Archiwum autora: annalabuszewska

Na froncie (dez)informacji

24 stycznia. Wywołane i podsycane przez Rosję napięcie w stosunkach z Zachodem trwa kolejny tydzień. Moskwa twardo domaga się od USA odpowiedzi na swoje ultimatum z połowy grudnia (ograniczenie obecności wojskowej NATO w pobliżu granic Rosji, cofnięcie się do stanu przed 1997 r., deklaracja nieprzyjmowania do Sojuszu Ukrainy itd.). Podczas rozmów sekretarza stanu USA z ministrem spraw zagranicznych Rosji w zeszłym tygodniu w Genewie, które nie przyniosły przełomu, strony zgodziły się na kontynuowanie konsultacji. Moskwa, która przyciskała zachodnich partnerów do ściany i żądała natychmiastowych pisemnych gwarancji, łaskawie zgodziła się jeszcze kilka dni poczekać na pisemną odpowiedź władz amerykańskich.

W oczekiwaniu na tę odpowiedź rosyjska propaganda daje popisy inwencji twórczej. Rosyjscy telewidzowie od dawien dawna są karmieni przekazem o nieograniczonej mocy swojej armii. Od momentu ogłoszenia ultimatum zaczęto opinię publiczną szykować do tego, że Rosja będzie musiała użyć tej wielkiej armii w obronie swoich obywateli mieszkających w separatystycznym Donbasie, bo Ukraina przygotowuje tam prowokacje z bronią chemiczną. Ta narracja została już zapomniana, to było tak dawno, że nikt nie pamięta. Zresztą nikt nie pamięta nawet tego, co stugębna hydra propagandy mówiła dwa dni temu. Dzisiejszy przekaz rosyjskiej telewizji sprowadza się do tego, że Rosja nie zamierza ani nawet nigdy nie zamierzała napadać na kogokolwiek. To Ukraina uzbrojona po zęby przez Zachód napadnie na Donbas.

Wśród licznych wrzutek, które potem żyją własnym życiem w przestrzeni medialnej i mediach społecznościowych i też są zapominane, jak tylko pojawiają się kolejne, zwracają uwagę dwie weekendowe historie.

Pierwsza dotyczy nagłośnionej przez Bloomberg wieści, że Chiny obawiają, iż wojna na Ukrainie przyćmi igrzyska olimpijskie w Pekinie i że jakoby Xi prosił Putina, żeby ten się wstrzymał z działaniami zbrojnymi. Ciekawsza niż sama wrzutka okazała się reakcja strony rosyjskiej. Złotousta rzeczniczka rosyjskiego MSZ wytoczyła wielką kolubrynę przeciwko Bloombergowi, zarzucając kłamstwa. Jej zdaniem podobne twierdzenia rozpowszechniają amerykańskie służby specjalne, aby jakoś usprawiedliwić to, że nie spełniają się ich prognozy o napaści Rosji na Ukrainę zimą. Cytat z Bloomberga pojawił się w sobotę. Rosyjska telewizja bije wokół tego pianę już trzeci dzień, to się nie zdarza codziennie, zwykle rewelacje żyją nie dłużej niż jętka. Chinom zależy na przyciągnięciu uwagi świata do igrzysk. To świetna okazja, aby pochwalić się osiągnięciami, szczególnie w sferze wysokich technologii. Wielu zachodnich polityków ogłosiło, że zbojkotuje ceremonię otwarcia, Putin natomiast z dumą wybiera się do „druga Xi”. Poruszony przez Bloomberg temat kazał się obserwatorom przyjrzeć stosunkowi Chin do ewentualnego konfliktu na Ukrainie. Chiny nie zajmują oficjalnego stanowiska, natomiast – zdaniem wielu obserwatorów – nie chcą ponosić żadnych ofiar na rzecz Rosji z tytułu prowadzenia przez nią wojny. Z drugiej jednak strony, nieoficjalnie rozmowy na linii Moskwa-Pekin na pewno się odbywały, o czym świadczy trwające od pewnego czasu przerzucanie rosyjskich wojsk z Dalekiego Wschodu w pobliże ukraińskiej granicy. Najwidoczniej Rosja otrzymała od Chin gwarancje, że w tamtym regionie podczas nieobecności tych jednostek wojskowych nie stanie się nic, co zagrażałoby jej bezpieczeństwu. Bardzo ciekawe.

Druga ciekawa wrzutka napłynęła ze strony brytyjskiego resortu spraw zagranicznych i dotyczyła planów Rosji zamontowania w Kijowie marionetkowego rządu Ukrainy, na którego czele miałby stanąć szerzej nieznany Jewgienij (Jewhen) Murajew, wcześniej deputowany Rady Najwyższej Ukrainy. W komunikacie Foreign Office znalazły się jeszcze inne nazwiska (bardziej znane) prorosyjskich ukraińskich polityków (Siwkowicz, Azarow, Klujew, Arbuzow), którzy „aktywnie kontaktują się z rosyjskimi służbami specjalnymi, uczestnicząc w planowaniu napaści na Ukrainę”. I to zapewne ciekawsza strona przekazu niż lans Murajewa. Główny prorosyjski polityk, Wiktor Medwedczuk, oligarcha i kum Putina, finansujący prorosyjskie partie na Ukrainie, siedzi w areszcie domowym, ciążą na nim liczne zarzuty. Być może w tej sytuacji trzeba było sięgnąć do rezerw.
Rosyjski MSZ enuncjacje Brytyjczyków nazwał „brednią” i wezwał do zaprzestania kampanii dezinformacyjnych wobec Rosji. Tymczasem takie „brednie” chodzą w codziennych talk show prokremlowskich telewizji. Jeden z często wypowiadających się w programie „60 minut” ekspert Siergiej Bagdasarow wzywał, aby zająć Kijów i zainstalować tam prorosyjskiego prezydenta. Takie i inne pomysły pojawiają się w tych telewizyjnych seansach nienawiści nader często. Władimir Żyrinowski niedawno wrzeszczał w tymże programie „60 minut”, że trzeba zbombardować Kijów i Warszawę. Nikt mu nie odebrał głosu.

Ale wracając jeszcze do lansu Murajewa. Ma on swoją kanapową partię „Nasi”, startował w wyborach prezydenckich w 2019 r., ale wycofał swoją kandydaturę (w sondażu Centrum Razumkowa z listopada ub.r., 4% uprawnionych do głosowania zadeklarowało chęć głosowania na Murajewa w wyborach prezydenckich, co uplasowałoby go na siódmym miejscu listy kandydatów); jego partia nie pokonała w wyborach parlamentarnych progu wyborczego. Jest związany z Charkowem. Komunikat Foreign Office pojawił się po tym, jak prezydent Zełenski w wystąpieniu telewizyjnym wskazał Charków jako możliwy cel rosyjskiej inwazji. Murajew deklaruje się jako zwolennik pozablokowego statusu Ukrainy i jako przeciwnik współpracy z USA.

Ucieczka w czerwonym bikini

15 stycznia. Oficjalna sowiecka propaganda głosiła wyższość socjalistycznego raju nad kapitalistycznym piekłem. Na wszelki wypadek władze ZSRR ściśle reglamentowały wyjazdy na zgniły Zachód, aby obywatele nie mogli sami dokonać porównania tych dwóch światów, oddzielonych żelazną kurtyną. Niemniej niektórzy obywatele marzyli jedynie o tym, aby zwiać z sowieckiej krainy szczęśliwości. Decydując się na ucieczkę, podejmowali ogromne ryzyko.

Znana jest ucieczka Stanisława Kuriłowa, który w 1974 r. uciekł wpław podczas rejsu sowieckiego statku po Oceanie Spokojnym (opisałam ten wyczyn w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/12/15/ucieczka-jogina/). W 1962 roku wielką ucieczkę przez morze wymyślił i zrealizował Piotr Patruszew. Pokonał w samych kąpielówkach i płetwach odległość pomiędzy Batumi a tureckim portem – ok. 35 km. Największą trudność stanowiła nie tyle odległość (Patruszew był wyczynowcem – uprawiał pływanie), ile dobrze strzeżona granica morska. Udało się, dopłynął. Został za tę bezczelność skazany w ZSRR zaocznie na karę śmierci. Po ucieczce Patruszew pracował w BBC i Radiu Swoboda.

Wczoraj minęła rocznica mniej znanej, choć równie brawurowej ucieczki z sowieckiego eldorado. 14 stycznia 1979 r. osiemnastolatka z Odessy, Liliana Gasinska w samym kostiumie bikini opuściła przez iluminator statek „Leonid Sobinow” i popłynęła ku australijskim brzegom. Liliana nie była dysydentką, nikt jej nie prześladował z powodu przekonań, ale miała marzenie: wyrwać się z sowieckiej szarości i zobaczyć świat, żyć w wolnym świecie.

Ukończyła technikum w Odessie, które przygotowywało kadry dla turystyki. Została zatrudniona jako kelnerka na statku sowieckiej żeglugi, który zarabiał cenne dewizy, wożąc po ciepłych morzach zamożnych zagranicznych turystów. Cała załoga takich wycieczkowców przed wyjazdem była do szóstego pokolenia dokładnie sprawdzana przez KGB. Liliana niczym się nie wyróżniała, pochodziła z małego miasteczka w obwodzie ługańskim, potem osiadła w Odessie, nie miała krewnych za granicą, nie znała języków obcych. Przeszła weryfikację bez przeszkód. Cała załoga statku, na którego pokładzie podróżowali cudzoziemcy, była pod obserwacją smutnych panów w jednakowych garniturach. I kagebiści z trwogą raportowali, że Gasinska zachowuje się nieodpowiednio: nawiązuje znajomości z zagraniczniakami, a nawet z nimi beztrosko flirtuje. Takie zachowanie daleko odbiegało od socjalistycznej moralności, która nakazywała dystans i wyższość wobec przedstawicieli zniewolonego przez soldateskę świata kapitalistycznego. Seksu w Związku Sowieckim nie było, więc jakiekolwiek aluzje do nawiązania intymnych relacji z obcokrajowcami stawały się dla „organów” powodem do interwencji.

W Sydney załoga mogła na kilka godzin zejść na ląd. Gasinska podjęła próbę odłączenia się od grupy, ale oko kagiebowskiego Saurona wypatrzyło ten ruch, koledzy wzięli Lilianę pod mankiet i zaprowadzili na statek. Dowództwo podjęło decyzję o odesłaniu do ZSRR „niepewnego elementu”, za jaki uznano młodą kelnerkę, pierwszym napotkanym na trasie sowieckim statkiem. Dziewczyna nie czekała, aż postanowienie zostanie wprowadzone w życie. W nocy wyskoczyła z iluminatora swojej kajuty w samym kostiumie, bez dokumentów. Przepłynęła sporą odległość dzielącą ją od brzegu.
Kilka dni później na konferencji prasowej w Sydney powiedziała, że gdy płynęła do brzegu, bardziej niż rekinów bała się powrotu do ZSRR. „Zabiję się, jeżeli mnie odeślecie do domu” – zapowiedziała. Piękna dziewczyna w czerwonym bikini podbiła serca Australijczyków. Dostała azyl i zaczęła nowe życie.

Jej roznegliżowane zdjęcie zostało umieszczone na okładce pierwszego numeru australijskiej edycji „Penthousa”. Zyskała pseudonim „dziewczyna w czerwonym bikini” i sławę. To był straszliwy cios dla wspominanej wyżej osławionej sowieckiej „moralności” – komsomołka prezentuje swoje wdzięki w rozbieranej sesji w zachodnim piśmie dla mężczyzn! Skandal! Koledzy z organizacji wprawdzie nazajutrz po ucieczce wyrzucili ją z organizacji, ale osad przecież pozostał! Dla zachodniej prasy ucieczka młodej dziewczyny, która w wywiadach opowiadała, że nienawidzi Związku Sowieckiego za kłamliwą propagandę i życie w biedzie, była natomiast smakowitym daniem, często z przyjemnością serwowanym.

W materiale Radia Swoboda, na który się tu powołuję (https://www.sibreal.org/a/ubyu-sebya-esli-otpravite-domoy-kak-liliana-gasinskaya-uplyla-iz-sssr/31653143.html), spisane są teorie konspiracyjne podważające wersję wydarzeń przedstawioną przez Gasinską. Według jednego ze świadectw, Gasinska nie płynęła do brzegu wśród rekinów, a przecisnęła się przez iluminator wprost na nabrzeże portowe, gdzie czekali na nią umówieni dziennikarze. Była w samym kostiumie, bo w całym rynsztunku nie zmieściłaby się w iluminatorze. KGB też nie uwierzyło w wersję samodzielnej ucieczki i przemaglowało całą załogę „Leonida Sobinowa”, ale niczego więcej nie wytrzęśli. Załoga została w ramach reprymendy za dopuszczenie do dezercji rozformowana, oficerowie mogli odtąd pływać co najwyżej do Bułgarii czy Rumunii, na Zachód dostali szlaban „za utratę czujności”. Kapitan już nigdy nie wypłynął w żaden rejs.

Jak można przeczytać w Wikipedii, Gasinska w Australii zrobiła karierę jako fotomodelka, tancerka, aktorka serialowa i didżejka. W 1984 r. wyszła za mąż za zamożnego biznesmena, małżeństwo rozpadło się w 1990 r., Liliana przeniosła się do Londynu, zmieniła nazwisko i zniknęła z radarów.

Koniec ery Nazarbajewa

10 stycznia. Wydarzenia w Kazachstanie zaskoczyły wszystkich, z samym Kazachstanem włącznie. Zaczęło się od pokojowych demonstracji w Żanaozen 2 stycznia, potem protest przeniósł się do innych ośrodków miejskich, przerodził w protest polityczny, potem na ulicach pojawiły się bandy maruderów, dochodziło do rozbrajania (się) policji i wojska, prezydent Tokajew nazwał wystąpienia operacją terrorystyczną i wezwał siły Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) na pomoc (scenariusz pierwszych dni stycznia opisałam w rubryce „Rosyjska ruletka” https://www.tygodnikpowszechny.pl/antyrzadowe-protesty-w-kazachstanie-170240).

Siły OUBZ przybyły w trybie natychmiastowym. Aby można było interwencję obcych wojsk do tłumienia zamieszek ubrać w pozór działania zgodnego z literą traktatu (który dopuszcza wysłanie wojsk sojuszniczych jedynie w przypadku zewnętrznej agresji na jednego z sygnatariuszy), naprędce wymyślono legendę o napaści na Kazachstan 20-tysięcznej zorganizowanej grupy terrorystów. Tokajew, który na początku próbował rozmawiać z protestującymi po ludzku, obiecał zniesienie (jak się potem miało okazać – jedynie czasowe) podwyżek, zmienił ton i kazał strzelać do ludzi na ulicach. A gdy okazało się, że nie ma do dyspozycji wystarczających sił, aby obronić swoją władzę, zadzwonił do Putina. Prośba o pomoc została momentalnie wysłuchana i wprowadzona w życie.

Legenda o ataku międzynarodowych terrorystów nie trzyma się kupy i pruje się w wielu miejscach, odsłaniając gołe kłamstwo. Brak informacji (przez kilka dni w związku z wprowadzeniem stanu wyjątkowego odłączono łączność i internet) nie pozwala na razie na dokładną rekonstrukcję wydarzeń i stwierdzenie na przykład, kim byli i z czyjego poduszczenia działali ludzie rabujący sklepy i podpalający budynki administracyjne. A to wiele by wyjaśniło. Można natomiast wywnioskować, że nie byli to ludzie z zewnątrz, którzy napadli na Kazachstan.

Na dzisiejszym posiedzeniu rady szefów OUBZ drżącym głosem Kasym-Żomart Tokajew powtarzał legendę o międzynarodowym terroryzmie, zagranicznej inspiracji, sprawstwie i kierownictwie oraz zewnętrznym finansowaniu protestów. Nie przedstawił żadnych dowodów. Nawet nie wymienił nazwy państwa, z którego rzekomo napaść miała nastąpić. Brnął dalej w legendę: owe mityczne 20 tysięcy zagranicznych terrorystów opanowało miasta, zostali oni rozgromieni przez nagle lojalne siły porządkowe. Gdzie ciała? Nie ma ich. A wiecie Państwo, dlaczego nie ma ciał? Bo pozostali przy życiu terroryści napadali na kostnice i porywali stamtąd zwłoki swoich towarzyszy. Jakieś choćby jedno potwierdzenie? Brak.

Prezydent Putin z pełnym zrozumieniem przyklasnął wersji kazaskiego kolegi. Dodał od siebie, że najwyraźniej w Kazachstanie próbowano zrealizować scenariusz „jak z Majdanu”. Trauma Putina odniesiona w latach 2013-2014, gdy na kijowskim Majdanie Ukraina walczyła w rewolucji godności, ciągle tnie sen rosyjskiego prezydenta na kawałki, burzy spokój i trzeźwość myśli. Putin wyznał, że interwencja sił OUBZ, w których większość stanowią jednostki rosyjskie, nastąpiła po tym, jak usłyszał od prezydenta Tokajewa prośbę o pomoc: „W naszych rozmowach telefonicznych prezydent mówił mi, że ludzie bez przerwy do niego dzwonili, prosili, aby obronił ich przed bandytami”. Ciekawe, czy naprawdę tak łatwo każdy obywatel może dodzwonić się do prezydenta Tokajewa…

Wysyłając wojsko do Kazachstanu Putin pokazał, że jest „żandarmem Eurazji”, to on podjął ambitną grę o to, aby zagraniczni partnerzy uznali jego wyłączne prawo do bycia gwarantem spokoju w regionie Azji Centralnej. Chiny zachowały daleko idący dystans, nie wtrącały się, nie komentowały. Wielu komentatorów przypuszcza, że Putin musiał konsultować wysłanie sił OUBZ z Pekinem i dostał zielone światło.

Gra o Kazachstan dała Putinowi atu do ręki – teraz władze Kazachstanu są w pełni uzależnione od Moskwy. Jak napisał w analizie ekspert OSW Krzysztof Strachota, „Najważniejszą konsekwencją kryzysu jest radykalne osłabienie międzynarodowej pozycji Kazachstanu. Przede wszystkim traci on pozycję państwa stabilnego i rozwijającego się w sposób zrównoważony, efektywnie lawirującego pomiędzy Rosją, Chinami i Zachodem, o trudnym do przecenienia potencjale stabilizującym region. W obecnej sytuacji – i co najmniej w krótkoterminowej perspektywie – Federacja Rosyjska zdobywa pozycję bezpośredniego gwaranta stabilności państwa i jego władz oraz zwiększa swój wpływ na strategiczne instytucje Kazachstanu czy rozgrywki personalne. Jednocześnie znacząco podnosi swoją pozycję wobec sojuszników/klientów z OUBZ i oponentów na obszarze WNP, wobec Chin (potwierdzając swoje znaczenie w Azji Centralnej) i wobec Zachodu, którego możliwości prowadzenia dialogu (a tym bardziej ambitnej polityki) w kontekście pacyfikacji protestów znacznie zmalały. Kazachstan wzmacnia Kreml w rozgrywce o Ukrainę oraz narzucanej Zachodowi (USA, NATO) próbie rewizji postzimnowojennego porządku międzynarodowego” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2022-01-10/kazachstan-interwencja-oubz-i-pacyfikacja-protestow).

Na koniec jeszcze dygresja. Być może, Kasym-Żomart Tokajew wykorzystał protesty do zawalczenia o wyzwolenie się spod wpływów dotychczasowego patrona Nursułtana Nazarbajewa. Zastanawiające jest jednak to, że sam Nazarbajew jest w tym poważnym spektaklu politycznym aktorem niemym. Ba, nawet nie pojawia się na scenie. Nie ma go. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Jego rzecznik prasowy zapewnia, że były prezydent ma się dobrze i jest w kontakcie z Tokajewem. Tokajew usuwa z ważnych państwowych stanowisk kolejne osoby blisko związane z Nazarbajewem, a ten milczy jak zaklęty. Nie wiadomo, gdzie przebywa rodzina Nazarbajewa – może wyjechali za granicę, ale dokąd? Nikt się nie przyznał, że ich widział. Można postawić tezę, że Tokajew wygrał batalię o usamodzielnienie się, istniejący od 2019 r. tandem Tokajew-Nazarbajew właśnie się rozpadł, okres dwuwładzy się skończył. Choć z drugiej strony, nowy okres dwuwładzy właśnie się zaczął: Tokajew już na wstępie oparł swoją władzę na rosyjskich bagnetach i będzie musiał się w podzięce dzielić z władzą z Putinem. A Putin ma apetyt na odbudowanie ZSRR. W wystąpieniu na dzisiejszym spotkaniu z kolegami z OUBZ powiedział wprost: „Nie pozwolimy zdestabilizować sytuacji u nas w domu i nie damy realizować scenariusza tak zwanych kolorowych rewolucji”. U siebie w domu, czyli w Kazachstanie.

Oglądałam reportaż telewizyjny z posiedzenia rady szefów OUBZ – kilka gadających, a niekiedy dukających głów polityków tkwiących w kółku wzajemnej przymusowej adoracji. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to klub satrapów, trzymających się dożywotnio stołków w obawie o utratę wszystkiego w razie spuszczenia choć na chwilę swojego drogiego fotela z oka. Drżą o życie, o zgromadzone majętności. Wszędzie węszą spiski, podejrzewają swoich bliskich współpracowników o zdradę. Nienawidzą swoich społeczeństw, zwłaszcza tych, które – jak społeczeństwo białoruskie, a ostatnio kazaskie – buntują się przeciwko uzurpacji władzy czy niesprawiedliwości systemu i biedzie. Boją się i w tym strachu coraz mocniej dokręcają śrubę obywatelom, a pozostając we własnym gronie, zapewniają się wzajemnie o woli pomocy, klepią po plecach, powtarzają mantrę, że jeszcze nie jest tak źle, jeszcze mają siłę i z tej siły skorzystają, gdy niepokorni zechcą podnieść głowę.

Jeszcze więcej „zagranicznych agentów”

31 grudnia. Przed długimi noworocznymi wakacjami putinizm dokonał mocnego ataku na społeczeństwo obywatelskie: zlikwidowane zostały Międzynarodowy Memoriał i Centrum Praw Człowieka Memoriału, szef karelskiego oddziału Memoriału, badacz zbrodni na uroczysku Sandarmoch Jurij Dmitrijew został skazany na karę 15 lat łagru w sfingowanym procesie, przeprowadzono obławę na kilkoro byłych szefów sztabów Aleksieja Nawalnego, zatrzymano ich pod zarzutem ekstremizmu, wczoraj na listę „agentów zagranicznych” wpisano kolejnych osiem nazwisk dziennikarzy i aktywistów, zaostrza się kontrola nad Internetem, postępuje ograniczanie autonomii uczelni. Na to wewnętrzne zamiatanie ostatnich opiłków demokracji i wolności nakłada się jeszcze generowane przez Kreml napięcie wokół Ukrainy i twardo wyrażane pod adresem Zachodu żądania „gwarancji bezpieczeństwa”, czyli wymuszenia na NATO, USA i UE zobowiązania, że uznają one prawo Rosji do zatrzymania w wyłącznej strefie wpływów obszaru postsowieckiego i zgodzą się na obniżenie poziomu bezpieczeństwa państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Zwykle na Sylwestra pisałam w blogu o tradycjach rosyjskiej nocy noworocznej, filmach serwowanych nieodmiennie w tym czasie w telewizji, daniach zdobiących świąteczny stół. Tym razem pod noworoczną choinkę wjechały jednak kolczaste prezenty od prezydenta – zduszenie sumienia Rosji poprzez zakaz działalności zasłużonego w przywracaniu pamięci historycznej stowarzyszenia Memoriał, zastraszenie i karanie aktywistów, którzy mieli nieostrożność zaangażować się w działalność opozycyjną, nieustanne szykany wobec walczących o swoją niezależność mediów (symboliczne zamknięcie portalu OWD-Info i in.), przyklejanie dziennikarzom łatki „agenta zagranicznego”. Żadna alternatywa polityczna mogąca rywalizować z Kremlem nie ma prawa nawet zakiełkować, a cóż dopiero rozwijać działalność.

Zatrzymam się przy ostatnim punkcie wyliczanki: nadawaniu statusu „agentów zagranicznych” (o Memoriale pisałam już wielokrotnie, ostatnio na łamach TP – https://www.tygodnikpowszechny.pl/duszone-sumienie-rosji-169980, a wczoraj po decyzji o zamknięciu stowarzyszenia w swojej autorskiej rubryce Rosyjska ruletka: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-sad-zdecydowal-o-zamknieciu-stowarzyszenia-memorial-170232; dodam może jeszcze tylko cytat z nowy redakcyjnej opozycyjnego portalu Grani, bo wydaje mi się bardzo trafny: „Symboliczny rewanż NKWD-KGB został zsynchronizowany z antynatowskim ultimatum – próbą rewanżu na arenie międzynarodowej. Wewnętrzna i zagraniczna rozgrywka, represje i agresja są nierozdzielne. Kontrolny wystrzał w społeczeństwo obywatelskie brzmi jak sygnał do ataku. To nie końcowy akord, a uwertura w rytmie marsza”).

Lista „agentów zagranicznych” puchnie. Władze ustawiają pod ścianą kolejne organizacje, media i poszczególnych dziennikarzy. Za pretekst może posłużyć cokolwiek, istotny powód jest jeden: to jednostki, które nie obsługują interesów Kremla i jako takie są dla systemu nie tylko nieprzydatne, ale także groźne. Szerzą wszakże często treści zawierające krytykę władz, a w fazie dojrzałego putinizmu na krytykę już dawno nie ma miejsca. Im więcej władza ma do ukrycia, z tym większą zaciekłością atakuje tych, którzy wyłamują się z nakazanego wspólnego frontu poparcia dla umiłowanego przywódcy.

Wczoraj lista „zagranicznych agentów” wzbogaciła się o osiem nowych pozycji: pisarz, satyryk, publicysta Wiktor Szenderowicz, krytyk sztuki Marat Gelman, członkinie grupy Pussy Riot Nadieżda Tołokonnikowa i Weronika Nikulszyna, redaktor naczelna pisma „Chołod” Taisja Biekbułatowa, dziennikarze Radia Swoboda Jelena Władykina o Iwan Bielajew.

Co oznacza przyklejenie etykietki „agenta zagranicznego”? Pisała o tym Maria Domańska po nowelizacji przepisów rok temu: „O ile przepisy obowiązujące od 2019 r. pozwalały objąć tym statusem dziennikarzy i blogerów, o tyle od 2021 r. jako „agenci” mogą zostać zakwalifikowani ludzie „zajmujący się polityką w interesach obcego państwa lub jego obywateli lub organizacji zagranicznej”. Osoby fizyczne o statusie „agentów” m.in. nie będą mogły być mianowane na urzędy w administracji państwowej i na szczeblu municypalnym. Drugą kategorią podmiotów, które będą mogły być objęte statusem „agenta”, są organizacje niezarejestrowane jako osoby prawne. Dotychczas taki mniej sformalizowany rodzaj działalności stanowił jedną z częściej wykorzystywanych furtek pozwalających omijać restrykcyjne przepisy wymierzone w „agentów”. Na wymienione powyżej podmioty zostaje nałożony obowiązek zgłoszenia się do rejestru „agentów zagranicznych” i składania regularnych sprawozdań do Ministerstwa Sprawiedliwości na temat swojej aktywności oraz rozliczeń finansowych, przy czym obciążenie z tego tytułu jest o wiele większe niż w przypadku osób i organizacji spoza tej listy. Istnieją też praktycznie nieograniczone możliwości nękania „agentów” przez organy kontrolno-nadzorcze. Środki masowego przekazu, w przypadku rozpowszechniania przez nie informacji na temat „agentów zagranicznych” lub materiałów przez nich przygotowanych, zobowiązano do każdorazowego wspominania o przypisanym danemu podmiotowi statusie „agenta” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2021-02-18/dokrecanie-sruby-represyjne-ustawy-putina).

W czasach Stalina stosowano kategorię „wroga ludu” – to było jak wyrok, wróg ludu wypadał na margines społeczeństwa, tracił wszystko, często także życie. Łatka „agenta zagranicznego” teraz zamyka jej posiadaczom drzwi, ustanawia podział na tych, co grają w drużynie błagonadiożnych i tych, co kombinują coś w interesach obcych państw, a więc są z definicji podejrzani. Trzeba się im przyglądać, a za każde uchybienie surowo karać.

Szenderowicz zapowiedział, że zastosuje się do wymogów, będzie składał sprawozdania, oznaczał swoje publikacje formułką o statusie agenta. Tołokonnikowa natomiast w firmowym stylu napisała: „Niech sobie własną d*pę oznaczą”.

*

Stary, trudny rok 2021 dobiega końca, życzę Państwu, aby Nowy Rok 2022 przyniósł nowe nadzieje i aby ich nie zawiódł.

Rozszerzone kolegium ministerstwa wojny

21 grudnia. W okazałym budynku w stylu stalinowskim, zajmowanym przez ministerstwo obrony Rosji odbyło się dziś rozszerzone kolegium tego resortu z udziałem prezydenta Putina. WWP wygłosił ostry speech, okraszony obficie wymownym wzruszeniem ramion po niemal każdym wypowiadanym zdaniu. Ta wyniesiona z leningradzkiego podwórka maniera towarzyszy prezydentowi w momentach, gdy wygłasza on kontrowersyjne kwestie lub prowadzi polemikę na odległość z – przeważnie zachodnimi – adwersarzami. To wzruszenie ramion podkreśla, że stanowisko strony przeciwnej jest głęboko niesłuszne, a słuszność jest i zawsze była po stronie Rosji. Dzisiejsze wystąpienie na rozszerzonym kolegium było rozszerzonym komentarzem do wystosowanego przez Moskwę pod adresem „kolektywnego Zachodu” bezpardonowego ultimatum w kwestiach bezpieczeństwa: zero Ukrainy w NATO, zero wojsk USA w Europie Środkowej, zero czasu do namysłu. Tylko bez sankcji, drodze zachodni partnerzy…

„W razie kontynuowania agresywnej linii zachodnich kolegów sięgniemy po adekwatne środki wojskowo-techniczne, będziemy ostro reagować na wszelkie nieprzyjazne kroki. Rosja ma do tego pełne prawo”, bo to kroki, mające zapewnić bezpieczeństwo i suwerenność kraju – dowodził WWP. Wyliczał, ile może lecieć rakieta na Moskwę z terytorium państw Europy Środkowej, ile z Ukrainy i jakie to stanowi zagrożenie dla Rosji. Powiedział też, że ma już dosyć manipulacji Zachodu, który prowadzi działania na terytoriach oddalonych o tysiące kilometrów. „Bo gdy im przeszkadza prawo międzynarodowe i statut ONZ, mówią, że to przestarzałe i niepotrzebne, a gdy to odpowiada ich interesom, to zaraz powołują się na normy prawa międzynarodowego”. Rosja, oczywiście, zdaniem Putina, zawsze działa z poszanowaniem prawa międzynarodowego (co dobitnie zaprezentowała w 2014 roku, anektując Krym i rozpalając zarzewie wojny w Donbasie, a wcześniej wkraczając w 2008 r. do Gruzji).

Po wysmaganiu Zachodu biczem oskarżeń Putin zapewnił o swoich pokojowych zamiarach. Powiedział, że wysłana do Brukseli i Waszyngtonu lista żądań, w tym gwarancji nierozszerzania NATO na wschód, nie jest ultimatum, ale Moskwa będzie się domagać natychmiastowego udzielenia na nie „jasnej odpowiedzi”. Specyficzne pojmowanie tego, czym jest ultimatum: to, jak powszechnie wiadomo, wysunięcie warunków i domaganie się bezwarunkowego ich wypełnienia przez stronę przeciwną, do tego często z wyznaczeniem granic czasu. Czyli to, co robi Moskwa, wystosowując (i publikując!) tekst z żądaniami do wykonania bez żadnych zobowiązań ze swej strony jest klasycznym ultimatum. Jak powiedział publicysta Siergiej Nowoprudski w audycji Radia Swoboda: „Rosja w odpowiedzi nie bierze na siebie żadnych zobowiązań. Nie mówi, że jeśli nie przyjmiecie Ukrainy do NATO, to Rosja wyjdzie z Donbasu. Rosja nie mówi, że nie będzie rozmieszczać baz wojskowych na postsowieckim terytorium [swoją drogą to ciekawe, jak zareagowałby Kreml, gdyby Amerykanie powiedzieli: Rosja nie może rozmieścić żadnej bazy w Kirgistanie albo Armenii]. Kolektywny Zachód nie dowiaduje się, co zyska, jeżeli zgodzi się na te propozycje. […] Po co Rosja to robi? Albo dla podjęcia ostrego politycznego targu, albo dla usprawiedliwienia możliwej gorącej, lecz umiarkowanej wojny w nadziei na to, że zajęty walką z pandemią i targany wewnętrznymi sprzecznościami kolektywny Zachód nie zareaguje odpowiednio mocno na wtargnięcie Rosji na terytorium Ukrainy, która wydaje się najbardziej prawdopodobnym obiektem agresji”.

„Konflikty zbrojne to nie nasz wybór, my chcemy rozwiązywać problemy na drodze polityczno-dyplomatycznej” – zapewnił prezydent Putin w wystąpieniu na dzisiejszym kolegium. Ale przy tym nie powiedział, co Moskwa ma w rękawie, jeśli Zachód nie zastosuje się do żądań. (W tej kwestii polecam analizę Marka Menkiszaka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-12-20/rosyjski-szantaz-wobec-zachodu).

Rozwinął niedopowiedzenie minister obrony Siergiej Szojgu. Oświadczył on, że współpraca wojskowa Ukrainy i NATO stanowi zagrożenie dla Rosji. I że w strefie konfliktu w Donbasie „znajduje się 130 członków pewnej amerykańskiej firmy militarnej, którzy szykują prowokację z komponentami chemicznymi”. W licznych, zwłaszcza ukraińskich, komentarzach po wystąpieniu ministra powtarzała się obawa, że rzekomo przygotowywany przez rzekomych Amerykanów w Donbasie rzekomy atak chemiczny będzie „prowokacją gliwicką”, która da asumpt do rozpoczęcia działań zbrojnych.
Swoje wystąpienie minister zakończył długim passusem, jak dobrze wyposażona w nowoczesne uzbrojenie jest rosyjska armia.

Wielu komentatorów rozpatruje najnowszą awanturę Putina na arenie międzynarodowej w kontekście narastającego problemu z tranzytem władzy (decyzja, czy będzie operacja „Następca”, czy Putin znowu w 2024 r. wystawi swoją kandydaturę i zabetonuje kruszący się gmach putinizmu, jeszcze na Kremlu nie zapadła) oraz zapewnienia bezpieczeństwa własności członków putinowskiej ekipy. Jak ćwierkają moskiewskie wróble, Putin dopuszcza taką możliwość, że Zachód będzie go chciał obalić. Stąd ucieczka do przodu, próba zastraszenia Zachodu, Ukrainy, Gruzji itd.; rozmowa z pozycji siły.

Za dwa dni ma się odbyć wielka konferencja prasowa Putina, moskiewski Maneż jest już przygotowany na przyjęcie dziennikarskiej braci. Temat stosunków z Zachodem, tekstu ultimatum, sytuacji na Ukrainie zapewne zostanie w trakcie spotkania poruszony.

I znowu ten Sokurow

11 grudnia. Kalendarz prezydencki przewiduje raz do roku spotkanie z Radą ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka (organ doradczym przy prezydencie, stojący na straży praw człowieka i zabiegający o rozwój inicjatyw społecznych). Kilka lat radę opuściło wielu znanych ludzi kultury, publicystów i obrońców praw człowieka w ramach protestu przeciwko uciszaniu inicjatyw obywatelskich i duszeniu demokracji przez Kreml. Pozostał dworski rytuał fasadowej instytucji, który ma spłoszonym obywatelom pokazywać, z jaką troską Władimir Putin pochyla się nad ich problemami.

Tegoroczne spotkanie odbyło się 9 grudnia w trybie online. Choć jakiś czas temu Putin zapewniał, że jest zaszczepiony trzema dawkami antycovidowych szczepionek, a nawet jednym eksperymentalnym preparatem zapylił sobie nos, to nadal unika spotkań z niepewnym gremium przy prezydialnym stole. Członkowie Rady siedzieli zatem przed ekranem komputera i widzieli prezydenta z dala przez szybkę. W relacjach telewizyjnych zaprezentowano jedynie te wypowiedzi, które nie naruszyły dobrego samopoczucia prezydenta – cytowano przede wszystkim samego Putina, poruszonego losem obywateli nabieranych przez oszustów czy chorych dzieci, wymagających specjalistycznego leczenia. Była też mowa o bezdomnych i wprowadzaniu/niewprowadzaniu kodu QR dla zaszczepionych przeciw Covid19 w świetle praw obywatelskich. A nawet o torturach w aresztach śledczych i koloniach karnych (temat wypłynął jesienią dzięki projektowi Gulagu.net https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-na-torturach-169350, a ostatnio został przedstawiony w filmie przez popularnego dziennikarza i blogera Jurija Dudia). Pisarz, historyk i publicysta Nikołaj Swanidze podniósł kwestię najazdu na stowarzyszenie Memoriał, poprosił, aby władze jeszcze raz przemyślały strategię przyznawania statusu „agenta zagranicznego” generalnie, a Memoriałowi w szczególności. Putin zareagował na zgłaszane sprawy do rozwiązania dość spokojnie, notował, obiecywał zbadanie itd.

Spotkanie trwało, słuszne słowa padały i gdy pod koniec drugiej części pięciogodzinnego posiedzenia już zanosiło się na spokojne odfajkowanie wydarzenia, głos zabrał reżyser Aleksandr Sokurow („Moloch”, „Rosyjska arka”, „Faust”, „Aleksandra”, „Cielec”). Jak się znowu miało okazać – mąciciel prezydenckiego spokoju. W grudniu 2016 r. podczas spotkania Putina z twórcami kultury Sokurow upomniał się o wolność dla więzionego na podstawie fałszywych politycznych oskarżeń ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/05/rosyjskie-milosierdzie-wedlug-putina/); jego wypowiedź wywołała burzę i wyprowadziła Putina z równowagi.

Podobnie było i tym razem. Sokurow poruszył kilka tematów, o których Putin wolałby nie mówić. W katalogu trudnych spraw znalazła się sytuacja na Kaukazie. Reżyser stwierdził, że tamtejsze republiki znajdujące się w składzie Federacji Rosyjskiej, prowadzą własną politykę, mają własne prawa, własne armie, toczą między sobą wojny, jak np. ta o pograniczne tereny między Inguszetią a Czeczenią. Jego zdaniem w Czeczenii istnieje kalifat, co jest niedopuszczalne w ramach wspólnego rosyjskiego państwa. Wezwał, aby „wypuścić” z federacji tych, którzy nie chcą w niej być. Sokurow zauważył: dość biedny kraj jak Rosja po pańsku wydaje pieniądze na utrzymanie Białorusi, Osetii Południowej, Abchazji. Upomniał się o siedzących za poglądy polityczne opozycjonistów, prześladowanych aktywistów, dyskryminowane NGO z nadużywaną ostatnio łatką „agenta zagranicznego”.

Putinowi wystąpienie Sokurowa się nie spodobało – zanegował prawdziwość twierdzeń o tym, że Kaukaz chce opuścić federację, powołując się na wyniki ostatniego głosowania o nowelizacji konstytucji. Nazwał słowa Sokurowa „manifestem pewnej części społeczeństwa”, który stanowi zestaw problemów i obaw. „Chce pan nas przemienić w Moskowię? W NATO tak właśnie chcą zrobić” – polemizował Putin. Zaprzeczył, jakoby Białoruś znajdowała się na garnuszku Rosji. Zarzucił reżyserowi, że jego słowa były nieprzemyślane. Zaprosił do wizyty i rozmowy. „Dawno się nie widzieliśmy, proszę zadzwonić, proszę przyjść” – zachęcił.

Prezydent w toku wymiany zdań z Sokurowem był coraz bardziej rozdrażniony, zwłaszcza gdy reżyser zaprzeczał jego słowom, wcinał mu się w wywód. Władimir Władimirowicz jest przyzwyczajony do potakiwań ze strony interlokutorów, najwyraźniej kiepsko radzi sobie w dyskusji z oponentem, który nie chce przyznać mu racji.

Dalszy ciąg nastąpił wczoraj i dziś. Sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow określił wypowiedź Sokurowa jako „nieprofesjonalną” – to właśnie miało sprowokować ostrą reakcję prezydenta. Jego zdaniem, „reżyser nie mając odpowiedniego ładunku wiedzy, poruszał ważne, delikatne tematy. A to jest właśnie to, czego prezydent nie toleruje”.
Lider Czeczenii Ramzan Kadyrow zażądał, aby słowa Sokurowa Komitet Śledczy poddał analizie, czy nie są one ekstremistyczne. Zdaniem Kadyrowa, reżyser „pracuje na rzecz amerykańskiego planu rozpadu Rosji”.

Sokurow w wypowiedzi dla agencji Interfax stwierdził, że obawia się, iż będzie miał do czynienia z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości, choć ma nadzieję, że prezydent do tego nie dopuści. A w rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda powiedział: „Bardzo mi przykro, że mój rozmówca nie chciał wniknąć w to, co powiedziałem. Był zupełnie nieprzygotowany na mój tekst. Zwykle Putin dostaje zawczasu teksty wystąpień członków rady, a ja nigdy tekstu nie wysyłam, trudno mu się było zorientować. W tym, co mówiłem, było dużo nowych informacji, pewnie {Putin] nie jest gotów do takiej maniery pracy. Może z przywódcą kraju nie wolno tak rozmawiać, nie wiem. Ale ja nie jestem dyplomatą ani politykiem. Moje wystąpienie wywołało rozdrażnienie i gniew. Przykro mi, nie powinno tak być. Choć przecież rada jest po to, aby wymieniać opinie, różne opinie. Myślałem, że zostanę wysłuchany, tymczasem moje słowa okazały się błędem, mogę przypuszczać, że zapewne słusznie zostanę wykluczony z rady. Trudno. Do rady trzeba wziąć dyplomatów czy polityków, którzy są przyzwyczajeni do procedur […] Okazało się, że różnie patrzymy na problemy kraju”.

Posłuchać wypowiedzi Sokurowa i zobaczyć wyprowadzonego z równowagi Putina można na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=hH_wMIfQ5-o&t=6s

Opowieść weekendowa z efektem mrożącym

4 grudnia. Zanim dojdzie do online rozmów Biden-Putin (zapowiedziane na 7 grudnia) i wszyscy komentatorzy zajmą się omawianiem wyników tego wydarzenia lub ich braku, chciałam zaprosić Państwa na wycieczkę w krainę dziwów i czarów.

W starej francuskiej komedii „Hibernatus” rodzina jest zaskoczona pojawieniem się krewnego, który spędził kilkadziesiąt lat zamarznięty w bryle lodu. Tytułowy bohater zostaje przywrócony do życia, a krewni starają się utrzymać go w mniemaniu, że nadal trwa belle epoque, w której żył. Pacjenci kliniki KrioRus mogliby filmowemu hibernatusowi pozazdrościć. Są oni bowiem zaraz po śmierci zamrażani, ale bez żadnej gwarancji, że po rozmrożeniu zostaną ożywieni. Na dodatek stali się obecnie ofiarami kłótni małżeńskiej założycieli KrioRusa. Ale po kolei.

Daniła Miedwiediew i Waleria Udałowa – partnerzy w biznesie i w życiu – założyli w podmoskiewskim Ałabuszewie w 2006 r. firmę, którą nazwali KrioRus. Zajęli mało popularną w Rosji niszę – oferowali klientom usługi w zakresie krioniki, prowadzili też działalność naukową w tej dziedzinie. Na stronie internetowej napisali: „Krionika to technologia zachowania zmarłych ludzi i zwierząt w stanie głębokiego schłodzenia w nadziei na to, że w przyszłości uda się ich ożywić, wyleczyć, odmłodzić. Nasze procedury mają charakter eksperymentalny. Nikt nie gwarantuje naszym pacjentom życia po śmierci”. Według danych Wikipedii, w magazynach firmy spoczęło w kapsułach z ciekłym azotem 71 osób i 30 zwierząt: psy, koty, chomiki, ptaki, a nawet jedna szynszyla.

Firma rozwijała się, pozyskiwała klientów, którzy pragnęli sami się zamrozić lub poddać eksperymentalnej hibernacji swoich bliskich. Zawarto umowy z dwustu klientami (według Forbesa, podpisano nawet około pięciuset umów, klientami są głównie mieszkańcy Rosji, ale także Ukrainy, Holandii, Włoch, Izraela, Japonii i Szwajcarii). Usługi KrioRusa do tanich nie należą, zamrożenie i przechowywanie ciała w niskich temperaturach kosztuje 36 tys. dolarów, neuroprezerwacja (głowa plus mózg) – 15 tys. USD, zamrożenie dużego psa może kosztować nawet do 35 tys. USD.

I wszystko szło nie najgorzej, aż zaczęły się schody. Najpierw pokłócili się klienci. Jedna z rodzin nie mogła dojść do zgody, który z krewnych ma być zamrożony i w jakim trybie – czy miało to być zamrożenie samej głowy czy całego ciała. Zgodnie z umową opiewającą na 1,2 mln rubli mózg wskazanego członka rodziny miał być zamrożony aż do momentu, gdy technicznie będzie możliwe wszczepienie go biorobotowi. Efektem rodzinnej awantury o to, kto może skorzystać z tego przywileju, była choroba psychiczna pomysłodawcy i proces sądowy – niezadowoleni krewni wystąpili z powództwem przeciwko firmie KrioRus. I choć ostatecznie sąd nie znalazł podstaw do ukarania firmy, reputacja KrioRus ucierpiała.

O innej aferze opowiadał Radiu Swoboda Daniła Miedwiediew: „Największymi wrogami kriopacjenta są jego krewni. Mieliśmy pacjenta, który podpisał kontrakt [na zamrożenie po śmierci], ale jego żona nielegalnie wykradła ciało i skremowała je w nadziei, że zwrócimy jej wpłacone przez małżonka pieniądze”. (Cały materiał, zawierający wiele szczegółów dotyczących krioniki w Rosji można znaleźć tu https://www.svoboda.org/a/28304903.html).

A potem zaczęli się kłócić założyciele firmy. Trzy lata temu stadło Miedwiediewa i Udałowej rozpadło się. Do tej pory właściciele drą koty o podział firmy, a właściwie – o zamrożonych pacjentów. Udałowa stwierdziwszy, że magazyny pękają w szwach, zaczęła jakiś czas temu budowę nowych chłodni pod Twerem. We wrześniu tego roku wybuchł skandal – zdjęcia mknących po podmoskiewskich szosach ciężarówek przewożących należące do KrioRusa kapsuły trafiły do sieci i przyciągnęły uwagę szerokiej publiczności. Potem reportaż pokazała też rosyjska telewizja Rossija (https://smotrim.ru/video/2335830). Okazało się, że Udałowa chciała przewieźć część nieboszczyków do niedokończonych jeszcze magazynów pod Twerem. Miedwiediew wezwał policję, oskarżył ekspartnerkę o kradzież.

Szarpanina pomiędzy Daniłą i Walerią trwa nadal i nie wygląda na to, aby spór miał się szybko zakończyć. Udałowa podjęła kolejną próbę przemieszczenia kapsuł pod koniec listopada. A 3 grudnia policja poinformowała, że działania Udałowej, gdy chciała wywieźć ciała z magazynu, były legalne – choć nie jest formalnie dyrektorką firmy, ma prawo do przewozu kapsuł na mocy wcześniejszych porozumień.

Co teraz będzie z usługami? Rysa na wizerunku KrioRusa jest potężna. Nie oszczędzają też praktyk stosowanych przez firmę naukowcy. „Krionika to zarabianie pieniędzy na niewiedzy ludzi. Przecież podopieczni firmy to osoby, które nie żyją. Nic nie mówią, nie są w stanie się bronić” – mówi Rostisław Poliszczuk, doktor nauk fizyko-matematycznych, członek komisji ds. zwalczania pseudonauki przy Rosyjskiej Akademii Nauk. „Zamrożony trup po odmrożeniu będzie odmrożonym trupem. Koniec, kropka” – wtóruje w tym duchu cytowany przez TV Rossija inny uczony.

W Rosji krionika jest oficjalne dozwolona, jeżeli człowiek za życia wyrazi zgodę na zamrożenie, to nie ma w tym naruszenia prawa. Jest to traktowane na równi z zapisaniem ciała po śmierci nauce w celu dokonania eksperymentów.

Proszek w prezydenckim nosie

24 listopada. Od kilku tygodni przez Rosję przetacza się czwarta fala koronawirusa. Dobowy przyrost nowych potwierdzonych przypadków zakażenia to w tym okresie ok. 33-42 tys. Codziennie umiera z powodu Covid19 ponad tysiąc osób. W ostatnich dniach rosyjskie czynniki zajmujące się statystyką zachorowań informują, że fala opada – z dnia na dzień odnotowuje się zmniejszenie liczby nowych przypadków. Natomiast tendencja covidowych zgonów nadal się nie odwraca: regularnie umiera (według oficjalnych danych) ponad 1200 osób dziennie. Komentatorzy zwracają uwagę na zadziwiającą powtarzalność: przez kolejne dni 1247, 1251, 1254, 1254, 1252, dziś 1240 zmarłych.

Na przełomie października i listopada prezydent Putin udzielił Rosjanom kilku dni wolnych od pracy, aby zahamować tempo rozprzestrzeniania się wirusa i zyskać czas na wykonanie szczepień (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/23/covid-zabija-rosjan/). Liczba nowych zakażeń, jak wspomniałam wyżej, w ostatnich dniach lekko zaczęła spadać, natomiast liczba szczepień nieco wzrosła, choć nadal w Rosji jest zbyt mało zaszczepionych osób, aby mówić o uzyskaniu odporności zbiorowej. Co rusz na czołówki gazet powraca temat kupowania fałszywych certyfikatów szczepień, ich liczbę trudno oszacować. Ostatnio ta kwestia znów stała się tematem dyskusji w związku ze śmiercią znanego aktora, który miał świadectwa przyjęcia dwóch dawek, zmarł na covid, a przed śmiercią przyznał się znajomej, że tak naprawdę się nie zaszczepił. Dziś media nagłośniły list lekarzy do osób ze świecznika, które nie chcą się szczepić – m.in. deputowanych Dumy, artystów. Medycy zapraszali niedowiarków na oddziały covidowe, aby ci przekonali się, że wirus naprawdę istnieje i kosi niezależnie od wieku i stanu zdrowia.

Władze poszczególnych regionów próbują różnych metod walki z pandemią. Ze zmiennym szczęściem. W stolicy Tatarstanu Kazaniu wprowadzono ograniczenia w komunikacji miejskiej: do autobusu czy tramwaju mogły wsiąść tylko osoby posiadające kod QR. Konduktorzy nie zawsze byli w stanie wyegzekwować od pasażerów okazanie kodu, niektórzy zostali dotkliwie poturbowani przez tych, którym się nowy przepis nie spodobał.

Dwa dni temu Władimir Władimirowicz poinformował, że zaszczepił się trzecią dawką. Tym razem była to szczepionka Sputnik Light (poprzednie dwie dawki to, wedle słów prezydenta, był Sputnik V). Znowu – jak przy szczepieniu pierwszą i drugą dawką – nie było z prezydentem kamer. Naród został poinformowany o tym szczęsnym wydarzeniu jedynie przez samego prezydenta. Aby mógł wygłosić oświadczenie, stworzono mu specjalną okazję: Putin spotkał się przed kamerą z dyrektorem pracującego nad szczepionkami Centrum im. Gamalei, Denisem Łogunowem, porozmawiali o konieczności szczepienia. Czy kogoś przekonali? Trudno powiedzieć.

Ale to jeszcze nie koniec ciekawych informacji o szczepieniu prezydenta. Dziś – przypominam: dwa dni po anonsowanej rewakcynacji Sputnikiem Light – poinformowano, że Putin został zaszczepiony eksperymentalną szczepionką podawaną do nosa. Prace nad taką szczepionką trwają w Rosji od dawna. Kilka miesięcy temu w eksperymencie wzięła udział przewodnicząca Rady Federacji, Walentina Matwijenko.

„Moskowskij Komsomolec” pisze: „Władimir Putin aktywnie włączył się w kampanię informacyjną i propagowanie szczepionek. Jak się okazało podczas narady z rządem, zaraz po rewakcynacji Sputnikiem Light prezydent, nikomu nie mówiąc, przyjął dawkę szczepionki nasalnej (do nosa), stając się jednym z pierwszych uczestników etapu jej badań klinicznych. Według słów WWP, wszystko jest w najlepszym porządku – już nawet odbył zajęcia sportowe”. Potem okazało się jeszcze, że nasalną szczepionką „poczęstował” Putina dr Łogunow. „To szczepionka w postaci proszku do nosa” – wyjaśnił prezydent członkom rządu. Inaczej o fakcie mówił zawsze dobrze poinformowany rzecznik Kremla, Pieskow: prezydent przyjął nasalną szczepionkę w formie żelu. Hmm, żelu. I nikomu nic nie powiedział. Hmm.

Powstaje pytanie: to czym w końcu potraktowali prezydencki nos – proszkiem czy żelem?

Jak widać, chmura pytań dotycząca tajemnicy szczepień Władimira Władimirowicza tylko gęstnieje. Czy to pomoże sceptycznym rodakom uwierzyć, że przywódca Rosji jest zaszczepiony i przekonać się, że należy iść za jego przykładem i zaszczepić się w jakiejkolwiek dostępnej formie?

Mordowanie pamięci

11 listopada. Prokuratura Generalna wystąpiła do Sądu Najwyższego o zlikwidowanie stowarzyszenia Międzynarodowy Memoriał, oskarżywszy o „systematyczne naruszanie przepisów o agentach zagranicznych”. Rozprawa odbędzie się 25 listopada.

Owym „systematycznym naruszaniem” jest, zdaniem prokuratury, nieumieszczanie na materiałach i publikacjach kolportowanych przez Memoriał disclaimera „agent zagraniczny”. „To polityczna decyzja, mająca na celu zniszczenie stowarzyszenia, które zajmuje się badaniem historii represji politycznych i obroną praw człowieka” – napisał Memoriał w specjalnym oświadczeniu. Zdaniem członków stowarzyszenia, nie ma absolutnie żadnych prawnych podstaw, aby zlikwidować Międzynarodowy Memoriał, gdyż organizacja – choć nie zgadza się z przyznanym jej odgórnie przez ministerstwo sprawiedliwości statusem „agenta zagranicznego” – spełnia wszelkie wymogi. Niespełna miesiąc temu doszło do napaści na Memoriał (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/16/napasc-na-memorial/).

Dzisiaj sąd w Moskwie odrzucił pozew szefa organizacji „O prawa człowieka”, jednego z inicjatorów utworzenia stowarzyszenia Memoriał, Lwa Ponomariowa domagającego się wykreślenia go z listy osób fizycznych będących agentami zagranicznymi. Kilka dni temu legendarny dysydent i obrońca praw człowieka został ukarany po raz kolejny grzywną w wysokości 10 tys. rubli za to, że w umieszczanych w mediach społecznościowych postach nie wpisywał zatwierdzonej przez Roskomnadzor formułki (24 słowa wielkimi literami), że jest „agentem zagranicznym”. Jeżeli Ponomariow jeszcze dwukrotnie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podobne „wykroczenie”, grozi mu sprawa karna. Ponomariow w rozmowie z Radiem Swoboda powiedział: „Kraj jest podzielony. W niemal każdej rodzinie są ofiary represji z czasów ZSRR, ale są przecież również potomkowie oprawców. Ta krwawa rana pozostała i nadal krwawi. Memoriał to narodowa duma Rosji, to organizacja, która ratuje reputację kraju, gdzie nie potępiono publicznie terroru, nie powiedziano całej prawdy o represjach”.

Memoriał położył wielkie zasługi w badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu pamięci o ofiarach. Dzięki historykom z Memoriału anonimowe miliony zmielone w machinie represji odzyskują twarze i nazwiska. Logicznym dalszym ciągiem tej gigantycznej pracy nad przywracaniem imion ofiar powinno być wskazywanie i publikowanie nazwisk oprawców, przynajmniej symboliczny sąd nad nimi. I tu zaczynają się schody.

Prezydent Putin hołubi Federalną Służbę Bezpieczeństwa, która ogłosiła się spadkobierczynią KGB, NKWD i Czeki. Niedawno służba ta świętowała stulecie – datą, od której zaczęto odliczanie, był dzień założenia Czeriezwyczajki przez towarzysza Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Stare dobre tradycje, nieprawdaż.

Rodziny ofiar próbują zbadać okoliczności skazania ich przodków na łagry lub rozstrzelanie. Zwracają się w tej sprawie do archiwów i czasem otrzymują kopie dokumentów. W maju 2020 roku kobiecie poszukującej informacji o swoich represjonowanych krewnych wydano z archiwum miejscowego FSB dokumenty, na których zamazano markerem nazwiska przesłuchujących i skazujących funkcjonariuszy NKWD (szczegóły sprawy tu: https://www.svoboda.org/a/31262788.html). „To korporacyjna solidarność” – powiedział dziennikarz Igor Jakowlew, zajmujący się badaniem sprawy swojego krewnego, który ucierpiał w latach Wielkiego Terroru.

Opozycyjny polityk Władimir Kara-Murza tak skomentował dzisiejsze wiadomości o zamiarze zlikwidowania Memoriału: „Trudno znaleźć bardziej trafną ilustrację sytuacji we współczesnej Rosji niż żądanie zamknięcia Memoriału – organizacji, założonej przez noblistę Andrieja Sacharowa i przywracającej pamięć o ofiarach czekistowskiego terroru. Pamiętajcie, drodzy koledzy, że noc jest najczarniejsza przed brzaskiem”.

Uniemożliwienie pracy Memoriałowi wpisuje się w prowadzoną od lat politykę przemilczania tych wydarzeń z historii (zwłaszcza historii XX wieku), które nie pasują Putinowi do tworzonych mitów o rosyjskim/sowieckim mesjanizmie, bezgrzeszności szlachetnych przywódców, niosących światu pokój. Duma co jakiś czas przyjmuje kolejne ustawy przewidujące penalizację za publikowanie treści niezgodnych z zatwierdzoną wersją jedynej słusznej historii. Dotyczy to między innymi wspominania o sojuszu Stalina i Hitlera przed wybuchem II wojny światowej. Likwidacja Memoriału – jeśli zostanie przeprowadzona – będzie oznaczała zamordowanie pamięci i otworzy drogę do prześladowania za mówienie prawdy o tym, co było.

Putin boi się nie tylko teraźniejszości i przyszłości, ale także przeszłości.