Archiwum kategorii: Bez kategorii

Zwycięstwo na lodzie

Rosja zakończyła obchody rocznicy Wielkiego Zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945.

9 Maja jest w dzisiejszej Rosji jedynym niepodważalnym, integrującym świętem ogólnonarodowym. Zwycięstwo to zwycięstwo. Jedno na wszystkich, jak śpiewał niezrównany Bułat Okudżawa.

Wokół święta wiecznie toczy się jednak dyskusja – jak je traktować, jak obchodzić, czyje to święto: bardziej narodu czy bardziej weteranów, bardziej wojska czy bardziej władz, tylko Rosjan czy może także innych narodów. Wiele zawsze w tych dyskusjach emocji, dużo więcej niż rzeczowych argumentów.

W tym roku na plan pierwszy wybijają się dwie nowe tendencje. Pierwsza to wojna o pamięć o wojnie, druga – to „glamuryzacja” wojny.

Osobliwym wyrazem pierwszej tendencji jest zgłoszony trzy miesiące temu przez jednego z ministrów projekt ustawy o odpowiedzialności karnej wobec osób, które „negują zwycięstwo ZSRR i narodu radzieckiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej”. Najpierw większość komentatorów robiła wielkie oczy, bo trudno się było doszukać sensu w tej inicjatywie. Kto przy zdrowych zmysłach może stwierdzić, że ZSRR nie wygrał Wielkiej Wojny Ojczyźnianej? Wygrał. Zwycięstwo było oczywiste, przypieczętowane zdobyciem Berlina. Wydawało się, że projekt umrze śmiercią naturalną jako pozbawiony logicznej motywacji. Okazało się jednak, że nie dość, że nie umarł, to jeszcze jest wałkowany na wszystkie strony. Duma Państwowa przystąpiła do rozpatrywania w komisjach projektu ustawy, mają być wniesione poprawki do kodeksu karnego (przestępstwo negowania zwycięstwa Związku Radzieckiego w wojnie będzie zagrożone karą do pięciu lat pozbawienia wolności i dotyczyć ma nie tylko obywateli Rosji, ale także obcokrajowców). W ostatnich badaniach opinii publicznej aż 60 procent Rosjan stwierdziło, że należy wprowadzić odpowiedzialność karną wobec tych, którzy negują zwycięstwo ZSRR. Negowanie zwycięstwa przyrównano do gloryfikacji nazizmu. O winie ma orzekać specjalny trybunał. Szczególnie mają być potraktowane – jak pisze internetowa gazeta „Grani.ru” – „republiki byłego ZSRR, które pozwolą sobie podać w wątpliwość rezultaty II wojny światowej”, dla nich projekt ustawy przewiduje następujące środki: wydalenie ambasadorów, zerwanie stosunków dyplomatycznych, państwowe rekomendacje dla sfery biznesu i organizacji społecznych, by zerwać kontakty.

Prezydent Miedwiediew powiedział, że należy „walczyć z falsyfikacją historii”, „nie zamykać oczu na straszną prawdę wojny”. Święte słowa, walczmy, nie zamykajmy. Prezydent nie wyjaśnił tylko, co rozumie przez „prawdę wojny”, jaka jest ta jedyna słuszna wykładnia owej prawdy.

Ustawa (o ile zostanie przyjęta i wprowadzona w życie, na razie dyskutowany jest projekt) może być kolejnym elementem świetnie układających się stosunków Moskwy z sąsiadami, zwłaszcza z krajami bałtyckimi i Ukrainą. Wojny o pamięć są i będą dla Kremla ważną płaszczyzną rozgrywki politycznej.

 

Przez telewizję rosyjską wojna została przystosowana do gustów publiczności przyzwyczajonej do lekkiej, łatwej i przyjemnej strawy artystycznej, a raczej pseudoartystycznej. Zaserwowano kilka nowych dań. Na pierwsze danie podano koloryzowaną wersję legendarnego serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”. Kolorowy Stirlitz miał w założeniu przyciągnąć młode pokolenie, więcej glamouru, lakieru, politury. Czy różanolicy as radzieckiego wywiadu podziała na rosyjską młodzież jak magnes? Zobaczymy, choć zapewne nie stanie się ważnym „materiałem do przemyślenia” dla młodego pokolenia. Film się mocno zestarzał i bardziej śmieszy, niż porusza i wzrusza. Jedno jest pewne: jedna z najpopularniejszych serii dowcipów o Stirlitzu odżyje i zyska nowe barwy.

Widzowie obejrzeli również inne na ogół wyświetlane z okazji 9 Maja filmy wojenne (niektóre stare również podkolorowane, niektóre nowe – np. „Czerwiec 41” z Siergiejem Biezrukowem o miłości szlachetnego radzieckiego oficera do pięknej Polki – w stylu MacGyvera w sojuszu z „Quo vadis”, efekciarskie i pozbawione myśli), a także koncert dla weteranów, podczas którego młodzi i starzy wykonawcy śpiewali najpopularniejsze pieśni wojny. Przerobione na rockowo, a częściej „na popsowo” piosenki filmowe i frontowe pokazały dystans, jaki dzieli obecnych gwiazdorów rosyjskiej estrady od starych idoli. Żeby zostać dziś gwiazdą sceny, niekoniecznie trzeba umieć śpiewać czy mieć głos, wystarczy rytmicznie podrygiwać, wydawać jakieś dźwięki i prezentować się nieźle na okładce kolorowego pisemka, najlepiej jednak się głośno rozwodzić albo kupić willę na Lazurowym Wybrzeżu, wtedy jest się obiektem powszechnego uwielbienia bez konieczności kształcenia głosu. Kiedy przyszło do tego, żeby zaśpiewać piosenkę, którą zna cały kraj, okazało się, że „talentu” nie wystarcza – cieniutki głosik, fałsze, a do tego kiczowate układy taneczno-gimnastyczne. Publiczność najwyraźniej męczyła się mocno.

Każdy z wykonawców czuł się w obowiązku wygłosić patetyczne podziękowania pod adresem obecnych na widowni weteranów. Podobną formułę zastosowano w osobliwej edycji programu „Epoka lodowcowa” (odpowiednik „Oni tańczą na lodzie”). Pary łyżwiarzy figurowych wykonywały układy taneczne do kultowych pieśni wojennych. Potem obowiązkowo życzyły weteranom długich lat życia. Po koncercie fałszujących gwiazd estrady tym razem ucho widza mogło odpocząć – wykorzystano bowiem nagrania starych mistrzów. Trzeba było tylko zamknąć oczy. I nie otwierać.

Kolejny Dzień Zwycięstwa przeszedł do historii. Weterani zostali uraczeni porcją okolicznościowych obietnic poprawy losu od władz państwowych (choć do udziału w paradzie ich nie zaproszono, minister obrony powiedział, że to już nie na ich siły; na Placu Czerwonym pokazano za to najnowsze rakiety Topol), kolorowych jarmarków i tańców na lodzie. Teraz można znów na rok o nich zapomnieć.

A wojny o pamięć w razie konieczności politycznej będą toczyć się dalej.

Zimą będzie zimno

Zdolny menedżer, lobbujący rosyjskie interesy gazowe i naftowe, wicepremier Igor Sieczin podczas rozmów z delegacją UE w Moskwie ostrzegł, że i tej zimy mieszkańcy krajów Europy Środkowo-Wschodniej mogą marznąć na skutek przerw w dostawach rosyjskich nośników energii.

Powtórką gazowej wojny z Ukrainą rosyjskie władze grożą już od dawna. Nasilenie akcji zastraszania następuje na ogół po burzliwych rozmowach delegacji rosyjskiej z delegacją ukraińską na temat współpracy gazowej; szczególnie wysoką falę wywołały nieoczekiwanie ostatnie porozumienia Kijowa i Brukseli w sprawie finansowania modernizacji ukraińskiego systemu gazociągowego.

Tym razem jednak wicepremier Sieczin mówił nie tylko o przykręcaniu gazowych kurków, ale także o możliwym niedostarczeniu odbiorcom europejskim ropy naftowej. To nowy ton.

Jak oznajmił rosyjski wicepremier, winowajcą będzie ten, kto uruchomi trasę Odessa-Brody. To znaczy rurociąg ten działa od dawna, tyle że w stronę odwrotną od pierwotnie zamierzonej (tzw. rewers) płynie nim od kilku lat rosyjska ropa do portów czarnomorskich. W kwietniu zapowiedziano, że wreszcie ruszy zapowiadany od niepamiętnych czasów projekt przesyłu ropy azerbejdżańskiej z gruzińskiego portu Supsa drogą morską do Odessy, a stamtąd ropociągiem do Polski. Uruchomienie szlaku będzie przełamaniem dotychczasowego monopolu Rosji na dostawy ropy z regionu kaspijskiego (choć należy dodać, że w globalnym systemie rosyjskich dostaw i dostaw przez terytorium Rosji nie będzie to miało wielkiego znaczenia, chodzi bardziej o wymiar symboliczny). Rosyjskie władze reagują na wszelkie próby podważania jej monopolu na obszarze „kanonicznym” (za jaki Moskwa uznaje WNP) alergicznie i coraz bardziej histerycznie. Igor Sieczin ostrzegł: „Uruchomienie rurociągu Odessa-Brody oznaczać będzie niemożność dostarczenia rosyjskiej ropy na Słowację, Czechy i Węgry”.

Jednym ze skutków styczniowej wojny gazowej z Ukrainą, a także szerzej – agresywnej polityki energetycznej prowadzonej ostatnimi laty przez Putina i spółkę – było to, że odbiorcy europejscy stracili zaufanie do Rosji jako pewnego dostawcy nośników energii. A to sfera nader delikatna. Przyciśnięta przez rosyjską dyplomację gazową do ściany Europa zintensyfikowała więc poszukiwanie alternatyw – inna sprawa, na ile ta akcja „Liść dębu” okaże się skuteczna. Rosja natomiast przybrała jeszcze bardziej gniewną maskę. Wszelkie rozmowy idą jak po grudzie.

Moskwa odrzuciła przyjęcie europejskiej karty energetycznej, a 20 kwietnia przedstawiła własną koncepcję zasad, które miałyby regulować relacje pomiędzy dostawcami a odbiorcami ropy i gazu. Nacisk w rosyjskim dokumencie położono głównie na kwestie tranzytu. O co chodzi w koncepcji? W pewnym uproszczeniu: o zmuszenie krajów tranzytowych do bezwzględnego przestrzegania umów tranzytowych. Rosja domaga się gwarancji dla producentów, że kraje tranzytowe będą transportować nośniki bez żadnych warunków i zastrzeżeń, płacić kary umowne wynikające z niedotrzymania dostaw itp. Nietrudno odczytać, że powyższe „zasady” miałyby dotyczyć przede wszystkim krnąbrnej Ukrainy. Ciekawe jest to, że Rosja też jest przecież krajem tranzytowym, tyle że się najwidoczniej za takowy nie uważa. Gazprom kupuje środkowoazjatycki gaz na rosyjskiej granicy i sprzedaje go na własnych warunkach, między innymi Ukrainie zresztą. Teoretycznie – gdyby zastosować się do warunków rosyjskiej koncepcji – Turkmenia miałaby słuszne prawo domagać się od Rosji bezproblemowego dostarczenia turkmeńskiego gazu przez rosyjskie terytorium do Europy. Prawo Kalego trzyma się mocno.

Soczi-2009

Ogłoszono wstępne wyniki wyborów mera Soczi – kandydat z ramienia partii „Jedinaja Rossija”, popierany przez premiera Putina Anatolij Pachomow według komunikatu komisji otrzymał 76%, jego najważniejszy rywal – Borys Niemcow, kandydat z ramienia pozasystemowej opozycji – 13,5%. Pozostali uczestnicy wyścigu dostali 1-3% głosów.

Wybory mera Soczi były jednym z ciekawszych wydarzeń politycznych w Rosji w ostatnim czasie, swego rodzaju poligonem. Po pierwsze, miejsce – Soczi ma być gospodarzem zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. „Soczi-2014” to jeden ze sztandarowych projektów Putina. Obiekty olimpijskie trzeba budować od zera. To gigantyczna kasa. Czy merostwo w takim mieście można było „oddać” komuś, do kogo nie ma się stuprocentowego zaufania, mało tego – do kogoś, kto jest jednym z najbardziej zagorzałych krytyków rządzącej ekipy z Putinem na czele?

Mimo to do wyścigu wyborczego dopuszczono Borysa Niemcowa – polityka kojarzonego z wyklętymi przez Putina latami 90., obecnie jednego z liderów opozycyjnego ruchu „Solidarność”. Dopuszczono, co nie znaczy, że stworzono równe szanse. Pełniący obowiązki mera Pachomow miał osobiste wsparcie Putina, całej machiny biurokratycznej, prokremlowskich „technologów politycznych”. Przeciwko Niemcowowi zorganizowano brudną kampanię. Wyemitowano m.in. film przedstawiający kandydata opozycji jako człowieka umoczonego w kontakty z mafią, przypisano mu związki z koreańskim wywiadem i zamiar „odsprzedania” olimpiady Koreańczykom, oskarżono o zamiar zorganizowania prowokacji, kolorowej rewolucji etc. Niemcow pozbawiony był dostępu do mediów, możliwości prowadzenia kampanii wyborczej, debaty.

Ciekawe jest jednak już samo to, że władza dopuściła Niemcowa do udziału w wyborach. W czasach Putina w wyborach municypalnych (a także wszelkich innych) startować mogli tylko kandydaci „partii władzy”, jej sojuszniczych stronnictw i tzw. systemowej opozycji (partia Żyrinowskiego, komuniści). Udział Niemcowa – człowieka spoza systemowej opozycji – to znacząca odmiana (wszyscy rosyjscy komentatorzy zgodnie twierdzili, że decyzja o pozostawieniu Niemcowa w stawce wyścigu zapadła na najwyższym szczeblu). Fasadowość w pełni kontrolowanego przez władze od początku do końca procesu wyborczego gwarantowała wygraną kandydata obozu rządzącego. „W naszym fachu nie ma strachu”. Bo – jak mawiał pewien klasyk budujący potęgę demokracji w ostoi realnego socjalizmu – nieważne, jak się głosuje, ważne, jak się liczy głosy.

Przedstawiciele sztabu wyborczego Niemcowa liczyli glosy w badaniach exit poll. Według nich, Pachomow otrzymał 46%, Niemcow – 35%. Powinna się zatem odbyć druga tura. Niemcow zamierza się sądzić, uznaje wybory za sfałszowane. Podważa m.in. głosy oddane przed 26 kwietnia w głosowaniu przedterminowym.

„Technologia” masowego przedterminowego głosowania najwyraźniej się w Soczi sprawdziła – dziś dziennik „Wiedomosti” pisze, że być może podobna możliwość głosowania zostanie dopuszczona podczas najbliższych wyborów do Dumy Państwowej (w 1996 r. przedterminowe głosowanie zniesiono, uznano, że stwarza to szerokie pole do nadużyć).

Jak napisała w redakcyjnym komentarzu internetowa Gazeta.ru: „Wybory w Soczi pokazały, że aby w dzisiejszej Rosji wygrać [wybory], nie trzeba ani programu, ani zdolności, ani nawet technologii wyborczych. Wystarczy użyć władzy. […] Nie należy jednak zapominać przy tym o materii przyziemnej. Choć operacja przymuszania Soczi do wielkiego zwycięstwa nad Niemcowem była oczywistą farsą, mieszkańcy miasta wzięli w niej udział dobrowolnie. Niezależnie od tego, co władze chciały osiągnąć „organizując” taki nieprawdopodobny rezultat, i bez tych wysiłków opozycja pokazała, że nie może wygrać w warunkach nieuczciwego sędziowania”.

Nowa świecka tradycja

W Moskwie wskrzeszono sowieckie czyny społeczne, zainicjowane jeszcze za czasów Włodzimierza Iljicza Lenina. Subbotniki – bo o nich mowa – to prace społeczne w dni wolne. Organizowane rokrocznie wiosenne subbotniki w ZSRR miały – i jak widać, mają znów – na celu uporządkowanie miast i wiosek po zimie, pozbieranie gór śmieci, wygracowanie wyleniałych trawników. Po rytualnym pomalowaniu ławeczek odbywał sie radosny piknik. Subbotniki miały wykazać zaangażowanie ludności w prace społecznie użyteczne, wyręczyć służby porządkowe, które nie dawały sobie rady z brudem.

We wczorajszym, drugim tegorocznym (pierwszy odbył się 11 kwietnia) subbotniku w Moskwie wzięło udział – jak twierdzą władze miasta – 1,3 mln mieszkańców. Mer Jurij Łużkow osobiście posadził kilka krzaków bzu w Parku Izmajłowskim. Podziękował mieszkańcom za liczne przybycie i ofiarną pracę. Wezwał do pilnowania porządku, zawiadamiania odpowiednich czynników o śmieciach i nieprawidłowościach. „Miasto musi być czyste”. O poprawie pracy słuzb miejskich nic nie mówił, do niczego ich nie wzywał, nic ze strony władz nie obiecywał.

Moskwa – ponad 10-milionowe megapolis – jak wszystkie wielkie miasta boryka się z poważnym problemem zalewu śmieci.

Legalne miejskie wysypiska śmieci są przepełnione. W samej Moskwie doliczono się w zeszłym roku (nowych danych na razie brak) ponad osiemdziesięciu nielegalnych wysypisk. Według oficjalnych danych miasto „produkuje” gigantyczną ilość odpadów – komunalne i przemysłowe to ponad 20 mln ton rocznie. Wywozić nie ma gdzie – obwód moskiewski już od dawna protestuje przeciwko stołecznym śmieciom, ma własne problemy. Mer Łużkow chce w ciągu najbliższych sześciu lat zbudować miastu sześć spalarni. Mieszkańcy dzielnic, w których mają być one zlokalizowane, protestują, bo spalarnie mają być usytuowane bardzo blisko osiedli. Ekolodzy alarmują, że zdecydowanie za blisko.

W Moskwie nie segreguje się śmieci, a zdaniem ekologów, władze nie mają pomysłu na zorganizowanie systemu segregacji.

Poza tym Moskwa jest zanieczyszczona spalinami z gigantycznej liczby samochodów jeżdżących, a właściwie wiecznie duszących się w korkach.

Władze stolicy kilka lat temu wydały ponad milion dolarów na opracowanie bazy danych o zanieczyszczeniach wody i powietrza w mieście (część danych jest udostępniona w internecie). W mediach trąbiono o tym projekcie, ktory miał pomóc w walce o zachowanie jako takiego stanu środowiska. O efektach już potem wiele nie powiedziano.

W zeszłym roku ogłoszono o pilotażowym projekcie ujawniania nielegalnych wysypisk dzięki lotom patrolowym śmigłowców. W tym roku o patrolach się nie mówi. Strona internetowa miejskiej służby odpowiedzialnej za ochronę środowiska informuje za to o subbotnikach i chwali się zlikwidowaniem czterech nielegalnych wysypisk. Wobec kilkudziesięciu nowych – kropla w morzu śmieci.  

Między nami blogerami

W rosyjskim internecie istnieje osiem milionów blogów. Znakomita większość z nich (70 procent) mieści się pod trzema „adresami”: Livejournal.com, Blogs.Mail.ru i LiveInternet.ru. Codziennie rosyjscy blogerzy tworzą około trzystu tysięcy postów i siedmiuset tysięcy komentarzy do nich (dane za dziennikiem „Gazieta”).  Zdaniem specjalistów, blogi coraz bardziej młodnieją (obniża się średni wiek blogera), są coraz bardziej wpływowe i coraz bardziej komercyjne – coraz więcej blogerów-potentatów, notujących ponad tysiąc wejść dziennie stara się zarobić na prowadzeniu blogu.

Spece od tej branży uważają, że to już kres aktywnego rozwoju – to znaczy nie należy się spodziewać, że powstanie dużo więcej aktywnych nowych blogów. Następny prognozowany etap to rozdzielenie się blogosfery na oddzielne bloki tematyczne, zorganizowane według różnych kryteriów (od kategorii wiekowej po IQ).

Do rodziny blogerów dołączył wczoraj prezydent Dmitrij Miedwiediew. W pierwszych słowach zapewnił internautów, że władze nie zamierzają kontrolować internetu. W drugich słowach natomiast dodał: „Internet nie może być środowiskiem, w którym dominuje jeden, choćby najbardziej postępowy, najpotężniejszy kraj. Muszą być normy międzynarodowe, które są wypracowywane pospołu”. A to wszystko po to, by przeciwdziałać ksenofobii, terroryzmowi, bronić praw autorskich.

Użytkownicy internetu mogą komentować posty prezydenta. Jeden z komentatorów z mety wypalił: „Dmitriju Anatoljewiczu! Orientuje się pan bardzo dobrze w internecie. Czy we wszystkim innym ktoś panu przeszkadza?”

 

Przy jednym stole

Czy to kolejny eksperyment? Czy wyraz postępującej emancypacji prezydenta Miedwiediewa? Czy tylko nowa dekoracja rysującej się fasady? A może to kryzys bezpardonowo wkracza do walki politycznej na rosyjskich szczytach władzy?

Dwa dni temu Dmitrij Anatoljewicz nie tylko udzielił wywiadu opozycyjnej gazecie, ale na Kremlu spotkał się z członkami rady ds. wspierania rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego i praw człowieka. Pozwolił, by powiedziano mu w oczy (choć dopiero wtedy, kiedy ekipy telewizyjne wyszły z gigantycznej sali) słowa ostrej krytyki, na co prezydent Putin nigdy sobie nie pozwolił w czasie ośmioletniej prezydentury. Niedawno Miedwiediew częściowo wymienił skład rady, włączając kilku znanych krytyków systemu. Obrońcy praw człowieka, dziennikarze, socjolodzy, ekonomiści spoza kremlowskich układów mówili otwarcie o tym, dlaczego system szwankuje – „przykręcona” wolność, wszechobecna korupcja, brak wolnych mediów, sądownictwo pod butem, samowola władz różnych szczebli, biurokracja, zły klimat dla działalności organizacji pozarządowych.

Miedwiediew wysłuchał i wypowiedział swoim zwyczajem kilka poprawnych formuł. Stwierdził np., że jego zdaniem ustawa o NGO powinna zostać znowelizowana, a aparat państwowy jest porażony korupcją i on się bardzo często zastanawia, co zrobić z tym wrzodem i jeszcze że demonstracje protestu powinny zależeć nie tyle od decyzji władz, ile od odwagi cywilnej uczestników. Jak zwykle u niego – pięknie powiedziane, nic dodać, nic ująć. Tyle że piękne słowa spływające z ust „młodszego cara”, jak się ironicznie nazywa Miedwiediewa („starszym carem” ciągle w tej ironicznej nomenklaturze pozostaje Putin), jakoś idą sobie obok rzeczywistości i nie przekuwają się w czyn. Ileż nadziei na liberalne przemiany wzbudził w zachodnich politykach kandydat na prezydenta Miedwiediew, kiedy wygłosił hasła „Wolność jest lepsza niż brak wolności” i inne temu podobne! I co? Minął rok i nic. Usadzony przez biuro polityczne u szczytu stołu prezydialnego Miedwiediew przez rok nie wychylił się ani razu. Ale teraz mamy kryzys i to niewąski, układy się zmieniają, przy czym gwałtownie.

Czy ostatnie akcje Miedwiediewa obliczone na zbliżenie z powiększającym się stale obozem niezadowolonych są jego samodzielną inicjatywą i świadczą o pogłębianiu się podziałów w zawiedzionym i zbiedniałym (a więc bardzo nerwowym) obozie władzy? Co oznaczają te pokojowe sygnały wysyłane przez prezydenta w stronę tych, którzy nie szczędzą słów krytyki?

Jest jasne jak słońce, że w sytuacji kryzysu władza, która w latach tłustych starannie wygoliła polityczne poletko i przekonała ludzi, że sama sobie ze wszystkim poradzi, byle jej nie zaglądać przez ramię i nie kontrolować, teraz boi się znaleźć w sytuacji sam na sam z tymi, którzy najbardziej ucierpią z powodu kryzysu. A zmarginalizowani obrońcy praw człowieka i prasa mogą stać się jakimś buforem, skanalizować niezadowolenie. Przynajmniej spróbować.

Ale niejasne jest, czy Miedwiediew ustalił z Putinem taki scenariusz publicznego prania brudów, czy zaczął działać na własną rękę. Jeżeli ustalił – to oznacza to tylko to, że obaj potrzebują wsparcia ze strony resztek społeczeństwa obywatelskiego. A jeśli nie ustalił – to jest to zapewne początek większego pęknięcia w układzie władzy.

Opływowe kształty króla

Prezydent Dmitrij Miedwiediew udzielił pierwszego wywiadu dla opozycyjnej rosyjskiej gazety, pierwszego wywiadu dla rosyjskiej gazety w ogóle (poprzednich wywiadów, które ukazywały się w rosyjskiej prasie, udzielił jeszcze jako kandydat na prezydenta, a wypowiedzi Miedwiediewa znaliśmy do tej pory wyłącznie z mediów elektronicznych i wideoblogu).

Redaktor naczelny „Nowej Gaziety” Dmitrij Muratow uczciwie zadał ciekawe pytania na tematy, które, jak sądzę, interesują ludzi (demokracja, kryzys, stosunki państwo-społeczeństwo obywatelskie, proces Chodorkowskiego, partia władzy, kontrola nad internetem, wybory mera Soczi), a jeszcze bardziej interesuje ich zdanie prezydenta na te tematy. Ale Muratow na żadne pytanie nie uzyskał od interlokutora odpowiedzi. To znaczy oczywiście prezydent Miedwiediew „mówił ładnie i melodyjnie, zdania perlił jak z pereł kolie”. Tylko że kompletnie nic z tego nie wynikało. Jedyny ciekawy cytat, zamieszczony zresztą tylko na blogu gazety, a nie w treści samego wywiadu, został zaczerpnięty z tego fragmentu rozmowy, którego dziennikarz nie nagrywał już na dyktafon. „Czy pan wie – zapytał Miedwiediew – dlaczego wybrałem właśnie „Nową Gazietę”? Bo wy nigdy nikomu nic nie lizaliście. Możecie to opublikować, potwierdzę w razie czego”.

Na łamach „Nowej Gaziety” ukazywały się artykuły Szczechoczichina i Politkowskiej, odważnych, legendarnych dziś dziennikarzy. Gazeta ma odwagę wyciągać na światło dzienne afery, w których umoczeni są członkowie rządzącej elity, nie obsługuje władz. Wygląda na to, że faktycznie nikomu nic nie lizała, wedle eleganckiego stwierdzenia prezydenta Miedwiediewa.

Prezydent wypowiedział w wywiadzie kilka okrągłych zdań, w których każde słowo było dokładnie wyszlifowane i przemyślane, świadczące o wiedzy z zakresu historii, socjologii, prawa i wszystkich tych dziedzin, których znajomość sprawia, że człowiek może uważać się za wykształconego, obytego, światłego. „Kontrola nad biurokracją to jedno z fundamentalnych zadań każdego państwa”, „Społeczeństwo obywatelskie to jak gdyby druga strona państwa”, „Należy dążyć do tego, aby machina państwowa pracowała w trybie rozumnego automatyzmu”, „W naszym kraju istnieje tradycja bezpartyjnego prezydenta”, „Prawodawstwo w sferze działalności charytatywnej wymaga zmian”, „Powinniśmy stworzyć w Rosji jak najlepsze warunki dla rozwoju internetu”, „Demokracja to kategoria historyczna i jednocześnie – ponadnarodowa. Dlatego demokracja nigdzie nie wymaga rehabilitacji. Nie należy przeciwstawiać demokracji sytości” i tak dalej. Idealna poprawność w każdym calu.

Co wiemy o prezydencie Rosji po przeczytaniu wywiadu w „Nowej Gaziecie”? Że prezydent Rosji był dobrym uczniem, studentem, wykładowcą, że potrafi budować zdania zgodnie z zasadami gramatyki języka rosyjskiego. Że wie, co ma powiedzieć o demokracji, o sądownictwie, o biurokracji. Lekcje odrobił. Lekcje poprawnego mówienia, ale nie lekcje uprawiania polityki. Miedwiediew nie musiał w przestrzeni publicznej walczyć o władzę, dostał ją na podstawie zakulisowych układów w kremlowskim biurze politycznym, w tym sensie nie jest politykiem. I to widać również w tym wywiadzie. Owszem, horyzont ma szeroki, teorię – w małym palcu. Ale co z praktyką? Tego nie wiem. Prezydent Miedwiediew nie wypowiedział ani jednego słowa oceny, same formułki o doskonałości i należytości. Czy prezydent nie ma własnego zdania, czy też prezydent w układzie tandemokracji nie może mieć własnego zdania?

Nowe Jeruzalem

W mieście Istra, położonym sześćdziesiąt kilometrów od Moskwy odradza się stary klasztor, w którym znajduje się replika Grobu Pańskiego.

Rosyjskie Nowe Jeruzalem miało przypominać to leżące w Ziemi Świętej. Klasztor, nazywany „nowojerozolimskim”, został założony w XVII wieku. Moskwa miała wówczas ambicje, aby stać się trzecim Rzymem, uwolnić Konstantynopol i Jerozolimę spod jarzma niewiernych, a na swojej ziemi stworzyć ośrodek równie dla wyznawców prawej wiary ważny. Stąd pomysł, by – jak to ujął pomysłodawca Nowego Jeruzalem, słynny patriarcha Nikon – „stworzyć w Rosji kanoniczny obraz Ziemi Świętej, jak gdyby jej ikonę, która przyciągnie do Rosji całą jej świętość”.

Klasztor był do początków XX wieku ważnym ośrodkiem odwiedzanym licznie przez pielgrzymów.

Po rewolucji październikowej, pod władzą bolszewików, klasztor niszczał (sam klasztor został zamknięty w 1919 roku, założono tu muzeum krajoznawcze). Jeszcze bardziej ucierpiał na skutek niszczycielskiej działalności Niemców w czasie II wojny. Po wojnie sowieckim władzom nadal nie zależało na przywróceniu świetności ośrodkowi wiary prawosławnej.

W latach dziewięćdziesiątych klasztor odzyskał funkcje sakralne, zaczęła się renowacja zabytkowych obiektów. W zeszłym roku w październiku z inicjatywy prezydenta Dmitrija Miedwiediewa powstała fundacja, która zbiera środki na prace konserwatorskie.

 

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z Istry. Przedstawiają imponujący (częściowo odremontowany) Sobór Zmartwychwstania z kaplicą Grobu Pańskiego.

 

Życzę Państwu pięknych Świąt Wielkanocnych, odrodzenia i radości! Wesołego Alleluja!

Lampeczka Iljicza

Wśród wprowadzanych w zeszłym roku w niebywałym pośpiechu zmian do konstytucji Federacji Rosyjskiej znalazł się zapis o obowiązku przedstawiania Dumie Państwowej dorocznych sprawozdań z działalności rządu. W zamyśle autorów pomysłu miało to być świadectwo otwartości władzy wykonawczej i kontrolnych funkcji sprawowanych nad władzą wykonawczą przez władzę ustawodawczą.

Wczoraj w gmachu na ulicy Ochotnyj Riad w Moskwie (siedzibie niższej izby parlamentu) zjawił się z pierwszym takim – historycznym – sprawozdaniem premier Władimir Putin. Przemawiał do zgromadzonych tłumnie deputowanych przez godzinę: wyliczał, przedstawiał, wymieniał. „W sprawozdaniu premiera wzrosło wszystko, co tylko miało najmniejszą szansę wzrosnąć” – napisała na temat cytowanych przez Putina niezliczonych wskaźników jedna z moskiewskich gazet. Premier uprzedził, że obecny rok będzie trudny (choć na podstawie zaprezentowanych deputowanym chwalebnych statystyk minionego roku trudno byłoby do takiego wniosku dojść) – cóż, „wyprodukowany” przez zagranicznych kapitalistów kryzys dotknął również Rosji.

Z ważnych deklaracji dotyczących czasów kryzysu premier złożył obietnicę, że rząd – mimo deficytowego budżetu na ten rok – nie zapomni o emerytach i będzie podwyższał emerytury, by najstarsi wiekiem obywatele nie stracili przez inflację itp., wystąpił w obronie bankierów („to nie są tłuste koty, jak zwykło się uważać” – orzekł), pochwalił system bankowy za to, że się nie rozpadł, a dzięki roztropności rządu przetrwał zawieruchę; ponadto Putin zapowiedział, że nie odstąpi od podatku liniowego (jedno z pierwszych udanych liberalnych posunięć prezydenta Putina na początku dekady). „Tego cały świat nam zazdrości. Wiem, co mówię” – zapewnił zadowolone audytorium, które często nagradzało Władimira Władimirowicza oklaskami.

Potem był znacznie ciekawszy niż oficjalne sprawozdanie dialog z deputowanymi. To znaczy, oczywiście podobnie jak seanse łączności premiera ze społeczeństwem transmitowane raz do roku przez wszystkie kanały telewizji, tak i seans łączności z „dumcami” był zawczasu starannie wyreżyserowany i zaplanowany. Pytania z sali były uzgodnione i nie zawierały – poza płomiennym przemówieniem lidera komunistów, który wzywał do wymiany części ministrów na okoliczność kryzysu – krytyki pod adresem rządu. Niewygodne i trudne pytania ze strony członków parlamentu nie padły. Żadna rysa na nieskazitelnym wizerunku premiera nie miała prawa się pojawić.

Pewne ożywienie na sali powstało, gdy jeden z zafrasowanych koniecznością wprowadzania kryzysowych oszczędności deputowany zapytał, dlaczego na klatkach schodowych w rosyjskich domach żarówki palą się cały czas, podczas gdy na Zachodzie od lat – jeszcze kudy przed kryzysem – żarówka na schodach zapala się tylko wtedy, kiedy ktoś ją włączy, a po minucie się automatycznie wyłącza. Premier z analogicznym ożywieniem odpowiedział: „Też mieszkałem przez kilka lat w Niemczech i tam już wtedy światło na schodach włączało się na krótko, a potem gasło. Ale wiem, że wprowadzenie tego systemu wymaga nakładów”. Skoro tak – to deputowani z niechęcią odstąpili od rewolucyjnych zmian w systemie oświetlania klatek schodowych.

Dyskusji nad przyczynami głębokich skutków światowego kryzysu w Rosji nie było (jeszcze raz potwierdziło się twierdzenie przewodniczącego Dumy, że parlament to nie jest miejsce do prowadzenia dyskusji). Premier nie wyjaśnił na przykład, na jakiej zasadzie rząd wspiera jednych, a nie wspiera innych. Nikt go zresztą w tej sprawie za język nie ciągnął. Ogólniki upstrzone wskaźnikami przyjęto za dobrą monetę. Diagnozy nie sformułowano. Czy w takim razie terapia w postaci ogólnikowych AKM (antikrizisnyje miery – środki antykryzysowe) zaradzi postępującemu kryzysowi? Czy takie fasadowe sprawozdania w ogóle mają sens?

Nikt się nie spodziewał, że deputowani przeciągną premiera po dywanie za fatalne decyzje (decyzje premiera, jak żona cezara, są w Rosji poza podejrzeniem), ale zamiast wykazać śladową choćby dociekliwość, parlamentarzyści prześcigali się w lojalności wobec szefa rządu. Kiedy zaczęto w Rosji mówić o kryzysie (to znaczy, kiedy hulał on już w najlepsze i nie dało się ukryć jego pazurów pod pianą propagandy sukcesu), wyrażano nieśmiałe nadzieje, że trudności zmuszą władze do poszerzenia kręgu aktorów wewnętrznej sceny politycznej. Wczoraj po raz kolejny zaświadczono jednak dobitnie, że o poszerzeniu spektrum nie ma mowy, że – wręcz przeciwnie – gdy kryzys-wróg u wrót, ma nastąpić konsolidacja szeregów, obowiązuje bezwzględna lojalność i wazeliniarska akceptacja poczynań rządu. Bez dyskusji.

Już po szczycie

Zdjęcie z londyńskiego szczytu Dwudziestki, które zdobi dzisiaj pierwsze strony wszystkich gazet (uśmiechnięci i objęci prezydenci USA i Rosji z uwieszonym na ich ramionach premierem Włoch), jest niepodważalnym świadectwem wyższości amerykańskiej stomatologii nad europejską protetyką.

Czy szczyt przyniósł jeszcze jakieś niepodważalne pożytki? Komunikaty są opływowe i wszystkie bez wyjątku bardzo optymistyczne: „będzie kasa, zrobimy zrzutkę na MFW, a najważniejsze, że nie doszło do skandalu i że nie daliśmy się podzielić”. Pozostaje mieć nadzieję, że słowa niemieckiej kanclerz o osiągniętym w Londynie historycznym przełomie nie są pustym frazesem i nowy system, który ma powstać na gruzach systemu z lat czterdziestych, poradzi sobie z najnowszą plagą egipską światowego kryzysu.

Co ze szczytu wywiozła Rosja? Prezydent Miedwiediew, który przed wyjazdem do Londynu odgrażał się, że bez mała obali dolara i będzie walczył o ustanowienie nowej światowej waluty, wyraźnie wyhamował. I słusznie. „Dmitrij Miedwiediew powiedział kolegom to, co powinien był powiedzieć. Poza tym nie powiedział pewnych rzeczy, o których powinien był powiedzieć. Niektóre pomysły, które zdążył omówić z liderami Dwudziestki jeszcze przed szczytem, pozostały niewypowiedziane: najwidoczniej zrozumiał, że nie mają perspektywy” – napisał w korespondencji z Londynu Andriej Kolesnikow (Kommiersant) z właściwym sobie przekąsem.

W ramach ocieplania na linii Moskwa-Waszyngton prezydent Miedwiediew napisał artykuł dla The Washington Post. Miedwiediew wzywa w nim do przełamania negatywnych zjawisk w stosunkach dwustronnych. Pisze: „Świat oczekuje, że Stany Zjednoczone i Rosja podejmą energiczne działania na rzecz ustanowienia atmosfery zaufania i dobrej woli w stosunkach międzynarodowych, a nie uwikłają się w brak działań i nieangażowanie się. Nie możemy nie sprostać tym oczekiwaniom”. Miedwiediew wskazuje na doniosłość kwestii rozbrojenia, wyraża nadzieję na konstruktywną współpracę w sprawie Afganistanu. To bez wątpienia ważne sprawy.

Amerykańscy eksperci z zadowoleniem odnieśli się do gestu rosyjskiego prezydenta, tylko nie mogli wyjść ze zdumienia, że Miedwiediew widzi światowy tandem w składzie USA-Federacja Rosyjska. A ten właśnie tandem ma, według Miedwiediewa, sprostać wyzwaniom, wyciągnąć świat z kryzysu. W artykule w tym kontekście nie ma ani słowa o Chinach. A przecież w Londynie najważniejszym rozmówcą Baracka Obamy był właśnie przewodniczący ChRL Hu Jintao. To w znacznej mierze od ich ustaleń zależało, z czym wyjadą pozostali uczestnicy szczytu. W Waszyngtonie coraz częściej mówi się o konieczności zacieśnienia kontaktów z Pekinem, wzajemna zależność gospodarek obu państw jest naturalnym podglebiem rozwoju tej współpracy. Czy w amerykańsko-chińskim tandemie znajdzie się miejsce dla rosyjskich ambicji? I w jaki sposób Rosja chce je realizować?

O miejscu i roli Rosji opowiedział dziś na zjeździe stowarzyszenia rosyjskich banków minister finansów Aleksiej Kudrin, sprowadzając patos, rozdmuchany salonową atmosferą szczytu, do właściwych rozmiarów. Rosja nie bierze udziału w wypracowanych na szczycie w Londynie środkach antykryzysowych – zaznaczył Kudrin. Wspiera natomiast stabilność finansową w regionie, uczestnicząc w tworzeniu antykryzysowego funduszu krajów EaWG (Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, skupiającej sześć państw postradzieckich). Ostatnio wprawdzie nie wsparła Białorusi (Moskwa odmówiła Łukaszence kolejnego kredytu na podtrzymanie gospodarki, za co Bat’ka kazał natychmiast wyłączyć transmisję wszystkich kanałów telewizyjnych bratniej Rosji i nie ponownie nie uznał niepodległości Abchazji i Osetii Południowej), ale może to tylko chwilowo. Kudrin nic nie mówił o zasobach tego antykryzysowego postradzieckiego funduszu, może dlatego że na razie specom od finansów trudno się doliczyć, czy Rosji wystarczy środków na wszystkie programy.

Cóż, fajnie jest sobie zrobić zdjęcie w fajnym towarzystwie, poprężywszy mięśnie (głównie twarzy – by uśmiech wypadł przekonująco). Ale potem trzeba wrócić do domu i zająć się tą bliską, i jedyną pozostającą w zasięgu, wspólnotą gospodarczą, do której na dobrą sprawę stale trzeba dopłacać.