Archiwum autora: annalabuszewska

Trzynaście krzeseł

16 stycznia. „Lody ruszyły, Panowie sędziowie przysięgli” – powiedział Wielki Kombinator, bohater powieści „Dwanaście krzeseł” Ilfa i Pietrowa. Cytat z arcydzieła literatury rosyjskiej przypomniał mi się wczoraj, gdy czytałam w mediach o nagłych zmianach, jakie nastąpiły na rosyjskiej scenie politycznej. Najpierw prezydent Władimir Putin wygłosił doroczne orędzie przed połączonymi izbami parlamentu, w którym zapowiedział lifting konstytucji i pewne dyscyplinujące elity obostrzenia. Po krótkiej pauzie premier Dmitrij Miedwiediew złożył dymisję swego gabinetu. Putin zaraz wyciągnął zza biurka w Federalnej Służbie Podatkowej nieznanego szerszej publiczności Michaiła Miszustina i wskazał: to będzie teraz premier. Deputowani Dumy Państwowej, którzy jeszcze wczoraj w ciągu dnia uwielbiali Miedwiediewa i jego osiągnięcia, natychmiast o nim zapomnieli i zwrócili „ócz swych błękity”, jak mawiał porucznik Borewicz, Miszustina. Zaraz go też zatwierdzili na stanowisko. Oklaski spontanicznie przechodziły w owację.

Bohaterowie wielkiej powieści „Dwanaście krzeseł” poszukiwali kolejnych mebli z garnituru madame Pietuchowej, dowiedzieli się bowiem pokątnie, że w jednym z krzeseł schowane są brylanty. Przetrzepali wszystkie rozproszone po całej Rosji siedziska, aby w finałowej scenie z ostatnim krzesłem przekonać się, że ktoś już przed nimi rozpruł tapicerkę i wyciągnął klejnoty. Prezydent Putin zaczął swoją wczorajszą scenę od momentu, gdy dwanaście krzeseł już gruntownie przejrzano, ograno wszystkie możliwe motywy, a teraz trzeba wymyślić coś innego, because show must go on. A właściwie nie tyle wymyślić coś nowego, ile odwrócić uwagę publiczności (społeczeństwa) od wypatroszonego dwunastego krzesła. Brylantów nie ma, panowie sędziowie przysięgli. Rządzę dwadzieścia lat, Portugalię mieliśmy dogonić, ale pary nam nie wystarczyło, miały być wysokie dochody ludności, ale okazało się, że trzeba było podnieść wiek emerytalny, bo ktoś musi na nas pracować. Na nas, czyli kastę krewnych i znajomych Królika, rakiety, broń hiperdźwiękową, jachty, pałace. Chciałbym rządzić dalej, ale nie wiem, jak to pogodzić z konstytucją, która nie daje możliwości kolejnej kadencji prezydenckiej po zakończeniu obecnej w 2024 roku. Wystawiam zatem na scenę trzynaste krzesło. Co z tego, że w powieściowym pierwowzorze go nie ma? Posadzę do pisania nowych artykułów konstytucji pisarza Zachara Prilepina i kilka innych artystycznie uzdolnionych osób, zrobią właściwą redakcję. Może zostanę według tych nowych artykułów ustawy liderem narodu jak kolega Nazarbajew w Kazachstanie i będę stał ponad podziałami; wiecznie. Może zostanę przewodniczącym Rady Państwa – obecnie organu jedynie doradczego, ale przecież można mu nadać nowe kompetencje. Zobaczymy, jeszcze trochę czasu do 2024 roku zostało. Na pewno nie przestanę być Wielkim Kombinatorem.

Zaproponowane, a właściwie zapowiedziane podczas orędzia zmiany są w istocie propozycją nowej umowy społecznej pomiędzy władzą i społeczeństwem. Efekt wzmożenia po aneksji Krymu już dawno się sprał, gospodarka w warunkach sankcji nie przyspiesza, zaklęcia nie działają, portfele chudną, ludzie wychodzą na ulice. Coś trzeba z tym zrobić. Bo najważniejsze dla rządzących jest to, że trzeba zapewnić wiecznotrwałość systemu.

Sukcesja jest w państwach postsowieckich jednym z naczelnych problemów rządzących w nich reżimów i satrapii. A może wręcz najważniejszym. Z tego paradygmatu wyłamała się bodaj jedynie Ukraina, po części Gruzja i Armenia. W Rosji ten problem jest najtrudniejszy. Czy w warunkach monopolu ekipy Putina na władzę możliwe jest inne rozwiązanie niż wprowadzenie zapisów, umożliwiających dożywotnie rządzenie Putinowi na takim czy innym stanowisku/urzędzie/funkcji/tronie? Czy przewidywana nowa redakcja konstytucji da mu taką możliwość?

Rosyjski politolog pracujący w Czechach, Iwan Prieobrażenski tak pisze o tym w swoim komentarzu: „Aby wprowadzić niektóre ze wskazanych zmian [które stanowią fundament ustroju], należałoby albo zwołać Zgromadzenie Konstytucyjne, albo przeprowadzić referendum. Ani jednego, ani drugiego Putin nie zamierza robić. Na mocy dekretu sformował „grupę roboczą ds.. opracowania poprawek do konstytucji” – ciało, którego nie przewiduje ustawodawstwo. Rosjanie mają zatwierdzić zmiany w jakimś bliżej nieokreślonym głosowaniu. […] Samo głosowanie nie ma żadnej siły prawnej. Zmiany zostaną przepuszczone przez parlament, co też będzie naruszeniem konstytucji. […] To żadna nowość w modelu postępowania Putina. Od początku swoich rządów demoluje on konstytucyjne instytucje państwowe, tworząc równoległe byty i procedury. […] Głównym ośrodkiem podejmowania decyzji jest administracja prezydenta”.

Które z rozwiązań okaże się możliwe do zrealizowania? Kto usiądzie na trzynastym krześle? Choć prezydent obiecał poprawę warunków życia, większe nakłady na zaspokojenie potrzeb społecznych (np. darmowe posiłki w szkolnych stołówkach), to jednego można się spodziewać: w siedzisku nowego mebla nie ma zaszytych brylantów madame Pietuchowej.

Rosyjskie opowieści wigilijne

11 stycznia. W Rosji wykuwają się nowe świeckie i nieświeckie tradycje obchodzenia Bożego Narodzenia. Nadal najważniejszym rosyjskim świętem rodzinnym i towarzyskim pozostaje powitanie Nowego Roku – wtedy ustawia się w domu choinkę, przystraja ją, hucznie wita Nowy Rok przy suto zastawionym stole w gronie najbliższych, wręcza się prezenty, składa życzenia. W czasach sowieckich zmiksowano bożonarodzeniowe tradycje cerkiewne, obyczaje ludowe i dokomponowano nowe zwyczaje, pozbawiając świętowanie charakteru religijnego. W 1926 r. skasowano choinki jako przejaw „obyczajów burżujskich”, a wraz z nimi wszelkie cerkiewne tradycje. Choinkę znowu „przyniósł dzieciom” Stalin w 1938 r. Liczne – bardzo popularne w narodzie – imprezy choinkowe uświetnia Dziadek Mróz ze Śnieżynką, tez bez konotacji z religią. Powstała klasyczna nowa świecka tradycja.

Teraz gdy nastał czas ponownego wmontowania Cerkwi w przestrzeń społeczno-polityczną, trzeba czymś wypełnić opustoszałą bożonarodzeniową niszę. Niełatwe zadanie, jak się okazuje. Telewizja od wielu lat nadaje transmisje z uroczystych nocnych nabożeństw bożonarodzeniowych. Przedstawiciele władz, z tymi najwyższymi włącznie, karnie stają przy ołtarzu i próbują zaprezentować się jako ludzie wierzący i praktykujący (kilka słów na ten temat w dalszej części tekstu). Ale czy cała Rosja faktycznie świętuje? Jak podają media, w nabożeństwach w cerkwi udział bierze łącznie w całym kraju ok. 2,5 mln wiernych. Niewiele, jeśli wziąć pod uwagę, że większość Rosjan deklaruje prawosławne wyznanie. A w domu? Cóż, przecież już tydzień wcześniej była „jołka”, wesoła biesiada, podarunki, życzenia. Do galimatiasu cerkiewno-sowiecko-państwowego dochodzi jeszcze galimatias z kalendarzem. Nowy Rok według kalendarza gregoriańskiego wypada 1 stycznia i poprzedza Boże Narodzenie według kalendarza juliańskiego (nadal obowiązującego w Cerkwi), przypadające na 7 stycznia. Cerkiew nakazuje ścisły post w okresie przed Bożym Narodzeniem. Jak z tym nakazem pogodzić noworoczne „zastolja”, kiedy to je się mięso i inne frykasy, obficie zakrapiane wszelkimi trunkami?

Jak wspomniałam powyżej, przedstawiciele władz w wigilijny wieczór meldują się w cerkwiach. Premier Dmitrij Miedwiediew z małżonką zwykle dzielnie stoi w Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie (tak było i w tym roku), gdzie nabożeństwo celebruje patriarcha Moskwy i całej Rusi. A prezydent Putin od lat wybiera jakąś cerkiew lub klasztor poza Moskwą. W tym roku – już po raz trzeci – udał się do Soboru Przemienienia Pańskiego w Petersburgu.

W kremlowskiej mitologii dotyczącej rodziny Putinów cerkiew ta – która działała przez cały czas istnienia Związku Sowieckiego – wskazywana jest jako miejsce chrztu Władimira Putina. Przy okazji odwiedzin prezydenta w tej świątyni obsługujące Kreml media z namaszczeniem przypominają opowieść wigilijną o cudownym acz potajemnym ochrzczeniu pod koniec 1952 r. w Soborze niemowlęcia płci męskiej, któremu nadano imię Władimir.

Jest taka popularna eksploatowana w okresie noworocznym piosenka dziecięca o tym, że choinka, a właściwie choineczka narodziła się w lesie. Znają ją wszystkie rosyjskie dzieci. Motyw o cudownym narodzeniu choineczki najwyraźniej posłużył twórcom mitu o ochrzczeniu niemowlęcia Władimira w roku 1952 w ateistycznym, późnostalinowskim Leningradzie. Mit zaprezentowano zdumionej publiczności w 2016 roku, więc zaledwie trzy lata temu. Tak mówił o tym sam prezydent: „Mama mi opowiadała, jak to było. Chrzcili mnie potajemnie, żeby ojciec się nie dowiedział, był członkiem partii. Nie wiem, czy ta tajemnica była taka poważna, ale tak mi w każdym razie opowiadano, kiedy podrosłem. Batiuszka, który tam służył, zaproponował, aby nazwać jej syna, to znaczy mnie, imieniem Michaił. Powiada: Dziś dzień Michała Archanioła, a ja mam na imię Michaił”. Mama przeprosiła, i mówi: „Batiuszka, proszę wybaczyć, ale my już daliśmy mu imię po ojcu”. No to on mówi: Niech będzie. Taki dobry, spokojny batiuszka”.
Jak to w kremlowskich bajkach bywa, całkiem przypadkiem w trakcie rozmowy prezydenta z patriarchą Cyrylem okazało się, że jedynym duchownym o imieniu Michaił w Soborze Przemienienia Pańskiego w Leningradzie w tamtych latach był ojciec patriarchy Michaił Gundiajew.

Żadnych papierów potwierdzających ochrzczenie niemowlęcia Władimira nie ma, w każdym razie światu ich nie pokazano. Dla mitologii nie ma to jednak najmniejszego znaczenia.
W tym roku w relacji państwowej telewizji z wizyty Putina w cerkwi dziennikarka z łezką w oku znowu powtórzyła tę opowieść wigilijną o potajemnym chrzcie. Niech się wryje w pamięć Rosjan. Że jest nieprawdopodobna? Nic to. Komentatorzy już w 2016 r. wskazywali, że w spenetrowanej przez służby Cerkwi nie było mowy o potajemnych chrztach w świątyniach – o takich zdarzeniach donoszono zaraz organom. Na to, że niemowlę WWP został ochrzczony, w donosach też nic nie ma. Powątpiewano też w prawdopodobieństwo, że to akurat ojciec patriarchy był owym „spokojnym batiuszką”.

Słowa Stalina w ustach Putina

27 grudnia. Ironiczny sowiecki bard Juz Aleszkowski w piosence „Товарищ Сталин, вы большой ученый” (Towarzyszu Stalinie, wielki z was uczony) kpił z zapędów dyktatora do bycia znawcą w każdej dziedzinie, w tym w językoznawstwie. W 1950 roku Stalin wydał pod swoim nazwiskiem pracę naukową „Marksizm a zagadnienia językoznawstwa”; broszura ta stała się obowiązkową wykładnią dla wszystkich, którzy w ZSRR mieli do czynienia z badaniami nad językiem i nie tylko. Słowa pieśni, spopularyzowanej później przez Władimira Wysockiego, nieoczekiwanie znów nabrały aktualności w świetle ostatnich wystąpień Władimira Putina na tematy historyczne. Prezydent prezentuje się jako ekspert ds. historii XX wieku. Dodatkowo zapowiedział, że napisze obszerny artykuł poświęcony okolicznościom wybuchu II wojny światowej. Kilka tez swego przyszłego artykułu Putin przedstawił w serii wystąpień: winę za rozpętanie wojny ponosi bratający się z Hitlerem Zachód, a przede wszystkim Polska, współautorka rozbioru Czechosłowacji w 1938 r.; pakt Ribbentrop-Mołotow był tylko prostą konsekwencją przymilnej wobec Hitlera polityki ówczesnych antykomunistycznych i antysemickich reżimów, a Stalin jako jedyny przywódca nie splamił się osobistymi kontaktami z Fuhrerem; Armia Czerwona nie zagarnęła polskiego terytorium, a po prostu weszła i wzięła to, co było ustalone z Niemcami.

Polityka historyczna jest jednym z ważnych narzędzi używanych przez Rosję w rozgrywkach wewnętrznych i zewnętrznych. Już w 2009 r. powołując komisję prezydencką „do walki z fałszowaniem historii”, Moskwa powiedziała, że nie zgadza się z tezami zachodniej historiografii na temat przebiegu II wojny światowej i roli w niej ZSRR (w tym m.in. z postrzeganiem Armii Czerwonej jako okupanta, a nie wyzwoliciela). Powołano jeszcze inne ciała, mające za zadanie lansować rosyjską wersję historii i uzasadniać legendę o „niepokalanym poczęciu” Pobiedy – wielkiego zwycięstwa, którego ZSRR jest jedynym autorem. Ta narracja nie zyskała w Europie zbyt wielu zwolenników. Co więcej, we wrześniu br. Parlament Europejski przyjął rezolucję „w sprawie znaczenia europejskiej pamięci historycznej dla przyszłości Europy”. Jest w niej mowa o sprzeciwie wobec przeinaczania historii i o tym, że II wojnę wywołały dwa totalitaryzmy: nazizm i stalinizm.

Minęły trzy miesiące i oto na Kremlu odezwały się nożyce: Putin postanowił się odwinąć i pokazać, że ma własną, lepszą wersję historii, stalinizmu będzie bronić („stawianie Związku Sowieckiego i Niemiec hitlerowskich w jednym szeregu jest szczytem cynizmu”), a na dodatek pokaże, że państwo, które uważa się za najbardziej pokrzywdzone w wojnie: Polska, w istocie jest współwinne wywołaniu światowego konfliktu. Niektórzy rosyjscy komentatorzy spekulują, że Kreml zaatakował właśnie Polskę, gdyż uważa ją za inicjatora rezolucji PE. Ale zamysł wykorzystania narracji historycznej do współczesnych rozgrywek ma szerszy kontekst i kilka innych zadań.

Obserwowane w Rosji od dawna zabiegi o wybielenie Stalina (podkreślanie jego zasług jako „zdolnego menedżera”, nieomylnego zwycięzcy w konflikcie z Hitlerem, umniejszanie bezmiaru zbrodni na własnych obywatelach i obywatelach krajów podbitych itd.) ostatnio przybrały na wadze. Rosyjskie władze zaczynają wprost sięgać po tezy stalinowskiej propagandy, uzasadniając konieczność zawarcia paktu z Hitlerem. Stosuje się przy tym sprawdzoną metodę wybiórczego traktowania faktów, naginania ich dla potrzeb aktualnej linii politycznej. Putin w swoich ostatnich wypowiedziach uznał pakt Ribbentrop-Mołotow za konieczność historyczną („ZSRR jako ostatnie państwo w Europie zawarło z Niemcami pakt o nieagresji. A co mieliśmy zrobić? Zostać sam na sam [z Hitlerem]?”). Nie wspomniał natomiast o konsekwencjach paktu: rozbiorze Polski we wrześniu 1939 r. (nawet podkreślał: „jednostki Armii Czerwonej nie zajmowały tych terytoriów Polski. Niemieckie wojska tam weszły, potem się wycofały, a weszły wojska sowieckie”), napaści na Finlandię (wojna zimowa rozpoczęta 30 listopada 1939 r., przegrana przez Stalina podwójnie: militarnie i dyplomatycznie; za agresję ZSRR został wykluczony z Ligi Narodów, Finlandia nie utraciła niepodległości), aneksji i okupacji trzech państw bałtyckich, oderwanie Besarabii i Bukowiny od Rumunii, zbrodni w Katyniu.

Po co ta krucjata historyczna teraz? Rosja gra na kilku fortepianach i ma do upieczenia kilka pieczeni. Za miesiąc będzie rocznica wyzwolenia obozu w Auschwitz. Putin nie przyjedzie do Polski, a zamierza udać się na uroczystości do Jerozolimy, aby obchodzić tę rocznicę wspólnie z władzami Izraela. W tym kontekście używa argumentu o antysemityzmie Polski (temat na oddzielny tekst). Zbliża się 75. rocznica zakończenia II wojny. Putin planuje z tej okazji wielką defiladę. Światowi przywódcy nie kwapią się z przyjmowaniem zaproszenia na tę fetę, a Putinowi bardzo zależy na ich obecności w Moskwie. Ale jak tu świętować „niepokalaną Pobiedę”, skoro jest ona skażona „grzechem pierworodnym” paktu Ribbentrop-Mołotow? Więc i paktu trzeba bronić. Pobieda jest fundamentem putinizmu, podważanie odgórnie podanej wersji jedynie słusznej linii historycznej (my wygraliśmy sami, byliśmy wyzwolicielami, bezgrzesznymi) może prowadzić do podważenia samego putinizmu. W „wykładzie” dla kolegów prezydentów z WNP Putin poruszył jeszcze jeden ciekawy wątek: próbując sformułować przyczyny II wojny, wskazał na „niesprawiedliwy pokój wersalski”, w jego wyniku Niemcy czuły się zmarginalizowane, upokorzone. Szukały możliwości zmiany statusu pokrzywdzonego.
Zacytuję Kiriłła Rogowa: „II wojna światowa była projektem Hitlera, Stalin marzył o innej wojnie. Jednak w latach 1939-1941 stalinowski ZSRR niewątpliwie był agresorem wobec [państw] Europy Wschodniej, działającym w sojuszu z Hitlerem. I to fundamentalny fakt najnowszej historii Europy. Dlaczego Putin wkłada tyle emocji w tę polemikę. Warto zwrócić uwagę, z jakim współczuciem Putin mówi o niesprawiedliwości traktatu wersalskiego i dążeniu Niemiec do przełamania tej upokarzającej sytuacji. Oto silne, ale upokorzone państwo, starające się przywrócić historyczne/narodowe granice, jest pokrzywdzonym bohaterem putinowskich wynurzeń, natomiast faryzejski Zachód sam sobie przyznający prawo do określania tych granic w swoich interesach jest [w oczach Putina] antybohaterem. Główna idea Putina polega na negowaniu prawa Zachodu do określania, gdzie owo pokrzywdzone państwo ma granice”. Aneksja Krymu, agresja na Donbas – Rosja sama określa swoje granice. A Putin widzi się nawet jako lider antyzachodniej koalicji.

Gdy kończyłam pisać ten tekst, nadeszła wiadomość, że ambasador Rosji został wezwany w trybie pilnym do polskiego MSZ. A zatem ciąg dalszy niebawem nastąpi.

Ostrzelany Dzień Czekisty

20 grudnia to branżowe święto funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Ci, którzy „wyszli z płaszcza Dzierżyńskiego”, w galowych strojach tego dnia wypinają piersi po medale, obficie przyznawane towarzyszom po fachu przez prezydenta. Dyrektor służby raportuje o sukcesach swoich podwładnych: a tylu terrorystów złapali, a tylu agentów zdemaskowali, a tylu ekstremistów zapuszkowali. Oklaski przechodzące w owację. Można sobie potem w sprawdzonym gronie strzelić po setuchnie czystej perlistej i popatrzeć z optymizmem w czekistowską przyszłość.

Wczoraj, w przeddzień Dnia Czekisty Władimir Putin na dorocznej konferencji prasowej perorował między innymi o tym, że na ulicach europejskich miast chodzą sobie jak gdyby nigdy nic terroryści, a na tamtejszych służbach nie robi to najmniejszego wrażenia. To było nawiązanie do zabicia na ulicach Berlina uznanego przez FSB za terrorystę Czeczena Zelimchana Changoszwilego, który był komendantem polowym w czasie wojny w Czeczenii, a potem w czasie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. brał udział w walkach po stronie Gruzji. W sierpniu br. zabił go nasłany kiler z Rosji Wadim Krasikow. To temat na oddzielną opowieść, dziś tylko to krótkie nawiązanie. Bo ciąg dalszy wieczoru dopisał do tej wypowiedzi Putina niecodzienną puentę.

Po rytualnej konferencji prezydent w ramach relaksu udał się na uroczysty koncert z okazji Dnia Czekisty, który odbywał się w Wielkim Pałacu Kremlowskim. W minionych latach telewizja przekazywała obszerne relacje z tych imprez. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że WWP w tym środowisku czuje się jak ryba w wodzie, rozkwita jak podlana wodą róża pustyni, uśmiecha się, ściska wyciągnięte prawice funkcjonariuszy, z prawdziwą satysfakcją dekoruje druhów orderami, promieniuje szczęściem, widząc, jak jego dowcipy spotykają się z zachwytem i pełnym zrozumieniem.

Wczorajsze wystąpienie Putina z okazji Dnia Czekisty dotyczyło walki z terroryzmem. Prezydent wygłaszał je w chwili, gdy pod siedzibą Federalnej Służby Bezpieczeństwa na Łubiance w Moskwie rozgrywały się sceny godne hollywoodzkich obrazów o wojnie szpiegów. Ze strzępów doniesień medialnych, wypowiedzi świadków, materiałów upublicznionych w mediach społecznościowych można wyłowić zarys scenariusza wydarzeń.

Na ulicy Bolszaja Łubianka nieopodal strzeżonego wejścia do budynku w godzinach wieczornych rozpoczęła się strzelanina. Znajdujący się na służbie funkcjonariusze FSB odpowiedzieli ogniem. Zdezorientowane media podały najpierw, że siedziba FSB została zaatakowana przez trzech uzbrojonych napastników. Później tej informacji nie potwierdzono – okazało się, że atakujący był jeden.

Strzelanina trwała co najmniej czterdzieści minut. Niektóre media podawały, że strzały padły nie tylko na ulicy pod bramą FSB, ale także wewnątrz budynku. Tej wersji oficjalnie nie potwierdzono.

Policja wstrzymała ruch uliczny, ewakuowano pasażerów komunikacji miejskiej i ludzi znajdujących się w pobliżu miejsca, gdzie padały strzały z broni automatycznej. Napastnik został, jak podała FSB, zneutralizowany. Człowiekiem, który sterroryzował na niemal godzinę centrum miasta i trzymał na muszce wytrąconych z odświętnego nastroju czekistów, okazał się 39-letni mieszkaniec Podolska pod Moskwą, Jewgienij Maniurow. Był ochroniarzem (ostatnio bez pracy; przedtem, według słów ojca, pracował w ambasadzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich) i wielbicielem broni palnej, trenował strzelectwo i nawet miał pewne osiągnięcia na tym polu. W strzelaninie poza napastnikiem zginęło dwóch funkcjonariuszy – jeden wczoraj bezpośrednio na miejscu akcji, drugi zmarł dziś w szpitalu.

Początkowo incydent określono mianem zamachu terrorystycznego. Taką kwalifikację czynu podał Komitet Śledczy, który wszczął śledztwo. Co ciekawe, dzisiaj już wersję o akcie terroru – najwidoczniej na rozkaz z góry – media państwowe starannie zacierają. Dlaczego?

Od momentu strzelaniny minęła doba. Do tej pory nie ma oficjalnego komunikatu ani żadnych komentarzy góry. Za to zatrzymani zostali dziennikarze, którzy zjawili się na miejscu zdarzenia lub chcieli pozyskać jakieś informacje o sprawcy i przebiegu strzelaniny, m.in. korespondent gazety „Kommiersant”, a także dziennikarka portalu Baza, która przeprowadziła wywiad z matką zastrzelonego napastnika.

Media społecznościowe za to obficie komentują to, co wydarzyło się na Łubiance. „Człowiek bez kamizelki kuloodpornej (o tym łatwo się przekonać na podstawie opublikowanych zdjęć) może przez niemal godzinę strzelać w centrum Moskwy, dwa kroki od siedziby najpotężniejszej służby specjalnej w Rosji. Co więcej – ten człowiek zabija funkcjonariuszy owej służby. To pokazuje nieprawdopodobny poziom nie profesjonalizmu funkcjonariuszy. Obywatele mają do władz dużo niewygodnych pytań: a gdyby tak napastnik zechciał strzelać do przechodniów? Ktoś by mu przeszkodził? Ile osób by zginęło? Oficjalne media czekają na rozkaz z Kremla, jak to wszystko komentować” – pisze komentator, na którego powołuje się Głos Ameryki.

Pytań faktycznie jest wiele. Dlaczego władze w milczeniu, wstydliwie zamiatają pod dywan tę porażkę ukochanej służby Putina? Być może Putin by chciał, aby wszyscy jak najszybciej zapomnieli o przykrym incydencie. Bo tu z jednej strony odznaczenia i pochwały za skuteczność w walce z terrorystami, kawior i ośmiorniczki na bankiecie, a z drugiej strony brutalne „sprawdzam” samotnego wilka, który – jak twierdzi jego matka – po prostu „nienawidził kagiebistów”. Strzelanina na Łubiance nie jest jedynym grzechem służb w ostatnim czasie. Od kilku dni w Moskwie trwa „festiwal” fałszywych alarmów o podłożeniu bomb w różnych obiektach. W związku z tymi alarmami ewakuowano łącznie ponad 170 tys. ludzi. Federalna Służba Bezpieczeństwa bezradnie rozkłada ręce – nikogo w związku z tym nadal nie zatrzymano.

WADA, to nie wypada

13 grudnia. Komitet Wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej WADA jednogłośnie podjął decyzję o wykluczeniu Rosji z wielkich międzynarodowych imprez sportowych na cztery lata. Dotyczy to także igrzysk olimpijskich w Tokio (2020) i Pekinie (2022) oraz prawa organizowania wielkich imprez mistrzowskich. Nie będzie zatem na dwóch najbliższych igrzyskach olimpijskich rosyjskiej flagi. RUSADA (rosyjska agencja) może się odwołać w terminie 21 dni do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie (jeżeli Rosja wytoczy się do CAS, egzekucja zostanie wstrzymana na czas do podjęcia ostatecznej decyzji przez trybunał). Specjaliści wyrażają wątpliwości, czy coś wskóra, bo ich zdaniem materiał dowodowy przeciw Rosji jest bardzo mocny.

Za co takie traktowanie? Za stosowanie przez rosyjskich sportowców dopingu i fałszowaniu próbek. Ci, którzy w Rosji teraz głośno krzyczą, że wszyscy stosują doping, ale tylko Rosja dostaje za to w kuper, pomijają jeden istotny niuans. Jak wynika z dokumentacji WADA, w Rosji ze szprycowania sportowców pysznymi koktajlami z turbodoładowaniem uczyniono system pod auspicjami państwowych instytucji, mających w statutach rozwój sportu i wspieranie rosyjskich sportowców na międzynarodowych arenach. A potem system zrobił wiele, aby zamydlić oczy międzynarodowym kontrolerom.

Przypomnę na marginesie, jak to się zaczęło. W 2014 roku Rosja była gospodarzem igrzysk zimowych w Soczi. Nieoczekiwanie dla wszystkich kadra narodowa gospodarzy wygrała klasyfikację medalową, choć fachowcy przyglądający się postępom rosyjskich sportowców przed zawodami olimpijskimi dawali jej szanse na góra szóste miejsce. Dwa lata później zapomniana afera z dziwnymi zwycięstwami średniaków wybuchła ze wzmożoną siłą. Niektórym sportowcom odebrano medale, zdyskwalifikowano.

Rewelacje na temat systemu czułego państwowego koksowania oraz sposobu na podmianę próbek pobieranych od zawodników w Soczi ujawnił Grigorij Rodczenkow, dyrektor moskiewskiego laboratorium antydopingowego (zapraszam do odświeżenia pamięci w sprawie ciekawych szczegółów sprawy: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/). Wyznał m.in., że niszczył próbki rosyjskich sportowców, aby nikt nie mógł dowieść, że zawierają one substancje niedozwolone. W obawie o życie wyjechał z Rosji. Rosyjska telewizja od czasu do czasu ciśnie bekę z tego, że Rodczenkow ze strachu poddał się operacjom plastycznym, insynuuje się, że jest on niezrównoważony psychicznie, ergo nie jest osobą wiarygodną itd. Niemniej Rodczenkow nie był jedynym źródłem informacji o państwowym parasolu nad dopingiem w rosyjskim sporcie. Przeprowadzone zostało przez WADA szczegółowe dochodzenie. Moskwa nie dostarczyła przekonujących dowodów, które pozwoliłyby się jej oczyścić z zarzutów. Stąd jednogłośna decyzja WADA o banie.

WADA uchyliła jednak furtkę przed rosyjskimi sportowcami, którzy zdołają udowodnić, że są czyści. Ci uzyskają prawo startu w zawodach, ale pod flagą neutralną. Niektórzy członkowie komitetu WADA uznali, że sankcje wobec Rosji są zdecydowanie za słabe. Np. wiceprzewodnicząca WADA Norweżka Linda Helleland protestowała przeciwko jakimkolwiek furtkom i zwolnieniom od kary. To ma być środek otrzeźwiający i droga ku wyleczeniu chorego systemu, a nie udawanie, że teraz wszystko samo się zmieni na lepsze, że jedni są czyści, a inni jednak popijali koktajle.

Publicysta Siergiej Parchomienko napisał: „Nie ma wątpliwości, że to decyzja polityczna, jeszcze jak polityczna. Tak samo polityczna jak decyzja o sfałszowaniu bazy danych [o próbkach sportowców] pod wiecznym hasłem: „my ich oszukamy, a jeśli się nie uda, to ich kupimy”. No, właśnie, kupić. Kupić to też słowo klucz w rosyjskim sporcie. O korupcji w FIFA nie pisali tylko najbardziej leniwi. Kilka dni temu znowu przypomniano o tym, o czym już było wiadomo: że Rosja otrzymała prawo organizacji mundialu 2018 dzięki forsie, jaką nienazwany rosyjski oligarcha zapłacił Seppowi Blatterowi (ówczesny szef FIFA) (https://www.skysports.com/football/news/12098/11882783/former-fifa-president-bribed-by-russian-oligarch-over-2018-world-cup-bid-report-claims).

Po ogłoszeniu decyzji WADA w Rosji, a w szczególności na scenie politycznej, podniósł się wielki krzyk. Zabrzmiały wezwania do bojkotu igrzysk, do wystąpienia z WADA i MKOl, znowu na polu propagandowym padły zmechacone, ale ciągle chętnie używane hasła rusofobii; przewodnicząca Rady Federacji Walentina Matwijenko rzuciła pomysł, aby Rosja zrobiła sobie własną olimpiadę, bez łaski itd. Złośliwi komentatorzy zaraz podpowiedzieli, że w igrzyskach dobrej woli z rosyjskimi zdopingowanymi sportowcami powinni wziąć udział zawodnicy z Naddniestrza, Donbasu czy Abchazji. To będzie prawdziwy sport i emocja.

Po takim skandalu jak wywalenie kraju z olimpiad urzędnicy zajmujący się sportem powinni z posypanymi popiołem głowami podać się do dymisji. W Rosji nic takiego do tej pory nie nastąpiło. Za to dziś wyciekła do mediów wiadomość o tym, że minister sportu Paweł Kołobkow został… odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Taki order prezydent przyznaje zasłużonym urzędnikom państwowym za wybitne zasługi dla kraju. Oficjalnej informacji o prezydenckim dekrecie o orderze dla byłego szermierza Kołobkowa nie podano.

Sport jest dla autorytarnych reżimów substytutem osiągnięć państwa, które na ogół na innych polach przegrywa rywalizację, słodką melasą szczęścia dla mas łaknących przekonania o wyższości i lepszości. Politolog z Petersburga Nikołaj Trawin dostrzegł w decyzji WADA paliwo dla napędzania wygodnej dla Kremla legendy o oblężonej twierdzy. „Im więcej ludzi uważa, że Rosja otoczona jest przez wrogów, tym bardziej stabilna jest sytuacja Putina […] Strategia obrony tej twierdzy jest dla Putina jedynym sposobem przekonania społeczeństwa, że jest on niezbędny”. Ale czy tym razem ten efekt zadziała? Mam wątpliwości.

O Gułagu przed Sołżenicynem

7 grudnia. Jego książka powinna być wstrząsem dla zachodnich społeczeństw. Ale się nim nie stała. Władimir Czernawin był przekonany, że gdy opowie głośno o tym, czego doświadczył w stalinowskich łagrach, gdy odrze z zakłamania sowiecką propagandę, gdy otworzy oczy nieświadomym Europejczykom, to przerazi ich, obudzi, nauczy myślenia o prawdziwej naturze zbrodniczej sowieckiej tyranii. A może nawet sprawi, że ktoś ruszy na pomoc niewinnie cierpiącym i ginącym ofiarom dyktatora. Nic takiego się nie stało.

Kim był nieznany, dziś już prawie zapomniany autor wspomnień o pobycie na nieludzkiej ziemi? Władimir Wiaczesławowicz Czernawin był naukowcem, biologiem, specjalizował się w ichtiologii. Pracował najpierw w Murmańsku, potem w Leningradzie. W 1930 r. został aresztowany jako „szkodnik, winny nadużyć przy produkcji konserw rybnych”. Ludzie mający związek z produkcją konserw, zawierających zepsute ryby, zostali skazani na śmierć i straceni (łącznie 48 osób). Śledztwo „wykazało”, że mieli ścisły związek z białą emigracją knującą przeciwko Krajowi Rad. Czernawin zaplątał się w sieci historii niejako przy okazji – podobnie jak wielu innych naukowców „podwiązanych” do sprawy szkodników, został aresztowany dlatego, że był specjalistą od ryb. Gdy podczas przesłuchań konsekwentnie odmawiał przyznania się do winy, oprawcy z bezpieczeństwa publicznego aresztowali jego żonę (Tatiana Sapożnikowa, pracowała w Ermitażu, z konserwami na pewno nie miała nic wspólnego). Czernawin wytrzymał presję, dzięki czemu nie podzielił losu skazanych na rozstrzelanie „szkodników”. Ale na wolność nie został wypuszczony – wyrok pięciu lat kolonii karnej miał odbyć w łagrze cieszącym się ponurą sławą: na Sołowkach nad Morzem Białym. Praca była tam wyjątkowo ciężka. Szczęście uśmiechnęło się jednak do Czernawina po raz drugi – wkrótce został przeniesiony do pobliskiego łagru niedaleko miasta Kiem w Karelii, powierzono mu zajmowanie się… rybami. Miał wyznaczać łowiska, a także dokształcać kołchoźników.

Momentem przełomowym była wizyta w Kiemie żony i syna latem 1932 r. Czernawin postanowił podjąć próbę ucieczki z piekła łagru. Przez 22 dni Czernawinowie szli w stronę fińskiej granicy. Bez odpowiedniego ubrania, ekwipunku, jedzenia. Udało się – znaleźli przytulisko w Finlandii. Czernawin szukał możliwości opowiedzenia o represjach w ZSRR. Pierwszym jego świadectwem był artykuł, który ukazał się w „The London Times”, nosił on tytuł „O metodach OGPU” i był polemiką z twierdzeniem prokuratora ZSRR Andrieja Wyszyńskiego, że w ZSRR aresztowani nie są poddawani torturom.

Czernawin po przeniesieniu się do Wielkiej Brytanii skupił się na przekazaniu światu swej unikatowej wiedzy o zbrodniach popełnianych przez reżim stalinowski . Książkę „I Speak for the Silent: Prisoners of the Soviets” poświęcił tym, którzy zostali po tamtej stronie.

„Mój los to zwykła historia rosyjskiego naukowca, specjalisty – wspólny los kulturalnych ludzi w ZSRR – pisał. – Choć i tak los był dla mnie łaskawszy od losu niż dla większości: mniej męczono mnie podczas przesłuchań, mój wyrok – pięć lat katorgi – był znacznie lżejszy od zwykle stosowanego: rozstrzelanie lub dziesięciu lat łagru. Wielu ludzi przeszło przez tortury, było straconych, a mieli większe zasługi w nauce, byli starsi ode mnie. Nasza wspólna wina: staliśmy wyżej pod względem kultury, a tego bolszewicy nie mogli nam wybaczyć. Mówię o sobie tylko dlatego, że inni nie mogą mówić, umierają w milczeniu od kuli czekisty, udają się na zesłanie bez nadziei, że wrócą i też umierają w milczeniu. Uciekłem z katorgi, ryzykując życiem żony i syna. […]. Pokonaliśmy zatokę na dziurawej łódce, załatanej przeze mnie. Przeszliśmy setki wiorst. Bez kompasu i mapy, daleko za kręgiem polarnym, przez dzikie góry, lasy i straszne bagna. Los pomógł mi w ucieczce i jednocześnie nałożył na mnie obowiązek opowiedzenia o wszystkim w imieniu tych, którzy rozstali się z życiem w milczeniu. Katorżnicy, ich żony i dzieci, wdowy i sieroty po zabitych „szkodnikach” – oni wierzą w to, że ich straszna krzywda możliwa jest tylko dlatego, że świat nie wie, co się tam dzieje”.

Świat – to znaczy mały jego wycinek – dowiedział się, „co się tam dzieje”, ale być może nie wiedział, jak zareagować, a być może wolał nie patrzeć w tamtą stronę.

(O postaci Czernawina przypomniał portal „Бессмертный барак”, Nieśmiertelny Barak, poświęcony ofiarom reżimu stalinowskiego; https://bessmertnybarak.ru/article/zapiski_vreditelya_pobeg_iz_gulaga/)

Swój-obcy

30 listopada. Rosyjskiej klasie politycznej nogi coraz bardziej rozjeżdżają się w szpagacie, a w takiej pozycji trudno zachować równowagę. Bo jedną nogą członkowie najwyższych władz tkwią w głoszonej ideologii „Rosja jest najlepsza i najważniejsza”, a drugą szukają twardego gruntu na zapasowych lotniskach w krajach Zachodu. Redakcja portalu „Russkij Monitor” zebrała informacje o członkach obu izb rosyjskiego parlamentu, członkach rosyjskiego rządu oraz o osobach ze zbliżonej do Kremla obsługi medialnej, mających obywatelstwo państw NATO lub co najmniej zezwolenie na pobyt czasowy lub stały (materiał dostępny tutaj: https://rusmonitor.com/spisok-deputatov-senatorov-ministrov-rf-s-grazhdanstvom-stran-nato.html?fbclid=IwAR0fYiZjfT1T3lG1I3l03WGc2IzrHI2lVsZT52_HapOVf-Bc83Vk33MB2SY).

Przeciętny telewidz lub czytelnik prokremlowskiej prasy ma na co dzień okazję dowiedzieć się, że cała polityczna i gospodarcza wierchuszka Rosji jest oddana sprawom kraju, wszystkie ich myśli i czyny zestrzelone są w jedno ognisko: kochać Rosję i z poświęceniem pracować na rzecz obywateli. Prezydent Putin od lat wzywa rosyjskich oligarchów, aby sprowadzili aktywa do kraju. W programach informacyjnych i publicystycznych powtarzana jest mantra o wyższości Rosji nad światem zachodnim, który po pierwsze upada, a po drugie tylko czyha na to, aby Rosję pokonać i w ogóle zniszczyć. „Naszą ideologią jest Rosja” – powiedział kiedyś jeden z częstych gości cotygodniowych telewizyjnych seansów nienawiści do Zachodu reżyser Karen Szachnazarow, co spotkało się z aplauzem ludzi zgromadzonych w studiu.

Wszelako od czasu do czasu okazuje się, że oddani wyżej wymienionej propaństwowej ideologii koryfeusze systemu putinowskiego mają na tym gnijącym Zachodzie przytulny domek, kształcą na zachodnich uniwersytetach swoje niezwykle uzdolnione dzieci, a co poniektórzy w szufladach komód w stylu empire mają wręcz paszporty państw wrogich.

Niedawno Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego pokazała materiał o nieruchomościach nad jeziorem Como we Włoszech jednego z czołowych kapłanów putinowskiej propagandy telewizyjnej Władimira Sołowjowa (https://www.youtube.com/watch?v=9MHqpyN6iAk). Nawalny pytał Sołowjowa, jak to możliwe, że ma on we Włoszech, państwie należącym do wrogiego bloku NATO, piękną posiadłość, a na dodatek papiery zezwalające na pobyt stały dla całej rodziny: „W 2014 r., kiedy cały kraj opierał się naciskom NATO, pan starał się o dokumenty umożliwiające pobyt w państwie należącym do Sojuszu?” – pytał w Twitterze opozycjonista. Sołowjow bronił się kpiąco, że te dokumenty nie są równoznaczne z obywatelstwem ani zezwoleniem na pracę. Ale samego faktu posiadania willi nie zanegował. Podkreślił nawet z wyższością, że jest bogatym człowiekiem, bo zarobił w latach dziewięćdziesiątych, prowadząc działalność biznesową: „Poza tym nie jestem urzędnikiem państwowym, więc mogę sobie kupować nieruchomości, gdzie dusza zapragnie” – odciął się Sołowjow Nawalnemu. Formalnie – rzeczywiście – Sołowjow urzędnikiem państwowym nie jest. Niemniej w pocie czoła pracuje w stacji telewizyjnej „Rossija”, która jest na państwowym garnuszku. A poza tym nie jest wolnym strzelcem, realizującym własne wizje, a wykonawcą i reglamentowanym przez kremlowskie jaczejki propagandowe kreatorem treści, które w zadany odgórnie sposób mają umeblować głowy obywateli. To on codziennie powtarza, że Krym jest rosyjski, wojna na Donbasie to wojna domowa Ukraińców, NATO zbliża się do granic Rosji, łamiąc [nieistniejące] porozumienia o niezakładaniu baz w nowych państwach członkowskich itd.

Wróćmy do anonsowanej na początku listy szczęśliwych posiadaczy „natowskich” paszportów i zezwoleń na pobyt. Wśród wymienionych jest m.in. bliski druh Putina wicepremier Dmitrij Kozak, który ma zezwolenie na pobyt w Szwajcarii. Pani wicepremier Olga Gołodiec ma włoskie papiery, a minister przemysłu i handlu Denis Manturow – hiszpańskie. Z opublikowanych materiałów wynika, że głośno krzyczący o potędze Rosji i marzący o tym, że rosyjski żołnierz będzie mył buty w wodach światowych oceanów, Władimir Żyrinowski ma obywatelstwo Hiszpanii (nie znalazłam potwierdzenia w innych źródłach). Na pewno bronił się jak lew, ale Hiszpania nie ustępowała i wtykała mu swoje obywatelstwo, strasząc garotą albo co najmniej udziałem w corridzie. Jego syn, Igor Lebiediew musiał stoczyć bój nie tylko z nachalną Hiszpanią, która wreszcie dopięła swego i wręczyła mu paszport, ale także z hordami amerykańskich urzędników, którzy mu w końcu wetknęli green card.

Na progu wojny zimowej – osiemdziesiąt lat póżniej

27 listopada. Osiemdziesiąt lat temu, w nocy z 26 na 27 listopada 1939 r. funkcjonariusze NKWD dokonali prowokacji: ostrzelali z dział sowieckie pozycje w pobliżu granicznej osady Mainila. O ostrzał strona sowiecka oskarżyła Finlandię. Następnie Moskwa zerwała stosunki dyplomatyczne z Finlandią – pisze na swoim profilu „Nieśmiertelny barak” (inicjatywa badaczy represji stalinowskich, mająca na celu przywracanie pamięci ofiar stalinizmu i zaglądanie w ciemne kąty historii). (https://bessmertnybarak.ru/article/sovetsko-finskaya_voyna/).

Incydent koło Mainili strona sowiecka uznała za casus belli. 30 listopada 1939 r. Armia Czerwona wkroczyła do Finlandii, zaczęła się tzw. wojna zimowa. Była skutkiem prowokacyjnej polityki Stalina wobec Finlandii. Na mocy tajnych protokołów do układu Ribbentrop-Mołotow Finlandia miała znaleźć się w strefie wpływów Moskwy. Ale z Finlandią Stalinowi nie udał się manewr zastosowany z powodzeniem w państwach bałtyckich: Helsinki nie zawarły umowy o pomocy wojskowej i nie zgodziły się ani na obecność na swoim terytorium baz wojskowych ZSRR, ani na wymianę terytoriów. Stalin postanowił zatem osiągnąć te cele na drodze agresji zbrojnej i okupacji Finlandii.

Za agresję na Finlandię Związek Sowiecki został 14 grudnia 1939 r. wykluczony z Ligi Narodów po masowych protestach społeczności międzynarodowej (sowieckie lotnictwo bombardowało obiekty cywilne, w tym z pomocą bomb zapalających). Komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow w firmowym stylu odrzucał oskarżenia: sowieckie lotnictwo zrzucało na Helsinki chleb dla głodującej ludności.

Armia Czerwona poniosła w walkach ogromne straty – 167 tys. zabitych, 345 tys. rannych (dla porównania straty Finlandii – 26 tys. zabitych, 40 tys. rannych).

W Związku Sowieckim to była wojna starannie zepchnięta w kąt niepamięci. Zresztą i dziś w Rosji nie jest to ulubiony temat speców od polityki historycznej. Zdecydowanie nie było się czym chwalić: klęski militarne, potężna strata wizerunkowa, utrata członkostwa w ważnej organizacji międzynarodowej. No i utrata Finlandii jako państwa przyjaznego – państwo to poniosło wprawdzie wydatne straty terytorialne (11% terytorium), niemniej obroniło swoją niepodległość. Stalin, obawiając się odwrócenia sojuszu z Niemcami (Finlandia w krytycznej sytuacji zdecydowała się na porzucenie statusu państwa neutralnego i zbliżenie z Hitlerem) oraz przyjścia z pomocą Finlandii przez Anglię i Francję, zdecydował się na zakończenie wojny po 104 dniach – układ pokojowy podpisano w Moskwie w nocy z 13 na 14 marca 1940 r.

Serb i młot

22 listopada. Spotkali się gdzieś na parkingu, serdecznie przywitali. Jeden z mężczyzn włożył do swego samochodu plastikową torbę. Następnie panowie strzelili po kufelku piwa w pubie „Czarna Owca”. Jeden z mężczyzn odjechał, drugi jeszcze przez chwilę sprawdzał zawartość otrzymanej torby: wyjął plik banknotów, przeliczył. Tyle.

Film, na którym zarejestrowano spotkanie, pojawił się na kanale Youtube 17 listopada i wywołał tornado na serbskiej scenie politycznej. Mężczyzną, który przeliczał pieniądze, był wysoko postawiony serbski urzędnik, najprawdopodobniej podpułkownik w stanie spoczynku. Nie poznaliśmy jego nazwiska (prezydent Serbii podał tylko jego inicjały: Z.K.), na filmie jego twarz jest zamazana. Natomiast ten, który wręczał torbę z pieniędzmi, jest doskonale widoczny i rozpoznawalny. Poznaliśmy jego nazwisko i funkcję. To Gieorgij Kleban, oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego, pracujący od 2016 roku do niedawna w rosyjskiej ambasadzie w Belgradzie w charakterze attaché wojskowego. Wiadomo, że jakiś czas temu nagle, bez podania przyczyn opuścił terytorium Serbii.

Serbskie służby potwierdziły autentyczność nagrania, które najprawdopodobniej powstało w grudniu 2018 r. Głos zabrali serbscy politycy, w tym prezydent Aleksandar Vučić. Ujawnił, że Kleban nie był jedynym agentem rosyjskiego wywiadu wojskowego, który kontaktował się z serbskimi wojskowymi.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa jeszcze wczoraj zaperzała się, że opublikowanie filmu jest jawną prowokacją, która ma zepsuć stosunki rosyjsko-serbskie w przeddzień planowanego spotkania na najwyższym szczeblu. Jednak rzecznik rosyjskiego prezydenta był spokojny: stosunki rosyjsko-serbskie są tak dobre, że nic ich nie popsuje. Vučić nadal szykuje się, by odwiedzić Moskwę 4 grudnia zgodnie z planem i spotkać się z gospodarzem Kremla. Co ciekawe, w publicznych wypowiedziach podkreślał, że nie wini Putina o działalność szpiegowską rosyjskiego wywiadu, wyraził nawet przekonanie, że Władimir Władimirowicz nie wiedział o operacji rosyjskich służb na terytorium bratniej Serbii (sic). Niemniej zaznaczył, że Serbia wzmocni działania kontrwywiadowcze.

Vučić jeszcze wczoraj był mocno zaniepokojony skandalem szpiegowskim, dziś już – po spotkaniu z ambasadorem Rosji w Serbii – spokojnie zapewniał, że mimo afery polityka zagraniczna Serbii nie zmieni się, a stosunki z Rosją pozostaną wzorcowe. „Nie zamierzamy wstępować do NATO ani Organizacji o Bezpieczeństwie Zbiorowym, nadal będziemy państwem neutralnym. Będziemy też kroczyć ku integracji z UE, ale przy jednoczesnym zachowaniu dobrych kontaktów z Rosją i Chinami” – powiedział.

Minister spraw wewnętrznych Serbii tymczasem pojechał do Moskwy na konsultacje z sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Rosji, Nikołajem Patruszewem. Patruszew był rozmówcą przedstawicieli władz Serbii w 2016 r. po spartaczonej robocie rosyjskiego wywiadu w Czarnogórze (opisałam to szczegółowo na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/11/19/balkanski-lacznik/). Wtedy dzięki obserwacji przez funkcjonariuszy serbskich służb specjalnych Eduarda Szyszmakowa vel Szyrokowa prokuratura Czarnogóry udowodniła jego udział w przygotowaniu przewrotu przed wyborami parlamentarnymi w tym kraju.