Archiwum autora: annalabuszewska

Nawalny: nie powieszę się na prześcieradle

24 stycznia. Demonstracje pod hasłem „Uwolnić Nawalnego” odbyły się wczoraj w 112 miastach Rosji. Policja zatrzymała ponad 3500 uczestników akcji. To rekordowe wartości w historii Putinowskiej Rosji.


Protest po raz pierwszy miał charakter ogólnokrajowy. Wcześniejsze wielkie demonstracje – 2011/2012, przeciwko powrotowi Putina na Kreml – gromadziły tłumy w Moskwie i Petersburgu, tym razem ruszyły się również ośrodki miejskie od Dalekiego Wschodu po Kaliningrad. Przeciwko protestującym władze zmobilizowały i dobrze wyposażyły w sprzęt obijający liczne formacje policji. „Kosmonauci” brutalnie interweniowali, wyciągali ludzi z grupy, kopali, tłukli pałami, opierających się wynosili za ręce o nogi do suk.


Największa demonstracja była w Moskwie. Oceny liczebności różnią się w zależności od tego, kto liczy: od 15 do 50 tysięcy. Według oceny socjolożki Aleksandry Archipowej, 42% uczestników brało udział w akcji ulicznej po raz pierwszy w życiu.


Ludzie zbierali się na placu Puszkina w centrum miasta. Władza miasta próbowały zniechęcić mieszkańców do udziału w akcji na różne sposoby. Zamknięto stację metra Puszkinskaja w bezpośrednim pobliżu miejsca zbiórki. W przeddzień zaczęto prace przy wymianie płytek chodnikowych (stało się to powodem żartów – prowadzona od dawna wymiana płytek w centrum miasta jest firmowana przez mera Sobianina, przeprowadza ją przedsiębiorstwo związane z jego żoną, roboty pochłaniają mnóstwo pieniędzy z budżetu miasta, a efekt jest mizerny, płytki trzeba ciągle wymieniać). Pod restauracją McDonald’s znajdującą się przy placu Puszkina ustawiły się zastępy tzw. drużynników. To jak widać ciągle przydatny władzom przeżytek czasów sowieckich, coś w rodzaju ORMO, zaangażowani przez milicję/policję cywile, mający pilnować porządku na ulicach. W mediach społecznościowych (które władze próbowały blokować) pojawiły się ostrzeżenia przed tym wcieleniem tituszek, aby uczestnicy nie dali się im sprowokować do bitki i omijali ich szerokim łukiem. Policja spychała zgromadzonych z ulicy na bulwary, tam doszło do pałowania na dużą skalę, brutalnych ataków na maszerujących. Ucierpieli też dziennikarze i zwykli przechodnie. Odbyła się tam bitwa na śnieżki – demonstranci obrzucali „kosmonautów” śniegiem. To była bardzo widowiskowa część demonstracji. Gdy już zapadł zmierzch, część protestujących przemieściła się pod areszt śledczy „Matrosskaja Tiszyna”, gdzie został osadzony Nawalny. Policja wściekle atakowała tych śmiałków, doszło do kolejnych zatrzymań. Łącznie w Moskwie zatrzymano ok. półtora tysiąca ludzi, w tym żonę Aleksieja Nawalnego, Julię (została po trzech godzinach wypuszczona).


A skoro już jesteśmy pod aresztem, to zacytuję słowa Nawalnego z jego Instagramu (https://www.instagram.com/p/CKWYho7onM9/?utm_source=ig_embed): „Na wszelki wypadek oświadczam: nie mam zamiaru powiesić się na kracie, podcinać sobie żył ani gardła zaostrzoną łyżeczką. Uważnie chodzę po schodach”. To ważny komunikat. Politolog Gleb Pawłowski ocenił, że liczne protesty przeciwko uwięzieniu Nawalnego powstrzymają władze od kolejnych prób zgładzenia opozycjonisty.


Ale wróćmy na ulice rosyjskich miast. Druga co do liczebności demonstracja odbyła się w Petersburgu – marsz ruszył główną arterią miasta, Newskim Prospektem (zdjęcia dostępne na stronie „Fontanki”: https://www.fontanka.ru/2021/01/23/69720626/). Zatrzymano sześćset pięćdziesiąt osób. W szpitalu na OIOM znalazła się 54-letnia kobieta, którą policjant kopnął bez dania racji z rozpędu w brzuch.


Na szczególną uwagę zasługują gromadzące od kilkuset do kilku tysięcy osób protesty w innych miastach. Kilkaset osób protestowało w Jakucku mimo pięćdziesięciostopniowych (!) mrozów. Zgromadzenia odbyły się we Władywostoku, Chabarowsku (tam ludzie wprawieni w protestach, od lipca w każdą sobotę odbywają się marsze w obronie odwołanego gubernatora Siergieja Furgała), Czicie (policja tam nie rozpędzała protestów, czym zasłużyła na oklaski zgromadzonych), Irkucku, Nowosybirsku, Omsku, Tomsku, Niżnym Nowogrodzie, Rostowie nad Donem i wielu innych.


Władze poza wysłaniem „kosmonautów” na ulice wytoczyły też przeciw Nawalnemu armaty medialnych kłamstw. Jak wylicza Stanisław Kuczer (RTVI), w prokremlowskich mediach promowano mity. Mit numer 1: Nawalny wzywał na protesty dzieci. „Ażeby zobaczyć, że to nieprawda, wystarczy popatrzeć na profile Nawalnego w mediach społecznościowych, nie ma tam ani słowa o wezwaniu nieletnich na wiece”. Mit ten swoim wątpliwym autorytetem wzmacniała popadia Kuzniecowa, rzeczniczka praw dziecka, powtarzając wyssane z palca twierdzenia o rzekomym „żywym murze z dzieci”, które miały ochraniać swymi ciałami protestujących w sprawie Nawalnego dorosłych we Władywostoku. Kolejny mit: To nie jest protest pokojowy, demonstranci są agresywni wobec przeciwników Nawalnego, atakują też policjantów, to żulia. O agresji „kosmonautów” ani słowa. Rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że w akcjach – które były nielegalne – wzięło udział niewiele osób, na poprawki do konstytucji [dające Putinowi prawo wyzerowania dotychczasowych kadencji i prawo startu w kolejnych wyborach] głos oddało znacznie więcej Rosjan i w ogóle więcej osób głosuje na Putina niż popiera Nawalnego (https://www.vesti.ru/article/2514425). Z dziennika telewizyjnego można się było jeszcze dowiedzieć, że w organizowaniu akcji protestu brały udział wywiady obcych państw, akcje doprowadzą do zwiększenia liczby zakażeń koronawirusem i że policja była łagodna jak baranek, reaguje tylko na akty chuligaństwa (https://www.vesti.ru/article/2514448). Ciekawa jestem, jaką dziś bajkę będzie opowiadał Rosjanom Dmitrij Kisielow, naczelny kapłan kremlowskiej propagandy, w sztandarowym programie „Wiesti Niedieli”.


Jakie będą polityczne reperkusje wczorajszych demonstracji? Czy władze ugną się pod naciskiem i wypuszczą Nawalnego na wolność? Na oba te pytania odpowiedziałabym: szanse na to są niewielkie. Ale to, co się dzieje w związku z powrotem „niedotrutego” Nawalnego do Rosji, ma i będzie miało znaczenie dla kondycji Putinowskiego reżimu. Wyrażony w postaci wczorajszych protestów zakres poparcia dla Nawalnego nie jest dla władz krytyczny. Ale jest przestrogą. To się może zmienić, może się w przyszłości przechylić. Poza tym Nawalny nadal będzie drążył, pokazywał korupcję i zgniliznę ludzi reżimu, a tym samym drapał teflonowy wizerunek „wiecznego” Putina. Pokazanie pałacu w Gelendżyku (film w ciągu pięciu dni odnotował 79 milionów odsłon na Youtube – https://www.youtube.com/watch?v=ipAnwilMncI) pokazało Putina w bardzo niekorzystnym świetle pod wieloma względami. Korupcja, samowładztwo, otaczanie się podejrzanymi osobistościami, bezguście i tak dalej. Wczoraj wielu ludzi na demonstracjach miało w rękach szczotki do czyszczenia sedesu – to symboliczny komentarz do pokazanego na filmie „eksponatu” z pałacowej łazienki, pozłacana szczotka za kilkadziesiąt tysięcy rubli. Piękne berło Putina.


Intensywny ciąg dalszy na pewno zaraz nastąpi.

Nawalny: Matrosskaja Tiszyna i pałac nad Morzem Czarnym

20 stycznia. Wydarzenia galopują. Nazajutrz po wylądowaniu w Moskwie Aleksiej Nawalny stanął przed obliczem rosyjskiej Temidy, która ma coraz szczelniej zasłonięte oczy. Następny dzień przyniósł publikację przez Fundację Walki z Korupcją filmu o pałacu Putina nad Morzem Czarnym i ciemnych schematach kleptokracji. Na 23 stycznia zwolennicy opozycjonisty skrzykują się na protesty uliczne. W Dumie Państwowej padły słowa o tym, że Nawalny jest „przywiezionym z Niemiec agentem, który ma zakłócić demokratyczny proces wyborczy w Rosji”. A teraz wszystko po kolei bardziej szczegółowo.


Temida tym razem przyskrzyniła Nawalnego w zaimprowizowanej salce na posterunku policji w podmoskiewskich Chimkach. Nie wpuszczono niezależnych mediów. Sędzia rozpoznająca sprawę miała zdecydować, czy aresztować Nawalnego do czasu rozprawy, podczas której sąd zdecyduje o ewentualnym odwieszeniu wyroku orzeczonego w zawieszeniu w 2014 r. (tzw. sprawa Yves Rocher – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/30/kreml-bierze-zakladnikow/). Nawalny swego czasu zaskarżył ten wyrok przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i wygrał – wyrok uznano za podyktowany względami politycznymi i bezpodstawny. Jak przypominają dziś współpracownicy Nawalnego, Rosja nawet wypłaciła mu rekompensatę, przyznaną przez europejski sąd. Władze Rosji najwyraźniej jednak uznały, że nawet ten nieświeży kotlet warto przygrzać na początek, aby mieć jakikolwiek powód odsunięcia opozycjonisty od działalności. Osadzenie w areszcie jest środkiem skutecznym, ale nie do końca, o czym za chwilę.


Zwrócił uwagę wystrój posterunku, na którym odbywało się to dziwne posiedzenie sądu: na ścianie wisiał m.in. portret Gienricha Jagody, szefa NKWD w czasach Wielkiego Terroru. Najwidoczniej uwielbienie dla historii kolejnych zbrodniczych wcieleń Czeki ciągle jest żywe „w organach”.


Sędzia orzekła 30-dniowy areszt wobec Nawalnego. Poczeka on na rozprawę w słynnym moskiewskim areszcie śledczym Matrosskaja Tiszyna. To ten areszt, w którym przebywał Siergiej Magnitski. Zła sława. Nawalny napisał w przekazanym przez prawnika komunikacie, że został umieszczony w pojedynczej celi, jako że po powrocie z zagranicy powinien przejść kwarantannę; traktowany jest dobrze, niczego mu nie brakuje.


Wczoraj okazało się, że Nawalny nie przyjechał do Rosji z pustymi rękami. Jego Fundacja Walki z Korupcją opublikowała na kanale Youtube dwugodzinny film dotyczący w głównej mierze historii budowy wielkiej rezydencji dla Putina nad Morzem Czarnym. Do tej chwili, a nie minęły jeszcze 24 godziny od publikacji, film odnotował 20 mln odsłon (https://www.youtube.com/watch?v=ipAnwilMncI).


Temat nie jest nowy. O gigantycznym gargamelu pod Gelendżykiem, zbudowanym dla Putina za „otkaty” od różnych bogatych, powiązanych ze sobą schematami finansowymi osób z zaufanego kręgu prezydenta było głośno już kilka lat temu. Obiekt powstawał w latach 2005-2010. O jego istnieniu powiedział głośno jeden z przedsiębiorców, realizujących ten chory pomysł, Siergiej Kolesnikow (występuje również w najnowszym filmie). Nawalny i jego ekipa zebrali teraz materiały, dokładniej prześwietlili powiązania, podali konkretne liczby (gigantyczna kasa) i pokazali wnętrza. Ponadto rezydencja, koszty budowy której dziesięć lat temu szacowano na miliard dolarów, zaczęła generować problemy i nowe wydatki idące w kolejne miliardy. Okazało się między innymi, że w pierwszym etapie dopuszczono się jakichś uchybień przy pracach wykończeniowych (wykonawca być może tradycyjnym obyczajem skręcił część kasy) w pałacu zalęgła się pleśń. Trzeba więc było wyremontować szykowne komnaty.


Przesłanie filmu jest jasne: Rosją rządzi kasta złodziei, a największym z nich jest Władimir Władimirowicz Putin. Jest pazerny, rekompensuje sobie po wysokich kosztach stare kompleksy człowieka wychowanego w ciasnocie, w leningradzkiej komunałce w starym domu bez wygód. Działa jak gangster. Nawalny twierdzi, że Putin lubi wystawne wielkopowierzchniowe pałace. Wyposażenie dla pałacu w Gelendżyku zamawiano we włoskich firmach meblarskich, produkujących krótkie serie ekskluzywnych komód, serwantek czy kanap. Niegustowne, wręcz kiczowate, ale nowobogackie. W pałacu jest sala, w której można się pohazardować, basen, fitness, czytelnia, a nawet 18-metrowy „brudownik” (комната для грязи). A nad bramą wjazdową pyszni się dwugłowy orzeł – wypisz wymaluj jak w Pałacu Zimowym w Petersburgu.


Rezydencja obrosła w ostatnich latach obiektami „towarzyszącymi”, jak podziemne lodowisko do gry w hokeja, winnice, herbaciarnie itd. Do pałacu nie można się dostać ani od strony morza, ani od strony lądu – wszystko jest pilnie strzeżone i odgrodzone od świata. Jeśli Putin tu przyjeżdża, to śmigłowcem (tak, tak, jest i lądowisko).


Pałac jak pałac, niektórym może się nawet spodoba, jak ktoś lubi zimne wypolerowane wnętrza. Ważniejsze wydaje się pokazanie w filmie kręgu osób, obsługujących apetyty prezydenta oraz metod pozyskiwania i używania pieniędzy w iście gangsterskim stylu.


Władze po okresie ignorowania Nawalnego przystąpiły wczoraj do „moczenia” go i przyprawiania mu gęby zagranicznego agenta, przysłanego, aby pokrzyżować plany krystalicznej rosyjskiej demokracji. Władza działa podług własnej logiki. Podczas inauguracyjnego posiedzenia sesji wiosennej Dumy Państwowej do ataku na opozycjonistę ruszyły doborowe pułki wiecznych deputowanych. Emocjonalną tyradą ton zadał przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin, który nazwał Nawalnego „człowiekiem przysłanym nam z Niemiec”. „Mamy do czynienia z zaplanowaną i skoordynowaną akcją, a Unia Europejska powinna zacząć od siebie [zamiast popierać Nawalnego i krytykować władze Rosji] – najpierw przestańcie strzelać do ludzi gumowymi pociskami, truć gazem i zimą polewać wodą.[…] A nasi obywatele dokonają wyboru sami, bez waszej ingerencji”. Zebrał oklaski. Co to znaczy? Jak pisze w komentarzu na Rosbalt.ru Jelena Ziemskowa, „przewodniczący stwierdził, że Zachód nie jest dla Rosji autorytetem, który może pouczać Rosję, jak wygląda demokracja, a Nawalny jest pionkiem w wielkiej grze przeciwko Moskwie. Później Wołodin faktycznie oskarżył Nawalnego o zdradę, czym pośrednio potwierdził słuchy o tym, że Nawalnemu zostaną postawione zarzuty zdrady państwa (art. 275 kk). Wołodin wygarnął, że Nawalny jest narzędziem Departamentu Stanu USA, że stoją za nim obce mocarstwa. Ale jeśli człowiek sprzedał swój kraj i jest finansowany przez inne państwa, to nie ma czego szukać w rosyjskich organach władzy” (https://www.rosbalt.ru/blogs/2021/01/19/1882889.html).

W podobnym duchu i równie ogniście poczynali sobie inni ważni deputowani. „Zdrajca! Marionetka w obcych rękach” (Siergiej Mironow), „przyjechał goniec z Berlina, Gapon numer dwa będzie nam tu robił Majdan” (Giennadij Ziuganow), „kto go [Nawalnego] wspiera? Jacyś chorzy, narkomani, prostytutki. To człowiek dla nas obcy, podły” (Władimir Żyrinowski).


Nawalny pozostaje w centrum zainteresowania mediów społecznościowych, nadal natomiast nie istnieje – lub istnieje na marginesie i wyłącznie w negatywnym świetle – w telewizji. Polityk walczy teraz o zainteresowanie i uwagę rodaków, chce ich przekonać do konieczności rozliczenia Putina i spółki. „Wróciłem, bo nie jestem dłużej w stanie siedzieć cicho i godzić się na kłamstwa i korupcję przyjaciół Putina. Korupcja, kłamstwa i bezprawie skracają życie każdemu z nas” – napisał w liście z „Matrosskiej Tiszyny” (https://echo.msk.ru/blog/corruption/2776510-echo/). Czy znajdzie zrozumienie wśród rodaków? Zobaczymy. Na Twitterze – poza wieloma wyrazami poparcia dla Nawalnego – znalazłam i taki głos: „Mama obejrzała film o pałacu. Wzruszyła ramionami: on jest prezydentem, jemu wolno. Próbowałam wyjaśniać, że on nie jest carem, że Rosja nie jest jego własnością, że jest zwyczajnym urzędnikiem na czele państwa. Jak grochem o ścianę, mama nie rozumie”.


Fundacja Walki z Korupcją wzywa swoich zwolenników na wiece 23 stycznia. „Przeciw złodziejom i zabójcom, Przeciw korupcji i niesprawiedliwości. Za własną przyszłość. Za wolność każdego z nas”. (https://navalny.com/p/6454/).


I na koniec krótka migawka z życia prezydenta. Wczoraj było święto Chrztu Pańskiego, gdy prawosławni zanurzają się w lodowatych przeręblach. Zanurzył się również Władimir Putin. Można to obejrzeć np. tu: https://twitter.com/Kremlinpool_RIA/status/1351494268217602048. Komentatorzy zwrócili uwagę, że Putin wystąpił w błękitnych kąpielówkach. „Czyżby to te słynne nasączone nowiczokiem slipki Nawalnego, które dwukrotnie prali funkcjonariusze FSB? Putin chciał pokazać trofeum?”. Ciekawe czasy.

Nawalny: zatrzymany

17 stycznia. Jak zapowiedział, tak zrobił: Aleksiej Nawalny wsiadł dziś w Berlinie na pokład samolotu linii lotniczych Pobieda i wyruszył do Rosji.


Samolot leciał, a na lotnisku Wnukowo w Moskwie zbierali się zwolennicy Nawalnego, aby go powitać. Kierownictwo lotniska zapowiedziało, że wpuszczać będzie na teren tylko osoby posiadające ważne bilety lotnicze. Lotnisko było otoczone przez wzmocnione oddziały policji i OMON, na uliczkach wokół stały policyjne samochody różnego kalibru z włączonymi światłami na dachach. Wyglądało to tak, jak gdyby na Wnukowie miał wylądować latający spodek z Marsjanami, a rosyjskie władze chciały im dać do zrozumienia, że też mają swoje migające pojazdy i niczego się nie boją. O strachu będzie się dziś wieczorem mówiło jeszcze wiele.


Mimo ograniczeń w hali przylotów zebrało się kilkaset osób, wśród nich bliscy współpracownicy opozycjonisty i jego brat Oleg. Policja w pewnym momencie podeszła do nich i wyprowadziła pod ręce poza lotnisko, wsadziła do suki. Następnie do hali wbiegły oddziały OMON-u i z krzykiem wypchnęły ludzi poza budynek. Z tłumu wyciągano za ręce i nogi poszczególne osoby, wleczono po śniegu. Łącznie zatrzymano 53 osoby.


Tymczasem osoby śledzące trasę przelotu samolotu wiozącego na pokładzie Nawalnego zauważyły, że maszyna zamiast na Wnukowo leci gdzieś na południe, po czym zawraca i leci na północ. Lotnisko Wnukowo ni z tego ni z owego ogłosiło, że się zamyka, że sprzęt do odśnieżania im się popsuł i w związku z tym wstrzymuje przyjmowanie samolotów. Chwila konsternacji: dokąd poleci samolot Pobiedy? Okazało się, że leci na Szeriemietjewo. Czekający na Nawalnego ludzie chcieli możliwie szybko dostać się samochodami z Wnukowa na Szeriemietjewo, ale to okazało się niemożliwe: policja sprawnie zablokowała drogi. Lotnisko Wnukowo po kwadransie ogłosiło, że znowu przyjmuje samoloty.


Nawalny wraz z żoną i towarzyszącymi rzeczniczką Kirą Jarmysz i adwokat Olgą Michajłową wylądował więc na Szeriemietjewie. Tam wygłosił krótkie oświadczenie: Jestem szczęśliwy, że wróciłem. To było poza dyskusją, czy wracam czy nie wracam – wracam i już. Nie, nie boję się i was też namawiam do tego, abyście się nie bali. Wszystkie sprawy karne przeciwko mnie zostały sfabrykowane.


A potem była kontrola paszportowa. Kiedy prawniczka Nawalnego przekroczyła już granicę, do Aleksieja podeszli panowie w mundurach i grzecznie poprosili, aby poszedł z nimi. Michajłowa nie mogła już zawrócić, prosiła, aby pozwolono jej podejść do klienta, przedstawić dokumenty, została zignorowana. Federalna Służba Więziennictwa dość szybko wydała komunikat, że Nawalny został zatrzymany do czasu posiedzenia sądu (sąd ma się zebrać w sprawie zamiany wyroku w zawieszeniu na realny 29 stycznia). Przypomnę, że władze chcą odgrzać na siłę wyrok w zawieszeniu orzeczony wobec Nawalnego w sfingowanym procesie Yves Rocher (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/30/kreml-bierze-zakladnikow/). Zarzucają Nawalnemu, że choć taka na nim jako skazanym prawomocnym wyrokiem w zawieszeniu spoczywała powinność, nie stawił się on na wezwanie. Cóż, nie stawił się, owszem, bo Federalna Służba Bezpieczeństwa była łaskawa otruć go nowiczokiem. O konwulsjach władz będzie jeszcze pewnie okazja napisać. Dziś poszedł w świat – rozpropagowany przez wszystkie najważniejsze media – komunikat, że Putin zatrzymał Nawalnego na lotnisku w Moskwie. Amnesty International ogłosiła, że uznaje Nawalnego za więźnia sumienia (https://www.amnesty.org/en/latest/news/2021/01/russia-aleksei-navalny-becomes-prisoner-of-conscience-after-arrest-on-arrival-in-moscow/). HRW wezwała do niezwłocznego wypuszczenia Nawalnego na wolność. Z podobnym apelem wystąpił szef Rady Europejskiej Charles Michel.


Kreml nie wytrzymał nerwowo i urządził zadymę na całego. Nawalny znowu znalazł się w centrum zainteresowania, zasłużył na miano nieustraszonego opozycjonisty, który potrafi wiele zaryzykować, „chłopa, co ma cojones”, wykazał się wyjątkową odwagą i zademonstrował, że nie zamierza się uginać pod naporem Putina. A Putin sięgnął po nieskomplikowane metody siłowe: zatrzymał komitet powitalny na Wnukowie, a na Szeriemietjewie zwinął samego Nawalnego. Rzecznik prasowy Kremla pytany o komentarz w sprawie zatrzymania opozycjonisty odpowiedział, że nie śledzi, co się z tym osobnikiem dzieje: „A co, w Niemczech go zatrzymali?” – spytał z niewinnym wyrazem zaszklonych kłamstwem oczu.


Intensywny ciąg dalszy niebawem nastąpi.

Nawalny: Lecimy do domu!

13 stycznia. Chętnie do dziś oglądany i cytowany film Aleksieja Bałabanowa z 2000 roku „Brat 2” kończy się sceną na pokładzie samolotu lecącego z USA do Moskwy. Główny bohater Daniił i „uratowana” przez niego z odmętów amerykańskiej niesprawiedliwości społecznej i łap ruskiej mafii prostytutka Dasza moszczą się przed wylotem na siedzeniach. Dziewczyna przywołuje stewarda i wypowiada słowa, które weszły do potocznego języka: „Chłopcze, przynieś nam wódeczki, lecimy do domu” (https://www.youtube.com/watch?v=7e2CeGo1Q-c). Ten cytat pasuje do sytuacji, jaką zapowiedział Aleksiej Nawalny na 17 stycznia. Najważniejszy rosyjski opozycjonista ogłosił dziś, że czuje się już dobrze, gotów jest wrócić do działalności w Rosji i w związku z tym na najbliższą niedzielę zakupił bilet na samolot linii lotniczych Pobieda (Zwycięstwo), który zawiezie go do Moskwy. Zaprosił wszystkich chętnych, aby powitali go na lotnisku Wnukowo.


Ogłoszony przez Nawalnego komunikat na Instagramie stał się momentalnie wiadomością dnia w rosyjskich mediach społecznościowych. „Nigdy nie zadawałem sobie pytania, czy wracać czy nie wracać. Po prostu dlatego, że nigdy nie wyjeżdżałem. Znalazłem się w Niemczech przywieziony w pudełku i podłączony do aparatury reanimacyjnej z jednego prostego powodu: próbowano mnie otruć. Ale przeżyłem. I teraz Putin, który wydał polecenie zabicia mnie, złorzeczy w swoim bunkrze i nakazuje swoim sługom zrobić wszystko, abym nie powrócił. Słudzy robią to, co zwykle: fabrykują nowe sprawy karne przeciwko mnie. Ale mnie nie za bardzo interesuje, co oni tam robią. Rosja to mój kraj, Moskwa to moje miasto, tęsknię za nimi” (https://www.instagram.com/tv/CJ-lt0YoT2s/?utm_source=ig_embed).


Kawa na ławę. Sygnały płynące z Kremla (o wznawianiu starych spraw wygenerowanych na zamówienie polityczne, na podstawie których Nawalny trafi do kolonii karnej) opozycjonista zignorował. To charakterystyczne dla tego polityka. System Putinowski ma swoją logikę, swoje porządki, swoją hierarchię. A Nawalny mówi wprost: ja nie będę wpisywał się w ten wasz chory system, nie będę grał waszymi znaczonymi kartami, jestem obywatelem, mam swoje prawa i proszę ich przestrzegać, nie rozumiem waszych patologicznych sygnałów, waszych półsłówek, mówię otwarcie, co myślę. Chcieliście mnie potajemnie otruć? Pokazałem całemu światu, że to wy, pokazałem twarze trucicieli. Nie kupuję waszej ściemy, którą wokół sprawy mojego otrucia rozsnuwacie. Nie będę się chował, przyjeżdżam do mojego kraju i informuję o tym społeczność – i krajową, i międzynarodową.


I choćby oficjalne media to przemilczały (Putin przecież zabrania wypowiadania nazwiska Nawalnego), to wieść rozejdzie się błyskawicznie poprzez alternatywne kanały. Już się rozeszła: 17 stycznia, godzina 19.20, lotnisko Wnukowo.


Wydaje się, że Kreml liczył na to, że Nawalny pozostanie w Niemczech jeszcze długo. Studencie, studenciku, siedź na d*pie, nie ryzykuj – śpiewano w PRL. To trafne streszczenie „dobrych rad” spływających z kremlowskiego wzgórza pod adresem niewygodnego rywala. Nawalny z nich, jak widać, nie skorzystał. Nie przestraszył się też gróźb („gdybyśmy chcieli, to byśmy otruli”). Strach to firmowe uczucie, które Kreml lubi wywoływać w oponentach. A Nawalny pokazuje, że ani pogróżek, ani nawet realnych gróźb się nie boi.


Zdaniem większości komentatorów, Putin nie podjął decyzji, co robić. A teraz piłeczka jest po jego stronie. Nie dopuścić do powrotu opozycjonisty? Formalnie nie ma żadnych powodów. Zmienić w ostatniej chwili miejsce lądowania samolotu, aby pozbawić oponenta słodkiej chwili triumfu w tłumie zgromadzonym na Wnukowie (jeśli taki tłum się zbierze)? Będzie wyglądało, że Kreml się przestraszył powrotu Nawalnego. Zatrzymać go na lotnisku pod kolejnym sfabrykowanym oskarżeniem? To akurat gwarantowany sposób trafienia na pierwsze strony gazet, chyba Kreml wolałby uniknąć takiej reklamy. A zatem – wpuścić go do kraju, a dopiero potem zatrzymać i wysłać do łagru? Może tak. Niektórzy twierdzą, że kolejny wyrok Aleksiej ma zagwarantowany.


Tak czy inaczej – rok w rosyjskiej polityce, takiej zdawałoby się ułożonej, takiej przewidywalnej, takiej statycznej, zapowiada się co najmniej ciekawie.

Włamywacze prywatni i państwowi

8 stycznia. Sąd w Nowym Jorku skazał Rosjanina Andrieja Tiurina na karę 12 lat pozbawienia wolności za oszustwa w sieci i cyberwłamania, które doprowadziły do wycieku danych osobowych 80 milionów klientów potężnego amerykańskiego banku JPMorgan Chase i dziesięciu innych firm. To największa kradzież danych z banku w amerykańskiej historii. Dane były wykorzystywane następnie do malwersacji pieniędzy. Tiurin dokonał włamań w latach 2012-2015. W materiałach śledztwa była również mowa o zakładaniu nielegalnych kasyn internetowych, nielegalnym dostępie do lekarstw i handlu nimi, obsłudze kryptogiełdy Coin.mx i in.


Poza karą więzienia wobec Tiurina orzeczono wysoką grzywnę: 19 milionów dolarów. Po odsiedzeniu wyroku w amerykańskim więzieniu skazany zostanie deportowany do Rosji.
Adwokaci Tiurina przyznawali, że był członkiem ekipy parającej się hakowaniem (w skład grupy wchodziło kilku oszustów z Gruzji, USA i Izraela, również zostali zatrzymani). Był zdolnym wykonawcą planów opracowywanych przez kierujących grupą, ale wniósł też spory wkład własny. Według jednego z adwokatów, Tiurin ukończył uczelnię techniczną w Moskwie, był inżynierem elektrykiem. Tajemnice hakowania rozkminiał samodzielnie, sam też poszukiwał dobrych kontaktów w świecie przestępczości internetowej. Tiurin został zatrzymany w Gruzji we wrześniu 2018 r. i przewieziony do USA. Rosja występowała o jego ekstradycję do kraju, bezskutecznie.


Tiurin to jeden z żołnierzy rozległego frontu walki na cyberpolu. Polem jego działalności były banki i inne instytucje finansowe, celem – wzbogacenie się. Ale zdolni hakerzy z Rosji niejedno mają imię, to nie tylko złodziejaszki jak Tiurin. Niektórzy działają nie tylko z pobudek merkantylnych. Ślady działalności hakerów działających na zlecenie rosyjskich tajnych służb stwierdzono w wielu miejscach na świecie – w Niemczech (atak na serwery Bundestagu), Francji (brudna robota podczas kampanii prezydenckiej), USA (m.in. cała góra różnych ciekawych operacji, związanych z kampanią i prezydenturą Donalda Trumpa).


Od połowy grudnia w amerykańskich mediach pojawiają się informacje o tym, że rosyjscy hakerzy dobrali się do rządowych serwerów USA. FBI alarmowało, że wrażliwe serwery zostały poddane zmasowanym atakom hakerskim na przestrzeni kilku miesięcy (od marca 2020 r.). W opublikowanym w ostatnich dniach wspólnym raporcie FBI, Agencji ds. Cyberbezpieczeństwa, Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i ODNII mowa jest o zorganizowanym charakterze tych ataków i rosyjskim śladzie (https://www.cisa.gov/news/2021/01/05/joint-statement-federal-bureau-investigation-fbi-cybersecurity-and-infrastructure). Atak miał za zadanie zainstalowanie szkodliwych wirusów do oprogramowania. Podejrzewa się też, że celem hakerów było pozyskanie informacji wywiadowczej. „The Washington Post” twierdzi wprost, że za atakiem stoi grupa hakerów Cozy Bear (APT29) afiliowana z rosyjską Służbą Wywiadu Zagranicznego. 19 grudnia sekretarz stanu USA Mike Pompeo wprost oświadczył, że za zmasowanymi atakami na amerykańskie serwery rządowe stoi Rosja.


Moskwa skwitowała sprawę firmowym wzruszeniem ramion. Szykująca się do przejęcia władzy ekipa nowego prezydenta USA Joe Bidena już zapowiada, że Rosja poniesie konsekwencje ataków. Czy to będą kolejne sankcje finansowe czy analogiczne ataki na cele rosyjskie – czas pokaże.

Urodziny niezwykłego poety

30 grudnia 1905 r. urodził się Daniił Charms (wł. Juwaczow), niezwykły poeta, śmiało eksperymentujący z językiem, wyginający język rosyjski na wszystkie strony, wyciskający z języka soki soczyste i jajo holenderskie blues. Należał do grupy OBERIU, w latach 20. „oberiuci” byli pełni radości życia i tworzenia, uprawiali skomplikowane szaleństwo językowe, bawili publiczność na spektaklach teatralnych, na których przedstawiali też swoje wiersze i opowiadania.


W tamtych czasach, gdy według Ojca Narodów walka klasowa stale się zaostrzała, poezja zaangażowana we własne sprawy nie miała zbyt długo szans samodzielnego istnienia. Zakładanie uzdy Charmsowi zaczęło się w 1931 r. – został aresztowany wraz z kilkoma innymi „obieriutami” za działalność w „antysowieckiej grupie pisarzy”, skazany na trzy lata łagru, rok później zamieniono mu resztę wyroku na zsyłkę. Po odbyciu kary „oberiuci” wprawdzie spotykają się czasem na rozmowy o filozofii, ale zaprzestają dotychczasowej działalności literackiej. Gdy wybucha wojna, Charms zostaje aresztowany po raz drugi, na podstawie donosu, w którym anonimowy autor relacjonuje słowa poety: „Związek Radziecki przegrał wojnę pierwszego dnia. Leningrad zostanie oblężony i umrze z głodu, albo zostanie zbombardowany, kamień na kamieniu nie zostanie”. Słowa te zostały uznane za defetyzm, groziło mu za to rozstrzelanie. Aby się wywinąć, Charms zaczął symulować chorobę psychiczną, został skierowany na leczenie. Zmarł w lutym 1942 r. podczas blokady umierającego z głodu Leningradu w szpitalu słynnego więzienia Kriesty.


Jego utwory były publikowane w ZSRR głównie w samizdacie. Pierwszy zbiór wierszy i opowiadań w oficjalnym obiegu ukazał się w 1988 r. na fali pierestrojki. Potem nastąpił też renesans zainteresowania jego teatralną spuścizną. Spektakl „Jelizawieta Bam” wystawiony przez studio Czełowiek przy moskiewskim MChAT był pierwszą próbą zmierzenia się z awangardowym absurdem prześladowanej przez Stalina niezwykłej poezji. Spektakl reżyserował nieżyjący już – wtedy młody, później legendarny reżyser Roman Kozak.

Rozmowa z katem, część druga

23 grudnia. Poprzednią część epopei z otruciem Aleksieja Nawalnego rozpoczęłam od znanego cytatu z Hitchcocka o stopniowaniu napięcia w suspensie. Jeśli pozostać w sferze skojarzeń ze światem filmu, drugi opublikowany przez Nawalnego materiał, w którym wcielił się on w asystenta sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji, przypomniał mi Woody’ego Allena i „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”.


Jak już pisałam w pierwszej części, władze Rosji nie dostrzegły w zamachu na opozycjonistę znamion przestępstwa i nie wszczęły postępowania wyjaśniającego, jak wyglądało otrucie, czym, kto i gdzie mógł go dokonać. Nieustannie lawirowano i odmawiano. Nawalny zaskarżył to uchylanie się władz Rosji od wszczęcia śledztwa do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Rosyjskie władze za to – również ustami prezydenta Putina – domagały się od Niemiec materiału dowodowego z czasu pobytu „berlińskiego pacjenta” w klinice (rzekomo bez tych dowodów nie było podstaw do wszczynania śledztwa; a na podstawie dowodów z okresu pobytu w Rosji nie stwierdzono otrucia, a więc nie ma o czym mówić). Moskwa podawała w wątpliwość ogłoszone rezultaty przeprowadzonych w zachodnich laboratoriach badań krwi, tkanek i przedmiotów należących do Nawalnego, z których wynikało, że do otrucia użyto substancji z grupy nowiczok, zaliczanej do broni chemicznej. Klasyka gatunku. Morderca złapany za rękę mówi: to wy trzymacie mnie za rękę, udowodnijcie, że macie prawo mnie trzymać za rękę, bez tego nie będziemy rozmawiać.


Dziś klinika Charite opublikowała drobiazgowy raport, w którym opisano z detalami przypadek Nawalnego. Tekst zamieszczono w prestiżowym czasopiśmie medycznym „The Lancet”: https://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(20)32644-1/fulltext

Wniosek jest jeden, jasny i niepodważalny: Nawalny został otruty substancją zaliczaną do trucizn bojowych z rodziny nowiczok. Potwierdziła to również Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej. W raporcie detalicznie opisano symptomy i metody leczenia (również te zastosowane przez lekarzy w Omsku – podanie atropiny, intubacja i podłączenie do respiratora, co uratowało pacjentowi życie).


Ale wróćmy do opublikowanego 21 grudnia materiału filmowego, nagranego przez Nawalnego i jego współpracowników jeszcze przed pierwszą publikacją Bellingcat o komandzie trucicieli z FSB (https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title). Jak przypuszcza Hristo Grozew z Bellingcat, jedna z najważniejszych osób w śledztwie dziennikarskim wyjaśniającym okoliczności zamachu na Nawalnego, FSB najprawdopodobniej wiedziała o tym, że Bellingcat zamierza opublikować materiały, informatorzy grupy śledczej przestali odbierać telefon, zapewne zostali zwolnieni. Zdaniem Grozewa, kiedy Nawalny zaczął obdzwaniać domniemanych sprawców otrucia, ci byli już uprzedzeni o zamiarze publikacji na ich temat i nie podjęli rozmowy. Jedynym, którego być może agenci FSB nie zdążyli przestrzec (był chory na covid), okazał się Konstantin Kudriawcew, chemik.


Wielu komentatorów podnosi, że ta rozmowa jest dziwna – człowiek z FSB nie jarzy, z kim rozmawia i daje się wkręcić, mówiąc o rzeczach z kategorii tajne przez poufne. Grozew tłumaczy, że Nawalny zastosował aplikację, skrywającą numer, z którego się dzwoni, więc rozmówca mógł przypuszczać, że ktoś do niego zadzwonił z telefonu służbowego. Obserwatorzy, broniący wersji o prawdziwości rozmowy, podnoszą, że Kudriawcew, choć formalnie w FSB, jest tylko chemikiem, wojskowym, pracującym w Instytucie Kryminalistyki FSB, a nie asem kontrwywiadu, mógł dać się wkręcić. Nawalny wcielający się w Maksima Ustinowa, zbierającego dla Rady Bezpieczeństwa dane o tym, co się wydarzyło w Tomsku i Omsku, zadaje Kudriawcewowi pytania o przebieg akcji FSB. Te pytania, których rosyjscy prokuratorzy i śledczy najwidoczniej wstydzili się lub bali zapytać.


Z rozmowy wynika, że Kudriawcew brał udział w tej części operacji, w której funkcjonariusze mieli za zadanie zatarcie śladów nieudanego otrucia. Potwierdza, że trucicielami byli ludzie ze służb i wyraża przypuszczenie, że Nawalny by nie przeżył, gdyby nie podjęto akcji ratunkowej, a samolot poleciałby do Moskwy bez lądowania awaryjnego w Omsku.

Największą furorę w mediach społecznościowych wywołał ten fragment, w którym Kudriawcew opowiada o usuwaniu śladów nowiczoka z rzeczy osobistych Nawalnego (opozycjonista wielokrotnie zwracał się o zwrot swojego ubrania, które zniknęło w tajemniczych okolicznościach i nie zostało przekazane rodzinie). Okazało się bowiem, że trucizna została przez komando trucicieli naniesiona na odzież. W centrum zainteresowania znalazła się ta część garderoby, o której XIX-wieczne damy mówiły skromnie „niewymowne”, czyli slipy. Granatowe slipy zostały pokryte nowiczokiem, szczególnie w partiach przylegających do pachwin. Zadaniem chemika Kudriawcewa było oczyszczenie rzeczonych slipów z resztek trucizny. Musiał się tym zajmować aż dwa razy, za pierwszym razem widocznie przepierka nie była dość dokładna.
Czy muszę dodawać, że granatowe slipy stały się bohaterem dnia w rosyjskich mediach społecznościowych – natychmiast na Twitterze i w innych mediach pojawiły się dziesiątki zabawnych memów. Wśród nich reklama pralni w FSB (https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341045677913235456) czy Putin ze wskaźnikiem pod tablicą przedstawiającą męskie gatki pod szyldem „Federalna Pralnia Bielizny” (po rosyjsku Федеральная Стирка Белья, w skrócie ФСБ, FSB –https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341047427936169985/photo/1) czy nowy emblemat FSB: https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1341085256707952648/photo/1

Sama Federalna Służba Bezpieczeństwa miała do powiedzenia tylko tyle, że rozmowa Nawalnego z Kudriawcewem jest prowokacją i falsyfikatem. Sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow najpierw – za szefem – przyznał, że Nawalny jest obserwowany przez służby. A dzień później uznał, że to człowiek cierpiący na manię prześladowczą. Jedno drugiemu przeczy? Nie szkodzi. Że służby specjalne, tak piastowane przez Putina, wywyższane i rzekomo najlepsze na świecie, zaliczają wtopę za wtopą? Też nie szkodzi. Putin schowa i tę z „niedotruciem” Nawalnego za tarczę i jak mówią Rosjanie в обиду не даст (nie pozwoli skrzywdzić). A ciąg dalszy frapującego meczu Putin-Nawalny niebawem zapewne nastąpi.

Rozmowa z katem, część pierwsza

21 grudnia. Recepta wielkiego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” okazuje się nadal aktualna, gdy w grę wchodzi opowieść o otruciu Aleksieja Nawalnego nowiczokiem.


Przypomnę w dwóch słowach, jak to z Nawalnym było: pod koniec sierpnia w samolocie relacji Tomsk-Moskwa Nawalny poczuł się źle, stracił przytomność, piloci podjęli błyskawiczną decyzję o awaryjnym lądowaniu w Omsku. Ekipa karetki pogotowia udzieliła mu pomocy. Nawalny trafił do miejscowego szpitala w stanie śpiączki, niemal od razu po tym, jak podano wiadomość o incydencie, powstały wersje, że Nawalny został otruty. Po kilku dniach niezrozumiałej zwłoki władze Rosji na wniosek rodziny Nawalnego udzieliły pozwolenia na przewiezienie opozycjonisty – znajdującego się nadal w stanie śpiączki do kliniki Charite w Berlinie. Po osiemnastu dniach Nawalny odzyskał przytomność. I zaczął dochodzić do siebie. Niemieccy, francuscy i szwedzcy specjaliści tymczasem potwierdzili, że został otruty. Trucizną z grupy nowiczok. Zaliczanej do broni chemicznej. W wywiadzie dla niemieckiej prasy Nawalny wprost stwierdził, że został otruty na polecenie Putina. Powtarzał to potem wielokrotnie. Rosyjskie władze nie wszczęły nawet śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności otrucia. Indagowany przez prezydenta Francji Putin zasugerował, że Nawalny sam się otruł nowiczokiem. Były jeszcze przez rosyjskich polityków wrzucane wersje, że otruty to delikwent został dopiero w Niemczech.


To wszystko już wiemy, o kolejnych etapach tej niewiarygodnej historii pisałam wielokrotnie na blogu i na łamach Tygodnika Powszechnego. Teraz o wydarzeniach ostatnich kilku dni. 14 grudnia zostały opublikowane rezultaty śledztwa dziennikarzy śledczych z grupy Bellingcat, portalu The Insider, CNN, Der Spiegel przy współudziale Fundacji Walki z Korupcją Nawalnego: ustalono personalia funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa, którzy zapewne dokonali zamachu na Nawalnego przy użyciu nowiczoka w Tomsku. Ludzie ci śledzili Nawalnego przez długi czas. Są to osoby powiązane m.in. z moskiewskim instytutem Signał i Instytutem Kryminalistyki FSB. Nawalny, który przygotował na podstawie pracy Bellingcat i współpracowników film, mówi w nim: „Cały departament FSB pod kierownictwem wysokich szarż przez dwa lata prowadzi operację, w trakcie której kilka razy próbują zabić mnie i członków mojej rodziny, otrzymuje broń chemiczną z sekretnego państwowego laboratorium. Operacja o takim zakresie nie może być zorganizowana bez szefa FSB Bortnikowa, a on nigdy by się nie ośmielił tego zrobić bez polecenia Putina. To, co się stało, to terroryzm państwowy”. Mocne słowa. Odbijają się jednak od murów Kremla jak groch.


Film Nawalnego był owym trzęsieniem ziemi, wskazywanym przez Hitchcocka jako niezawodny początek trzymającego w napięciu sensacyjnego filmu. Opozycjonista pokazał w nim twarze członków domniemanego komanda zabójców, bilety lotnicze na trasach, pokrywających się w jego podróżami, billingi rozmów telefonicznych osób dramatu (analiza tych właśnie danych umożliwiła dotarcie do sprawców otrucia). Film opublikowany na kanale youtube odnotował do dziś 18,4 mln odsłon. „Znam moich zabójców”: https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title

Jednym z widzów okazał się sam Władimir Władimirowicz Putin. 17 grudnia na dorocznej konferencji prasowej, w tym roku z powodu pandemii mającej częściowo wymiar on-line, dwukrotnie zadano mu pytanie o otrucie Nawalnego. Putin nie wymienił opozycjonisty z nazwiska (to chyba taki firmowy kremlowski żarcik), nazwał go m.in. „berlińskim pacjentem”. Pokazany materiał uznał za dowód na to, że Nawalny jest agentem zachodnich (amerykańskich) służb specjalnych. A takiemu ancymonkowi należy się asysta FSB. Ot, i jeździli za nim. Putin jako dowód na to, że Nawalnego nikt [z FSB] nie truł, przywołał taki argument: „Gdyby chcieli, to by doprowadzili sprawę do końca”, czyli otruli na śmierć. Coś podobnego mówił już jeden z obsługujących Kreml lekarzy, wypowiadających się w mediach: „gdybyśmy chcieli, to byś zdechł” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/10/03/gdybysmy-chcieli-to-bys-zdechl/).


Tylko czemu jeździli nie oficerowie operacyjni, szkoleni do obserwacji, a chemicy i lekarze w służbie FSB, którzy są związani z instytutami naukowymi pracującymi najprawdopodobniej nad usprawnianiem nowiczoka (oficjalnie Rosja zlikwidowała zapasy broni chemicznej i nic nowego nie produkuje)? Putin całą mową ciała, prychaniem, śmieszkiem nad tą sprawą próbował pokazać, że za nic ma poczynione ustalenia. To groźny sygnał.


Politolożka Tatiana Stanowaja (Carnegie.ru) tak to ujmuje: „Putin potwierdził autentyczność danych wskazanych w śledztwie [Bellingcat], stosując znany chwyt: przyznać się do części, żeby uchylić się od całości. Częściowe przyznanie się pozwala sformułować alternatywne wyjaśnienie: tak, polowaliśmy na niego, ale nie truliśmy. Tak łatwo potwierdzając fakty stwierdzone w śledztwie, Putin wypowiada wojnę niesystemowej opozycji, daje do zrozumienia, że nie widzi niczego nagannego w śledzeniu [oponentów], a FSB cieszy się jego osobistą ochroną. Dla Kremla Nawalny nie jest politykiem, a destabilizującym narzędziem w rękach zachodnich służb specjalnych. A zatem jego otrucie to nie kwestia stosunków na linii władza-opozycja, a kwestia bezpieczeństwa państwa, […] działalność opozycyjna jest teraz przez Kreml postrzegana jako równa zdradzie państwa”.


Tok myślenia Kremla o tym, co się stało z Nawalnym, można streścić tak: Złapaliście nas za rękę, ale to nie nasza ręka, a nawet jak to nasza ręka, to nie wasza sprawa. Robimy, co chcemy, a wy się macie bać. Nic nam nie zrobicie. To my rządzimy w Rosji. Niepodzielnie. I bezkarnie. To my wyznaczamy standardy życia i nikt nas z nich nie będzie rozliczać. A na pewno nie taki ktoś jak Nawalny, agent Zachodu. Ani tym bardziej Zachód. „A my jesteśmy biali i puszyści” – powiedział Putin na konferencji.

Jeszcze nie wszyscy ochłonęli po wygłoszonych stalowym głosem słowach Putina o berlińskim pacjencie, a dziś rano wybuchła nowa bomba: Nawalny opublikował nagranie rozmowy telefonicznej z jednym z członków drużyny trucicieli z FSB, Konstantinem Kudriawcewem. Całość można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=smhi6jts97I&feature=emb_title

Omówienie tej odsłony dramatu w drugiej części „Rozmowy z katem” już niebawem.

Kronika bardzo towarzyska, część piąta

14 grudnia. Seria dziennikarskich śledztw prześwietlających dziwne powiązania i schematy finansowania ludzi z bliskiego otoczenia Władimira Putina została wzbogacona fascynującą historią wzlotu prezydenckiego zięcia- już-nie-zięcia Kiriłła Szamałowa.


Portal „Ważne historie” opublikował obszerną story o wzbogaceniu się Szamałowa (https://istories.media/investigations/2020/12/07/kirill-i-katya-lyubov-razluka-ofshori-i-neogranichennii-resurs-istoriya-samoi-tainoi-pari-rossii/). Historia zawiera mnóstwo szczegółów, postaram się wycisnąć najważniejsze wątki. Na wstępie jeszcze przypomnę, że Kiriłł jest młodszym synem jednego z bliskich towarzyszy Putina w majętnej niedoli, Nikołaja Szamałowa. Swego czasu pan Nikołaj był w wysokich łaskach prezydenta, gdyż dyskretnie budował mu pałac pod Gelendżykiem nad Morzem Czarnym. Jak wieść gminna niesie, ostatnio łaska przejechała się na pstrym koniu i Szamałow musiał się przesunąć na dalsze pozycje. Zresztą, ma już po siedemdziesiątce i może sam wolał się wycofać.


A teraz wróćmy do Kiriłła. W czerwcu 2013 r. jego firma Kylsyth Investments LTD, zarejestrowana w raju podatkowym w Belize zakupiła od innej firmy na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych pakiet akcji firmy Themis Holdings Ltd. Firma ta była tzw. matką gazowo-naftowej rosyjskiej firmy Sibur. Kupując pakiet Themis Kiriłł Szamałow stał się jednocześnie właścicielem 3,8% Sibura. Trzeba jeszcze może w tym kontekście przypomnieć, że w tym czasie prezydent wzywał swoich oligarchów, aby wycofywali kapitały z zagranicy, tymczasem zdolny młody kapitalista robił jakieś podejrzane kombinacje alpejskie za pośrednictwem firm w rajach podatkowych. Nie, nie dostał za to uszach. W każdym razie nie wtedy. Pikanterii dodaje fakt, że pakiet akcji kosztował go zawrotną kwotę… 100 dolarów amerykańskich. Jednocześnie w wywiadzie dla gazety „Kommiersant” świeżo upieczony milioner Kiriłł Szamałow kapitalizację Siburu oceniał na 10 miliardów dolarów. Łatwo policzyć, że 3,8% akcji to 380 milionów. Ale zięć prezydenta widocznie mógł liczyć na zniżkę pod przymkniętym okiem sprawiedliwości.


Dalsza część materiału „Ważnych historii”, opracowanego na podstawie dostępu do zhakowanej poczty elektronicznej bohatera, dotyczy tego, jak Kiriłł Szamałow i jego żona Katerina Tichonowa, kobieta numer dwa, jak nazywa ją Władimir Putin, czyli młodsza córka, doskonale zarządzali niebotycznymi kwotami na wyposażenie rezydencji na Rublowce pod Moskwą i małego białego domku pod Biarritz. Dla ilustracji: jeden dywan kosztował równowartość średniego mieszkania. Daj ci, Boże, szczęścia, Krzysiu, z Ketlingiem – wić gniazdko młoda para po ślubie ma pełne prawo, a nawet obowiązek. Szokuje jednak rozmach, z jakim państwo Szamałowowie szastali pieniędzmi.


Po 2014 r. zaczął się proces wprowadzania coraz to nowych sankcji wobec Rosji i bliskich ludzi Putina. Jak piszą „Ważne historie”, doradcy Szamałowa zatroszczyli się o przeniesienie aktywów w bezpieczniejsze miejsce: „W 2017 r. […] pełnomocnicy zaczęli zwijać działalność jego firm mających konta w europejskich bankach i zarejestrowali specjalną fundację Centurion International Fund w raju podatkowym na wyspie Labuan, terytorium federalnym Malezji. Centurion należy do firm zarejestrowanych w Belize”. Chmury nad głową Szamałowa zaczęły się zbierać nieubłaganie – w 2018 r. został on objęty personalnymi sankcjami (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2018-04-11/proba-sil-eskalacja-kryzysu-w-stosunkach-rosyjsko). Zbiegło się to w czasie z domniemanym rozwodem lub separacją – Szamałow przestał być zięciem prezydenta (https://www.bloomberg.com/news/articles/2018-01-25/putin-family-split-offers-peek-at-secret-dealings-of-russia-inc). Albo i nie przestał. Może zabieg z rozwodem miał służyć jedynie obronie przed sankcjami. „Ważne historie” twierdzą, że jest teraz związany z inną kobietą, która też ma smykałkę do interesów.


Ciekawe są komentarze, które przelewają się przez rosyjskie media, głównie niezależne i społecznościowe: czy Putin zdaje sobie sprawę z tego, że takie sprawy wyciekły i są teraz wałkowane na różnych forach dyskusyjnych? Sekretarz prasowy Kremla zagadkowo kiwa głową i mówi: my wiemy, kto przekazuje takie informacje, wiemy, kto jest zleceniodawcą, ale na razie nie powiemy. Komentatorzy, którzy przyglądają się z uwagą zwyczajom prezydenta, przypuszczają, że Putin nie wie o publikacjach. Wierzy tylko w to, co dostaje od wywiadu i kontrwywiadu oraz służby prasowej w słynnych teczkach. Nie siada przecież do komputera, nie włącza „wujka Google’a” i nie przegląda sam zawartości czasopism. Jeśli Pieskow albo kobieta numer dwa mu nie doniosą, a wcześniej ewentualnie przegląd prasy litościwie wykastrują, to może nic się do prezydenckiego antycovidowego bunkra nie przedostanie. Mało prawdopodobne, ale kto wie. Zobaczymy, jaka będzie reakcja Kremla. Telewizja nic na ten temat nie mówiła, więc do przeciętnego Rosjanina, który wiedzę o kraju i świecie czerpie głównie z telewizji, ta wiedza tajemna nie trafiła.


Kończę na razie „Kronikę”, zaznaczając jeszcze raz, że jej celem nie były plotki o życiu prywatnym prezydenta, a pokazanie patologii korupcyjnych, nepotyzmu i chorych źródeł fortun „bliskiego kręgu” Putina.