Archiwa kategorii: Bez kategorii

Szpieg w neutralnym kraju

10 listopada. W Wiedniu nastało wielkie poruszenie: odkryto, że pewien cichy pułkownik austriackiej armii przez ostatnie dwadzieścia lat pracował na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego. Przekazywał informacje o austriackim lotnictwie i artylerii, a w ostatnich latach bardziej skupiał się na zagadnieniach społecznych i politycznych: kryzysie migracyjnym (według telewizji ORF, szczególnie ten aspekt interesował Rosję), działaniach austriackiego rządu i nastrojach społeczeństwa.

A taki miał być przyjemny nastrój przy podwieczorku. Niedawno cały świat świetnie bawił się wraz z prezydentem Putinem na weselu pani minister spraw zagranicznych Austrii Karin Kneissl – krótki filmik z tańcem rosyjskiego gościa z austriacką panną młodą zrobił furorę w mediach. Pani Kneissl wybierała się właśnie, aby złożyć swemu danserowi wizytę w Moskwie i jeszcze bardziej ocieplić relacje dwustronne. Austria była jedynym państwem UE, które nie wydaliło rosyjskich dyplomatów w ramach akcji solidarnościowej z Wielką Brytanią po otruciu Siergieja i Julii Skripalów. Kanclerz Sebastian Kurz przyjął w czerwcu Putina, uścisnął mu dłoń i zapowiedział, że fajnie będzie mieć rosyjski gaz i że Austria popiera zarówno Nord Stream 1, jak i Nord Stream 2. Gazprom i OMV podpisały kontrakt. A wicekanclerz Christian Strache pieścił ucho rosyjskiego gościa stwierdzeniami, że należy złagodzić sankcje, a nawet z nimi skończyć. Aż tu nagle taki despekt: austriacki pułkownik (aktualnie już na emeryturze) na służbie rosyjskiego pułkownika.

„Nowy Redl”, jak szpiega okrzyknęła austriacka prasa, pracował w sztabie i przekazywał informacje, do których miał dostęp. Nie były to hity super hiper, ale jednak dostarczane przez dwadzieścia lat regularnie raporty, informacje wrażliwe, które nie powinny były nigdy wyciec poza mury ministerstwa obrony. Pułkownik miał się spotykać co dwa tygodnie z rosyjskimi oficerami prowadzącymi. Przez wiele lat jego patronem był niejaki „Jurij”, który przekazywał pułkownikowi zadania. Zdobyte informacje pułkownik szyfrował. Za usługi otrzymał 300 tysięcy srebrników, pardon, euro. A teraz składa zeznania, przyznał się do zarzutu szpiegostwa.

Na razie wiadomo niewiele więcej. Ciekawe jest to, że – jak twierdzi prasa – wiadomości o pułkowniku przekazały Austrii „służby zaprzyjaźnionego kraju”, prawdopodobnie Niemiec. Sam delikwent od pewnego czasu spodziewał się, że zostanie zdekonspirowany (pono został ostrzeżony przez Rosję), więc starał się zniszczyć kompromitujące go materiały, ale nie zdążył: w ręce austriackich służb trafiły laptop i inny sprzęt. Jeszcze jedna ciekawostka: w 2006 roku szpieg zamierzał wycofać się rakiem z miłej współpracy z Rosją, ale widocznie przedstawiono mu mocne argumenty na rzecz kontynuowania działalności szpiegowskiej, bo pracował dalej.

Kanclerz Kurz przeżył szok. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej oburzał się, że ktokolwiek śmiał uprawiać szpiegostwo przeciwko neutralnemu państwu. Czyżby naprawdę myślał, że skoro tak przyjaźnie potraktował znajdującego się w izolacji Putina i zaproponował mu gazowe kontrakty, to Putin zrewanżuje mu się przyzwoitym zachowaniem? Teraz kanclerz zapowiedział, że zadba o bezpieczeństwo Austrii (w tym bezpieczeństwo cybernetyczne) we współpracy z europejskimi partnerami. Lepiej późno niż wcale.

Rosja zareagowała klasycznie. Na plac Smoleński w Moskwie do siedziby MSZ wezwano ambasadora Austrii i zadano pytanie: dlaczegóż to austriaccy partnerzy nie próbowali wyjaśnić sprawy dyskretnie przez kanały dyplomatyczne, tylko od razu z przytupem podano rzecz do publicznej wiadomości. „Ta metoda jest nie do przyjęcia” – powiedział minister Ławrow. A poza tym oczywiście nie ma dowodów. Jak zwykle „nastamniet”

Po ostatnich wpadkach rosyjskiego wywiadu w Europie teraz kolejny sygnał z Austrii: Rosjo, koniec wczasów. Wyjawienie „szpiona” akurat w Austrii jest dla Rosji szczególnie nieprzyjemne. Wiedeń dokładał starań, aby dobrze się działo w stosunkach z Moskwą, deklarował współpracę, wpływanie na osłabienie reżimu sankcyjnego itd. Przynajmniej na jakiś czas temperatura uczuć odczuwalnie spadnie. No i tańców z Putinem raczej nie będzie.

Którzy odeszli 2018, część trzecia

5 listopada. Zdarza się, że polityka wkracza na teren kultury i wywija hołubce w labiryntach żywotów ludzi twórczych profesji. Zdarza się też, że ludzie twórczych profesji garną się do polityki lub zwyczajnie obsługują interesy politycznej góry. A polityczna góra w podzięce nagradza ich. Ale wymaga też, aby oddany artysta wsparł władcę w odpowiednim momencie i we wrażliwej sprawie: napisał coś, zaśpiewał, powiedział, poparł.

Zmarły 30 sierpnia w Moskwie Iosif Kobzon, popularny piosenkarz, już na początku kariery estradowej zaznaczył, że potrafi iść w nogę z politycznym duchem czasu. Podczas studiów w moskiewskiej akademii muzycznej im. Gniesinów („Gniesince”) był aktywistą Komsomołu (studiów nie ukończył, gdyż zaangażował się w koncerty wyjazdowe, które kolidowały z tokiem nauczania). Na początku lat sześćdziesiątych wystąpił w telewizji w popularnym programie „Błękitny ognik” – pieśń „Kuba, moja miłość” zapewniła mu zachwyt widzów i uznanie odpowiednich czynników partyjnych. Pieśń została napisana z okazji przyjazdu Fidela Castro do ojczyzny Lenina. Kobzon wystąpił z automatem przewieszonym przez szyję, z przyklejoną brodą i w kostiumie kubańskich rewolucjonistów.

Przez kolejne lata Kobzon budował karierę piosenkarską i równolegle polityczną, w połowie lat siedemdziesiątych ukończył partyjny Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Zapewne po to, by jeszcze uważniej wsłuchiwać się w partyjne trele morele. Co ciekawe, powrócił też do nieukończonej swego czasu „Gniesinki”, gdzie został profesorem na wydziale wokalnym. Spod jego ręki wyszło wielu popularnych artystów estrady. Między innymi Waleria, piosenkarka („śpiewająca jamą ustną”, jak określają ją adwersarze) hołdująca również regule Kobzona „kochana władzo, ja wam wszystko wyśpiewam”.

Śpiewał, śpiewał, śpiewał. Miał w repertuarze podobno trzy tysiące pieśni i piosenek: komsomolskich, patriotycznych, sławiących przodowników pracy, Armię Czerwoną, Lenina, przeboje filmowe (zaśpiewał m.in. piosenkę w serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”), klasyczne romanse, arie operowe. Jego miękki baryton zachwycał słuchaczy. Kobzon w latach rządów Breżniewa z zaangażowaniem objeżdżał wielkie budowy tamtej epoki, jeździł do Afganistanu w czasie interwencji, po katastrofie w Czarnobylu śpiewał dla ratowników. Po rozpadzie ZSRR startował (z powodzeniem) w wyborach do Dumy.

Po podpisaniu porozumień kończących pierwszą wojnę czeczeńską pojechał z koncertami do Groznego. Krewcy kaukascy słuchacze z zachwytu strzelali z kałachów w powietrze na cześć wykonawcy. Potem w 2002 roku był tragiczny epizod w teatrze na Dubrowce w Moskwie, gdzie komando czeczeńskich terrorystów wzięło jako zakładników widzów spektaklu „Nord Ost”. Kobzon zaangażował się wtedy w pertraktacje z terrorystami, udało mu się przekonać ich do wypuszczenia kobiety z trojgiem dzieci. Gdy po latach wspominał te dramatyczne chwile, nie był w stanie opanować wzruszenia. Ludzie, którzy go znali i opowiadali o nim w programach telewizyjnych nadawanych po śmierci piosenkarza, mówili, że Kobzon nie odmawiał, gdy potrzebujący prosili go o pomoc. Miał bardzo szerokie grono znajomych i przyjaciół. Przez bliskie powiązania z ludźmi mafii w połowie lat dziewięćdziesiątych został pozbawiony amerykańskiej wizy. Kobzon wielokrotnie zaprzeczał, by łączyły go jakiekolwiek biznesy z kryminalistami. Ale jednocześnie przyznawał, że takie szychy „ruskiej mafii” działające w USA jak „Tajwańczyk” czy „Japończyk” to jego przyjaciele.

Mimo zaawansowanego wieku (ur. 1937), poważnej choroby oraz formalnego zakończenia kariery (w 2012 roku) wznowił działalność estradowo-polityczną w 2014 roku. Całym sercem poparł aneksję Krymu. A gdy Rosja rozpętała „rosyjską wiosnę” na wschodzie Ukrainy, jeździł do Donbasu, ściskał się z watażkami (a nawet śpiewał z nimi w duecie), powtarzał z upodobaniem: „tu zakopany jest mój pępek” (urodził się w obwodzie donieckim), został honorowym konsulem samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej, zbierał pieniądze na pomoc humanitarną dla mieszkańców Donbasu, w 2016 r. otrzymał „obywatelstwo tzw. Donieckiej Republiki Ludowej”. Został objęty przez Ukrainę zakazem wjazdu oraz pozbawiony wszelkich ukraińskich nagród i tytułów.

Na ceremonię pogrzebową piosenkarza przyszli Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew oraz szereg polityków, którzy wspominali nie tylko drogę twórczą Kobzona, ale jego zaangażowanie w sprawy społeczne. Kobzon spoczął w żydowskiej części Cmentarza Wostriakowskiego w Moskwie.

Którzy odeszli 2018, część druga

3 listopada. Kpił z zadęcia, przestrzegał przed totalitaryzmem, rozśmieszał, dawał do myślenia, uczył, jak zdzierać propagandową politurę i docierać do sedna współczesności. Władimira Wojnowicza (1932-2018) świat znał przede wszystkim jako autora niezrównanej groteski „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina” oraz antyutopii „Moskwa 2042”.

„Czonkin” powstał w latach 60., ale przez co najmniej dwadzieścia lat mogli ją przeczytać tylko ci, którzy mieli dostęp do drugiego obiegu lub publikacji wychodzących na Zachodzie. Na Zachodzie wylądował zresztą w latach 70. również sam autor przewrotnej powieści, przeciwstawiającej się spiżowej a nieprawdziwej heroizacji Armii Czerwonej podczas wojny. Wojnowicz zadarł z władzą sowiecką jeszcze i dlatego, że upominał się o prawa człowieka i twórcze swobody, a to gniewało skapcaniałe Biuro Polityczne partii do tego stopnia, że wygnano go z kraju i pozbawiono obywatelstwa ZSRR (przywrócił mu je Michaił Gorbaczow w 1990 r.).

Wojnowicz mówił, że ulepił Czonkina z realnej postaci żołnierza spotkanego niegdyś w Polsce – trochę Iwanuszki durnia, trochę Szwejka. „Czonkin nie jest głupi, tylko prostoduszny” – mówił o swoim bohaterze. Żołnierz Czonkin przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej w 1941 r. dostaje przydział jako ochrona zepsutego samolotu wojskowego, który awaryjnie wylądował na skraju zapadłej wiochy Krasnoje. Wybucha wojna, o wartowniku i samolocie wszyscy zapominają. Czonkin niezłomnie trwa na posterunku, ale jednocześnie rozgląda się wokół i zaczyna zapuszczać korzenie, urządza się, nawiązuje bliską znajomość z listonoszką Niurką, wchodzi w układy z mieszkańcami. Na skutek absurdalnych pomyłek dochodzi do szturmu całego pułku Armii Radzieckiej na samolot, broniony z powodzeniem przez Czonkina i Niurkę.

Antyutopia „Moskwa 2042” to prześmiewcza wizja przyszłości Rosji, w której ideologia postsowiecka splata się z prawosławiem, a władzę przejmuje genialissimus, młody przywódca wywodzący się z organów bezpieczeństwa (pracował w Niemczech jako funkcjonariusz wywiadu). Genialny profeta Wojnowicz napisał to w 1986 roku. W wywiadzie, jakiego udzielił mi (ukazał się na łamach „Tygodnika Powszechnego” https://www.tygodnikpowszechny.pl/nie-chce-zeby-padal-deszcz-128749) w roku 2006, wieszczył: „Przekształcenie Rosji w monarchię byłoby logicznym rozwiązaniem. Wiele znaczących osób opowiada się za takim ustrojem. Choćby Nikita Michałkow. A Putin już działa tak jak car. Demokratyczne struktury faktycznie nie istnieją. Co Putin powie, to święte. Jeszcze nie słyszałem, żeby Putin coś nakazał, a ktoś mu odmówił. Putin ma zawsze rację, jest dobry i sprawiedliwy. […] Nie ma znaczenia, że nie pochodzi z carskiego rodu, przecież nasza historia pękła, nie ma w niej ciągłości. Putin byłby lepszy od Romanowów. Na carskim referendum Putin dostanie 82 proc. poparcia. To zupełnie możliwe. Bo to logiczne. Ale uważam, że ta prognoza mimo wszystko się nie spełni. […] Osobiście byłbym przeciwko takiemu rozwojowi wypadków. Kiedy przepowiadam, że będzie deszcz, to wcale nie oznacza, że chcę, żeby zaczął padać”.

W 2004 roku Wojnowicz powrócił na stałe do Rosji, zamieszkał w osadzie Sowietskij Pisatiel. Krytycznie przyglądał się przemianom w putinowskiej Rosji, z niepokojem zauważał, jak wiele jego przepowiedni z „Moskwy 2042” zaczyna się spełniać i to bez satyrycznego podtekstu, na poważnie. Pisał („Spiżowa miłość Agłai”), udzielał się politycznie (protest w sprawie sytuacji w Czeczenii, list w sprawie Nadii Sawczenko). Zmarł na atak serca 27 lipca 2018, spoczął na Cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie.

Ciąg dalszy nastąpi.

Którzy odeszli 2018, część pierwsza

1 listopada. Rosyjska kultura poniosła w tym roku ogromne straty. Odeszło kilkoro twórców wybitnych, którzy odcisnęli wyraźne piętno, byli drogowskazem, byli twarzą epoki. Dziś powspominam ludzi sceny.

Ten teatr nie grał, jak mawiano w Moskwie. Ten teatr słuchał oddechu współczesności i reagował na to, co ważne. Teatr.doc opowiadał w swoich spektaklach o wydarzeniach ważnych, ale częstokroć spychanych na margines przez władze lub pokazywanych przez nie w fałszywym świetle – Biesłan, zatonięcie „Kurska”, sprawa Siergieja Magnitskiego, prześladowanie Pussy Riot, geje, kobiety recydywistki, emigranci zarobkowi. I to opowiadał w sposób władze uwierający. Dlatego ciągle musiał szukać miejsca, gdzie mógłby te niewygodne prawdy przedstawiać. Władze nękały twórców, którzy szukali prawdy o Rosji sami, odrzucając narzucone interpretacje wydarzeń, preparowane przez górę. Grali głównie po piwnicach. Doc. w nazwie nie miało nic wspólnego z dziedziną IT – to był sygnał, że spektakle są dokumentami epoki. Założycielami Teatru.doc było małżeństwo Jelena Griemina i Michaił Ugarow. (O teatrze pisałam na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/01/06/kilkanascie-krzesel/). Ugarow zmarł na atak serca 1 kwietnia, Griemina – 16 maja. W ostatnim wpisie na Facebooku Jelena napisała: „Nie trzeba nam współczuć, nie trzeba nas żałować. Dla nas najważniejsze jest to, że się spotkaliśmy, przecież tego wszystkiego mogło nie być”.

Do tworzenia teatru tu i teraz, w odpowiedzi na najważniejsze procesy, trendy, wydarzenia, odwoływał się również teatr „Praktika”. Teatr brał na siebie wielkie obywatelskie zadanie przyglądania się nerwom i żyłom naszych dni, powszednich jak chleb, przez które przebiega od czasu do czasu nerwoból, wibracja, coś, co odwraca krwiobieg. O tym opowiedzieć, z tym dotrzeć do widza. Dmitrij Brusnikin – aktor, reżyser, pedagog, związany z legendarnym moskiewskim teatrem MChAT/MChT – przygotował swoich studentów do noszenia tych ciężarów. 3 maja objął kierownictwo artystyczne teatru „Praktika”, sprowadził tam swoich studentów i byłych studentów, młodych twórców, rozglądających się po teraźniejszości z zamiarem zgłębienia jej, zaalarmowania, że dzieje się coś niepokojącego. Tworzyli wspólnie „Warsztat Brusnikina” (https://masterbrus.com/). Co chwilę przyspieszało im tętno. Dotykali tego pulsu bezpośrednio jak muzyk, który kładzie ręce na klawiaturze. Brusnikin był ich magiem, wyrocznią, guru. Kazał oglądać swoim studentom i aktorom m.in. rejestracje spektakli Tadeusza Kantora, aby mogli poczuć, na czym polega w teatrze kreacja. Brusnikin grał w filmach i serialach, zawdzięczał im popularność wśród widzów, ale jego środowiskiem naturalnym był zawsze teatr. Od chwili, gdy jako kandydat na studenta przekroczył progi Szkoły MChAT i dostał się na rok prowadzony przez zasłużonego Olega Jefriemowa. Czuł scenę zwierzęcym instynktem. Był fenomenalnym deklamatorem (posłuchajcie Państwo, jak deklamuje Wozniesieńskiego http://izbrannoe.com/news/video/dmitriy-brusnikin-chitaet-stikhotvorenie-a-voznesenskogo-osen-v-sigulde/) . Brusnikin zmarł nagle 9 sierpnia w wieku 60 lat, też na serce. Podobnie jak Ugarow i Griemina, został pochowany na Cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie.

Środowisko MChAT straciło w tym roku jeszcze dwie gwiazdy: Olega Tabakowa i Nikołaja Karaczencowa, aktorów, których kochała cała Rosja. Gdy po pożegnaniu z teatrze wynoszono ich trumny na ulicę, pod budynkiem oczekiwały tłumy. Zgodnie ze zwyczajem teatralnym, artystów odprowadza się w ostatnią drogę oklaskami. Podczas pożegnania Tabakowa i Karaczencowa brawa długo nie milkły.

Oleg Tabakow był nie tylko aktorem teatralnym (związanym z MChAT-em, Sowriemiennikiem, a potem ze swoim autorskim teatrem „Tabakierka”, na deskach których zagrał dziesiątki nieprzeciętnych ról), ale także gwiazdą kina. Zapisał się w pamięci pokoleń telewidzów jako Walter Schellenberg w kultowym serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”. Wcielił się w Obłomowa w filmowej adaptacji powieści Gonczarowa – był do tej roli wprost stworzony. Nie stronił od udziału w życiu politycznym, zaangażował się m.in. w prace komisji ds. kultury przy prezydencie. Jego hasło personalne w Wikipedii zdobią trzy zdjęcia, na których pozuje do okolicznościowych fotek podczas uroczystości wręczania medali i nagród na Kremlu przez Putina i Miedwiediewa.

Nikołaj Karaczencow był szalenie popularnym aktorem teatralnym i filmowym. Rosjanie uwielbiali jego zawadiackich bohaterów. Wyszedł ze Szkoły MChAT-u, ale przez lata związany był z teatrem Lenkom w Moskwie. Zagrał (i zaśpiewał) w legendarnym spektaklu, określanym jako opera rockowa „Junona i Awoś”. Piosenka pochodząca z tego spektaklu stała się w Rosji wielkim hitem (https://www.youtube.com/watch?v=WXsptdINflM).

Ciąg dalszy nastąpi

Bomba u bram raju

19 października. Doroczny zjazd kremladzi z Rosji i przyjaznych jej okolic – forum „Wałdaj” – ponownie zawitał do Soczi, a nie na Wałdaj. Zgromadzenie ma za zadanie zetknąć ze sobą osoby w mniejszym lub większym stopniu olśnione Putinem oraz stworzyć możliwość obcowania z obiektem westchnień. Jak w poprzednich edycjach punktem kulminacyjnym zjazdu był speech samego WWP.

Spotkanie prowadził politolog Fiodor Łukjanow, dyrektor forum „Wałdaj” i przewodniczący Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej (ciało doradzające prezydentowi). Władimir Władimirowicz zaprezentował się zebranym w swojej niedbałej firmowej pozie. Nie wygłosił przygotowanego zawczasu wystąpienia, a jedynie odpowiadał na uprzejme pytania uprzejmego Łukjanowa. Odpowiedzi-wypowiedzi nie zawsze były uprzejme. A niektóre były w zamierzony sposób nieuprzejme. Przede wszystkim te, które dotyczyły Zachodu, a głównie Stanów Zjednoczonych – przyczyny wszystkich nieszczęść naszego globu. Zdaniem Putina, Zachód nie jest wieczny, więc jedyna rozsądna rzecz, jaką należy w tej sytuacji zrobić, to najspokojniej na świecie przeczekać Zachód i te całe jego sankcje. A jeszcze lepiej w oczekiwaniu na ostateczne zgnicie Zachodu zająć się układaniem sobie stosunków z Azją, głównie z Chinami. Nie od rzeczy będzie też poprzyjaźnić się z krajami Bliskiego Wschodu, na przykład z Egiptem, któremu Rosja właśnie ma udzielić wielomiliardowego kredytu na budowę elektrowni atomowej. Przeczekiwanie zostało przez Putina zaprezentowane jako odpowiednia strategia we wszystkich niefajnych sytuacjach. Na przykład jeśli chodzi o Ukrainę. Wystarczy poczekać, aż w Kijowie zmieni się ekipa rządząca. A wtedy będzie z kim gadać i się dogadywać. Poczekajmy, a wszystko się ułoży. Podobnie z USA – może łatwiej będzie się dogadać z nowym składem Kongresu już w tym roku, a może dopiero z nowym prezydentem w 2020.

Putin co rusz wzruszał ramionami, jak gdyby chciał oznajmić: „Robię, co mi się żywnie podoba, bo mi się tak podoba, a jak wam się nie podoba, to wasz problem, to jest moje zdanie i je gorąco podzielam”. Na przykład w sprawie Krymu. „Krym jest nasz i tyle”. Wzruszenie ramion, odchrząknięcie.

Najwięcej uwagi komentatorów przykuł passus o bombie. „Agresor, który uderzy w Rosję bronią jądrową, musi wiedzieć, że odwet nastąpi. My jako ofiary, jako męczennicy trafimy do raju. A oni po prostu zdechną. Nie zdążą nawet przeprosić za grzechy” – to zdanie było najczęściej cytowanym przez media fragmentem wczorajszego występu prezydenta na forum „Wałdaj”. Putin wielokrotnie odwoływał się do tego, że Rosja pozostaje mocarstwem atomowym i w związku z tym cały świat musi się z nią liczyć. Strasząc ludzkość możliwością użycia bomby jądrowej, Putin jednocześnie zapewnia, że odpalenie atomu nastąpi wyłącznie w odpowiedzi na atak skierowany na terytorium Rosji. W doktrynie obronnej Federacji Rosyjskiej faktycznie nie ma wzmianki o uderzeniu prewencyjnym. Komentatorzy uznali powyższy cytat za przejaw upodobniania się Putina do Ramzana Kadyrowa, który ma zwyczaj używać w swych wystąpieniach podobnej retoryki – z jednej strony kwieciście zapewniać o wolności i równości, z drugiej – brutalnie grozić użyciem siły. „To, co powiedział Putin: raj, ofiary, męczennicy itd., bardziej przypomina wypowiedź islamskiego kaznodziei niż prezydenta świeckiego kraju” – napisała jedna z komentatorek.

Putin nie po raz pierwszy zaprasza Rosjan (a wraz z nimi wszystkich mieszkańców Ziemi) na tamten świat. Motyw oddawania życia za ojczyznę, i to z przyjemnością, pojawiał się w wypowiedziach Putina w ubiegłych latach kilkakrotnie.

Zacytowane zdanie stało się pożywką, na której bujnym kwieciem rozkwitły dziś w mediach społecznościowych rozliczne żarty i memy. Na przykład: „Prezydent Putin oznajmił, że po naciśnięciu przezeń czerwonego guzika atomowego, 140 milionów ludności Rosji, z których 30 mln to alkoholicy, 10 mln to policjanci i urzędnicy, 5 mln to ochroniarze w sklepach, wyprawi się do raju, a pozostałe 7,4 miliarda ludności planety po prostu zdechnie”.

Bon moty prezydenta Putina spotykały się z żywą reakcją sali. Im bardziej odjechane sformułowania, którym zawsze towarzyszyło wzruszenie ramion, tym więcej wśród zgromadzonych heheszków, brawek, kiwania głowami. Tak, zdaję sobie sprawę, że to specyficzna publiczność, która kupuje te czerstwe suchary Putina. Ale i tak przykro na to patrzyć.

Putin chciał się zaprezentować na luzie. W żartobliwym tonie zapewniał na przykład, że ma nieprzebrane rzesze zwolenników – 146 milionów. Tymczasem ostatnie badania Centrum Lewady i innych pracowni socjologicznych przyniosły wieści o znaczących spadkach w rankingach popularności. Nie wiem, czy choćby połowa z tych 146 milionów miałaby chęć na atrakcje w rodzaju masowego przenoszenia się do raju w imię obrony tronu Putina.

Akwarium tonie

11 października. Po spektakularnych wpadkach funkcjonariuszy wywiadu wojskowego za granicą (sprawa Skripala, wpadka w Czarnogórze, przyskrzynieni hakerzy pod budynkiem Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej) w siedzibie Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, dawnego GRU odbyła się narada kierownictwa służby. Była tajna, ale informacje o niej jakoś szybko dotarły do mediów.

Według dobrze poinformowanego dziennikarza Siergieja Kaniewa (ujawnił informacje o tym, że Bohater Rosji Anatolij Czepiga brał udział w wywożeniu Wiktora Janukowycza z Ukrainy; w obawie o swe bezpieczeństwo Kaniew opuścił terytorium Rosji), podczas narady padały słowa nielicujące z powagą instytucji. „A to debile”, „szkoda, że jeszcze budionówek nie włożyli”, „co za niekompetencja”, „i to mają być fachowcy!”. Jednym słowem, przyjemnie nie było. No i być nie mogło, bo operacja otrucia eksagenta Skripala została sknocona. Zresztą, nie tylko ta. Kilku generałów może stracić epolety i przywileje z nimi związane. Stąd wielka nerwowość w „Akwarium”, jak w slangu służby mówi się o siedzibie kierownictwa d. GRU. Zdaniem uczestników narady, wysłani w bój za granicę dywersanci nie przestrzegali zasad konspiracji (np. gadali przez telefon zarejestrowany w obwodzie moskiewskim, przekazując sobie informacje otwartym tekstem), ich działalność została przez obce służby rozszyfrowana i ujawniona.

Co więcej: na jaw nadal wychodzą nowe szczegóły. Dziś czeskie media podały, że w 2014 r. Siergiej Skripal przebywał w Pradze, w tym samym czasie zjawili się tutaj dwaj panowie w granatowych kurtkach – „Pietrow” i „Boszyrow”, czyli Miszkin i Czepiga. Widocznie chcieli zapoznać się z urokami katedry św. Wita w Pradze. Petersburska „Fontanka” suponuje, że w akcji w Salisbury brała udział jeszcze jedna osoba: 45-letni Siergiej Fiedotow (https://www.fontanka.ru/2018/10/10/124/). Bliższych szczegółów na razie brak.

Porażka wizerunkowa wywiadu wojskowego ma jeszcze wymiar medialny. Rosyjskie media obsługujące Kreml (ani też oficjalni przedstawiciele władz) nie były w stanie zbudować przekonującej narracji, którą mogłyby przeciwstawić rewelacjom płynącym z Zachodu. Na tym odcinku frontu wojny informacyjnej Rosja zanotowała ewidentną wpadkę.

„Rosyjski wywiad wojskowy od 2010 roku prowadzi szeroko zakrojone działania specjalne w skali globalnej, od działań stricte militarnych, wywiadowczych, poprzez akty dywersji czy terroru, gwarantowanie bezpieczeństwa interesów ekonomicznych Rosji, po działania w cyberprzestrzeni. Skala tych działań wymaga zaangażowania dużych sił i środków. Może to tłumaczyć angażowanie do realizacji poszczególnych operacji oficerów rezerwy mających status tzw. nieetatowych współpracowników służby specjalnej” – pisze Piotr Żochowski z Ośrodka Studiów Wschodnich (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2018-10-10/konsekwencje-ujawnienia-aktywnosci-rosyjskiego-wywiadu-wojskowego-na). Zdaniem Żochowskiego, należy oczekiwać, że rosyjski wywiad wojskowy nadal sięgać będzie po wszystkie stosowane dotąd metody. „Należy oczekiwać kontynuowania takich działań” – konstatuje.

No i jeszcze jedno: ten hałas wokół dawnego GRU, te wpadki, te tajne narady, pogłoski o dymisjach generalicji nie oznaczają, że rosyjskie służby specjalne zaprzestały swej działalności. Wywiad wojskowy to tylko jedna ze struktur. Jest przecież jeszcze wywiad cywilny (Służba Wywiadu Zagranicznego) oraz kontrwywiad cywilny (Federalna Służba Bezpieczeństwa). O nich w kontekście wpadek jakoś ostatnio cicho. Znawcy tematyki podejrzewają nawet, że nagłośnienie ostatnich niepowodzeń GRU to operacja odwracająca uwagę od znacznie ważniejszych agentów, którzy szykują znacznie ważniejszą operację.

Ten nowy etap wojny służb przecież dopiero się zaczyna.

Spadochron Stirlitza

9 października. Tytuł jest nawiązaniem do poprzedniego tekstu, który zamieściłam na blogu kilka dni temu. Bo też jest to kontynuacja tematu szpiegów, którzy zostali przyłapani na akcjach w krajach Zachodu i ciągnie się za nimi ów spadochron Stirlitza z klasycznego dowcipu.

Najpierw grupa Bellingcat ogłosiła miastu i światu tożsamość wyrobionego turysty „Rusłana Boszyrowa”, który okazał się pułkownikiem wywiadu wojskowego Anatolijem Czepigą, Bohaterem Rosji. Wczoraj nastąpiła prezentacja drugiego z uczestników wycieczki zorganizowanej przez agencję turystyczną GRU do Salisbury. „Aleksandr Pietrow” też najprawdopodobniej ma stopień pułkownika, nazywa się Aleksandr Miszkin i jest lekarzem (o tym, jak współpracownicy Bellingcat do spółki z portalem The Insider ustalili personalia „Pietrowa”, można przeczytać m.in. na stronie Radia Swoboda https://www.svoboda.org/a/29533803.html). W trakcie poszukiwań zwrócono m.in. uwagę na dokumenty związane z rejestracją samochodu, zebrano świadectwa sąsiadów (ci wspominali na przykład, że w młodości spędzonej pod Archangielskiem Miszkin fascynował się muzyką techno i był wioskowym DJ), kolegów z roku z akademii medycznej; dziennikarze dotarli do paszportu, ustalili, że w 2014 r. Miszkin dostał mieszkanie w Moskwie. Podobnie jak Czepiga. Widocznie już wtedy działali razem, wywożąc z Ukrainy drogocenny ładunek w postaci prezydenta Wiktora Janukowycza.

Powiedzieć, że w całej tej historii z truciem Siergieja Skripala ucierpiała reputacja rosyjskiego wywiadu wojskowego – dumy i sławy imperium, zbiorowiska niepokonanych Isajewów, anty-Bondów, rozwalających każdy system, to nic nie powiedzieć. Media społecznościowe wybuchły zgodnie gromkim śmiechem, liczba dowcipów i memów na temat wyczynów dwóch agentów w Salisbury niebawem dogoni wielki zbiór żartów o Stirlitzu. „Niech teraz urządzą okrągły stół z udziałem Pietrowa, Boszyrowa, Czepigi i Miszkina. Mam nadzieję, że ci dwaj ostatni mają numer telefonu naczelnej telewizji RT” – kpi jeden z komentatorów, nawiązując do niewydarzonego wywiadu, jakiego panowie agenci udzielili stacji RT (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/09/13/dwoch-panow-w-jednym-lozku-patrzy-na-katedre-w-salisbury/). Ludzie śmieją się z władzy do rozpuku, a władza nie potrafi zareagować, jest bezradna wobec takiej postawy społeczeństwa. Upadek autorytetu to dotkliwa przypadłość władzy, zwłaszcza takiej, która uważa się za nieomylną i omnipotentną. Ale zdarzają się też komentarze poważne, których autorzy przypominają, że w akcji Czepigi-Miszkina zginęła jedna osoba, a trzy zostały poważnie poszkodowane. Natalia Kamardina pisze: „Młodzi, zdrowi faceci. Zabójcy. Niczym się nie różnią od zbrodniarzy w rodzaju Czikatiły, idą zabijać spokojnie, po drodze oglądają wystawy sklepowe. Piją kawkę, kupują nową parę butów. […] Oni na pewno doskonale zdawali sobie sprawę, że mają w ręku środek, który może zabić każdego, kto dotknie klamki w drzwiach domu Skripala. Listonosz, Sprzątaczka. Sąsiadka. Dzieci sąsiadów”.

Ujawnienie szlaku bojowego duetu Czepiga-Miszkin nie było jedyną wpadką, jaką zanotowali następcy Stirlitza. Kilka dni temu podano do wiadomości, że w kwietniu Holandia deportowała czterech Rosjan legitymujących się paszportami dyplomatycznymi. Czterej muszkieterowie próbowali wypatroszyć komputery Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej w Hadze. W tym czasie pracownicy agencji pracowali nad ustaleniem, czy w Salisbury do trucia Skripalów użyto substancji Nowiczok. Dzielni rycerze nie zachowali podstawowych norm higieny pracy. Zostali zatrzymani wraz z aparaturą. Przy jednym z nich znaleziono też rachunek z taksówki, która wiozła go z jednostki wywiadu wojskowego na lotnisko Szeriemietjewo (takie rachunki uprawniają do zwrotu kosztów podróży, widocznie funkcjonariusz nie chciał dokładać do interesu). Dziennikarze badający sprawę dotarli do danych paszportowych nasłanych hakerów (a także, według doniesień portalu The Insider, 105 innych funkcjonariuszy GRU).

W tym czasie, gdy Holendrzy opowiadali wszystkim, kto chciał słuchać, o „wozie pelengacyjnym” speców z rosyjskiego wywiadu pod siedzibą OPCW w Hadze, z komunikatem wystąpili też Amerykanie. Podczas konferencji prasowej amerykańscy prokuratorzy opowiedzieli o ustaleniach w sprawie rosyjskich hakerów działających na szkodę USA. Stwierdzili między innymi, że znana grupa hakerów używająca kryptonimu Fancy Bears (interwencja w wybory) to ludzie związani z rosyjskim wywiadem wojskowym. Podejrzanych o niepożądaną działalność jest siedmiu (czterech z nich zatrzymano w Holandii, o czym pisałam powyżej). Mieli oni dokonywać prób włamów do serwerów WADA i innych agencji antydopingowych, badających fałszerstwa, jakich dopuszczała się rosyjska agencja antydopingowa RUSADA.

Wpadki funkcjonariuszy wywiadu zaniepokoiły kierownictwo służby. Ale o tym w następnym odcinku.

Najważniejszy zawód świata

6 października. Stirlitz szedł ulicami Berlina, na głowie miał czapkę uszankę, do munduru przypięty order Bohatera Związku Radzieckiego, spod płaszcza wystawał mu spadochron. Jeszcze nigdy Stirlitz nie był tak bliski wpadki. To jeden z klasycznych dowcipów o asie radzieckiego wywiadu uplasowanym w sercu hitlerowskich Niemiec. Wpadka rosyjskiego wywiadu wojskowego podczas operacji otrucia eksagenta Siergieja Skripala w Salisbury coraz bardziej przypomina dowcip o Stirlitzu.

Wychodzą na jaw coraz to nowe szczegóły operacji dwóch agentów wywiadu wojskowego – pułkownika Anatolija Czepigi i „Aleksieja Pietrowa”. Dziennikarzom buszującym w sieci udało się m.in. ustalić, że Czepiga (wcześniej przez rosyjskie media przedstawiany jako „Rusłan Boszyrow”) otrzymał tytuł Bohatera Rosji. Najprawdopodobniej za operację wywiezienia Wiktora Janukowycza w lutym 2014 r. z Ukrainy. Uczestniczący w śledztwie dziennikarskim Siergiej Kaniew (który dotarł np. do dokumentów potwierdzających drogę kariery Czepigi w służbach) spiesznie opuścił Rosję, obawiając się o swoje bezpieczeństwo. Ale wróćmy do postaci samego truciciela. Zanim szczęśliwie wyewakuował Janukowycza, wcześniej odznaczył się już w Czeczenii, natomiast potem na Krymie i w Donbasie. Znaleziono w sieci jego dokumenty, m.in. prawo jazdy i wiele innych źródeł potwierdzających tożsamość i rodzaj zajęcia. Choć jako „Rusłan Boszyrow” wędrowny kiler szybko na zew prezydenta zgłosił się osobiście do samej szefowej telewizji RT, by udzielić jej niezbornego wywiadu, to po ujawnieniu personaliów przepadł jak kamień w wodę i nie rwie się, by znów opowiadać o swej miłości do anglikańskich katedr. Zdaniem rosyjskiego dziennikarza mieszkającego na emigracji Andrieja Malgina, Czepiga należy do grona „osobistych specnazowców Putina, jest wykonawcą delikatnych i zuchwałych poruczeń. W tym świetle wizyta w Wielkiej Brytanii z bronią masowego rażenia w plecaku będzie mieć dla Putina poważne konsekwencje”.

Co do konsekwencji, to zobaczymy. Natomiast rzeczywiście Putin demonstruje wielkie zaangażowanie w sprawę otrucia w Salisbury.

Ponownie osobiście zabrał głos w sprawie poczynań agentów w Salisbury. Podczas forum „Rosyjski Tydzień Energetyki” pytany o sprawę otrucia Skripalów substancją Nowiczok Władimir Władimirowicz wystąpił z brawurową przemową: „Niektóre źródła lansują myśl, że pan Skripal jest bez mała obrońcą praw człowieka. A on jest po prostu szpiegiem, zdrajcą ojczyzny. To szumowina, nic więcej. […] A przepychanki pomiędzy służbami to nic nowego. Jak wiadomo, szpiegostwo, podobnie jak prostytucja to jedna z najważniejszych profesji na świecie”. Piękna myśl, zwłaszcza o tym, jak ważna jest w świecie prostytucja, kto by pomyślał, że prezydent Rosji tak wysoko ocenia status tego zajęcia. Na tym występ prezydenta się nie skończył. Wypuszczając nosem kłęby dymu i firmowo wzruszając ramionami, prezydent kontynuował: co się tyczy brytyjskich oskarżeń pod adresem Rosji o otrucie Skripalów, to „nikt nie miał potrzeby” truć Siergieja Skripala i innych mieszkańców Wielkiej Brytanii. „Jak to – to chcecie powiedzieć, że my jeszcze jakiegoś bezdomnego człowieka tam otruliśmy? Czasem przyglądam się temu, co się dzieje wokół tej sprawy i nie mogę się nadziwić: przyjechali jacyś goście i zaczęli truć tam u was w Wielkiej Brytanii jakichś kloszardów. Co za brednie” – w ten sposób Putin odniósł się do słów moderatora dyskusji na energetycznym forum (moderator nadmienił, że ofiarami substancji Nowiczok były również inne osoby; o tych ofiarach pisałam w poprzednich odcinkach serialu, http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/09/08/jezdzcy-bez-glowy/).

Na zapleczu tych występów w świetle kamer toczy się dyskusja o tym, jak potratować wpadkę dwóch panów z wywiadu wojskowego. Dla wielu komentatorów to świadectwo ostrego kryzysu służb specjalnych Rosji. Świadectw tych jest zresztą dużo więcej – o czym napiszę w następnym odcinku. Spadochron ciągnący się za Stirlitzem jest już długi jak iglica katedry w Salisbury.

Bal maskowy w Salisbury

29 września. Ten serial szybko się nie skończy. Jego kolejne odcinki są coraz bardziej frapujące. Jeszcze nie przebrzmiały echa wywiadu dla telewizji RT dwóch panów, przedstawionych jako „Rusłan Boszyrow” i „Aleksiej Pietrow”, którzy opowiadali Margaricie Simonian o swej fascynacji gotycką katedrą w Salisbury (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/09/13/dwoch-panow-w-jednym-lozku-patrzy-na-katedre-w-salisbury/), a już drążący temat niespokojni dziennikarze agencji Bellingcat do spółki z The Insider dokonali odkrycia prawdziwej tożsamości „Rusłana Boszyrowa”. Odkryciem tym chętnie podzielili się z resztą świata.

Człowiek, legitymujący się paszportem na nazwisko „Rusłan Boszyrow” odbył wraz z kolegą „Aleksiejem Pietrowem” dziwną wycieczkę do Salisbury dokładnie w dniu, w którym dokonano otrucia eksagenta rosyjskich służb specjalnych Siergieja Skripala i jego córki Julii specyfikiem Nowiczok, zaliczanym do środków broni chemicznej. Według Bellingcat i Insider, „Boszyrow” naprawdę nazywa się Anatolij Czepiga i jest oficerem wywiadu wojskowego w stopniu pułkownika. Ma 39 lat, urodził się w obwodzie amurskim, brał udział w wojnie w Czeczenii, prawdopodobnie także w działaniach na Donbasie, za wybitne zasługi bojowe otrzymał tytuł Bohatera Rosji.

Brytyjskie władze nie skomentowały rewelacji wyśledzonych przez dziennikarzy Bellingcat. Rosyjskie władze natomiast wypuszczają firmowe mgły i zamglenia. Albo nic nie wiedzą, albo wiedzą, ale nie powiedzą, albo mówią jedno, a okazuje się drugie. W mediach społecznościowych boty wyskakują z portek, aby obalić twierdzenie, że Boszyrow to Czepiga. Mnożą się też przypuszczenia, że ujawnienie tożsamości truciciela w Salisbury było możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że rywalizujące ze sobą poszczególne rosyjskie służby wsadzają się nawzajem na minę i ujawniają dziennikarzom sekretne dane. Może coś na rzeczy jest. Ale Bellingcat przeprowadził imponującą robotę, przecedzając wielkie ilości danych.

Współpracownicy Bellingcat zresztą zapowiadają, że niebawem ujawnią również prawdziwe personalia drugiego bohatera z Salisbury. Też oficera wywiadu wojskowego, ale zapewne w stopniu kapitana.

Jeden z uczestników dziennikarskiego śledztwa mówi w wywiadzie dla BBC: „Rozmawialiśmy z naszymi źródłami w rosyjskich siłach zbrojnych. Wszyscy mówią, że to niezwykłe, że pułkownik, na dodatek Bohater Rosji został wysłany w teren. Zwykle rozkaz przeprowadzenia operacji tego typu otrzymują oficerowie co najwyżej w stopniu kapitana. To świadczy o tym, że albo zadanie zostało postawione na najwyższym szczeblu, albo szefostwo wywiadu chciało tym sposobem zadowolić swego szefa, czyli Putina. Bardzo możliwe, że po wykonaniu zadania pułkownik Czepiga otrzyma propozycję objęcia stanowiska wykładowcy w szkole wywiadu”.

Brytyjska prasa wałkuje temat otrucia Skripałow. „Daily Mail” pisze: „Prawdopodobieństwo, że operacja [otrucia Skripala] zyskała akceptację osobiście Władimira Putina, rośnie z każdym dniem. Zanim Putin sam wziął udział w niezbornych próbach przedstawienia Pietrowa i Boszyrowa jako zwykłych cywili, turystów, można było przypuszczać, że to była samodzielna nieudana operacja jednej z rosyjskich służb specjalnych. Teraz – gdy dzięki przeszukaniu zasobów Internetu ujawniono nazwisko jednego ze sprawców – można powiedzieć, że Putin został przyłapany na analogowym kłamstwie w cyfrowym świecie. Czepiga i jego partner zamiast po cichu ukarać zdrajcę, zatruli pół miasta, zabili niewinną kobietę i pokazali się całemu światu jako nierozgarnięci idioci”. Brytyjskie gazety zadają zasadne pytania: „Jak Zachód zareaguje na łgarstwa Putina? Czy Theresa May zażąda nowych sankcji?”.

Ciekawych pytań wokół sprawy Skripalów jest nadal bardzo wiele. Już dziś zapowiadam następne odcinki.

Przypadek Piotra Wierziłowa

26 września. Taki obrazek zza kulis wielkich zjazdów politycznych. Szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini w kuluarach sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku spotkała się z rosyjską delegacją. Została zaproszona do pokoiku, w którym siedzieli rosyjscy dyplomaci, przez ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Weszła, przywitała się, usiadła. Ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia z galanterią podał jej filiżankę. Pani Mogherini uprzejmie acz stanowczo podziękowała za poczęstunek. Co to jednak znaczy reputacja, nieprawdaż?

Tak, reputacja Rosji trucicielki ugruntowuje się z dnia na dzień. Oto mamy dziwny przypadek Piotra Wierziłowa, wydawcy w projekcie Mediazona (poświęcony problematyce obrony praw człowieka, stanowi więziennictwa w Rosji, więźniom sumienia itd.), akcjonisty, animatora działalności nieznośnej, podnoszącej ciśnienie przedstawicielom najwyższych władz partyjnych i państwowych.

Podczas finałowego meczu mundialu na murawę wbiegło kilka osób, zakłócając spotkanie, któremu przyglądały się z trybuny honorowej oczy wysoko postawionych gości oraz miliony przed telewizorami. Zanim ktokolwiek mógł się zorientować, kto zacz i o co chodzi, ubrani w mundury policyjne manifestanci zostali sprawnie zwinięci przez służby porządkowe. Z oficjalnych komunikatów niepodobna było dowiedzieć się, co się stało – incydentu nie dostrzeżono. W mediach społecznościowych natomiast pojawiły się filmiki z przesłuchania zatrzymanych. Okazało się, że chuligańskiego czynu dopuścili się Piotr Wierziłow i kilka członkiń grupy Pussy Riot. Ich akcja nazywała się „Milicjant wkracza do gry”. Jej celem było zwrócenie uwagi na problem więźniów sumienia, w tym prowadzącego głodówkę protestacyjną Ołeha Sencowa (a propos to dziś mija 137 dzień jego protestu). Uczestnicy akcji dostali po 15 dni aresztu administracyjnego.

Wierziłow chciał osobiście wziąć udział w akcji na stadionie, toteż nie poleciał – jak planował – do Republiki Środkowoafrykańskiej w składzie grupy dziennikarzy, zorganizowanej przez Centrum Dochodzeń (struktura finansowana przez Michaiła Chodorkowskiego). Dziennikarze mieli zebrać materiał o działalności grupy Wagnera w tym kraju. Zostali zamordowani (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/08/01/ichtamniet-afryka-dziennikarze/). Wierziłow rozpoczął samodzielne śledztwo w sprawie ich tajemniczej śmierci. 11 września trafił do szpitala. Stracił przytomność, dwa dni później jego stan określono jako ciężki. Zrobiono badania, analizy, rosyjscy lekarze nie znaleźli we krwi pacjenta żadnych podejrzanych substancji. 14 września Wierziłow odzyskał przytomność, jego stan jednak nadal był ciężki. Następnego dnia został przewieziony do berlińskiej kliniki Charite, gdzie postawiono go na nogi. Dziś został wypisany. Niemieccy lekarze próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie, co stało się przyczyną zapaści. W rozmowie z dziennikarzami profesor Kai-Uwe Eckardt wyraził przypuszczenie, że Wierziłow najprawdopodobniej został otruty. Czym? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Niemiecka prasa sugeruje, że Wierziłow stał się kolejną – po Skripalach – ofiarą trucizny, z tym że tym razem nie użyto substancji paralityczno-drgawkowej Nowiczok, a jakiegoś innego nieustalonego specyfiku. Ponadto wysunięto przypuszczenia, że Wierziłow został otruty, gdyż dotarł do demaskujących ważne osoby informacji na temat dziennikarzy tropiących grupę Wagnera w Afryce. Zdaniem innych komentatorów Wierziłow miał zapłacić wysoką cenę za swój wygłup na mundialu. W ostatnią niedzielę kapłan kremlowskiej propagandy Dmitrij Kisielow ni z tego niż owego zaczął w swym programie „Wiesti Niedieli” opowiadać o Wierziłowie, zaprzeczając wersji zachodniej prasy o celowym otruciu. Materiał miał na celu zdyskredytowanie nie tylko tego przypuszczenia, ale także osoby Wierziłowa. Kisielow z widoczną satysfakcją pokazał zdjęcia Wierziłowa i jego byłej żony Nadieżdy Tołokonnikowej ze słynnej akcji artgrupy Wojna w muzeum w 2008 r. („J*bcie się za Niedźwiadka”, zbiorowa orgia seksualna), dając do zrozumienia, że Wierziłow jest skandalistą, niezasługującym na szacunek i zaufanie. Skąd to nagłe zainteresowanie Wierziłowem oficjalnej propagandy, skoro przecież nic się nie stało?

Dziś media wałkują temat ustalenia przez grupę Bellingcat tożsamości jednego z dwóch podejrzanych o otrucie Siergieja Skripala. O tym w następnym odcinku tego fascynującego serialu.