Archiwum kategorii: Bez kategorii

Szklane domy na obrazku

Środowisko rosyjskich politologów od kilku dni trawi 66-stronicowego słonia: raport ekspertów InSoR (Institut Sowriemiennogo Razwitija, dosłownie: Instytut Współczesnego Rozwoju) o przyszłości Rosji. Barokowy opus z gatunku science fiction z domieszką political fiction.

W czasie, gdy Dmitrij Miedwiediew miał nadzieję zostać wyznaczonym przez Władimira Putina kandydatem na prezydenta i opiekował się tak zwanymi projektami narodowymi, InSoR miał za zadanie napełniać treścią ogólne zarysy. Następnie Miedwiediew został kandydatem, a potem i prezydentem. I znowu InSoR miał napełniać treścią zarysy, które nadal były ogólne, mimo że opiekun-podopieczny zajął całkiem konkretne stanowisko. A sam Miedwiediew w marcu 2008 roku stanął na czele rady patronackiej InSoR-u, co ekspertów instytutu zainspirowało jeszcze bardziej do napełniania treścią zarysów.

Na stronie internetowej instytutu figuruje informacja, że grupuje on najlepszych ekspertów, którzy mają za zadanie przygotowywanie rekomendacji i wypracowywanie dokumentów dotyczących najważniejszych kierunków polityki państwa. „Nie jesteśmy wyznawcami wąskich zasad ideologicznych, nastawieni jesteśmy na otwarty i uczciwy dialog o przyszłości Rosji”.

Jeden z czołowych ekspertów instytutu ekonomista Jewgienij Gontmacher wypłynął na szerokie wody medialne jesienią 2008 roku, kiedy w związku z narastającym kryzysem gospodarczym wystąpił z przestrogą: władze muszą się liczyć z protestami społecznymi, które wybuchną w związku z narastaniem problemów, spowodowanych kryzysem. Gazeta „Wiedomosti”, która opublikowała wtedy rozmowę z prof. Gontmacherem, została upomniana, że zamieszcza nieprzemyślane materiały, które mogą wywołać niepokoje społeczne. Władze wzięły sobie jednak do serca przestrogę i na wypadek niechcianych protestów społecznych przygotowały procedury mobilizacji sił prewencji, galwanizowały ORMO, jeszcze szczelniej zamknęły blokadę informacyjną wokół ewentualnych przejawów niezadowolenia społecznego.

Opublikowany 3 lutego raport Gontmachera i Igora Jurgensa „Rosja XXI wieku: wizerunek jutra, jakiego pragniemy” z grubsza proponuje: -/ odejście od kombinacji przeprowadzonych za prezydentury Putina w systemie politycznym (m.in. rezygnację z wydłużania kadencji prezydenta i parlamentu, przywrócenie wyborów gubernatorów i senatorów, zwiększenie liczby partii politycznych), -/ odświeżenie zaśniedziałej feudalnej gospodarki, -/ głęboki lifting przeżartych szkorbutem korupcji służb mundurowych, -/ zmniejszenie liczebności armii, -/ zapewnienie niezawisłości sądów, -/ członkostwo Rosji w organizacjach międzynarodowych, w tym w NATO i UE, -/ wolne media, -/ modernizowanie i intensywne gonienie krajów rozwiniętych. Autorzy zapewniają, że to jedynie materiał do przemyślenia i podstawa do dyskusji, a nie gotowy scenariusz dla władz.

Futurolodzy mają więc co robić, rozbierając na czynniki pierwsze wywody ekspertów InSoR-u. Dla praktyków ważniejsze wydaje się być pytanie: czy poza walorami literackimi dzieło Jurgensa–Gontmachera znajdzie zastosowanie w codziennej praktyce politycznej. A kluczowe w tym kontekście jest to, czy prezydent Miedwiediew obejmie patronat nad dyskusją i wreszcie sam napełni się treścią, bo jako samodzielny polityk zaprezentował się dotychczas jedynie w zarysie. I to nader ogólnym. Jego hasło modernizacji zawisło w powietrzu jak piłka tenisowa (po ostatnim posiedzeniu Rady Państwa w obecności Miedwiediewa Putin powiedział, że modernizacja jest bardzo fajna, ale konserwacja pionu władzy jeszcze fajniejsza, może to oznaczać, że piłeczka po tym smeczu wyjdzie na out).

Większość komentatorów odczytała tezy ekspertów InSoR-u jako jawną prowokację wobec Putina – realizacja postulatów raportu prowadzi w linii prostej do zwalenia całej misternej konstrukcji putinizmu. Wizja szklanych domów przyszłości ma się nijak do realnego pejzażu politycznego teraźniejszości, co więcej – ignoruje realia. Bo czy Miedwiediew mógłby stanąć na czele frondy zwolenników postępu wbrew patronowi-premierowi? Owszem, prezydent mówi czasem nieprzyjemne rzeczy o systemie politycznym Rosji, rzuca hasła, ale echo mu w tym lesie nie odpowiada, poza tym jego głos nie jest ani donośny, ani władczy. Miedwiediew na razie się nie wychylił poza ramy rządzącej korporacji i nie pokazał własnej mocy sprawczej. By dokonać tak doniosłych zmian, jakie przedstawili eksperci z InSoR-u, trzeba niezwykłej siły woli politycznej i woli walki, wizji przemian i odwagi, by stawić czoło przeciwnościom i przeciwnikom. W obecnej ekipie rządzącej nie widać żadnej z tych cech ani zamiaru podjęcia tego gigantycznego wysiłku dokonania przemian. Czy w takim razie raport jest imitacją zaproszenia do imitacji dyskusji czy jednak sygnałem, że części elit zaczyna dokuczać zastój?

Czy ktoś kołysze łódką?

W żadnym kraju władzom nie są miłe demonstracje protestu. Ale rosyjskie władze wszystkich szczebli, a w szczególności tych wyższych, są na protesty wyczulone wyjątkowo. Dlaczego? W uproszczeniu: poparcie społeczne jest legitymacją władzy. Stąd dbałość o pięknie wylakierowany obrazek telewizyjny i nerwowa reakcja na jakiekolwiek przejawy niezadowolenia.

Kiedy rok temu przez Kraj Nadmorski na Dalekim Wschodzie przetoczyły się oddolnie zorganizowane protesty przeciwko drakońskim cłom na wwożone z zagranicy samochody (Władywostok żyje ze sprowadzania japońskich używanych samochodów), władza centralna wpadła w popłoch. Do Władywostoku wysłano podstołeczny OMON, aby pałami wybił z głowy demonstrantom pomysły na kolejne protesty. Nałożono ścisłą blokadę informacyjną, rzecz wypłynęła do mediów i stała się znana dzięki opublikowaniu w Internecie zdjęć z demonstracji, której towarzyszyły dziarskie poczynania omonowców. Protesty we Władywostoku miały charakter ekonomiczny, polityczne hasła pojawiały się na manifestacjach (było ich kilka) sporadycznie.

Miał powstać ruch społecznego oporu, ale jakoś po kilku miesiącach sprawa przycichła.

Tym razem protest wybuchł z drugiej strony Federacji Rosyjskiej – w obwodzie kaliningradzkim. Demonstracja (na którą miejscowe władzy wydały zezwolenie) zgromadziła około dziesięciu tysięcy ludzi. Jak na niewielki obwód to bardzo dużo. Ludzie protestowali przeciwko wprowadzeniu wysokich opłat transportowych, które szczególnie boleśnie biją po kieszeni mieszkańców, żyjących ze sprowadzania samochodów z Europy. A przy okazji wyciągnięto inne bolączki – wysokie ceny na wszystko, lekceważący stosunek władz, pogarszającą się sytuację gospodarczą.

Oprócz postulatów stricte ekonomicznych podczas demonstracji zgłoszono hasła polityczne: żądano dymisji gubernatora (któremu zarzucano m.in., że nie umie bronić interesów mieszkańców i zgadza się na wszystkie regulacje wprowadzane przez krwiopijców z Moskwy) i premiera Putina, wznoszono okrzyki przeciwko partii Putina Jedinaja Rossija (na jednym z plakatów widniał napis: Jedinaja Rossija – jedina protiw rossijan).

W Kaliningradzie od kilku lat sytuacja się pogarsza – przysłany z Moskwy gubernator Gieorgij Boos (którego kadencja właśnie się kończy) miał za zadanie przykręcić śrubę miejscowym „układom”, skłócił się jednak z miejscowymi elitami, najważniejsze stanowiska powierzył kolegom z Moskwy i Petersburga (sytuacji to zasadniczo nie poprawiło, jeden układ zastąpił drugi układ). Wprowadzenie kilka lat temu niekorzystnych dla regionu przepisów, cofnięcie przywilejów (bez których, jak się wydaje, trudno jest żyć specyficznej kaliningradzkiej eksklawie), wypompowywanie środków do budżetu federalnego, wprowadzenie wiz schengeńskich, wreszcie – globalny kryzys gospodarczy wszystko to zaważyło na pogorszeniu się sytuacji regionu. Moskwa chce mieć kontrolę nad regionami, koncentruje władzę w centrum, dąży też do ujednolicenia polityki regionalnej (mimo wielkiego zróżnicowania potrzeb i możliwości poszczególnych podmiotów), co w przypadku Kaliningradu doprowadziło do frustracji elit i społeczeństwa i „wylało się” na ulicę.

Podobnie jak w przypadku demonstracji we Władywostoku, tak i teraz nie nagłaśnia się w rosyjskich mediach sprawy protestu w Kaliningradzie. Informują o tym gazety internetowe i tradycyjne, ale telewizja – nie. Według zasady „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Widocznie pracujący w centralnych kanałach telewizyjnych inżynierowie dusz ciągle nie są gotowi, by pokazać ogółowi społeczeństwa hasło: „Wszystkiemu winien jest Putin”.

Swoje polityczne pieczenie starają się upiec i partie opozycyjne – pozasystemowa „Solidarność” (organizator protestu) i koncesjonowani komuniści pod pachę z partią Żyrinowskiego (które się do protestu czujnie przyłączyły). Lokalne elity podgrzewają atmosferę wokół gubernatora, którego bardzo chciałyby się wreszcie pozbyć. Na razie poleciała głowa urzędnika w kancelarii prezydenta, który odpowiadał za kontakty z obwodem kaliningradzkim, do Kaliningradu przyjechał desant członków partii Jedinaja Rossija, mają się odbywać spotkania przedstawicieli władz z organizatorami protestu (na razie odwołano wyznaczone spotkanie gubernatora z szefem miejscowego oddziału „Solidarności”).

Wydaje się, że protest w Kaliningradzie ma zasięg lokalny i wynika z niedowładu miejscowych elit. Nie wiadomo, czy i jakie zostanie znalezione antidotum. Czy inne regiony mogą wziąć przykład z obwodu kaliningradzkiego (o ile będą miały szanse się dowiedzieć, że jakiekolwiek protesty miały miejsce)? Kryzys mocno podpiłował fundamenty spokoju społecznego, w wielu regionach – zwłaszcza tam, gdzie padają wielkie zakłady przemysłowe, utrzymujące całe miasta – sytuacja nie jest różowa. Do protestów może zatem – i zapewne będzie – dochodzić w oddzielnych ośrodkach. I z przyczyn, o których powyżej, wiadomości o nich będą wyciszane przez władze i zagłuszane doniesieniami z frontu propagandy sukcesu.

Szykujcie listy!

Jest taki rosyjski bard nurtu „wielkoruskiego oporu” – Aleksandr Charczikow. Kilka lat temu pisałam o nim pospołu z Wojciechem Góreckim na łamach Tygodnika Powszechnego (artykuł nosił tytuł „Na przykład Charczikow”).

Charczikow nieudolnie naśladuje manierę wykonawczą Władimira Wysockiego – imituje charakterystyczną chrypkę i przeciąga głoski. Na tym wszelkie podobieństwa się kończą. Dalej następuje w wykonaniu Charczikowa zmasowany atak na demokratów-judokratów, którzy sprzedali Rosję, Żydów, którzy wszystkich mają w kieszeni, Amerykanów, którzy wszystkim chcą zawładnąć (pod rękę z Żydami), homoseksualistów, którzy psują rodzaj ludzki pod każdym względem, wszelkich „czarnych” (niezależnie od koloru skóry to wszyscy nie-biali, np. Czeczeni, których podobnie jak przedstawicieli innych narodowości kaukaskich nazywa się w Moskwie „czarnymi”), którzy zagrażają jedynej kategorii prawdziwych ludzi – rasie białej. Charczikow uważa, że rozpad ZSRR to tragedia i pragnie odrodzenia mocarstwa w tych samych granicach i z tymi samymi możliwościami. Rozumowanie barda jest proste jak budowa cepa: ZSRR przepadł, gdyż ciemne siły zła, kierowane przez syjonistów, zawiązały spisek i zniszczyły ten idealny byt. Teraz podobny spisek ciąży nad Rosją, gdyż „Gudłaje” tylko to potrafią: spiskować, aby unicestwić prawych ludzi w ogóle, a sowieckich/ rosyjskich/białych w szczególności.

Pieśni w wykonaniu Charczikowa można bez żadnych ograniczeń słuchać i bezpłatnie pobierać z Internetu. Charczikow nagrywa, wydaje i rozprowadza bez przeszkód płyty (wydał ich łącznie 31), koncertuje (zresztą nie tylko w Rosji, ostatnio np. na Ukrainie). Nikomu nie przeszkadzały ostentacyjne wezwania do rozprawy ze znienawidzoną przez pieśniarza żydomasonerią (wszyscy gnębiciele wielkiej Rosji są, jak wynika z twórczości Charczikowa, Żydami), wyrżnięcia w pień Czeczenów, kapitalistów, sługusów Ameryki, gejów. Jak głosi hasło w Wikipedii, jego wiersze zostały umieszczone w trzytomowym almanachu rosyjskiej literatury XX wieku, opracowanym przez Rosyjską Akademię Nauk. Charczikow jest laureatem nagród m.in. „Za wierność Rosji” (2007), „Słowo dla narodu” (2006), członkiem Związku Pisarzy Rosji, zwycięzcą konkursów piosenki.

Charczikow wspierał – z „patriotycznych” pobudek – pułkownika Budanowa (rosyjskiego oficera skazanego w głośnym procesie za zabicie czeczeńskiej dziewczyny), zachwycał się wielkoruskim rozmachem Alaksandra Łukaszenki, wspierał braci Serbów, walczących z imperialistyczną zachodnią nawałą. Groch z kapustą, bez ładu i składu, wszystko ociekające nienawiścią z pozycji jedynie słusznej ideologii przeciwstawiania się Żydom, cyklistom, imperialistom i tak dalej według listy…

W ostatnich latach w „pieśniach oporu” Charczikowa pojawiły się nowe tematy (stare nadal są obecne). Bard występuje przeciwko rozpijaniu narodu, rozpowszechnianiu narkotyków. Na 130. urodziny Stalina ukazał się album z piosenkami Charczikowa, poświęconymi wielkiemu wodzowi. Pojawiła się też pieśń wyszydzająca putino-telewizję, putino-rządy w ogóle, a w szczególności wyjaśniająca pod czyim wpływem działa rosyjski przywódca: żona Władimira Putina, Ludmiła, która mówi, że jej imię odojcowskie brzmi Aleksandrowna, tak naprawdę „po tatusiu” jest „Abramowna” („Piesnia o teleputikach”). No i wszystko jasne. Publiczność na nagraniu, które można znaleźć w Internecie (piosenkę zarejestrowano na koncercie) bije brawo i rży ze śmiechu. W innej pieśni Charczikow wzywa Putina, by odpowiedział za zatopiony przez wrogów okręt „Kursk” i za inne błędy i wypaczenia.

W tym tygodniu sąd w Barnaule (Ałtaj) uznał opublikowany dwa lata temu tekst pieśni „Szykuj listy!” w miejscowej gazecie (i od lat dostępny w Internecie) za ekstremistyczny. Sąd dopatrzył się znamion rozbudzania wrogości społecznej (wezwanie „Szykujcie listy!” uznano za wezwanie do rozprawy z „wrogami”). Na tytułowych listach mieliby się znaleźć jak leci: dranie, którzy rozgrabili ojczyznę, chwalcy Ameryki, car Borysek i jego współpracownicy, przyjaciele Brzezińskich i Szarańskich, reformatorzy-judokraci, gajdary, czubajsy, abramowicze, narkomani, sodomici i wszelkie grupy ryzyka. I jeszcze na koniec autor zapowiada powrót anioła zemsty w postaci Stalina. Dlaczego akurat teraz i akurat to arcydzieło Charczikowa wpadło w oko ałtajskiej prokuraturze? I co dalej wyniknie z tego dla samego Charczikowa? Tego nie wiedzą najstarsi górale. To, że Charczikow jest ekstremistą, żadna nowina. Sam nawet napisał taką piosenkę „Jestem ekstremistą”. I nic. Ci, co chcieli posłuchać, posłuchali. Jedni popukali się w głowę, inni wzruszyli ramionami, jeszcze inni się zachwycili. Brednie zawsze zdobywały widownię, z różnych powodów.

Dziewczynka z fotografii

To było w 1936 roku, 27 stycznia. Kilkuletnia dziewczynka – Gela (Engelsina) Markizowa z Buriacji wręcza bukiet kwiatów Stalinowi podczas uroczystości na Kremlu. Wódz bierze dziecko na ręce, mruży dobre wodzowskie oczy w uśmiechu. Tę chwilę utrwala fotograf.

Następnego dnia wszystkie gazety opublikowały zdjęcie. Podpis głosił: „Dziękujemy towarzyszowi Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo”. Fotografia przedstawiająca uradowanego Stalina z dzieckiem na ręku i z bukietem kwiatów została rozkolportowana na milionach plakatów i pocztówek. Miała przekonać cały Związek Radziecki, ba, cały świat o tym, jak dobrze jest żyć w kraju budującym socjalizm i szczęśliwe społeczeństwo bezklasowe.

W ZSRR zaczyna się „szał na Gelę”. Rodzice ubierają dzieci w bluzy z marynarskim kołnierzem (taką miała na zdjęciu ze Stalinem mała Gela), u fryzjera każą ostrzyc dzieci „jak dziewczynkę ze zdjęcia ze Stalinem”.

Na podstawie fotografii rzeźbiarz Gieorgij Ławrow wykonał kompozycję „Stalin i Gela”. Rzeźbę powieloną potem w trzech milionach kopii (!), stały wszędzie – w parkach, na skwerkach, szkołach. Po powrocie do Buriacji Engelsina jest zapraszana na najprzeróżniejsze imprezy i fetowana. „Później tak fetowano naszych pierwszych kosmonautów” – powie w wywiadzie.

Można powiedzieć, że faktycznie rok 1936 to był rok szczęśliwy. W porównaniu z krwawą łaźnią kolejnych lat. Ojciec dziewczynki był partyjnym dygnitarzem w republice buriacko-mongolskiej. Ardan Markizow rok po pamiętnym spotkaniu na Kremlu został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Japonii, udział w organizacji panmongolskiej oraz sabotaż i planowanie spisku na życie Stalina. Został stracony w 1938 wraz z niemal całym kierownictwem republiki. Matka Geli, żona wroga ludu, też została aresztowana i zesłana do Turkiestanu, po czym zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Pięćdziesiąt lat później jej córka Gela w archiwach znajdzie notatkę szefa NKWD Turkiestanu do Ławrientija Berii: „Mieszka tu zesłanka Markizowa, ma pamiątki po Stalinie. Co robić?”. Dopisek Berii: „USUNĄĆ”. Dziękujemy towarzyszowi Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo.

Powstała niewygodna sytuacja. Wódz na słynnym plakacie trzyma na rękach córkę wroga ludu i jeszcze się uśmiecha. Co w takim razie zrobić z milionami plakatów i rzeźb „Stalin i Gela”. Zniszczyć? Wyciąć dziewczynkę? Inżynierowie dusz znaleźli wyjście: znaleźć „zamiennik”. Zatrzeć prawdziwą tożsamość dziewczynki. Przecież Stalin kocha wszystkie dzieci. Ta nowa „Gela” musi być odpowiednia – najlepiej pionierka albo sportsmenka.

Dobrano zmienniczkę: Mamlakat Nachangowa była przodownicą pracy z Tadżykistanu, wsławiła się zbierając bawełnę nowatorską metodą (oburącz). To nic że podobieństwa pomiędzy dziewczętami nie było, Tadżyczka była sporo starsza od Geli, inaczej zbudowana, inaczej ubrana. Łączyło je tylko jedno: obie kiedyś były u Stalina.

W całym Związku Radzieckim na rzeźbach Ławrowa wymieniono napisy: zamiast „Stalin i Gela” pisano „Stalin i Mamlakat”. Nikt nie pytał o powody metamorfozy. Rzeźbiarza Ławrowa „na wszelki wypadek” zesłano na piętnaście lat do łagru.

Gela po śmierci matki znalazła się w domu ciotki w Moskwie, skończyła szkołę, studiowała na uniwersytecie (na jednym wydziale z córką Stalina, Swietłaną). Wyszła za mąż, pracowała w Indiach. Zmarła w 2004 roku.

Po wielu latach Engelsina chciała nawiązać kontakt z Mamlakat Nachangową, ale była przodownica pracy nie miała ochoty na rozmowę.

Hackerzy i teoria roju

Strona internetowa „Nowej Gaziety” od wczoraj jest niedostępna dla czytelników. Członkowie redakcji tego zasłużonego periodyku, głoszącego idee społeczeństwa obywatelskiego i stawiającego władzy trudne pytania (w „Nowej” pracowała m.in. Anna Politkowska) przypuszczają, że powodem awarii był atak hackerski.

Rosyjskie internetowe fora dyskusyjne zastanawiają się, co mogło być powodem ataku. Jako jedną z najczęściej podawanych hipotez wymienia się opublikowanie w ostatnim numerze ostrej analizy Julii Łatyninej, komentatora „Nowej” (po ataku na stronę „Nowej” tekst Łatyninej „wywieszono” natychmiast w Livejournal, jest więc dostępny dla użytkowników Internetu).

Dziennikarka w tekście „Rój albo antypiekarz” analizuje system panujący w Rosji. Łatynina jest znana jako osoba uważnie patrząca na ręce władzy, kompetentnie opisująca zjawiska korupcyjne, przekręty gospodarcze, samowolę milicji, absurdy w polityce zagranicznej. Prowadzi stałą audycję w rozgłośni „Echo Moskwy”.

Jej zdaniem, zbudowany w Rosji system rządów prowadzi do degradacji. „System to nie jest odpowiednie słowo, by opisać podobną organizację. Słowo system zakłada istnienie jakiegoś porządku i centralne zarządzanie. W [przypadku Rosji] o wiele bardziej adekwatnym będzie słowo „rój”. Rój to wysoki poziom organizacji, który funkcjonuje jednakże w oparciu o najprostsze instynkty. […] Rój nie ma wspólnego rozumu, ma tylko indywidualne instynkty. Jedna część roju nie jest w stanie wydawać rozkazów drugiej. Właśnie dlatego polecenia zwierzchności w Rosji są wykonywane (feromon zwierzchności działa) tylko wtedy, kiedy stan hormonów podporządkowanego osobnika sprzyja temu, aby wykonać ten rozkaz. Jeśli generał mówi głodnemu majorowi: „Nie rusz”, major będzie żarł nadal. Jeśli generał powie sytemu majorowi: „Żryj!”, to major żreć nie będzie. Dla roju nie jest ważne, jeżeli poszczególne osobniki odmawiają życia wedle ogólnie przyjętych reguł. Nie wszyscy urzędnicy biorą łapówki. nie wszyscy milicjanci zabijają ludzi. W mieście, oddanym maruderom, nie wszyscy żołnierze będą kraść i zabijać. Ale na los mieszkańców tego miasta nie będzie to miało wpływu. Maruderstwo to najwyższa forma społecznej dezorganizacji. W zasadzie jesteśmy już jej bliscy”.

I jeszcze jeden fragment: „Pamięć. Rój nie ma rozumu, nie ma i pamięci. Rój nie pamięta, co było wczoraj. […] Nasz rządzący rój prezentuje absolutny brak pamięci. Dziś obrzucamy błotem WTO, do którego zamierzamy wstępować tylko pospołu z zaprzyjaźnioną Białorusią, a następnego dnia rugamy Łukaszenkę, który pod pretekstem unii celnej chce dostawać rosyjską ropę bez ceł. Przyjaźnimy się z USA we wtorki, czwartki i soboty, kiedy Putin spotyka się z Obamą, i odnosimy się wrogo w środy, piątki i niedziele, kiedy Putin wprowadza zakaz importu amerykańskiego drobiu lub odrzuca ideę amerykańskiego systemu antyrakietowego. System=rój nie pamięta, co mówił wczoraj, system reaguje tylko na dzisiejszy alergen”.

„Nowaja Gazieta” nie po raz pierwszy publikuje materiał, dający do myślenia władzy, a Julia Łatynina nie po raz pierwszy mówi i pisze otwarcie i bardzo krytycznie o stanie rzeczy w Rosji. Można się z jej tezami zgadzać albo nie – dziennikarka celowo wyostrza pewne sformułowania – ale jej teksty każą się zastanawiać nad stanem faktycznym.

Czy rzeczywiście hackerzy unieszkodliwili tekst, włamując się na stronę internetową „Nowej”? Przecież nadal można go przeczytać w Internecie. Na razie ani powód awarii, ani powód ewentualnego ataku hackerskiego są nie do rozstrzygnięcia. No i pozostaje kilka pytań, zawartych w tym tekście i bezlitosna diagnoza. I jeszcze pytanie o to, czy wojny internetowe mogą skutecznie ograniczyć wolność słowa w tej przestrzeni. Kilkakrotnie rosyjskie odpowiednie służby czuwające nad Internetem pokazały, że jeśli jakaś informacja zamieszczona w sieci uwiera członków najwyższych władz partyjnych i państwowych, to z przestrzeni znika (było tak kilka razy z informacjami dotyczącymi życia prywatnego prezydenta i premiera).

Galareta władzy

Jednym z rytuałów życia politycznego Rosji są posiedzenia Gossowieta – dosłownie: Rady Państwa, gremium zrzeszającego zwierzchników regionów. W ostatni piątek debatowano o systemie politycznym Rosji.

Rada Państwa została powołana w wyniku przebudowy systemu na początku prezydentury Władimira Putina, kiedy centralizowano władzę i podporządkowywano regiony centrum. Uprzednio gromadząca – wtedy pochodzących z wyboru – szefów regionów Rada Federacji, izba wyższa parlamentu, została zdekomponowana. Pozbawieni w wyniku reformy mandatów senatorskich gubernatorzy na otarcie łez dostali przywilej uczestniczenia w pracach Rady Państwa, ciała konsultacyjnego przy prezydencie, o niejasnych (nieokreślonych w konstytucji) kompetencjach. Dla Władimira Władimirowicza posiedzenia Rady były kilkakrotnie wygodnym miejscem zaprezentowania politycznego credo. Mimo że pan Putin nie jest już prezydentem, na piątkowym posiedzeniu to znowu on miał decydujące słowo.

Prezydent Miedwiediew był obecny i też zabierał głos, ale jego wystąpienie o budownictwie partyjnym w regionach (zauważył niebezpieczny przechył na korzyść panującej Jednej Rosji) i konieczności skorygowania systemu politycznego przebił barwnym powiedzonkiem pan premier. Kategorycznie zaprzeczył on, jakoby Jedna Rosja zmonopolizowała władzę (Putin stoi na czele tej partii, nie będąc wszelako jej członkiem). Tym, którzy byli niezadowoleni z przebiegu i wyników jesiennych wyborów lokalnych i zarzucali fałszerstwa na rzecz „partii władzy”, poradził, by nie szukali prawdy w Internecie, „gdzie 50% materiałów to porno”, a w sądzie. Sądownictwo w Rosji, jak wiadomo, jest ślepe jak Temida.

Ale najciekawsze były wypowiedzi Władimira Władimirowicza dotyczące głównego tematu posiedzenia. Owszem, przyznał rację swego bratu w tandemie, że system należy skorygować. Ale czynić to trzeba delikatnie, aby – i tu gwóźdź programu – nie dopuścić do ukrainizacji życia politycznego w Rosji, ale także nie doprowadzać do totalitaryzmu czy despotyzmu. „Każdy efektywny system polityczny powinien zawierać zdrowy poziom konserwatyzmu. System polityczny nie powinien trząść się i chwiać jak zbyt rzadka galareta przy każdym dotknięciu”.

Czyli konserwatyzm jest lepszy niż modernizacja (program Miedwiediewa), wybory bez wyboru lepsze niż walka wyborcza i w ogóle lepiej nie ruszać „putinowskiego pionu władzy”, a jeśli już, to tylko delikatnie skorygować.

Wygląda na to, że pan Putin jednak drży o stworzony za jego prezydentury system, który – choć prezentowany jest przezeń jak spiżowy – składa się z urzędniczej galarety, drżącej przy każdym podmuchu z Kremla, pozbawionej politycznej inicjatywy i nawet chęci uprawiania polityki.

Ciekawa jest dla mnie też perspektywa skrzyżowania jeża z wężem, czyli jak przy rekomendowanym przez premiera zakonserwowaniu systemu jednocześnie sprostać zakładającej istotne zmiany modernizacji rekomendowanej przez prezydenta. Tandemokracja nie z takimi cybernetycznymi łamigłówkami dawała sobie radę, może poradzi sobie i z tą.

List do wujka na wieś

Na linii Kijów-Moskwa zanosi się na kolejny skandal dyplomatyczny. Mianowany jeszcze w sierpniu ubiegłego roku nowy ambasador Rosji na Ukrainie Michaił Zurabow siedział przez te kilka miesięcy w domu. Prezydent Miedwiediew ostentacyjnie wstrzymał latem jego wyjazd, wyraźnie tym samym wskazując, że nie zamierza utrzymywać stosunków z Ukrainą rządzoną przez Wiktora Juszczenkę, który prowadzi, zdaniem Miedwiediewa, „antyrosyjską politykę”.

Moskwa z dystansem przygląda się tym razem wyborom na Ukrainie, choć trudno powiedzieć, że z obojętnością i jeszcze trudniej powiedzieć, że trzeźwo i racjonalnie wobec Ukrainy postepuje. Zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników pierwszej tury w rosyjskich kręgach politycznych z ulgą i nieukrywaną radością odnotowano przede wszystkim to, że do drugiej tury nie przeszedł Juszczenko. Odtrąbiono jego klęskę, wyprorokowano zejście ze sceny i przystąpiono do działania: z politycznej naftaliny wyciągnięto Michaiła Zurabowa. Prezydent przed kamerami telewizji spotkał się z nim i wydał polecenie wyjazdu. Demonstracyjnie podkreślił to, że Zurabow ma pojechać do „Kijowa bez Juszczenki”. „Mam nadzieję, że po wyborach w Kijowie nastanie konstruktywna władza, nastawiona na wypracowanie normalnych stosunków z Rosją” – podkreślił prezydent Miedwiediew. Niezależnie od tego, czy wybory ostatecznie wygra Tymoszenko czy Janukowycz, teraz – zdaniem Moskwy – na fotelu prezydenta Ukrainy zasiądzie ktoś, z kim – w przeciwieństwie do rusofoba Juszczenki – będzie można prowadzić dialog. W wielu rosyjskich komentarzach prasowych pobrzmiewała teza, że Juszczenko przegrał wybory właśnie z powodu tej swej rusofobii.

Juszczenko jest ciągle jeszcze urzędującym prezydentem Ukrainy (będzie nim do zaprzysiężenia nowego prezydenta). Komu Zurabow złoży listy uwierzytelniające? Kancelaria prezydenta Juszczenki zarekomendowała MSZ-owi, aby nie przyjmować listów uwierzytelniających nowego ambasadora Rosji, gdyż w papierach nie ma nazwiska prezydenta Ukrainy, na ręce którego listy mają być złożone. Zdaniem strony ukraińskiej brak nazwiska urzędującego prezydenta w dokumencie to naruszenie norm dyplomatycznych i chęć upokorzenia Juszczenki. Natomiast szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow oznajmił, że procedura wręczenia listów uwierzytelniających odbędzie się zgodnie z protokołem.

Juszczenko w programie telewizyjnym zapowiedział, że listów bez nazwiska prezydenta nie przyjmie. „Takich listów nie pisze się do wujka na wieś” – oznajmił. Jego zdaniem to wymóg formalny, ale szalenie ważny.

Można zadać pytanie, co spowodowało nagłe przyspieszenie w wysyłaniu siedzącego na walizkach od miesięcy Zurabowa? Czy nie rozsądniej byłoby poczekać jeszcze parę tygodni, aż hetmańską buławę weźmie w rękę kolejny prezydent? Po co Moskwie te zadrażnienia? Ukarać i poniżyć Juszczenkę? Małostkowe i kontrproduktywne. Ale też i charakterystyczne dla rządzącego Rosją tandemu: tego pana lubimy (np. Hugo Chaveza), to się z nim kolegujemy, całujemy i bratamy, a tego pana (np. Saakaszwili, Juszczenko) nie lubimy, to mu ręki nie podamy.  

Ciekawe, co będzie dalej z nieszczęsnym listem do wujka na wieś. Czy ten epizod będzie miał jakieś konkretne przełożenie na dalsze stosunki ukraińsko-rosyjskie?

PS z 25 stycznia. Po przybyciu do Kijowa ambasador FR Zurabow wręczył ministrowi spraw zagranicznych Ukrainy listy uwierzytelniające z uwidocznionym w nich nazwiskiem Wiktora Juszczenki. Do skandalu więc „na wejściu” – i dobrze – nie doszło.

Z życia pomników

Przypadek pierwszy. Pomnik Brązowego Żołnierza w Tallinie w 2007 r. przemieszczono z centralnego placu na cmentarz wojskowy. Sprawa spowodowała gwałtowne zaostrzenie stosunków rosyjsko-estońskich, w Tallinie wybuchły zamieszki wywołane przez mniejszość rosyjskojęzyczną, pod ambasadą Estonii w Moskwie odbywały się demonstracje członków agresywnie nastrojonej młodzieżówki prokremlowskiej, atakowano ambasadora, w mediach przez wiele dni trwała głośna wrzawa przeciwko „świętokradztwu, jakim był demontaż pomnika”, kalaniu pamięci wyzwolicieli, niewdzięczności wyzwolonych. Rosyjscy politycy wszystkich szczebli grzmieli, oskarżając Estończyków o chęć zweryfikowania historii, odebrania Związkowi Radzieckiemu zwycięstwa w wojnie itd.

Przypadek drugi. Niedawno w gruzińskim Kutaisi zdemontowano pomnik poświęcony żołnierzom radzieckim (tak na marginesie: zdemontowano z naruszeniem wszelkich zasad bezpieczeństwa, podczas niefortunnej akcji zginęła przypadkowa ofiara). Pomnik częściowo został już rozebrany w ubiegłych latach przez zapobiegliwych złomiarzy – niekonserwowana bryła rdzewiała i rozpadała się. Teraz wysadzono wielki betonowy blok. W Rosji znowu zagrzmiało. Premier Putin z błyskiem w oku rzucił propozycję odtworzenia pomnika w Moskwie (prasa pisze, że wyznaczono już nawet „chętne” firmy, które sfinansują przedsięwzięcie). Głosy oburzenia nie milkły przez wiele dni, na podłym prezydencie Gruzji wywieszano wszystkie okoliczne psy.

Przypadek trzeci. Pod koniec ubiegłego roku prezydent Uzbekistanu Islam Karimow odsłonił na centralnym placu stolicy Pomnik Uzbeckiego Żołnierza. Całkiem nowy pomnik stanął na miejscu starego Pomnika Radzieckiego Żołnierza, który zdemontowano i po którym ślad jakoś zaginął. Podczas uroczystości odsłonięcia nowego monumentu prezydent Karimow powiedział: „Jeśli porównywać nowo odsłonięty pomnik z poprzednim, który stał tu na przestrzeni długich lat i który był wyrazicielem ideologii starego ustroju, to myślę, że wszystko jest jasne bez żadnych komentarzy”.

I rzeczywiście – komentarzy na razie brak. Rosyjskie media milczą jak zaczarowane, niewielkie wzmianki o zamianie pomników w Taszkencie pojawiły się w kilku gazetach, ale bez krzykliwych komentarzy i rwania włosów z głowy, dzielna młodzieżówka jeszcze niedawno zrywająca sobie gardła pod ambasadą Estonii czy pod domem dziennikarza, który napisał coś krytycznego o części weteranów wojny, dziś siedzi w domu, na stronie internetowej zamieściła krótki bezzębny komunikat. Przedstawiciel rosyjskiego MSZ przeprowadził rozmowę z ambasadorem Uzbekistanu w Moskwie, w której wyraził „zaniepokojenie”. Łagodnie, bez emocji.

Gdzie słuszne oburzenie? Dlaczego nikt nie proponuje przeniesienia pomnika z Uzbekistanu do Moskwy? Dlaczego rosyjska telewizja państwowa nie biczuje pana Karimowa? Dlaczego Rosja nie zrywa z Uzbekistanem kontraktów, nie zawiesza połączeń lotniczych, nie wydala gastarbeiterów? Dlaczego jak Estończycy czy Gruzini przesuwają pomnik, Kreml drze się w niebogłosy, a kiedy to samo dzieje się w Uzbekistanie czy Azerbejdżanie, to Kreml przyjaźnie milczy? – pyta jeden z rosyjskich komentatorów. – Wyjaśnienie jest proste: podstawę rosyjskiej polityki stanowią wystające zewsząd gazociągi i ropociągi. To jest kryterium wyznaczające, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem”. Chyba rzeczywiście coś na rzeczy jest, bo nierówne traktowanie sprawy pomników jest w wykonaniu rosyjskich władz ewidentne i ewidentnie nieudolne i tendencyjne.

I jeszcze jedna historia o pomniku, ale tym razem z zupełnie innej beczki. Nie o żołnierskim pomniku wprawdzie, ale też politycznym. Swego czasu jedną z nielicznych informacji, jakie kursowały w światowej prasie o zamkniętej na siedem spustów Turkmenii, były opisy złotej statui ówczesnego prezydenta „Ojca Wszystkich Turkmenów” Saparmurada Turkmenbaszy Nijazowa w centrum Aszchabadu. Pozłacany 12-metrowy posąg obracał się zgodnie z ruchem słońca, krzepił serca neutralnego ludu Turkmenii od rana do wieczora, nie pozwalał zapomnieć o ojcowskiej trosce. Był symbolem wielkości i nieśmiertelności nieomylnego wodza. I oto następca Nijazowa, Gurbanguły Berdymuhammedow, ogłasza, że statua nieśmiertelnego zostanie zdemontowana. Demontaż pomnika kończy symbolicznie okres odzwyczajania kraju od „osiągnięć” epoki Turkmenbaszy: przywrócono już tradycyjne nazwy miesięcy (za czasów Nijazowa nazywane wymyślnie ku czci jego samego i członków jego rodziny), uruchomiono ponownie wyższe uczelnie i Akademię Nauk, otwarto operę.

Pomniki to delikatna materia, choć z kamienia.

Choćby cię smażyli w smole…

Dawno już nie było w Rosji tak płomiennego sporu. Pierwyj Kanał – najpopularniejsza stacja rosyjskiej telewizji państwowej rozpoczęła emisję serialu „Szkoła” reżyserki młodego pokolenia Walerii Gaj Germaniki (o jej nagrodzonym w Cannes filmie „Wszyscy umrą, a ja zostanę” pisałam w blogu jesienią 2008 roku). Już po wyświetleniu dwóch odcinków „Szkoły” w prasie i blogosferze podniosła się ożywiona dyskusja, a w Dumie Państwowej zirytowani członkowie frakcji komunistów głośno domagali się zakazu emisji. Deputowani zarzucali filmowi pokazywanie negatywnych wzorców dla młodzieży, propagowanie deprawacji, „czernuchy” itd. Wczoraj po emisji kolejnego odcinka odbyła się w telewizji burzliwa dyskusja z udziałem polityków, nauczycieli, dziennikarzy, pisarzy. Wszyscy krzyczeli, przerywali sobie wzajemnie, widać było, że emocje biorą górę nawet w opanowanych na ogół ludziach, a tych z większym temperamentem po prostu wyrzucało na jakieś pozaziemskie orbity.

Serial Walerii Gaj Germaniki pokazuje uczniów dziewiątej klasy, czternasto-piętnastolatków, a więc młodych ludzi w okresie burzy i naporu, przełomu, mozolnego przechodzenia od dzieciństwa do dorosłości. Pokazuje ich budzącą się seksualność, brutalność relacji, bunt, narkotyki, patologie w ich rodzinach, beznadziejnych nauczycieli, korupcję, samotność, ubogi język (Ty czo? A ty czo? Niczo, blin – to najczęściej pojawiające się elementy dialogu), a więc to szkoła z bliska, od środka, zobaczona raczej oczami nastolatka niż dorosłego. Maniera serialu zbliżona jest do dokumentu (Gaj Germanika zaczynała swoją drogę artystyczną od dokumentów o problemach młodego pokolenia), przez co jest niezwykle sugestywna, postaci serialu są żywe, ich problemy – prawdziwe, nie ma w nim tej porcji mydła, do której przyzwyczaili widzów producenci telewizyjnych seriali niby to o życiu. Dlatego film dotyka do żywego, powoduje gwałtowne reakcje.

Rok 2010 jest w Rosji Rokiem Nauczyciela. Może również dlatego wrzawa wokół serialu jest tak głośna. Pojawiają się głosy, że to „antyprezent” dla milionowej armii nauczycieli, którzy za żałosne pensyjki pracują z pełnym oddaniem (portrety nauczycieli w serialu faktycznie nie nastrajają pozytywnie). Jednym z głównych powodów wysokiej temperatury sporu jest to, że temat dotyczy WSZYSTKICH. Wszyscy kiedyś uczyli się w szkole, a teraz uczą się ich dzieci, wnuki, sami byli nauczycielami albo dziećmi nauczycieli. O szkole, medycynie i rządzeniu wszyscy mają coś do powiedzenia, to wiadomo nie od dziś.

A zatem serial dotyka problemu WAŻNEGO dla całego społeczeństwa. We wczorajszej dyskusji telewizyjnej padło wiele stwierdzeń, które warto przytoczyć (z konieczności w dużym skrócie). Serial odegrał pozytywną rolę: zwrócił uwagę społeczeństwa na problemy szkoły (i nie należy dyskusją o poziomie artystycznym filmu zakrzyczeć dyskusję o samej istocie problemu w realnej szkole). Czy to diagnoza czy dywersja? Pisarz Dmitrij Bykow jest przekonany, że to znakomicie, trafnie postawiona diagnoza: „W szkole jak w soczewce skupiają się wszelkie problemy społeczne. Jeśli w społeczeństwie panuje zakłamanie i podwójna moralność – w szkole zaczyna się rozkład wartości moralnych”. Inni dyskutanci podkreślali, że nastolatki oglądają ten film z zainteresowaniem. Zamiast wzniosłych acz dalekich od życia ideałów film pokazał im lustro. Dlatego wstrząsnęło to nimi. Nastoletni widzowie nie chcą naśladować tego, co zobaczyli w tym lustrze (krytycy projektu obawiają się, że zachowania pokazane w filmie nastolatki skopiują w realnym życiu), a przyjmuje przekaz krytycznie („A my tak robić nie będziemy”). Nauczyciel Siergiej Wołkow, odwołując się do swoich doświadczeń pedagogicznych, stwierdził, że – w przeciwieństwie do tego, co pokazuje serial (bohaterowie lekcje i wiedzę mają za nic) – w szkole jest liczne grono uczniów, którzy poważnie się uczą, zdobywają wiedzę, bo zdają sobie, że bez tego nie zrobią kariery zawodowej. Na problemy społeczne z żarem zwracał uwagę szef rozgłośni Echo Moskwy, Aleksiej Wieniediktow (w przeszłości nauczyciel z dwudziestoletnim stażem): „Krzyczą przede wszystkim ci, którzy rozpoznali siebie w bohaterach serialu: niezroztropni rodzice, niewydarzeni nauczyciele itd. To, co widzą na ekranie telewizora, jest bolesne. W rosyjskich szkołach jest cztery miliony narkomanów wśród uczniów – to nie są zatem odosobnione przypadki, serial pokazuje prawdę, kolejny problem – małoletnie matki, w takim obwodzie woroneskim co siódme dziecko to dziecko małoletniej matki, 27% podrostków nałogowo pali papierosy”. Deputowana Jelena Drapieko z niepokojem zwróciła uwagę, że w ustawie o oświacie nie ma zapisu o tym, że szkoła jest zobowiązana wychowywać (ma tylko uczyć). Deputowany Andriej Isajew wskazywał, że w Rosji szkoły są różne – są takie, jak w serialu, są lepsze, ale są i gorsze. Prawda czasu, prawda ekranu.

I jeszcze zacytuję głos z Radia Swoboda: „Ma się rozumieć, uczniowie w mojej klasie w tym wieku też interesowali się seksem, dziewczyny dokonywały wczesnych aborcji. Było jak w filmie Germaniki. Dążąc do „absolutnej prawdy” reżyserka czyni głównym bohaterem przeciętność. Postaci z jej serialu nie potrzebują się uczyć – ani fizyki czy matematyki, ani rzeczy najbardziej podstawowej i oczywistej: jak przeżywać pozytywne emocje. Jej bohaterowie nie potrzebują się uczyć szacunku, miłości, zrozumienia, współczucia, wystarczy, że są agresywni, ograniczeni. Realizm doszedł do absurdu. Bohaterowie tego serialu jak bohaterowie reality show to ludzie, którzy stopniowo stają się prymitywnymi osobnikami, agresja zajmuje 90% ich emocji. Na ekranie nie mają żadnych innych potrzeb jak tylko „żłopnąć piwka” albo poznęcać się nad słabym „czurką”.

Co bardziej szokuje dyskutantów: język filmu czy sam problem szkoły? Temat wieczny, zawsze wywołujący emocje. Zaplanowano, że serial będzie miał sześćdziesiąt odcinków (nakręcono dotychczas czterdzieści, wyemitowano zaledwie cztery), może jeszcze pojawi się w nim jakieś jasne pasmo, które pozwoli z nadzieją spojrzeć na dorastające pokolenie.

Procenty, procenty

Od czegoś trzeba zacząć. Władze Rosji postanowiły od dziś zacząć bezwzględną walkę z plagą alkoholizmu. Koncepcja rządu, zatwierdzona przez premiera Putina, przewiduje, że w ciągu dziesięciu lat spożycie alkoholu w Rosji zmniejszy się o połowę, a nielegalna produkcja alkoholu zostanie w ogóle zlikwidowana.

Według danych agencji federalnej Rospotriebnadzor, w Rosji jest ponad dwa miliony alkoholików, statystyczny Rosjanin wypija osiemnaście litrów czystego spirytusu rocznie. To dwukrotnie przekracza normę ustanowioną przez Światową Organizację Zdrowia jako granicę, poza którą następuje trwałe zniekształcenie genomu danego narodu. Sto tysięcy ludzi rocznie umiera z powodu nadużywania alkoholu. W Rosji pije się mocne trunki – i legalną wódkę, i przeróżne wynalazki. Rządzący Rosją duet abstynentów jakiś czas temu doszedł do wniosku, że dalej tak być nie może: wieczne smarowanie kosztuje za drogo całą gospodarkę, przy takim poziomie spożycia nie uda się żadna ogłaszana z najwyższych trybun modernizacja ani inne koncepcje rozwoju.

Powody do walki z plagą zatem są. To nie ulega kwestii. Na razie jako środek zaradczy wprowadzono regulowane najniższe ceny wódki – półlitrowa butelka kosztuje od Nowego Roku co najmniej 89 rubli. O innych sposobach walki na razie nie wiadomo.

Wedle rządowej koncepcji, w pierwszym etapie – do 2012 roku – poziom spożycia ma spaść o 15% oraz znacznie zmniejszyć się udział mocnych trunków w strukturze spożycia (obecnie wódka to połowa produkcji alkoholu). Do 2020 roku Rosjanie mają już wypijać 55% alkoholu mniej niż dziś. Za nielegalny obrót alkoholu ma być wprowadzona odpowiedzialność karna.

Realizacja koncepcji może stać się ciekawym zjawiskiem społeczno-politycznym. Czy Rosję czeka równie barwna kampania jak amerykańska prohibicja w latach 20. i 30.? Szlachetna w założeniu akcja odzwyczajania ludzi od alkoholu doprowadziła wtedy w Stanach z jednej strony do niezwykłej aktywizacji podziemia mafijnego, z drugiej – do powstania fortun tych, którzy zarabiali na szmuglu (majątku dorobił się wtedy m.in. ojciec późniejszego prezydenta Kennedy’ego). Policja ścigała, szmuglerzy szmuglowali, a ci, którzy chcieli się napić – pili.

Czy odgórnie wprowadzane administracyjne zakazy poskutkują w Rosji? Wątpiących jest legion.