Archiwum kategorii: Bez kategorii

Spór mlecznych braci

Na linii Moskwa-Mińsk od dawna iskrzy. Od ponad tygodnia obserwujemy zaostrzenie w relacjach pomiędzy państwami, tworzącymi wciąż jeszcze jedno Państwo Związkowe. Czy obecna mleczna wojna białorusko-rosyjska doprowadzi do ostatecznego pogrzebania rosyjsko-białoruskiego projektu integracyjnego? Czy to może początek końca władzy Łukaszenki na Białorusi?

Pierwsze sygnały, że w Państwie Związkowym coś się mocno rwie, popłynęły po nieudanym szczycie szefów rządów Rosji i Białorusi w Mińsku (28 maja). Łukaszenka spodziewał się wydębienia od Moskwy kolejnych transz kredytów, niezbędnych do reanimacji rzężącej gospodarki białoruskiej, Moskwa z kolei chciała wymóc na Bat’ce konkrety w sprawie przejęcia kilku strategicznych białoruskich przedsiębiorstw i stosowne dokumenty uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej.

Bat’ka, któremu do tej pory skutecznie udawało się stosować w relacjach z Moskwą metodę wiecznych obietnic i uników, jak zwykle próbował sprzedać ponownie to, co już dawno sprzedał i znowu chciał dostać za nową obietnicę nowe pieniądze. Wiele aspektów współpracy dwustronnej polegało na jakichś zadziwiających tajnych ustaleniach zapadających zakulisowo. Powstające od czasu do czasu konwulsje niezgody były więc na ogół niezrozumiałe bez wiedzy o zawartości ugadanych przy kominku pakietów porozumień. Moskwa powiedziała jednak tym razem „niet”. Dość uroczych ustnych obietnic, papiery na stół, zero kasy, najpierw zrób, potem zainkasujesz.

Z obu stron posypały się niewyszukane epitety pod adresem partnerów. Łukaszenka ział ogniem i w obecności kamer instruował swoich ministrów, że mają rozejrzeć się wokół, a nie podlizywać wyłącznie Moskwie, na której świat się nie kończy. 6 czerwca Rosja wprowadziła zakaz wwozu białoruskiego mleka. Naczelny lekarz, Giennadij Oniszczenko, znany z niezależnych ekspertyz jakości polskiego mięsa, gruzińskich i mołdawskich win, teraz doszukał się uchybień w białoruskim mleczku i jego opakowaniach. W odpowiedzi Łukaszenka nie przybył na moskiewski szczyt Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, a potem nakazał ustawienie na granicy posterunków celnych (co stoi w sprzeczności z podpisanymi w 1999 roku porozumieniami o utworzeniu wspólnej przestrzeni celnej). Tymczasem tandem przywódców Rosji próbuje łagodzić wściekłość Bat’ki. Premier Putin z uśmieszkiem wyluzowanego Bazyliszka napomniał ministrów swego gabinetu, aby nie odpowiadali Łukaszence pięknym za nadobne, bo „kto się przezywa, ten się tak samo nazywa” (powiedzonko z leningradzkiego podwórka, na którym mały Wowa Putin uczył się życia).

Kreml zapewne nie chce maksymalnego zaostrzania sporu – ma dość kłopotów z Ukrainą, Gruzją czy Turkmenistanem, by otwierać teraz nowy front walki – z Białorusią. Ma ponadto w swym arsenale dużo bardziej dotkliwą broń niż szlaban na białoruskie mleko. Rosyjski kotek pokazał Białorusi pazurki, ale jeszcze jej na dobrą sprawę nawet nie podrapał, tylko na razie mruczy pod nosem o rozliczeniach za gaz i ropę. Jeśli popatrzeć na to z tej perspektywy, to mamy w tej chwili raczej ciągle łagodną, a nie ostrą fazę sporu.

Łukaszenka jest przez Moskwę coraz mocniej przypierany do muru, wije się jak piskorz, próbuje wyrwać z żelaznych objęć mlecznego brata (poza sprawami gospodarczymi uścisk uzupełnia wspólny system obrony przeciwlotniczej i inne zobowiązania w sferze wojskowej). Białoruski prezydent reaguje emocjonalnie, unosi się, miota obelgi. Moskwa to jakoś łyka i pewnie przełknie kolejne kamienie obrazy. Kremlowi od dawna nie zależy na projekcie integracyjnym wspólnego państwa, który dobrze sprzedawał się propagandowo piętnaście i jeszcze nawet dziesięć lat temu. Kremlowi zależy na utrzymaniu Białorusi w ścisłej strefie własnych wpływów. Państwo Związkowe jest zmurszałym parawanem. Próby renowacji tego wirtualnego bytu z pozycji siły (słynna putinowska formuła „Muchi otdielno, kotlety otdielno”) też się nie powiodły. Od wielu lat trwa więc wojna podjazdowa wyrywania przez Rosję po kawałku najsmaczniejszych kąsków z białoruskiego tortu. Tort w kryzysie pleśnieje, mimo to Łukaszenka trzyma się go mocno. W końcu formalnie jest prezydentem formalnie niepodległego kraju. Łukaszenka może starać się wykorzystać napięcia w stosunkach z Moskwą do uwiedzenia Europy ułudą zbliżenia, ale ma ograniczone możliwości ruchu. Kreml ma kilka śrubek, które w razie zagrożenia swej dominującej pozycji, choć niechętnie, to jednak przykręci. Jak napisał obrazowo jeden z rosyjskich komentatorów, Rosji chodzi o to, żeby NATO spacerujące pod rękę z Unią Europejską pod Brześciem i śpiewające Marsyliankę nie zyskało okazji zaśpiewania tej pięknej pieśni pod Briańskiem. A żeby do tego nie doszło, Moskwa może poczekać, aż Łukaszenka opamięta się, skruszeje i ustąpi, piana na mleku opadnie, wspaniałomyślnie zostaną wybaczone nieostrożne słowa, które w uniesieniu padły z obu stron. A jeśli Łukaszenka się nie opamięta, to może być jeszcze ciekawiej.

Proszę oddać długopis

W niewielkim mieście Pikalowo koło Petersburga od kilku miesięcy stoją trzy duże zakłady przemysłowe. Pracy nie ma 4500 osób z 22 tysięcy mieszkańców miasta. Od połowy maja w Pikalowie trwają protesty, przedwczoraj zdesperowani ludzie zablokowali drogę, domagając się poprawy bytu i uruchomienia zakładów. Do miasta postanowił przyjechać sam premier Władimir Putin. Zebrał miejscowe władze, przedstawicieli zakładów i właściciela upadającej cementowni, Olega Deripaskę. Deripaska na zeszłorocznej liście miliarderów „Forbesa” zajmował pierwsze miejsce w Rosji, teraz ma ogromne kłopoty z wypłacalnością, stracił płynność finansową, tymczasem kredytodawcy naglą. Deripaska pozostawał w znakomitych stosunkach z Kremlem jeszcze za czasów Jelcyna (nazywany był nawet przez niektórych komentatorów członkiem „Familii”), potem w co najmniej równie znakomitych stosunkach za czasów Putina. Był ulubieńcem rubryk kroniki towarzyskiej w rosyjskiej i zagranicznej prasie.

Putin ponury jak bezksiężycowa noc zbeształ wszystkich po kolei. Miejscowe władze lżył za to, że nic nie robiły, a dopiero na wieść o jego, premiera, przyjeździe „wszyscy zaczęli biegać jak karaluchy”. W odniesieniu do protestujących wyraził osobliwe przypuszczenie, że złamali prawo (zablokowali drogę), aby „zerwać wizytę” premiera (spisek?). Ale najmocniej gniewny Zeus rosyjskiego panteonu politycznego przyłożył Olegowi Deripasce. Potraktował go jak  uczniaka. Władczym tonem kazał mu podpisać deklarację wznowienia pracy należącej doń cementowni i kooperacji z dwoma pozostałymi przedsiębiorstwami w mieście (cementownia nie pracuje, a więc stanęły dwa uzależnione od jej produkcji zakłady). Deripaska w niskim pokłonie podsunięty przez Putina papier posłusznie podpisał. Gdy już się odwrócił i chciał zająć ponownie miejsce przy stole prezydialnym, Putin zawrócił go: „Proszę oddać długopis!” – rzucił z pogardą. Zbiedniały oligarcha, uzależniony obecnie od łaskawości kredytowej banków państwowych, pokornie oddał długopis, którym podpisał dokument.

Pożar w Pikalowie został ugaszony od ręki. Jak? Premier znalazł łatwą receptę: pensje mają „już jutro!” być wypłacone, jak pisze „Wriemia Nowostiej”  z… budżetu federalnego. Dwie transze ze Sbierbanku już wyszły. Świetny pomysł. I jaki dalekowzroczny.

Wnikliwy komentator rosyjskiej polityki Witalij Portnikow napisał: „Wizyta w Pikalowie pokazała w całej krasie metody, którymi szef rządu zamierza walczyć z kryzysem. Po pierwsze, jest gotów ręcznie sterować pogrążającą się w socjalną przepaść gospodarką. Zaś odpowiedzi na to, czy takich miast jak Pikalowo będą jeszcze dziesiątki, nie poszukuje. Po drugie, chce rozwiązywać nierozwiązywalne problemy w stylu spektaklu telewizyjnego – jak gdyby nie było kryzysu, a kolejna akcja PR mająca na celu poprawę rankingu”.

Czy reprymenda udzielona przez premiera właścicielom upadających zakładów poprawi ich kondycję? Czy inne znajdujące się w beznadziejnej sytuacji zakłady też dostaną takie miłe prezenty od premiera? Na jak długo to pomoże? Eksperci są zdania, że ręczne sterowanie „a la Pikalowo” jest nieefektywne. Efekciarskie zachowania pana Putina stwarzają iluzję szybkiego znalezienia rozwiązania, ale w rzeczy samej niczego nie rozwiązują. Władze jednak obawiają się najwyraźniej protestów społecznych i wolą póki się da używać gaśnicy w postaci nadzwyczajnych dotacji.

Jeszcze jeden ranking

W dorocznym światowym rankingu pokoju – Global Peace Index – Rosja zajęła 136. miejsce na 144. Listę sporządza Instytut Gospodarki i Pokoju w Sydney we współpracy z wieloma instytucjami naukowymi na całym świecie. Pierwsze miejsce zajęła w tym roku Nowa Zelandia (w ubiegłym roku pierwsza była Islandia, która spadła obecnie na czwarte miejsce).

Interesujące są kryteria, wedle których mierzy się umiłowanie pokoju poszczególnych państw. Jest ich łącznie 23. W badaniu bierze się pod uwagę przede wszystkim czynniki związane z wewnętrzną stabilnością społeczeństwa i efektywnością państwa, aspekty odnoszące się do tradycyjnych pojęć bezpieczeństwa znajdują się na drugim planie, choć też są bardzo ważne. Tak więc mierzy się podczas badania potencjał przeprowadzenia zamachów terrorystycznych, poziom przestępczości, poszanowanie praw człowieka, wskaźnik liczby więźniów na sto tysięcy mieszkańców, poziom korupcji, stosunki z sąsiadami, stopień efektywności działania systemu politycznego/państwa, dochód na głowę mieszkańca, poziom edukacji, wolność mediów, poziom niestabilności politycznej (potencjalne zamachy stanu, obalenie władzy siłą), poziom militaryzacji, poziom wewnętrznych napięć i konfliktów, potencjał konfliktów zbrojnych w kraju i poza jego granicami.

Dlaczego Rosja znalazła się na szarym końcu listy w doborowym towarzystwie takich oaz spokoju jak Pakistan, Korea Północna, Czad czy Irak? Mimo wygibasów propagandy i światłych haseł prezydenta Miedwiediewa, wzywającego lud na barykady do walki z korupcją, Rosja pod rządami dzielnego tandemu pogrąża się w korupcji. Aparat państwa trudno uznać za efektywny. Pod względem liczby więźniów na sto tysięcy mieszkańców Rosja wykazuje jeden z najwyższych wskaźników na świecie. Jeśli chodzi o wolność prasy i demokratyczność wyborów, w badaniach mierzących te wskaźniki Rosja zajmuje jedne z ostatnich miejsc na świecie. Poziom wewnętrznych napięć i konfliktów – rośnie wraz z rozlewaniem się kryzysu gospodarczego.

Kluczowe wydają się jednak dwie sprawy: ambicje Rosji, by znowu – jak za najlepszych czasów Związku Radzieckiego – uzbroić się po zęby oraz stale pogarszające się stosunki z sąsiadami. Moskwa zaprezentowała w zeszłym roku, że może się odwołać do argumentów siły, jeśli przegrywa na polu dyplomacji i konkurencji cywilizacyjnej. Zeszłoroczna wojna z Gruzją też sprawiła, że Rosja spadła o jeszcze trzy pozycje w porównaniu z zeszłorocznym Global Peace Index. Ze zmiennym szczęściem stosując kij i marchewkę, Rosja próbuje utrzymać w wyznaczonej przez siebie strefie wpływów państwa obszaru WNP. Z tymi państwami, które inaczej wyobrażają sobie przyszłość niż w ciasnym uścisku niewątpliwie miłującej pokój Rosji, Moskwa ma coraz bardziej na pieńku. Stosunki z Ukrainą są bardzo napięte, pamięć o styczniowej wojnie gazowej jeszcze nie umarła, a już premier Putin grzmi, że Ukraina jest niewypłacalna, a więc trzeba będzie zakręcić Europie kurki. Na wolnym ogniu Rosja podgrzewa propagandowo wszystkie możliwe kociołki konfliktu – Krym, pamięć historyczną, ambicje Ukrainy, by stać się częścią obszaru europejskiego i wyrwać się z jedynej słusznej orbity Moskwy. Ostatnio niesłodko zrobiło się nawet na linii Moskwa-Mińsk. Podczas wizyty Putina w Mińsku nic nie uzgodniono, a Białorusi jak tlenu potrzeba kredytów, by załatać dziurawą jak sito gospodarkę. Po czym odbyła się żenująca wymiana inwektyw (Łukaszenka pod adresem władz rosyjskich) i pouczeń (Miedwiediew w stronę niewymienionego z nazwiska partnera-niewdzięcznika). Coraz bardziej komplikują się stosunki z krajami Azji Centralnej, zwłaszcza z Turkmenistanem – to drugi ważny front wojny gazowej, jaką prowadzi Rosja, ale to temat na oddzielną opowieść.

Celuloidowe opium dla narodu

Jak mawiał klasyk pierwszego w świecie państwa socjalistycznego, kino jest najważniejszą ze sztuk. Władze Rosji najwyraźniej też hołdują temu sloganowi. Premier Władimir Putin sam osobiście stanął na czele Rady ds. Rozwoju Rodzimej Kinematografii.

Powołane w grudniu ubiegłego roku ciało ma wspierać państwowymi pieniędzmi produkcję filmów oraz ich dystrybucję w kraju i za granicą. W skład rady weszli politycy (m.in. główny kremlowski ideolog Władisław Surkow) oraz reżyserzy i producenci filmowi i telewizyjni „zbliżeni do ciała”, jak ironicznie nazywa się ludzi lojalnych wobec najważniejszego decydenta. Między nimi – Nikita Michałkow. Niegdyś wybitny reżyser i aktor, dziś celebryta brylujący na ważniejszych imprezach z udziałem władz partyjnych i państwowych i brutalny rządca Związku Kinematografii, od miesięcy znajdujący się w ostrym sporze z częścią środowiska, de facto skutecznie dzielący to środowisko na „błagonadiożnych” i „niepewnych”. Ostatni zjazd Związku zakończył się wielkim skandalem. Przy pierwszym podejściu Związek podziękował Michałkowowi i wybrał na przewodniczącego wybitnego twórcę filmu Marlena Chucyjewa. Michałkow natychmiast zwołał alternatywny zjazd, który wybrał na przewodniczącego jego, a poprzedni zjazd, który wybrał Chucyjewa, ogłosił nieważnym, awanturniczym i nikomu niepotrzebnym.

Stronnictwo Marlena Chucyjewa, nazwane przez jednego z rosyjskich publicystów „liberalno-atlantycką dyktaturą”, może być pewne, że pan Michałkow nie będzie sprzyjał finansowaniu ich przedsięwzięć przez wszechmocną Radę ds. Rozwoju Rodzimej Kinematografii. Rada została powołana, by wspierać budujące patriotycznego ducha obrazy z historii starszej i nowszej, a nie inteligenckie rozważania nad rozlanym mlekiem w duchu „liberalno-atlantyckiej dyktatury”.

We współpracy z powołaną niedawną komisją ds. zwalczania falsyfikacji historii przy prezydencie Rada pod przewodnictwem premiera zapewne wyznaczy właściwy kierunek w rosyjskim filmie. W czasach kryzysu potrzebne jest jakieś pokrzepienie serc, również celuloidowe. Rada filmowa i komisja historyczna ręka w rękę wypracują obowiązujące stereotypy.

Czy to oznacza wprowadzenie cenzury w filmie? Nie, istnienie kina niezależnego, artystycznego, poszukującego trudnej prawdy o współczesności i historii nie zostanie zakazane. W Rosji jest kilku interesujących reżyserów, których ideologiczny plastik nie przyciągnął dotąd. Ale jest też grono, które jest w stanie produkować żenujące obrazki na odgórne zamówienie, zgodne z aktualną propagandą i zapotrzebowaniem władz (np. artystycznie nieudany, wyśmiany przez widzów „Taras Bulba” czy pokazywany również w Polsce „1612”). Na takich produkcjach można nieźle zarobić i zrobić karierę. Wraz z powstaniem Rady przyciąganie do „obozu właściwych twórców” będzie bardziej usystematyzowane.

Kiedyś, dawno, dawno temu na Kremlu siedział niewysoki człowiek w wojskowym trenczu i w małej salce projekcyjnej oglądał filmy, które miały trafić (lub nie) na ekrany radzieckich kin. Od jego uśmiechu spod czarnych wąsów czy pełnego niechęci skrzywienia warg zależał los dzieła. On czytał scenariusze, akceptował dobór aktorów, składał zamówienia na przydatne z punktu widzenia polityki kierownictwa państwa obrazy filmowe. Bo on też uważał, że kino jest najważniejszą ze sztuk. Wiedział, że po obejrzeniu filmu w głowach ludzi zostaną obrazki – takie jak trzeba. Będzie się można potem do nich odwołać i dzięki temu łatwiej będzie pomanipulować świadomością mas. W filmach, które nakręcono w epoce tego niewysokiego człowieka w wojskowym trenczu, nie ma nawet najmniejszej aluzji do masowych czystek, GUŁagu, zamordowania milionów ludzi, sojuszu z Hitlerem, pomyłek wielkich wodzów w czasie późniejszej z nim wojny, zbrodni katyńskiej, śmierci głodowej milionów chłopów czy innych wydarzeń tej epoki. Ludzie w filmach z tamtych czasów, nakręconych na zamówienie z Kremla, wierzą w ideały socjalizmu, budują, walczą z podstępnym wrogiem z Zachodu, a jak nawet po ludzku kochają, to tylko zgodnie z linią wyznaczoną przez partyjne zjazdy i osobiście towarzysza Stalina.

Wpisy, pytania i rezultaty wyszukiwania są tendencyjne

W ciągu ostatnich kilku dni najczęściej odwiedzanym postem rosyjskiej blogosfery jest notka Władimira Makiejewa (http://www.nardemsouz.ru/blogs/opinion/entries/1455.html).

Cytuję: „Miejsce Rosji w świecie pod rządami Putina i spółki”.

Dosłownie kąpiąc się w petrodolarach, „niewolnik na galerach” [Putin na zakończenie drugiej kadencji prezydenckiej porównał swój wysiłek do niewolniczej pracy galernika] ze swoimi ministerstwami doprowadził Rosję do następujących oszałamiających rezultatów. Wystarczy wpisać do wyszukiwarki słowa „Rosja zajmuje miejsce na świecie”, a okazuje się, że Rosja zajmuje:

1 miejsce w świecie pod względem miliarderów, ściganych przez prawo;

1 miejsce w świecie pod względem absolutnego ubytku ludności;

1 miejsce w świecie pod względem śmiertelności na skutek chorób układu krążenia;

1 miejsce w świecie pod względem liczby katastrof lotniczych;

1 miejsce w świecie pod względem liczby aborcji;

1 miejsce w świecie pod względem sprzedaży alkoholi wysokoprocentowych;

1 miejsce w świecie pod względem tempa wzrostu liczby wypalanych papierosów;

1 miejsce w świecie pod względem liczby palących dzieci;

1 miejsce w świecie pod względem liczby zarażonych wirusem HIV […]

2 miejsce w świecie pod względem liczby samobójstw (po Litwie)

2 miejsce w świecie pod względem liczby więźniów na 1000 mieszkańców;

2 miejsce w świecie pod względem liczby obywateli ubiegających się o azyl na Zachodzie (po Serbii);

2 miejsce w świecie na liście producentów pirackich płyt;

3 miejsce w świecie w rozpowszechnianiu pornografii dziecięcej;

27 miejsce w świecie pod względem jakości edukacji;

43 miejsce w świecie pod względem konkurencji gospodarki;

62 miejsce w świecie pod względem rozwoju technologicznego (między Kostaryką a Pakistanem);

97 miejsce w świecie pod względem dochodów na głowę mieszkańca;

134 miejsce w świecie pod względem długości życia obywateli;

147 miejsce (na 168) w świecie pod względem stopnia wolności pracy;

159 miejsce w świecie pod względem poziomu praw i swobód politycznych;

175 miejsce w świecie pod względem poziomu fizycznego bezpieczeństwa obywateli.

Chciałoby się zapytać partię „Jedinaja Rossija” – czy to też wasze osiągnięcia, czy tak wygląda słynny, ale nigdy nie opublikowany PLAN PUTINA?”.

Tyle bloger Makiejew. Tyle statystyka. Nauka wredna i sprawiająca określone trudności towarzyszce propagandzie. W czasach radzieckich była taka satyryczna, chodząca w nieoficjalnym obiegu piosenka, parodiująca styl odpowiedzi propagandy radzieckiej na ujawnianie przez USA fatalnych danych o gospodarce ZSRR:

Зато мы делаем ракеты, перекрываем Енисей, и вобщем в области балету мы впереди планеты всей (Budujemy rakiety, zmieniamy bieg Jeniseju, a w dziedzinie baletu najlepsi jesteśmy na całej planecie).

Szczyt nieufnej przyjaźni

Podczas ostatniego szczytu rosyjsko-unijnego w Chabarowsku spisano protokół rozbieżności, na poczesnym miejscu listy znalazły się kwestie energetyczne i Ukraina.

Rozprawiano o możliwej powtórce z rozrywki, czyli o przewidywanym ponownym zamrożeniu zimą Europy na skutek kolejnej wojny gazowej Rosji z Ukrainą. Moskwa już teraz zaczyna grać bardzo ostro. Cele pozostały niezmienne (nie udało się ich ugrać w styczniu tego roku, to może uda się ugrać w styczniu następnego roku, kiedy Ukraina zmięknie na skutek kryzysu, a Europa zrezygnuje z niemądrej szarży, czyli realizacji deklaracji brukselskiej o remoncie ukraińskich rurociągów i grzecznie poprosi Moskwę o współudział): przejęcie struktury gazowej na Ukrainie i całkowite ubezwłasnowolnienie Ukrainy jako kraju tranzytowego dla rosyjskich nośników energii. Jeśli Europa nie pomoże teraz Rosji wykręcić rączek Ukrainie, to zimą będzie szczękać zębami – taka była oferta zaproponowana w Chabarowsku szacownym przedstawicielom Brukseli przez rosyjską delegację.

Europa powiedziała, że chciałaby wypracować „mechanizm wczesnego ostrzegania” i rozmawiać z Rosją o nowych zasadach współpracy w dziedzinie energetyki, by móc w niedalekiej przyszłości podpisać zmodyfikowaną Kartę Energetyczną. Porozumienie z Moskwą jak najbardziej jest możliwe, na warunkach Moskwy i żadnych innych. A Moskwa jest bardzo niezadowolona z samodzielnych poczynań europejskich partnerów: UE forsuje Partnerstwo Wschodnie (które władze Rosji klasyfikują jako „antyrosyjskie”), rosyjskie kompanie napotykają problemy w ekspansji na europejskich rynkach, Bruksela chce realizacji rurociągu Nabucco, który jest konkurencją dla South Stream.

I tak dalej.

Mimo pewnego osłabienia kryzysem Rosja nie zrezygnowała ze swoich ambicji odbudowy wyłącznej strefy wpływów na obszarze WNP i wszelkimi możliwymi sposobami kontynuuje w kontaktach z Europą „obrzydzanie cynaderką” w stosunku do Ukrainy i pozostałych państw. Zapowiada, że będzie ostro reagować na wszelkie próby nawiązania dialogu z krajami, zaklasyfikowanymi przez Rosję do jej wyłącznej strefy wpływów (oficjalnie niepodległymi), bez udziału/współudziału/pośrednictwa/kontroli Moskwy. Nie toleruje konkurencji, musi mieć absolutną wyłączność. Jeśli Europa nie zrozumie po dobroci, to musi się liczyć z tym, że znowu podmarznie.

Czterej pancerni w świetle ostatnich badań władz Rosji nad historią

Miałabym robotę dla powołanej przedwczoraj przez prezydenta Rosji komisji do walki z „fałszowaniem historii”. Jak mianowicie komisja odniesie się do kultowego serialu polskiej telewizji z dawnych lat „Czterej pancerni i pies” (na którym wychowały się nie tylko pokolenia polskich, ale także radzieckich dzieci)? Czy niektóre zawarte w serialu treści – poza odwieczną przyjaźnią polsko-radziecką, która, jak wiadomo, nigdy nie rdzewieje i nie podlega weryfikacji – nie powinny trafić pod pręgierz rosyjskiej komisji, a potem całej rosyjskiej opinii publicznej? Mądre głowy powinny się pochylić nad wymową ideologiczną filmu jeszcze i z tego względu, że przyjęta kilka dni temu Strategia bezpieczeństwa narodowego zakłada wypracowanie odgórnych założeń dla twórców filmów, szczególnie dla młodzieży.

Z punktu widzenia dzisiejszej polityki Rosji i dzisiejszych wykładni „odpowiedniej, jedynie słusznej wersji historii”, której komisja ma bronić, na pewno niemile widziany jest wątek jednego z członków załogi „Rudego” – Gruzina Grigorija Saakaszwili. Nie dość, że jest z Gruzji, to jeszcze nosi nazwisko polityka wykreowanego przez rosyjską propagandę na największego wroga Rosji, wielokrotnie postponowanego w publicznych wypowiedziach przez prezydenta Miedwiediewa i poniewieranego w rosyjskich środkach masowego przekazu. Czy dzieciom można pokazywać w telewizji takiego typa?

Po drugie, taki Janek Kos. Pochodzi z Gdańska. A jak dowiadujemy się z publikacji pułkownika Kowalowa na stronie internetowej rosyjskiego Ministerstwa Obrony (pisałam o tym przedwczoraj w poście „Komisja mitologii przy Ministerstwie Prawdy”), pewien niemiecki polityk A. Hitler zgłosił w 1939 roku umiarkowane i słuszne roszczenia, by włączyć wolne miasto do Rzeszy. Janek ma więc podejrzane pochodzenie. No i ten jego tatuś. Porucznik West (właściwie dlaczego West, a nie Ost? byłoby dużo słuszniej) – walczył o polskość Gdańska, a więc nie zgadzał się z pułkownikiem Kowalowem i Ministerstwem Obrony Federacji Rosyjskiej. Co więcej, w czasie wojny był w jakiejś partyzantce, nie wiadomo jakiej. Może w AK, które „stało z bronią u nogi”, Niemcom nic nie zrobiło, za to rzuciło się zapalczywie na Armię Czerwoną, gdy ta wkroczyła na terytorium Polski (z tą tezą wielokrotnie spotkałam się w rosyjskich publikacjach prasowych, być może i komisja prezydencka uzna ją za jedyną słuszną).

Losy wojny rzuciły Janka nad Ussuri. Nie bardzo wiadomo, jakim sposobem go tam rzuciły, sam bohater tłumaczy, że szukał ojca. Nad Ussuri? A może został wywieziony tam przez władzę radziecką? O wywózkach ludności cywilnej ze świeżo nabytych w 1939 i 1940 roku terenów ZSRR jeśli już w ogóle w Rosji się mówi, to tylko półgębkiem (to przecież rzuca cień na nieskazitelny wizerunek zwycięzcy). Oficjalna propaganda woli nie zauważać zjawiska, a zwłaszcza ofiar tego humanitarnego aktu wobec ludności wcielonych do słusznego kraju terenów. Gromi się kraje bałtyckie za to, że domagają się odszkodowań za poniesione w wyniku tej głęboko ludzkiej polityki ZSRR straty – ludzkie i materialne. Ten wątek w filmie też jest wobec tego podejrzany. Do dzielnego pierwszego dowódcy czołgu 102 również się można w tym kontekście przyczepić z uwagi na litewskie imię Olgierd (czy to jakieś aluzje do Rzeczpospolitej Obojga Narodów? Na wszelki wypadek lepiej takie imię skreślić, żeby się nikomu z niczym nie kojarzyło; na dodatek porucznik Jarosz jest potomkiem zesłańców syberyjskich. A oni – co? Z caratem walczyli. Czyli z Rosją imperialną. Podejrzane typy).

No i jeszcze jeden wątek z życia Janka, do którego komisja może się przyczepić. Janek zatknął polską flagę na Bramie Brandenburskiej oraz złożył tam z czcią rogatywkę poległego rotmistrza.

Gustlik natomiast był wcześniej wcielony do Wehrmachtu. No i podpada pod srogi osąd komisji w związku z tym. Takich „pieriebieżczików” to władza radziecka pod wodzą efektywnego menedżera J. Stalina zaraz brała za fraki i wysyłała w dalekie strony kopać rudy uranu i przyczyniać się do efektywnego rozwoju industrialnej gospodarki radzieckiej.

Pozostaje jeszcze pies. Ma słuszne rosyjskie imię, ale owczarkiem jest alzackim.

Jednym słowem – cały ten serial podszyty jest dwuznacznymi aluzjami, podejrzanymi nawiązaniami i niesłusznymi wątkami.

Komisja mitologii przy Ministerstwie Prawdy

Z próbami „zafałszowania historii, godzącymi w interesy Rosji” ma walczyć powołana właśnie przez Dmitrija Miedwiediewa specjalna komisja przy prezydencie Federacji Rosyjskiej. Na jej czele stanie szef prezydenckiej kancelarii, w jej skład wejdą przedstawiciele MSW, MSZ, Federalnej Służby Bezpieczeństwa, wywiadu, Rady Bezpieczeństwa, Dumy Państwowej, urzędnicy ministerstw kultury, jurysdykcji, Izby Społecznej przy prezydencie. Historyków będzie dwóch (na dwudziestu ośmiu członków).

Skład wskazuje, że nie będzie chodzić komisji o dyskusje w gronie fachowców, o uczciwe ustalenie historycznej prawdy na temat wydarzeń minionych (akcent położony jest na Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej), a o wypracowanie propagandowych mechanizmów w walce na froncie ideologicznym. Pracami komisji pokierują między innymi tacy wybitni znawcy tematu jak wiceminister oświaty Izaak Kalina, któremu rosyjskie szkoły zawdzięczają wprowadzenie podręcznika do historii, w którym wychwala się Józefa Stalina jako „efektywnego menedżera”.

Ciekawe, czy komisja zajmie się publikacjami na oficjalnej stronie internetowej rosyjskiego ministerstwa obrony, na której zamieszczono między innymi opracowanie pułkownika, doktora nauk historycznych Siergieja Nikołajewicza Kowalowa na temat roli ZSRR w przededniu wybuchu II wojny. Autor pisze m.in.: „Wszyscy ci, którzy bez uprzedzeń studiują zagadnienia historii II wojny, wiedzą, że wojna wybuchła dlatego, że Polska odmówiła realizacji niemieckich żądań. Mniej natomiast wiadomo, czego A.Hitler domagał się od Warszawy. Tymczasem żądania Niemiec były wielce umiarkowane: włączyć wolne miasto Gdańsk w skład Rzeszy i zezwolić na zbudowanie eksterytorialnych tras kołowych i kolejowych, które połączyłyby Prusy Wschodnie z zasadniczą częścią Niemiec. Pierwsze dwa żądania trudno nazwać pozbawionymi podstaw”. I tak dalej w tym duchu.

A może niesłusznie zakładam, że komisja zajmie się weryfikowaniem takich twierdzeń wyłożonych na oficjalnej stronie internetowej resortu obrony, może przyzna rację panu Kowalowowi i stanie w obronie dobrego imienia „wielce umiarkowanego polityka” i jego jak najsłuszniejszej polityki wobec Polski?

Pozwolę sobie zamieścić jeszcze jeden cytat. Irina Karacuba z uniwersytetu moskiewskiego tak komentuje powołanie komisji: „Fałszowanie historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej pochodzi od władzy, a nie od społeczeństwa. Mit o zwycięstwie w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej to jedyny mit o osiągnięciach Władimira Putina, jeśli nie liczyć cen ropy, ale ceny ropy od niego nie zależą. Kiedy Putin został prezydentem w maju 2000 roku, na Kremlu odsłonięto tablicę pamięci bohaterów wojny. Pod numerem jeden zamieszczono nazwisko Stalina. To była falsyfikacja – i pochodziła ona od władzy, a nie od społeczeństwa. Po drugie, jeśli dobrze rozumiem to, co oni teraz robią, jest to próba zamknięcia ust społeczeństwu, niezależnym ekspertom, historykom, dziennikarzom, działaczom społecznym, takim organizacjom jak Memoriał, które słusznie przypominają o przestępczym charakterze reżimu stalinowskiego w ogóle i o jego zbrodniach w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w szczególności. W składzie tej przesławnej komisji znaleźli się ci, którzy właśnie dokładnie zajmują się zafałszowywaniem historii, np. dyrektor Instytutu Historii Rosji Rosyjskiej Akademii Nauk Andriej Nikołajewicz Sacharow, sam były funkcjonariusz KGB. I fałszowanie będzie się odbywać teraz już z Kremla. Jakie to smutne”.

Nikita Sokołow z tygodnika The New Times (tygodnik napisał m.in. o publikacjach na stronie internetowej ministerstwa obrony) zapytuje: „A co znaczy „godzącymi w interesy Rosji”? To dla mnie zagadka. Jeśli problemami rosyjskiej historii będzie się zajmować FSB i wywiad, to będzie niezła jazda”.

A ja sobie myślę, że musi się dziać naprawdę źle w państwie duńskim, skoro władza wytacza takie potężne armaty do walki o przeszłość i próbuje zmobilizować opinię publiczną do tej walki, jednym słowem, uporczywie walczy o mity, próbując schronić się jak za parawanem przed wyzwaniami trudnej teraźniejszości.

A w kontekście szacunku dla bohaterów wojny przytoczę jeszcze jeden cytat (przypomniany w internetowej gazecie Grani przez Irinę Pawłową) zaczerpnięty z dzienników reżysera Ołeksandra Dowżenki, uczestnika defilady zwycięstwa 24 czerwca 1945 roku na placu Czerwonym w Moskwie: „Przed wielkim mauzoleum stały wojska i ludzie. Mój ulubiony marszałek Żukow wygłosił uroczyste i groźne przemówienie. Kiedy wspomniał o tych, którzy padli w boju, o tym ogromie ofiar, jakiego nie znała historia, zdjąłem nakrycie z głowy. Padał deszcz. Rozejrzałem się wokół. Zobaczyłem, że nikt ze stojących obok mnie nie zdjął czapki. Nie było ani chwili pauzy, ani marsza żałobnego, ani minuty ciszy. Zostały wypowiedziane dwa zdania, może jedno. Trzydzieści, jeśli nie czterdzieści milionów ofiar i bohaterów pochłonęła ziemia i nic, a może wcale ich nie było, nie żyli. Nikt za nimi nie westchnął. Zrobiło mi się smutno i nic już więcej mnie nie interesowało. W obliczu ich ofiary, pamięci po nich, krwi i mąk plac nie ukląkł, nie zadumał się, nie zdjął czapki. A może tak trzeba. A może jednak nie? No bo dlaczego opłakiwała ich natura? Dlaczego tak płakało niebo? Może chciało coś powiedzieć w ten sposób żywym?”. Smutno.

Piewca miłości, szlachetności i przyzwoitości

15 maja 2009. Bułat Okudżawa 9 maja skończyłby 85 lat. Okrągła data nie była w tym roku okazją do szumnych obchodów jubileuszowych. Właściwie poza książką biograficzną pióra niesfornego Dmitrija Bykowa i programem na niszowym kanale telewizyjnym Kultura rocznica przeszła w Rosji niezauważona. A przecież niezrównane ballady Bułata Szałwowicza nadal urzekają kolejne pokolenia Rosjan i nie tylko Rosjan (wielu moich znajomych uczyło się rosyjskiego tylko po to, by móc zaśpiewać w oryginale i zrozumieć pieśni Okudżawy).

Życiorys poety został naznaczony przez mocne uderzenia historii. Jego rodzice, zagorzali wyznawcy stalinizmu, zostali – jak setki tysięcy im podobnych – wkręceni w żarna represji. Bułat miał więc przypiętą łatkę syna „wrogów ludu”, co – jak twierdził później wielokrotnie – określiło jego wieczną chęć zmywania tych wszystkich niepopełnionych win. Poszedł na front na ochotnika (miał zaledwie 17 lat), o wojnie napisał potem, po zwycięstwie: „podła”. Pod prąd obowiązującej triumfalistycznej poetyce.

Śpiewane lekko ochrypłym, niezbyt mocnym, melancholijnym głosem ballady z towarzyszeniem gitary były wielkim wyłomem w porażonej socrealizmem rosyjskiej muzyce i poezji. Znamienny jest rok jego debiutu – 1956 – kiedy na krótko zaczęły puszczać stalinowskie lody. Mówił prosto i pięknie, niepospolicie o miłości i małym człowieku obdarzonym wielkim sercem, ironicznie odnosił się do sztucznego „patosu naszych czasów”, sentymentalnie – momentami ckliwie – wspominał moskiewski Arbat, gdzie mieszkał przez wiele lat, pisał o łzach, żołnierskich butach, o strąconych z cokołów idolach, o przemijaniu błahostek, które tak niedawno wydawały się ze spiżu. Ujmujące melodie zagnieżdżały się słuchaczom nie tylko w uchu, ale i w sercu. Były prawdziwe – i słowa, i muzyka, bez zadęcia, bliskie życia, a jednocześnie wysokie: piosenki Okudżawy to poezja najwyższych lotów.

Jego utwory jak „Modlitwa” (Dopóki nam ziemia kręci się…), „Weźmy się za ręce…” stały się hymnami, chętnie śpiewanymi przy niezliczonych okazjach. Okudżawa był poetą i bardem narodowym, choć władza radziecka go nie pieściła. Nie był zakazany, ale lansowany też nie. Należał do partii, partyjna legitymacja nie była jednak biletem na estradowy Olimp. Nagrania ballad, teksty wierszy przez lata krążyły tylko w odpisach, kopiowane prywatnie, nieoficjalnie. Nagrodę państwową dostał dopiero w 1991 roku. Po rozpadzie ZSRR włączył się aktywnie w życie społeczne i polityczne jako zwolennik nurtu demokratycznego. Zostawił poezję na rzecz prozy (napisał kilka powieści historycznych). Ostatnie lata spędził w osiedlu pisarzy w Pieriediełkino pod Moskwą. Zmarł w Paryżu w 1997, ale zgodnie z wolą został pochowany w Moskwie na cmentarzu Wagańkowskim. Tam, gdzie spoczywają Siergiej Jesienin i Władimir Wysocki.

W tym roku podczas zorganizowanej z rozmachem parady z okazji Dnia Zwycięstwa na placu Czerwonym wielka orkiestra wojskowa (a Okudżawa wielbił przecież „Nadieżdy maleńkij orkiestrik pod uprawlenijem lubwi” – małą orkiestrę nadziei pod dyrekcją miłości) zagrała obok pompatycznych marszów i zagrzewających do boju pieśni również skromną, acz kultową piosenkę Okudżawy z filmu „Dworzec Białoruski” o tym samym tytule. Dziwne koło zatoczyła historia.

Rosja bezpieczna? Rosja niebezpieczna?

Strategia bezpieczeństwa narodowego Rosji, którą wczoraj podpisał prezydent, to dziwny ptak z lekko zapóźnionego Matrixu, zagubionego gdzieś pomiędzy ambicją bycia mocarstwem, chęcią powstrzymania NATO, dyktowania warunków bezpieczeństwa na kontynencie europejskim i niemożnością przewidzenia skutków kryzysu.

Cel do roku 2020 został wyznaczony: Rosja ma wejść do pierwszej piątki największych potęg gospodarczych świata, uporządkować stosunki z krajami obszaru WNP, odepchnąć od swoich granic NATO, pozbawić Sojusz złudzeń pełnienia przezeń funkcji globalnych (w myśl strategii, NATO musi uwzględniać interesy Rosji), uniemożliwić zbudowanie amerykańskiej globalnej tarczy przeciwrakietowej. Jednocześnie zaleca się prowadzenie „racjonalnej i pragmatycznej polityki wykluczającej kosztowną konfrontację”. Rosja nie chce wdawać się w rujnujący wyścig zbrojeń, za to dla umocnienia swoich wpływów będzie sięgać po potencjał surowcowy.

Co do tego ostatniego punktu – zadziwiająca szczerość. Moskwa zamierza posługiwać się surowcami w walce o swoje interesy i pisze o tym otwarcie w strategii bezpieczeństwa. Niepokojący sygnał.

Koncepcja utrzymania obszaru WNP w wyłącznej strefie wpływów została przykryta sformułowaniem o „rozwoju stosunków z krajami WNP”. Czy po tym, jak Rosja w sierpniu 2008 roku zademonstrowała światu, że próg jej sięgania po siłę w rozwiązywaniu problemów z sąsiadami jest niski (a reakcja Zachodu tak miałka), można oczekiwać kolejnego „mocnego uderzenia” w razie dalszego wymywania wpływów Moskwy w Azji Centralnej, na Kaukazie, Ukrainie…? Czy wobec braku atrakcyjnej, pozytywnej rosyjskiej oferty przyciągającej państwa postradzieckie można się spodziewać zastosowania oferty „przymuszania” do dobrych stosunków? Znowu niepokojący sygnał.

Do największych zagrożeń zaliczono w „strategii 2020” politykę nie wymienionych z nazwy czołowych państw dążących do dominacji militarnej. Można to przeczytać tak: Rosja nie przełknie tarczy w Europie Środkowo-Wschodniej, negocjacje z Amerykanami na temat redukcji zbrojeń nuklearnych mogą trwać w nieskończoność, Rosja nie zrezygnuje ze swojego arsenału militarnego ani strefy wpływów na obszarze WNP. W ostatnich latach faktycznie Rosja wydaje na zbrojenia dużo więcej niż w minionej dekadzie, szkoli wojsko na wielkich ćwiczeniach, ambitnie pracuje nad nowymi czołgami czy rakietami, próbuje dogonić stracony czas. Zwraca uwagę to, że w rozdziale poświęconym możliwym zagrożeniom zewnętrznym ani pośrednio, ani tym bardziej bezpośrednio nie wspomina się Chin. Jako prezydent, Putin prowadził prochińską politykę. Najwidoczniej ta niepisana koncepcja ma obowiązywać nadal.

W strategii poczesne miejsce zajmuje wyznaczony cel gospodarczy: za jedenaście lat Rosja ma być niekwestionowaną potęgą światową i wejść do pierwszej piątki światowych mocarstw. Dziennik „Niezawisimaja Gazieta” głowi się w komentarzu, jak tego dokonać. Według danych za ubiegły rok (Factbook CIA), Rosja pod względem PKB wyrażonego w parytecie siły nabywczej zajmowała siódme miejsce (za Wielką Brytanią), niemniej w PKB na głowę mieszkańca Rosja plasuje się na odległym 74. miejscu za Porto Rico i Barbadosem (w 2007 roku była na 59. miejscu). W sytych latach prosperity nie przeprowadzono niezbędnych reform gospodarczych, rosyjska gospodarka jest uzależniona od koniunktury na paliwa. Na jakiej bazie ma się dokonać skok technologiczny czy cywilizacyjny – pytają dziennikarze „Niezawisimej” – skoro Rosja pod względem nakładów na edukację zajmuje 117. miejsce na świecie (pomiędzy Turkmenią, Panamą i Sierra Leone), wydaje na szkolnictwo 3,8% PKB (dla porównania Szwecja – 7,2%, USA – 5,3%). Na dodatek sytuacja demograficzna Rosji pogarsza się z roku na rok. Rosja ma ujemny przyrost naturalny, wysoką nadumieralność mężczyzn w wieku produkcyjnym.

No i jeszcze nie wiadomo, jakie dziury na wyboistej drodze postępu i rozwoju poczyni kryzys gospodarczy. W pierwszym kwartale 2009 roku w Rosji zanotowano spadek PKB na poziomie 9,5%.