Archiwum kategorii: Bez kategorii

Młody Stirlitz w brylantynie

Rosyjska telewizja państwowa rozpoczęła wczoraj wyświetlanie nowego serialu „Isajew” o młodych latach przyszłego pogromcy tajnych służb III Rzeszy, Stirlitza. Nowy serial powstał – podobnie jak kultowe „Siedemnaście mgnień wiosny” – na podstawie powieści Juliana Siemionowa.

I w powieściach Siemionowa, i w „Siedemnastu mgnieniach wiosny”, poprawnych ideologicznie z punktu widzenia wykładni „środkowego Breżniewa”, wiadomo, kto jest dobry, kto zły. W powieściach opisujących początki wiernej służby Isajewa istnieje mocna i jednoznaczna opozycja: my, czerwoni, jesteśmy ludźmi prawymi i nasza sprawa jest słuszna, oni, to znaczy biali, to szubrawcy i wstecznicy pozbawieni ideowości. W powieściach odnoszących się do lat wojennych i w serialu telewizyjnym „Siedemnaście mgnień…” też wszystko jest jasne. My, to znaczy radziecki wywiad oraz wszystkie wysokie władze partyjne i państwowe, mamy rację, a oni, to znaczy faszystowski najeźdźca i jego krwiożercze organy bezpieczeństwa i wszystkie wysokie władze partyjne i państwowe, są źli i należy się im nauczka. Geniusz Stirlitza, który – jeśli Państwo pamiętacie – przez cały film intensywnie myśli, przyczynia się walnie do Wielkiego Zwycięstwa, bezapelacyjnie świetlistego, być może jedynego świetlistego, aktu sprawiedliwości dziejowej w najnowszej historii Rosji.

W nowym telewizyjnym wcieleniu młody Stirlitz, wtedy jeszcze początkujący funkcjonariusz „czerwonego” wywiadu Wsiewołod Władimirow, pseudonim Maksym Isajew, w najnowszym filmie telewizyjnym w reżyserii Siergieja Ursulaka zwalcza na Dalekim Wschodzie białogwardzistów. Czyli opozycja „my-oni” w dzisiejszym ujęciu nie powinna być tak ostra i czarno-biała, jak była w zabytkowej ramocie z czasów ZSRR. W ideologii państwowej putinowskiej Rosji obecne są zarówno odwołania do chwały czasów carskich, jak i czasów sowieckich. Mieszanka to pełna sprzeczności i niekonsekwencji. Może jedynym kluczem, który godzi i cara, i jego późniejszych bolszewickich prześladowców, jest w ujęciu kremlowskich inżynierów dusz słowo „wielki”. Jak coś jest wielkie (wielkorosyjskie), to pasuje do lansowanego wirtualnego obrazka dźwigającego się z kolan imperium. Ale może film Ursulaka nie ma takich ambicji, by wyznaczać nowe tendencje w ideologii państwowej, może będzie po prostu kinem dla mas, o trzymającej w napięciu intrydze. Jeszcze za wcześnie, by oceniać sam serial jako dzieło filmowe.

W filmie Ursulaka wystąpił kwiat współczesnego rosyjskiego aktorstwa, widocznie gwiazdorzy Michaił Porieczenkow i Siergiej Makowiecki mają przyciągnąć widownię. Rolę Isajewa zagrał młody aktor, znany przede wszystkim z seriali, Daniił Strachow, fizycznie podobny do Wiaczesława Tichonowa (który kreował rolę Stirlitza w „Siedemnastu mgnieniach…”). Film Ursulaka ma niezłą kampanię promocyjną, w rosyjskiej Wikipedii jest już strona serialu z informacjami o wykonawcach, twórcach, pomyśle, historii powstawania filmu, rosyjska blogosfera od wczoraj intensywnie omawia serial (a recenzje są różne – od gromiących po pełne superlatyw). Twórcy wielokrotnie w wywiadach dla telewizji i prasy powtarzali, że bardzo liczą na dowcipy o nowym serialu, wszak Stirlitz jest bohaterem jednej z popularnych i wiecznie żywych serii kawałów.

Jeśli projekt „młodość Stirlitza” się sprawdzi, a rosyjscy telewidzowie pokochają Isajewa-Strachowa taką samą miłością, jak kiedyś kochali Stirlitza-Tichonowa, to może powstaną kolejne serie: o latach szkolnych nastoletniego Isajewa, dzielnie wkuwającego grekę i matmę, żeby potem przywalić wrogom, potem o dzieciństwie, też zapewne spędzonym na walce w słusznej sprawie, a jak dobrze pójdzie, to doczekamy się serialu o życiu płodowym późniejszego Stirlitza, który na pewno już w tym okresie miał swoje zasługi w zwalczaniu wrogów Wielkiej Rosji.

Stygnąca pamięć

W trzecią rocznicę śmierci dziennikarki Anny Politkowskiej odbył się wiec jej pamięci. Na Czistyje Prudy w Moskwie przyszło około ośmiuset osób. Przemawiali koledzy Anny Politkowskiej z redakcji „Nowej Gaziety”, publicyści, opozycyjni politycy, obrońcy praw człowieka. Kilka opozycyjnych mediów poświęciło zamordowanej dziennikarce i wiecowi kilka wzmianek i komentarzy. Ze strony oficjalnych mediów oraz przedstawicieli władzy wiało chłodem niepamięci.

Redaktor naczelny „Nowej Gaziety” Dmitrij Muratow stwierdził, że władza nie ma politycznej woli, by wyjaśnić sprawę zabójstwa Politkowskiej. „Ponieważ władza nie tylko nie jest w stanie wykryć, ale także osądzić zabójców, muszą to wziąć na siebie obrońcy praw człowieka” – powiedziała nestorka ruchu Ludmiła Aleksiejewa. Wiktor Szenderowicz wyraził przypuszczenie, że zabójcy zostaną wykryci, jak tylko przestaną mieć jakikolwiek związek z istniejącą władzą.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Politkowskiej dziwnie meandruje, posadzonych na ławie oskarżonych podejrzanych o dokonanie zabójstwa sąd w lutym tego roku uniewinnił na podstawie werdyktu ławy przysięgłych, w lipcu Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok i skierował sprawę do ponownego zbadania przez prokuraturę. W ostatnich dniach w prasie pojawiły się ni z tego ni z owego nazwiska nowych podejrzanych, wskazywano na ich powiązania z MSW i FSB. Jakaś mgławica, raczej kolejna dezinformacja niż informacja. Z rozważanych trzy lata temu wersji dziś zniknął wątek czeczeński. Wielu publicystów rosyjskich sugerowało wówczas, że zleceniodawcą mógł być prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow (a tak na marginesie, kilka dni temu sąd orzekł, że obrońca praw człowieka z organizacji Memoriał powinien przeprosić Kadyrowa za wypowiadane głośno przypuszczenia o jego bezpośrednim związku z zabójstwem innej dziennikarki i obrończyni praw człowieka, Natalii Estemirowej, Oleg Orłow ma zapłacić Kadyrowowi tytułem rekompensaty za straty moralne 20 tys. rubli, a Memoriał – 50 tys.).

„Garstka przyjaciół, krewnych i obywateli na wiecu i kilka słów ku pamięci w marginalnej prasie. Jedne i te same twarze. Jedne i te same nieutulone w żalu przemowy. O życiu bohaterskim. O śmierci, z której drwią dranie. O strasznym naszym zawodzie, pokojowym i szlachetnym, faktycznie – takim, za który można dostać kulę w łeb, w istocie – zanikającym” – napisał Ilja Milsztejn we wspomnieniu poświęconym Annie Politkowskiej.

Kredyt otdielno, uznanie otdielno

Kilka lat temu podczas jednej z przymiarek do ułożenia stosunków w ramach Państwa Związkowego Białorusi i Rosji Władimir Putin, któremu od początku nie podobało się firmowe kluczenie prezydenta Łukaszenki, zaproponował jasne określenie zasad. „Kotlety otdielno, muchi otdielno”. Co innego interesy, a co innego piękne słówka, przejdźmy do konkretów. Przywiózł wtedy w teczce propozycję włączenia Białorusi jako oddzielnego okręgu federalnego do Federacji Rosyjskiej. Łukaszenka był dotknięty do żywego. Gra w przeciąganie liny, wieczne to łączenie, to rozdzielanie much i kotletów trwa nadal. Nie znaleziono złotego środka. Kilka dni temu pisałam, że przyjaźń Rosji i Białorusi na poligonie krzepnie, wspólne ćwiczenia na zachodnich rubieżach wypadły znakomicie, sojusznicy są gotowi nie tylko dać odpór umownemu przeciwnikowi na Zachodzie, ale nawet wspólnie przygotować dywersje, sabotaże i prowadzić przeciwko wspólnym wrogom wojnę partyzancką. Łukaszenka ściskał prezydenta Miedwiediewa jak starego druha, bez którego nie potrafi żyć, zapewnienia o najgłębszej przyjaźni i współpracy krasiły każde zdanie wypowiedziane z obu stron.

I nagle coś się zepsuło. 2 października podczas spotkania z rosyjskimi dziennikarzami Łukaszenka nagle zaczął w ostrych słowach oskarżać premiera Władimira Putina o wszystkie najcięższe grzechy: o czynienie przeszkód we współpracy wojskowej dwóch krajów, o zerwanie procesu integracyjnego w łonie Państwa Związkowego, o rozpętanie kilku wojen handlowych. Jednocześnie nie powiedział pół złego słowa o swoim przyjacielu z poligonu, Dmitriju Miedwiediewie (doprowadzony do szewskiej pasji Łukaszenka stara się zresztą przy każdej nadarzającej się okazji podkreślać, że jak równy z równym to on może rozmawiać z prezydentem, a premier – choćby był nim sam Putin – to dla niego nie para).

Pętla kryzysu zaciska się na szyi białoruskiego prezydenta. Niewydolna gospodarka, podtrzymywana życiodajną kroplówką tanich rosyjskich nośników energii, potrzebuje środków. A tych brak. W dobie kryzysu chętnych do udzielania kredytów nie ma zbyt wielu, a kredyty też trzeba będzie kiedyś spłacić. Rosja obiecała dać 2 mld dolarów w kilku transzach, a właśnie minister finansów Rosji oznajmił, że Rosja nie zamierza przekazać Mińskowi ostatniej 500-milionowej transzy, dając do zrozumienia, że skoro Zachód otworzył ostatnio furteczkę Białorusi, to niech Białoruś stara się o kasę na Zachodzie, a Rosja ją w tych staraniach chętnie poprze. Ta linia kredytowa miała być przekazana „w rozliczeniu” za uznanie przez Mińsk niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, na czym Moskwie wydaje się szczególnie zależeć. Ale jeśli Białoruś uzna niepodległość moskiewskich podopiecznych na Kaukazie, to furteczka na Zachód znowu się zamknie. I będzie jeszcze trudniej, a muchy porzucą kotlety, a może być i gorzej: kotlety odlecą, a muchy zostaną.

Dziś w Moskwie odbywają się rozmowy premierów Rosji i Białorusi. Co z nich wyniknie? Kolejna wojna handlowa? Pole manewru wydaje się dość ograniczone. 

A swoją drogą – skoro stosunki z najlepszym i najbliższym sojusznikiem Moskwy tak wyglądają, to jakie perspektywy mają stosunki z państwami, które nie mają ambicji, by być z Rosją tak blisko?

Arctic-epopeja trwa

Od kilku tygodni przez światowe agencje informacyjne i gazety młócona jest na wszystkie strony arcyciekawa historia statku Arctic Sea, frachtowca zarejestrowanego na Malcie z rosyjską załogą na pokładzie. Opisano wszystkie możliwe warianty: że statek uprowadzony w lipcu na Morzu Bałtyckim przez piratów wiózł narkotyki lub inne „komercyjne” przesyłki, kompromitujące wysokich urzędników państwa rosyjskiego, że wiózł rosyjskie rakiety dla Iranu, że dla tegoż Iranu wiózł komponenty do bomby atomowej, że w akcji porwania statku maczał palce Mosad, dzięki czemu sprawa ujrzała światło dzienne. Gdyby wysunięto przypuszczenie, że na statku był kosmita, który może służyć za reaktor albo zmartwychwstały Michael Jackson, już pewnie nikt by się nie zdziwił. Tylko jakoś w oficjalną wersję, że statek wiózł drewno z Finlandii do Algierii, nikt wydaje się nie wierzyć. W publikacjach prasowych prześledzono każdy ujawniony ruch statku od Olandii po Wyspy Zielonego Przylądka, eksperci przenicowali wszystkie doniesienia i „wbrosy diezy” (wrzutki dezinformacji). I nadal nic nie wiadomo.

A skoro nic nie wiadomo, to nie wiadomo także dlaczego dziennikarz rosyjskiego biuletynu branżowego Michaił Wojtienko, który na konferencji prasowej jako pierwszy podzielił się swoimi wątpliwościami co do prawdziwej misji Arctic Sea, na początku września zbiegł do Turcji. Powiedział, że obawia się o swoje bezpieczeństwo. Kto mu groził i dlaczego?

Dzisiaj żony czterech marynarzy z załogi nieszczęsnego statku Arctic Sea wystosowały list do premiera Putina z prośbą, by sprawił, aby ich mężowie wrócili do domu. Część załogi została jeszcze w sierpniu odesłana samolotem do Moskwy, gdzie spędziła upojne noce i dni w areszcie śledczym Lefortowo, natomiast czterech marynarzy zostało na pokładzie. Nadal bez możliwości kontaktu ze światem pływają sobie po morzach i oceanach. Pod koniec września w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich statek miał być przekazany właścicielowi, ale ten oznajmił, że nie ma prawa przejąć jednostki, która została aresztowana. Dokąd płynie latający Holender? Co znajduje się nadal na jego pokładzie poza wycieńczonymi członkami załogi?

Tajemnicza misja Arctic Sea mogła być – wedle przecieków prasowych – tematem rozmów premiera Izraela Beniamina Netanjahu w Moskwie. 7 września izraelski premier przybył na pokładzie prywatnego samolotu z tajną wizytą do Rosji i spotkał się z prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem. Dzisiejsze wydanie brytyjskiego dziennika „The Sunday Times” w materiale na temat tej dziwnej wizyty wysuwa przypuszczenie, iż „Netanjahu wręczył Kremlowi listę rosyjskich uczonych, którzy – wedle Izraela – pomagali Iranowi w stworzeniu bomby atomowej”. Gazeta powołuje się na anonimowe źródła zbliżone do rosyjskiego ministra obrony, informacje powyższe miały potwierdzić także źródła w Izraelu. Ich zdaniem, rosyjscy uczeni nie mogli działać bez oficjalnej zgody Moskwy.

Podkręcanie napięcia wokół programu atomowego Iranu leży jak najbardziej w interesie Rosji. Rosyjska korporacja panująca, zatrwożona przedłużającym się kryzysem, marzy o sytuacji, w której ceny na ropę znów poszybowałyby wysoko w górę. A taką sytuacją bez wątpienia byłby kryzys, a tym bardziej konflikt na Bliskim Wschodzie.

Dobra recepta dla Kaukazu

Po ukazaniu się raportu ekspertów w sprawie zeszłorocznej wojny w Gruzji, w którym wskazywano, że pierwsze strzały w konflikcie padły ze strony gruzińskiej, w rosyjskiej przestrzeni medialnej urządzono wielki bal. Manipulacja szła na tym balu w pierwszej parze, z rozmachem, śmiejąc się w głos.

Z drobiazgowego raportu, opracowanego na zlecenie Unii Europejskiej przez niezależnych ekspertów pod przewodnictwem szwajcarskiej ambasador Heidi Tagliavini, rosyjskie media wyłowiły wyłącznie ten właśnie komunikat: że pierwsze strzały padły ze strony gruzińskiej. W przekazie telewizyjnym pominięto fragmenty dotyczące stanowczej krytyki pod adresem Moskwy: za sprowokowanie wojny (podsycanie separatyzmów na terytorium Gruzji, konsekwentne rozdawanie rosyjskich paszportów obywatelom gruzińskim, sprowokowanie incydentów poprzedzających wybuch wojny), za późniejszą obstrukcję we współpracy z międzynarodowymi misjami obserwacyjnymi na spornych terytoriach i niewywiązywanie się z podjętych zobowiązań.

O tym, że autorzy raportu winę za konflikt złożyli na obu jej uczestników – ani słowa. Do uszu rosyjskiego słuchacza/widza nie dotarło, że w raporcie wskazano, iż Rosja naruszyła prawo międzynarodowe, przechodząc do nieuzasadnionej ofensywy na bezspornym terytorium Gruzji, a następnie z pogwałceniem prawa międzynarodowego uznając niepodległość Abchazji i Osetii Południowej. I stronę rosyjską, i gruzińską obarczono w raporcie odpowiedzialnością za łamanie praw człowieka, wskazano jednak, że ofiarą czystek etnicznych padli głównie Gruzini mieszkający w Osetii. Nie stwierdzono zaś (lansowanych mocno w zeszłym roku przez rosyjską propagandę) rzekomych zbrodni wojennych ze strony wojsk gruzińskich na ludności osetyjskiej.

Rosyjscy telewidz dowiedział się z dziennika jedynie o tym, że w raporcie napisano, że to Saakaszwili zaczął i że teraz Europa już wie o tym i że potwierdza rosyjską wersję w całej rozciągłości. Żadnych złożoności wyłuszczonych w raporcie, żadnych stwierdzeń o winie Rosji. Obraz czarno-biały: Saakaszwili winien, Rosja – niewinna. Ura!

We wczorajszym programie publicystycznym w pierwszym programie rosyjskiej telewizji państwowej, prowadzonym przez Maksima Szewczenkę (Suditie sami, Osądźcie sami), który zaprosił do studia politologów, polityków i dziennikarzy, w obecności licznie zgromadzonej publiczności rozmawiano o sytuacji na Kaukazie. Podkręcono aż do stopnia niesłychanego tezę, że Rosja miała rację w zeszłym roku, udzielając Gruzji lekcji „Jak rozwiązać siłowo nabrzmiały konflikt”.

Najbardziej gromkie brawa zebrał Siergiej Markow, znany deputowany, politolog, specjalista od jadowitych wielkomocarstwowych replik (ostatnio recenzując uchwałę Sejmu RP w rocznicę 17 września powiedział, że gdyby nie Armia Czerwona, to wszyscy Polacy byliby prostytutkami i służącymi u Aryjczyków). Markow rzucił w finale programu hasło: spokój i zgoda na Kaukazie zapanują dopiero wtedy, kiedy powróci tam Rosja – gwarant równowagi sił. A wszelkie siły łamiące tę równowagę, przede wszystkim Amerykanie, powinni to zrozumieć i wynieść się z Kaukazu. Podkręcona wielkomocarstwowym czadem, zachwycona rezultatami udanej siłowej zeszłorocznej akcji w Gruzji publiczność wybuchła po tym stwierdzeniu entuzjazmem.

Oglądając, słuchając czy czytając rosyjskie media trudno oprzeć się wrażeniu, że grono zwolenników siłowych rozwiązań, „małych zwycięskich wojenek”, dawania po łapach wujowi Samowi, militaryzacji świadomości społecznej czy militaryzacji polityki stale w Rosji rośnie, a ich głos staje się coraz bardziej słyszalny.

Braterstwo broni

Wczoraj na białoruskim poligonie w obwodzie brzeskim zakończyły się z wielkim szykiem rosyjsko-białoruskie ćwiczenia „Zachód 2009”. Obaj zwierzchnicy sił zbrojnych – Dmitrij Miedwiediew i Alaksandr Łukaszenka (występujący w asyście „małego militarysty”, czyli swego najmłodszego synka, jasnowłosego Koleńki, ubranego w twarzowy mundurek) – wyrazili zadowolenie i umówili się, że takie ćwiczenia odbywać się będą co dwa lata: raz na białoruskim podwórku, raz na rosyjskim.

Dzień wcześniej podczas fazy ćwiczeń odbywającej się w obwodzie kaliningradzkim prezydent Miedwiediew zapewniał o wyłącznie obronnym wymiarze manewrów, w ich scenariuszu w pierwszych słowach podkreślano obronny charakter przedsięwzięcia – odparcie uderzenia umownego przeciwnika z kierunku zachodniego (określonego poetyckim kryptonimem Sosnowia; granice tego wrogiego wobec Rosji i Białorusi państwa pokrywały się z granicami Polski, państw bałtyckich i Finlandii). Jednocześnie telewizja pokazywała z dumą największy od bodaj trzydziestu lat desant na bałtyckich plażach z udziałem okrętów, lotnictwa i różnych jednostek strzelających i jeżdżących na ciężkim sprzęcie.

Miedwiediew i Łukaszenka, którzy jeszcze latem mruczeli na siebie niezadowoleni z wzajemnych stosunków, prowadzili handlowe wojny o eksport-import twarożków i mleka w proszku, wymieniali się gniewnymi oświadczeniami, wczoraj zaprezentowali pełne zrozumienie w sprawie współpracy przy militariach. Łukaszenka wprawdzie nic oficjalnie głośno nie obiecał w sprawie ważnej dla Rosji, czyli przystąpienia Białorusi do kolektywnych sił operacyjnego reagowania w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (Białoruś przewodniczy aktualnie OUBZ, ale Łukaszenka w ramach obrażania się na Moskwę za mleczną wojnę latem tego roku zwagarował z posiedzenia OUBZ, na którym podpisywano porozumienie o tych siłach), ale po letnich fochach nie zostało śladu.

Białoruski przywódca znajdował się wczoraj w stanie euforii graniczącej z ekstazą. Gdy grają armaty, milkną twarożki. W ciągu ostatnich miesięcy na skutek kryzysu i konieczności wykonywania ekwilibrystycznych manewrów, by jakoś związać koniec z końcem, rozbieżny zez prezydenta Łukaszenki, starającego się jednocześnie kokieteryjnie mrugać do Unii Europejskiej i wpatrywać się w oczy partnera z Państwa Związkowego, rozjechał się jeszcze bardziej. Natomiast wczoraj w trakcie ćwiczeń nic nie wskazywało na to, że pomiędzy sojusznikami istnieją jakiekolwiek różnice zdań. W huku setek dział zez zniknął jak ręką odjął. Wojskowy sojusz Rosji i Białorusi ma się doskonale.

Niech drży świat przestępczy

Funkcjonariusze regionalnego udmurckiego oddziału Komitetu Śledczego przy Prokuraturze Generalnej napisali, a potem nagrali hymn Komitetu.

Dzieło W. Tiaptina (słowa) i J. Jawkina (muzyka) w wykonaniu chóru w błękitnych mundurkach można obejrzeć na stronie tygodnika „Russkij Rieportior”:

http://www.rusrep.ru/articles/2009/09/11/gimn_udmurt/

Pozwolę sobie zacytować w dosłownym – chromym, ale równie zaangażowanym – przekładzie fragmenty (choć zachęcam do czerpania pełnymi garściami z całego oryginału): „Wielka Rosja – w niej wiele wielkich dzieł, ale jest jeszcze i taka Rosja, w której panuje bezprawie. // I los na walkę z tym bezprawiem rzucił nas. Śmiało i uparcie stoimy na warcie. // Refren: Aby ludziom żyło się szczęśliwie, aby w oknach ciepłe płonęły światła, Komitet Śledczy kryminałowi godną da odpowiedź”. I tak dalej mężnie w tym duchu. Zwraca uwagę zwrotka: „Niech dni nasze toczą się w nieustannym trudzie, bez snu i świąt, choć duszą wstrząsa niepokój, nie potrzebujemy jadła”.

Po wysłuchaniu dzieła spółki autorskiej Tiaptin-Jawkin wszyscy przestępcy na obu półkulach zapewne nie sypiają po nocach. Bo z takim hymnem na ustach prokuratorzy i śledczy teraz już na pewno znajdą sprawców wszystkich nie wykrytych głośnych i cichych zbrodni, wziętych pod osobiste kuratele prezydenta, premiera, ministra spraw wewnętrznych lub bez wysokiego patronatu. Dorwą kryminalistów choćby i bez jadła, choćby bez wytchnienia w niedzielę, choćby z niepokojem w sercu, ale dorwą. Nawet w mysiej dziurze, nawet na Księżycu „Komitet Śledczy kryminałowi godną da odpowiedź”.

Nic bez nas

Rosja z przyjemnością ogląda najnowszy prezent od prezydenta Baracka Obamy – rezygnację z rozmieszczenia elementów amerykańskiej tarczy przeciwrakietowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Zadowolenie (w wykonaniu niektórych rosyjskich polityków i komentatorów – wręcz triumf) miesza się jednak z pewną taką ostrożnością czy nawet zakłopotaniem.

Nowy pomysł Obamy postrzega się w Moskwie jako prestiżowy sukces rosyjskiej dyplomacji typu „niet” – oto światowy hegemon ugina się pod naporem Rosji, co świadczy o skuteczności takiego kursu. A więc jest powód, by dąć w trąby zwycięstwa. Ale teraz powstaje sytuacja, w której to Rosja powinna zademonstrować dobrą wolę i wyjść na przeciw oczekiwaniom Waszyngtonu. Piłeczka znalazła się po stronie miłującego pokój Kremla. I należałoby to umiłowanie pokoju zaprezentować. Jak?

Pierwszy sprawdzian to kwestia Iranu i przeciwdziałania irańskiemu programowi atomowemu. Czy Rosja jest gotowa okazać pomoc w tej kluczowej dla Obamy kwestii? Stąd właśnie wynika pierwszy z powodów pewnego zakłopotania. Bo czy Rosja może (i kolejne pytanie – czy chce) pomóc? Niejasności towarzyszą nie tylko udziałowi Rosji w projekcie jądrowym Iranu (dostawy paliwa nuklearnego dla wybudowanej przez Rosjan elektrowni w Bushehr), ale transakcji na dostarczenie systemów S-300. Jak twierdzi zajadły krytyk Kremla Andriej Piontkowski, pieniądze za te systemy – razem z „otkatem” (dolą) – Moskwa zapewne już dawno zainkasowała. Czy właśnie tym drażliwym tematom poświęcona była ostatnia tajemnicza i utajniona wizyta premiera Izraela w Rosji? 24 września ma być głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa nad rezolucją w sprawie Iranu. Jak zachowa się rosyjska delegacja? Przedtem jeszcze odbędzie się spotkanie Obama–Miedwiediew, zapewne temat tarczy i Iranu, a także nowego układu o obustronnej redukcji zbrojeń będą na tapecie.

Wycofanie się z projektu „Bushowskiej” tarczy zdjęło z porządku dnia jeden z naczelnych alergenów na linii Moskwa-Waszyngton. To znaczy – zdjęło szyld, zasłaniający faktyczne przyczyny niepokoju i niezadowolenia Rosji. Umieszczenie dziesięciu systemów w Polsce czy radaru w Czechach nie stanowiłoby zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego Rosji, co Moskwa wysuwała oficjalnie jako naczelny powód niezgody, chodziło przecież o niezadowolenie z obecności Amerykanów w pobliżu granic. Jeszcze w sobotę wiceminister obrony Rosji zapewniał, że skoro tarczy nie będzie, to nie będzie również Iskanderów w obwodzie kaliningradzkim. Ale już dzisiaj szef sztabu wojsk strategicznych Nikołaj Makarow oznajmił, że kwestia rezygnacji z rozmieszczenia Iskanderów w Kaliningradzie jest dyskutowana i w tej sprawie zostanie podjęta „polityczna decyzja”. Jednym słowem, prezent Obamy prezentem – fantastycznie, głupio byłoby nie przyjąć – ale Rosja nie ma zamiaru robić prezentów Obamie i nadal może potrząsać Iskanderami przed nosem Europy (plan rozmieszczenia Iskanderów w kaliningradzkiej eksklawie istnieje już od dawna niezależnie od amerykańskiej tarczy). To było w pierwszych słowach listu, a w drugich słowach listu generał Makarow oznajmił, że Rosja będzie przeciwna nie tylko „Bushowskiej” wersji tarczy (to znaczy takiej, jakiej Obama już nie chce budować w Polsce i Czechach), ale w ogóle wszelakiej tarczy amerykańskiej bez udziału Rosji. Czy możliwe jest budowanie wspólnego systemu z Rosją? Czy konieczna (możliwa, pożądana) będzie wymiana informacji, a – co szczególnie wydaje się interesować Moskwę – wysokich technologii pomiędzy krajami, które nie zawarły porozumień sojuszniczych? Czy ewentualny rosyjsko-amerykański sojusz byłby skierowany przeciwko komuś? Komu? Korei Północnej? Iranowi? Czy Amerykanie naprawdę potrzebują rosyjskich stacji w Armawirze czy Gabali (te obiekty śledzą przecież obiekty amerykańskie)? A Chiny? Czy nie poczułyby się zagrożone? Może zatem włączyć do globalnego systemu i kolegów z Pekinu? Kiedy dwa lata temu Władimir Putin zaproponował prezydentowi Bushowi wykorzystanie Armawiru i Gabali, ChRL były tym bardzo zaniepokojone.

Jest jeszcze kilka ważnych elementów tych politycznych szachów. Moskwa spodziewa się, że teraz rozsądna, pragmatyczna (ten przymiotnik jest w cenie) Ameryka Obamy zredukuje swoje rozbudzone przez Busha ambicje na obszarze WNP.

Rosja kilka dni temu wsparła swojego przyjaciela z Wenezueli Hugo Chaveza gigantycznym kredytem na zakup pokojowo nastawionych czołgów (Chavez 16 września wezwał wszystkich mieszkańców Ameryki Łacińskiej, by byli gotowi do wojny z Kolumbią i USA). Na terytorium Białorusi trwają ćwiczenia antynatowskie „Zachód 2009”. A dzień przed tym, jak Obama oznajmił o rezygnacji z „tarczy a la Bush”, szef National Intelligence (dyrektor ds. wywiadu) Dennis Blair opublikował raport o strategii na najbliższe cztery lata, w którym Rosję umieszczono na liście potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych.

Jak widać, poszczególne klocuszki politycznego rosyjsko-amerykańskiego puzzle’a na razie trudno ze sobą połączyć w spójną całość.

Avanti!

Rosyjskie elity zastygłe w trwaniu na nieopuszczalnych swych stanowiskach i pozycjach wysłały w świat komunikat: będziemy trwać tu nadal, ale żeby trwać, potrzebujemy zachodnich inwestycji i nowoczesnych technologii.

Do tego okrągłego i niezbyt odkrywczego zdania można sprowadzić długą, wielce uczoną i wypełnioną po brzegi słusznością mowę prezydenta Dmitrija Miedwiediewa na tytularnym spędzie w Jarosławiu „Współczesne państwo” oraz opublikowany przezeń w Internecie tekst programowy „Naprzód, Rosjo!”.

W Jarosławiu prezydent ponownie wypowiedział kilka sakramentalnych zdań, zdań-fundamentów: o wyższości demokracji nad wszystkim innym na świecie, o konieczności prowadzenia otwartych dyskusji o żywotnie najważniejszych problemach kraju, o niezbywalnym prawie do krytykowania tych, których postępowanie na arenie międzynarodowej jest paskudne i szkodliwe.

Już te zdania gdzieś padły – w innych niewątpliwie słusznych wystąpieniach członków rosyjskich najwyższych władz partyjnych i państwowych. Padły i w artykule, który postępowy prezydent lubiący komputery i Internet zamieścił na „łamach” opozycyjnej internetowej „Gaziety.ru”. W tekście pod zagrzewającym do boju tytułem „Naprzód, Rosjo!” Miedwiediew diagnozował liczne mankamenty państwa (korupcja, dominacja sektorów surowcowych w gospodarce, destabilizacja na Kaukazie, na poły sowiecki system socjalny), na czele którego formalnie stoi nie od dziś, a dla podkreślenia uczoności cytował Konfucjusza i Puszkina. Wyrażał też wiarę w nieuchronność postępu w Rosji, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, modernizacji państwa (ciekawe jest to przywołanie owego słowa-klucza „modernizacja”, z którym wyruszał w bój o nową Rosję początkujący prezydent Putin; po dziesięciu latach słówko okazuje się jak nowe). Szczególnie wiele planów modernizacyjnych miałoby – wedle słów prezydenta – dotyczyć gospodarki, zacofanej i wymagającej unowocześnienia. Same surowce nie wystarczą, by być światowym mocarstwem. „Potrzebujemy pieniędzy i technologii krajów Europy, Ameryki, Azji […] Jesteśmy zainteresowani we wzajemnym przenikaniu się naszych kultur i gospodarek”.

A zapóźnienie wobec wiecznie uciekającego do przodu Zachodu jest spore i ciągle się powiększa. Kryzys bezlitośnie pokazał, że pozasurowcowe sektory rosyjskiej gospodarki nie są, poza nielicznymi wyjątkami, ani konkurencyjne, ani rentowne.

Wielu komentatorów ze wszystkich szerokości geograficznych dostrzegło w programowych wystąpieniach prezydenta Miedwiediewa, w jego wzmożonej w ostatnich dniach aktywności chęć „wybicia się na niepodległość”, uwolnienia od patronatu Putina. W tekście pada wszak wiele gorzkich słów krytyki. Nie po raz pierwszy. Nie od dziś każde westchnienie Miedwiediewa jest przez liczne zastępy interpretatorów postrzegane jako zapowiedź zburzenia konstrukcji putinizmu. Ale miesiące płyną, a tandem pod światłym przewodnictwem premiera Putina jedzie razem.

Pośrednio odpowiedzi na wątpliwości dręczące środowisko kremlinologów udzielił sam Władimir Putin. Podczas spotkania z klubem „Wałdaj” powiedział, że w sprawie ewentualnych prezydenckich wyborów przypadających na rok 2012 siądą z Dmitrijem Anatoljewiczem i porozmawiają, co dalej: „My ludi odnoj krowi” (Jesteśmy ludźmi tej samej krwi). Zdanie to oddaje istotę – o tym, kto, w jakim trybie, w jakich dekoracjach zostanie prezydentem zdecyduje dwóch (może kilku) panów w intymnej rozmowie, a nie walka politycznych programów czy sympatie wyborców w otwartej, demokratycznej rywalizacji. A właściwie Putin zakomunikował, że to on przede wszystkim zdecyduje, co się będzie działo w kolejnej odsłonie operacji „Następca”, bo to on nadal ma i mieć będzie status lidera.

Heksogen nie płonie

Dziesięć lat temu w serii zamachów bombowych w Rosji zginęło kilkaset osób. Do tej pory nie wyjaśniono żadnej z tych tragedii.

4 września w niewielkim mieście Bujnack w Dagestanie na skutek wybuchu samochodu-pułapki zawalił się budynek mieszkalny, grzebiąc pod gruzami 58 osób. W nocy z 8 na 9 września w Moskwie wyleciał w powietrze ośmiopiętrowy blok na ulicy Gurjanowa (zginęły 94 osoby, 164 zostały ranne). 13 września na moskiewskiej Kaszyrce wybuchł kolejny blok – 119 ofiar śmiertelnych. Trzy dni później w położonym na południu Rosji Wołgodońsku – mieście średniej wielkości – na skutek zamachu zginęło 19 osób.

22 września w Riazaniu miał miejsce dziwny incydent: w piwnicy domu mieszkalnego znaleziono worki z białym proszkiem (najprawdopodobniej był to heksogen) i ładunek wybuchowy. Władze początkowo ogłosiły, że udało się udaremnić kolejny zamach, po czym przedstawiły co najmniej dziwne wytłumaczenie, że to były ćwiczenia służb specjalnych.

 

Do dziś nie ustalono, kto jest odpowiedzialny za te tragiczne zamachy. Sprawców nie schwytano. Za to oficjalna propaganda bardzo szybko przerażonemu społeczeństwu (a lokalizacja zamachów – od małego miasta po stolicę – wskazywała, że zagrożeni są wszyscy, nikt nie może czuć się bezpieczny) podsunęła wersję o „czeczeńskim śladzie”, co rozpętało antyczeczeńską histerię. Łatwiej było w tych okolicznościach uzasadnić konieczność przeprowadzenia „drugiej wojny czeczeńskiej”. Świeżo posadzony w fotelu szefa rządu nikomu nieznany ekspułkownik służby bezpieczeństwa Władimir Putin jednym skokiem dosiadł konia tej wojny i zaistniał w społecznej świadomości jako obrońca przed terrorystami.

Wokół tych dziwnych zamachów narosło wiele spekulacji – i ze strony tych, którzy są przekonani o tym, że to władze maczały w tym palce, i ze strony tych, którzy są zwolennikami oficjalnej wersji, że zamachów dokonali Czeczeni. Napisano na ten temat wiele książek (m.in. powstała sfinansowana przez zaklętego wroga Putina Borysa Bieriezowskiego książka „Wysadzić Rosję” autorstwa Jurija Felsztyńskiego i świętej pamięci Aleksandra Litwinienki).

Śledztwo nie dało odpowiedzi na zasadnicze pytania.

 

Dziesięć lat po tych tragicznych wydarzeniach w amerykańskim czasopiśmie dla dobrze ubranych snobów „GQ” ukazał się artykuł poświęcony zamachom. Kierownictwo domu wydawniczego Conde Nast podjęło decyzję o zdjęciu tego materiału z rosyjskojęzycznego wydania czasopisma. Korespondent wojenny pisma Scott Anderson przeprowadził własne śledztwo dziennikarskie i napisał artykuł „Władimir Putin – mroczna droga na szczyty władzy”, opublikowany we wrześniowym numerze „GQ”. Cytował w nim m.in. wypowiedzi byłego funkcjonariusza służb, późniejszego adwokata ofiar zamachów Michaiła Triepaszkina (odsiedział w więzieniu wyrok czterech lat pozbawienia wolności za rozgłaszanie tajemnicy państwowej, wyszedł na wolność). Triepaszkin przedstawiał w rozmowach z Andersonem tezę, że fala strachu po zamachach wyniosła Putina do władzy. Wersja nie nowa i w Rosji znana. Triepaszkin w ostatnich dniach był zresztą gościem kilku audycji radiowych i internetowych gazet. Rosyjskojęzyczna publiczność mogła się zatem zapoznać (przypomnieć sobie), co myśli o zamachach Michaił Triepaszkin. Skąd zatem obawa amerykańskich wydawców przed rozpowszechnieniem w Rosji artykułu, w którym nie ma żadnych nowości ani żadnych rewelacji (choć przedstawiona w nim wersja wydarzeń jest daleka od oficjalnej)? Czyżby za oceanem wchodziła w modę zasada oficjalnej rosyjskiej propagandy – „o Putinie albo nic, albo dobrze”. A może to taka przewrotna forma wylansowania materiału – skoro jest zakazany, to każdy zainteresowany tematem odbiorca w Rosji sięgnie po ten artykuł – zwłaszcza że jest on już dostępny w internecie w wersji rosyjskiej.