Archiwa kategorii: Bez kategorii

Ekstaza Sznura i kandydat na prezydenta

18 października. Blisko, coraz bliżej 18 marca 2018 roku. Na ten dzień wyznaczono wybory prezydenta Putina Władimira Władimirowicza, ur. 1952. Sam najważniejszy kandydat jeszcze zwleka z jednoznaczną deklaracją zamiaru wystartowania. Pytany o to wprost, skromnie się uśmiecha i mówi, że jeszcze nie zdecydował, jeszcze nie wie, powie w ostatniej chwili. Zza kremlowskich kulis sączą się czasem mętne enuncjacje, świadczące o zmaganiach koterii, nierozstrzygniętym konkursie pomysłów na hasło wyborcze i kształt kolejnej kadencji najważniejszego kandydata.

Trwa też festiwal kandydatur na kontrkandydata dla najważniejszego kandydata. O prawo do udziału w wyborach walczy najważniejsza, najbardziej wyrazista persona rosyjskiej opozycji pozasystemowej, Aleksiej Nawalny. Organizuje na prowincji sztaby wyborcze, jeździ po Rosji, agituje. Przed niedawnymi demonstracjami 7 października (w urodziny Putina), których głównym hasłem były uczciwe wybory, prewencyjnie został zapuszkowany do aresztu na trzydzieści dni. Protesty mimo braku lidera jednak się odbyły, choć nie osiągnęły takiego zasięgu jak te z marca tego roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/). W Moskwie manifestacje miały przebieg spokojny – marsz przeszedł główną arterią miasta aż w pobliże Kremla, uczestniczyła głównie młodzież. W Petersburgu natomiast doszło do szarpaniny demonstrantów z policją, brutalnych zatrzymań. Nawalny nie ma dostępu do telewizji, wykorzystuje głównie media społecznościowe i agitację uliczną, aby wypowiedzieć swoją prawdę i dotrzeć do świadomości ewentualnych wyborców. Władze wstawiają mu ciągle kij w szprychy, nękają jego samego i jego zwolenników zaangażowanych w akcje antykorupcyjne. Na Nawalnym ciąży wyrok w sfingowanym procesie o malwersacje finansowe. To wystarczający pretekst, by pozbawić go biernego prawa wyborczego. I z ostatnich przecieków z Kremla wynika, że decyzja co do dopuszczenia Nawalnego do startu, zapadła: Niet! Czy to ostateczna decyzja, czy tylko kolejny balon próbny wypuszczony przez inżynierów dusz, którzy głowią się nad scenariuszem najważniejszego spektaklu? Nie ma jasności w temacie Marioli.

Ale jeżeli nie Nawalny, to kto? Putin w swoich wyborach jednak nie może wystartować sam jeden, musi mieć tło, na tej fasadzie trzeba kogoś jeszcze umieścić. Wiecznie startujący kontrkandydaci – komunista Ziuganow czy coraz bardziej odklejony Żyrinowski – to najwidoczniej za mało, by nabrać wiatru w żagle na kolejną kadencję i włożyć legitymację władzy w sztywne okładki.

W ostatnich dniach w Moskwie huczało od plotek, że Putin spotkał się sam na sam z Ksenią Anatoljewną Sobczak, córką Anatolija Sobczaka, mentora Putina z czasów petersburskich. Ksenia Anatoljewna od lat lansuje się w różnych formatach – jest niebanalną dziennikarką, prowadziła kontrowersyjne obyczajowo programy telewizyjne, robiła ciekawe wywiady prasowe, w antyputinowskich demonstracjach 2011-2012 podążała w pierwszych szeregach, kręciła z jednym z liderów partii opozycyjnej, została usadzona (podczas rewizji w jej mieszkaniu znaleziono pełne szuflady pieniędzy niewiadomego pochodzenia, najprawdopodobniej pochodzących ze zbiórki, forsę skonfiskowano, a podobno dopiero niedawno zwrócono), wyszła za mąż (ale nie za tego opozycyjnego lidera), urodziła dziecko, powróciła do życia publicznego. Celem spotkania Kseni z Putinem według jednej wersji był wywiad z „wujkiem Wową”, jak Ksenia Anatoljewna w dzieciństwie nazywała Putina, a według drugiej – omówienie propozycji Kremla, by zgłosiła swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich. Znana z telewizji, prężna, młoda i gotowa. Dziś zapowiedziała, że coś ważnego ogłosi w TV Dożd’. Czy to będzie deklaracja wyborcza? Zaraz się przekonamy.

Na pełen zestaw kandydatów nie czekał Siergiej Sznurow, „Sznur”, lider legendarnej grupy Leningrad. Już dziś opublikował klip swej najnowszej piosenki „Kandydat” (można go obejrzeć na Youtube: https://www.youtube.com/watch?time_continue=5&v=Q1J5lUKnD4I). A wczoraj na Instagramie zamieścił wierszyk, pełen firmowych wulgaryzmów, o tym, jakie to ciężkie życie ma Władimir Putin jako prezydent. Ani sobie na wódeczkę z kumplami nie wyskoczy, ani panienek nie wydzwoni, wszędzie wiszą kamery, które wszystko widzą, tylko polowanie i ryby, czasem Sieczin wpadnie, czasem Szojgu. I tyle ma z życia Putin. „Żal mi go” – filozoficznie podsumowuje enfante terrible rosyjskiej estrady (https://snob.ru/selected/entry/130260).

Moc cudownej wody

10 października. Dzisiaj w Moskwie w wieku 82 lat zmarł wielki sowiecki i rosyjski czarodziej Allan Czumak. Szczyt jego niebywałej popularności przypadł na czas pierestrojki i pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych. Związek Sowiecki się walił, ludzie poszukiwali drogowskazów, wielu znajdowało ukojenie skołatanych nerwów w bajaniach telewizyjnych parapsychologów. Słynne „odin, dwa, tri” Anatolija Kaszpirowskiego nie było jedyną modlitwą o powstrzymanie osypujących się ścian imperium i przywrócenie spokojnego rytmu zawiedzionych serc. Allan Czumak miał własny sposób: zapraszał do teleodbiorników tych, którzy cierpieli – na duszę, na serce, na nerki. Podczas seansów leczących jakoby choroby układu krążenia, rozstroje nerwowe, niedoczynność tarczycy, wzmacniających układ odpornościowy i zabliźniających rany wykonywał płynne ruchy rękami. Uzdrowiciel kreślił w powietrzu kółka, pętelki, linie proste i niezupełnie. W prawo, w lewo, w dół i w górę, po przekątnej, miękko i faliście. Seanse trwały kilka minut, w ciszy, Czumak kazał zamykać telewidzom oczy i zrelaksować się. Taki seans miał przynieść ulgę i wyleczenie.

Oglądać tego widowiska nie sposób bez serdecznego śmiechu od ucha do ucha (popatrzcie Państwo sami – zachowało się wiele nagrań, np.: https://www.youtube.com/watch?v=wLxccU81j2Y). Tymczasem te popisy zyskały Czumakowi szerokie rzesze wielbicieli, a właściwie wyznawców, którzy święcie wierzyli, że uzdrowiciel wysyła przez telewizor fale o właściwościach nadprzyrodzonych, ma władzę nad schorzeniami, z którymi lekarze nie są w stanie sobie poradzić. Seanse nadawano codziennie rano. Czumak wspominał, że w ciągu miesiąca do telewizji przyszło sześć milionów listów z podziękowaniami za wyleczenie z przewlekłych schorzeń, na które nie było lekarstwa.

Największą sławę Allan Czumak zyskał seansami „ładowania” wody. Instrukcja była prosta: trzeba było postawić pod telewizorem pojemnik z wodą. Czumak wykonywał przed kamerą sekwencję firmowych płynnych ruchów, a woda (a także kremy, maści i inne żele) po seansie nabierały niezwykłych cech, zyskiwały moc. Posiadacz „naładowanej” wody mógł tę moc wykorzystać wedle własnych potrzeb (gdybyście Państwo chcieli sobie „naładować” wodę, to służę uprzejmie: https://www.youtube.com/watch?v=sa-Pk7drX6A). Po przyjęciu ustawy ograniczającej działalność ludzi parających się nietradycyjną medycyną zniknął z ekranów, ale nadal robił niezły biznes na sprzedaży cudownej wody oraz płyt ze swoimi seansami (jedna płyta „działała” przez rok, kopiowanie niszczyło cudowne właściwości). Chętnych przyjmował też na indywidualne seanse. Pacjenci przybywali tłumnie.

Mówił, że słyszy w głowie głosy. Te głosy instruowały go, jak ma postępować, aby przynieść ludzkości wyzdrowienie. „Wierzyłem im od pierwszego słowa, od pierwszego dźwięku” – relacjonował. To, co głosy mu mówiły, skrupulatnie spisywał, tworząc przydatne konspekty seansów i innych ratujących ludzkość czynności. Na podstawie doświadczenia i tego, co przynosiły mu głosy napisał kilka książek.

Wobec takich zjawisk jak Czumak i wiary w możliwości uleczenia przez hochsztaplerów medycyna nadal jest bezsilna.

O dwóch takich, których nie ma

6 października. Upiorne oblicze wojny ukazało się w historii dwóch Rosjan – 38-letniego Romana Zabołotnego i 39-letniego Grigorija Curkanu. Pod koniec września przez media przetoczyła się wiadomość, że obaj dostali się do niewoli w Syrii, wpadli w ręce Państwa Islamskiego. Następnie w sieci opublikowano krótki filmik, przedstawiający jeńców – obszarpanych i pobitych. Jeden z nich mówi, kim są, gdzie się znajdują i w czyich rękach. Ministerstwo Obrony Rosji pospieszyło z zapewnieniem, że z jeńcami nie ma nic wspólnego, że nie są oni żołnierzami rosyjskiej armii. Rzeczniczka MSZ deklarowała, że jej resort sprawdza dane. A rzecznik Putina zdystansował się: Kreml nie może się zajmować takimi rzeczami, a poza tym – czy to wiarygodna wiadomość? Wczoraj deputowany Dumy oświadczył, że jeńcy najprawdopodobniej nie żyją. Państwo Islamskie na razie nie potwierdziło faktu egzekucji.

Zabołotny i Curkanu nie są oficjalnymi żołnierzami rosyjskiej armii na oficjalnym żołdzie, na oficjalnej liście kadr. Ale Rosja wojuje nie tylko oficjalnymi bagnetami. W kocioł wielu konfliktów rzuca najemników. O dwóch jeńcach wiadomo, że zaciągnęli się do tzw. grupy Wagnera. Prywatnej armii świadczącej usługi brudne i niewygodne. Na przykład na wschodzie Ukrainy. Albo w Syrii. Konotacje z Kremlem tej grupy stały się już dawno tajemnicą poliszynela (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/21/grupa-wagnera-na-kremlu/).

Zabołotny został wysłany do Syrii w maju br. po dwumiesięcznym szkoleniu w obozie treningowym grupy Wagnera w pobliżu Molkino w Kraju Krasnodarskim na południu Rosji. Curkanu był w Syrii (z przerwami) od września 2013 roku. W składzie bojowych grup Wagnera brali udział w walkach o Dajr az-Zaur. Tam też dostali się do niewoli. Opozycyjna „Nowaja Gazieta” zasugerowała, że szczególnie ostre walki o to miejsce związane są dążeniem do objęcia kontroli nad tamtejszymi polami roponośnymi. „Po wyzwoleniu tych terenów z rąk Państwa Islamskiego złoża przypadną rosyjskiej firmie EuroPolis. […] Firma w maju otworzyła biuro w Damaszku i rozpoczęła ożywioną działalność w Syrii, podpisała umowy z syryjskim rządem. Euro Polis to firma afiliowana ze znanym petersburskim biznesmenem Jewgienijem Prigożynem”.

Faktycznie Prigożyn to znana postać. Nazywany jest „ulubionym kucharzem Putina”. Panowie znają się z burzliwych czasów petersburskich. Putin lubi pono balować w jego lokalach gastronomicznych, Prigożyn z kolei obsługuje interesy władz, utrzymując „fabrykę trolli”. (O Prigożynie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/). Czy w Syrii ma obiecane kolejne konfitury? Bardzo ciekawe. Ale to temat na inną rozprawkę. Teraz wróćmy do losu „wagnerowców”. Zabołotny i Curkanu nie są jedynymi ofiarami wojny w Syrii z ramienia grupy Wagnera. W sierpniu br. petersburska Fontanka publikowała listę strat: http://www.fontanka.ru/2017/08/19/050/. W oficjalnych mediach rzecz jasna władze się z takimi wiadomościami nie afiszują. Wagner przywozi trumny z „ładunkiem 200” dyskretnie. Ale tym razem mamy do czynienia z wyjątkowym wypadkiem. Zabołotny i Curkanu zostali wzięci do niewoli, ich apel został opublikowany przez oprawców. Zwykle celem takich filmików jest poruszenie władz danego kraju, by móc otrzymać za to jakieś zyski polityczne lub wymusić haracz. Tak czy inaczej władze kraju, z którego pochodzą jeńcy, podejmują działania w celu ich uwolnienia, opinia publiczna woła o sprawiedliwość itd. „Ważne, że ludziom grozi śmierć, i jeśli mają oni choć cień szansy, by przeżyć, to mogą liczyć tylko na to, że rosyjskie władze podejmą akcję w celu ich uratowania. Choćby poprzez publiczne wypowiedzi oficjalnych czynników, tajną dyplomację, efektywne działania służb specjalnych. A skoro nie da się im pomóc, to wypadałoby choćby wyrazić współczucie wobec tych, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, są bici, zostaną straceni. Tym bardziej ciężko słuchać oświadczeń ministerstwa obrony Rosji, które jak zwykle nie poznaje swoich żołnierzy, nie ma o nich pojęcia” – napisał Ilja Milsztejn na opozycyjnym portalu Grani.ru. No, właśnie – ich-tam-niet (ich-tam-nie-ma). Psom wojny ci, którzy ich wysłali w bój, odmawiają praw ludzkich.

Jeden z komentatorów rosyjskiej sceny politycznej Arkadij Babczenko po skandalach z potajemnymi pogrzebami rosyjskich żołnierzy walczących na wschodzie Ukrainy, od których oficjalne władze Rosji tchórzliwie się odżegnywały, z sarkazmem przerobił głośny propagandowy slogan „Rosja swoich nie zostawia” na bliższe życiu „Rosja cię zawsze zostawi w potrzebie, synku”.

Sad Pamięci w Butowie

29 września. Butowo było w latach trzydziestych poligonem strzeleckim NKWD. W czasie Wielkiego Terroru stało się miejscem kaźni tysięcy ofiar stalinizmu. W latach 1937-1938 rozstrzelano tu 20 762 osoby. Ich nazwiska zostały wyryte na wielkiej kamiennej płycie w Sadzie Pamięci, jaki właśnie otwarto w kompleksie memorialnym Butowo.

Dziś Butowo to dzielnica Moskwy. Pod koniec lat trzydziestych było jeszcze poza obrębem miasta. Gdy masowe egzekucje przerwano tu w 1938 r., na terenie poligonu urządzono miejsce wypoczynku dla wyższych oficerów NKWD. Oprawcy wypoczywali dosłownie na kościach swoich ofiar.

W latach dziewięćdziesiątych, gdy ujawniono straszną historię tego miejsca po latach milczenia, zaczęto prowadzić prace archiwalne nad odtworzeniem listy ofiar. Miejsce to uznano za pomnik historii, co zapobiegło budowie na terenie poligonu nowych osiedli mieszkaniowych.

Na uroczystość otwarcia 27 września przyszedł tłum ludzi, wielu z nich poszukiwało wykutych w kamieniu nazwisk swoich bliskich. Dotykali je palcami, gdy odnaleźli. Imię, nazwisko, rok urodzenia.

Biskup Juwenaliusz poświęcił memoriał, uderzył w dzwon, w kazaniu podkreślił, że ofiary zostały unicestwione bezprawnie (skazywały ich w trybie przyspieszonym tzw. trójki NKWD).

Tablica z nazwiskami ofiar ma formę rowu, do którego zrzucano ciała rozstrzelanych. To robi niesamowite wrażenie.

„Ważne jest, by zrozumieć, jaką Rosję straciliśmy w tych ludziach” – powiedział dyrektor memoriału Igor Garkawy. Na poligonie Butowo rozstrzelano wojskowych, w tym carskich generałów, duchownych, lekarzy, pisarzy, aktorów, malarzy. Przedstawicieli sześćdziesięciu narodowości. Dzięki temu, że nazwiska ofiar zostały wyryte na ścianie memoriału, wydobyto tych ludzi z czeluści niepamięci, przywrócono brutalnie odebraną godność. Przestali być anonimową statystyczną jednostką w morzu wielkich liczb. Każde z tych nazwisk to oddzielny los, indywidualna tragedia, wielki ból, niepowetowana strata.

Otwarcie memoriału to znaczący krok w przywracaniu pamięci o ogromie zbrodni stalinizmu. Choć w tym samym momencie w rosyjskich miastach odsłaniane są też popiersia Stalina.

Tu można obejrzeć film z uroczystości w Butowie: https://www.svoboda.org/a/28762609.html

Selfie z przedramieniem

27 września. Trochę pili. Nawet więcej niż trochę. Pewnego dnia ze świeżo poznaną kobietą biesiadowali sobie przyjemnie na łonie natury. Najpierw było miło, a potem zaczęło im się dymić z łbów. Od słowa do słowa – wybuchła awantura. Dmitrij zabił nową znajomą. Ciało pociął. Część zabrał ze sobą, część pozostawił na miejscu zbrodni. Zrobił sobie kilka fotek telefonem komórkowym.

Trochę wypili. Nawet więcej niż trochę. Więc Dmitrij niedokładnie pamięta, co się działo. Zgubił komórkę. Jego żona Natalia też niewiele pamięta. Wrócili do pokoju w bursie należącej w przeszłości do miejscowej szkoły lotnictwa wojskowego, w której Natalia pracowała jako pielęgniarka (według innych danych – jako kucharka).

Zgubiony telefon znaleźli robotnicy pracujący nieopodal miejsca, gdzie odbyła się feralna biesiada. Nic nadzwyczajnego – stary samsung z pękniętym ekranem. Znalazca zajrzał do galerii zdjęć, mając nadzieję zobaczyć tam zdjęcia właściciela. Zobaczył. I natychmiast pobiegł na policję. Na fotkach mężczyzna w średnim wieku pozował z głową (według innej wersji – ze skalpem) i innymi częściami ciała kobiety. Policja momentalnie zidentyfikowała właściciela. Dmitrij Bakszejew, zatrzymany zaraz potem, tłumaczył, że fragmenty ciała znalazł w lesie i przyniósł do domu, gdzie zrobił sobie na pamiątkę zdjęcia. Natalia została zatrzymana za współudział. Nie stawiała oporu.

To nie scenariusz kolejnej części „Milczenia owiec”, tylko rekonstrukcja wydarzeń, jakie miały miejsce w ostatnich dniach w Krasnodarze na południu Rosji. Policja informuje prasę niechętnie, zasłaniając się dobrem śledztwa. Opisywane przez gazety okoliczności są sprzeczne. Nie potwierdzono dotąd sensacji, które kolportuje krasnodarska prasa, że małżonkowie Dmitrij i Natalia Bakszejewowie od 1999 roku zamordowali trzydzieści osób. A ich ciała zjedli.

Sami domniemani kanibale mieli opowiedzieć policji o swoich „osiągnięciach” w dziedzinie marynowania ciał ofiar. Upiorne przetwory pono przetrzymywali w lodówce. Według niektórych publikacji, w pokoju Bakszejewów w bursie znaleziono słoiki i pakiety z zamrożonymi kawałkami mięsa. Eksperci mają zbadać, czy to ludzkie szczątki.

W Krasnodarze aż huczy od opowieści o miejscowym Lecterze i jego małżonce. Sąsiedzi kilkakrotnie próbowali wykwaterować Bakszejewów z bursy. „Śmierdziało koło ich pokoju środkami dezynfekcyjnymi i niemytymi ciałami. Natalia była kłótliwa, a Dmitrij spokojny”. No i trochę pili. Nawet więcej niż trochę. Dużo więcej niż trochę.

Natalia i Dmitrij Bakszejewowie mają już w rosyjskiej Wikipedii własne hasło. Ich przypadek wstrząsnął nie tylko Krajem Krasnodarskim, ale całą Rosją. To jedna z tych historii, które pozostają w społecznej świadomości na długo. Rosja zna niejeden wstrząsający przypadek seryjnego zabójcy, maniaka, patroszącego swe ofiary. Sztandarowym przykładem przywoływanym za każdym razem, gdy mowa o maniakalnych mordercach, jest Andriej Czikatiło, który zamordował kilkadziesiąt osób, w tym dzieci.

Śledztwo w sprawie domniemanego kanibalizmu toczyć się będzie zapewne długo, do sprawdzenia jest cała masa szczegółów. Na marginesie tej sprawy pada wiele pytań – o sprawność operacyjnych działań policji, która zapewne nic by nie wykryła, gdyby nie to, że ktoś znalazł zgubiony przez sprawcę telefon komórkowy czy o patologie trapiące społeczeństwo i ich zgubne skutki. Na internetowych forach dyskusyjnych w komentarzach dotyczących sprawy Bakszejewów zwraca uwagę często powtarzający się postulat, aby znieść obowiązujące w Rosji moratorium na wykonywanie kary śmierci.

Pomnik Kałasznikowa i Schmeissera

23 września. W dawnych sowieckich czasach był taki popularny dowcip. Iwan zatrudnił się w zakładach produkujących wózki dziecięce. Urodziło mu się dziecko, chciał zaoszczędzić, więc codziennie wynosił części z zakładu, by w domu w cichości złożyć z nich wózek. Ale mimo starań o wózek, zawsze wychodził mu karabin. Historia, którą za chwilę opowiem, świadczy o tym, że w dzisiejszych czasach w Rosji nawet z części, które po złożeniu powinny dać karabin, wychodzi jakiś bubel.

Kilka dni temu w Moskwie z wielką pompą, honorami wojskowymi i orkiestrą odsłonięto pomnik „wielkiego konstruktora”, inżyniera Michaiła Kałasznikowa. Inżynier podarował ludzkości automat swojego imienia, aby pod każdą szerokością geograficzną każdy – nawet ten, kto nie potrafi obchodzić się z bronią palną – mógł bez frasunku strzelać i zabijać. Przeciwko wysławianiu tego, który wymyślił idealną machinę śmierci, protestował pewien młody człowiek (https://www.svoboda.org/a/28751291.html). Został niezwłocznie zatrzymany za plakat „konstruktor broni to konstruktor śmierci”. Pojedyncza pikieta, nie ma się czym martwić.

Obecny na uroczystości odsłonięcia pomnika minister kultury Władimir Miedinski wypowiedział zdanie frazes, który odbił się szerokim echem po rosyjskich mediach: Kałasznikow to kulturowy symbol Rosji (dosłownie powiedział: to kulturowy brend, marka). Dziennikarz Anton Oriech przyznał mu rację: „Tak, to marka naszej kultury, symbol Rosji. Nie jedyny, są jeszcze wódka, matrioszka i niedźwiedź”.

Na autora rzeźby przedstawiającej konstruktora Kałasznikowa z ukochanym dziełem swego życia w dłoniach, niejakiego Salawata Szczerbakowa spływały z początku same splendory. Wypowiadający się masami w radiu i telewizji zachwyceni odbiorcy nachwalić się nie mogli, jakiż to piękny pomnik stworzył, jak stolicę przyozdobił, jak znakomicie uwiecznił w kamieniu ten błysk geniuszu, bez którego Rosja nie byłaby Rosją. Na tych, którzy śmieli publicznie krytykować pomnik (i za niski poziom artystyczny, i za wysławianie broni, która masowo zabija), zwolennicy Kałasznikowa i jego dzieła wylewali hektolitry wściekłej piany. (Tu można obejrzeć zdjęcia: https://www.gazeta.ru/social/photo/stg_44_on_kalashnikov_monument.shtml).

Kilka dni po odsłonięciu rzeźby (którą umieszczono pod wielkim biurowcem, nazywanym w Moskwie popularnie Mordorem) do całego galimatiasu wywołanego zażartą dyskusją doszedł nowy skandal. Jak napisał Iwan Dawydow na portalu „Snob”: „Historyk wojskowości Jurij Paszołok […] uważnie obejrzał postument, na którym wyobrażone zostały słynne kałachy, a także rysunek konstrukcji najpopularniejszego na świecie automatu. I dostrzegł, że to, co umieszczono na cokole, nie jest kałasznikowem. Tylko niemieckim StG-44. Tu kilka słów wyjaśnienia. StG to dzieło sławnego Hugo Schmeissera, który był w sowieckiej niewoli i pracował w zakładach produkujących broń [w Iżewsku]. Od wielu dekad toczy się dyskusja między specjalistami: czy Michaił Kałasznikow zapożyczył od Hugo Schmeissera konstrukcję swego znamienitego automatu? W każdym razie – AK-47 [kałasznikow] i StG-44 są do siebie z wyglądu podobne. Zostawmy ten spór historykom i specjalistom od broni strzeleckiej. Tu chodzi o coś innego. Dla patrioty historia o kradzieży Schmeisserowi pomysłów to podeptanie świętości, wraże knowania i obraza jednego z największych symboli naszej potęgi. I oto w Moskwie pojawia się pomnik twórcy tej naszej potęgi, który trzyma w ręku największy z symboli naszej potęgi”. I co się okazuje? Że na postumencie ulubieniec publiczności Salawat Szczerbakow umieszcza dzieło Schmeissera. „Czyż to nie sabotaż? Gdyby coś takiego wydarzyło się w 1947 roku, kiedy Michaił i Hugo tworzyli sławę rosyjskiego oręża, nadworny rzeźbiarz Salawat Szczerbakow już by wypluwał zęby razem z krwią na podłogę jednego z gabinetów na Łubiance”.

W dzisiejszych czasach Szczerbakow nigdzie krwią nie pluje. Za to na prawo i lewo usprawiedliwia się: „Och, pomyliłem się, bo ściągnąłem projekty z Internetu, to Internet zawiódł”. Pomyłkę Internetu postanowiono jak najszybciej usunąć. W piątek robotnicy przystąpili do odpiłowania z pomnika nieszczęsnego StG-44. Jeżeli ktoś pomyślał, że to już koniec paranoicznych przygód pomnika Kałasznikowa, to się pomylił. Robotnicy zostali mianowicie zatrzymani przez policję pod zarzutem wandalizmu i dostarczeni na posterunek.

Miało być patetycznie, patriotycznie, wzniośle i ku pokrzepieniu serc. A wyszło, jak wyszło. To znaczy nie wyszło. Jak napisał Anton Oriech, „nawet to, jedyne to, w czym byliśmy tacy świetni, nawet tego nie potrafiliśmy złożyć do kupy”. Zamiast kałasznikowa wyszedł Sturmgewehr.

Dzwonnik z równoległej rzeczywistości

19 września. To trwa już dziesiąty dzień z rzędu. W rosyjskich miastach – mniejszych, większych i tych całkiem dużych – dzień w dzień rozlegają się dziwne telefony. Tajemniczy informatorzy ściszonym głosem donoszą, że kino, centrum handlowe, ratusz, szkoła, lotnisko, dworzec itd. są zaminowane. Odpowiednie służby biegną do jakoby zaminowanego obiektu, ewakuują setki, a czasem tysiące ludzi. Po czym okazuje się, że bomby nie ma. Uff, co za ulga.

Przebieg dziwnej plagi można prześledzić na przykładzie Wołgogradu (http://v1.ru/text/news/344960180436992.html). „12:15. Pięć minut temu przez megafony w naszej galerii rozbrzmiał komunikat, że mamy się ewakuować. Wpierw poprosili o wyjście klientów, potem obsługę. Przez megafon nowy komunikat: Tylko bez paniki. Ochroniarz biegał od sklepu do sklepu i poganiał, żeby szybciej wychodzić. 12:27. Rośnie liczba centrów handlowych i rozrywkowych, o których poinformowano w anonimowych telefonach, że są w nich podłożone bomby. Na miejsce przybywają służby ratownicze. 12:35. – Siedziałem w kinie – relacjonuje uczestnik. – Przybiegła bileterka, kazała wychodzić. Wokół galerii stoi policja, wozy straży pożarnej. 12:36. Ewakuacja studentów i wykładowców uniwersytetu medycznego w Wołgogradzie. Mówią, że to planowa akcja. 12:46. Klienci ewakuowani z galerii Europa poszli coś przekąsić do pobliskich namiotów, do budynku galerii wkroczyli funkcjonariusze MCzS (ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych)”. Spływają meldunki z innych dzielnic – też ewakuacja, wokół obiektów policja, MCzS, strażacy. Obiekty sprawdzają funkcjonariusze z psami. Nic, spokój, cisza. Ludzie trochę psioczą, ale rozchodzą się po domach. Luzik. „Sytuacja w mieście jest spokojna” – mówią oficjalne czynniki. Elektrownia pracuje bez zmian, administracja też.

Podobne akcje miały miejsce m.in. w Jekaterynburgu, Permie, Irkucku, Moskwie, Petersburgu, Ufie, Nowosybirsku, Krasnojarsku, Rostowie nad Donem. O co chodzi? Kilka dni temu w Internecie pojawiło się wyznanie wysoko postawionego mundurowego, że telefony o podłożonych bombach i ewakuacje to po prostu ćwiczenia. Wpis długo nie powisiał, został szybko zdjęty. Gazety zaczęły nieśmiało drążyć temat, który niby jest, a jakoby go nie było. Oficjalne instytucje, które powinny zajmować się przypadkami terroryzmu, milczały lub bąkały coś pod nosem. Gdzieś przemknęła bokiem informacja, że Federalna Służba Bezpieczeństwa nakazuje trzymać gębę na kłódkę. Jakoby dla dobra śledztwa.

Niemniej RBK, powołując się na anonimowe źródło w MSW, pisze: „Za masowymi telefonami o podłożonych bombach może stać międzynarodowa grupa hakerska. FSB wszczęło śledztwo z art.207 (terroryzm telefoniczny). W wyniku ataków w Rosji ewakuowano z zaminowanych obiektów ponad 200 tys. ludzi”. Rozpatrywana jest wersja, że hakerzy napisali specjalny program, pozwalający kierować alarmy na wybrane obiekty infrastruktury. Na podstawie analizy alarmu dotyczącego szkół w Moskwie śledczy doszli do wniosku, że zidentyfikowane jako „telefony z Brukseli” alarmy mogły być sterowane za pośrednictwem IP-telefonii, a ich źródło znajduje się na Ukrainie. Co należało dowieść.  Do mediów wyciekła też wersja, jakoby za atakami stoi Państwo Islamskie. Bo niby dlaczego nie?

Były deputowany Dumy, eksfunkcjonariusz służb specjalnych Giennadij Gudkow przedstawia własną interpretację: „Władze przygotowują atak na Internet, na wszystkie serwisy, które są zaszyfrowane i nie są kontrolowane przez władze. To może zakończyć się tym, że napiszą nową ustawę i powiedzą, że ta kontrola jest potrzebna, aby zapewnić bezpieczeństwo ludności”.

Socjolog Jakow Kostiukowski zauważa: „Rosyjskie społeczeństwo trudno jest rozkołysać. Kiedy w Moskwie wybuchły domy [we wrześniu 1999], to wtedy ludzie autentycznie się bali, wszyscy o tym rozmawiali. Ale o tych obecnych telefonach nikt nie mówi, nikt nie reaguje. Nie ma ani strachu, ani w ogóle nic, jak gdyby nic się nie stało”.

Faktycznie dziwne te ćwiczenia/niećwiczenia.

Widzicie ludzie cuda w tej budzie

12 września. W regionach Rosji odbyły się w minioną niedzielę wybory do władz ustawodawczych i wykonawczych różnych szczebli – gubernatorów, merów miast, lokalnych legislatur. Wybory miały być ostatnim sprawdzianem dla machiny wyborczej przed zaplanowanymi na marzec przyszłego roku wyborami prezydenta. Władze z uwagą przyglądały się, które chwyty są najbardziej efektywne, które ściemy działają, a które już nie działają. Testowano, jakie technologie wyborcze (proszę wybaczyć ten żargon) zastosować, aby ludzi zachęcić do wzięcia udziału w głosowaniu, a jakie okazują się skuteczne, gdy ludzi trzeba do tego raczej zniechęcić.

Z reporterskiego obowiązku zaznaczę, że procentowo wygrała te wybory Jedna Rosja. Tak głosi komunikat. Było też kilka niespodzianek: mimo wykręcania rąk, kilku opozycjonistom udało się zdobyć mandaty w radach dzielnicowych w Moskwie, ale nie na tyle dużo, aby ich partie w przyszłych wyborach mera mogły wystawić własnego kandydata. Odnotowano spadek liczby mandatów zdobytych przez kandydatów LDPR Żyrinowskiego i Sprawiedliwej Rosji Mironowa (czyli wierne przystawki Jednej Rosji). Wybory odbyły się na Krymie – zostały oprotestowane przez Ukrainę i Unię Europejską.

Frekwencja na wyborach była niska, w niektórych regionach nie przekroczyła 10-15%, w całym kraju – 29%. Władzom generalnie nie zależało tym razem, aby była wysoka, zwłaszcza tam, gdzie dopuszczono do startu przedstawicieli pozasystemowej opozycji. W Moskwie, gdzie właśnie w kilku okręgach wystawiono kandydatów z ramienia opozycji, często brakowało informacji o lokalach wyborczych, kandydaci mieli ograniczone możliwości prowadzenia kampanii wyborczej itd. Czyli tu chodziło o to, aby ludzie nie przyszli i nie zagłosowali na opozycję.

W oficjalnych mediach odtrąbiono wielkie zwycięstwo demokracji. Dyżurni piewcy ogłosili, że zgodnie z genialnym zamysłem Kremla następuje wymiana elit – przychodzą nowi ludzie, pełni energii, z pomysłami, w demokratycznych procedurach wygrywają wybory, obejmują mandaty lub stanowiska, a ludziom dzięki temu żyje się dostatniej.

W mediach mniej oficjalnych opisywano przypadki świadczące o manipulacjach i fałszowaniu wyborów. Na przykład w moskiewskiej dzielnicy Arbat Ministerstwo Obrony zorganizowało tak zwane gumowe mieszkanie, w którym niedługo przed głosowaniem zameldowano pewnego dnia jednocześnie około 1500 żołnierzy, którzy służą w jednostce w podmoskiewskiej Bałaszysze. Jak poinformował sztab opozycyjnych partii, wszyscy ci nowo zameldowani zagłosowali w niedzielnych wyborach na Jedną Rosję, tym samym uniemożliwiając wygraną opozycjonistom. Inny przypadek opisują korespondenci agencji Reutera, którzy wybrali się obserwować wybory w regionach. „Pod lokalem wyborczym we Władykaukazie przez cały dzień dyżurowali dziennikarze. Liczyli głosujących, naliczyli 256. W oficjalnych wynikach z tego lokalu podano, że głos oddało tu 1867, czyli siedmiokrotnie więcej, niż zauważyli korespondenci. Okazało się, że większość głosów otrzymała tu Jedna Rosja. Członkowie komisji wyborczej stwierdzili, że wszystko policzyli i się zgadza. Jeden z obecnych w lokalu powiedział reporterom: „Musimy zapewnić Jednej Rosji 85 procent, w przeciwnym razie car przestanie dawać nam pieniądze”. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow pytany o naruszenia procedur wyborczych odparł, że wybory świadczą o zaufaniu społeczeństwa do Putina i że głosowanie wyróżniało się zerową tolerancją wobec naruszeń.

System musi fałszować wybory, inaczej nie potrafi – napisał jeden z komentatorów. Gdzieniegdzie stosuje metody toporne, jak karuzele z głosującymi, jeżdżącymi od punktu do punktu czy ordynarne dosypywanie kart do urn. Gdzieniegdzie metody są bardziej wysublimowane. Ale generalna zasada jest niezmienna: głosowanie musi dać odpowiedni dla władz rezultat.

Jeszcze nie wiadomo na sto procent, czy Władimir Putin będzie startował w marcowych wyborach prezydenckich. Zwleka z oficjalnym ogłoszeniem. Choć jak ćwierkają moskiewskie wróble, na Kremlu zaczęto już procedurę wyłaniania mężów zaufania Putina w kampanii wyborczej. A doświadczenia z niedzielnych wyborów na pewno się w procesie wyborczym przydadzą.

Druga śmierć pod murami Kremla

25 sierpnia. Po śmierci opozycjonisty Borysa Niemcowa, zastrzelonego pod murem Kremla 27 lutego 2015 roku, w miejscu, gdzie zginął, powstał spontaniczny memoriał. Ludzie przynosili kwiaty, zapalali znicze. Periodycznie przyjeżdżały służby oczyszczania miasta i pod osłoną nocy wymiatały złożone pamiątki, miejsce pamięci niszczyli też kilkakrotnie tak zwani prokremlowscy aktywiści, np. członkowie radykalnej grupy SERB. Nazajutrz memoriał ponownie ukwiecano. Po pewnym czasie na moście, gdzie dokonano zabójstwa, wolontariusze zaczęli pełnić dyżury, by zapobiec powtarzającym się demolkom. Jednym z wolontariuszy był 37-letni mieszkaniec Moskwy, montażysta Iwan Skripniczenko.

– Byliśmy umówieni w większym gronie, bo 15 sierpnia mijało dokładnie dziewięćset dni od śmierci Borysa Niemcowa – opowiedziała „Nowej Gazecie” wolontariuszka Tamara Ługowych (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/08/25/73598-politsiya-nikogda-etim-ranshe-ne-interesovalas-o-chem-govoryat-tovarischi-ivana-skripnichenko-pogibshego-posle-napadeniya-u-memoriala-nemtsova). – Planowaliśmy, że ogłosimy minutę ciszy, aby upamiętnić tę datę. Iwan przyszedł wcześniej. […] Jak potem opowiadał, stał sobie spokojnie, obok przechodziła para. Mężczyzna był wysoki i barczysty. I był podchmielony. Zaczął zaczepiać Iwana: „Po co pan tu stoi? Putina pan nie kocha?”. Iwan był bardzo spokojnym człowiekiem, więc spokojnie mu odpowiedział: „A dlaczego miałbym kochać Putina? Czy Putin to dziewczyna, że miałbym go kochać?”. Ta odpowiedź najwyraźniej zdenerwowała przechodnia, bo podszedł blisko i pięścią uderzył Iwana w twarz. Jak się później okazało, złamał mu nos. A potem sobie odszedł z towarzyszącą mu kobietą.

Jeden ze znajomych Iwana dodaje, że mężczyzna był w mundurze i mówił ze specyficznym akcentem, być może pochodził z Doniecka lub Ługańska.

Skripniczenko trafił do szpitala, tam został opatrzony, twarz miał zdeformowaną, sińce pod oczami, niemniej nic nie wskazywało, że jego stan zdrowia może się dramatycznie pogorszyć. 22 sierpnia ponownie trafił na oddział, gdzie miał przejść kolejny zabieg. W nocy zmarł. Oficjalnie przyczyny śmierci nie są znane, nieoficjalnie media przedstawiają dwie wersje: skrzep, który powstał w wyniku obrażeń albo choroba krążenia. Wszczęto śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia.

Jak twierdzą wolontariusze, np. Nadieżda Mitiuszkina z ruchu Solidarność (https://www.svoboda.org/a/28696683.html), dyżurujący przy memoriale ludzie często stawali się obiektami słownej agresji ze strony przechodniów. „Pijani, agresywni ludzie przychodzą tu niemal codziennie. Zwykle to jakaś pijana grupka albo pojedynczy podpity gość. Coś im się nie podoba, zaczynają wyklinać, wygadywać niestworzone rzeczy o Borysie [Niemcowie], o nas. Różnie się te sytuacje rozwijają […] Borys zawsze mówił, że nie można dać się sprowokować, trzeba dbać o ludzi, nie wdawać się w rozmowy z tymi, którzy zaczepiają i ewidentnie mają zamiar sprowokować kłótnie. Dla nas przekaz Borysa ma wielkie znaczenie”.

Czy sprawca pobicia zostanie złapany i postawiony przed sądem? Współpracownicy Skripniczenki wyrażają pesymizm. W sprawie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa Borysa Niemcowa nadal bez odpowiedzi pozostają zasadnicze pytania. Wprawdzie odbył się proces, przed obliczem rosyjskiej Temidy postawiono kilku Czeczenów, których skazano za zabicie Niemcowa na wieloletnie wyroki pozbawienia wolności. I śledztwo, i proces pozostawiły jednak wiele znaków zapytania. Jedną z najważniejszych kwestii pozostaje ustalenie zleceniodawcy tego zabójstwa.

Pytanie do drzewa

19 sierpnia. Jak powszechnie wiadomo, rewolucja zjada własne dzieci. Rosyjska rewolucja swoje dzieci chętnie rozstrzeliwała. Tysiącami, setkami tysięcy. Także swoich piewców, którzy poezją, prozą i dramatem wysławiali pod niebiosa jej wyższość nad zastanym porządkiem. Wśród przemielonych przez zbrodniczą machinę stalinizmu był też jej wielki entuzjasta Władimir Kirszon. Dziś mija 115. rocznica jego urodzin, a niespełna miesiąc temu minęła 79. rocznica jego śmierci. Tak, przez rozstrzelanie.

Kirszon był zdeklarowanym bolszewikiem, członkiem partii od momentu uzyskania pełnoletności, w pierwszym szeregu walczył po stronie czerwonych w wojnie domowej. Służył rewolucji jako wierszokleta – pisał teksty piosenek i sztuki teatralne na potrzeby agitacji. Zasłużył się wielce w organizowaniu struktur organizacji pisarzy, od 1925 r. był sekretarzem RAPP – stowarzyszenia pisarzy proletariackich. Kirszon był apologetą Stalina i jego „wielkich dzieł”, a tych, którzy nie podzielali jego entuzjazmu, zwalczał wszelkimi dostępnymi środkami. Organizował nagonki na kolegów po piórze, między innymi na Michaiła Bułhakowa, Michaiła Zoszczenkę, Michaiła Priszwina, za niezbyt gorliwe zaangażowanie w tworzenie nowego człowieka sowieckiego, schlebianie gustom burżuazyjnym itd. Masami pisywał do Stalina listy, w których uprzejmie donosił na kolegów, zabiegał przy tym o przychylność wodza dla własnych dzieł. Z powodzeniem.

O popularnych w latach dwudziestych i trzydziestych sztukach Kirszona mało kto dziś pamięta. Tytuły mówią same za siebie „Tory śpiewają” (Рельсы гудят), „Cudowny spław” (Чудесный сплав), „Chleb” (Хлеб), „Wielki dzień” (Большой день) – to o wojnie światowej, która kończy się globalnym zwycięstwem komunizmu. We wszystkich utworach wysławiał przede wszystkim Stalina: „to typ nowego przywódcy, ideowego bolszewika”. Piętnował natomiast wpływ ideologii burżuazyjnej na młode pokolenie, od czci i wiary odsądzał tych, którzy sprzeciwiają się kolektywizacji itd.

Mimo że agitki Kirszona były marnymi sztuczydłami pozbawionymi walorów literackich, wystawiały je największe teatry – MChAT, Teatr Wachtangowa, Bolszoj Dramaticzeskij Tieatr w Leningradzie. Choć konstrukcja sztuk Kirszona miała wdzięk betonu, a bohaterowie wygłaszali propagandowe pogadanki dalekie od życia, w recenzjach pisano, że akcja jest wartka, problemy doniosłe, a postaci żywe. Te teatralne bohomazy nie schodziły z afisza przez kilka sezonów. Ale w końcu zeszły.

Ich wartość artystyczna nie miała tu nic do rzeczy. Kirszon należał od połowy lat dwudziestych do kręgu osób blisko związanych z Gienrichem Jagodą, komisarzem ludowym spraw wewnętrznych. NKWD pod wodzą Jagody przeprowadziło pierwszą wielką czystkę na fali represji po zabójstwie Kirowa. I jak to w totalitarnych bajkach bywa, wódz w pewnym momencie postanowił się pozbyć wykonawcy zbrodni, tym bardziej że Jagoda nie zgadzał się ze Stalinem w kilku kwestiach. W 1937 r. Jagoda został aresztowany, oskarżony o spisek i w 1938 r. stracony. Kirszon podzielił los swego protektora – został oskarżony o trockistowskie odchylenie, spisek i szpiegostwo i rozstrzelany. Miał zaledwie 35 lat. Został pochowany w bezimiennej zbiorczej mogile w tzw. Kommunarce.

Teraz jeszcze kilka słów o „życiu po życiu”. Jak pisała Jekatierina Kowalewska w „Rossijskiej Gazecie” (https://rg.ru/2015/06/29/reg-skfo/kirshon.html), Kirszon nie był poetą, w każdym razie za takiego się nie uważał, niemniej do niektórych swoich sztuk, zwłaszcza tych lżejszych, komediowych dodawał piosenki. Do wystawianej w Teatrze Wachtangowa w Moskwie komedii „Dzień urodzin” (День рождения) popełnił tekst „Zapytałem jesion, gdzie jest moja ukochana” (Я спросил у ясеня, где моя любимая), muzykę skomponował Tichon Chriennikow. Podobno kompozycja była ironiczna i wesoła, nuty się nie zachowały. Drugie życie tekst nieoczekiwanie zyskał dzięki oprawie Mikaela Tariwierdijewa – i ta kompozycja została wykorzystana przez Eldara Riazanowa w legendarnym dziś filmie „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem. Film wyświetlany jest w każdego Sylwestra w rosyjskiej telewizji, stał się takim samym trwałym elementem uroczystości powitania Nowego Roku jak szampan czy sałatka Olivier. Piosenka w filmie jest liryczna (https://www.youtube.com/watch?v=YkoBjUL-2uE) i nic nie wskazuje na jej proletariacki, zaangażowany ideowo rodowód. Nikt zresztą nie pamięta o autorze słów, który pewnie by się zdziwił, gdyby zobaczył, że to jedyne jego dzieło, które oparło się próbie czasu. I że prowadzi ono własne życie diametralnie odmienne od zamysłu twórcy.

Większość zdjęć Kirszona, jakie można znaleźć w dostępnych źródłach, przedstawiają jowialnego pana w średnim wieku, wystylizowanego (Bułhakow opisał go jako ubranego po europejsku elegancika), uśmiechniętego, zadowolonego z życia i dokonań, spełnionego i bez emocji patrzącego w przyszłość. I jest jedno zdjęcie, zrobione już po aresztowaniu (można je obejrzeć m.in. tu: http://andreistp.livejournal.com/7961650.html). W oczach Kirszona zaklęta jest bezbrzeżna rozpacz, przeżyte właśnie być może pierwsze w życiu upokorzenie, porzucona nadzieja. Czy jest w tych oczach świeżo uzyskana świadomość logiki zbrodniczego totalitarnego systemu, któremu z takim oddaniem służył? Nie zachowały się dokumenty, które by o tym świadczyły. Do końca Kirszon wierzył w Stalina i w to, że wódz mu pomoże. Nie pomógł. Przecież nie mógł pomóc.