Archiwum kategorii: Bez kategorii

Serb i młot

22 listopada. Spotkali się gdzieś na parkingu, serdecznie przywitali. Jeden z mężczyzn włożył do swego samochodu plastikową torbę. Następnie panowie strzelili po kufelku piwa w pubie „Czarna Owca”. Jeden z mężczyzn odjechał, drugi jeszcze przez chwilę sprawdzał zawartość otrzymanej torby: wyjął plik banknotów, przeliczył. Tyle.

Film, na którym zarejestrowano spotkanie, pojawił się na kanale Youtube 17 listopada i wywołał tornado na serbskiej scenie politycznej. Mężczyzną, który przeliczał pieniądze, był wysoko postawiony serbski urzędnik, najprawdopodobniej podpułkownik w stanie spoczynku. Nie poznaliśmy jego nazwiska (prezydent Serbii podał tylko jego inicjały: Z.K.), na filmie jego twarz jest zamazana. Natomiast ten, który wręczał torbę z pieniędzmi, jest doskonale widoczny i rozpoznawalny. Poznaliśmy jego nazwisko i funkcję. To Gieorgij Kleban, oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego, pracujący od 2016 roku do niedawna w rosyjskiej ambasadzie w Belgradzie w charakterze attaché wojskowego. Wiadomo, że jakiś czas temu nagle, bez podania przyczyn opuścił terytorium Serbii.

Serbskie służby potwierdziły autentyczność nagrania, które najprawdopodobniej powstało w grudniu 2018 r. Głos zabrali serbscy politycy, w tym prezydent Aleksandar Vučić. Ujawnił, że Kleban nie był jedynym agentem rosyjskiego wywiadu wojskowego, który kontaktował się z serbskimi wojskowymi.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa jeszcze wczoraj zaperzała się, że opublikowanie filmu jest jawną prowokacją, która ma zepsuć stosunki rosyjsko-serbskie w przeddzień planowanego spotkania na najwyższym szczeblu. Jednak rzecznik rosyjskiego prezydenta był spokojny: stosunki rosyjsko-serbskie są tak dobre, że nic ich nie popsuje. Vučić nadal szykuje się, by odwiedzić Moskwę 4 grudnia zgodnie z planem i spotkać się z gospodarzem Kremla. Co ciekawe, w publicznych wypowiedziach podkreślał, że nie wini Putina o działalność szpiegowską rosyjskiego wywiadu, wyraził nawet przekonanie, że Władimir Władimirowicz nie wiedział o operacji rosyjskich służb na terytorium bratniej Serbii (sic). Niemniej zaznaczył, że Serbia wzmocni działania kontrwywiadowcze.

Vučić jeszcze wczoraj był mocno zaniepokojony skandalem szpiegowskim, dziś już – po spotkaniu z ambasadorem Rosji w Serbii – spokojnie zapewniał, że mimo afery polityka zagraniczna Serbii nie zmieni się, a stosunki z Rosją pozostaną wzorcowe. „Nie zamierzamy wstępować do NATO ani Organizacji o Bezpieczeństwie Zbiorowym, nadal będziemy państwem neutralnym. Będziemy też kroczyć ku integracji z UE, ale przy jednoczesnym zachowaniu dobrych kontaktów z Rosją i Chinami” – powiedział.

Minister spraw wewnętrznych Serbii tymczasem pojechał do Moskwy na konsultacje z sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Rosji, Nikołajem Patruszewem. Patruszew był rozmówcą przedstawicieli władz Serbii w 2016 r. po spartaczonej robocie rosyjskiego wywiadu w Czarnogórze (opisałam to szczegółowo na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/11/19/balkanski-lacznik/). Wtedy dzięki obserwacji przez funkcjonariuszy serbskich służb specjalnych Eduarda Szyszmakowa vel Szyrokowa prokuratura Czarnogóry udowodniła jego udział w przygotowaniu przewrotu przed wyborami parlamentarnymi w tym kraju.

Niebezpieczne związki historycznego rekonstruktora

14 listopada. Sobotni poranek w Petersburgu, nabrzeże rzeki Mojki, miejsce związane z literaturą („Zbrodnia i kara” Dostojewskiego – tuż obok znajdowało się mieszkanie starej lichwiarki) i historią (tu książę Jusupow dobijał Grigorija Rasputina). Pogoda w listopadzie w tym mieście skłania raczej do ubierania się w ciepłe palta i czapki, tymczasem mężczyzna, który kręci się nad rzeką, zdaje się nie zwracać uwagi na aurę. Może dlatego, że jest pijany. Ma w ręku torbę, którą w pewnym momencie wrzuca do rzeki. Chwieje się i zatacza, aż wreszcie sam wpada w lodowate nurty w ślad za torbą. Wyłowiony przez ratowników po kwadransie jest poważnie wyziębiony, ląduje więc w pobliskim szpitalu. Można by odetchnąć z ulgą – ot, historia, jakich wiele w Petersburgu: ktoś się upił, ktoś wpadł do wody, odratowano go, hurra, koniec. Tymczasem okazuje się, że w wydobytej z rzeki torbie dziwnego mężczyzny tkwią odrąbane kobiece ręce i pistolet. Policja w mieszkaniu niedoszłego topielca dokonuje kolejnego makabrycznego odkrycia: ciało młodej kobiety pocięte piłą na kawałki i przygotowane do wyniesienia.

Mężczyzną z torbą okazał się znany petersburski historyk, Oleg Sokołow, lat 63, wykładowca uniwersytetu, członek rady naukowej prestiżowego Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego, jeden z autorów koncepcji rekonstrukcji historycznych w odpowiednim kremlowskim sosie patriotycznym. Specjalizował się w epoce napoleońskiej. Podczas licznych rekonstrukcji najchętniej przebierał się za Napoleona, ze wszystkimi szamerunkami i złotymi orderami. Miał zwyczaj zachowywać się i wypowiadać jak władca, mówiono do niego „Sir”.

Ofiara – Anastasija Jeszczenko, lat 24, studentka i doktorantka Sokołowa, współpracownica, współautorka publikacji naukowych oraz partnerka życiowa. Zdaniem współpracowników, zapowiadała się świetnie jako badacz: miała pasję odkrywcy, doskonaliła warsztat, sięgając po nowe narzędzia i metody.

Sokołow przyznał się do zabójstwa. Zastrzelił Anastasiję 7 listopada po kłótni, ukrył jej ciało w jednym z pokoi. 8 listopada jak gdyby nigdy nic przyjmował w domu gości. Zakupił piłę i 9 listopada zabrał się za rozczłonkowania ciała ofiary. Najpierw wyniósł i wrzucił do rzeki odpiłowane nogi. Następnie wrócił po ręce. W zeznaniach podkreślał, że zamierzał pozbyć się ciała, a potem w mundurze Napoleona na oczach turystów zwiedzających Twierdzę Pietropawłowską popełnić spektakularne samobójstwo.

Po opublikowaniu informacji o makabresce nad Mojką w rosyjskich mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja. Przypomniano, że Sokołow od dawna miał zwyczaj wykorzystywać swoją pozycję wykładowcy, wystawiającego oceny studentkom, do sercowych podbojów; w 2008 r. jedna ze studentek, z którą łączył go romans, zgłosiła pobicie („Przywiązał mnie do krzesła i bił po głowie, groził, że przy pomocy żelazka spali mi twarz, dusił powrozem”), co doprowadziło do wstrząśnienia mózgu. Sprawie ukręcono jednak łeb – Sokołow miał możnych znajomych w odpowiednich miejscach, którzy oskarżeniom studentki o znęcanie się i bicie nie dali wiary. „A gdyby wtedy zareagowano, Anastasija by żyła” – podsumowała emocjonalnie pisarka Maria Arbatowa.

Wielu komentatorów na marginesie zabójstwa Anastasii poddało miażdżącej krytyce stosunki panujące na rosyjskich uczelniach, nawet tych prestiżowych jak uniwersytet petersburski: wykładowcy uwodzący studentki, atmosfera seksizmu, korupcja. Sokołow był podejrzewany o plagiat. Gdy studenci spytali go o to podczas wykładu, zostali na jego polecenie pobici. O plagiat oskarżył też Sokołowa kontrowersyjny historyk-amator, reżyser i bloger Jewgienij Ponasienkow. Sprawa trafiła do sądu, który przyznał rację Sokołowowi, Ponasienkow nie miał zamiaru złożyć broni, zapowiedział apelację. A teraz mówi, że ostrzegał przed Sokołowem, agresywnym maniakiem, ale nikt go nie chciał słuchać.

Jest jeszcze jeden aspekt, który wypłynął podczas emocjonalnych dysput o zabójstwie nad Mojką. Sokołow udzielał się w Rosyjskim Towarzystwie Wojskowo-Historycznym, był członkiem rady naukowej.

Towarzystwo to oczko w głowie ministra kultury Władimira Medinskiego, narzędzie do uprawiania polityki historycznej zgodnej z wymogami chwili i zadaniami wyznaczanymi przez Kreml. Rekonstrukcje historyczne miały w tym układzie wysokie notowania. Obecnie nazwisko Sokołowa zostało wymazane ze strony internetowej Towarzystwa. A minister Medinski na pytanie dziennikarzy, jak odnosi się do sprawy zabójstwa, odparł lekceważąco: „Skoro się wam podoba Joker, to dlaczego nie spodobał się wam Sokołow?”.

I jeszcze słowo o tym, jaką rolę Sokołow odgrywał w rozmiękczaniu stosunków rosyjsko-francuskich. W omówieniu dyskusji na stronie Radia Swoboda (https://www.svoboda.org/a/30262965.html) można przeczytać: „Sprawa krwawego docenta uniwersytetu w Petersburgu uderzyła nie tylko w prestiż uczelni i Towarzystwa, ale także w kanały alternatywnej dyplomacji. Sokołow jeździł z wykładami na Sorbonę, ISSEP (powołana przez Marion Marechal-Le Pen uczelnia w Lyonie), był kawalerem Legii Honorowej. Z przewodniczącym komitetu Dumy ds. międzynarodowych, Leonidem Słuckim Sokołow organizował wizyty francuskich parlamentarzystów na Krym […], a także wizytę Marine Le Pen w 2017 r. w Rosji”. Bardzo ciekawy aspekt, zwłaszcza w przededniu zapowiadanej przez prezydenta Macrona nowej odsłony w stosunkach z Rosją.

Sąd zdecydował, że Sokołow spędzi w areszcie Kriesty-2 co najmniej dwa miesiące. Dochodzenie prowadzi Komitet Śledczy.

Którzy odeszli 2019, część trzecia

3 listopada. Trzecia część zaduszkowych wypominek poświęcona będzie postaci związanej ze światem polityki.

Gdyby w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sevres pod Paryżem przechowywano wzorzec sowieckiego dysydenta, to mógłby za takowy posłużyć Władimir Bukowski. Urodzony w 1942 roku, jako pierwsze doświadczenie polityczne, które nim wstrząsnęło, wymieniał śmierć Stalina i masowo wylewane z tego powodu łzy wszystkich wokół, fałszywe, jak wkrótce miał się przekonać. Ale prawdziwym wstrząsem na miarę ukształtowania się światopoglądu okazał się dla młodego Bukowskiego XX zjazd partii i referat Chruszczowa o kulcie jednostki, a zaraz potem węgierskie powstanie 1956. W wywiadach Bukowski mówił: – Przestałem im wierzyć, im, czyli władzy, starszemu pokoleniu, zrozumiałem, że oni kłamią, że ukrywają zbrodnie, to było nieprzyzwoite, ja chciałem prawdy, tymczasem wszyscy byli zakłamani, liczyłem tylko na młode pokolenie. W latach sześćdziesiątych stał się jednym z najbardziej zaangażowanych aktywistów ruchu szestidiesiatników, młodych, pragnących odnowy i uzdrowienia chorego systemu. Dla Bukowskiego to było jednak za mało, on chciał trybunału dla politycznych zbrodniarzy, chciał przestrzeni publicznej wolnej od ideologii komunistycznej. Protestował przeciwko represjom wobec dysydentów, za co został relegowany z uniwersytetu. Sam stał się dysydentem. Nieprzejednanym wobec aparatu bezpieczeństwa. Niepokornym – nie szedł na żadne kompromisy. Był wielokrotne aresztowany, skazywany na odsiadkę w łagrze, przymusowo kierowany na leczenie psychiatryczne. Łącznie spędził dwanaście lat w zakładach karnych i psychiatrykach. Swoje doświadczenia z kontaktów z represyjną psychiatrią, stosowaną przez sowieckie władze wobec dysydentów, przekazał zachodnim dziennikarzom. Komuniści się wściekli. Bukowski ponownie został skazany. Posłuszna partyjna prasa określiła go mianem „złośliwego chuligana politycznego”. Do tego określenia nawiązywała znana czastuszka, która powstała w 1976 r., gdy Bukowski został wymieniony przez ZSRR za przywódcę chilijskich komunistów Luisa Corvalana: Обменяли хулигана на Луиса Корвалана. Где б найти такую б…ь, чтоб на Брежнева сменять. Wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie spędził resztę życia. Nie zaprzestał działalności politycznej – aktywnie wspierał antysowieckie ruchy, występował w zachodnich mediach z krytyką ustroju sowieckiego, m.in. nawoływał do bojkotu moskiewskiej olimpiady za interwencję wojsk sowieckich w Afganistanie, brał udział w „międzynarodówce antykomunistycznych dysydentów”. Poparł Michaiła Gorbaczowa i jego pierestrojkę, ale ostatecznie się co do tego rozczarował. Przyjechał do Rosji na zaproszenie Jelcyna na początku lat dziewięćdziesiątych. Odwiedził wtedy archiwa KGB, z których wywiózł skany trzech tysięcy tajnych dokumentów. Zbierał te dokumenty w nadziei, że posłużą w procesie nad zbrodniami komunizmu. Ale do takiego procesu nie doszło – Jelcyn wybrał miękką formę odcięcia się od przeszłości.

Bukowski z niezwykłą pedanterią używał języka rosyjskiego. Jego książka „I powraca wiatr” (pozostałe też, ale ta szczególnie) to uczta językowa i nie tylko językowa.
Z niepokojem odniósł się do przemian w „nowej Rosji”, zwłaszcza po objęciu rządów przez ekipę Putina – nierozliczonych, a uwłaszczonych już czekistów. W 2008 r. chciał wziąć udział w wyborach prezydenckich. Jego kandydaturę zgłosiła demokratyczna, liberalna opozycja. Został odrzucony przez Centralną Komisję Wyborczą z uwagi na to, że od kilkudziesięciu lat nie mieszkał w Rosji. W kolejnych latach coraz głośniej ostrzegał przed rosnącym w siłę w Rosji autorytaryzmem. Rosja po raz kolejny odżegnała się od Bukowskiego, gdy chciał w 2014 r. przyjechać do kraju – konsulat Federacji Rosyjskiej w Londynie odrzucił wniosek o wydanie nowego paszportu (stary stracił ważność), stwierdzając, że Bukowski nie ma rosyjskiego obywatelstwa.

W 2015 r. brytyjska policja przeprowadziła w domu Bukowskiego w Cambridge rewizję, zabezpieczono komputer, z którego dokonywano wejść na strony z pornografią dziecięcą. Bukowski odrzucił oskarżenia. Z uwagi na zły stan zdrowia nie stanął przed sądem.

Po śmierci Bukowskiego dziennikarze poprosili sekretarza prasowego prezydenta Dmitrija Pieskowa o komentarz: „Kreml nie ma żadnych komentarzy na ten temat” – odparł indagowany.

Którzy odeszli 2019, część druga

2 listopada. Rosyjska kultura odnotowała straty nie tylko w kinematografii.

Jeszcze w 2018 roku, ale już po ostatnich blogowych wypominkach, 7 listopada we Florencji zmarł Oskar Rabin – malarz, animator kultury, emigrant z przymusu. Urodził się w 1928 r. w Moskwie w rodzinie lekarzy, wcześnie osierociał. Uczył się malarstwa, m.in. u Siergieja Gierasimowa w Instytucie im. Surikowa. Jego mistrzem był jednak nie Gierasimow, a Jewgienij Kropiwnicki, poeta i malarz, człowiek pełen fantazji, płynący pod prąd socrealizmu, kontestujący cenzurę, a zatem pozostający na marginesie oficjalnego życia kulturalnego ZSRR. W podmoskiewskim Lioznowie stało kilka baraków – pozostałość po łagrze. Gdy łagier zlikwidowano, urządzono w nich mieszkania, w jednym z takich baraków zamieszkał Oskar Rabin z rodziną (ożenił się z Walentiną Kropiwnicką, córką Jewgienija, też malarką). Pejzaż z barakiem, krzywą ulicą, słupami wysokiego napięcia będzie częstym motywem obrazów Rabina. Zarówno w domu Kropiwnickich, jak i Rabinów zbierali się znajomi malarze i poeci, którzy odrzucili oficjalnie obowiązujący akademizm i socrealizm. Ich liderem, duszą, napędem był Oskar Rabin. Nieformalną grupę zjeżonych komunistycznym nakazem artystów nazwano nonkonformistami. Wobec braku możliwości wystawiania w państwowych galeriach malarze organizowali mikrowystawy u siebie w domu, czasami przyjeżdżali do nich zagraniczni dyplomaci czy dziennikarze, kupowali obrazy. Sowiecka prasa zawzięcie krytykowała Rabina i jego grupę za „burżuazyjne ideały i oczernianie życia w ZSRR”. Krytyka nasiliła się po londyńskiej wystawie Rabina w 1965 r. W Moskwie prace Rabina i jego przyjaciół nonkonformistów nie były jednak nadal wystawiane. Rabin wpadł więc na pomysł, aby obrazy pokazać pod gołym niebem. W 1974 r. na peryferiach Moskwy przy osiedlu mieszkaniowym Bielajewo nonkonformiści na prowizorycznych sztalugach wystawili na ulicy dziesięć prac. Niemal natychmiast przybyłych na wystawę gości rozpędzono, malarzy zatrzymano, a obrazy zniszczono przy pomocy spychaczy oraz spalono. Wystawa, nazwana potem spychaczową, została szeroko opisana przez zachodnią prasę, zyskała światowy rozgłos. Rabin został uznany przez władze komunistyczne uznany za „element niepożądany” i w związku z tym był szykanowany: najpierw areszt domowy, po czym propozycja wyjazdu do Izraela (Rabin był w połowie Żydem, ale zawsze mówił o sobie, że nie jest ani Łotyszem, po matce, ani Żydem, a po prostu zwyczajnym człowiekiem radzieckim), którą Rabin odrzucił. W 1978 r. zaproponowano mu więc wyjazd do Francji, gdzie sowiecki konsul wezwał go i oznajmił, że paszport jego i jego żony traci ważność w związku z pozbawieniem ich obywatelstwa ZSRR (motyw paszportu będzie potem częstym tematem jego obrazów). Rabin zamieszkał na stałe w Paryżu. Nadal malował. Wystawy w Moskwie stały się możliwe dopiero po rozpadzie ZSRR. Współautor filmu biograficznego o Rabinie, Aleksandr Smolanski, napisał: „Rysował do ostatniej chwili. Umarł jak Molier – zajmując się swoją sztuką. Przyjechał do Florencji, aby doglądać przygotowań do wystawy swoich prac. Piękna śmierć. Ale życie było jeszcze piękniejsze. Mało kto potrafił przejść przez życie z taką godnością, z takim mądrym uśmiechem. Nie kłamał, nie podlizywał się […], władzy nie wierzył, nie bał się, nie prosił. Bez bohaterstwa i rwania koszuli na piersiach pokazał, że można pozostać wolnym nawet w kraju do wolności nieprzysposobionym. Nie szedł na kompromisy z prześladowcami. Pozostał wierny sobie”. Historyk sztuki Andriej Jerofiejew powiedział o Rabinie: „chociaż był prześladowany z powodów politycznych, on nigdy polityką się nie zajmował. Po prostu chciał być wolny, być artystą. Jego protest wobec zniewolenia miał charakter społeczny, obywatelski”. A drugi ze współautorów filmu biograficznego, Jewgienij Cymbał określił Rabina poetycko: „To Gandhi z pędzlem w ręku”. Oskar Rabin spoczął na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu.

Andriej Budajew, 56 lat, malarz, fotografik. W połowie lat dziewięćdziesiątych zabłysnął oryginalnymi kompozycjami – połączeniem reprodukcji obrazów uznanych mistrzów pędzla i zdjęć współczesnych postaci polityków i celebrytów. Błyskotliwe i krytyczne wobec trudnej rzeczywistości epoki przełomu „obrazy” przyciągały tłumy publiczności. Prace Budajewa, które powstały po 2000 roku, są prześmiewczym, czasem dosadnym komentarzem do życia kremlowskiego dworu, tworzenia się putinowskiej kleptokracji, żarłoczności beneficjentów systemu. Zmarł nagle, doznał wylewu. Przegląd jego prac można znaleźć tu: http://budaev.ru/

Ciąg dalszy nastąpi.

Którzy odeszli 2019, część pierwsza

1 listopada. Tego dnia na blogu „17 mgnień Rosji” wspominam tych Rosjan, którzy odeszli w ciągu ostatniego roku. Tegoroczne wspomnienie zacznę od ludzi sztuki. Najpierw film.

Odeszli starzy mistrzowie kina – Giorgi (Gieorgij) Danelia i Marlen Chucyjew, których dzieła kształtowały całe pokolenia. I to już od dziecka. W wieku kilku lat obejrzałam film „Sierioża”, rzecz jasna, nie wiedząc wtedy, że to film reżysera pochodzenia gruzińskiego, Giorgi Danelii. Dla mnie był to wtedy po prostu rosyjski film dla dzieci. Pamiętam scenę, gdy Sierioża z wyrzutem patrzy na adoratora mamy, który zamiast cukierka daje mu tylko kolorowy papierek pusty w środku i zanosi się od śmiechu na widok rozczarowanej buźki dziecka. Oszukany i wyśmiany chłopczyk przygląda się przez dłuższą chwilę dojrzałym wzrokiem rechoczącemu mężczyźnie, wreszcie pyta: «Дядя, вы дурак?» (Wujaszku, jesteś durniem?). Film był śmieszny, a jednocześnie wzruszający, opowiadał o nieznanym świecie. Zapadł w pamięć. Potem był hymn pokolenia chruszczowowskiej odwilży „Chodząc po Moskwie” (Я шагаю по Москве, 1964), z pamiętną rolą Nikity Michałkowa. Danelia nakręcił kilka filmów, które weszły do kanonu radzieckiego kina: „Afonia”, „Mimino”, „Jesienny maraton”. Był także współautorem scenariusza do jednej z najbardziej znanych komedii „Hełm Aleksandra Macedońskiego” (Джентельмены удачи). Dialogi z wyżej wymienionych filmów do tej pory są obecne w języku. Przyjaciel reżysera Jurij Rost napisał w nekrologu: „Żyliśmy w wymyślony i stworzonym przez ciebie świecie, który spływał z białego prześcieradła ekranu i osiadał nam w duszy, wywołując jaśniejący smutek, uśmiech i nadzieję. Nikogo nie oszukiwałeś, nie straszyłeś i niczego nie obiecywałeś”.

Chucyjew też pochodził z Gruzji (rodzina nazywała się Chucyszwili). Imię Marlen było składanką z nazwisk wodzów rewolucji Marks-Lenin. W pierwszych latach po rewolucji ideowi komuniści nazywali swoje dzieci takimi nowymi imionami (ojciec Chucyjewa był komunistą „pierwszego zaciągu”, zastępcą ludowego komisarza handlu, został rozstrzelany w 1937 r.). Swoje najważniejsze filmy Chucyjew nakręcił w latach sześćdziesiątych („Wiosna na ulicy Zarzecznej”, „Mam 20 lat”, „Letni deszcz”). Krytyka obwołała go „sejsmografem epoki”, publika waliła do kin drzwiami i oknami. Ale filmy Chucyjewa nie spodobały się decydentom od sowieckiej kultury. Reżyser został więc pozbawiony możliwości kręcenia filmów. Ciekawam, co by nakręcił, gdyby nadal pozostał za kamerą. Był wykładowcą na uczelniach artystycznych. Z jego opinią liczyło się środowisko artystyczne.

Wracam do strat w dziedzinie komedii. Jeśli ktoś kiedykolwiek oglądał radzieckie/rosyjskie komedie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że trafił na filmy Leonida Gajdaja, twórcy takich przebojów kinowych jak „Kaukaska branka”, „Iwan Wasiljewicz zmienia zawód”, „Dwanaście krzeseł”. A aktor Władimir Etusz w tych filmach stworzył niezapomniane kreacje: towarzysza Saachowa, dentysty Szpakowa, inżyniera Brunsa.

Elina Bystricka, aktorka, odtwórczyni roli Aksinii w ekranizacji „Cichego Donu” w reżyserii Siergieja Gierasimowa. Bystricka obdarzyła swoją bohaterkę wielkim temperamentem, w żadnych późniejszych ekranizacjach „Cichego Donu” nikt tak nie zagrał hardej, zmysłowej Kozaczki jak Bystricka. W 2014 r. mimo zaawansowanego wieku (ur. 1928 w Kijowie) w czasie rosyjskiej inwazji na Krym i wschodnią Ukrainę aktywnie popierała politykę Putina, podpisała m.in. list ludzi kultury do prezydenta, wspierający jego działania na Krymie i Ukrainie. Często występowała w tym okresie w telewizji jako orędowniczka aneksji Krymu i jedności Rosji i Ukrainy.

Tenże list poparcia dla aneksji Krymu podpisał popularny aktor komediowy Aleksiej Bułdakow (ur. 1951), znany głównie jako rubaszny, wiecznie „pod humorkiem” generał Michałycz w „Osobliwościach narodowego polowania” Aleksandra Rogożkina. Zmarł nagle podczas występów gościnnych w Mongolii.

Ciąg dalszy nastąpi.

Dzień Pamięci i Niepamięci

30 października. Twarze ofiar stalinizmu. Misza Szamonin – 14 lat, Wania Biełokaszkin – 16 lat, Walera Meyer – 17 lat, Matriona Rybnikowa – 74 lata. I tak dalej… miliony losów, miliony przerwanych linii życia, wkręconych w żarna machiny zbrodniczego reżimu. Jaka była ich wina? Zbrodniczy reżim nie zadaje sobie trudu udowadniania winy – zabija zgodnie z wyznaczonym planem śmierci, zabija, by samemu żyć i trwać. Ci, którzy w tej morderczej loterii wylosowali życie, będą się bać do końca swoich dni. Strach jest fundamentem reżimu.

30 października – Dzień Pamięci Ofiar Represji Politycznych.

Они хотели жить

Посмотрите в эти лица. Мишеньке Шамонину было четырнадцать лет, Ване Белокашкину и Петракову Саше — шестнадцать, когда их убили. Валере Мейеру — семнадцать. Коле Гусеву — девятнадцать. Рае Бочлен было двадцать… Дальше? Мейерхольду было шестьдесят пять. Семьдесят четыре года было Рыбниковой Матрене Ивановне. …Oни все могли бы жить дальше. Любить, родить и качать детей или внуков, читать и писать стихи, да просто гулять под солнцем или дождем. Не в возрасте дело. Не в профессии. Не в таланте. Нельзя отбирать жизнь. А их убили. Убили просто так. Для галочки, для плана, для устрашения тех, кто еще жил. Им помочь уже нельзя. Помочь можно только себе и своим детям. Что мы можем сделать? Немного, вроде бы. Можем сохранить память. Об этих когда-то живых людях. — Но и об изуверах. Перечислить и запомнить все их преступления. Говорить о них. Напоминать тем, кто не знает, а еще больше — тем, кто не хочет знать.https://bessmertnybarak.ru/pamyatnik/—x—x—x—x—x—x—x—x—x—x— За каждым именем в списке жертв репрессий стоит живая история. Назвать поименно каждого — наша обязанность. Любой может помочь нам в этом деле. Сохранить память о своих родных, приложить воспоминания, фотографии, документы, любые материалы о репрессированных. Сегодня наш проект — это самая большая живая энциклопедия о репрессиях. https://bessmertnybarak.ru/projects/pisateli/

Opublikowany przez Бессмертный барак Wtorek, 29 października 2019

Butina wróciła do Rosji

28 października. Jej zdjęcie było awatarem oficjalnego konta rosyjskiego MSZ na Twitterze. To był wyraz wsparcia Moskwy dla uwięzionej przez USA Marii Butinej, niewydarzonej lobbystki bez odpowiedniego statusu. Butina w burzliwym czasie zawirowań wokół amerykańskich wyborów prezydenckich próbowała dotrzeć do wpływowych osobistości, które mogły mieć wpływ na kształtowanie polityki Waszyngtonu wobec Rosji (o sprawie Butinej pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/). W kwietniu tego roku Butina została skazana na karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, wyrok był łagodny, gdyż aresztowana współpracowała ze śledztwem. To ważny aspekt tej sprawy.

Pod koniec ubiegłego tygodnia Butina została – po odbyciu wyroku – wypuszczona z więzienia i pod eskortą przewieziona na lotnisko, tam wsiadła do samolotu rejsowego lecącego do Moskwy. Od tej chwili ma dożywotniego bana na wstęp na terytorium USA.

Na lotnisku Szeriemietjewo czekał na nią ojciec, a także delegacja z MSZ i zastępy dziennikarzy, postawionych na równe nogi ewidentną odgórną instrukcją. Relacje telewizyjne, wywiady, wypowiedzi dla najważniejszych agencji informacyjnych miały wykreować Marię na nową bohaterkę – pokrzywdzoną przez obce mocarstwo za niewinność, twardą jak skała. W zgodzie z tym scenariuszem swoje pierwsze wystąpienie przed kamerami na lotnisku Butina zakończyła bojowym okrzykiem: „Rosjanie się nie poddają” (русские не сдаются). Czy rzeczywiście?
Amerykańska działalność Butinej – nielegalna z punktu widzenia prawodawstwa USA – została prześwietlona przez śledztwo. W trakcie postępowania Maria zgodziła się na współpracę, przyznała do winy, nie stawiała warunków. A więc jednak się poddała. Natomiast teraz w wywiadach udzielanych po powrocie do Rosji buńczucznie opowiada, że oskarżenia były wyssane z palca, bezpodstawne, że te „wszystkie historie o seksie za pieniądze, o pozyskiwaniu możliwości wpływu na politykę” to brednie. A przyznanie się do winy? Owszem, ale zrobiła to, jak twierdzi, znajdując się pod presją. Pracownik rosyjskiej ambasady, który miał z nią kontakt w czasie śledztwa, twierdzi, że decyzja o współpracy z amerykańskimi śledczymi, a także przyznanie się do winy, były dla Butinej nie lada wyzwaniem: „zgodziła się po długim namyśle, bo chciała dostać jak najmniejszy wyrok”. Czy tak było? O tym jeszcze będzie potem.

Kilkakrotnie w trakcie jej pobytu w więzieniu rosyjskie telewizje nadawały relacje z USA o tym, jak Butina jest źle traktowana: że za mało spaceruje na świeżym powietrzu, że w celi jest zimno, że nie ma odpowiednio wyposażonej sali do ćwiczeń fizycznych itd. W wywiadzie dla agencji RIA Nowosti udzielonym zaraz po przylocie Maria opowiedziała, jak źle ją żywiono, że nawet w czwartki, gdy w jadłospisie znajdowało się „prawdziwe mięso”, czyli kurczaki, musiała walczyć o należną porcję z większą ilością mięsa, w przeciwnym razie dostawała tylko kurze nóżki. Oznajmiła też, że poprosiła mamę o kupienie pięciu kur i upieczenie ich „z czosnkiem, tak jak trzeba” na jej powitanie. Obiecała, że zje wszystkie. Te słowa Butinej natychmiast stały się przedmiotem niewybrednych memów, a hasło „pięć kur” zrobiło zawrotną karierę w mediach społecznościowych. Człowiek w mamrze, wiadomo, nudzi się i chętnie by zjadł coś smakowitego, tymczasem wikt jest na ogół kiepski i monotonny. Skargi na złe wyżywienie i marzenia o przyrządzonych przez mamę kurczakach to też rzecz wśród więźniów zwyczajna i nie ma się z czego śmiać. Ale złośliwi komentatorzy zwracają uwagę, że gdyby Butinej przyszło siedzieć w rosyjskim pudle, to dopiero miałaby – i słusznie – powody do narzekań na jedzenie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ciekawy moment w sprawie Butinej. Odbywając karę w więzieniu Maria powiedziała dziennikarzom, że jej rodzice próbowali nawiązać kontakt z byłym senatorem, były wiceprezesem banku centralnego i (byłym) jej patronem i opiekunem, Aleksandrem Torszynem. Torszyn najprawdopodobniej pilotował cały projekt „Butina” (a być może nie tylko ten projekt), polegający na wprowadzeniu do otoczenia Trumpa rosyjskich lobbystów, wykorzystując jako trampolinę NRA. Rodzice chcieli poprosić Torszyna o wsparcie finansowe. Ale on się nie odezwał. Maria zapewniała, że mimo to nadal darzy go uczuciem i nie ma do niego pretensji. Torszyn tym razem – w przeciwieństwie do gołębiego okresu znajomości z Butiną – uczucia nie odwzajemnił. Cóż, na skutek wpadki Marii stracił miłą synekurkę w banku centralnym i zapewne nie tylko to.

Co teraz? Czy Butina pójdzie w ślady agentki Anny Chapman, która po zdemaskowaniu i odesłaniu z USA do Rosji została modelką pozującą dla bardzo męskich czasopism, a potem prezenterką telewizji prowadzącą programy o kosmitach i innych teoriach spiskowych? Z Chapman i jej zdekonspirowanymi kolegami spotkał się po przyjeździe sam Putin, ciepło ich przyjął, nawet zaśpiewał krzepiącą piosenkę z sowieckiego filmu szpiegowskiego. Tymczasem obecnie rzecznik prezydenta zapowiedział, że Putin z Butiną spotkać się nie zamierza. A tak na marginesie: cóż za zadziwiająca zbieżność brzmienia nazwisk.

Dziennikarz i bloger Andriej Malgin napisał: „Butina jest smutna. Wiadomo: do Stanów […] już nie powróci. A może już nawet nie będzie mogła opuścić Rosji? Ona doskonale wie, że teraz po powrocie zajmą się nią towarzysze w stopniu majora [ze służb specjalnych]. Bo naczelnicy towarzyszy majorów muszą dokładnie wiedzieć, co tam Butina wypaplała śledczym w ramach przyznania się do winy. A paplała jak najęta, sądząc z urywków, które dotarły do świata. Nagrodą może będzie mandat deputowanego albo prowadzenie programu w telewizji. Przecież nie bez powodu czekiści z kamerami zrobili wielki propagandowy raban wokół jej powrotu”. Jak twierdzi Chartia’97, Maria współpracując ze śledztwem, „spaliła całą rosyjską agenturę w Waszyngtonie, o której było jej coś wiadomo”. A współpracować miała nie tylko ze śledztwem, ale także z amerykańskim wywiadem, któremu przekazać mogła nawet osiem tysięcy stron dokumentów.

Opozycyjna love story, kremlowska hate story

18 października. Ona – Anna Pawlikowa, lat 19, najmłodsza oskarżona w sprawie organizacji Nowa Potęga (Новое Величие). On – Konstantin Kotow, lat 34, programista, aktywista obywatelski. Wczoraj wzięli ślub. Uroczystość odbyła się w areszcie śledczym Matrosskaja Tiszyna.

Anna w marcu ubiegłego roku została aresztowana pod zarzutem działalności w organizacji ekstremistycznej, która miała jakoby na celu obalenie władz. W chwili aresztowania nie ukończyła jeszcze osiemnastu lat. Jak podejrzewają prawnicy, broniący Pawlikowej, Nowa Potęga jest prowokacją służb specjalnych (niejaki Rusłan, który nawiązywał kontakty z młodymi ludźmi w celu wymiany poglądów na tematy polityczne, był najprawdopodobniej podstawionym prowokatorem FSB; w sprawę zaangażowani byli również inni prowokatorzy). W sierpniu ub. roku sąd zastosował wobec niej areszt domowy z uwagi na pogarszający się stan zdrowia osadzonej w areszcie śledczym. Na ślub Anna przyjechała do Matrosskiej Tiszyny w białej koronkowej sukni z bukietem hortensji.

Kotow został skazany na cztery lata kolonii karnej za udział w ulicznych protestach – zastosowano wobec niego przepis, w myśl którego człowiek podlega penalizacji, jeśli został dwukrotnie spisany podczas demonstracji w ciągu pół roku. Kotow został zatrzymany w marcu na wiecu na MGU, w maju spisano go podczas akcji „Nie dla tortur i represji”, w czerwcu brał udział w akcjach poparcia dla dziennikarza Iwana Gołunowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/15/kciuk-cesarza/), w sierpniu podczas kolejnego protestu został zaaresztowany. Za uczestnictwo w tych akcjach oraz posiadanie 20 plakatów oraz udostępnienie w sieci społecznościowej informacji o jednym z protestów dostał cztery lata kolonii karnej. Złożył odwołanie, zostało ono wczoraj odrzucone. W obronie Kotowa zorganizowano kilka pikiet i protestów, protestowała prezydencka rada ds. praw człowieka. Bezskutecznie. Realny wyrok – Kotow cztery lata spędzi w łagrze. Cztery lata! Nikomu nic nie zrobił, nie podpalał samochodów, nie pobił policjanta, nikogo nie okradł, nikogo nie zabił. Brał udział w ulicznych protestach. Wystarczyło.

Gdy Annę Pawlikową sąd osadził w areszcie domowym, Kotow zaoferował się, że będzie pomagał jej i rodzinie w tej trudnej sytuacji. Regularnie się spotykali. A na dzień przed drugą rozprawą Konstantina ogłosili, że chcą się pobrać.

Ajdar Gubajdulin, lat 26, programista. Podczas jednego z letnich protestów w Moskwie przeciwko skreśleniu z listy wyborczej opozycyjnych kandydatów do moskiewskiej Dumy Miejskiej rzucił pustą plastikową butelką w policjanta, który bił innych protestujących. Podstawą pociągnięcia do odpowiedzialności Gubajdulina jest „przemoc wobec przedstawiciela organów porządku publicznego”. Ajdar został zatrzymany, sąd zdecydował, że wypuści go z aresztu pod warunkiem nieopuszczania miejsca zamieszkania. Gubajdulin nie zastosował się do nakazu i kilka dni temu opuścił Rosję.

Władisław Sinica, lat 30, specjalista ds. finansów, skazany na pięć lat łagru za (!!!) tweeta. Wyraził w nim przypuszczenie, że po tym, jak policja na demonstracjach zastosowała wobec uczestników przemoc, dzieci policjantów mogą stać się obiektem przemocy. Sinica podczas procesu podkreślał, że nie wzywał do przemocy w stosunku do nikogo, a już tym bardziej do dzieci. Sąd okazał się głuchy na argumenty.

Kilku uczestników letnich protestów w Moskwie władza zdążyła już przykładnie ukarać – dostali po kilka lat łagru. Kilku jeszcze czeka na procesy. Putin postanowił wymierzyć niebłagonadiożnym, zbyt śmiałym, zbyt młodym, zbyt krytycznym przykładne kary, niewspółmierne do czynów, niesprawiedliwe, niezrozumiałe. Reszta ma się przyglądać i bać.

Przegląd represji wobec uczestników moskiewskich protestów zamieściła na swojej stronie rosyjska sekcja BBC: https://www.bbc.com/russian/features-50055305.

Wczoraj odbyła się rozprawa w sprawie organizacji Nowa Potęga – tej, do której należała Anna Pawlikowa. Przed sądem stanęło czterech oskarżonych o przygotowania do „obalenia porządku konstytucyjnego”. Sprawa jest ewidentnie sfabrykowana – piszą opozycyjne gazety, mówią zgodnie obrońcy praw człowieka i twierdzą oskarżeni. Podczas wczorajszej rozprawy dwóch z oskarżonych w ramach protestu przeciwko fałszywemu oskarżeniu podcięło sobie żyły na sali sądowej.

Niedawno Putin zaprezentował światu, że boi się szamana, który wybrał się z Jakucji do Moskwy, aby wygonić z Kremla ciemne moce. Teraz przed posłusznymi sądami stawia się krytycznie nastawionych do reżimu młodych ludzi i skazuje na bardzo wysokie wyroki za pokojowy protest. To też świadectwo niepewności i strachu władz przed społeczeństwem i jego niezadowoleniem.

Aparat represji ma się w Rosji dobrze.

Słynne ucieczki. Pirogow i Barsow

11 października. Oficjalna sowiecka propaganda niezmordowanie głosiła, że pierwsze na świecie państwo socjalistyczne jest rajem na ziemi, ludzie żyją dostatnio, kochają przywódców, panuje równość, nie ma wyzysku klasowego, a każdy posiadacz opiewanego przez Majakowskiego paszportu Kraju Rad z uzasadnioną wyższością patrzy na zbiedzony lud gnijącej cywilizacji Zachodu. Od czasu do czasu na tafli sowieckiej szczęśliwości powstawała jednak rysa: niektórzy obywatele nie wytrzymywali takiego naporu błogości i nawiewali za granicę. Po zachodniej stronie żelaznej kurtyny opowiadali, jak naprawdę żyje się w warunkach zaostrzającej się walki klas, industrializacji, kolektywizacji itd. Najbardziej bolesne dla reżimu okazywały się ucieczki ludzi należących do grup uprzywilejowanych lub stanowiących filary reżimu. Tak było w przypadku ucieczki dwóch oficerów lotnictwa wojskowego – właśnie minęła 71. rocznica brawurowego rajdu Piotra Pirogowa i Anatolija Barsowa, o czym przypomniał na swym profilu FB „Nieśmiertelny Barak” (Бессмертный барак).

Pirogow i Barsow (prawdziwe nazwisko Borzow) w czasie wojny walczyli na froncie, dosłużyli się rangi lejtnanta i starszego lejtnanta oraz wysokich odznaczeń państwowych. Zdawać by się mogło: oto życie kłania się w pas, wojna się skończyła, przeżyli, służą w niezwyciężonej Armii Czerwonej, mają dostęp do dóbr bardziej wykwintnych niż ogół społeczeństwa. Tymczasem pewnego październikowego dnia 1948 roku podjęli zgodną decyzję o ucieczce ze Związku Sowieckiego. Na pokładzie bombowca Tu-2 dnia wylądowali na lotnisku w amerykańskiej bazie wojskowej w pobliżu Linzu w Austrii. A zaraz po wylądowaniu poprosili o azyl polityczny w USA.

Ucieczka wojskowych, tym bardziej samolotem, stała się sensacją nie lada. Pisały o tym wiele amerykańskie gazety. Uciekinierzy – szczególnie Pirogow – nie stronili od kontaktów z przedstawicielami zachodniej prasy. W rozmowach z dziennikarzami opowiadali, że zdecydowali się zwiać, aby na Zachodzie „poczuć się wolnymi ludźmi”, gdyż w kraju byli nieustannie poddawani kontroli i naciskom. Czytelnicy gazet w USA mogli się dowiedzieć, że w Armii Czerwonej panuje atmosfera strachu. Paranoidalne obawy Stalina i kręgu jego najbliższych współpracowników o to, że w wojsku szykowane są spiski na ich życie, sprawiały, że służba przypominała chodzenie po polu minowym. Każde wypowiedziane zdanie mogło stać się podstawą podejrzenia o zdradę czy udział w sprzysiężeniu mającym na celu podkopanie ustroju itd. Pirogow poddawał w swych wypowiedziach dla amerykańskiej prasy ostrej krytyce władze ZSRR, odchodzenie od ideologii komunizmu, rozchodzenie się deklaracji i rzeczywistych posunięć, błędne przeprowadzenie kolektywizacji. Na pytania dziennikarzy, dlaczego piloci wybrali jako miejsce azylu USA, odpowiadali, że wierzą, iż to wolny kraj. Skąd to wiedzą? Bo słuchają rozgłośni Głos Ameryki.

Pirogow wziął się za pisanie książki – tom wspomnień „Dlaczego uciekłem” (okres wojny, opis życia codziennego w ZSRR, przyczyny ucieczki) wyszedł na Zachodzie, stał się bestselerem, w USA i Wielkiej Brytanii ukazało się kilka wydań, książka została przetłumaczona m.in. na francuski, chiński. Pirogow opisał w niej szczegółowo stosunki panujące w wojsku. Na jeden z wielu ciekawych aspektów zwrócił uwagę w swym opracowaniu „Nieśmiertelny Barak”: Pirogow służył w 63. pułku lotnictwa wojskowego, latał na bombowcach. Pułk miał wziąć udział w defiladzie z udziałem samolotów bojowych nad placem Czerwonym w Moskwie. Za przygotowania do defilady odpowiadał SMIERSZ, wielu pilotów odsunięto od udziału, gdyż podejrzewano ich niejasno o niecne zamiary wobec zgromadzonych na trybunie honorowej stalinowskich notabli (później wielu z tych oficerów trafiło do łagrów). „Pirogow doszedł do wniosku, że te działania były świadectwem strachu członków władz i ich niewiary w lojalność wojska wobec partyjnej i państwowej wierchuszki, co również rozciągało się na brak zaufania władz do społeczeństwa, te nastroje wzmogły się jeszcze w czasie wojny i po jej zakończeniu”. Każdy w każdej chwili mógł być aresztowany pod wyimaginowanymi zarzutami. We wspomnieniach znalazły się też wątki osobiste: Pirogow, gdy już powziął postanowienie o ucieczce, rozstał się z narzeczoną. „Nie chciałem jej narażać na szykany ze strony organów bezpieczeństwa, a na pewno zostałaby wzięta w obroty, gdyby nadal była moją narzeczoną. Musiałem ją chronić” – uzasadniał.

Ta ucieczka i wypowiedzi obu pilotów były ciosem dla sowieckiej propagandy. Toteż Związek Sowiecki nie odpuszczał. Dyplomaci z ambasady sowieckiej w Waszyngtonie usiłowali co jakiś czas nawiązać kontakt z uciekinierami. Pirogow wymigiwał się od jakichkolwiek kontaktów, natomiast Barsow po pewnym czasie zmiękł. W przeciwieństwie do Pirogowa, który łatwo zaaklimatyzował się za oceanem, Barsow był osowiały, nie mógł znaleźć sobie miejsca, dużo pił, w niczym nie przypominał dawnego wesołego kompana, który wieczorami śpiewał rosyjskie romanse, akompaniując sobie na gitarze.

Jak twierdzą autorzy audycji Radia Swoboda o słynnych uciekinierach (https://www.svoboda.org/a/29542638.html), Barsow uległ namowom, gdyż sowiecki ambasador Paniuszkin obiecał mu osobiście, że po powrocie do kraju zostanie objęty amnestią i generalnie włos mu z głowy nie spadnie. „Wiesz, stęskniłem się za krajem, za moimi stronami, chcę wrócić” – wyjaśniał Barsow swoją decyzję Pirogowowi. Ten kręcił głową z dezaprobatą: „Kochaneńki, zastrzelą cię tam jak psa”.

Niestety miał rację. Barsow po powrocie spędził kilka miesięcy w obozie, a potem został rozstrzelany. Jak twierdził jeden z najbardziej znanych uciekinierów z ZSRR, kagiebesznik pułkownik Władimir Pietrow, dyplomaci, którzy namawiali Barsowa do powrotu, doskonale wiedzieli, że sowiecki wymiar sprawiedliwości skazał obu pilotów zaocznie na najwyższy wymiar kary, ale rzecz jasna zataili to przed Barsowem. Kilka lat później w Moskwie na konferencji prasowej przedstawiony został niejaki Barsow, który opowiedział, że spędził kilka lat w łagrach w Workucie i Omsku, a teraz pracuje jako elektromonter. Konferencja była ewidentną „ustawką”, mającą podważyć rozpowszechnioną przez Pietrowa na Zachodzie wersję o straceniu Barsowa, toteż nikt w nią nie uwierzył.

Pirogow skończył studia, podjął współpracę z Radio Liberty, a także pracował jako wykładowca uniwersytecki (specjalność lingwistyka). Ożenił się z Rosjanką, córką przedrewolucyjnych emigrantów. Zmarł w 1987 r. w Waszyngtonie.

Protest świecki i cerkiewny

30 września. Chcesz nauczyć kilkuletnie dziecko strzelać? Nie ma problemu: wbijasz na festiwal Rosgwardii w Moskwie „Bezpieczne miasto”, a tam specjaliści już wiedzą, jak wyedukować pociechę. Wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym w późniejszym wieku (roz)trąci antyrządowe demonstracje. Takie jak na przykład te odbywające się w Moskwie latem, gdy na ulice wyszły tysiące ludzi domagających się przywrócenia na listy wyborcze opozycyjnych kandydatów, skreślonych przez Centralną Komisję Wyborczą na podstawie naciąganych i jawnie sfałszowanych powodów. Podczas tych demonstracji zatrzymano setki ludzi, teraz wybiórczo niektórzy mają stanąć przed sądem pod równie naciąganymi zarzutami (np. jeden z uczestników ma być skazany za rzekome rzucenie w policjanta plastikowym kubeczkiem).

Festiwal Rosgwardii miał na celu nie tylko wyszkolenie przyszłych pokoleń w obchodzeniu się z bronią, ale przede wszystkim zademonstrowanie wyposażenia oddziałów prewencji. Wygląda na to, że miasto ma być bezpieczne przede wszystkim dla funkcjonariuszy gwardii, rozpędzających protesty. Jak pisze „Komsomolskaja Prawda” w entuzjastycznym reportażu z wydarzenia (https://www.kp.ru/daily/27035.5/4099720/), funkcjonariusze będą wyposażeni między innymi w sprzęt rejestrujący to, co się dzieje w ich bezpośredniej bliskości. Dzięki temu usprawnieniu i podłączeniu urządzeń do baz danych, gwardziści podczas nielegalnych zgromadzeń natychmiast wychwycą ludzi, którzy już kiedyś byli na takiej demonstracji. Dostaną też na wyposażenie odpowiednie pojazdy. Gazeta z niecierpliwością oczekuje wprowadzenia tych nowości, które umożliwią funkcjonariuszom zadanie bobu warchołom, łamiącym ustawę o zgromadzeniach publicznych.

Impreza odbywała się w dniu, gdy na prospekcie Sacharowa trwał wiec opozycji pod hasłem „Wypuść”. Został zorganizowany w obronie ludzi skazanych (lub oskarżanych) za udział w protestach lub za działalność opozycyjną (jak pisze Iwan Dawydow w „The New Times”, „w żadnym razie nie wolno nam zapominać o tych, którzy siedzą skazani w sfabrykowanych procesach ani o tych, którzy czekają na proces [oskarżeni o to, że] swoim bezczelnym spojrzeniem zranili funkcjonariusza Rosgwardii”). Tym razem zgromadzenie było legalne, miało pozwolenie władz. Przemawiali politycy (m.in. Aleksiej Nawalny). „My się nie boimy” – krzyczano z trybuny. Na wiec przyszło 25 tysięcy ludzi.

W obronie niesłusznie prześladowanych uczestników protestu wystąpiło 39 duchownych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. 18 września na portalu „Prawmir” opublikowali oni list otwarty w obronie zatrzymanych, sądzonych i skazywanych na wysokie wyroki pozbawienia wolności uczestników letnich demonstracji w Moskwie (https://www.pravmir.ru/otkrytoe-pismo-svyashhennikov-v-zashhitu-zaklyuchennyh-po-moskovskomu-delu/). Wyrażali w nim duszpasterską troskę o losy niewinnie represjonowanych. List został dostrzeżony i powitany z radością przez przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego. W komentarzach dominowała opinia: ci duchowni uratowali honor Cerkwi, której hierarchowie wyłącznie obsługują interesy Kremla.

Sygnatariusze listu nie konsultowali swoich działań ze zwierzchnością. Po kilku dniach pojawiły się doniesienia, że są oni wzywani przez hierarchów „na rozmowy”, po czym piszą noty wyjaśniające swoje postępowanie. Przedstawiciel Patriarchatu Moskiewskiego wystąpił z oświadczeniem, że podpisanie listu to nie działalność w obronie praw człowieka, a mieszanie się do polityki. Co, jak można wywnioskować, stoi w sprzeczności z linią hierarchii cerkiewnej (która wprawdzie do polityki miesza się nieustannie, ale po „właściwej” stronie).