Archiwum kategorii: Bez kategorii

Kronika bardzo towarzyska, część 1

25 listopada. Dwa dni temu „The London Gazette” opublikowała lapidarny komunikat Crown Office o przyznaniu przez Jej Królewską Mość Elżbietę II tytułu barona Jewgienijowi Lebiediewowi (Evgeny Lebedev), co jest równoznaczne z prawem dożywotniego zasiadania w Izbie Lordów brytyjskiego parlamentu. Lebiediew otrzymał tytuł „Baron of Hampton in the London Borough of Richmond upon Thames and of Siberia in the Russian Federation”.


I nad Tamizą, i nad Newą oraz rzeką Moskwą podniosła się wysoka fala zdziwienia. Jak to ma być, że Jej Królewska Mość rozdaje tytuły baronów Syberii, toż to nasza ziemia! – wykrzykiwali oburzeni rosyjscy komentatorzy. Jak to ma być, że lordem został synalek kagiebisty, no i jak to jest, że proteguje go premier Boris Johnson? – wyrażali niezadowolenie brytyjscy obserwatorzy życia na szczytach władzy.


Na rosyjski „oburz” dość szybko znalazła się uspokajająca odpowiedź: pierwszy człon tytułu mówi o tym, gdzie obecnie działa świeżo upieczony lord, drugi człon – o miejscu pochodzenia. I nie ma to nic wspólnego z przyznawaniem majętności tu czy tam. W tym drugim komponencie jest lekka rozbieżność: Jewgienij Aleksandrowicz Lebiediew urodził się bowiem w Moskwie, a nie na Syberii. Jak sugerują niektórzy znawcy tematu, „przydzielenie” Lebiediewowi tytułu barona moskiewskiego (lub kremlowskiego, jak podpowiadali złośliwi londyńczycy) brzmiałoby niezręcznie, a Syberia kojarzy się z romantyką i śniegiem. Na to, że nie wszystkim się tak kojarzy, wskazują jednak obcesowe przycinki angielskich mediów społecznościowych. W Twitterze pojawiły się nieparlamentarne przytyki wobec nowego członka parlamentu: „Baron F*cking Siberia” albo „Lord of Gulag”.


„Oburz” angielski na wpuszczanie do Izby Lordów ludzi związanych z rosyjskimi służbami i zaprzedawanie przez Johnsona Wielkiej Brytanii Rosji wymaga kilku słów wprowadzenia. Sam lord Lebedev nie pracował w KGB ani FSB. W każdym razie oficjalnie nic o tym nie wiadomo. Natomiast ze służb wywodzi się Aleksandr Lebiediew, ojciec lorda. Też ciekawa postać. Lebiediew senior w latach osiemdziesiątych pracował w KGB, potem wziął się za kręcenie biznesów w Rosji, wreszcie wylądował w Londynie, gdzie wszedł w biznes medialny. Jak pisze zawsze krytyczny wobec Kremla Igor Ejdman: „Trzydzieści-czterdzieści lat temu Lebiediew senior zajmował skromny gabinecik w sowieckiej ambasadzie w Londynie i przyoszczędzał na wydatkach, gotując sobie grzałką zupki z chińskiej tuszonki. A teraz jego latorośl będzie zasiadać w Izbie Lordów […] Nie ma byłych czekistów. Z mafii rosyjskich służb specjalnych wyjście jest jedno: przez polon lub nowiczok. […] Jak w każdej mafii i tutaj ceni się rodzinne tradycje. Starsi ojcowie chrzestni przekazują kunszt dzieciom. Lebiediew junior należy do wpływowego czekistowskiego klanu. Jest nie tylko synem, ale najważniejszą inwestycją swego ojca. Nie ma wątpliwości co do tego, że Lebiediew senior przekazał synowi nie tylko środki finansowe na zakup gazet, ale swój główny kapitał – powiązania z potężną Firmą. Członkom brytyjskiego parlamentu można pogratulować: w Izbie Lordów pojawił się praktycznie jawny informator rosyjskich służb specjalnych”. Bardzo kategoryczna opinia.


Lebiediew senior nie przez wszystkich postrzegany jest tak jednoznacznie źle jak przez Ejdmana, wielu komentatorów wskazuje, że przecież pozostaje on właścicielem jednej z najbardziej antykremlowskich gazet rosyjskich „Nowej Gazety”, udziela się też na niwie charytatywnej choćby w fundacji im. Raisy Gorbaczowej itd. Tygodnik „Ogoniok” niedawno tak pisał o fundamentach wysokiej pozycji obu panów L.: „Kupienie wielkich prestiżowych tytułów prasowych, jak „The Independent” było majstersztykiem. W 2010 r. gazeta stała na skraju bankructwa. Można było albo znaleźć jej nowego właściciela, albo zamknąć tytuł. I nowy właściciel się znalazł – „The Independent” stała się własnością Lebiediewów, zapłacili za to symbolicznego jednego funta. Plus dziesięć milionów na pokrycie bieżących zobowiązań i umów. Rok wcześniej rosyjscy oligarchowie nabyli londyńską „The Evening Standard” – również według schematu „jeden funt plus zobowiązania”. Lebiediew senior wycofał się z udziałów, pozostawiając tytuły w gestii syna. Trzeba zapisać na korzyść Lebiediewa juniora, że podniósł oba tytuły z upadku. Sam zapracował też na opinię sprawnego dziennikarza, zajmującego się polityką międzynarodową. Rozpracowywał takie tematy jak wojny narkotykowe w Meksyku, przeprowadził wywiady z prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem czy „ostatnim dyktatorem Europy” Alaksandrem Łukaszenką. Pod kierownictwem Lebiediewa „The Evening Standard” też rozwinęła skrzydła. Jej nakład wynosi obecnie aż 900 tysięcy egzemplarzy”. Jak pisze angielska prasa, Lebiediew junior, kilka lat temu znany głównie z podbojów miłosnych, szeroko opisywanych w brytyjskich „pudelkach”, ostatnio trafia na łamy poważnych gazet głównie w kontekście bliskich związków z premierem Borisem Johnsonem. Ich znajomość datuje się jeszcze z czasów, gdy Johnson był burmistrzem Londynu. Gazety Lebiediewa mocno wspierały wszystkie kolejne kampanie polityczne Johnsona. A Johnson po prostu tylko umieścił nazwisko Lebedev na przedstawianej królowej listę „kandydatów na lordów”. Żadnej koincydencji.


Sam baron w publikacjach prasowych dystansował się od polityki, twierdził, że – podobnie jak jego gazety – jest „niezaangażowany”. Odpierał też stanowczo krytykę ze strony tych, którzy uważają go za wtykę Kremla.


O tym, że Lebiediew otrzyma miejsce w Izbie Lordów, było wiadomo od lipca, więc zaskoczenia nie było. Ot, potwierdzenie dla miłośników kroniki towarzyskiej. Natomiast kompletnym zaskoczeniem towarzyskim było podane dziś przez „Projekt” inne pikantne danie, które wywołało tsunami w rosyjskich internetach. Znacie Państwo nazwisko Swietłana Kriwonogich? Nie dziwię się. Do dziś znało panią Kriwonogich nader wąskie grono. I właśnie o niej napiszę w drugiej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Koronawirus i magia

19 listopada. Rosja przekroczyła dziś próg dwóch milionów zakażeń koronawirusem od początku pandemii. Dziennie przybywa około dwudziestu tysięcy zarejestrowanych przypadków. Szpitale pękają w szwach, coraz częściej można przeczytać w mediach o zgonach spowodowanych niewydolnością systemu ochrony zdrowia. Władze co rusz zastanawiają się nad zaostrzeniem ograniczeń w regionach, w których wzrasta zachorowalność. Widmo lockdownu krąży po kraju. Tymczasem jest dziedzina, która nie tylko nie zwinęła się w czasie pandemii, ale wręcz rozkwitła przepięknym kwieciem. To usługi wszelkiego autoramentu wróżek, uzdrowicieli, jasnowidzów i czarnowidzów, wiedźm i parapsychologów. Także w zakresie uzdrawiania od Covidu.


„Jak tarcza osłonię cię przed koronawirusem. Jeśli chcesz przeżyć i gotów jesteś za to zapłacić, zgłoś się” – zachęca mieszkańców Magnitogorska specjalista od białej i czarnej magii, Siergiej Litwinow. Cennika za swe zbawienne usługi nie wystawił oficjalnie, o tym, ile sobie życzy za seans antycovidowy, każdy z delikwentów dowiaduje się indywidualnie. Litwinow twierdzi, że jego samego wirus się nie ima. Nie ma po prostu szans w zetknięciu z nieprawdopodobną energią, jaką – wedle słów samego nosiciela tejże – dysponuje uzdrowiciel. I ta energia jest tak wielka, że działa nawet na odległość, kruszy mury i przedostaje się do klienta nawet za pośrednictwem mediów społecznościowych. Litwinow chwali się, że potrafi hipnotyzować przez telefon albo wpatrując się w zdjęcie klienta, przebywającego za górami, za lasami.


Wiosną, gdy uderzyła pierwsza fala epidemii, większość specjalistów od zaklęć losu, wróżenia z fusów i poprawiania zdrowotności za pomocą machania ręką raz w prawo, raz w lewo, przeniosła swoje usługi do sieci. I sprawiała swoje rytuały bezkontaktowo. Jasnowidze masowo publikowali też na swoich profilach w mediach społecznościowych przewidywania dotyczące rozwoju epidemii. Większość skłaniała się do opinii, że wirus wyhamuje już w maju i więcej nie powróci. „9 maja w naszej stolicy odbędzie się uroczysta defilada” – przewidywał w kwietniu radośnie profeta Wadim Kuźmienko z Chimek. Jak dziś wiemy, defilada odbyła się pod koniec czerwca, a i to w warunkach reżimu sanitarnego. A wirus wbrew przewidywaniom natchnionych wajdelotów powrócił i się sroży.


To, że przepowiednie magów nie sprawdzają się ani na jotę, nie powoduje włączenia krytycznego myślenia u napływającej nieprzerwanym strumieniem klienteli. Branża ezoteryczna ma się w Rosji świetnie, liczba chętnych do skorzystania z usług mistrzów rośnie zwłaszcza w okresach kryzysu. Wiadomo – wtedy nic nie wiadomo, a każdy chciałby się dowiedzieć, co go czeka, zapewnić sobie wejście jakąś boczną furtką na bezpieczny podworzec. Skoro taki Siergiej Litwinow czy zastępy jego kolegów po fachu taką furtkę za niemałe pieniądze uchylają, to na wszelki wypadek warto spróbować.


„Ach, boi się pani, że babcia zachoruje. Ach, babcia już choruje. Na koronawirusa. Mogę się podjąć leczenia. Trzeba przysłać zdjęcie, imię i datę urodzenia babci. Proszę mi to wysłać na WhatsApp. I tysiąc rubli zaliczki. Zobaczę, co się tam dzieje i powiem, co należy zrobić, aby uratować babcię. A jak zobaczę, że nie dam rady, to powiem. Wszystko w rękach Boga” – mami klientkę przez telefon „najpotężniejsza jasnowidząca” Ludmiła Nikołajewna, sławna na cały Omsk. Inna „uzdrowicielka”, niejaka Sofija, instruuje poszukującą pomocy wnuczkę, że lekarzom w kwestii leczenia babci od Covid19 wierzyć nie można. „A ja jestem i szeptuchą, i znam odpowiednie modlitwy, zadziałam jak trzeba, za pięćset rubli postawię diagnozę”. I w tym celu wcale nie trzeba się spotykać z pacjentem – czary działają na odległość.


W Petersburgu magowie klientelę obrabiają na różne sposoby. Jak zwalczyć koronawirusa? Na przykład na seansie spirytystycznym. Albo nabywając za „naprawdę śmieszne pieniądze amulety”. Amulety muszą zawierać w środku piołun, który chroni od wirusa dzień i noc. Bardziej wymagająca publiczność może wziąć udział w rytuałach odstraszania złych wirusów w wykonaniu wiedźmy Oksany. W swoim gabinecie osobliwości czarownica wpierw łączy się z kosmosem za pomocą tajemnych komunikatorów, ustala, która planeta z która gwiazdą jest w koniunkcji i dzięki pozyskanej w ten sposób kosmicznej mocy uderza bezlitośnie w wirusa, aż mu się z paskudnej korony dymi. Oksana wije się przy tym i wydaje ponure dźwięki. Po napadzie kaszlu czarownica budzi się z transu i oznajmia zgromadzonym, że właśnie pokonała wirusa i pandemia niebawem się zakończy. Ale gdyby ktoś chciał się dodatkowo zabezpieczyć, to może nabyć za doprawdy niewielkie pieniądze flakoniki z lekarstwem własnej produkcji: nalewką na piołunie. Trzy krople na język i człowiek zdrów jak ryba.


Nie trzeba się bardzo zagłębiać w zasoby internetu, aby dotrzeć do ogłoszeń reklamujących leki przeciwko Covid19 – są ich setki. Bez trudu można zaopatrzyć się w wodę, nad którą odczyniono uroki, albo w roślinność, która odgradza właściciela od wirusów. Podobno cuda czyni sowieckie mydło.


W chórze głosów czarnoksiężników ledwie słychać było głos zasłużonego hipnotyzera i telewizyjnego showmana Anatolija Kaszpirowskiego. Jeszcze w sierpniu Kaszpirowski zwrócił się do prezydenta Putina z prośbą, aby Rosja zrezygnowała z masowych szczepień przeciw Covid19, bo to nic nie da, a tak w ogóle to zmowa bogaczy, którzy chcą na tym zarobić. Najwidoczniej Władimir Władimirowicz nie wziął pod uwagę przestróg Kaszpirowskiego, bo od kilku tygodni lansuje szczepionki opracowane w rosyjskich instytutach naukowych. A tych szczepionek jest odin, dwa, tri…


Ciemna noc

15 listopada. Słowa piosenki „Ciemna dziś noc” na polski przełożył Julian Tuwim, wyszło znakomicie, Tuwim świetnie czuł muzyczną frazę, doskonale oddawał melodyjne i poetyckie meandry języka rosyjskiego w równie poetyckiej polszczyźnie. O tym, jak powstał oryginalny, rosyjski tekst, przypomniał projekt „Nieśmiertelny Barak” (https://bessmertnybarak.ru/article/tyomnaya_noch/). Co ma historia jednego z największych muzycznych szlagierów czasu wojny do tego projektu upamiętniającego ofiary stalinowskich represji? Ogniwem łączącym jest osoba autora słów – Władimira Agatowa.


Piosenka pochodzi z filmu „Dwaj żołnierze” (Два бойца) w reżyserii Leonida Łukowa. Film kręcono w latach 1942-1943 Taszkencie, dokąd została ewakuowana wytwórnia filmowa. Agatow przyjechał do Taszkentu w odwiedziny do ewakuowanej rodziny (sam był na froncie, pracował jako korespondent wojenny). Z peronu został zgarnięty przez Łukowa – w drodze do wytwórni reżyser pokrótce opowiedział, o czym jest jego nowy: dwaj przyjaciele walczą na francie, jeden jest erudytą, drugi – zwyczajnym wesołym chłopakiem. Ten zwyczajny ma zwyczajną narzeczoną, erudyta pokpiwa z zakochanych, na tym tle dochodzi do scysji ze zwyczajnym przyjacielem. Lecz gdy zwyczajny przyjaciel trafia ranny do szpitala, w erudycie budzi Cyrano de Bergerac zmiksowany z siostrą miłosierdzia: pod nazwiskiem rannego przyjaciela śle piękne o wzniosłe listy miłosne do jego narzeczonej, a co ważniejsze – wysyła paczki żywnościowe, które ratują jej życie w głodującym, oblężonym Leningradzie. W finale jest happy end – szlachetność, uczucie i braterstwo broni. Trzeba więc napisać piosenkę jednocześnie rzewną i podnoszącą na duchu – według legendy Łukow kreśli schemat tekstu: front, dwóch przyjaciół wspomina swoje dziewczyny, miłość jest wieczna, zwyciężymy dzięki naszym bohaterskim kobietom. Kompozytor Nikita Bogosłowski ma już pomysł na melodię. Agatow wsłuchuje się w muzykę, siada i pisze tekst – od początku do końca. Bez skreśleń.


Opowiastka o okolicznościach napisania tekstu ma kilka wersji, m.in. taką, że reżyser Łukow przyszedł pewnego wieczoru do kompozytora Bogosłowskiego i opisał mu filmową scenę w ziemiance, w której musi się pojawić piosenka, gdyż bez piosenki scena nie ma sensu. Bogosłowski usiadł do fortepianu i po kilku minutach zagrał motyw, który stał się potem jedną z najpopularniejszych melodii wojennych. Zadzwonili do Agatowa. Poeta natychmiast przyjechał, usiadł na krzesełku. Posłuchał, jak gra Bogosłowski. Pochylił się nad kartką papieru. Po kilku godzinach bezsennej nocy pokazał tekst napisany pięknym charakterem pisma. Bez skreśleń.


W filmie pieśń wykonuje obdarzony aksamitnym, kojącym głosem Mark Bernes, akompaniując sobie na gitarze i wpatrując się w ciemną frontową noc. Piosenka miała wielu znakomitych wykonawców, ukochał ją sobie m.in. gwiazdor kina Michaił Utiosow. I to tak ukochał, że gdy po starej przyjaźni dostał nuty od kompozytora, wykonał ją jeszcze przed premierą filmu – bez wiedzy i zgody autorów.


Wróćmy do postaci autora słów i jego losów. Władimir Agatow (wł. Welwl Guriewicz) pochodził z Kijowa, związany był przez wiele lat z Odessą. Pisał felietony, artykuły do gazet, wiersze, humoreski, skecze, teksty piosenek. Niektóre były znane i śpiewane przez popularnych wykonawców, np. „Kokainetkę” śpiewał Aleksandr Wertyński, a piosenkę w stylu odeskiego folkloru „bandyckiego” o zezowatym Wańce po latach włączył do swego repertuaru Władimir Wysocki. Żadna jednak nie dorównała sławie „Ciemnej nocy”.

W 1949 r. Agatow został aresztowany. Za co? Najprawdopodobniej ktoś doniósł na niego, że opowiada dowcipy niezgodne z linią partii i towarzysza Stalina. To wystarczyło – trafił do łagru. I tu zaczyna się inne życie – życie artysty w warunkach obozowych, który na nieludzkiej ziemi pozostał człowiekiem. W łagrze został jak inni zekowie zapędzony do wyrębu lasu. Z czasem udało mu się przekonać naczelnika, że w łagrze powinien istnieć teatr – Agatow wystawiał w nim sztuki. Potem zorganizował chór. Gdy dowiadywał się, że w pobliskich łagrach siedzą przymierają głodem artyści, wnioskował o przeniesienie ich do swojego łagru, by mogli grać w jego obozowym teatrzyku. Wielu z nich uratował życie.


Został zrehabilitowany w 1956 r., przywrócono mu członkostwo w Związku Pisarzy. Według świadectw przyjaciół Agatow wrócił do Moskwy schorowany i załamany, z dawnego dowcipnisia, duszy towarzystwa nic nie zostało. Zmarł w 1966 r., w wieku 65 lat. Został pochowany na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie. Na skromniutkim nagrobku umieszczono szlagwort jego najsłynniejszej piosenki.

Przywracanie pamięci

13 listopada w Międzynarodowym Dniu Niewidomych projekt „Nieśmiertelny Barak” przypomina o ofiarach stalinizmu spośród tej grupy represjonowanych.


Wacław Abłamow, lat 41, narodowość polska; jeden spośród ponad dwudziestu tysięcy osób rozstrzelanych w latach Wielkiego Terroru na podmoskiewskim poligonie Butowo. Pracował jako straganiarz na bazarze Dorogomiłowskim w Moskwie. Aresztowany w 1937 r. pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski. Zrehabilitowany w 1989 r. https://bessmertnybarak.ru/Ablamov_Vatslav_Nikolaevich/


Maria Czerwiakowa, lat 64. W sierpniu 1937 r. została oskarżona o spiskowanie w ramach „kontrrewolucyjnej grupy cerkiewno-monarchistycznej, udawała błogosławioną, przyjmowała rzesze wiernych, rozpowszechniała prowokacyjne słuchy, zajmowała się leczeniem, wzbudzała terrorystyczne i faszystowskie nastroje”. Zachowane dokumenty świadczą o tym, że w ostatnich latach życia była mniszką (схиномонахиня), nie udało się ustalić, w jakim klasztorze złożyła śluby, w latach dwudziestych bolszewicy zlikwidowali większość klasztorów. Ciężko chorowała, oślepła, była wzorem dla wielu osób cierpiących, do jej domu (Fili pod Moskwą, obecnie Moskwa) przychodzili ludzie z prośba o radę, o modlitwę, pomagała osobom duchownym.


Skazana na śmierć przez trójkę NKWD, została rozstrzelana 8 października 1937 r. Uznana za męczennicę za wiarę (2003), powstały ikony z jej wizerunkiem (http://martyrs.pstbi.ru/bin/db.exe/spc_1_foto/ans/nm/?HYZ9EJxGHoxITczUfi4fc88fdOqhuuIUfOuWfenXtuKhe8ecTc0fdOfVc8qYs8*U87SZs89jeeuWc00AcC0cvm0*t80hcC5gdO8hc0Y*). Została zrehabilitowana w 1989 r. (https://bessmertnybarak.ru/Chervyakova_Mariya_Afanasevna/)

Oboje byli niewidomi. Jak sugeruje autor wzmianki na stronie „Nieśmiertelny Barak” , zostali rozstrzelani, gdyż z aresztów pozbywano się wówczas osób niepełnosprawnych, które były ciężarem dla władz więziennych.

Którzy odeszli 2020, część druga

3 listopada. W pożegnalnym liście zamieszczonym na profilu FB napisała: „O moją śmierć oskarżam Federację Rosyjską”. Dziennikarka z Niżnego Nowogrodu Irina Sławina dokonała aktu samospalenia pod gmachem miejscowego oddziału MSW.


Naprawdę nazywała się Irina Murachtajewa, pseudonimu Sławina używała w pracy dziennikarskiej, najpierw w redakcji „Niżegorodskaja Prawda”, potem – od 2015 r. – jako redaktor naczelna internetowego opozycyjnego medium „Koza.Press”, które omawiało ważne dla regionu wydarzenia. W 2016 r. jako członek opozycyjnej partii Jabłoko startowała w wyborach do miejscowej legislatury i Dumy Państwowej.


Od 2019 r. znalazła się pod ostrzałem władz – w marcu ubiegłego roku sąd uznał ją za winną zorganizowania nielegalnego zgromadzenia (marsz pamięci Borysa Niemcowa) i skazał na grzywnę w wysokości 20 tys. rubli. Za krytyczny, zawierający wulgaryzm wpis w Facebooku o odsłonięciu w miejscowości Szachunja tablicy pamiątkowej ku czci Stalina została pozwana z powództwa miejscowej jaczejki partii komunistycznej za „brak szacunku do władzy i społeczeństwa”, sąd ukarał ją grzywną w wysokości 70 tys. rubli. Zdaniem jej współpracowników, wysokie grzywny były próbą wywarcia nacisku na Sławiną, aby zrezygnowała z działalności dziennikarskiej, i wstępem do zamknięcia „Koza.Press”. Sławina zwróciła się do Prokuratury Generalnej Rosji z prośbą o sprawdzenie, czy wypowiedź Ramzana Kadyrowa, grożącego autorom negatywnych materiałów o Czeczenii, jest zgodna z prawem. Każdy wpis Sławinej na FB i każda publikacja na „Koza.Press” były pod szczególnym nadzorem służb. Kolejną grzywnę wlepiono jej za informację o forum „Wolni ludzie”. 1 października służby przeszły do kolejnego etapu nękania dziennikarki: rewizja w domu. Jak napisała sama Sławina: przyszło dwunastu funkcjonariuszy, szukali ulotek dotyczących forum, „a może nawet ikony z Michaiłem Chodorkowskim” (inicjator forum „Wolni ludzie”).


2 października Irina Sławina dokonała aktu samospalenia.


Siergiej Miedwiediew na stronie Radia Swoboda napisał: „Rosja jest okupowana przez siłowików, którzy o szóstej rano mogą do każdego przyjść z rewizją, przewrócić dom do góry nogami i zdemolować życie – tak było z rodziną Iriny Sławinej. Rewizję przeprowadzono pod wymyślonym pretekstem: jej „Koza.Press” od dawna nie podobała się miejscowym władzom. Kafkowska ironia polegała jeszcze na tym, że siłowicy pomylili Niżny Nowogród z Nowogrodem Wielkim, gdzie faktycznie odbywały się spotkania z udziałem obserwatorów z Otwartej Rosji Chodorkowskiego – undiserable organization. Dla machiny represji to żadna różnica – czy to Niżny Nowogród czy Wielki Nowogród, najważniejsze to skopać człowieka, którego głowa wystaje nad poziomy. W warunkach totalnego braku wolności, zapaści instytucji, głuchoty władzy i społeczeństwa człowiek sięga po swoje ciało jako ostatnie dostępne narzędzie wypowiedzi […] Dla Iriny współczesna Rosja – z grzywnami, rewizjami, nieustannymi naciskami i kontrolą ze strony siłowików, uniemożliwiającą jakąkolwiek działalność – stała się więzieniem. I ona rzuciła swoje płonące ciało w twarz władzy. Jej gest rozpaczy stał się aktem wyzwolenia”.


Po śmierci dziennikarki w Niżnym Nowogrodzie powstało kilka spontanicznych memoriałów, przy których zbierali się ludzie, przynosili kwiaty, zdjęcia, zapalali znicze. Miejscowe władze początkowo zwalczały memoriały, uprzątały kwiaty itd. Potem odpuściły. W mieście ma powstać skwer imienia Iriny Sławinej. Kreml złożył członkom rodziny Sławinej kondolencje. W połowie października córka dziennikarki opublikowała w mediach społecznościowych list w imieniu całej rodziny, w którym o śmierć matki oskarżyła „osoby winne prześladowań, które ją doprowadziły do decyzji o desperackim akcie samospalenia. Samospalenie było krokiem, mającym na celu przebudzenie społeczeństwa i zwrócenie uwagi na tę niesprawiedliwość, która ma miejsce w naszym kraju”.

Którzy odeszli 2020, część pierwsza

1 listopada. W dzień wspomnień i zadumy nad losami tych, którzy byli przed nami i z nami – moje doroczne pożegnanie osób zmarłych w minionym roku w Rosji lub poza Rosją. Zostawili po sobie wspomnienia dobre i złe, ale zawsze niezwyczajne. Ich biografie związane były z historią najnowszą Rosji, a ich ślady będą długo stygły.


Zacznę od postaci Siergieja Chruszczowa (ur. 1934), syna genseka Nikity Chruszczowa. Niełatwo jest być dzieckiem przywódcy politycznego, zwłaszcza tak kontrowersyjnego jak Chruszczow, który był i najbliższym współpracownikiem Stalina, i grabarzem jego dzieła i pamięci, i zwolennikiem reform, i tradycjonalistą. Siergiej szukał własnej drogi – ukończył uczelnię techniczną, pracował nad projektowaniem rakiet w instytucie naukowym. Dobrze mu szło – dostał Nagrodę Leninowską, tytuł Bohatera Pracy Socjalistycznej i inne wyróżnienia. W branży nauk technicznych pozostał przez prawie trzydzieści lat. Aż pewnego dnia stwierdził, że jego powołaniem jest politologia. Napisał kilka książek poświęconych epoce Nikity Chruszczowa. W 1991 r. został zaproszony przez jeden z amerykańskich uniwersytetów do przedstawienia cyklu wykładów o zimnej wojnie. Stany spodobały mu się bardzo, może nawet bardziej niż ojcu, który w 1959 r. odbył słynną podróż, podczas której zgłębiał tajniki uprawy kukurydzy i szokował amerykański establishment bezpośredniością. Siergiej towarzyszył mu wtedy w objeździe USA. Teraz postanowił zamieszkać w USA na stałe. Wybrał miasto Providence, stolicę stanu Rhode Island, podjął pracę na uniwersytecie. W roku 1999 otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Zanim jednak sprawy tak pomyślnie się ułożyły, przez wiele lat w ZSRR Siergiej przeżywał rozterki – był antystalinistą i z tych pozycji redagował w drugiej połowie lat 60. wspomnienia ojca, pełne niewygodnych dla zakłamanej sowieckiej propagandy materiałów. Przemycał je na Zachód, gdzie wyszły drukiem. To nie mogło ujść płazem – KGB siedziało mu na karku aż do końca lat 80. Odnośnie przyczyn śmierci (w czerwcu br.) powstały kontrowersje: w prasie pojawiły się informacje, że Siergiej Chruszczow strzelił sobie w głowę. Wersję tę dementowała jego żona, Walentina Golenko, która utrzymywała, że mąż zmarł „ze starości”. Pogrzeb zaplanowany na jesień ma się odbyć na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie, gdzie spoczywa Nikita Chruszczow.


Zmarły w lutym Dmitrij Jazow był ostatnim mianowanym marszałkiem Związku Sowieckiego, ministrem obrony za czasów Gorbaczowa. Nie popierał pierestrojki i nowych trendów w polityce, był przeciwny zainicjowanej przez genseka polityce odprężenia oraz redukcji arsenałów jądrowych oraz reformy armii. Należał do grupy twardogłowych, którzy w sierpniu 1991 r. zawiązali GKCzP – komitet stanu wyjątkowego. Twardogłowi chcieli odsunąć od władzy Gorbaczowa i zawrócić ku świetlanej przeszłości. Po klęsce puczu Jazow wystosował do zwycięskiego Gorbaczowa posłanie, w którym posypywał sobie głowę popiołem, nazywał się „starym durniem”, który uległ namowom, nie miał pojęcia, co czyni etc. Pytany o te słowa dwadzieścia lat później powie, że nic nie pamięta. Uczestnicy puczu byli aresztowani i osadzeni w areszcie śledczym Matrosskja Tiszyna, dwa lata później wyszli na wolność, w 1994 r. zostali objęci amnestią. Można powiedzieć, że Jazow wyszedł z tej awantury ledwie draśnięty, co więcej – od 1998 r. piastował ciepłe synekurki w ministerstwie obrony: wykładał w akademii, doradzał, zasiadał w różnych ciałach, pisał memuary itp. Za stare grzechy zaczęła go natomiast ścigać Litwa. W styczniu 1991 r., gdy miały miejsce dramatyczne wydarzenia w Wilnie (demonstracje niepodległościowe stłumione przez Armię Sowiecką), Jazow był ministrem obrony i wydał rozkaz wyprowadzenia na ulice czołgów. Zginęli ludzie. Litewska prokuratura ścigała go za to, a on odpowiadał, że działania żołnierzy nie przyczyniły się do śmierci Litwinów. W obronie Jazowa w 2016 r. wystąpiła Duma Państwowa, uznając proces za polityczny, sprzeczny z normami prawa międzynarodowego; w 2019 r. Jazow został skazany na karę 10 lat pozbawienia wolności. Rosja odrzuciła ten wyrok. Zmarł w wieku 95 lat po długiej i ciężkiej chorobie, został pochowany na cmentarzu w Mytiszczach pod Moskwą.


CDN.

Covid jesienny na dwa świerszcze i dwie szczepionki

23 października. Jeszcze miesiąc tematu nie było. Ale 28 września przypadków zakażeń koronawirusem zaczęło w Rosji dość gwałtownie przybywać. Następnego dnia prezydent Putin wezwał Rosjan, aby byli gotowi do ponownych ograniczeń w razie wzrostu liczby zachorowań. Dziś zarejestrowano 17 340 nowych przypadków, w ostatnich dwóch tygodniach przyrost dobowy wynosił kilkanaście tysięcy i był wyższy od majowego szczytu zachorowań. Łącznie od początku pandemii w Rosji przeprowadzono 56 mln testów, zachorowało ok. 1,5 mln osób, zmarło ok. 25,5 tys.


Najwięcej chorych przybywa w Moskwie – dziś ponad pięć tysięcy nowych pacjentów z potwierdzonym koronawirusem, to prawie 1/3 wszystkich rosyjskich przypadków. Na ogromnym obszarze Rosji skupisk z dużą liczbą odnotowywanych zachorowań jest kilka – poza Moskwą to Petersburg, obwód moskiewski, niżnonowogrodzki, rostowski, swierdłowski. Najmniej zachorowań notuje się w Czeczenii i na Czukotce.


Według przedstawicieli rządu Rosji, 2,7% potwierdzonych przypadków to pacjenci w stanie ciężkim. Dziś minister zdrowia Michaił Muraszko obiecał Rosjanom bezpieczną, darmową i pewną szczepionkę. Kiedy? „Jak tylko zostaną uruchomione moce przerobowe przemysłu farmaceutycznego”. O „szczepionce” przeciwko Covid19 prezydent Putin mówił już w sierpniu, wyznał nawet, że zaszczepiła się jego córka. Preparat nazwano ambitnie „Sputnik – V”, opracował go Instytut im. Gamalei. Teraz rosyjskie ministerstwo zdrowia zarejestrowało drugą „szczepionkę” – z instytutu „Wektor” o skomplikowanej nazwie „EpiWakKorona”. Niebawem ma się pojawić trzecia rosyjska „szczepionka”. Piszę to słowo w cudzysłowie, gdyż te rosyjskie preparaty nie mają statusu szczepionki, nie uznaje ich za takowe Światowa Organizacja Zdrowia. Rosjanie ograniczyli się w badaniach nad szczepionkami do dwóch etapów, bez przeprowadzenia trzeciego, najważniejszego, czyli badań klinicznych. Ale propagandowe harce, mające otworzyć oczy niedowiarkom, trwają w najlepsze: przed kamerami telewizji zaszczepił się minister obrony Siergiej Szojgu, przewodniczący LDPR Władimir Żyrinowski, kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow i in. Putin mówi, że się zastanawia.


Specjalista w dziedzinie infekcji Władimir Nikiforow w wywiadzie dla agencji Rosbałt: „Zarejestrować można dowolną rzecz. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy ten preparat stanie się realną szczepionką, czy będzie chronić, czy nie będzie wywoływać efektów ubocznych. Pierwsze dwa etapy są proste, dalej zaczynają się schody. Zaszczepiono dwóch ochotników, przeżyli – to już sukces. Należy się przekonać, że odporność, którą nabywa się dzięki szczepionce, faktycznie będzie chronić przed wirusem […] Trzeba to sprawdzić na trzydziestu tysiącach pacjentów, drugie tyle zaszczepić placebo. Porównać wyniki. A potem trzeba zaszczepić miliony, w samej Moskwie mieszka co najmniej piętnaście milionów ludzi, jeśli nawet zaszczepi się 50 tysięcy, to nic nie znaczy, nic z tego nie wyniknie. Nie będziemy mieli w ciągu roku bezpiecznej i skutecznej szczepionki”.


Tyle specjalista, który się propagandzie nie kłania. Ale propaganda rządzi się własnymi prawami i nie kłania się z kolei naukowcom. Oto rosyjskie media państwowe wystąpiły z ostrą krytyką tzw. szczepionki oksfordzkiej. Pod tą nazwą rozumiany jest preparat firmy AstraZeneca, który wszedł w trzecią fazę prac, czyli badań klinicznych („Sputnik – V” został przez Putina „wystrzelony” po drugiej fazie). Według epidemiologów, szczepionka oksfordzka jest najbardziej zaawansowana i perspektywiczna.


A zatem to cel ataków dla orędowników „Sputnika – V”, groźny konkurent. Huzia na konkurenta. Brytyjska gazeta „The Times” zwróciła uwagę, że w mediach społecznościowych podniosła się fala heheszków na temat szczepionki oksfordzkiej. Po przeanalizowaniu tych memów, kpinek i wrzutek autorzy materiału doszli do wniosku, że to dobrze zorganizowana kampania mająca na celu zdyskredytowanie wysiłku brytyjskich uczonych pracujących na szczepionką oksfordzką (https://www.thetimes.co.uk/article/russians-spread-fake-news-over-oxford-coronavirus-vaccine-2nzpk8vrq). Jak pisze Andriej Ostalski, brytyjskie media podejrzewają Rosję o nieuczciwą konkurencję, ta kampania dyskredytacji oksfordzkiej szczepionki ma dotrzeć przede wszystkim do Brazylii, Indii i kilku innych państw, gdzie Moskwa chce sprzedać swój „Sputnik – V”. Minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii nazwał wysiłki Rosji „ubogim przykładem dezinformacji”, ale przecież „wiemy, że Rosja stosuje dezinformację jako narzędzie polityki zagranicznej”. Nie dziwi nic. Przewrotną puentą tego wątku niech będzie przypadek kuma Władimira Putina, ukraińskiego polityka Wiktora Medwedczuka, który po starej znajomości został zaszczepiony rosyjską „szczepionką”. A na dniach okazało się, że zaraził się koronawirusem.


Rozpisałam się dziś o szczepionce czy „szczepionce”, a pozostał nietknięty cały obszar wydarzeń bieżących dotyczących epidemii w Rosji i politycznych aspektów tego zagadnienia. Będzie więc część druga „Covidowego koncertu jesiennego”. Niebawem.

Order dla zdemaskowanego szpiega

17 października. Kilka dni temu amerykańska stacja telewizyjna CBS wyemitowała 43-minutowy film dokumentalny poświęcony dawnej sprawie wyśledzenia, aresztowania i deportowania dziesięciorga rosyjskich „śpiochów”, pracujących na rzecz Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej (https://www.cbsnews.com/news/russian-spies-operation-ghost-stories-fbi-declassified/). Film powstał na podstawie wypowiedzi agentów FBI, którzy rozpracowywali rosyjską siatkę szpiegowską. Znajdziemy tu wiele uściśleń i potwierdzeń tego, co już wiemy. I wiele ciekawych szczegółów.


W lipcu 2010 r. na oczach publiczności po obu stronach oceanu odbył się frapujący spektakl a la bondiana. Okazało się, że nawet w okresie nieśmiałego ocieplenia, nad którym pracowali ówcześni prezydenci USA i Rosji – Obama i Miedwiediew – Moskwa kontynuuje stare metody szpiegowania „potencjalnego przeciwnika”.

Instalowanie śpiochów, czyli szpiegów wyposażonych w legendy obywateli USA (czy innego wrogiego kraju), było jedną z metod stosowanych przez ZSRR. To była droga metoda, wymagała długotrwałego przygotowania, łączyła się z ryzykiem zdemaskowania, nie dawała gwarancji dotarcia do cennych źródeł informacji. Wydawało się, że w czasach powszechnego dostępu do prasy i innych mediów te starodawne szpiegowskie tricki straciły rację bytu. A tu taka niespodzianka: dziesięciu śpiochów w rękach FBI. Skandal na cały świat. Służba Wywiadu Zagranicznego sromem okryta (o sprawie rosyjskich szpiegów pisałam wielokrotnie na blogu, m.in. http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/07/08/ani-wstrzasnieci-ani-zmieszani/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/07/09/szpiedzy-w-obiegu-zamknietym/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/10/21/order-dla-zdemaskowanego-szpiega/).


Film CBS opowiada o tym, jak amerykańscy agenci wpadli na ślad rosyjskich śpiochów i zaczęli ich rozpracowywać. Na przykład najważniejszy szpieg o najdłuższym stażu, udający Juana Lazaro, nie zwracał na siebie uwagi. Ale śledzący go agenci zauważyli, że w weekendy jeździł swoim samochodem jedną i tą samą trasą. Nigdzie się nie zatrzymywał, z nikim nie spotykał, nie wysiadał z wozu. Zawsze pokonywał tę samą marszrutę. Gdy się temu bliżej przyjrzeli, okazało się, że w czasie przejażdżki Lazaro przekazywał meldunki do Centrali alfabetem Morse’a. Tak, alfabetem Morse’a. Jak w XIX-wiecznych powieściach przygodowych. Młodsi członkowie siatki, m.in. Anna Chapman, o której stało się najgłośniej, używała do seansów łączności laptopa.


Do wyłapania rosyjskich szpiegów w USA przyczynił się rosyjski „pieriebieżczik” – człowiek, który zmienił stronę. To był wysoko umocowany oficer rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego, Aleksandr Potiejew; przekazał Amerykanom personalia śpiochów (szczegóły tej sprawy znajdziesz tu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/11/16/oto-jest-glowa-zdrajcy/).


W omówieniu filmu na stronie BBC można znaleźć jeszcze ciekawe informacje na temat wielbiciela alfabetu Morse’a, (rzekomego) Juana Lazaro (https://www.bbc.com/russian/features-54553704). Naprawdę nazywa się Michaił Wasienkow i ma stopień pułkownika Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR). Dekonspiracji dokonała sama SWR, zamieszczając na swojej stronie internetowej wzmiankę o postaci zasłużonego wysokiego oficera i jego odznaczeniach (http://svr.gov.ru/history/person/vasenkov.htm). Szczegóły życiorysu zasłużonego śpiocha można też przeczytać w rosyjskiej Wikipedii – ma tam spore hasło personalne.

Ponieważ historia kołem się toczy, to na koniec przypomnę jeszcze, że Anna Chapman, która po powrocie do Rosji stała się celebrytką i fotomodelką prezentującą seksowną bieliznę, nadal prowadzi w telewizji REN program przeznaczony dla niezbyt wymagającej publiczności (https://ren.tv/project/tainy-chapman). Z kolei jeden ze szpiegów, wymienionych w lipcu 2010 r. na lotnisku w Wiedniu za dziesiątkę rosyjskich śpiochów, Siergiej Skripal został w marcu 2018 r. otruty nowiczokiem. Na szczęście nieskutecznie.


I jeszcze jedno: kiedy czytam o sprawie tych niefortunnych rosyjskich szpiegów i ich wyłapaniu, zastanawiam się, ilu jeszcze moskiewskich śpioszków nadal hula po Zachodzie i nadaje alfabetem Morse’a.


Zatruta Kamczatka

9 października. Kamczatka jest na drugim końcu świata. Wulkany, wiatry, niedźwiedzie, gejzery, mróz, trzęsienia ziemi, wielkie przestrzenie. Wiesław Dymny w piosence o Janie Beznogim kazał tam trzymać bohaterowi klatkę z psami: „Psy w pogardzie miał i w klatce, klatkę trzymał na Kamczatce”, a więc bardzo daleko. Kamczatka jest tak daleko, że nie wiadomo, co się tam dzieje.


To zapomniany półwysep, jak mówi dziennikarz blogujący Jurij Dud’, który niedawno zrobił o tym miejscu film. Ludność Kamczatki liczy niespełna czterysta tysięcy (z czego połowa mieszka w Pietropawłowsku Kamczackim, stolicy regionu) – a obszar to gigantyczny: 370 tys. km kwadratowych. Przeciętnemu Rosjaninowi Kamczatka kojarzy się z kawałkiem zadziwiającej dzikiej przyrody, miłośnicy sportów ekstremalnych marzą, aby tam choć raz w życiu pojechać.


Od tygodnia wieści z Kamczatki docierają do centralnych mediów z powodu katastrofy ekologicznej, do jakiej doszło w okolicach Zatoki Awaczyńskiej (tu mapa, na której zaznaczono miejsca, skąd ekolodzy pobierali próbki wody, widać, jak rozległe jest zagrożenie: https://www.kamgov.ru/pacific_ocean).


Pod koniec września na przybrzeżnych falach oceanu trenowali zawodnicy z reprezentacji narodowej surferów. Po treningu poczuli się źle – zawroty głowy, ogólna słabość, mdłości, zaczerwienienie oczu. Przyjrzeli się z bliska wodzie, wydała im się dziwna, mętna, śmierdząca. Dzień później piękna dziewicza plaża Chałaktyrska – mekka surferów – pokryła się martwymi skorupiakami, mięczakami, rybami i innymi żyjątkami z głębin, wśród pomniejszych morskich organizmów leżały zwłoki fok. Widok był przerażający. Cmentarzyska wyrzuconych przez ocean otrutych zwierząt stwierdzono jeszcze w kilku innych miejscach. Surferzy podnieśli alarm.


Początkowo lokalne władze i centralne media nie zwracały uwagi na to, co się dzieje na Kamczatce. Powiadomieni ekolodzy z organizacji pozarządowych jednak nie odpuszczali: domagali się, aby wyjaśnić, skąd w wodzie wzięła się żółta piana, dlaczego zginęły zwierzęta, dlaczego chorują ludzie. Początkowo przypuszczano, że zanieczyszczenie wód powstało na skutek wycieku chemikaliów z pobliskiego składu. Uczeni z Uniwersytetu Dalekowschodniego wykluczyli jednak tę wersję – w pobranych próbkach nie stwierdzono śladów przechowywanych tam substancji. Naukowcy dokonali też pomiarów poziomu radiacji – okazała się w normie.


Co zatem spłynęło do oceanu i zabiło wszystko, co żyje na tak dużym obszarze? To trzeba jeszcze dokładnie zbadać. Na razie Greenpeace zabiega o wszczęcie śledztwa i zbiera dowody. W pobranych próbkach stwierdzono obecność fenolu i substancji powstających w wyniku przerobu ropy naftowej. Niektórzy obserwatorzy wskazują, że toksyczny wyciek mógł być „dziełem” wojska, że to paliwo rakietowe. Wojsko zaraz zameldowało, że to na pewno nie od nich ta zaraza.


Gubernator Kamczatki Władimir Sołodow też z początku opowiadał bajki, że fenol dostał się do wody na skutek – być może – aktywności sejsmicznej, a może winne temu toksyczne wodorosty (naukowcy faktycznie potwierdzają, że takie wodorosty w oceanie występują, ale tym razem na pewno nie o nie chodzi), zaprzeczał, że plaże usłane są truposzami, nawet wrzucał jakieś fejkowe zdjęcia, przedstawiające jedną martwą ośmiornicę, co miało wszystkich przekonać, że nic się nie stało. Jednym słowem: syndrom czarnobylskiego kłamcy nadal aktualny.

Członkowie Greenpeace Russia przyjechali na Kamczatkę 5 października i zajęli się wyjaśnianiem sprawy. Jelena Sakirko w rozmowie z Deutsche Welle (https://www.dw.com/ru/grinpis-na-kamchatke-proizoshla-jekologicheskaja-katastrofa/a-55221583) mówiła, że szczątki martwych zwierząt są zamrażane i wysyłane do laboratorium w Moskwie. A zatem na drugi kraniec wielkiego kraju. Czy bliżej nie ma odpowiedniego laboratorium? Wszystko musi lecieć tysiące kilometrów do Moskwy? Od kilku lat wdrażany jest, jak słyszę od czasu do czasu w rosyjskiej telewizji, program rozwoju Dalekiego Wschodu. Czy coś się w regionie dzięki niemu rozwinęło? Czy ten zachwalany program to tylko kolejny „raspił babła”? „Raspił babła” to jedno z podstawowych pojęć putinowskiej Rosji – rozpiłowanie państwowej kasy przez wiszących jak winogrona u koryta urzędników, co pozwala im się wzbogacić, wysłać parę dolarów do rajów podatkowych na czarną godzinę, wystawić wypasioną willę, przypisaną żonie/teściowej/synkowi. A gdy ktoś pyta, dlaczego doszło do takiej czy innej katastrofy, gdzie pieniądze na rozwój, pokazują – jak gubernator Sołodow – obrobione w fotoshopie zdjęcie jednej ośmiornicy i mówią: to nie my, to wodorosty.

Gdybyśmy chcieli, to byś zdechł

3 października. Aleksiej Nawalny dochodzi po otruciu nowiczokiem do zdrowia, tydzień temu został wypisany z kliniki Charite, mieszka w wynajętym mieszkaniu w Berlinie z żoną i synem. Udzielił obszernego wywiadu „Der Spiegel”, jego wizerunek zdobi okładkę pisma. Tymczasem rosyjskie władze wykonują niebywałe ewolucje, aby zrzucić z siebie odium truciciela i oskarżyć Zachód o manipulacje, mające – zdaniem Kremla – na celu zepsucie stosunków z Rosją.


Dziennikarze „Spiegla” Benjamin Bidder i Christian Esch, którzy rozmawiali z Nawalnym, powiedzieli, że w klinice odwiedziła go kanclerz Angela Merkel, Nawalny potwierdził (angielskojęzyczna wersja wywiadu w „Spiegel International” https://www.spiegel.de/international/world/alexei-navalny-on-his-poisoning-i-assert-that-putin-was-behind-the-crime-a-ae5923d5-20f3-4117-80bd-39a99b5b86f4). Proszony o komentarz w tej sprawie, zwykle rezolutny rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow był bardzo powściągliwy – Kreml przyjął to do wiadomości i tyle. Nawalny zażartował, że teraz Kreml oskarży panią kanclerz, że to ona otruła go nowiczokiem.


Nawalny dokładnie opisał przebieg wydarzeń na pokładzie samolotu: „Poczułem, że wszystko po kolei się we mnie wyłącza. Nawet nie czułem bólu, tylko pomyślałem, że umarłem. Dopiero potem się okazało, że się pomyliłem”. Cytatem, który przyciągnął największą uwagę, było twarde stwierdzenie Nawalnego: „Za moim otruciem stoi Putin. Innych wersje nie mam […] Rozkaz o użyciu nowiczoka mogą wydać wyłącznie szefowie FSB lub Służby Wywiadu Zagranicznego […] i może jeszcze GRU. Ale żaden z szefów służb nie wyda takiego polecenia bez zgody Putina”.


Po wywiadzie w Moskwie rozpoczął się festiwal, kto z kremladzi (pogardliwe określenie ludzi mediów i kultury, którzy obsługują interesy Kremla) mocniej i dosadniej dokopie Nawalnemu.


Wspominany już powyżej rzecznik Kremla oskarżył Nawalnego o bezpodstawne oczernianie i obrażanie prezydenta. Sformułował także przedziwną tezę, kolportowaną potem przez kremlowskie media: mianowicie że Nawalny współpracuje z agentami CIA, którzy go instruują. Nawalny nie pozostał dłużny i oznajmił, że poda Pieskowa do sądu. Rzecznik Kremla zaznaczył, że po tym wywiadzie władze Rosji nie będą dyskutować o Nawalnym ani komentować jego wypowiedzi.


Zdaniem znanego z wazeliniarstwa przewodniczącego Dumy Państwowej Wiaczesława Wołodina (autora sloganu: „Jest Putin, jest Rosja, nie ma Putina, nie ma Rosji”), to Putin uratował życie Nawalnemu, bo to, co się stało z opozycjonistą, było wyreżyserowane przez zachodnie służby specjalne. A następnie nazwał Nawalnego bezwstydnikiem i podlecem. Zupełnie jak u Orwella: wojna to pokój, prawda to fałsz.


Ożywił się czeczeński wódz, Ramzan Kadyrow: „Nawalny to kolejna zabawka w rękach tych, którzy chcą rozpadu Rosji”, wyraził też zdziwienie, dlaczego rosyjski opozycjonista nie wskazał jego, Kadyrowa, jako autora zbrodni. Kadyrow w swoim posłaniu zwracał się do Nawalnego per ty, z pogardą.


W rosyjskiej telewizji jest taki codzienny program „O najważniejszym”, czyli o zdrowiu. Jednym z prowadzących jest doktor Aleksandr Miasnikow. W okresie pandemii awansował, został szefem sztabu ds. zwalczania koronawirusa, udziela się jako ekspert, zawsze zgodnie z linią Kremla, również w sztandarowych programach publicystycznych rosyjskiej telewizji. Miasnikow dołączył do chóru wieszających psy na Nawalnym i to w formie, która nie ma nic wspólnego z kulturą (https://t.me/drmyasnikov/583): „Posłuchaj, gdybyśmy chcieli, to zdechłbyś już pierwszego dnia”. My? Jacy my? W czyim imieniu wypowiada się pan doktor? Może doktor Miasnikow nie jest doktorem? A może jest nie tylko doktorem? Ciekawe.


Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wydało w ciągu ostatnich dni kilka komunikatów w sprawie otrucia Nawalnego. Zapewnia w nich, ze Zachód nie chce współpracować, jest nieobiektywny, że oskarżenia pod adresem Rosji są bezpodstawne itd. W nerwowym oczekiwaniu na werdykt Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) rosyjska dyplomacja prewencyjnie informuje, że choć OPCW „niewątpliwie stwierdzi w biopróbkach blogera Nawalnego ślady nowiczoka”, to przecież wszyscy wiemy, jak bardzo stronnicza jest ta organizacja. Ciekawe, że MSZ Rosji nie ma wątpliwości, że OPCW obecność nowiczoka potwierdzi. Dziś szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas zapowiedział, że jeżeli OPCW faktycznie wyda komunikat potwierdzający, to sankcje wobec Rosji będą nieuniknione.