportowych: „tak żyje cały kraj, tyle że w sporcie to widać gołym okiem, da się wykazać i pokazać” – napisał jeden z blogerów.

Rosja miała w Vancouver dwa zadania: po pierwsze – starty i zdobywanie medali, po drugie – prezentację Soczi jako gospodarza kolejnych igrzysk (pierwsze zimowe igrzyska w subtropikach). W Vancouver działał z rozmachem tak zwany Rosyjski Dom, w którym występowały masami gwiazdy estrady i eksportowe zespoły folklorystyczne, odbywały się prezentacje i spotkania VIP-ów. Gubernator Kraju Krasnodarskiego (w tym regionie położone jest Soczi), Aleksandr Tkaczow mógł w Rosyjskim Domu z przyjemnością zaprezentować świetne włoskie buty. A w barze przez cały czas lało się morze wódki, jako zakąskę przewidziano, oczywiście, kawior.

Miało być hucznie, wesoło, po pańsku, wszyscy mieli patrzeć na Rosję z podziwem. A wyszło jak zawsze: i po igrzyskach, i po wódce w barze Rosyjskiego Domu pozostał mocny kac i tupot białych mew.

Fatum czy błąd systemu?

Igrzyska w Vancouver jeszcze się nie skończyły, ale goryczy rosyjskich kibiców nic już nie osłodzi – jadąca jeśli nie po zwycięstwo, to w każdym razie po dobry wynik w pierwszej trójce-piątce w ogólnej klasyfikacji medalowej kadra Federacji Rosyjskiej wraca na tarczy. Przed wyjazdem w rosyjskiej telewizji urządzono partyjno-państwowe show: olimpijczycy spotkali się z premierem Putinem, który z uśmiechem dobrego ojca wyprawiał sportowców po zwycięstwa. Rytuał odprowadzania olimpijczyków „w put’-dorogu” dopełniła bezprecedensowa uroczystość quasi-religijna: w głównej świątyni Rosji – Chramie Chrystusa Zbawiciela w Moskwie patriarcha Cyryl udzielił błogosławieństwa zawodnikom w narodowych dresach (komentator rozgłośni „Echo Moskwy” porównał tę ceremonię do rytuałów wysp Polinezji). Jednym słowem – rosyjscy olimpijczycy zostali wysłani do Vancouver zaopatrzeni i przez władzę świecką, i przez władzę duchowną. Mieli po pierwsze pokazać klasę reszcie świata, po drugie zapowiedzieć, że w Soczi (gdzie mają odbyć się kolejne zimowe igrzyska) to dopiero pokażą klasę. Zorganizowanie igrzysk w Soczi jest oczkiem w głowie pana Putina, stąd osobiste zaangażowanie w sprawy sportów zimowych.

Tymczasem kolejne dni igrzysk przynosiły rosyjskiej reprezentacji kolejne rozczarowania. Oczekiwane medale wymykały się rosyjskim sportowcom z rąk. Kulminacją rozczarowania była przegrana drużyny hokejowej z Kanadą w ćwierćfinale turnieju – przecież rosyjscy hokeiści po ostatnich zwycięstwach w mistrzostwach świata byli uważani za żelaznych kandydatów do medalu z najszlachetniejszego kruszcu. Trener sbornej Anatolij Bykow ogłuszony krytyką i dochodzącymi zewsząd szlochami powiedział, że teraz należy na placu Czerwonym ustawić gilotyny i ściąć po kolei głowy zawodnikom i trenerom.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów rosyjska biegaczka nie zdobyła złotego medalu w narciarskich biegach. Apetyty medalowe musieli też poskromić łyżwiarze figurowi przez dziesięciolecia nokautujący rywali na tafli. Na dodatek na niesportowe komentarze pozwolił sobie po przegranej solista Jewgienij Pluszczenko, sugerujący odmienną orientację seksualną zwycięzcy – amerykańskiego łyżwiarza – jako główny powód jego ładnej jazdy, co rzekomo bardziej spodobało się sędziom niż „męskie” skoki Rosjanina. Pluszczenko był typowany na złotego medalistę, jako jedyny w konkursie wykonał skok poczwórny, ale sędziowie wyżej ocenili program Amerykanina Lysacka (wykonał więcej potrójnych skoków w drugiej fazie programu, co jest wyżej punktowane). Jewgienij miał już zakończyć karierę – zresztą znakomitą karierę z medalami olimpijskimi i mistrzostw świata i Europy – ale na zasadzie „ojczyzna w potrzebie” powrócił z politycznych (był deputowanym petersburskiego parlamentu) i towarzyskich ścieżek (życie osobiste łyżwiarza, jego małżeństwa-rozwody i in. było jednym z ulubionych tematów „glamouru”). „Jaki tam potrójny aksel-smaksel! Pluszczenko od dawna już nie jest łyżwiarzem, jest jednym z symboli naftowej Rosji epoki sto czterdzieści dolarów za baryłkę, Rosji, która wstaje z kolan i zaczyna wydawać gniewne pomruki” – napisał satyryk Wiktor Szenderowicz w felietonie „Pluszczenko jako symbol”.

Kiedy opada gorzka piana na piwie porażek, czas na refleksję. Działacze sportowi – dobrze wykarmiona kasta „nietykalnych” – ewidentnie wpadli w panikę. Znać przecież, że najwyżsi decydenci będą musieli wyciągnąć wnioski. Zapowiedział to wyraźnie wczoraj premier Putin podczas uroczystego otwarcia centrum dżudo w Tiumeniu. Prezydent Miedwiediew miał jechać do Vancouver – początkowo zapowiadano jego wizytę na 26, potem 27 lutego, potem mówiono o przybyciu na zamknięcie igrzysk. W końcu prezydencka kancelaria wydała komunikat, że prezydent nigdzie nie leci i w ogóle nigdzie się nie wybierał.

Rozgrzane do czerwoności odgórne sygnalizatory mobilizacji patriotycznej wyższości trzeba teraz gwałtownie studzić.

Specjaliści od sportu będą musieli gruntownie przeanalizować błędy w szkoleniu zawodników. W jednym z talk-show rosyjskiej telewizji próbowano postawić diagnozę – skąd tak wyraźny spadek formy rosyjskich sportowców, nadmuchanych do niemożliwości przez rodzimą propagandę sukcesu. Jednym z gości programu (za pośrednictwem telemostu) był panczenista Iwan Skobriew, zdobywca srebrnego i brązowego medalu w Vancouver. Pytany o program przygotowań, który przyniósł mu olimpijskie medale, Skobriew prostolinijnie odpowiedział: „Pojechałem trenować do Włoch, jestem bardzo wdzięczny moim włoskim trenerom, którzy nauczyli mnie pracy. Bo droga do sukcesu prowadzi przez wytężoną pracę. Włosi nauczyli mnie, jak pracować bez wytchnienia”. Dociekliwa dziennikarka próbowała dowiedzieć się, czy sukcesy Skobriew zawdzięcza właśnie temu, że trenował poza „rosyjskim systemem”. Jej pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Co to za dzień?

23 lutego w Rosji obchodzony jest oficjalnie jako Dzień Obrońcy Ojczyzny, a nieoficjalnie jako „Dzień Wszystkich Mężczyzn”. Dlaczego akurat 23 lutego? Co się stało w ten dzień, że armia rosyjska – a wcześniej Armia Radziecka (jeszcze wcześniej – Czerwona) – tego dnia ma swoje święto? Ano, nic. Historycy mają z tym problem. Ani to rocznica decydującej bitwy, ani rocznica powstania Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (RKKA). W czasach ZSRR stworzono mit, zgodnie z którym 23 lutego 1918 roku w okolicach Narwy miała się odbyć bitwa świeżo sformowanej dekretem władzy rad armii RKKA z Niemcami. Kroniki milczą wprawdzie o tej bitwie, ale w czasach sowieckich nikt specjalnie nie dociekał, co i jak. Symbolicznie to były „urodziny Armii Czerwonej”. No i tak zostało. Świetna okazja, żeby poświętować, rozdać ordery, wypłacić premie generałom, przedefilować zwartym szykiem, a wieczorem ucztować, oglądać uroczyste „saluty”, „obmywać” ordery stare i nowe, odbierać życzenia i tradycyjne prezenty od łaskawych tego dnia wyjątkowo kobiet.

Dziś w samej tylko Moskwie odbędzie się 160 imprez związanych z Dniem Obrońcy Ojczyzny. Prezydent Miedwiediew wraz ze świtą złożył kwiaty przy wiecznym ogniu (przewiezionym dziś uroczyście z Pokłonnej Góry, gdzie ogień płonął przez kilka ostatnich miesięcy, podczas remontu Grobu Nieznanego Żołnierza pod murami Kremla). W telewizji pokazano wizytę prezydenta w nowo oddanym mieszkaniu, przekazanym rodzinie młodego porucznika w ramach programu „Mieszkanie dla oficera” (do 2012 roku program przydzielania służbowych mieszkań wojskowym ma być realizowany w stu procentach). „Mieszkaliśmy w tak strasznie trudnych warunkach, że teraz bardzo nam się podoba” – wyznała żona wojskowego. A wieczorem w Teatrze Rosyjskiej Armii prezydent zapowiedział dalsze modernizowanie sił zbrojnych („obecnie Rosja zajmuje się łataniem dziur”) i wskazał na konieczność zmian („w armii powinni służyć wykształceni ludzie, którzy są w stanie wykonywać najbardziej złożone działania bojowe. Zwycięża ten, kto ma moralną siłę”). Nie wszyscy akceptują zamiar zreformowania sił zbrojnych. Reforma wiąże się z dużymi redukcjami, a to na pewno wywołuje niezadowolenie. Niezadowoleni twierdzą, że Rosja, która powinna być przygotowana do hipotetycznej wojny z Chinami czy USA, nie ma odpowiedniej armii, która poradziłaby sobie z tymi wyzwaniami, a reforma jeszcze problemy pogłębi. Zadowoleni z kolei wskazują, że dzięki przezbrojeniu i reformie armia się unowocześnia i jest w stanie wykonać wszystkie zadania, jakie postawi przed nią kierownictwo kraju.

Komuniści zorganizowali własne obchody – w kilku miastach zwołali demonstracje protestu przeciwko reformie armii, przewidującej między innymi spore redukcje. Zdaniem komunistów reforma doprowadzi do unicestwienia rosyjskich sił zbrojnych. Wznoszono hasła: „Armia to nie bazar”, „Dość zgubnych reform”, a także „Putin do dymisji”. Przemawiający na wiecu w Moskwie lider komunistów Giennadij Ziuganow odwoływał się przede wszystkim do wielkich zwycięskich dokonań Armii Radzieckiej w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Dwie republiki Federacji Rosyjskiej obchodzą dziś inną rocznicę – 23 lutego 1944 roku rozpoczęto na rozkaz Stalina akcję deportacji Czeczenów i Inguszy, kaukaskie narody zostały przez generalissimusa oskarżone o współpracę z niemieckim okupantem i wywiezione do Kazachstanu i Kirgizji. 23 lutego to w Czeczenii i Inguszetii dzień żałoby. W drodze i podczas wieloletniego wygnania zginęło dziesiątki tysięcy ludzi, łącznie wywieziono około półtora miliona. Ale o tej rocznicy – zwłaszcza w dzień szumnego święta obrońcy ojczyzny – w pozostałej części kraju wspomina się niechętnie. W mediach królują relacje z oficjalnych uroczystości, telewizja nadaje stare i nowe filmy o „wielkiej i niezwyciężonej”. Pierwyj Kanał, najpopularniejsza stacja rosyjskiej telewizji, właśnie zaczyna emisję nowego, zrealizowanego z wielkim rozmachem serialu „Snajper. Oręż zemsty” z udziałem gwiazd ekranu. Akcja zaczyna się w Stalingradzie w 1942 r.

Na 49 lat, jak dobrze pójdzie

Wizyta abchaskiego prezydenta Siergieja Bagapsza w Moskwie przypadła na dzień znaczący – dokładnie dwieście lat temu abchaski książę schronił się pod opiekę rosyjskiego cara przed agresją Turcji. Obecny protektorat Rosji nad Abchazją – której niepodległość uznały dotychczas trzy państwa (Rosja, Nikaragua i Nauru, tak, tak, jest takie państwo) – obliczony jest na ochronę przed agresją gruzińskiej soldateski sprzymierzonej z NATO.

Głównym rezultatem wizyty jest zawarcie porozumienia o utworzeniu w Abchazji rosyjskiej bazy wojskowej, która liczyć ma 1700 żołnierzy (w razie zaostrzenia sytuacji liczebność wojsk może być podwojona). To logiczna kontynuacja podpisanej we wrześniu ubiegłego roku umowy o współpracy wojskowej, która dawała Rosji możliwość zbudowania i wykorzystywania infrastruktury bazy wojskowej na terytorium Abchazji oraz stworzenia wspólnej grupy wojsk zarówno w czasach pokoju, jak i podczas wojny. Sztab nowej bazy ma się mieścić w Gudaucie (około czterysta kilometrów od Tbilisi), niektóre obiekty także w Oczamczire nad Morzem Czarnym i w innych miejscach republiki. Porozumienie ma obowiązywać 49 lat, z możliwością przedłużenia. Rosja nie będzie płacić za użytkowanie bazy, za to bezpłatnie dostarczy Abchazji broń i sprzęt wojskowy oraz przygotuje abchaskie kadry wojskowe. Jak oświadczył rosyjski ambasador w Suchumi, w tym roku bezzwrotna finansowa pomoc Rosji dla Abchazji wyniesie 1,9 mld rubli, na bazy w 2010 r. Moskwa przeznaczy 15-16 mld rubli plus kilka miliardów na infrastrukturę graniczną i drogi (rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa stacjonuje na granicach lądowej i morskiej).

Na wizytę i podpisanie porozumień wojskowych ostro zareagowało Tbilisi. Moskiewscy rozmówcy natomiast ze swej strony przypomnieli, że kochają naród gruziński, ale z Saakaszwilim rozmawiać nie będą, gdyż „ma ręce po łokcie we krwi”. Już nie po raz pierwszy prezydent Rosji przypomina, że stosuje podział na złe władze i dobry naród gruziński, zapominając przy tym, że ten dobry naród sam sobie wybrał te złe władze. Ale na razie czeka, aż Saakaszwili zejdzie ze sceny, od czasu do czasu przypominając, że ręki mu nie poda.

Przedstawiciele NATO uznali moskiewskie porozumienia wojskowe z Abchazją za pozbawione podstaw prawnych i wezwali Rosję do wykonania postanowień porozumienia o zawieszeniu broni (Moskwa zobowiązała się w nim do wycofania wojsk na pozycje sprzed 8 sierpnia 2008 roku). Rosja nie zwróciła uwagi na to oświadczenie natowców. Nic nie wskazuje, by zamierzała odmawiać sobie przyjemności zwiększania własnej obecności wojskowej w Abchazji i Osetii Południowej.

Olimpijski niepokój

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów rosyjska para sportowa w jeździe figurowej na lodzie na zimowych igrzyskach olimpijskich nie zdobyła złotego medalu. Mało tego – nie zdobyła żadnego medalu. Dla rosyjskich kibiców to wydarzenie epokowe, a właściwie – koniec pewnej epoki. Epoki nieprzerwanych sukcesów wielkiej radzieckiej-rosyjskiej szkoły łyżwiarstwa figurowego, która zawsze kładła nacisk nie tylko na technikę, ale także nienaganne przygotowanie baletowe, plastykę i piękno kompozycji.

Przypadkiem czy nie – telewizja rosyjska nadała dziś film o jednym z autorów tych sukcesów: trenerze Stanisławie Żuku, spod którego ręki wyszła niejedna para mistrzów i wielu solistów. Był pierwszym trenerem m.in. supergwiazdy radzieckiego łyżwiarstwa Iriny Rodninej. Wielka Irina Konstantinowna obchodziła niedawno huczny jubileusz sześćdziesięciolecia. Po latach emigracji za oceanem kilka lat temu wróciła do Rosji i zaangażowała się w życie publiczne – sportowe i polityczne (jest członkiem „partii władzy” Jednej Rosji). Występy Rodninej z Aleksiejem Ułanowem, a potem – zwłaszcza – z Aleksandrem Zajcewem, ich wspaniałe, odkrywcze, pionierskie programy, medale na mistrzostwach Europy, świata, igrzyskach olimpijskich oglądali kibice na całym świecie z zapartym tchem. Do historii przeszedł występ duetu Rodnina-Zajcew „pod Kalinkę”, kiedy wysiadła muzyka, a łyżwiarze dokończyli program bez muzyki. I bez błędu. Po wycofaniu się znakomitej pary Rodnina-Zajcew najwyższe stopnie podium na najważniejszych zawodach zajmowali nieodmiennie inni radzieccy, potem rosyjscy mistrzowie: Czerkasowa-Szachraj, Gordiejewa-Grińkow, Totmianina-Marinin i inni. Podczas wczorajszych zawodów rosyjska para sportowa Yuko Kavaguti i Aleksandr Smirnow zajęła dopiero czwarte miejsce. Nie błysnęli, nie zaprezentowali klasy mistrzowskiej. Po zawodach mówili, że zjadły ich nerwy…

Teraz wszyscy trzymają kciuki za solistę – Jewgienija Pluszczenkę, jedynego w tej chwili spośród rosyjskich łyżwiarzy figurowych, który ma szansę walczyć o olimpijskie złoto.

Na razie bez większych zmian

Tym razem wizyta premiera Izraela Benjamina Netanjahu w Moskwie była jawna i oficjalna – w przeciwieństwie do ostatniej, sekretnej i nieoficjalnej, do której doszło we wrześniu ubiegłego roku w związku z kryzysem wokół tajemniczego ładunku wiezionego przez statek Arctic Sea (jak ujawniły izraelskie media, Netanjahu odwiedził wtenczas Rosję, by domagać się zawrócenia dostaw do Iranu rosyjskich systemów S-300, jakie jechały rzekomo tajemniczym statkiem).

Celem głównym obecnej wizyty Netanjahu jest nakłonienie Kremla do poparcia poważnych międzynarodowych sankcji wobec Teheranu, które miałyby zapobiec stworzeniu irańskiej bomby atomowej. Wszystko wskazuje na to, że izraelskiemu premierowi nie udało się wydusić z prezydenta Miedwiediewa obietnicy, że Rosja poprze w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucję o sankcjach. Rosja ma do ukręcenia z Teheranem własne gospodarcze lody. Kilkakrotnie wprawdzie wysoko postawieni rosyjscy politycy dawali do zrozumienia, że Moskwa mogłaby przyłączyć się do sankcji, ale zaraz obwarowywano to warunkami i zapowiedziami, że to ostateczna ostateczność. Jak donoszą agencje, sprawa sprzedaży S-300 Iranowi również została zawieszona na kołku – Rosja zapewnia, że wszelkie dostawy są w pełni legalne, a kompleksy S-300 mają charakter defensywny. Podczas moskiewskich rozmów, jak piszą media, strona rosyjska zapewniła, że weźmie pod uwagę stanowisko Izraela w tej kwestii, ale… sorry Winnetou, biznes to biznes.

W relacji telewizji rosyjskiej ze spotkania Netanjahu-Miedwiediew te dwa najważniejsze tematy rozmów wymieniono jedynie mimochodem wśród punktów, jakie zostały dzisiaj poruszone. Na plan pierwszy wyciągnięta została sprawa pełnego zrozumienia obu stron dla konieczności przeciwstawienia się próbom zafałszowania historii (Izraelowi zależy na potępieniu Ahmadineżada za negowanie Holocaustu, Rosji – na przeciwstawieniu się tym, którzy podważają „rezultaty II wojny światowej”). 

Nie wspomniano ani słowem o jeszcze jednym drażliwym temacie w stosunkach dwustronnych: niedawnej wizycie w Moskwie lidera Hamasu Khaleda Mashala.

To jeszcze nie koniec wizyty: jutro zaplanowano spotkanie Netanjahu z Władimirem Putinem. Komentatorzy sugerują, że Moskwa powinna się ostro targować i poparcie dla sankcji przeciwko Iranowi zamienić na korzystne kontrakty (które co najmniej zrekompensowałyby ewentualne straty z powodu zerwania kontraktów rosyjsko-irańskich). Jeden z ekspertów cytowanych przez dziennik „Niezawisimaja Gazieta” wskazuje: „Zachód – aby zyskać poparcie Rosji w sprawie Iranu – mógłby pomyśleć o zmianie swojej polityki na obszarze postradzieckim. Partnerzy Moskwy mogliby wyciągnąć odpowiednie wnioski odnośnie celowości zbudowania gazociągu Nabucco i wziąć pod uwagę to, dlaczego Gazprom nie bierze w nim udziału”.

Kombinacja, jak widać, piętrowa. Zresztą ewentualne przekonanie Moskwy, że powinna przyłączyć się do antyirańskich sankcji jeszcze nie kończy tematu: przeciwko sankcjom są wszak Chiny. I Moskwa dobrze o tym wie. Ale jak tu nie potargować się w tak sprzyjającym momencie?

Nowy tekst w starym segregatorze

Mniej więcej co dziesięć lat Rosja ogłasza nową doktrynę wojenną. Biurokracja ma swój kalendarz i w tej dziedzinie. Na ogół zmiany w kolejnych dokumentach nie są rewolucyjne: założenia polityki zagranicznej i obronnej oraz użycia dla ich realizacji sił zbrojnych (w tym broni jądrowej) pozostają niezmienne lub podlegają niewielkim fluktuacjom. W opublikowanej najnowszej wersji doktryny zwraca uwagę jedno: najważniejsze sformułowania doktryny mają wyraźnie antyzachodni, antynatowski wydźwięk. Natomiast z pola widzenia rosyjskich strategów całkowicie zniknęła reszta świata (w tym np. Chiny, istnienia których na mapie Rosja zdaje się nie dostrzegać, a co widziała jeszcze przytomnie w doktrynie z 2000 roku).

Akcent położono na „bieżączce”: NATO nie może zbliżać się do granic Rosji, gdyż to zagraża jej bezpieczeństwu; USA i niektóre kraje europejskie powinny wreszcie pójść po rozum do głowy i zaniechać prób rozkładania takich czy innych elementów tarczy antyrakietowej; a najlepiej byłoby, gdyby wojskowi i politycy europejscy skromnie pochylili głowy nad planem Miedwiediewa przewidującym nowy ład bezpieczeństwa europejskiego. A ów plan Miedwiediewa – dość enigmatycznie i opływowo sformułowany dokument, podsuwany od roku przed oczy Europejczykom – przewiduje skrępowanie wszelkich działań NATO na kontynencie europejskim, w szczególności w pobliżu granic Rosji.

Przez ostatnie kilka miesięcy Rosja wysyłała ostre sygnały, wskazujące na zamiar umieszczenia w doktrynie wojennej bulwersującego zapisu o prewencyjnym użyciu broni jądrowej (straszył tym szef Rady Bezpieczeństwa Rosji, Nikołaj Patruszew, dawny druh Putina z Federalnej Służby Bezpieczeństwa). Tymczasem w dokumencie znalazły się standardowe sformułowania: Rosja zostawia sobie prawo do użycia broni jądrowej w razie ataku atomowego na terytorium jej lub sojusznika, a także w razie ataku siłami konwencjonalnymi w skali zagrażającej istnieniu państwa. Tyle w jawnym dokumencie – Miedwiediew podpisał jeszcze jeden dokument niejawny, w którym określone zostały „podstawy polityki państwa w dziedzinie powstrzymywania jądrowego do roku 2020”.

Można by powiedzieć: nic nowego pod słońcem. Rosyjska generalicja może teraz otwarcie fukać i nie lubić NATO, jak za dawnych lat, kiedy nie próbowano imitować pojednawczego dialogu. Na powrót do starej retoryki wskazuje też reakcja na zapowiedzi budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Rumunii: protesty Moskwy już są głośne i ostre, a zapewne będą się nasilać w miarę, jak projekt zacznie nabierać rumieńców (o ile zacznie). Najlepiej spetryfikować istniejący stan rzeczy i żeby nikt nie oddychał, a tym bardziej nie ruszał się i niczego nie przesuwał, zwłaszcza w pobliżu zachodnich granic Federacji Rosyjskiej. O wschodnie granice Moskwa najwidoczniej jest spokojna. Nowa doktryna nie widzi żadnych zagrożeń z tego kierunku.

Osinowa Rzeczka gdzieś daleko stąd

Sąd rejonowy w Chabarowsku na rosyjskim Dalekim Wschodzie zasądził na rzecz czterech mieszkańców osady Osinowaja Rieczka odszkodowania za utracone kilkuhektarowe działki. Rzecz, można by rzec, codzienna, gdyby nie jedna mała okoliczność: występujący z powództwem mieszkańcy osady upomnieli się o rekompensaty za ziemie na wyspach Bolszoj Ussurijskij i Tarabarow w pobliżu Chabarowska (na pogranicznych rzekach Amur i Ussuri), które Federacja Rosyjska przekazała Chińskiej Republice Ludowej 14 października 2008 roku. Przekazanie 170 km kwadratowych ziem na wyspach nastąpiło na mocy porozumienia rosyjsko-chińskiego podpisanego cztery lata wcześniej (przez te cztery lata trwały prace demarkacyjne na granicy). Działki straciło około siedemdziesięciu farmerów, do sądu po sprawiedliwość udało się na razie czterech. W pozwie pokrzywdzeni zwracali uwagę na to, że nie dość, że nikt ich nie uprzedził o zmianie statusu państwowego ich gruntów (pewnego pięknego dnia nie zostali po prostu przepuszczeni przez pograniczników), to jeszcze nadal naliczany im jest podatek od tych „zagranicznych” gruntów.

O wyspy Bolszoj Ussurijskij i Tarabarow na granicznych rzekach Rosja i Chiny toczyły spory od co najmniej dwustu lat. W latach sześćdziesiątych na wyspach znajdowały się radzieckie „ukrieprajony” o znaczeniu strategicznym, od tego, do kogo należały wyspy, zależała żegluga na Amurze i Ussuri na tym odcinku. Spór radziecko-chiński o graniczne wyspy (ZSRR odmówił przekazania tych wysp Chinom, przez co zerwano rozmowy o uregulowaniu granicy) rozgrzał się do tego stopnia, że omal nie doszło do wojny. Poważne incydenty zbrojne miały miejsce na wyspie Damanskij. Do pierestrojki temat przynależności wysp był zamrożony. A potem zaczęła się znowu przyjaźń. Zawarty w 1991 r. układ graniczny (regulacja wschodniego odcinka o długości 4300 km) dzielił wyspy na granicznych rzekach (na Ussuri i Amurze znajduje się kilkaset wysp i wysepek różnej wielkości) – jedne miały przypaść Rosji, inne Chinom. ChRL otrzymała m.in. słynną wyspę Damanskij. Miejscowa ludność i lokalni politycy głośno protestowali wtedy przeciwko oddawaniu Chinom „rdzennie rosyjskich ziem”. W 2004 roku, kiedy Władimir Putin zawarł porozumienie o granicy z Chinami, oddające m.in. pół wyspy Bolszoj Ussurijskij i wyspę Tarabarow, było cicho jak makiem zasiał. Ratyfikacja w Dumie przeszła niezauważona, zero wątpliwości, zero dyskusji (zgodnie z maksymą przewodniczącego Dumy Borysa Gryzłowa „parlament to nie jest miejsce do dyskusji”). Chociaż nie – był jeden wyjątek. Pisze o nim Aleksandr Chramczichin, pilnie śledzący wydarzenia w stosunkach rosyjsko-chińskich (od czasu do czasu publikuje artykuły, wieszczące wojnę/napaść/ekspansję Chin na Rosję): „W całej Rosji znalazł się tylko jeden człowiek, który na drodze prawnej postanowił podważyć przekazanie Chinom rosyjskich ziem. Aleksandr Aładin z Samary zwrócił się z pozwem do Sądu Konstytucyjnego oraz z zapytaniami do MSZ i Dumy. MSZ odpowiedział Aładinowi bardzo grzecznie, opisał całą historię, jak się układała rosyjsko-chińska granica. I tylko w jednym miejscu odrobinkę odszedł od prawdy, pisząc, że wyspy Tarabarow i Bolszoj Ussurijskij zostały zajęte przez ZSRR w latach 20.-30. O protokołach z 1886 roku jakoś w MSZ zapomniano [protokoły ustanawiały rosyjską jurysdykcję nad wyspami]. Odpowiedź Sądu Konstytucyjnego brzmiała: „Sąd ma prawo rozpatrywać konstytucyjność międzynarodowych umów na podstawie zapytań instytucji/organów i osób, do których obywatele się nie zaliczają”. Zdaniem Chramczichina oddanie dwóch wysp – choćby i całkiem dużych – nie ma zasadniczego znaczenia wobec oddania połowy Rosji we władanie Chin na podstawie zawartego niedawno (październik 2009) porozumienia o realizacji programu współpracy regionalnej Syberii i Dalekiego Wschodu z przygranicznymi prowincjami Państwa Środka. Wskazuje, że program jest pomyślany tak, że w ChRL powstaną zakłady przetwarzające surowce pozyskiwane w rosyjskich prowincjach dalekowschodnich.

Temat alarmistycznych i kasandrycznych przepowiedni Aleksandra Chramczichina, przewidującego ewolucyjne pochłonięcie pustych rosyjskich przestrzeni przez sąsiada, nie został jakoś podjęty w centralnej prasie. Oficjalna propaganda serwuje lekkostrawne dania w postaci komunikatów o strategicznym partnerstwie z Chinami, które chcą kupować rosyjski gaz i ropę (służyła temu m.in. „surowcowa” wizyta premiera Putina w październiku ub.r.). Zdaniem krytyków polityki Kremla wobec Chin, Moskwa wybrała linię „potulnego, mądrego pogodzenia się z nieuniknioną chińską ekspansją na te ziemie”, po cichu, bez bicia piany w mediach i pytania kogokolwiek, czy to słuszna koncepcja. A może dla takiej koncepcji nie ma już alternatywy?

Tymczasem mieszkańcy osady Osinowaja Rieczka przygotowują kolejne pozwy. Póki co.