Archiwa autora: annalabuszewska

Kanclerz na posyłki

15 sierpnia. Drug Gerhardt przyjeżdżał do druga Władimira w gości. Urządzali wspólne przejażdżki saniami w towarzystwie kochających małżonek. Razem chodzili do bani, pili piwo, podpisywali porozumienia o wzajemnej współpracy, fotografowali się uśmiechnięci, ściskający się w zachwycie. Drug Gerhardt nazywał druga Władimira „kryształowo czystym demokratą”. Państwo Schröderowie adoptowali trzyletnią Wiktorię z domu dziecka pod Petersburgiem, co uznano za akt pełnego wzajemnego zaufania. Wszystko szło bardzo dobrze i układało się po myśli. Aż tu drug Gerhardt przegrał w 2005 roku wybory i przestał być kanclerzem Niemiec. Drug Władimir pospieszył z pomocą. Niemal nazajutrz po przegranej elekcji zaproponował drugowi Gerhardtowi lukratywną posadkę, za drobne 250 tys. euro rocznie Schröder zaczął pracować w pocie czoła w firmie Nord Stream AG, spółce córce Gazpromu, obsługującej gazociąg z Rosji do Niemiec biegnący po dnie Bałtyku. Krytycy w Niemczech zaczęli nazywać Schrödera „sługą Putina”. Nie przeszkodziło to Schröderowi w 2016 roku stanąć na czele kolejnej struktury związanej z projektem drugiej nitki gazociągu Nord Stream.

I oto teraz po mediach rozchodzą się wieści, że były kanclerz wejdzie do zarządu kolejnego rosyjskiego molocha paliwowego – koncernu Rosnieft’. Nowy zarząd ma być wybierany na zgromadzeniu akcjonariuszy 29 września. Rząd Rosji już zatwierdził kandydatów, wśród których figuruje nazwisko Schrödera. Na liście znajduje się też Matthias Warnig, enerdowski znajomy Putina z okresu służby w Dreźnie, który podobnie jak drug Gerhardt pracuje w Nord Stream AG, jest kawalerem Orderu Honoru Federacji Rosyjskiej za wybitny wkład i tak dalej. Według enuncjacji niemieckiej prasy, nowi członkowie zarządu mieliby pobierać apanaże w wysokości pół miliona dolarów rocznie.

Wieści o zaangażowaniu Schrödera w obsługę interesów kolejnej rosyjskiej firmy wywołały tsunami krytyki w niemieckiej prasie. W licznych publikacjach przypomina się, że kierujący koncernem Rosnieft’ Igor Sieczin należy do najbliższych współpracowników Putina, naftowy gigant realizuje linię polityczną Kremla. Związanie się z firmą Rosnieft’ oznacza związanie się z Kremlem. „Schröder stoczył się ostatecznie na pozycję płatnego lokaja polityki Putina” – stwierdził polityk z partii Zielonych, Reinhard Bütikofer. Układanie się Schrödera z Rosjanami nazwał bezwstydem. Ekskanclerz zebrał też cięgi od ekologów, którzy krytykują Rosnieft’ za prowadzenie odwiertów na terenach należących do rdzennych narodów Północy, przez co niszczą ich środowisko naturalne. Krytycy decyzji Schrödera podnoszą jeszcze i to, że jego posadowienie w Rosniefti ma na celu lobbowanie decyzji o zdjęciu sankcji z rosyjskich firm (Rosnieft’ znajduje się na sankcyjnej liście UE). Bardzo możliwe. Ale czy z taką nadszarpniętą reputacją drug Schröder będzie skuteczny? Niemiecka prasa zauważa, że Schröder próbuje odbudować utraconą pozycję w rodzimej partii SPD, zabiera głos w sprawie modelu współpracy z USA, krytykuje Trumpa i na tym się lansuje.

„Przypadek Schrödera pokazuje, że nie chodzi o ideologię. Chodzi o pieniądze. Były kanclerz nie udziela się w fundacjach pracujących na rzecz obrony pokoju czy wsparcia społeczeństwa obywatelskiego. On pracuje tam, gdzie są pieniądze – pisze ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Problem wielu przedstawicieli zachodnich elit polega na tym, że zamiast nauczyć Rosję stosowania cywilizowanych reguł gry, sami przejmują rosyjskie reguły. W uproszczeniu: zarobić duże pieniądze bez wysiłku, z zastosowaniem brutalnej siły, reguł Gułagu. […] Możesz być prezydentem, premierem, ministrem, ale jeśli wspomagasz Putina, to wcześniej czy później wylądujesz w Gazpromie”.

Schröder jest już w Gazpromie od dawna. Ciekawe, czy ma jeszcze powrót na scenę polityczną i rozpoczęcie kolejnego etapu gry.

Rosyjska dyplomacja odwetowa

31 lipca. Kiedy stało się jasne, że amerykański Kongres przyjmie ustawy ograniczające prezydentowi Trumpowi możliwość zniesienia antyrosyjskich sankcji, Moskwa wyszła z ciosem: na dywanik do MSZ został wezwany ambasador USA, wręczono mu notę z żądaniem zmniejszenia personelu amerykańskich placówek dyplomatycznych (do poziomu stanu kadrowego rosyjskich placówek w USA, a więc o 755 osób – rzecz bez precedensu) i opuszczenia dwóch obiektów użytkowanych przez dyplomatów. Na linii Moskwa-Waszyngton ponownie zaczęło iskrzyć.

Formalnie ta rosyjska ofensywa jest odpowiedzią na sankcje wprowadzone jeszcze przez administrację Baracka Obamy za rosyjską cyberingerencję w amerykańskie wybory prezydenckie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/30/potluc-lustra/). Obama pod koniec grudnia 2016 roku m.in. wydalił 35 rosyjskich dyplomatów i zajął dwie rezydencje użytkowane przez pracowników rosyjskiej ambasady w USA. Ku zdziwieniu większości obserwatorów Rosja wtedy nie zareagowała – jak to miała w zwyczaju w takich wypadkach – i nie wydaliła symetrycznie takiej samej liczby amerykańskich dyplomatów. Co więcej, duch koncyliacji unosił się nad wodami. Widoczne było wtedy w rosyjskich kręgach politycznych oczekiwanie na nowy reset z Trumpem. Brak zwyczajowej reakcji był ważnym sygnałem: jesteśmy otwarci, chcemy rozmawiać po dobroci. Ale potem w grze pojawiło się wiele nowych elementów, powyłaziły na wierzch spychane pod dywan ciekawostki o kontaktach sztabu Trumpa z Rosjanami itp., rosyjska karta stała się elementem wewnętrznej rozgrywki na amerykańskiej scenie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/). Przełomu nie przyniosła rozmowa Trumpa z Putinem w Hamburgu w kuluarach G20. Wydaje się, że te niejasne wątki będą się gmatwać w nieskończoność.

W tle powoli, ale nieubłaganie mieliły młyny amerykańskiego systemu politycznego. Stojący okoniem wobec prezydenta establishment przedsięwziął kroki w celu powstrzymania Trumpa od ewentualnego szybkiego zniesienia antyrosyjskich sankcji. 27 lipca Senat przegłosował ustawę podnoszącą rangę wprowadzania czy znoszenia sankcji, zgodnie z nią prezydent nie może jednoosobowo podpisem znieść sankcji, potrzebna jest na to zgoda Kongresu. Może natomiast sankcje poszerzyć.

Wezwanie amerykańskiego ambasadora do stalinowskiej „wysotki” na placu Smoleńskim i zażądanie redukcji personelu w placówkach dyplomatycznych oznacza, że romantyczny okres upajania się w rosyjskich elitach zwycięstwem Trumpa i oczekiwania na nowe rozdanie definitywnie się skończył. Kreml zdecydował się na kroki odwetowe.

Ciekawe, co będzie dalej. Przede wszystkim – jakie będą wymierne konsekwencje sankcji, i tych gospodarczych, i tych personalnych. Te pierwsze dotykają najważniejszych dla rosyjskiej gospodarki sfer: wydobycia surowców energetycznych i handlu bronią. Te drugie, jak twierdzi wielu obserwatorów, nie tylko osób z rosyjskiego świecznika politycznego, ale wręcz samego Putina.

Pisarz Władimir Wojnowicz w wywiadzie dla Radia Swoboda zauważa: „Rosja nie jest w stanie wymierzyć USA [dotkliwych] ciosów. Chyba że użyje broni atomowej. Stany Zjednoczone nie są od Rosji uzależnione. Jedyne rozsądne wyjście [dla Kremla] to zrobić krok w tył. […] I tak kiedyś trzeba będzie odstąpić”. Ale w retoryce Kremla trudno doszukać się obecnie polubownych tonów pod adresem Waszyngtonu. Głośno rozważane są sposoby bardziej dolegliwych dla USA posunięć. Podczas wczorajszych obchodów Dnia Marynarki Wojennej w Petersburgu prezydent Putin patetycznie przemawiał, sycił prezydenckie oko defiladą okrętów wojennych, każdy rosyjski telewidz też się mógł zachwycić widomą potęgą militarną kraju. Ta demonstracja siły to też głos w dyskusji z partnerami zza oceanu. Sposób znany, przetrenowany.

Pod ustawą powinien się pojawić jeszcze podpis Trumpa. Jego współpracownicy sygnalizują, że nastąpi to niebawem. Ale nie brakuje też komentarzy, że prezydent wykorzysta moment, aby odwlec złożenie podpisu. Gra toczy się dalej.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów, część 3

18 lipca. W dwóch poprzednich częściach mikrocyklu o niefrasobliwych przygodach Donalda Trumpa juniora przedstawiłam główne dramatis personae oraz podstawowe dane dotyczące mechanizmu organizacji spotkania członków sztabu Trumpa i rosyjskich lobbystów w czerwcu ubiegłego roku, w kluczowym punkcie kampanii wyborczej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/16/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow-czesc-2/). Teraz jeszcze garść szczegółów i szerszy kontekst.

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow pytany przez dziennikarzy o kontakty Juniora z Rosjanami odpowiedział: A cóż jest złego w tym, że ktoś spotyka się z prawniczką? Rzecz w tym, że organizujący spotkanie producent Rob Goldstone przedstawił panią Wiesielnicką jako prawnika związanego z rosyjskimi władzami, wręcz jako kogoś, kto reprezentuje władze. A to zmienia cały kontekst. Amerykanie mogli odnieść wrażenie, że pani adwokat to wysłannik Kremla i wiezie im z Moskwy wyrazy wsparcia w postaci „kompromatu” na Hillary Clinton.

To, co się wydarzyło podczas kampanii – nie tylko to feralne spotkanie, ale także ataki hackerskie (najprawdopodobniej rosyjskie) na wrażliwe cele w USA, wszystko to, co wypływa na powierzchnię i jest następnie drobiazgowo wałkowane przez prasę i polityków stanowi oś wewnętrznej rozgrywki w USA. Krytycy Trumpa wzięli informacje o poczynaniach Juniora na warsztat. Uważają, że skoro syn prezydenta (wówczas jeszcze kandydata) chciał od Rosji otrzymać materiały kompromitujące Clinton, to jest równoznaczne ze spiskowaniem z obcym mocarstwem w celu wysadzenia amerykańskiej demokracji. Sam prezydent broni syna, zapewniając, że nie miał nic złego na myśli. No, ale mleko się rozlało.

Można zadać pytanie, a po co Moskwie było organizować takie spotkanie, skoro zapowiedź przekazania materiałów od samego prokuratora generalnego za pośrednictwem prawnika związanego z władzą okazała się od razu, w pierwszych słowach rozmowy wydmuszką? Komentator „Forbesa”, profesor Paul Gregory: „Być może strona rosyjska […] chciała się poznać z ekipą Trumpa. Podrzucili obietnicę, że mają haka na Clinton, aby doprowadzić do spotkania. Ale myślę, że chodziło o coś więcej. To był spisek Kremla, mający na celu osłabienie USA jako państwa, osłabienie prezydenta, chaos i tak dalej. To był cel Putina i prawie udało mu się ten cel osiągnąć”.

Osłabienie prezydenta nie przekłada się jednak na osłabienie sankcji wobec Rosji. A właśnie ich zniesienie wydaje się teraz jednym z naczelnych celów Putina i jego ludzi. W tej sytuacji, gdy kwestia rosyjska stała się istotą walki na wewnętrznej scenie politycznej w Stanach, nawet najbardziej przychylnie nastawiony do Putina Trump nie zaryzykuje urzędu dla obrony rosyjskich interesów. Zawzięty krytyk Putina, rosyjski politolog Andriej Piontkowski pisze: „Trump okazał się [w tej sytuacji] nie aktywem Putina, a kamieniem na szyi Putina. A Putin – kamieniem na szyi Trumpa. Taki jest prawdziwy rezultat operacji „Trumpnasz”. […] W gazecie „Washington Post” ukazał się artykuł, w którym opisano przedsięwzięcia, które administracja Obamy zamierzała podjąć po tym, jak okazało się, że ingerencja Rosji w proces wyborczy w Stanach była poważna. Żadne z nich nie zostały zrealizowane – poza skonfiskowaniem rezydencji użytkowanych przez rosyjskich dyplomatów. Ta lista zamierzeń jest bardzo ciekawa – bo uderza w najczulsze punkty rosyjskiej elity, to m.in. zamrożenie wszystkich kont bankowych rosyjskiej kleptokracji, od Putina począwszy, a także cofnięcie wiz. […] Teraz widać, jak kolosalny błąd popełnił Kreml, stawiając na Trumpa. […] Demokraci czują, że Putin to najczulsze i najsłabsze miejsce Trumpa, i tu uderzają. Gdyby prezydentem została Clinton, nic by się nie zmieniło w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. A teraz mosty między ekipą Putina i amerykańskim establishmentem zostały podpalone”.

Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w dłuższej perspektywie. Na razie na amerykańskim podwórku nadal trwa wyciąganie na światło dzienne kolejnych faktów dotyczących kontaktów sztabowców Trumpa z Rosjanami. Dziś okazało się, że krąg osób spotykających się z Juniorem i Wiesielnicką był większy, niż początkowo podawano. W spotkaniu brał udział jeszcze jeden uczestnik: niejaki Ike Kaveladze, człowiek związany z firmą należącą do Arasa Agałarowa. Kółeczko się zamyka. Z ostatnich wieści może warto jeszcze dodać za Associated Press, że pani Wiesielnickiej od dawna przyglądały się z uwagą amerykańskie służby specjalne.

Ciąg dalszy zapewne z przyjemnością nastąpi.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów, część 2

16 lipca. Opukiwanie i prześwietlanie pojazdu, którym Donald Trump dojechał do Białego Domu, trwa nadal. Ostatnio ujawniono kontakty Donalda Trumpa jr. z rosyjskimi biznesmenami i prawniczką, która miała pono dostarczyć do sztabu wyborczego kandydata Trumpa materiały kompromitującego jego rywalkę w wyścigu do fotela prezydenckiego. O tym, jak doszło do spotkania sztabowców Trumpa i przysłanych z Moskwy lobbystów, pisałam w blogu wczoraj (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/).

Jednym ze wspomnianych lobbystów był Rinat Achmetszyn, związany niegdyś z wywiadem wojskowym. Znamienne jest to, że publikując informacje o spotkaniu, żaden z jego uczestników nie zająknął się o tej dziwnej personie. Jego obecność wzbudziła zainteresowanie i wypłynęła nieco później. Jak pisze The Insider (http://theins.ru/news/64248), Rinat Achmetszyn wychynął z niebytu i zwrócił na siebie uwagę w USA, gdy znalazł się w centrum skandalu w 2015 roku. Firma International Mineral Resources (IMR), wniosła do sądu sprawę o atak hackerski. O organizację cyberataku oskarżono właśnie Achmetszyna, który miał włamać się na serwery IMR, a wykradzione informacje przekazać zleceniodawcy za drobne 45 tys. dolarów, jeszcze 100 tys. zainkasował za zorganizowanie kampanii szkalującej IMR. W sądzie udowodniono udział Achmetszyna w cyberwłamie, ale go nie skazano, gdyż strony zawarły ugodę. „Oznacza to, podsumowuje The Insider, że szef sztabu wyborczego Trumpa trzy dni po ataku hackerskim na serwery Partii Demokratycznej spotkał się z człowiekiem z rosyjskich służb specjalnych, który wsławił się dokonywaniem ataków hackerskich w celu pozyskiwania materiałów kompromitujących”. Jak zauważa bloger Andriej Malgin, uczestnicy spotkania jak gdyby w ogóle nie zauważyli obecności Achmetszyna, który siedział z nimi przecież przy jednym stoliku.

Osobą, na której skupiła się uwaga wszystkich, była adwokat Natalia Wiesielnicka. Lobbuje w USA interesy pewnego rosyjskiego biznesmena Denisa Kacywa, który został objęty sankcjami w ramach tzw. listy Magnitskiego (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/11/17/lista-versus-lista/). Kacyw został postawiony przed obliczem amerykańskiej Temidy za pranie brudnych pieniędzy (notabene pieniędzy ukradzionych obywatelom Rosji). Sąd zasądził wobec niego wpłacenie wysokich rekompensat – prawie 6 mln dolarów. Kacyw pokornie zapłacił. Sprawa została zakończona niedawno – w maju br.

Wiesielnicka jako adwokat Kacywa zarejestrowała rok temu w USA firmę lobbystyczną HRAGIF. Miała pracować nad zniesieniem przyjętej w odpowiedzi na listę Magnitskiego ustawy rosyjskiej Dumy zakazującej adopcji rosyjskich dzieci przez obywateli USA. Brzmi absurdalnie. Ale wygląda na to, że była to jedynie zasłona dymna, parawan czy coś w tym rodzaju. Jak mówił w audycji rozgłośni echo Moskwy Siergiej Parchomienko, rok temu próbował porozmawiać z Wiesielnicką, która już wtedy działała w USA, dlaczego w tak dziwny i przewrotny sposób sformułowała cele swojej firmy lobbystycznej. „Początkowo [Wiesielnicka] w ogóle zaprzeczała, że ma coś wspólnego z tą firmą. Dopiero gdy przedstawiłem jej liczne potwierdzenia, przyznała mi rację. Zapytałem ją, dlaczego nie prowadzi działalności lobbystycznej w tym temacie w Moskwie, przecież to ustawa Dumy, co można wskórać w Ameryce? Odpowiedziała mi, że właśnie zamierza prowadzić taką działalność w Waszyngtonie i kropka”. Czym się zajmowała naprawdę? Może to się kiedyś okaże. Na razie ona sama w wywiadzie dla Wall Street Journal oznajmiła, że chciała opowiedzieć Trumpowi juniorowi o Billu Browderze, o tym, jak złośliwie nie płacił on podatków w Rosji. Browder był szefem Magnitskiego (firma Hermitage Capital Management), prowadził interesy w Rosji. Po wyjeździe z Rosji opowiedział szczerze, jak się robi tam biznesy i zorganizował wielką kampanię lobbystyczną na rzecz ukarania winnych śmierci Siergieja Magnitskiego. Trump jr. okazał się niezainteresowany opowieścią madame Wiesielnickiej o Browderze. A o materiałach kompromitujących Hillary Clinton adwokat z Moskwy nie miała nic do powiedzenia.

Jednym słowem: rozmawiała gęś z prosięciem. Po co to wszystko? Rzecz wygląda absurdalnie, a jednak ma sens. Zapraszam na kolejny odcinek. Już niebawem.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów

15 lipca. Z mgławicy skrywającej przebieg wyborów prezydenckich w USA co rusz wyłaniają się rosyjskie uszy – a to rosyjscy hackerzy atakują wrażliwe cele, a to ambasador Rosji w USA spotyka się pasjami z członkami najbliższego otoczenia Trumpa, a to Wikileaks usłużnie w odpowiednim momencie dokonuje efektownej wrzuty. Ktoś mówi coś, ktoś kłamie, ktoś zaprzecza. Mgławica miast się rozwiewać, tylko gęstnieje. Ostatnio w serialu „Zagadki kampanii” na scenę wprowadzono nowych aktorów. I wiecie Państwo, będziecie się śmiać, nie uwierzycie może, ale to znowu byli Rosjanie.

Gazeta „The New York Times” napisała, że starszy syn prezydenta, Donald Trump jr. rok temu, w kluczowym momencie kampanii wyborczej, spotkał się z agentem Kremla, który obiecał materiały kompromitujące Hillary Clinton. Gdy okazało się, że gazeta ma kopie korespondencji w sprawie spotkania, Donald jr. sam opublikował maile. Zapewniał, że do niczego nie doszło, a tatce o niczym w ogóle nie powiedział. Ale po kolei.

Cofnijmy się do stycznia 2013 roku. Panowie Aras Agałarow, bogacz (51. miejsce na liście najbogatszych rosyjskich przedsiębiorców według Forbesa), developer budujący pałace dla rosyjskiej wierchuszki i wierchuszkę tę znający i jego syn Emin, biznesmen i popularny piosenkarz, naówczas mąż córki prezydenta Azerbejdżanu, na kolacji w Las Vegas poznają amerykańskiego bogacza Donalda Trumpa. W spotkaniu bierze udział również producent lansujący twórczość Emina, Brytyjczyk Rob Goldstone. Amerykański gospodarz jest zachwycony nowymi znajomymi, wysławia ich przedsiębiorczość. Konkurs Miss Universe, któremu Trump patronuje, ma się odbyć tego roku w Moskwie. Trump odwiedza rosyjską stolicę w listopadzie 2013 roku, podobno świetnie się bawi (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/01/18/w-obronie-czci-donalda-fredowicza/). W tym samym miesiącu Agałarow odbiera z rąk prezydenta Putina wysokie odznaczenie. Rob Goldstone jest częstym gościem w Rosji.

Trump podtrzymuje znajomość z rodziną Agałarowów: w 2014 r. bierze udział w nagraniu klipu piosenki Emina „In Another Life”.

3 czerwca 2016 r. – już po ataku hackerów na serwery Partii Demokratycznej, ale zanim informacja o tym została ujawniona – Rob Goldstone przysyła maila Donaldowi Trumpowi jr. z uprzejmym doniesieniem, że ich wspólny znajomy Emin Agałarow ma materiały mogące skompromitować Hillary Clinton. „Ojciec Emina, Aras spotkał się z prokuratorem {generalnym Rosji] i dostał od niego coś, co może skompromitować Clinton”. Sugeruje, że to się może przydać tacie Trumpowi i że świadczy to o poparciu ze strony Rosji dla kandydatury Trumpa. Trump jr. wyraża zainteresowanie. Następny mail wysłany cztery dni później zawiera propozycję, aby Donald junior na prośbę Emina Agałarowa spotkał się z „prawniczką z rządu Rosji”, 9 czerwca dochodzi do spotkania.

Zapowiadana w mailach prawniczka z Moskwy, mająca – jak zapowiada Goldstone – umocowanie w rosyjskiej wierchuszce, Natalia Wiesielnicka, przyprowadza do Trump Tower dziwną, niezapowiadaną uprzednio osobę. To Rinat Achmetszyn, nazywany przez media „rosyjsko-amerykańskim lobbystą”, jest byłym funkcjonariuszem wywiadu wojskowego (podobno byłych funkcjonariuszy nie ma). Od lat ma podwójne obywatelstwo – rosyjskie i amerykańskie. Mieszka na stałe w USA. I kręci się wokół różnych spraw. Między innymi zabiega o zniesienie sankcji nałożonych na Rosję. Tym samym trudni się Wiesielnicka.

O tej ciekawej postaci i o tym, co wynikło ze spotkania 9 czerwca ubiegłego roku – w następnym odcinku.

W oparach wzajemnego zrozumienia

11 lipca. Spotkali się. W kuluarach szczytu G20 prezydenci USA i Rosji wymienili uścisk dłoni. Rozmawiali ponad dwie godziny, choć początkowy plan przewidywał tylko półgodzinne spotkanie. Kreml od dawna grzał silniki – po początkowym zachłyśnięciu się zwycięstwem Donalda Trumpa nastąpiło zniechęcenie i wychłodzenie. Od stycznia w Moskwie to rozwijano, to zwijano żagle przed spodziewanym spotkaniem. Bąbelki z radosnego szampana ulotniły się. Rosyjscy propagandyści, po wyborach sławiący geniusz strategiczny nowego amerykańskiego prezydenta, zapowiadającego nowe otwarcie w stosunkach z Rosją, przycichli, temat wstydliwie zamiatano pod dywan. W napięciu obserwowano to, co dzieje się wokół „rosyjskiej kwestii” w Waszyngtonie. A tam nie schodził w pierwszych stron gazet temat ingerencji Rosji w tok amerykańskich wyborów. Domniemanie, że Moskwa wpłynęła na wygraną Trumpa, stał się osią wewnętrznego amerykańskiego sporu. Do tego doszły ujawniane coraz to nowe dane o kontaktach ludzi z otoczenia Trumpa z Rosjanami. Nadal dochodzą, o czym za chwilę.

Temat ingerencji Rosji w wybory prezydenckie w USA był również najważniejszym punktem spotkania Trump-Putin w Hamburgu. Na temat przebiegu rozmowy o rosyjskim cyberchuligaństwie mamy dwie różne narracje. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow: „Prezydent Trump wspomniał, że w USA niektóre kręgi nadal rozdmuchują temat rosyjskiej ingerencji w amerykańskie wybory, choć nie mogą tego dowieść. Prezydent Trump powiedział, że usłyszał konkretne oświadczenia prezydenta Rosji Putina, że to nieprawda i że rosyjskie władze nie ingerowały w te wybory. Powiedział, że przyjmuje te oświadczenia”. Sekretarz stanu Rex Tillerson zreferował ten aspekt wszelako inaczej: „Prezydent rozpoczął spotkanie z prezydentem Putinem od tego, że wyraził zaniepokojenie narodu amerykańskiego odnośnie rosyjskiej ingerencji w wybory 2016 roku. Prowadzili twardą i długą dyskusję na ten temat. Prezydent [Trump] kilkakrotnie wracał do kwestii rosyjskiej ingerencji. Prezydent Putin negował fakt takiej ingerencji, podobnie jak to robił, przypuszczam, wielokrotnie wcześniej. Ale prezydenci – myślę, że słusznie – skupili się na tym, aby iść do przodu. Jestem przekonany, że kiedyś osiągniemy zgodę w tej materii”.

A zatem zgody co do rosyjskich cyberataków na razie nie ma. Zawijanie śmierdzącego tematu w perfumowane papierki kiepsko się za oceanem sprzedaje. A bez wyjaśnienia tego, czy i w jakim stopniu / w jaki sposób Rosja mieszała w amerykańskim wyborczym kociołku, trudno będzie jednak iść naprzód. Choć obaj prezydenci mają na to wielką chęć.

Putin jechał do Hamburga w nadziei, że nastąpi pewien przełom w jego kontaktach z Zachodem, że dawne grzechy zostaną mu wybaczone, że znowu będzie mógł potwierdzić przynależność do rodziny najważniejszych światowych decydentów. Przełom nie nastąpił, niemniej jak mówił bohater „Dwunastu krzeseł” Ostap Bender, „lody ruszyły”.

Fantastyczna była oprawa propagandowa spotkania obu prezydentów w rosyjskich mediach, zwłaszcza w telewizji. Komentatorzy jeden przez drugiego dowodzili, że szczyt G20 odbył się na marginesie spotkania Putin-Trump, które skupiło na sobie wytężoną uwagę całego świata. I tylko ono. Często padało też stwierdzenie, że oto na naszych oczach dokonuje się wielki powrót Rosji na salony – USA znowu uznają Rosję za jedynego godnego partnera o tym samym gabarycie wagi i powagi. Czyli rosyjska propaganda ponownie dmucha z entuzjazmem wielki balon z wizerunkiem Trumpa, łaskawego, wyrozumiałego, otwartego na współpracę.

Kilka dni po hamburskim spotkaniu nadal nie ma „jasności w temacie Marioli”, czyli nie wiemy, jakie ustalenia zapadły. I czy w ogóle zapadły. Komunikaty Kremla i Białego Domu nie pokrywają się. W drugim głównym – po rosyjskiej cyberingerencji w wybory – temacie, czyli uregulowaniu sytuacji w Syrii osiągnięto wstępne porozumienie o zawieszeniu broni i współpracy w tworzeniu „stref deeskalacji” na południu tego kraju. To pewien postęp. Ale czy na długo? Czy zawieszenie broni okaże się trwałe? Bez wypracowania mechanizmu całościowego uregulowania i decyzji w sprawie dalszych losów Baszara Asada zapewne to jedynie rozwiązanie chwilowe. Komentatorzy zastanawiają się, czy porozumienie nie jest zakamuflowaną formą przyzwolenia na lądową operację wojsk rosyjskich. Zobaczymy.

Kolejna kwestia: Ukraina. W przeddzień szczytu w Hamburgu Waszyngton poinformował, że specjalnym przedstawicielem USA ds. Ukrainy, który będzie się kontaktował z rosyjskim specjalnym przedstawicielem, będzie doświadczony amerykański dyplomata Kurt Volker. Zostało to w Moskwie odczytane jako wzmocnienie twardej linii USA.

„Problem [spodziewanego w Moskwie po wygranej Trumpa] wielkiego dealu pomiędzy Trumpem i Putinem polega na tym, że Rosja nie ma wartościowych rzeczy, które mogłaby zaproponować na wymianę – pisze Aleksander Baunow z Centrum Carnegie. – A Rosja od USA chce wytargować bardzo wiele. Zdjęcie sankcji, nieoficjalne uznanie Krymu za rosyjski, dopuszczenie tam międzynarodowego biznesu, uregulowanie konfliktu ukraińskiego przy założeniu, że Ukraina powinna być federacją [co umożliwiłoby Moskwie wpływanie na decyzje polityczne Kijowa], uznanie Rosji za równoprawnego sojusznika, który samodzielnie prowadzi wojnę przeciwko islamskiemu terroryzmowi na Bliskim Wschodzie. […] Co Rosja może dać w zamian? Na razie nie widać, jakie USA chcą osiągnąć cele, których nie mogą mieć bez udziału Rosji. Może tylko współpracy przy rozwiązywaniu kryzysów, które sama Rosja stwarza”.

A Rosja stwarza kryzysy i problemy. Nie tylko gdzieś w świecie, ale i w samych Stanach. Bo oto już po Hamburgu w USA rozgorzał kolejny skandal. Prasa ujawniła kontakty Donalda Trumpa juniora, Jareda Kushnera i Paula Manaforta z rosyjskimi lobbystami, którzy mieli oferować w trakcie kampanii wyborczej dostęp do haków na Hillary Clinton. Dziś syn prezydenta opublikował korespondencję mailową z Rosjanami. Ale to już temat na kolejny rozdział tej fascynującej historii.

I będą na nich trybunały

5 lipca. Międzynarodowa grupa śledcza JIT (Joint Investigation Team) badająca przyczyny katastrofy samolotu Malaysia Airlines (MH17) nad Donbasem w lipcu 2014 roku poinformowała, że proces podejrzanych o spowodowanie katastrofy odbędzie się w Holandii, sprawę będzie rozpoznawał holenderski sąd. W skład JIT wchodzą przedstawiciele pięciu krajów: Holandii, Australii, Belgii, Malezji i Ukrainy.

Holenderska prasa zastanawia się, czy to dobry wybór w kontekście postawy Moskwy w sprawie nieszczęsnego samolotu. „Rosja może podać w wątpliwość bezstronność holenderskich sędziów, wszak większość ofiar tragedii to Holendrzy. Ponadto jeżeli podejrzani okażą się obywatelami Rosji, zapewne nie stawią się oni przed holenderskim trybunałem”. Skąd ten sceptycyzm? Rosja od początku torpeduje wszystkie międzynarodowe inicjatywy stawiające sobie za cel wyjaśnienie sprawy i postawienie winnych przed obliczem sprawiedliwości. Mataczy, przeciąga, daje fałszywe świadectwo, rzuca zastępy trolli, by zdyskredytować tych, którzy skrupulatnie badają tragedię. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ zablokowała wniosek o stworzenie międzynarodowego trybunału, który zbadałby sprawstwo tragedii i osądził winnych. Choć, jak pisał w 2015 roku Borys Sokołow w Grani.ru, „Rosja konsekwentnie podkreśla, że nie ma nic wspólnego z katastrofą boeinga. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, to zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego na Kremlu tak się wszyscy denerwują. Przecież samolot nie należał do Rosji, nie był w Rosji wyprodukowany ani skonstruowany, jej obywateli nie było na pokładzie, samolotu nie zestrzelono nad rosyjskim terytorium. Wydawałoby się, cóż, niech innych o to głowa boli. Tymczasem najważniejsze osoby w Rosji angażują się i wyrażają zaniepokojenie, dlaczegóż to rosyjskich ekspertów nie dopuszcza się do materiałów śledztwa i z Rosją nie konsultuje się wstępnie kwestii trybunału międzynarodowego”. Teraz też zapewne będzie grzmieć, huczeć, zaprzeczać, podważać, wrzucać „dezę” itd. Holenderscy komentatorzy tego się właśnie obawiają – Rosja pójdzie w zaparte i będzie robić wszystko, by jej udział w katastrofie nie został poddany osądowi.

Śledztwo tymczasem nadal się toczy (przedłużono je do 2018 roku), a zachodnia prasa od czasu do czasu podaje do wiadomości nowe ustalenia. Nad sprawą pracuje oprócz JIT również grupa Bellingcat, która już kilka miesięcy temu opublikowała raporty o stanie badań nad przebiegiem katastrofy. A w nich nazwisko dowódcy zestawu Buk, z którego zestrzelono malezyjski samolot. To rosyjski oficer Siergiej Dubinski, pseudonim Chmuryj, przez pewien czas określający się jako szef wywiadu samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Prokurator generalny Holandii Fred Westerbeke oświadczył, że do tragedii samolotu przyczyniło się około stu osób (ich nazwiska zostały ustalone), jednocześnie podkreślił, że śledztwo „nie wysuwa żadnych wniosków odnośnie winy konkretnych osób lub Rosji jako państwa”.

Na tle doniesień o sądzeniu sprawców tragedii zwraca uwagę informacja o zatrzymaniu w Rosji pułkownika Wasilija Gieranina. Jak wielu tych, którzy rozkręcili krwawą rosyjską wiosnę w Donbasie, Gieranin to wysoki oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego. Został w ramach „urlopu” lub „delegacji” wysłany na wschodnią Ukrainę, aby wesprzeć separatystów swoją wiedzą wojskową i doświadczeniem w boju. No i wsparł. Jak twierdzi strona ukraińska, Gieranin był tym oficerem, któremu separatyści złożyli meldunek o zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego. Wzmianka o zatrzymaniu Gieranina ukazała się na stronie internetowej mk.ru (strona popularnego dziennika „Moskowskij Komsomolec”) w połowie maja tego roku, ale została stamtąd usunięta. Sprawę zaczęli jednak wałkować ukraińscy poszukiwacze informacyjnych skarbów, jak np. InformNapalm. Gieranin miał być zatrzymany pod zarzutem przewożenia w samochodzie granatnika. Zdaniem ukraińskich komentatorów, akcja wygląda na szytą grubymi nićmi prowokację Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji. Obecnie zatrzymany przebywa w areszcie śledczym.

Dociekliwi wolontariusze z InformNapalm przypomnieli, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy w lipcu 2014 roku, kilka dni po tragedii MH17, opublikowała przechwycone rozmowy separatystów, wśród nich domniemaną rozmowę niejakiego Biesa (Igor Bezler) z rosyjskim pułkownikiem, prawdopodobnie Gieraninem. Z rozmowy wynika, że samolot zestrzelili separatyści (lub ci, z nimi walczyli ramię przy ramieniu). Rosja uznała udostępnione przez SBU nagrania za fałszywkę czystej wody.

Ukraińscy komentatorzy, zajmujący się sprawą Gieranina sugerują, że „FSB realizuje plan polegający na neutralizacji niewygodnych świadków”. A Gieranin jest w tej sprawie świadkiem kluczowym.

Rada nierada

30 czerwca. Rosja zawiesiła wpłatę tegorocznej składki do budżetu Rady Europy – poinformował minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. To odpowiedź Moskwy na antyrosyjskie sankcje ze strony Europy. W 2014 roku Rosja została pozbawiona prawa głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy po aneksji Krymu i za wspieranie separatystów wojujących na wschodzie Ukrainy. Rosja na znak protestu zawiesiła swój udział w sesjach ZPRE. Wysokość rocznej składki Rosji wynosi niemało: 30 mln euro. Ławrow zapowiedział, że powrót do płatności będzie możliwy dopiero, gdy rosyjska delegacja zostanie przywrócona w pełni swych praw do udziału w pracach Rady Europy.

„Karanie groszem” to kolejny zabieg Moskwy wobec Rady Europy. Tymczasem na zdjęcie europejskich sankcji wobec Rosji się nie zanosi. Na dodatek ciąg dalszy ma skandal wokół osoby przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, hiszpańskiego polityka Pedro Agramunta. Kilka dni temu podjęto próbę odwołania go z piastowanej funkcji – zarzuca się mu brak obiektywizmu i obsługiwanie interesów Rosji.

Przypadek Agramunta jest bardzo ciekawy i pouczający. W dniach 20-21 marca przewodniczący ZPRE wybrał się do Syrii. Nie była to jednak sztampowa podróż europejskiego parlamentarzysty. Wizytę organizowała mianowicie Duma Państwowa, w jej skład weszli przedstawiciele dumskiej wierchuszki (m.in. wiceprzewodniczący Władimir Wasiljew i Adam Delimchanow, bliski współpracownik Ramzana Kadyrowa czy Leonid Słucki, szef komitetu ds. międzynarodowych, który nazywa Radę Europy gniazdem rusofobów), a także parlamentarzyści z Włoch, Serbii, Czech i Belgii. Wspólna podróż miała wesprzeć starania Rosji o przywrócenie w pełnych prawach członka Rady Europy. Rosyjscy organizatorzy z przyjemnością pochwalili się w mediach, że powieźli przewodniczącego ZPRE swoim samolotem, pokazali bazę w Chmejmim, spotkali go z Asadem i generalnie wycałowali się z dubeltówki w nadziei na przełom.

Pod koniec kwietnia podczas posiedzenia ZPRE Agramunta poddano ostrej krytyce za tę wizytę. „To była pomyłka” – przyznał oszołomiony przewodniczący. Jednak na wezwania do ustąpienia ze stanowiska zareagował odmową.

Najgłośniej dymisji Hiszpana domagała się delegacja ukraińska. I właśnie na Ukrainie od kilku dni temat Agramunta plasuje się w czołówce medialnych komentarzy: „Agramunt w ostatnich miesiącach z porządnego hiszpańskiego polityka przedzierzgnął się w latającego Holendra. Niepodobna spotkać go na posiedzeniach ZPRE, niepodobna wydobyć od niego odpowiedź na pytanie, co ma zamiar dalej ze sobą robić. Złożył obietnicę podania się do dymisji, a potem się rozmyślił. W rezultacie posłowie ZPRE muszą zmieniać regulamin, by wprowadzić procedurę odwołania przewodniczącego, zbierać podpisy pod wnioskiem o wotum nieufności – napisał ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. […] – Rosja gra na skompromitowanie przewodniczącego ZPRE. Taki właśnie cel miała podróż Agramunta w przeddzień ataku chemicznego na Idlib. Powiezienie Agramunta wojskowym samolotem do Damaszku było przemyślane. Sam Agramunt mógł nie dostrzegać celu tej wizyty, ale Moskwa doskonale wiedziała, co robi. Jednym z głównych elementów wojny hybrydowej toczonej przez Rosję jest dyskredytacja Zachodu i zachodnich instytucji politycznych, istniejących po to, aby wspierać demokrację. Nie wierzcie w wybory, bo mogą w nie ingerować hakerzy. Nie wierzcie politykom, bo mogą zatrudnić się w Gazpromie. Nie wierzcie organizacjom międzynarodowym, skoro ich przewodniczący latają na pokładzie rosyjskich myśliwców do pracy. […] Można się tylko domyślać, z jaką satysfakcją w Moskwie przyglądano się syryjskiej wyprawie Agramunta. Ha, ZPRE wprowadził sankcje wobec Rosji, pozbawił rosyjską delegację prawa głosu, a oto sam przewodniczący korzysta z gościnności generała Wasiljewa, zwycięskiego pogromcy Nord Ostu. Pięknie! Ale plan się nie powiódł, bo skompromitowano nie Zgromadzenie Parlamentarne, a samego Agramunta”, którego teraz ZPRE chce odwołać.

Klimat w stosunkach Rosja-Europa nadal się nie poprawia. Europejskie sankcje wobec Moskwy przedłużono, na co Putin odpowiedział z klei prolongacją rosyjskich antysankcji (embargo na żywność) do końca grudnia 2018 roku. Trudno to uznać za środki budowania wzajemnego zaufania.

Mała stabilizacja blondynki

29 czerwca. Są takie niepozorne wiadomości, które nie przykuwają uwagi szerokiej publiczności, niedostrzeżone przez medialne tuzy przemykają jednym zdaniem gdzieś na zapleczu serwisów informacyjnych. Ale to właśnie one – aktorki trzeciego i czwartego planu czasami więcej mówią o sytuacji niż głośne wstępniaki najważniejszych gazet czy wiekopomne przemówienia mężów stanu. Do tego gatunku zaliczyłabym skąpy komunikat o tym, że niejaka Jewgienija Wasiljewa została sekretarzem Wspólnoty mieszkaniowej domu w zaułku Mlecznym w Moskwie. Przewodniczącym Wspólnoty jest Anatolij Sierdiukow.

Dawno te dwa nazwiska nie pojawiały się w przestrzeni medialnej. Przebrzmiały skandal nie budził już emocji. Kilka lat temu szmatławy romans ministra obrony z zażywną blondynką, dysponującą w fantastyczny sposób mieniem wojskowym, stanowił temat licznych publikacji prasowych i programów telewizyjnych. Przypomnę pokrótce to, co się wtedy działo (opisałam to wtedy na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/25/dama-z-pilniczkiem/). W agencji mienia wojskowego, którym rządzi Jewgienija Wasiljewa i jej frenetyczne koleżanki, dochodzi do serii transakcji. Śledczy pochylają się po pewnym czasie nad nimi i dochodzą do wniosku, że to czystej wody przekręty. Milionowe. Po nitce do kłębka trafiają do trzynastopokojowego mieszkania w luksusowym apartamentowcu w centrum Moskwy w zaułku Mlecznym, gdzie mieszka zdolna menedżerka Wasiljewa. Drzwi ekipie dochodzeniowej otwiera niezameldowany w tym mieszkanku mężczyzna. Zdziwieni śledczy rozpoznają w nim ministra obrony Anatolija Sierdiukowa. Pikanterii dodaje fakt, że Sierdiukow jest mężem córki ekspremiera Wiktora Zubkowa, osoby wielce wpływowej, zbliżonej do Putina itd. To za sprawą teścia, jak można mniemać, młody cywil zrobił zawrotną karierę w wojskowym resorcie. Media spekulują, że Sierdiukow ma słabość do ładnych blondynek – zatrudnia bowiem kilka atrakcyjnych młodych kobiet w ministerstwie i powierza im mienie wojskowe. No i tak: sprawa się rozkręca, nie daje się wyciszyć ani skandalu obyczajowego, ani malwersacji na dużą skalę. Wasiljewa zostaje aresztowana, czas do rozprawy spędza w rzeczonym mieszkanku w areszcie domowym, bardzo cierpi z tego powodu, a żale wylewa na płótna, przekuwa w grafomańską poezję, a nawet w śmiałe pieśni o wymiarze matrymonialnym. Sąd uznaje ją winną i skazuje na pięć lat. Według niepotwierdzonych medialnych doniesień, obrotna menedżerka nie siedziała osobiście w kolonii karnej, a wysłała tam wynajętą osóbkę. Po czterech miesiącach domniemanej odsiadki Wasiljewa złożyła wniosek o przedterminowe zwolnienie, sąd do wniosku się przychylił. Jakże humanitarne są rosyjskie sądy.

Towarzyszące Wasiljewej rozbuchane zainteresowanie mediów znacznie od czasu tej bajecznej historii osłabło. I oto teraz gdzieś z tyłu sklepu pojawiła się wieść o tym, jak ładnie ułożyła sobie życie Jewgienija. Sprzeniewierzyła milionowy majątek, została skazana prawomocnym wyrokiem. I co? I nic. Jak widać, ani kropelka wody nie wlała się jej do ucha. Nie tylko zachowała swoje rozkoszne mieszkanko, którego nie musiała zwracać w ramach rekompensaty za nadużycia, ale jeszcze może zarządzać całą wspaniałą nieruchomością w znakomitym punkcie stolicy. I to mając za partnera Anatolija Sierdiukowa. Ten wprawdzie nie jest już od pewnego czasu ministrem obrony, ale też nie stracił rezonu. Nie był pociągnięty do odpowiedzialności za „przykrywanie” przewał Jewgienii, w jej sprawie był jedynie świadkiem. Wygląda na to, że i afekt nie opuścił słodkiej parki. Dobrze się żyje ludziom w państwie Putina. W każdym razie niektórym.

Syndrom spokojnych nóg

16 czerwca. W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

– Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

„Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.