Archiwa tagu: Syria

Plutoniczna miłość Władimira

6 października. Tekst zawierający w ultymatywnej formie postulaty Moskwy pod adresem Waszyngtonu powstawał najprawdopodobniej w wielkim pośpiechu, dużo w nim chaosu i spontanu.

Chodzi o ustawę, której projekt prezydent Putin wniósł w trybie ekstraordynaryjnym do Dumy. Tekst zawiera spis czynności, które Stany Zjednoczone powinny – najlepiej natychmiast – wykonać, aby skłonić Rosję do przychylności i powrotu do współpracy w dziedzinie utylizacji wzbogaconego plutonu. Dlaczego Moskwa wycofuje się z realizacji porozumienia z USA w sprawie plutonu? Bo zmieniła się bardzo atmosfera na linii Moskwa-Waszyngton, wujek Sam bruździ, zagraża bezpieczeństwu Rosji, Rosja musi więc zadbać o swoje interesy. A w ramach tej troski o bezpieczeństwo żąda od Stanów, aby:

– zniesiono sankcje

– anulowano ustawę Magnitskiego (na jej podstawie w 2012 wprowadzono indywidualne sankcje wobec osób, podejrzewanych o sprawstwo śmierci prawnika Hermitage Siergieja Magnitskiego)

– zredukowano infrastrukturę wojskową z państw, przyjętych do NATO po 2000 r. (m.in. państwa bałtyckie)

– odwołano postanowienia amerykańskich aktów prawnych popierających Ukrainę

– wypłacono rekompensatę za straty spowodowane sankcjami zachodnimi i antysankcjami rosyjskimi.

Tylko tyle. A gdy USA wypełnią te żądania, wtedy będzie można porozmawiać o nowym porozumieniu w sprawie plutonu oraz innych ciekawych rzeczach, które interesują Rosję w międzynarodowych grach.

Żądania wygórowane? To mało powiedziane.

Władimir Władimirowicz staje się coraz mniej przewidywalny. Od decyzji do decyzji droga krótka. W kremlowskich gabinetach od pewnego czasu najwidoczniej nie dzieli się już włosa na czworo, nie przewiduje dalekosiężnych konsekwencji takiego czy innego posunięcia. Ciach, ciach. Wywracamy stolik, gdy coś idzie nie po naszej myśli. I niech się inni martwią.

Plutonowy wyskok Putina nastąpił w momencie dla Rosji niekorzystnym. Kilka dni wcześniej świat wysłuchał raportu JIT, grupy śledczych pracujących nad wyjaśnieniem przyczyn katastrofy nieszczęsnego samolotu pasażerskiego Maleysian Airlines nad Donbasem (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/09/30/lepsza-rosyjska-prawda/). Wynika z niego, że feralny Buk, który zestrzelił samolot, przyjechał z terytorium Rosji i potem tam powrócił. Kreml nie ma dobrej odpowiedzi na te zarzuty, plącze się w zeznaniach, kluczy, mataczy, wznosi groźne okrzyki. I liczy, że gra na czas i zaprzeczanie oczywistości wystarczą. Ponadto światowe media rozkrzyczały się o zbombardowaniu szpitala w syryjskim Aleppo, przypisując winę za to Rosji i jej klientowi, Asadowi. W artykułach w „New York Times” (i nie tylko) sugerowano, że na Kremlu zapanowała panika.

I stąd być może ten dziwny projekt ustawy, swoista ucieczka do przodu, ponowne wyrwanie kart z rąk partnerów, pospieszne ich przetasowanie i komunikat, że rozdajemy i licytujemy od nowa. Z tym że teraz na stole leży pluton. Jak za starych dobrych lat zimnej wojny.

Julia Łatynina na łamach „Nowej Gaziety” twierdzi, że Kreml postanowił wycofać się z porozumienia o utylizacji plutonu dlatego, że Amerykanie zmienili zamiary co do metod utylizacji ze względu na wielkie koszty metod przewidzianych w umowie, zakład, który miał się zajmować utylizacją, nie powstał. No i Putin się o to za nich obraził, powiedział, że w takim razie w ogóle z Obamą zrywa i podpisał dekret o zawieszeniu realizacji plutonowego porozumienia. A przy okazji wyłuszczył „wsiu prawdu matku”, co myśli o zdradzieckich Pindosach (obraźliwe określenie Amerykanów w potocznym języku rosyjskim), którzy mu się nieustannie plączą pod nogami, gdy on tutaj Rosję dźwiga z kolan.

Jednym z pól, gdzie rozgrywa się rywalizacja z Zachodem, jest Syria. I to jeszcze jeden ważny element tła decyzji o wycofaniu się z porozumienia o utylizacji plutonu. Bo przecież w przeddzień Stany Zjednoczone ogłosiły, że przerywają kontakty z Moskwą w ramach prób pokojowego uregulowania konfliktu w Syrii. Waszyngton stwierdził tym samym, że wszelkie zabiegi o zawieszenie broni zakończyły się porażką. Czyli jako porażkę ocenił linię polityczną sekretarza stanu Kerry’ego, który chciał się z Rosją dogadywać. Minister Ławrow od lutego mydlił oczy swojemu amerykańskiemu koledze, obficie bił dyplomatyczną pianę podczas długaśnych negocjacji „na wyczerpanie przeciwnika”, tymczasem Rosja dbała o interes swój i Asada i ani myślała z tego rezygnować. Rosyjskie lotnictwo (rzekomo wycofane kilka miesięcy temu) wraz z syryjskimi siłami rządowymi prasowało wrogów Asada, nie zważając na Amerykę.

A jeszcze przecież na to, co dzieje się na linii Moskwa-Waszyngton, trzeba popatrzyć również w kontekście zbliżających się wielkimi krokami wyborów prezydenckich w USA. Głosowanie blisko, coraz bliżej. Może ta wymieniona na wstępie lista żądań Putina to szkic do planu rozmów z nową amerykańską administracją.

Palmyranasz i rosyjski Rambo

30 marca. Od wielu dni rosyjska telewizja na wszystkich kanałach dmie mocno w rożki zwycięstwa: oto ze starożytnego miasta Palmyry wyparte zostały oddziały barbarzyńców z tzw. Państwa Islamskiego. Wojska rządowe Asada przy wsparciu rosyjskiego lotnictwa (jak się okazuje, nie za wiele wycofali) weszły do miasta, znajdującego się przez wiele miesięcy we władaniu wandali, niszczących bezcenne zabytki, siejących terror. Powodów do zadowolenia jest kilka. Już samo to, że wspierany przez Kreml polityk odnosi na froncie sukcesy. Poza tym, ocalono przynajmniej część eksponatów we wspaniałym muzeum, nad którym znęcali się degeneraci z PI. Podanie ludowi na tacy sukcesu może trochę podpompować flaczejący ostatnio ranking Putina.

Kremlowska buchalteria stara się pokazać po stronie zysków z operacji syryjskiej mnóstwo plusów, a po stronie strat – zero. Ale ten rachunek jest znacznie bardziej skomplikowany i niejednoznaczny. Nie znamy protokołów z posiedzeń Rady Bezpieczeństwa FR, na której Putin podejmował z najbliższymi współpracownikami decyzje o włączeniu się Rosji do rozgrywki na Bliskim Wschodzie. Nie wiemy zatem, jakie były rzeczywiste cele militarnego wejścia do gry. Możemy się jedynie domyślać. Znamy cele deklarowane – pokonanie tzw. Państwa Islamskiego, powstrzymanie jego marszu na Rosję już na dalekich rubieżach. Czy to się udało? Np. wczoraj i dziś doszło do ataków na policję w Dagestanie (w zamachach zginął jeden policjant, kilku zostało rannych), przyznało się do nich Państwo Islamskie (brak oficjalnego potwierdzenia). Dzisiaj w Moskwie zatrzymano kilku gości, którzy prowadzili werbunek do sił Państwa Islamskiego. W Moskwie, nie na dalekich rubieżach, nie na niespokojnym ciągle Kaukazie. Media donoszą, że „obywatele Rosji przelali terrorystom miliony rubli na „wojnę z niewiernymi”. Więc chyba jednak nie odrzucono islamistów od terytorium Rosji, jak to było w oficjalnym planie. Dalej: czy wysadzenie samolotu wiozącego rosyjskich turystów z Egiptu nie było odwetem za interwencję Rosji w Syrii, czy ludzie, którzy wtedy zginęli, nie są ofiarami polityki Putina, który cynicznie walczy o miejsce przy lepszym politycznym stole?

Informacje o bojowych ofiarach też są wstydliwie wypierane i z medialnego pola, i ze społecznej świadomości. Hybrydowa wojna – hybrydowy honor.

We wczorajszym wydaniu petersburskiej gazety „Fontanka” (http://www.fontanka.ru/2016/03/28/171/) czytamy: „Straty Rosji w Syrii to dziesiątki zabitych. Ale biuro prasowe ministerstwa obrony nie kłamie, zaprzeczając – ci bojownicy nie należą do ewidencji resortu”. To żołnierze prywatnej firmy Wagnera. Ciekawostką jest to, że za bojowe zasługi na syryjskim (a także ukraińskim) froncie panowie od Wagnera otrzymują całkiem urzędowe ordery, decyzje o ich przyznaniu podpisuje osobiście prezydent Putin.

Jak piszą autorzy opracowania, firma Wagnera oficjalnie nie istnieje. Nie ma bowiem podstaw prawnych, na mocy których można byłoby zarejestrować firmę mającą w swej dyspozycji transportery opancerzone czy haubice (podstaw prawnych nie ma, bo władze obawiają się – jak powiedział szczery Żyrinowski – że takie rejestrowane i istniejące w ramach prawa prywatne armie mogłyby przejść do partyzantki i zagrozić władzom).

Ale taka firma istnieje i działa bez przeszkód. Na jej czele stoi doświadczony pies wojny posługujący się pseudonimem Wagner. Pod jego dowództwem od 2013 r. działał tak zwany Korpus Słowiański. W 2014 r. był na Krymie, potem w obwodzie ługańskim. A od jesieni ubiegłego roku – w Syrii.

Dziennikarze „Fontanki” przyjrzeli się bliżej działalności korpusu. Wagner to, wedle ich enuncjacji, podpułkownik rezerwy Dmitrij Utkin, lat 46, zawodowy wojskowy, służył w specnazie (według innych źródeł – w GRU), potem pracował dla Moran Security Group, ochraniającej statki przed piratami. W 2013 r. wziął udział w nieudanej ekspedycji, mającej na celu wsparcie Asada w Syrii. Po powrocie z niesławnej wyprawy Wagner zaczął działać na własny rachunek, sam zorganizował „prywatną firmę wojskową Wagnera”. Pseudonim wybrał nieprzypadkowo – to hołd dla ulubionego kompozytora Hitlera, Utkin wielbi Trzecią Rzeszę (po Ługańsku paradował w niemieckim hełmie). Obecnie przebywa bądź w Syrii, bądź w obozie treningowym Molkino (Kraj Krasnodarski).

Kto walczył pod komendą Wagnera? Jak wynika z dziennikarskiego śledztwa „Fontanki”, np. Kozacy albo ludzie werbowani na Bałkanach.

Ilu ich było, ilu zginęło? Dziennikarze przyjrzeli się jednej kompanii, która walczyła w Syrii od września do grudnia ub.r. Spośród 93 ludzi zaledwie jedna trzecia powróciła do kraju – reszta zginęła lub została ranna. Najkrwawsze boje zaczęły się w roku 2016 pod Palmyrą. Nie udało się ustalić, ilu konkretnie żołnierzy Wagnera tam walczyło – może czterystu, może sześciuset. Jak walczą? „Fontanka” cytuje wypowiedź jednego z byłych podkomendnych Utkina-Wagnera: „Idziemy na pierwszy ogień, naprowadzamy lotnictwo, artylerię, staramy się wyprzeć przeciwnika. Za nami wchodzi asadowski specnaz, za nimi ekipy telewizyjne z Rosji”.

Ile zarabiają? 240 tysięcy rubli miesięcznie. To świetne pieniądze, więc chętnych jest znacznie więcej niż miejsc.

Oficjalnie rewelacji opisanych w „Fontance” brak. Ale przecież taki sukces jak zdobycie Palmyry musi mieć swojego bohatera. Do tej roli został wytypowany 25-letni Aleksandr Prochorienko, którego nazwano „rosyjskim Rambo” (http://eadaily.com/ru/news/2016/03/29/russkiy-rembo-vyzvavshiy-ogon-na-sebya-v-sirii-eto-sasha-prohorenko-iz-orenburga). Według oficjalnej wersji, oficer został zabity podczas wykonywania specjalnego zadania polegającego na naprowadzaniu rosyjskich samolotów z bazy w Chmejmim na pozycje przeciwnika wokół Palmyry. Rosyjskie ministerstwo obrony potwierdziło, że w walkach w Syrii zginęło w czasie trwania operacji sześciu rosyjskich wojskowych. Szóstym był właśnie wspomniany Rambo.

Putin polecił rosyjskiemu ministerstwu obrony okazać wszechstronną pomoc w rozminowaniu Palmyry. Zaraz też rozległy się głosy, że Rosja chętnie weźmie udział w odbudowie miasta. „Cóż za świetny powód do rozpiłowania budżetu” – zakrzyknęli zaraz komentatorzy w sieci. „Zlecenie dostanie Rotenberg [bliski współpracownik Putina, który zrobił kokosy na zamówieniach rządowych] i zbuduje do Palmyry most, który powinien zbudować na Krym”. „Ci rosyjscy wojskowi, którzy zostali wycofani z Syrii, teraz powrócą, aby rozminować Palmyrę”.

Tak czy inaczej to doskonały powód, aby wycofując się z Syrii, nadal tam pozostać.

Mały reset marcowy

25 marca. Ostatnie rosyjskie zabiegi wokół Syrii sprowadziły do Moskwy sekretarza stanu Johna Kerry’ego. Wszyscy zwrócili uwagę na wielką tekę, jaką ze sobą przytargał.

Moskwie udało się doprowadzić do zawieszenia broni w Syrii na swoich warunkach – przymusiła ona do zamilknięcia armaty ugrupowań opozycyjnych, a sobie i armii Asada pozostawiła prawo do bombardowań i innych działań zbrojnych „w razie potrzeby”. Potrzeba, jak się okazuje jest, i to niemała. Wczoraj nadeszły informacje o śmierci oficera rosyjskiego specnazu pod Palmirą (według innych źródeł, zginęło kilku Rosjan, którzy byli najemnikami, zwerbowanymi przez prywatną agencję). O miasto trwają od kilku dni intensywne walki, siły Asada donoszą, że są bliskie zdobycia tego ważnego ośrodka.

Kerry przyjechał, aby z ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i prezydentem Putinem ustalić dalsze kroki. Według enuncjacji prasowych, Kerry został przysłany, by dowiedzieć się od Rosjan, dlaczego wycofali swoje siły (częściowo) z Syrii. Bo istniały obawy, że teraz Moskwa zechce je wysłać na Ukrainę. Sądząc z enigmatycznych, ale optymistycznych wypowiedzi Kerry’ego, został on w tym względzie uspokojony. Chyba tym razem nie było zresztą powodów do niepokoju.

Po spotkaniu podano, że i Rosja, i USA będą dążyć do zorganizowania bezpośrednich rozmów pomiędzy syryjską stroną rządową a opozycją. W trakcie tych rozmów ma zostać ustalony kalendarz okresu przejściowego przed przyjęciem konstytucji, wyborami etc. Rosja nadal trwa jednak przy Asadzie, którego Stany nadal chcą się pozbyć. W tym miejscu węzełek się zaciska.

Sprawa syryjska była przygrywką albo, jak wolą niektórzy komentatorzy, taranem, który umożliwił Putinowi przełamanie izolacji międzynarodowej, w jakiej znalazł się on po aneksji Krymu i interwencji na wschodzie Ukrainy. Teraz negocjacje dotyczące uregulowania sytuacji w Syrii są wykorzystywane przez rosyjską dyplomację do poszerzania obszarów „do obowiązkowego obgadania” w szerszym gronie. Tym obszarem numer jeden pozostaje Ukraina. Przy tym ukraińskim stole Rosja chce dyktować swoje warunki. Stany odpowiadają, że może częściowo zdejmą sankcje z Rosji, jeśli porozumienia mińskie zostaną w pełni implementowane. Czy zostaną? Kiedy? Jednym z punktów jest odzyskanie kontroli przez Kijów nad granicą z Rosją. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że to Himalaje. Uszczelnienie granicy odznaczałoby odcięcie separatystów od źródeł broni, specjalistów wojskowych, wreszcie pomocy finansowej z Rosji. Ograniczyłoby to Rosji możliwość wpływania na sytuację w Donbasie, a zatem i na Ukrainie. A przecież plan powstrzymania Ukrainy w jej deklarowanym marszu na Zachód, w stronę UE i NATO, zakłada rozjątrzanie sytuacji na tych terytoriach, a nie uregulowanie sytuacji, odbudowę i święty spokój.

Teraz najwidoczniej i ze strony Rosji, i ze strony USA mamy fazę nawijania makaronu na uszy, jak najczęstszych kontaktów, kontrolowanego rozluźniania atmosfery. Na razie bez zasadniczych zmian i zobowiązań.

Jak wspomniałam na wstępie, Kerry miał ze sobą wypchaną tekę. Co w niej miał – nie wiemy. Tego dowiedział się podobno tylko sam Putin. Ale co zobaczył? Nie wyjawił.

Kerry upomniał się na Kremlu o Nadiję Sawczenko, skazaną na 22 lata łagru w ustawionym politycznym procesie za rzekome spowodowanie śmierci rosyjskich dziennikarzy podczas walk w Donbasie w 2014 r. Kreml ze swej strony położył na stole los dwóch Rosjan, którzy siedzą w amerykańskich więzieniach: „handlarza śmiercią” Wiktora Buta i handlarza narkotykami pilota Konstantina Jaroszenki. A Putin oświadczył, że o uwolnieniu/wymianie Sawczenko będzie można porozmawiać „w odpowiednim czasie”.

Równolegle o podjęciu kroków na rzecz uwolnienia Sawczenko rozmawiali telefonicznie Petro Poroszenko i wiceprezydent Joe Biden. Obaj potępili skazanie ukraińskiej pilotki przez rosyjski sąd i ustalili, że będą działać. Ale kartę Nadii Sawczenko trzyma w rękawie Putin i to on podejmie decyzję.

Słowo klucz na najbliższy czas w stosunkach Rosji ze światem to wymiana. Kogoś się wymieni na Sawczenko, coś na coś się wymieni z USA w Syrii albo na Ukrainie. Albo tylko się powie, że coś się da, w czymś ustąpi, a jak będzie naprawdę, to się jeszcze zobaczy.

Wychodzimy, ale zostajemy

17 marca. Najpierw była długa nocna narada u Putina – Rada Bezpieczeństwa obradowała o sytuacji ogólnej, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji gospodarczej. Komentatorom nie umknęła okoliczność, że bliski krąg współpracowników prezydenta obraduje pod osłoną nocy, w stalinowskich tradycjach – noc wszakże była ulubioną porą wytężonej pracy umiłowanego Ojca Narodów. Według oficjalnych komunikatów głównym tematem były kwestie ekonomiczne. Minęły cztery dni i znowu Putin zwołał naradę i też w porze dobranocki. Tym razem w gabinecie zasiadło tylko dwóch ministrów – obrony Siergiej Szojgu i spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Zebrani byli spięci. Spektakl, który rozegrał się przed kamerami, nie wyglądał na dobrze przygotowany. Wszyscy trzej smutni panowie mieli do powiedzenia ciekawe i w gruncie rzeczy radosne rzeczy: sprawy w Syrii przybrały znakomity obrót, oznajmili, zakładane cele zostały osiągnięte, mamy zawieszenie broni dzięki zabiegom rosyjskiej dyplomacji, cele tzw. Państwa Islamskiego zostały z powodzeniem zaatakowane i zniszczone, Asad wzmocniony, można wracać do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. „Polecam częściowe wycofanie rosyjskiego kontyngentu wojskowego z Syrii” – rzucił Putin. Nikt się tego nie spodziewał.

Wydawałoby się, że ogłoszeniu sukcesu w wojnie powinny towarzyszyć fanfary zwycięstwa, oczy autorów tego sukcesu powinny płonąć zadowoleniem, tymczasem panowie byli smutni „jak kondukt w deszczu pod wiatr”.

Wieczorowa pora, jaką niestandardowo wybrano na ogłoszenie komunikatu o wycofaniu części kontyngentu, może wskazywać, że adresatem tej szczęsnej wieści był Biały Dom. Na drugiej półkuli właśnie wstawał nowy dzień.

Czemu tak nagle Putin zdecydował się na ograniczenie kontyngentu? Powodów jest kilka. Niektóre można sformułować, inne pozostają w sferze zasłoniętej dla oczu postronnych. I może właśnie te ostatnie są decydujące. Po kolei. Pierwsze tygodnie po ogłoszeniu operacji lotniczej w Syrii i nieustannym bębnieniu w telewizji o deklarowanych osiągnięciach rosyjskiego lotnictwa wojskowego rankingi poparcia dla Putina nieco się podniosły, w społeczeństwie udało się zbudować przekonanie, że Rosja wraca jako główny gracz do światowej rozgrywki politycznej. Znowu jesteśmy wielcy, znowu się z nami liczą, ura! W imię odzyskania statusu wielkiego mocarstwa warto pójść na wyrzeczenia – podpowiadała propaganda. Ale ile można oglądać relacje z nalotów na domniemane cele terrorystów, gdy w lodówce hula wiatr. To przestało działać jako środek uspokajający społeczne niezadowolenie. Zwłaszcza że przecież militarna zabawa – choćby i daleko od granic – kosztuje i to niemało. Nie bez kozery wspomniałam o tajemniczej nocnej naradzie o kwestiach gospodarczych. Być może podczas tego posiedzenia podliczono przychody i rozchody i okazało się, że jeszcze gdzieś trzeba przyciąć, bo naprawdę budżet się nie dopina. W budżecie założono średnią roczną cenę ropy 50 USD za baryłkę, tymczasem w styczniu i lutym ceny były znacznie poniżej tej wartości. Teraz nic nie wskazuje, aby ropa miała znacznie odbić w górę. Pieniędzy zaczęło brakować. Może te wyliczenia miały jakieś znaczenie dla podjęcia decyzji o wycofaniu części wojska z Syrii, a może nie. Dotychczas było tak, że na wielkich politycznych celach nie oszczędzano – nie liczono się z kosztami anektowania Krymu, rozpętania wojny na wschodzie Ukrainy, zaczepnych lotów w pobliżu przestrzeni powietrznej państw NATO itd.

Popatrzmy na to, co Putin z Syrii wycofuje, a co zostawia. Wycofał w świetle kamer i z wielkim przytupem samoloty szturmowe i bombowce. Do kraju powróciły łącznie cztery grupy maszyn. Nie wiemy dokładnie, jak liczne było zgrupowanie – może kilka tysięcy wojskowych, może więcej. Nie wiemy też dokładnie, ilu rosyjskich wojskowych pozostanie. Na pewno nie zostaną wycofani doradcy, przydzieleni armii Asada. Na pewno pozostanie obsługa dwóch baz – morskiej w Tartus i powietrznej w Chmejmim. Na pewno na dyżurze pozostaną okręty marynarki wojennej na Morzu Śródziemnym i Kaspijskim. Pozostanie S-400 dla powstrzymywania ewentualnych zapędów Turcji. A wycofane samoloty w razie czego mogą szybko powrócić i znowu zaatakować antyasadowską opozycję, jeżeli rozmowy pokojowe w Genewie ułożą się po nie myśli Moskwy i jej faworyta. To wycofanie jest nawet nie tyle częściowe, ile pozorne, żeby nie powiedzieć hybrydowe.

Trwa zawieszenie broni, które wszelako nie przewiduje przerwania ataków na cele tzw. Państwa Islamskiego. Putin znów przymierza swoją ulubioną szatę gołębia pokoju. Przecież takiemu zwycięskiemu cezarowi nikt nie będzie np. wypominał, że w bombardowaniach prowadzonych przez dzielnych rosyjskich sokołów zginęli syryjscy cywile. Propaganda będzie teraz utrwalać hasło, że rosyjski kontyngent ma obecnie do wypełnienia cele pokojowe, a nie wojenne. Choć tak naprawdę Putinowi wcale nie chodzi o to, aby konflikt zakończyć. To wygodne narzędzie do rozgrywki z Zachodem i aktorami regionalnymi, przede wszystkim Iranem i Syrią. Znowu ustawiamy figury, od nowa gramy, zmieniamy dekoracje, stawiamy nowe cele, choć tamtych poprzednich (walka do pełnego zwycięstwa nad tzw. Państwem Islamskim i terroryzmem) nie osiągnęliśmy. „Die Welt” napisał: „to, że Putin wycofuje się teraz, zanim Państwo Islamskie zostało pokonane, świadczy o jednym: że deklarowany cel wcale nie był celem rzeczywistym operacji w Syrii”. To wiemy nie od dziś. Chodziło o wzmocnienie Asada i to się udało. Putin chciał tym samym powiedzieć Obamie, że nie podoba mu się amerykańskie popieranie ruchawek prowadzących do zmiecenia władz poszczególnych państw. I dlatego Rosja będzie popierać władze, choćby to byli krwawi dyktatorzy jak Asad.

Mamy zapewne do czynienia z kolejną próbą Putina przymuszenia reszty partnerów do rozmów na warunkach Rosji, pod innym szyldem. No i jeszcze Putin chce zadać Zachodowi szalenie ważne pytanie – czy ktoś, kto niesie pokój, nie zasługuje na to, aby wreszcie zdjąć z niego sankcje? Ale czy wszyscy uwierzą w niepokalaną reputację Rosji i rzeczywiście zapomną wszystkie jej wojenne grzechy i to nie tylko te na Bliskim Wschodzie?

Makaron na uszach

15 lutego. Nie od dziś Rosja prowadzi wojnę informacyjną na kilku frontach. Wrzucanie fake’ów z Krymu i Ukrainy było – i jest – jednym z filarów wojny hybrydowej. Teraz mistrzowskie lekcje daje też w związku z sytuacją w Syrii. Na pierwszej linii wojny informacyjnej walczą dziennikarze, trolle, pożyteczni idioci. Do tego zacnego grona dołącza też służba prasowa Kremla. I nie chodzi o wyćwiczone uniki i tricki przemilczania ważnych tematów w wykonaniu nosiciela drogich zegarków sekretarza Dmitrija Pieskowa, a o oficjalne komunikaty zamieszczane na stronie internetowej kancelarii prezydenta.

Wczorajszy wpis o konferencji w Monachium zakończyłam informacją, że prezydenci Rosji i USA rozmawiali przez telefon. Przypomnę: „Według oficjalnego komunikatu Moskwy (ze strony amerykańskiej jeszcze komunikatu nie ma), Putin ponownie wezwał do utworzenia wspólnego frontu walki z terroryzmem i zaznaczył, że Ukrainę trzeba przymusić do bliższych kontaktów z Donbasem” (całość tekstu tutaj: http://www.kremlin.ru/events/president/news/51312). Komunikat poszedł w świat.

Kilka godzin później swój komunikat o przebiegu rozmowy opublikował Biały Dom (https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2016/02/14/readout-presidents-call-president-vladimir-putin-russia). Zreferowano to wydarzenie zgoła inaczej: Obama wezwał Rosję do przerwania nalotów na pozycje umiarkowanej opozycji syryjskiej – strona rosyjska w ten sposób może odegrać pozytywną rolę, a także wskazał na konieczność natychmiastowego zapewnienia dostępu do zablokowanych rejonów Syrii w celu dowiezienia pomocy humanitarnej. I punkt drugi: prezydent Obama podkreślił konieczność wypełniania przez rosyjsko-separatystyczne siły na wschodniej Ukrainie postanowień Mińska 2.

Jak widać, Kreml bez zmrużenia oka nawinął na uszy słuchaczy długie nitki makaronu, czyli przedstawił własną wersję zgodną ze swoimi celami. A może wolał nie usłyszeć tego, co Obama miał do powiedzenia.

Zdejmowaniem produkowanego przez medialną obsługę Kremla makaronu zajmuje się kilka grup „śledczych”. Mają pełne ręce roboty – codziennie do przestrzeni publicznej trafia cała masa preparowanej papki quasi-informacyjnej. Jedną z takich grup jest „Łapszesnimałocznaja”, ta żartobliwa nazwa oznacza kogoś, kto zajmuje się zdejmowaniem makaronu (łapszy) z uszu. I z oczu, dodajmy, bo telewizja też przoduje w podrzucaniu publiczności wykręconego ogonem kota.

Stałym obiektem zainteresowania grupy „Łapszesnimałocznaja” jest generał major Konaszenkow referujący na briefingach w ministerstwie obrony postępy rosyjskiego lotnictwa w Syrii. W ostatnim takim materiale (https://noodleremover.news/konashenkov-lies-3fc61c8231fa#.nbbj4eac6) generał przekonywał, że oskarżenia strony amerykańskiej o zbombardowanie 10 lutego przez rosyjskie samoloty obiektów cywilnych na północy Syrii są bezpodstawne, natomiast tego dnia Aleppo bombardowały „po połnoj” samoloty amerykańskie. Stwierdzenia Konaszenkowa o amerykańskich nalotach na cywilne obiekty w Aleppo powtórzyła oczywiście rosyjska telewizja. „Łapszesnimałocznaja” sprawdziła detale oświadczenia Konaszenkowa, strony amerykańskiej i syryjskich użytkowników sieci, zamieszczających informacje o tym, co się dzieje na miejscu. Na podstawie analizy porównawczej „grupa dochodzeniowa” wyciągnęła wnioski: 10 lutego amerykańskich bombowców nie było nad Aleppo, nie bombardowały tego miasta również rosyjskie samoloty, o bombardowaniach tego dnia nie pisali również internauci. Fake nasz powszedni. „Mija piąty miesiąc rosyjskich bombardowań. Ministerstwo obrony przeszło od prób (nieudanych) udokumentowania tego, że nie ma nic wspólnego z ofiarami cywilnymi do opowiadania ewidentnych farmazonów. Sami wymyślili oskarżenia amerykańskiego pułkownika i sami je zdementowali” – pisze autor analizy.

Niedawno pisałam też o aferze, jaką rosyjskie media rozdmuchały wokół sprawy rzekomego uprowadzenia i zgwałcenia rosyjskiej trzynastolatki w Berlinie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/02/02/biedna-liza-chce-obalic-merkel/). Metoda z makaronem została zastosowana tu wedle prostych zasad gatunku: trochę prawdy, dużo nieprawdy, do tego emocjonalny komentarz, podkręcenie i pasztet gotowy. Strona niemiecka na początku w ogóle nie wiedziała, o co chodzi, a gdy otrząsnęła się z pierwszego oszołomienia i przejrzała materiały produkowane przez korespondenta rosyjskiej stacji 1 Kanał z Berlina, zawierające kłamstwa i manipulacje, wszczęła postępowanie prokuratorskie z paragrafu o „rozniecanie waśni między narodami”. Korespondentowi grozi za to do pięciu lat pozbawienia wolności (http://grani.ru/Politics/World/Europe/m.248403.html). Sprawa „biednej Lizy” została w rosyjskich mediach wyciszona. Ale nos medialnego Pinokia jest już tak pokaźny, że świata zza niego nie widać. Nowe tematy do nawijania makaronu na uszy na pewno niebawem się nawiną.

Konferencja niebezpieczeństwa

14 lutego. Rok w rok do Monachium przyjeżdżają politycy, aby porozmawiać o najważniejszych problemach światowego bezpieczeństwa. W tym roku zjechali się po raz 52. Problemów co niemiara, ale skupiono się na dwóch najważniejszych dla kontynentu europejskiego: nieuregulowany konflikt na wschodzie Ukrainy oraz gorąca wojna w Syrii.

Gdzie mowa o bezpieczeństwie, tam w centrum zainteresowania musi się znaleźć Rosja, powodująca nawracające bóle głowy w reszcie świata. Gdyby nie Rosja i jej agresywna polityka, nie byłoby tych dwóch głównych tematów konferencji.

Aneksja Krymu i rozpalenie ciągle tlącego się konfliktu na wschodzie Ukrainy ma w zamyśle Kremla wykoleić ukraińskie dążenia integracji z Europą. Na razie wykoleić się ich nie udało, więc Moskwa będzie blokować wszelkie próby uregulowania konfliktu w Donbasie, a w razie potrzeby – podgrzewać go. Aktualnie konflikt jest w stanie zawieszenia, bo Moskwie zależy na zademonstrowaniu, że ma pokojowe zamiary. Bo chce, aby Zachód zechciał w końcu zdjąć te okropne sankcje (na spotkaniu delegacji rosyjskiej z delegacją niemieckiego biznesu próbowano rozmiękczyć grunt).

Trwające niecałe pół godziny i zakończone bez rezultatu spotkanie formatu normandzkiego pokazało, że postanowienia Mińska 2 są martwe, strony okopały się na swoich pozycjach, a zegar zatrzymał się na szarej godzinie. Jedynym wyrywającym z drzemki epizodem spotkania było wystąpienie ministra spraw zagranicznych Ukrainy Pawła Klimkina, podczas którego zaprezentował on zdjęcia dostaw rosyjskiej broni dla separatystów i oznajmił, że Rosja znowu wzmacnia swoją obecność wojskową na wschodzie Ukrainy. Minister Ławrow oglądał w tym czasie swoje wypielęgnowane paznokcie i nie rzekł nic. Agresor w roli gołąbka pokoju czuje się świetnie, roli skruszonego pokutnika dla siebie nie przewiduje.

Drugim obszarem, w którym Rosja swoją interwencją militarną dołożyła mocno do pieca, jest Syria. I w Monachium ten temat był potraktowany szeroko. Obradowała grupa kontaktowa z Ławrowem i sekretarzem stanu USA Kerry. W depeszy agencji Reutera czytamy: „Światowe mocarstwa osiągnęły porozumienie o zawieszeniu działań militarnych w Syrii w ciągu tygodnia, a także o dostępie pomocy humanitarnej do oblężonych miast, ale stronom nie udało się uzgodnić całkowitego zawieszenia ognia ani zakończenia rosyjskich bombardowań […] Rosja nie zamierza przerywać bombardowań, które dotyczą Państwa Islamskiego i Frontu An-Nusra, afiliowanego z Al-Kaidą. Nasze siły powietrzne będą nadal operować przeciwko tym siłom – powiedział Ławrow. USA i ich europejscy sojusznicy utrzymują, że tylko niewielka liczba rosyjskich ataków skierowana jest przeciwko wskazanym grupom, większość wymierzona jest w grupy syryjskiej opozycji, popierane przez Zachód”.

I znowu Rosja wystąpiła w szacie rozjemcy w konflikcie, w który jest zaangażowana, w którym jest stroną. Owszem, rękawki w tej szacie są już mocno przetarte, ale partnerzy zdają się tego nie zauważać i biorą za dobrą monetę zapewnienia Moskwy o chęci dyplomatycznego uregulowania sytuacji w Syrii, o dotrzymywaniu przez nią umów, wierzą w jej otwarte łgarstwa. Andriej Malgin komentuje: „Rosja do spółki z Asadem nadal będzie niszczyć miasta, w których mieszkają przeciwnicy Asada, a raportować o zniszczeniu tysięcy sztabów Państwa Islamskiego. Na przedstawiane dowody będzie reagować jak zwykle: „Proszę to udowodnić”. Udowadniamy: oto fakty zebrane przez wywiad, oto zdjęcia, oto nagrania wideo, oto kobiety i dzieci zabite przez wasze bomby. W odpowiedzi znowu: „Proszę to udowodnić”. To jak rozmowa z bandytą „na zonie”. I tak zrobi po swojemu. Zachód zdradził syryjską opozycję. Jeśli dalej tak pójdzie, to niebawem nikogo już nie zostanie. Staną się uchodźcami. A Syria będzie się składała z dwóch części – kontrolowanej przez Asada i kontrolowanej przez Państwo Islamskie. Te dwie strony jakoś się dogadają. Taki stan rzeczy jak najbardziej odpowiada Putinowi, który część Asada uczyni swoją wielką bazą wojskową. Co prawda to będzie kosztować miliardy, ale czy Rosja kiedykolwiek oszczędzała na geopolityce? No i jeszcze w Syrii i Iraku istnieć będzie agresywny kurdyjski pas wzdłuż granicy z Turcją – żeby Turkom nie było za słodko. O to Rosja też zadba”. Czarna wizja.

Do tego niewesołego obrazka swoje pięć groszy dodał premier Miedwiediew. Jego pojawienie się na monachijskim forum odczytano jako chęć zaznaczenia, że Moskwa ma dobre zamiary i wyciąga rękę do Zachodu. W czasie, gdy był prezydentem, Miedwiediew na Zachodzie, szczególnie w Niemczech miał opinie liberała, z jego rządami wiązano wielkie nadzieje na odprężenie, modernizację i współpracę. W 2012 r. nastąpiło wielkie rozczarowanie, że jednak Putin wrócił na Kreml i wziął wszystko i wszystkich za twarz. A Miedwiediew? No cóż, na „technicznej” pozycji premiera firmuje politykę bossa i nie odgrywa samodzielnej roli. Czy zachodni politycy mają tego świadomość? Może tak, przynajmniej niektórzy. Po wystąpieniu Miedwiediewa, w którym mówił on o „nowej zimnej wojnie” i straszył Europę, owacji jakoś nie było.

Taką mamy dziś dziwną sytuację – Rosja próbuje jak w symultanie rozgrywać partie na kilku szachownicach. Na jednej ogrywa zdezorientowanych przeciwników, dostawiając z powrotem zbite figury i udając, że gra fair, a na innej oddaje pole i prosi o czas. Politolog Iwan Bunin twierdzi nawet, że wysłanie „miękkiego” Miedwiediewa miało być sygnałem do Zachodu: „my też jesteśmy Europą, nie wyrzucajcie nas”. Bo widać fiasko rosyjskiego „zwrotu na Wschód”. Jeśli by jednak tak miało być, to czemu Miedwiediew uciekł się do zimnowojennej retoryki, skierowanej pod adresem NATO? Rozgrywka na natowskiej szachownicy to temat na oddzielną rozprawkę (stałą obecność sił amerykańskich w Europie Środkowej, wielkie ćwiczenia wojskowe na zachodnich rubieżach Rosji, nadpobudliwość rosyjskiego lotnictwa itd.).

Kreml dziś rano poinformował, że prezydent Obama zadzwonił do prezydenta Putina. Tematem rozmowy były Syria i Ukraina. Według oficjalnego komunikatu Moskwy (ze strony amerykańskiej jeszcze komunikatu nie ma), Putin ponownie wezwał do utworzenia wspólnego frontu walki z terroryzmem i zaznaczył, że Ukrainę trzeba przymusić do bliższych kontaktów z Donbasem. Jeszcze jedna runda biegu na przeczekanie i zmęczenie przeciwnika.

Tania wojna, schowane córki i przepiękna markiza

17 grudnia. Stirlitz wiedział, że ludzie pamiętają tylko ostatnie pytanie. Tak go uczono na kursach w centrali w Moskwie. Prezydent Putin niewątpliwie kończył te same kursy. Tyle że w Leningradzie. Dał temu wyraz na dorocznej konferencji prasowej. Przyszło 1390 dziennikarzy, każdy rwał się zadać pytanie. Przecież wokół tyle się dzieje.

Dzieje się na przykład w Syrii. Prezydent zapytany o wydatki ponoszone na operację wojsk rosyjskich tamże, odparł, że rosyjska armia i tak musi mieć kasę na ćwiczenia. I dużo tej kasy wydaje, bo też ćwiczy na potęgę. A w Syrii po prostu sobie ćwiczy. W tych „zwyczajnych ćwiczeniach” giną ludzie. Strona rosyjska nie ma zwyczaju potwierdzać doniesień mediów (głównie zachodnich) o tym, że rosyjskie lotnictwo, atakując cele w Syrii, trafia w cywilów. To koszty nieprzeliczalne. Ale są i przeliczalne, które prezydent wszelako zbagatelizował. Powiedział, że te wydatki nie demolują budżetu państwa. „Może długo tam ćwiczyć bez wielkich strat” – powiedział z rozbrajającym cynizmem. Gazeta „Wiedomosti” jakiś czas temu podliczyła, że tylko wystrzelenie przez okręty Flotylli Kaspijskiej w dniu urodzin prezydenta (7 października) skrzydlatych rakiet Kalibr kosztowało co najmniej 500 mln rubli, a RBK (http://www.rbc.ru/investigation/politics/28/10/2015/562f9e119a79471d5d7c64e7) pod koniec października oceniło, że dziennie wojna w Syrii kosztuje Rosję dzienni co najmniej 2,5 mln dolarów (dolarów, nie rubli).

Temat Turcji zapalił w zmęczonych oczach upudrowanego prezydenta ogniki zapału. Turcja zestrzeliła samolot i zamiast przeprosić i szukać porozumienia z Rosją, poleciała na skargę do NATO. Prezydent zasugerował, że tureckie władze chciały przez to „liznąć Amerykanów”. Ach, ten łobuzerski szarm leningradzkiego podwórka.

Pytanie o obecność rosyjskich kadrowych wojskowych na Ukrainie w zeszłym roku wywołałoby sensację. W tym roku to było jedno z wielu pytań, które nawet niespecjalnie zainteresowały salę i głównego oratora. Owszem, Putin plątał się w zeznaniach: „Nigdy nie mówiliśmy, że tam nie ma ludzi, którzy zajmują się rozwiązywaniem konkretnych problemów w sferze wojskowości, ale to nie znaczy, że tam obecne są regularne rosyjskie wojska, poczujcie różnicę”. Czujemy, czujemy. Nikt by się zapewne o tych ludziach „rozwiązujących konkretne problemy w sferze wojskowości” nie dowiedział, gdyby nie wpadli w ręce Ukraińców. Albo zabłądzili. A tak w ogóle Rosja uważa Ukrainę za przyjaciela i nie ma zamiaru wywoływać konfliktu na wschodzie tego kraju. Gołąb pokoju znowu niecierpliwie macha żelaznymi skrzydłami.

Były takie dwa pytania, przy których prezydent Putin kasłał i chrząkał jak najęty (niektórzy komentatorzy mają taką roboczą tezę, że Putin chrząka, gdy łże): o „elitkę” – dzieci putinowskich notabli, którzy korzystając z wysokiej „kryszy” robią pieniądze, czasem niezgodnie z prawem (https://www.youtube.com/watch?v=kAwVJUq3MZY) i o niejaką młodą bizneswoman Katerinę Tichonową, która zawiaduje wielkim projektem na MGU. Dziennikarz zapytał, czy to córka prezydenta.

Wzorem prezydenta Putina, pilnego ucznia kursów Stirlitza, zacznę od ostatniego pytania. „Czytałem różne rzeczy w różnym czasie o Katerinie Tichonowej [ciekawe, dlaczego akurat o niej – ot, jedna z milionów młodych ambitnych, a tu się dowiadujemy, że prezydent czytał o niej w Internecie, no,no]… Czytałem, że moje córki mieszkają za granicą, ale teraz piszą prawdę – one mieszkają w Rosji i kształciły się wyłącznie w Rosji, na rosyjskich uczelniach. Jestem z nich dumny, nadal się kształcą i moje córki biegle posługują się trzema europejskimi językami. Używają ich w pracy. Stawiają pierwsze kroki na ścieżce kariery, ale już mają pierwsze sukcesy na koncie. Nigdy nie mówię o swojej rodzinie, nie będę tego robił i teraz”. A że Tichonowa zajmuje się projektem MGU, ach, to pytanie do rektora uczelni. Kaszlnięcie, chrząknięcie.

Odpowiedź na proste pytanie: czy to pańska córka?, nie padła. A kryminalne sprawki synów prokuratora generalnego Czajki? (Przypomnę, że niedawno Fundacja Zwalczania korupcji Nawalnego opublikowała film o schematach przestępczych wykorzystywanych przez dwóch synów Czajki; prokurator się zbiesił, walnął list, w którym wskazał… zleceniodawcę filmu, Billa Browdera, a do samych zarzutów się nie odniósł; metoda „łapaj złodzieja” jest znana i poważana w rosyjskich kręgach władzy). „Co się tyczy Czajki […] Musimy ustalić, czy dzieci złamały prawo czy nie”, czy tatuś im pomagał i też złamał prawo, czy nie. Administracja Prezydenta zajmuje się, ach, jak się zajmuje, wyjaśnieniem i studiuje materiały. Kaszlnięcie, chrząknięcie, kaszlnięcie.

Na pytania dotyczące cen ropy, cienkich pensyjek, wydłużenia wieku emerytalnego, nierzetelnego śledztwa w sprawie zabójstwa Borysa Niemcowa, smutnego losu dzieci inwalidów, opłat za drogi itd. (lista bolączek – długa), prezydent Putin odpowiadał jak narrator znanej piosenki o przepięknej markizie: no tak, padł koń, dom się spalił, wszystko się zawaliło, ale tak poza tym, przepiękna markizo, wszystko wspaniale! (https://www.youtube.com/watch?v=9DfFAlRmIBU).

Powtarzalnym elementem rytuału putinowskich konferencji jest zawsze dodatkowe pytanie od dziennikarzy zadawane już po zakończeniu oficjalnej części, w kuluarach. W poprzednich latach w takim trybie Putin oznajmił np. o ułaskawieniu Chodorkowskiego. W tym roku padło zagadkowe pytanie: Czy ma pan sobowtórów?

Rzeczywiście, w związku z tajemniczymi niedomogami prezydenta, po Internecie krąży mnóstwo doniesień o tym, że Putin ma sobowtóra, analizowane są fotki z różnych miejsc i okazji (np. http://rusjev.net/2015/03/17/istoriya-kremlevskih-dvoynikov-putina/ lub http://apostrophe.com.ua/news/world/ex-ussr/2015-09-13/v-seti-pozabavili-klassifikatsiey-dvoynikov-putina-opublikovano-foto/35157). Choć potwierdzeń oficjalnych, rzecz jasna, nie ma żadnych. Putin wzruszył ramionami, oznajmił, że sobowtóra nie ma. Ale podsunięte przez dziennikarzy zdjęcie domniemanego klona zabrał.

Turkobanderowcy w natarciu

27 listopada. Dialog dwóch Putinów, z których jeden nazywa się Erdogan, coraz bardziej przypomina pyskówkę. Władimir Władimirowicz ze zmarszczonym czołem upomniał swojego tureckiego odpowiednika, że za strącony przez tureckie siły rosyjski samolot Moskwie należą się przeprosiny. Na odpowiedź z Turcji nie trzeba było długo czekać: „nie będziemy przepraszać, jeżeli ktoś powinien przeprosić, to raczej ci, którzy naruszyli naszą przestrzeń powietrzną”, odparł Erdogan.

Moskwa od dwóch dni szykuje sankcje wobec Turcji. Rząd pracuje w pocie czoła nad wyznaczeniem kontraktów do zerwania. Embargo ma objąć tureckie pomidory, granaty, paprykę, cytrusy – lista jest długa. Kiedy Rosja wprowadziła embargo na żywność z Unii Europejskiej, dostawy z Turcji pozwoliły zastąpić ten dotkliwy brak na rosyjskim rynku. Teraz Rosjanom przyjdzie się obejść bez rachatłukum, winogron, a ponadto dżinsów i kożuszków. Po sieci krąży już wiele dowcipów na ten temat. Jeden z nich: „Synek pyta tatusia: – Ukarzemy Turcję? – Oczywiście. – A jak? – Będziesz mniej jadł”.

Erdogan wzruszył ramionami i powiedział, że te sankcje są „emocjonalną reakcją, niegodną polityków”. Ale na tym nie koniec: od stycznia 2016 roku Rosja wprowadza wizy dla obywateli Turcji. Popularne nadmorskie kurorty nie zobaczą rosyjskich turystów, a rosyjscy turyści – nadmorskich kurortów. Na początek ożywionej wymiany międzyludzkiej z Rosji wydalono 39 tureckich biznesmenów, podobno coś w papierach mieli nie tak.

Prezydent Putin oskarżył Turcję o czerpanie zysków z pokątnego handelku ropą naftową z Państwem Islamskim. Jego turecki bliźniak zaprzeczył.

„Ci, którzy stosują podwójne standardy w walce z terroryzmem, igrają z ogniem” – powiedział Putin. „W pełni się z tym zgadzam – oznajmił w odpowiedzi Erdogan. – Poparcie reżimu Asada w Syrii, który zabił 380 tysięcy ludzi, to igranie z ogniem. Uderzenia na ugrupowania opozycyjne, cieszące się uznaniem międzynarodowym, pod pretekstem walki z Państwem Islamskim – to igranie z ogniem. […] Radzimy Rosji szczerze, by nie igrała z ogniem”. Tymczasem w Symferopolu na Krymie urządzono pokazową akcję: podpalono kukłę wyobrażającą Erdogana. Kolejną kukłę Erdogana włożono do trumienki i ustawiono pod ambasadą Turcji w Moskwie, budynek został przy okazji obrzucony czym popadnie (http://nasedkin.livejournal.com/654207.html).

Oliwy do tego politycznego ognia dolał jeszcze premier Turcji, który przypomniał o istnieniu nieuregulowanego konfliktu za miedzą: o Górski Karabach. „Turcja zrobi wszystko, co w jej mocy, aby okupowane terytoria Azerbejdżanu [w Górskim Karabachu] zostały wyzwolone”. Czy to oznacza, że Turcja zamierza poprzeć swoich braci Azerów, którzy od dawna już ostrzą sobie zęby na Karabach, i wmieszać się w konflikt, podgrzewając go? To też igranie z ogniem, bo za będącą stroną w tym konflikcie Armenią murem stoi Rosja, mająca na armeńskim terytorium bazę wojskową. Minister spraw zagranicznych Turcji pojechał na rozmowy do Baku.

Dochodzi i do inicjatyw humorystycznych. Agencja RIA Nowosti donosi: „Deputowani Dumy Państwowej poparli ideę przywrócenia Hagia Sofia w tureckim Stambule Cerkwi prawosławnej. Ten krok pomógłby Turcji i islamowi zademonstrować, że dobra wola jest ponad polityką”. Jeden z deputowanych, krzykliwy Władimir Żyrinowski z trybuny grzmiał: „Stambuł jest bardzo łatwo zniszczyć – wystarczy jedną bombę atomową zrzucić i miasto zostanie zmyte. To będzie straszna powódź, wody podniosą się o 10-15 metrów i miasta nie będzie, a tam mieszka 9 milionów ludzi”. Bloger Andriej Malgin przypomina: „Władimira Wolfowicza [Żyrinowskiego] można zrozumieć. W młodości przez miesiąc siedział w tureckim więzieniu, z czego przez kilka dni w karcerze, te smutne wspomnienia pozostały mu w pamięci na całe życie. […] Teraz tylko bomba jądrowa jest w stanie wyrównać te stare rachunki”.

Zaniedbywany ostatnio w rosyjskich mediach temat Ukrainy – teraz obowiązują seanse nienawiści do Turcji – został nieoczekiwanie wskrzeszony w programie stacji Rossija 24: https://www.youtube.com/watch?v=RjMjQeT1k2E

„Na Ukrainie walczą teraz setki islamistów – mówi lektor. – To oficjalne dane ONZ. Trzy bataliony, które formalnie są podporządkowane Prawemu Sektorowi i korzystają z broni i infrastruktury. […] Mają wspólny cel – dżihad przeciw Rosji. Większość [bojowników] trafia na Ukrainę z Bliskiego Wschodu przez Turcję”. Oczywiście. Turkobanderowcy w natarciu.

Robaczywe kury, czyli nie potrzebuję tureckich plaż

25 listopada. Wygląda na to, że to koniec pięknej męskiej przyjaźni. Jeszcze pod koniec września prezydent Putin gościł prezydenta Erdogana w Moskwie na uroczystości otwarcia wielkiego meczetu. Ba, nawet dosłownie kilka dni temu w Antalyi na szczycie G20 obaj panowie spotkali się i rozmawiali, i pozowali fotoreporterom, ściskając sobie wzajem prawice. Wczoraj na linii Moskwa-Ankara rozpoczęła się epoka lodowcowa. Ale po kolei.

Szczyt był dla Turcji nieudany. Patroni uregulowania syryjskiej wojny zignorowali pozycję gospodarzy. Tymczasem Turcja bardzo pragnęła, aby jej pozycję w kwestii syryjskiej uwzględniono w dynamicznych politycznych układankach. Ankara chciałaby ukrócić ambicje syryjskich Kurdów (własnych zresztą też) i odsunąć od władzy Asada. W syryjskim teatrze wojennym wspiera antyasadowską opozycję i prowadzi jakieś niejasne gierki z Państwem Islamskim (nie ona jedna). Zachodni sojusznicy popatrują na te gry z dezaprobatą.

A tu jeszcze do gry wkroczyła pod koniec września Rosja, która ma w Syrii dokładnie odwrotne cele niż Ankara. To mocno wzburzyło kręgi polityczne nad Bosforem. Najbardziej bodaj to, że Rosja – głośno deklarując ataki na cele Państwa Islamskiego – zwalcza antyasadowską opozycję wspieraną przez Erdogana. I to zwalcza ją, latając nie tylko po syryjskim, ale i tureckim niebie.

Turcja na dodatek została pominięta w nowym rozdaniu, jakie następuje po zamachu na rosyjski samolot pasażerski nad Synajem i zamachach fundamentalistów w Paryżu. Chęć zacieśnienia współpracy ponad podziałami pomiędzy Zachodem i Moskwą wyraziła Francja, Hollande podjął wysiłki, by zmontować jakiś alians. Interesów Turcji w tym układzie nie dostrzeżono. Co więcej, Putin mówił głośno, że podejrzewa Ankarę o sprzyjanie Państwu Islamskiemu, co kazało spodziewać się jeszcze większego zmarginalizowania Turcji. Czy powtarzający mantry o odrodzeniu imperium Osmanów prezydent Erdogan, sięgający po dyktatorskie metody rządzenia, mógł przełknąć tak gorzką pigułkę?

Wczoraj doszło do zestrzelenia rosyjskiego samolotu Su-24, który naruszył przestrzeń powietrzną Turcji. Podniósł się wielki krzyk. Faktycznie – od lat pięćdziesiątych żadne z państw NATO nie strąciło rosyjskiego (radzieckiego) samolotu wojskowego. Światowe media już na cienkie plasterki rozwałkowały detale incydentu. Samolot wykonywał lot, który mógł spełniać dwa zadania: bombardowanie pozycji syryjskich Turkmenów (na pograniczu syryjsko-tureckim) i zakłócenia w pracy tureckich systemów dowodzenia i łączności; w przestrzeni powietrznej Turcji Su-24 przebywał 17 sekund, został zestrzelony po uprzednim ostrzeżeniu przez tureckie F16, jeden pilot zginął.

Prezydent Putin nazwał akcję tureckiego lotnictwa „ciosem w plecy ze strony poplecznika terrorystów”. Kreml sięgnął po bardzo mocne słowa. Ale jednocześnie po kilku godzinach wydał uspokajające komunikaty, że nie podejmie w odwecie akcji militarnej. Jedynie wzmocni swoją grupę w Latakii o systemy S300 (lub – wedle innych źródeł S400). Niejasne jest, jak dalece Rosja chce zwinąć współpracę gospodarczą z Turkami. Na razie wstrzymała wyjazdy turystyczne do popularnych wśród rosyjskich turystów tureckich kurortów nadmorskich, zapowiedziała jakieś sankcje handlowe, wprowadziła zakaz na sprowadzanie tureckich kur, porażonych podobno jakimś bakcylem czy robalem. Ale strategiczny handel ropą naftową i gazem pozostanie nietknięty: do Turcji nadal płynąć będą rosyjskie paliwa.

Incydent w niebie na pograniczu turecko-syryjskim utrudnia dogadywanie się Zachodu z Rosją. Jak pisze dzisiaj New York Times, „incydent pokazał ryzyka związane z akcjami rosyjskiego i natowskiego lotnictwa w Syrii w jednym teatrze działań wojennych. Osłabił także szanse na dyplomatyczny przełom w negocjacjach dotyczących Syrii. […] Prezydent Hollande spotkał się z prezydentem Obamą, aby przekonać go do ściślejszej współpracy z Rosją przeciwko Państwu Islamskiemu. Na tym tle decyzja Turcji, aby zestrzelić rosyjski samolot wojskowy, który atakował cele w Syrii, nasiliła jedynie rozbieżności pomiędzy Moskwą i NATO i zniweczyła próby skłonienia Rosji, by zaprzestała popierania Asada”.

Mocna odpowiedź Turcji na rozpychanie się Rosji nad Syrią jeszcze nie oznacza, że interesy Ankary zostaną uwzględnione. I przez sojuszników z NATO, i tym bardziej przez Rosję, która poczuła się dotknięta do żywego w swej dumie. Erdogan zaryzykował – pokazał, że może łobuzującemu rywalowi przyłożyć między oczy. Niedawno prezydent Putin wspominał z rozrzewnieniem, że leningradzkie podwórko, na którym się wychował, nauczyło go, że jeżeli ktoś rwie się do bójki, to lepiej wtedy uderzyć pierwszym. Zapewne nie spodziewał się, że tę lekcję tak weźmie sobie do serca turecki sąsiad. Moskiewski dziennikarz Anton Oriech: „Myśleli, że Turcy będą, jak pozostałe NATO, tylko się odgrażać i bezczynnie patrzeć, jak my się panoszymy. Tyle że Turcja to nie Zachód, a wujaszek Erdogan to nie Merkel, Hollande i Obama. On też potrafi walnąć. Putin myślał, że dopóki NATO gra wedle reguł, to on sobie może pozwolić na stosowanie metod ze swojego leningradzkiego podwórka. A Erdogan zagrał dokładnie w jego stylu, wedle metod stambulskiego podwórka”. Ajder Mużdabajew wrzuca kryzys w szerszy kontekst: „Gdyby nie było Krymnasza, nie byłoby tych wszystkich komplikacji. Ani wojny, ani zestrzelonych samolotów, ani ofiar, ani biedniejących obywateli, ani zakazów na loty do Egiptu i Turcji”.

Zapach pustki

21 listopada. Od czterech dni odbiorcy programów rosyjskiej telewizji mają okazję oglądać bezpośrednie transmisje z bombardowań Syrii dokonywanych w ramach operacji „Odwet”. Panowie generałowie opowiadają łamiącym się z emocji głosem, że „wykonano tyle a tyle samolotolotów (to nie literówka, tylko fachowe określenie liczby wykonanych wylotów), porażono tyle a tyle obiektów terrorystów, ataki spowodowały takie a takie straty”. Ilustracją tych sprawozdań są zdjęcia satelitarne lub wykonane z pokładu samolotów. Tu wybucha sztab terrorystów, a tu magazyn paliw – informują widzów dziennikarze łamiącym się z emocji głosem. Ten aspekt wybijany jest ostatnio na pierwszy plan: Rosja demonstruje, że świadomie niszczy ropę, którą handluje Państwo Islamskie, aby odciąć je od finansowania. Żadnych potwierdzeń, że Rosja bombarduje faktycznie Państwo Islamskie, a nie przeciwników Asada, z innych źródeł nie widziałam.

Jakie piękne są nasze bombowce „biały łabędź”; jak znakomicie, celnie, bezbłędnie rażą wyznaczone cele nasze wystrzeliwane z Morza Kaspijskiego skrzydlate rakiety Kaliber! – zachłystują się eksperci wojskowi łamiącym się z emocji głosem (http://tv.mk.ru/video/2015/11/20/rossiyskie-korabli-nanesli-udar-krylatymi-raketami-po-boevikam-v-sirii.html). „Rezultaty tak zwanej koalicji z USA na czele są równe zeru, w przeciwieństwie do sukcesów rosyjskiego lotnictwa” – dodaje z dumą łamiącym się z emocji głosem przewodniczący Dumy Państwowej Siergiej Naryszkin. Skoro nie chcą cię chwalić inni, chwal się sam.

W jednym z ostatnich programów informacyjnych „Wiesti” obszernie relacjonowano przygotowania do bombardowań: oto w lukach umieszczane są bomby, a na bombach żołnierze piszą: „za naszych”, „za Paryż”.

Znawca tematyki bliskowschodniej Gieorgij Mirski powątpiewa w znakomite wyniki rosyjskiej operacji wojskowej: „Bombardowania… Setny raz powtarzam: bombardować może każdy, a kto piechotę i czołgi wyśle? Nikt nie wysyła. Koalicja? Mamy już całe dwie koalicje, można je połączyć, stworzyć jedną pod wspólnym dowództwem USA i Rosji, proszę bardzo, ale kto pójdzie do ataku z giwerą przewieszoną przez ramię? Ci, którzy mogą i chcą walczyć, i tak walczą lepiej czy gorzej, mam tu na myśli rządowe armie Iraku i Syrii. Niektórzy nasi dziennikarze zachwycają się […], że syryjscy piloci dokonują cudów, wszak latają na starych samolotach. Rzeczywiście, trzeba umieć oderwać się od pasa startowego, przelecieć zadaną odległość, zrzucić bombę na przeciwnika, który nie ma nawet złamanego działa przeciwlotniczego. Istny cud, powiedziałbym nawet, niezwykły heroizm” (http://echo.msk.ru/blog/georgy_mirsky/1661394-echo/).

Rosyjscy komentatorzy zajmują się obficie rozważaniami, czy możliwe jest rozpoczęcie przez Rosję operacji lądowej. Wielu twierdzi, że nie tylko jest możliwe, ale wręcz nieuniknione. Spodziewano się, że wczorajsze połączone posiedzenie obu izb parlamentu (z którego pochodzi ten smakowity cytat Naryszkina) zwołane zostało po to, aby udzielić zgody na wysłanie wojsk lądowych do Syrii. Ale takiego wniosku nie rozpatrywano. Wygłoszono dyżurne mowy, rozbrzmiały dyżurne oklaski. Niektórzy wybrańcy narodu przysypiali bez żenady. Pachniało pustką.

W centrum zainteresowania nadal znajdują się wydarzenia związane z zamachami w Paryżu. W audycji rozgłośni Echo Moskwy politolog Stanisław Biełkowski powiedział ciekawą rzecz: „To jasne jak słońce. Putin wiedział o zamachach wcześniej, gdyż on ma sporą agenturę w Państwie Islamskim. Agentura to dawni członkowie partii Baas [rządzącej Irakiem za czasów Husejna], którzy dowodzą wojskowymi operacjami Państwa Islamskiego. To ludzie bliscy ZSRR i Rosji. A zatem rosyjskie służby specjalne mają swoją agenturę jeszcze od czasów iracko-irańskiej wojny. Patronat nad nimi sprawował Jewgienij Primakow”. Co jeszcze, zdaniem Biełkowskiego, świadczy o tym, że Putin zawczasu wiedział o paryskich aktach terroru? To, że momentalnie zareagował. Zwykle w sytuacjach trudnych, zaskakujących Putin się chowa. (Faktycznie tak było jeszcze od czasów tragedii nieszczęsnego Kurska, a ostatni przykład to długie milczenie po katastrofie rosyjskiego airbusa nad Synajem). „A tu dosłownie sekundę po zamachu pojawia się oświadczenie Pieskowa [sekretarza prasowego Putina] i Putin nieoczekiwanie wychodzi z cienia i gra dalej. […] Wykorzystał zamachy w Paryżu, aby powiedzieć światu, że koalicja jest niezbędna, że Rosję znów należy przytulić do kochającej piersi wspólnoty światowej”.

Jeśli rzeczywiście rosyjska agentura miała jakieś informacje i podzieliła się nimi z rosyjskimi władzami, a rosyjskie władze nie podzieliły się nimi z Francuzami, których teraz ogłaszają za głównych sojuszników, to fundament tych aliansów buduje się na piasku z wiatru i mgły. Na razie żadnych potwierdzeń ani dementi w tej sprawie nie ma.

Jeszcze zacytuję Stanisława Biełkowskiego, tym razem to fragment jego wpisu blogowego: „Pokonanie Państwa Islamskiego – czy to poprzez operację lotniczą czy naziemną – nie jest celem Putina. Jego celem jest pakt z Zachodem o podział sfer wpływów, walka z terroryzmem jest tylko instrumentem. Taka walka może trwać wiecznie. Łącząc z Zachodem wysiłki w walce z terroryzmem, Rosja liczy na całkowite lub choćby częściowe zniesienie sankcji, faktyczne uznanie Krymu za część Federacji Rosyjskiej, legalizację Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych jako quasipaństwowych tworów, znajdujących się w składzie Ukrainy formalnie, a faktycznie niezależnych, kontrolowanych przez Moskwę”.

Jeżeli taki jest cel Putina, a myślę, że to możliwe, to jeszcze długo będziemy słuchać o urodzie rosyjskich bombowców niosących bomby z krzepiącymi napisami, o niezłomnej postawie asadowskich wojsk i pieśni w rodzaju „Syrio, siostro moja, rosyjski brat cię obroni”: https://www.youtube.com/watch?v=01xIxPc0Xy8