Archiwum kategorii: Bez kategorii

Jubileusz grupy Lube

Najgłośniejszy przedstawiciel patriotycznego nurtu piosenki pop-rockowej w Rosji – grupa Lube obchodzi dwudziestolecie.

23 lutego, w Dniu Obrońcy Ojczyzny (d. święto Armii Radzieckiej) w Pałacu Kremlowskim odbył się jubileuszowy koncert grupy. Lube wykonało wszystkie swoje koronne hity: „Bat’ka Machno”, „My pojdiom s koniom”, „Nie walaj duraka, Amierika” (klip tej piosenki otrzymał nagrodę na festiwalu filmów reklamowych w Cannes; naprawdę świetny – można obejrzeć na Youtube). No i oczywiście bodaj największy przebój: „Dawaj za”. „Dawaj za nas, dawaj za was…, […] za ordery, za desant, za specnaz, za życie, za tych, którzy czekają, za tych, którzy z nami byli, za Kaukaz, za Syberię”.

4 marca 2008 roku w rytm tej piosenki, rozbrzmiewającej nad placem Czerwonym z wielkiej estrady, na której odbywał się koncert wyborczy, w stronę sceny maszerowało pewnym krokiem dwóch zadowolonych z siebie polityków – tandem Putin–Miedwiediew. Politycy weszli na scenę. Wokalista kapeli Nikołaj Rastorgujew urwał w pół słowa, odstąpił mikrofon politykom. Pieśń i przemówienie do mas były jak jeden głos, idealny sojusz gitarowych strun, słów pieśni i słów zachłystującego się zwycięstwem polityka.

 

Grupa powstała w 1989 roku w położonej pod Moskwą miejscowości Lubercy. Za radą Ałły Pugaczowej lider grupy, który sam nigdy nie służył w armii, założył charakterystyczną pasiastą koszulkę, wojskową gimnastiorkę. To ubranie-przebranie okazało się znakomicie trafioną kreacją, idealnie pasowało do charakteru wykonywanych piosenek: rzewnych ballad, trafiających do tęskniącego za ciepłym domem wiecznego żołnierza, przyprawionych ostrym brzmieniem elektrycznej gitary. Zagrane ostro, na rockowo, a czasem z cygańską nutą, romantycznie rozciągnięte piosenki Lube koiły w latach 90. skołatane serca tych, którzy nie mogli uwierzyć, że wielkie imperium rozpadło się. Dla nich szumiały rosyjskie brzozy, od których oderwał się listek. Gitara, czasem akustyczna, czasem elektryczna, perkusja, czasem akordeon, trochę folku, trochę nostalgii, trochę dumy z oręża, trochę imperialnego etosu wielkiej i niepokonanej armii, rozsnute dymy Wielkiej Rosji. Ich muzyka inkrustowała kilka seriali telewizyjnych poświęconych wojnie. Piosenki grupy Lube towarzyszyły kampanii wyborczej partii „Rodina” (odwołującej się do idei Wielkiej Rosji), potem – różnym przedsięwzięciom putinowskiej partii „Jedinaja Rossija” i jej młodzieżówki.

Z uwagi na dobre stosunki muzyków grupy Lube z politycznym establishmentem powszechnie oczekiwano, że na jubileuszowy koncert do kremlowskiego pałacu przybędą przedstawiciele najwyższych władz. Prezydent Miedwiediew w obchodach jubileuszu kultowej grupy udziału raczej nie planował (sam deklaruje sympatię do zgoła innych rytmów, m.in. grupy Deep Purple). Jako zwierzchnik sił zbrojnych  – w których, podobnie jak lider grupy Lube, nigdy nie służył – Miedwiediew spotkał się tego dnia z weteranami, młodzieżą i wojskowymi w moskiewskim Teatrze Armii na bombastycznej uroczystości ze sztandarami, hymnem i przemówieniem, w którym podkreślił zasługi bojowe tych, którzy latem ub.r. odparli agresora w Osetii Południowej. Wojskowy chór zaśpiewał trzy zwrotki hymnu – znanej melodii, do której niewiele osób potrafi podłożyć zutylizowany tekst Siergieja Michałkowa. Sztandary wprowadzono i wyprowadzono.

Natomiast premier Władimir Putin głośno przyznaje się do tego, że lubi Lube. Niemniej koncertu jubilatów nie zaszczycił. Rastorgujew nie musiał tym razem odstępować żadnemu politykowi mikrofonu. Wraz z przyjaciółmi artystami i oficerami grupy „Alfa” bawił gości koncertu wyłącznie pieśnią.

Internet i Kreml

Kontrolowanie Internetu jest zadaniem karkołomnym, ale w warunkach kryzysu staje się dla polityki informacyjnej rosyjskich władz jednym z najważniejszych. Wielokrotnie podejmowano próby (jeszcze w latach dziewięćdziesiątych) poddania dynamicznej przestrzeni sieci odgórnej kontroli – żadna z tych prób nie dała jednak zadowalających rezultatów. Władze skupiły się na kontrolowaniu telewizji – najbardziej efektywnego narzędzia propagandy i manipulacji świadomością społeczną. Ale z upływem czasu Internet rozrastał się, jego znaczenie też rosło (w Rosji jest obecnie ok. 33 mln użytkowników), ponadto coraz ważniejszą rolę w jego obrębie zaczęły odgrywać blogi.

Publicysta tygodnika „The New Times” Ilja Barabanow pisze, w jaki sposób dostała się do obiegu informacja o demonstracjach we Władywostoku w połowie grudnia – o których nie informowała telewizja, co więcej – milczały też gazety, a nawet agencje informacyjne. Otóż, zdjęcia z wieców protestu przeciwko wprowadzeniu przez Putina zaporowych ceł na zagraniczne samochody (protestowano pod hasłami „Putler kaput”, „Wowoczka, wyjdź z klasy”) zamieszczono w blogosferze. Z blogów pączkująca informacja trafiła wreszcie do agencji, potem napisały o wydarzeniu gazety. Telewizja do tej pory nic nie pokazała. Niemniej wiadomości o protestach i brutalnym ich stłumieniu znalazły się w powszechnym obiegu. Wywołało to niezadowolenie Kremla.

Jeśli nie można kontrolować, to trzeba się przyłączyć, a jeszcze lepiej – stanąć na czele – postanowiono w wysokich gabinetach. Zastępca szefa prezydenckiej kancelarii, jeden z głównych ideologów epoki Putina, Władisław Surkow organizuje więc spotkanie z najbardziej wziętymi blogerami. Układanie się z nimi to jedna z dróg postępowania. Druga ma polegać na aktywnym włączeniu się Kremla do blogosfery: „Kreml musi mieć na każdą zaczepkę gotową odpowiedź, a nawet dwie. Jeśli opozycja uruchamia internetową gazetę, to Kreml powinien odpowiedzieć uruchomieniem dwóch. Jeśli w blogosferze pojawia się użytkownik, opowiadający o protestach we Władywostoku, to jego post powinno natychmiast skomentować dziesięciu kremlowskich speców od technologii politycznych, którzy mają za zadanie przekonać publiczność, że to, co zostało napisane przez blogera, jest kłamstwem”. To słowa jednego z kremlowskich inżynierów dusz, odpowiedzialnych za przygotowaniem spotkania Surkow–blogerzy. Czy ta metoda okaże się skuteczna? Na wymagające etatowej obsady inicjatywy wzięcia jakiejś sfery pod obcas potrzeba ludzi i pieniędzy. Tymczasem wczoraj ogłoszono o redukcji kadry pracującej w kancelarii głowy państwa. Surkow ogłosił niedawno, że projekty internetowe Kremla też czeka obcięcie funduszy w związku z ogólną bryndzą.

Niezależnie od tego, czy Kreml sypnie owsa na zalewanie blogosfery słuszną propagandą i czy przyniesie to spodziewane efekty, najważniejszą „bronią masowego rażenia” na froncie informacyjnym pozostanie w Rosji telewizja. Na razie brak sygnałów, że to narzędzie wymyka się władzy z rąk. 17 lutego szefem Rady Dyrektorów (zarządu) ogólnokrajowej stacji telewizyjnej „Pierwyj Kanał” został zaufany człowiek Władimira Putina, wicepremier Siergiej Sobianin. Dwa dni temu nowe centrum agencji informacyjnej RIA Nowosti i angielskojęzyczną telewizję Russia Today wizytował sam premier. Zawartość i kształt dzienników telewizyjnych pozostają na razie w zgodzie z wyznaczoną odgórnie linią.

Maslenica, czyli Objeducha, czyli ostatni tydzień karnawału

Trojka z bubiencami, góry blinów, ociekających roztopionym złocistym masełkiem, korowody taneczne, a na koniec – topienie słomianej kukły znienawidzonej zimy. To rosyjski ostatni tydzień karnawału, Maslenica, ostatni moment, kiedy przed nastaniem Wielkiego Postu, poprzedzającego Wielkanoc, można jeść, pić i popuszczać pasa. Dziś z dawnych tradycji szczodrego tygodnia zabaw i obżarstwa niewiele przetrwało, ale władze Moskwy dokładają starań, aby mieszkańcy mogli się pobawić i do woli nasycić żołądki. Pod murami Kremla, na opadającym w stronę rzeki Wasiljewskim Spusku urządzono jarmark z atrakcjami. Maslenica zakończy się wielkim pochodem kończącym karnawał w niedzielę 1 marca. Ambitni moskwianie zapowiadają, że rozmachem nie będzie on ustępował karnawałowi w Rio.

Zwyczaj obchodzenia Maslenicy, czyli Objeduchy (lub Objedochy), czyli Syrnej Siedmicy pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, z obyczaju żegnania zimy (starosłowiański zwyczaj u nas przybrał postać topienia Marzanny).

Najwspanialszym daniem, towarzyszącym Maslenicy, są bliny. Klasyczne – z mąką gryczaną, niebiańsko pyszne, okrąglutkie na znak pełni, obfitości – a kraszone, jak dusza zapragnie. Rosyjska dusza pragnie je polewać śmietaną, masłem, a jeszcze dodawać kawiorku i wędzonego jesiotra (pierwszej świeżości koniecznie, jesiotr, jak wiadomo, ma tylko jedną świeżość – pierwszą, która jest jednocześnie ostatnia), delikatnego łososia, marynowanego śledzika albo grzybków. Można dogadzać sobie i na słodko – bliny z wiśniowymi konfiturami, bitą śmietaną, miodem, jabłkami z cynamonem są również wyśmienite.

Niegdyś każdy z dni ostatniego tygodnia karnawału miał swoją nazwę i przypisane stosowne obrzędy i zwyczaje. Na przykład wtorek nazywał się „zaigryszy”, młodzi ludzie odwiedzali się wtedy w domach, obżerali blinami po kokardy, a potem szli pojeździć na sankach, karuzelach i wszystkim innym, od czego jeszcze mocniej kręciło się w głowie; w czwartek zwanym „razguł” odbywały się wyścigi na koniach i walki na pięści. Bliny jedzono codziennie. Dziś na specjalnej stronie internetowej poświęconej Maslenicy można zapoznać się z programem imprez proponowanych w Moskwie, wynająć wodzireja, zamówić kucharza albo gotowe bliny do domu.

Tegoroczna Objeducha ma w Rosji w dobie rozkręcającego się bezlitośnie kryzysu jeszcze dodatkowy wymiar pożegnania tłustych lat. Ale teraz – w ostatnim tygodniu beztroskiej zabawy niech nikt nie myśli o trudnościach, jakie czekają za progiem.

Lot nad kukułczym gniazdem

O prawa pacjentów psychiatrycznych zakładów opiekuńczych w Kraju Permskim upomniała się pełnomocnik ds. praw człowieka w tym regionie Tatiana Margolina. Według jej raportu, w kilku placówkach dokonano przymusowej sterylizacji kilkunastu (lub więcej) młodych kobiet – pacjentek z rozpoznaniem oligofrenia. W dokumencie mowa jest także o przymusowych aborcjach (w 20-22 tygodniu). Na pytanie Margolinej, dlaczego lekarze decydowali się na wykonanie zabiegów przerwania ciąży i sterylizację, pracownicy zakładów odpowiedzieli: „Żeby nie rodziły psychicznych”. Zgodnie z rosyjskim prawodawstwem, lekarze mogą dokonać sterylizacji osób ubezwłasnowolnionych wyłącznie na podstawie decyzji sądu na wniosek komisji lekarskiej. Tymczasem, jak pisze gazeta „Nowyje Izwiestia”, pracownicy zakładów w Kraju Permskim nie wiedzieli, że takie zezwolenie sądu jest w wypadku sterylizacji konieczne. W sprawie łamania praw pacjentów ma być wszczęte śledztwo, które wziął pod osobistą kuratelę prokurator regionu. Kontrola przeprowadzona w zakładach w Kraju Permskim wykazała ponadto, że pacjenci nie są leczeni na inne schorzenia, wymagające hospitalizacji, a personel medyczny zakładów nie wzywa pogotowia, „bo i tak nie przyjadą”.

Eksperci, na których powołują się autorzy materiałów publikowanych na ten temat w internecie, twierdzą, że zakłady w Kraju Permskim nie są wyjątkiem, podobne praktyki stwierdzono również w placówkach w innych regionach. Siergiej Kołoskow ze stowarzyszenia „Zespół Downa” mówi, że jest to jeden z bardzo poważnych problemów społecznych, starannie zamiatanych pod dywan. Pacjenci zakładów-internatów to najczęściej ludzie pochodzący z patologicznych rodzin alkoholików; dzieci z takich rodzin po ukończeniu osiemnastego roku życia z zakładu opiekuńczego dla dzieci z niedorozwojem umysłowym trafiają prosto do zakładu dla dorosłych, pozostając całe życie w wyizolowanym świecie, z wydanym raz na zawsze orzeczeniem o niedorozwoju umysłowym lub niepoczytalności. Zdaniem Kołoskowa, pacjenci są kierowani do zakładów z naruszeniem przepisów. „I chodzi nie tylko o sterylizację. Zmienić należy cały system”.

I to, jak się zdaje, cały system opieki w ogóle. Niepokojące sygnały o warunkach panujących w placówkach opiekuńczych dotyczą nie tylko tych wymienionych zakładów dla psychicznie chorych.

W ciągu ostatnich kilku tygodni doszło do serii pożarów w kilku – położonych w różnych miejscach kraju – domach opieki dla osób starszych. Placówki prowadzone były fatalnie pod każdym względem. Obrazki, które pokazywała przy okazji tych tragedii rosyjska telewizja, nie napawają optymizmem: placówki opiekuńcze mieszczą się przeważnie w zdewastowanych domach, są pozbawione niezbędnego sprzętu, bez możliwości ewakuacji w razie pożaru, zamykane na noc, bez dyżurujących w środku opiekunów. Podopieczni zostawieni są tam praktycznie na łasce losu, w razie zagrożenia pożarem – skazani na śmierć w płomieniach. Jedna z podopiecznych domu opieki prezentowała dziennikarzom telewizyjnym, że na wypadek pożaru trzyma pod łóżkiem plastikową butelkę z wodą, aby ugasić płomień (bo straż pożarna albo przyjedzie, albo i nie przyjedzie).

Postawieni do pionu przez najwyższe władze ludzie odpowiedzialni za ten stan rzeczy i pożary, które pochłonęły liczne ofiary, zapewne trafią przed oblicze Temidy. Rzecz dotyczyć będzie kilku najgłośniejszych spraw. Natomiast ogrom problemów pozostanie. Zwłaszcza w dobie kryzysu brak dofinansowania odczują najmocniej najsłabsi, których głosu nie słychać. Nie było go zresztą słychać nawet wtedy, gdy w kraju działo się lepiej, a państwowa kasa napełniana była z pluskiem petrodolarami.

Jak „Ojcze nasz”

„Reforma armii będzie finansowana „jak Ojcze nasz” – zapewnił prezydent Dmitrij Miedwiediew na dzisiejszym spotkaniu z przyszłymi czołgistami w Czycie. Zapowiedział, że niezależnie od kryzysu i narastających trudności rosyjskie władze nie będą oszczędzać na wyposażeniu wojska w nową broń, nie będą też skąpić na wypłacaniu należności pieniężnych ludziom w mundurach. A zatem z jednej strony – reforma musi być, choćby się waliło i paliło, armia ma się, zgodnie z wytycznymi góry, modernizować. Z drugiej strony – wojskowi mogą spać spokojnie, gdyż mimo coraz powszechniejszych w całym kraju zaległości w wypłatach w innych branżach – wojskowi dostaną na czas wypłaty, należne zasiłki i ekwiwalenty. Nie ma też mowy, by zwijać program budowy mieszkań dla wojskowych – dodatkowo błysnął w oczy specjalną broszką prezydent. 

Od kilku tygodni prezydent i premier na zmianę regularnie spotykają się z przedstawicielami armii i zbrojeniówki i z naciskiem zapewniają, że kopiejki nikt z resortu na kryzysie nie straci, że założenia budżetu w odniesieniu do wojska nie zostaną zmienione, że zakłady zbrojeniowe dostaną nowe zamówienia państwowe i nie staną, jak wiele innych fabryk w całym kraju, że wojska zostaną wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt, że nie będzie żadnej redukcji. Czy to tylko zaklinanie deszczu, czy faktycznie władze kupują w ten sposób spokój i lojalność „człowieka z karabinem”? Kalkulacja Kremla jest prosta: kiedy napięcie w kraju rośnie, armia powinna być zaopatrzona i spokojna.

To jedna strona medalu, ale jest jeszcze druga. Rosyjskie zakłady zbrojeniowe w czasie, kiedy rosną szeregi bezrobotnych, zamieszczają w prasie ogłoszenia o naborze nowych pracowników. Mimo spustoszenia w państwowej kasie, jakie czyni kryzysowe tornado, ciągle znajdują się pieniądze na planowe wyposażanie jednostek w nowe czołgi i samoloty (według podawanych przez opozycyjne strony internetowe danych, połowa samolotów na stanie armii jest niezdolna do lotów, wymiana jest więc z punktu widzenia dowództwa wojskowego i władz niezbędna).

Rozkręcanie zbrojeniówki ma być młotem na kryzys? A może nie tylko?

Marzenie o rosyjskim śniegu w Ameryce Południowej

Demonstrowanie przyjaźni z antyamerykańsko nastawionymi krajami Ameryki Południowej stanowi od pewnego czasu ulubione danie w menu rosyjskiej polityki zagranicznej.

Wczoraj Moskwę odwiedził prezydent Boliwii, Evo Morales, znany z ekstrawaganckiego stylu ubierania się (nie nosi garniturów zachodniego kroju ani krawatów, tylko stroje nawiązujące stylistyką do odzieży Indian Aimara, plemienia, z którego wywodzi się sam Morales) i nieprzyjaznego stosunku do gringos z Waszyngtonu. „Byłbym bardzo rad, gdyby góry w moim kraju pokrył taki śnieg, jaki pada dziś w Moskwie” – powiedział zamorski gość na początku rozmów na Kremlu, olśniony przepychem kapiących od złota sal i wirującymi nad Kremlem płatkami śniegu. Ale przyjechał nie po to, by rozmawiać o śniegu, tylko o tematach rozwojowych – energetyce i wojskowości. Prezydent Miedwiediew podczas jesiennego tournee po Ameryce Łacińskiej obiecał partnerom, że Rosja wejdzie tam mocno do gry w dziedzinie zagospodarowywania złóż gazu i ropy oraz zawrze nowe kontrakty na dostawy broni (tak na marginesie – w tym roku rosyjska kompania sprzedająca broń – Rosoboroneksport planuje zarobić niebagatelną kwotę 20 mld dolarów). Boliwia chce kupić rosyjskie śmigłowce Mi-17. Za co? No, właśnie, nie za bardzo wiadomo. Prasa pisała, że Morales przyjeżdża do Moskwy po kredyt, bez którego Boliwii trudno związać koniec z końcem. Prezydenci po rozmowach nie zająknęli się jednak o kredycie. Zapowiedziano jedynie, że w długoterminowej perspektywie (do 2030 roku) „strona rosyjska będzie brała udział w zagospodarowaniu złóż gazu w Boliwii”. Gazprom prowadzi z boliwijskimi partnerami szerokie konsultacje, podpisano memorandum, a rosyjska kompania ma zainwestować w eksplorację trzech boliwijskich złóż gazu okrągłą sumkę 3 mld dolarów.

W podpisanej przez prezydentów politycznej deklaracji mowa jest o tym, że Boliwia podziela opinię Moskwy, która obawia się budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Europie i rozszerzenia NATO na wschód. Czy to wystarczy, aby zasłużyć na wielomiliardowy kredyt od Rosji?

Rosja ostatnio szczodrze wyposaża w kredyty partnerów – kredyty otrzymały Białoruś, Kirgizja, ukraińska premier negocjuje pono kredyt w wysokości 5 mld dolarów (oficjalnie potwierdziła, że rozmawia z Moskwą o kredycie, nic nie wiadomo na razie o warunkach, na jakich kredyt zostałby udzielony). Na Kreml zjeżdżają po kolei również świeżo skaptowani przyjaciele z Ameryki Południowej – był prezydent Nikaragui, był Raul Castro z Kuby, teraz Morales. I wszyscy z ręką wyciągniętą do zgody i… kredytów. Jednocześnie kryzys codziennie weryfikuje rosyjskie zaskórniaki, zgromadzone w latach petrodolarowego deszczu. Budżet już się nie dopina, bezrobocie rośnie, rosną zaległości w wypłatach. A tu – jeszcze kredyty dla zagranicy. Widać, że Kreml jest jednak gotów wysupłać te miliardy, korzystając z koniunktury, jaką stwarza kryzys. Kryzys osłabił Rosję, ale jeszcze bardziej osłabił sąsiadów. Moskwa kuje więc żelazo, póki gorące. Może to na razie tylko gra, może tylko obietnice, które nie mają w tej chwili pokrycia w kasie. Ale obietnice znaczące. Federacja Rosyjska wykorzystuje też niszę, jaka powstała w Ameryce Południowej, w krajach, których przywódcy odwrócili się od tradycyjnych partnerów z Waszyngtonu. I demonstruje, że ma tam dalekosiężne plany. Może to tylko gra na zwłokę, wyrabianie sobie niskich blotek, które prezentuje się jako atuty. Moskwa podjęła nową grę ze Stanami Zjednoczonymi. Obecność Rosji – właściwie na razie jedynie zapowiedź tej obecności – na kontynencie południowoamerykańskim też może być kartą przetargową w tej grze. W prężeniu muskułów rosyjska dyplomacja jest akurat niezła.

Telewizyjna demokracja pana prezydenta

W latach wielkiej depresji w USA prezydent Franklin Delano Roosevelt siadywał przy kominku i przez radio opowiadał całemu narodowi, co robią władze, aby kraj z zapaści gospodarczej wydobyć. Zbadano, że radiowe wystąpienia prezydenta miały doskonały efekt: uspokajały nastroje. Ludzie w latach kryzysu najbardziej boją się tego, co nieznane, już zaskoczeni przez negatywne skutki kryzysu nie chcą być więcej zaskakiwani kolejnymi konwulsjami wywołanymi przez poczynania troskliwych władz.

Kremlowscy inżynierowie dusz najwyraźniej też przestudiowali amerykańskie doświadczenia sprzed kilkudziesięciu lat i postanowili wykorzystać je w warunkach obecnego narastającego kryzysu w Rosji. Prezydent Dmitrij Miedwiediew rozpoczął właśnie cykl wywiadów-pogadanek, poświęconych pokonywaniu kryzysowej hydry. Pogadanki będą nadawane przez telewizję, wielokrotnie powtarzane, aby każde słowo głowy państwa dotarło w najdalsze zakątki kraju.

W naszym życiu bardzo ważne jest mówienie prawdy i opowiadanie o wszystkich trudnościach, które przeżywa dziś świat, przeżywa i nasz kraj. Uważam, że władza jest zobowiązana mówić otwarcie i wprost o tych decyzjach, które podejmowane są w celu pokonania kryzysu, o tych trudnościach, które napotykamy” – powiedział Dmitrij Miedwiediew w nadanej dziś pierwszej pogawędce. Święte słowa. Nic dodać, nic ująć. Prawda jako deklarowane instrumentarium władzy – znakomicie, tak trzymać! Całkiem nowa strategia propagandy, oparta na „wyjściu do narodu”, choćby i przez srebrny ekran.

Czy to oznacza, że teraz zamiast z kamienną twarzą wypowiadać okrągłe formułki o podnoszeniu rent i emerytur, zaklinać coraz mocniej skrzypiącą rzeczywistość, prezydent zacznie informować naród, że dobrym pomysłem na uratowanie kraju z kryzysu jest przepompowanie bez jakiejkolwiek kontroli góry pieniędzy z państwowych funduszy na konta firm najwierniejszych pretorianów? Albo że jeśli jeszcze przez parę miesięcy w takim tempie topnieć będą owe fundusze wydawane w dziwny, niekontrolowany sposób przez ludzi korporacji rządzącej, to nie będzie z czego wypłacać pensji i zasiłków? Że ludzie muszą płacić więcej za usługi komunalne, chociaż coraz bardziej nie mają z czego, bo coraz częściej tracą pracę bez widoków na znalezienie następnej? Co w ujęciu prezydenta Miedwiediewa oznacza deklaracja mówienia prawdy, samej prawdy i tylko prawdy?

Pójdźmy jeszcze dalej: skoro prezydent przyznał sobie prawo mówienia za pośrednictwem telewizji tej deklarowanej prawdy, to dlaczego dziennikarze nie mogą tego robić na co dzień, dlaczego w telewizji nadal obowiązują listy z nazwiskami ekspertów i opozycyjnych polityków, którzy mają szlaban na występowanie, dlaczego telewizja nie jest miejscem dyskusji i prezentacji różnych, również odmiennych od oficjalnych, opinii? Może to sygnał, że teraz będzie inaczej, że nastanie era neo-głasnosti? A może to sygnał, że prezydent chce się w ten sposób „wybić na niepodległość”? Do tej pory to Władimir Putin był niekwestionowanym szamanem eteru – to dla niego urządzano propagandowe patetyczne show, jak „Bezpośrednia linia” – długi program telewizyjny, podczas którego społeczeństwo zadawało niekłopotliwe pytania umiłowanemu wodzowi, a umiłowany wódz udzielał niekłopotliwych odpowiedzi społeczeństwu. Już jako premier Putin zachował ten instrument imitacji „dialogu” ze społeczeństwem. Czy Miedwiediew chce zabrać Putinowi telewizyjne berło? Czy prezydenckie pogadanki będą tylko kolejną fazą propagandowej rozgrywki władz ze społeczeństwem, czy nowym otwarciem? Może władza poczuła, że głębia kryzysu jest tak wielka, że nie wystarczy już dotychczasowa dawka lukrowanych formułek uspokajających? Czy ludzie uwierzą Miedwiediewowi? Takich pytań można zadać jeszcze wiele.

Coraz częściej w rosyjskim internecie dyskutuje się to, czy i kiedy Miedwiediew zdymisjonuje Putina za błędy w polityce antykryzysowej. Przedstawiane są różne scenariusze przewidywanych wydarzeń. Na razie oficjalnie wszelkie słowa krytyki, kierowane przez prezydenta pod adresem rządu, są natychmiast łagodzone – Miedwiediew zapewnia, że świetnie mu się pracuje z Putinem i że krytyka rządu nie oznacza, że ich tandem się rozpada. Czy pytanie o odpowiedzialność rządzących padnie w „okienku prawdy” prezydenta Miedwiediewa? Czy Miedwiediew – dotąd stuprocentowo lojalny członek rządzącej korporacji – popłynie pod prąd? Kontrola nad mediami i ścisłe reglamentowanie treści spływających na społeczeństwo z ekranów „jaszczika”, jak określa się telewizor w potocznej mowie, była do tej pory jednym z filarów putinowskich porządków. Trudno uwierzyć, że teraz, w dobie wielkich trudności, komukolwiek, nawet prezydentowi, będzie można wyjść poza wyznaczone przez propagandystów ramy.

Gospodin „Niet” wiecznie żywy

Na 45. Międzynarodowej Konferencji o Bezpieczeństwie w Monachium nastąpiła pierwsza wymiana uprzejmości pomiędzy nową amerykańską administracją (w osobie wiceprezydenta Joe Bidena) i wysłannikiem Moskwy (w osobie wicepremiera Siergieja Iwanowa). Kreml czeka na sygnały z Białego Domu od dawna w wielkim napięciu. Nie kryje, że liczy na „nowe otwarcie”.

To, że prezydent Obama nie pospieszył w pierwszym rzędzie układać się z Moskwą, wyraźnie stawiając na inne priorytety w polityce zagranicznej, wywołuje nieskrywane rozczarowanie rosyjskiej elity. Ambicje Rosji, ucieleśnione w propagandowym haśle „Rosja wstaje z kolan”, to dialog z Waszyngtonem o losach świata jak równy z równym, przywrócenie „sprawiedliwości dziejowej” po kilku latach niefortunnej obsuwy związanej z rozpadem ZSRR i ponowne zajęcie przez Rosję poczesnego miejsca wśród światowych mocarstw. Kremlowska machina propagandowa codziennie tłucze odbiorcom do głów, że bez Rosji żadne ze spraw świata tego nie mogą się obyć, świat uważnie wsłuchuje się w jej głos, a bez tego głosu jest jak dziecko we mgle. Ale najwidoczniej Waszyngton nie ogląda na co dzień rosyjskiej telewizji i nie wie, co zgodnie z propagandową wykładnią Moskwy powinien zrobić w pierwszym rzędzie. Długie milczenie Obamy było coraz bardziej wymowne – Rosja nie jest i nie będzie numerem jeden w długim spisie ważnych spraw.

Ale wreszcie nadeszła pora konferencji w Monachium. To tu dwa lata temu prezydent Putin próbował przymusić Zachód do partnerstwa wedle narzuconych przez Moskwę zasad. Tym razem przedstawicielem Moskwy na konferencji był Siergiej Iwanow, uważany za kremlowskiego jastrzębia, jeszcze półtora roku temu ostrzący sobie zęby na fotel prezydenta Rosji.

Jakie było to pierwsze spotkanie wysokich przedstawicieli Waszyngtonu i Moskwy po amerykańskich wyborach prezydenckich?

Biden najpierw długo w swym przemówieniu mówił o najważniejszych z punktu widzenia Ameryki zadaniach polityki zagranicznej – Afganistan, Pakistan, Iran, Irak, Palestyna, NATO. Kreml nie będzie zadowolony – w wystąpieniu Bidena Rosja zajęła odległą pozycję wśród priorytetów. Biden zaproponował zagadkowe „reset” w stosunkach z Rosją, obiecał dalsze konsultacje w sprawie tarczy antyrakietowej „z naszymi partnerami z NATO i Rosją” (a to, czy tarcza powstanie uzależnił od tego, „czy zostanie dowiedziona technologiczna efektywność systemu”), zapowiedział, że USA nie uznają niepodległości Abchazji i Osetii oraz pojęcia „strefa wpływów”.

A z jakimi propozycjami przyjechał do Monachium Iwanow? Moskwa chce rozmawiać z USA o rozbrojeniu (układ START „kończy się” w grudniu tego roku), co więcej – wedle słów Iwanowa – chce iść jeszcze dalej, czyli wprowadzić do ewentualnego nowego traktatu o redukcji zbrojeń nuklearnych zapis o rezygnacji z rozmieszczania broni strategicznej na poza terytorium własnego państwa (a więc w myśl takiego zapisu amerykańskie okręty atomowe nie mogłyby zawijać do portów poza terytorium USA, ponadto należałoby zwinąć program tarczy antyrakietowej poza granicami Stanów). Po drugie Iwanow zgłosił propozycję, aby do traktatu włączyć „rezygnację z militaryzacji kosmosu”. Ponieważ termin „militaryzacja kosmosu” jest rozmyty, nieprecyzyjny, pojemny, można przypuszczać, że – o ile rozmówcy w Waszyngtonie w ogóle na poważnie wpiszą taki temat do programu negocjacji – będzie on pretekstem do przeciągania rozmów nad traktatem rozbrojeniowym w nieskończoność. Czy to sygnał, że w rosyjskiej dyplomacji następuje na dobre renesans tradycyjnych radzieckich „programów pokojowych” – zbioru propozycji niemożliwych do spełnienia, za to będących powodem do niekończących się korowodów z „amerykańskimi imperialistami”, którzy te znakomite pokojowe propozycje w swoim paskudnym imperialistycznym interesie odrzucali, a Moskwa mogła powtarzać, jak miłuje pokój, tylko jej Stany w tym miłowaniu przeszkadzają.

Znakomity znawca rosyjskiej polityki zagranicznej, profesor Dmitrij Trienin napisał w dzisiejszej „Nowej Gazietie”: „Rosyjskie władze o wiele lepiej wiedzą, czego nie chcą: nie chcą rozszerzenia NATO, powtórzenia „kolorowych rewolucji” [można dodać: nie chcą tarczy przeciwrakietowej w Europie Środkowej, obecności Zachodu na obszarze WNP], niż tego, czego chcą. […] W ciągu ostatniej dekady Moskwie – pretendującej do statusu wielkiego mocarstwa i gwaranta regionalnego bezpieczeństwa – nie udało się rozwiązać ani jednego zamrożonego konfliktu w pobliżu rosyjskich granic. Przyczyna jest jasna: te zawieszone konflikty przez długi czas były wykorzystywane jako instrument blokowania rozszerzenia NATO. Jasne jest i to, że zasadniczym kryterium samodzielności Rosji jest nie tyle gotowość przeciwdziałania czemuś, ile możliwość sformułowania własnego programu i jego realizacja”.

Na razie wygląda na to, że Moskwa – zgodnie ze starą radziecką szkołą – nadal jest dobrze przygotowana do tego, by mówić twarde „niet” i rozmawiać o mitycznej militaryzacji kosmosu. Czy to konstruktywne podejście, dobrze wróżące oczekiwanemu „nowemu otwarciu”? Raczej niet.

Moskiewski układ szybkiego reagowania

W ciągu ostatnich dni Kreml prezentował miastu i światu, że Rosję stać na kupowanie sojuszy na obszarze WNP.

Wpierw prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka podpisał długo negocjowane i zapowiadane porozumienie o wspólnym z Rosją dowództwie obrony przeciwlotniczej za obietnicę 2 mld dolarów rosyjskiego kredytu. Łukaszenka przez lata wił się jak piskorz, by sprawę dowództwa – jak każdą inną w dziele wiekopomnej integracji Państwa Związkowego – przewlekać. Dlaczego? Uznawał ją za mityczny atrybut niepodległości, choć w praktyce połączone dowództwo (taka była uprzednia formuła) działało jako jednolite ciało, a o wszystkim i tak decydowała centrala w Moskwie. Porozumienie sformalizowało stan faktyczny, a białoruska obrona przeciwlotnicza stała się integralną częścią rosyjskiego systemu obronnego. W Moskwie Łukaszenka jak zwykle piał z zachwytu nad postępującym zbliżeniem dwóch bratnich państw i narodów, ale nikt się zapewne nie zdziwi, kiedy w jakimś kolejnym paroksyzmie marzeń o odwróceniu sojuszy zacznie się upierać, że to, co jest na białoruskiej ziemi, jest białoruskie i należy wyłącznie do narodu białoruskiego. Tą kwiecistością mowy jak zwykle zirytuje Moskwę, która postanowi po raz sto pięćdziesiąty poważnie nauczyć go moresu, po czym nastąpi faza kolejnych długich negocjacji. To jeden z możliwych scenariuszy, oparty na analizie poprzednich odcinków przydługiej mydlanej opery o integracji. Niemniej czasy mamy teraz wyjątkowo nieprzewidywalne, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a kryzys rąbie coraz mocniej. W Moskwę też.

W tych okolicznościach może dziwić obietnica kolejnego dwumiliardowego kredytu (czy to jakiś nowy nominał służący kupowaniu przychylności sąsiadów?) – dla Kirgizji. W zamian za tę obietnicę delegacja kirgiska wygłosiła na zlocie sojuszników w Moskwie swoją obietnicę. Prezydent Bakijew zapowiedział, że wypędzi Jankesów z bazy lotniczej Manas, używanej do zaopatrywania sił stacjonujących w Afganistanie. Jednym słowem: obietnica za obietnicę. Gra o Manas toczy się więc dalej. Może Amerykanie jeszcze przelicytują Moskwę. A może Moskwa sama zaproponuje Waszyngtonowi nowe zasady użytkowania kirgiskiej bazy – tym razem już pod ścisłą kontrolą i pod dyktando Rosji.

Jedno jest pewne: Rosja bardzo by się chciała pozbyć Amerykanów (Zachodu w ogóle) z całego obszaru postradzieckiego – z Azji Środkowej również. Względny spokój w postradzieckich republikach azjatyckich jest możliwy m.in. pod warunkiem względnego spokoju w Afganistanie. Względny spokój w Afganistanie jest możliwy dzięki obecności tam sił sojuszniczych. Ta obecność jest dla Moskwy prawdziwym błogosławieństwem. Pod koniec lat 90., kiedy talibowie coraz bardziej wchodzili w miękkie podbrzusze Rosji, Kreml rozważał nawet prewencyjne uderzenia lotnictwa na ich pozycje. Amerykanie, można powiedzieć, przyszli w samą porę, Rosji nie było stać (nie stać jej i teraz) na prowadzenie kosztownej operacji wojskowej w Afganistanie. No i w regionie nie ostatnią rolę odgrywają Chiny. No i nie należy zapominać o ostatniej porażce poniesionej przez ZSRR w Afganistanie w latach 80.

Tymczasem moskiewscy stratedzy postanowili odkurzyć temat Afganistanu i talibów. Prezydent Miedwiediew podczas wspomnianego zlotu na Kremlu ogłosił o utworzeniu sił szybkiego reagowania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli, jak dumnie głoszą propagandyści – WNP-owskiego odpowiednika NATO. Siły stanowić ma kilka mobilnych jednostek (dywizja, brygada, kilka batalionów), stacjonujących stale w swoich krajach. Wedle słów Miedwiediewa, „zostaną wyposażone w nowoczesny sprzęt, mają być efektywne, swoim potencjałem bojowym nie powinny ustępować siłom Sojuszu Północnoatlantyckiego”. I dopiero kiedy nastąpi godzina X, wtedy zostaną przetransportowane do Rosji i stąd zaczną działać gdzie trzeba i jak trzeba. A jak trzeba? Doradca prezydenta Rosja powiedział, że siły szybkiego reagowania tworzone są… do walki z talibami. Cóż.

Trudno powiedzieć, na czym miałaby polegać wyższość tej formacji nad innymi formacjami Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (bo przecież dla nikogo nie jest tajemnicą przewaga militarna Rosji nad wszystkimi innymi członkami sojuszu razem wziętymi) i dlaczego kooperacja z batalionem armii, powiedzmy, Armenii czy Tadżykistanu ma dać Moskwie jakieś dodatkowe atuty w walce z hipotetycznym wrogiem (a choćby i wymienionymi przez prezydenckiego doradcę niehipotetycznymi talibami). Wygląda na to, że nie chodzi o żadnych talibów ani w ogóle jakiekolwiek realne przymierze wojskowe. Chodzi wyłącznie o „zaznaczenie terytorium”, symboliczne przypieczętowanie przez Rosję wasalizacji krajów tworzących Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Czy to ma szanse powodzenia? Dopóki są pieniądze…

Drogie wakacje w Courchevel

Courchevel – kurort narciarski we francuskich Alpach – był w ostatnich latach jednym z ulubionych miejsc zimowego wypoczynku rosyjskiej elity biznesowo-politycznej. O szastaniu pieniędzmi i kąpielach w szampanie opowiadano legendy. Mniej więcej rok temu głośnym echem odbił się skandal obyczajowy wywołany przez Michaiła Prochorowa, jednego z najbogatszych rosyjskich oligarchów (jako jeden z nielicznych i dziś utrzymuje się na powierzchni i zamierza skupować aktywa zbankrutowanych kolegów), który ostentacyjnie zabawiał się z pracownicami najstarszej profesji świata i został z hukiem zatrzymany przez francuską policję, co zostało szczegółowo opisane przez wszystkie brukowce świata, rosyjską poważniejszą prasę też. Potem o Courchevel zrobiło się cicho, wyglądało na to, że kryzys odebrał bogaczom ochotę do demonstracyjnych uciech. Zachodnia prasa pilnie śledzi, jak się prowadzą panowie z zasobnymi portfelami, więc kolejne nieroztropne amory czy akty beztroskiej rozrzutności rosyjskich grubych ryb zaraz zostałyby dostrzeżone. Jak się okazało, na kolejną okazję do skandalu nie trzeba było długo czekać. Przedstawiciele rosyjskiej elity zdążyli się przyzwyczaić, że wakacje spędzają nie w przaśnych rodzimych miejscowościach wypoczynkowych, a w Alpach lub na Karaibach. Czy kryzys może być powodem, dla którego ktokolwiek miałby rezygnować z takiej przyjemności?

Trzej wysocy rosyjscy urzędnicy – przewodniczący Komitetu Olimpijskiego Rosji, szef wydziału administracyjnego prezydenckiej kancelarii i szef służby ochrony prezydenta – uznali, że coś im się od życia należy nawet w trudnych czasach i postanowili śladem licznych rodaków pojechać jak zwykle do Courchevel. I nie tylko pojechali, ale dali się tam zauważyć. Jak pisze dziennik „Kommiersant”, prezydent Miedwiediew też ich zauważył. Nikt nie wie, czy zostali potem przezeń osobiście przeczołgani po kremlowskim dywaniku, dość że prezydent wydał wczoraj rozporządzenie wprowadzające obowiązek informowania głowy państwa w formie pisemnej o miejscu i terminie urlopu przez wszystkich urzędników z kierownictwa kancelarii prezydenta i tych ministerstw, które mu bezpośrednio podlegają.

To ciekawy przyczynek do stylu życia rosyjskiej „wierchuszki”. Czy kryzys i prezydenckie rozporządzenie wprowadzą korektę w sposobie spędzania wolnego czasu przez rosyjskich dygnitarzy? Czy Miedwiediew zdoła wymusić posłuszeństwo na swoich współpracownikach, przyzwyczajonych do wystawnego trybu życia w dobie, kiedy budżet państwa zaczyna w oczach pękać w szwach, a w państwowej kasie brakuje pieniędzy na zaspokojenie wielu potrzeb zaniepokojonego swym losem społeczeństwa? Przypadek trzech niefortunnych wczasowiczów z Courchevel każe też zastanowić się nad środkami, które pozwoliły urzędnikom państwowym (oficjalnie nie zarabiają kokosów), na spędzenie ferii w drogim kurorcie. Cytowany tu już przeze mnie „Kommiersant” sugeruje, że wystawne wakacje urzędników będą wchodzić w kolizję z „nowym ustawodawstwem o zwalczaniu korupcji, przyjętym w ramach programu antykryzysowego. […] Figuruje w nim punkt o korzystaniu z usług osób prywatnych w organizowaniu wypoczynku”. Korupcja jednak niejedno ma imię, a w Rosji kwiat ten pleni się bujnie na każdym szczeblu i w każdej strefie klimatycznej. Zdaniem socjologów, kryzys jeszcze wzmocni ten chwast, zmienią się co najwyżej tylko formy. I jeszcze jedno – znawcy kremlowskich korytarzy uważają, że Miedwiediew prędzej może się spodziewać cichego sabotażu swojego rozporządzenia niż lojalnego podporządkowania się mu przez urzędników.

Tak czy inaczej z Courchevel przyjdzie się jednak rosyjskim dygnitarzom – przynajmniej na jakiś czas – pożegnać, skoro pobyt tu może kosztować znacznie drożej, niż to wynika z hotelowych rachunków.