Archiwum kategorii: Bez kategorii

Worek Dziadka Mroza, czyli przed napięciem

Niemal codziennie premier Władimir Putin bierze udział w naradach antykryzysowych i niemal codziennie z ekranu telewizora spływają na rosyjskie społeczeństwo wypowiadane przezeń zapewnienia udzielenia wszystkim potrzebującym pomocy – upadającym przedsiębiorstwom, przemysłowi zbrojeniowemu, Gazpromowi. Premier występuje w roli Dziadka Mroza, który rozdaje prezenty. Nikt nie pyta, skąd na to wszystko ma. A zwłaszcza skąd na to wszystko będzie miał w przyszłym roku, który ekonomiści uważają zgodnie za jeszcze trudniejszy niż 2008.

Na polecenie Putina partia rządząca „Jedinaja Rossija” ma prowadzić monitoring nastrojów protestacyjnych w zakładach pracy, „musimy znać nastroje w zakładach, aby nie dopuścić do wzrostu niezadowolenia, aby nikt nie wzywał na barykady” – napisano w dyrektywie centralnych władz partii do terenowych jaczejek. Jednocześnie agencje informacyjne donoszą, że ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych (resort powołany do tego, by nieść pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i katastrof) tworzy nowe mobilne jednostki – siły szybkiego reagowania, a MSW zapowiedziało, że odstępuje od redukcji wojsk wewnętrznych.

A więc z jednej strony coś w rodzaju profilaktyki, a z drugiej – środki na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. To oznacza, że władze zaczęły się zastanawiać nie tylko nad ekonomicznymi skutkami kryzysu, ale także nad skutkami społecznymi. Po tym, jak potraktowano ostatnie żywiołowe protesty kierowców i właścicieli samochodów (pałowanie, zatrzymania), którzy protestowali przeciwko wprowadzeniu przez rząd zaporowych ceł na zagraniczne samochody, można zacząć żywić obawy co do utrzymania spokoju społecznego w Rosji w miarę pogłębiania się kryzysu i wybuchania kolejnych protestów.

Na tegorocznym uroczystym koncercie z okazji Dnia Czekisty (20 grudnia to jedno z najważniejszych świąt państwowych w Rosji – urodziny Czeki, pierwszego wcielenia organów bezpieczeństwa państwowego, z którego potem wyrosły kolejne wcielenia do KGB i dzisiejszego FSB włącznie) było skromniej niż przed rokiem. Premier Putin wygłosił wprawdzie jak zwykle podniosłą mowę o powszechnym szacunku społecznym dla funkcjonariuszy służb, ale część artystyczna nie miała już ubiegłorocznego rozmachu. Rok temu m.in. zespół Scorpions zaśpiewał kultowy przebój „Wiatry przemian”, w tym roku koncert zakończył pieśniarz okołokremlowski Gazmanow piosenką „Narysuj swe marzenia”. Poczustwujtie raznicu.

 

*

 

Wszystkim Czytelnikom życzę wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia.

Dalekowschodnia wojna celna

W najbliższych dniach spodziewane są kolejne manifestacje przeciwko wprowadzeniu przez rząd wyższych ceł na sprowadzane z zagranicy używane samochody. W zeszłym tygodniu doszło do masowych protestów we Władywostoku i innych miastach Dalekiego Wschodu i wschodniej Syberii. Protestujący przegrodzili najważniejsze arterie komunikacyjne, zbierano podpisy pod petycją do rządu z żądaniem cofnięcia nowych przepisów celnych.

Prawie 90 proc. samochodów osobowych jeżdżących po ulicach Władywostoku pochodzi z Japonii, sprowadzanie używanych aut z Kraju Kwitnącej Wiśni stanowi źródło utrzymania dla 80 proc. mieszkańców. Pod Władywostokiem działa największa w Rosji giełda samochodowa, dokąd po tanie japońskie samochody niezłej klasy (lepsze niż produkcji krajowej) przyjeżdżają ludzie z całego kraju. Wprowadzenie wyższych, zaporowych ceł spowoduje takie podniesienie cen na samochody, że ich prowadzanie przestanie się opłacać. Środki do życia straci masa ludzi.

Wprowadzenie wyższych ceł na zagraniczne samochody zapowiedział premier Putin, przepisy mają wejść 12 stycznia 2009 roku. To jeden ze środków antykryzysowych, mających wspomóc krajowy przemysł motoryzacyjny. Rząd postawił teraz przed władzami regionów dalekowschodnich zadanie niedopuszczenia do kolejnych protestów, gubernatorzy i aktywiści rządzącej partii mają uspokajać ludzi (zgodnie z zaleceniem przedstawiciele lokalnych władz mają obiecywać, że wydębią zniesienie nowych przepisów, że ich wprowadzenie zostanie odsunięte w czasie). Dzisiaj ma się odbyć kolejna narada z udziałem premiera na temat działań antykryzysowych, być może temat ceł na zagraniczne samochody powróci. Ale czy decyzja zostanie cofnięta? Znawcy psychologii premiera Putina twierdzą, że nie, gdyż Władimir Władimirowicz nie lubi zmieniać decyzji.

Samochodowe bunty na rosyjskim Dalekim Wschodzie nie są nowością – kierowcy masowo protestowali kilka lat temu przeciwko przepisom zakazującym poruszania się po rosyjskich drogach samochodów z kierownicą po prawej stronie (takie samochody sprowadzane są z Japonii). Tym razem protestujący skrzykują się za pomocą Internetu i esemesów, nawołują do zablokowania magistrali transsyberyjskiej. „Zapachniało krwią – pesymistycznie diagnozuje sytuację lider organizacji „Swoboda Wyboru”, zrzeszającej kierowców z Kraju Nadmorskiego. – Protesty nie mają zezwolenia władz, organizatorów, którzy byliby w stanie zapanować nad sytuacją, nie ma, a protestować do Władywostoku zjadą kierowcy z całego Kraju Nadmorskiego. Postulaty są różne: od zniesienia ceł po odwołanie gubernatora”.

Z kolei w regionach, w których znajdują się wielkie zakłady samochodowe (m.in. na Powołżu z wielką fabryką AwtoWAZ w Togliatti), odbyły się wiece popierające wprowadzenie wyższych ceł na zagraniczne samochody. Sprowadzane z Japonii samochody są największą konkurencją dla aut produkcji krajowej. W rosyjskich zakładach produkujących samochody planowane są redukcje zatrudnienia.

Rozporządzenie o cłach na samochody zagraniczne jest ciekawe jako case study: postanowienie rządu doprowadza bowiem do starcia dwóch silnych grup lobbystycznych, w tym wypadku – do ostrego konfliktu interesów mieszkańców różnych regionów Federacji Rosyjskiej. Zadowolenie jednocześnie obu tych grup nie jest możliwe. W warunkach kryzysu takie sytuacje zdarzać się będą częściej. Eksperci wskazują, że w Rosji dojdzie do masowych akcji niezadowolenia społecznego. W czasie rządów Putina wystrzyżono do gołej ziemi poletko, na którym mogło się toczyć to, co nazywa się dialogiem społecznym, Rosjanie zgodzili się na rezygnację ze swoich praw politycznych, w zamian oczekując od władz zapewnienia sytego i spokojnego życia. W warunkach kryzysu trudno mówić o zadowoleniu wszystkich. Czy skutkiem kryzysu będzie zatem upomnienie się przez społeczeństwo o te delegowane prawa? Władza nie przejawia skłonności do dialogu. Jeden z rosyjskich ekspertów użył w opisie relacji władza-społeczeństwo obrazowego porównania: „Putin wygląda przez okno, żeby zobaczyć, co dzieje się w kraju. Ale nie widzi ze swego okna ulicy – widzi siebie. Bo to okno to nie okno, tylko lustro. Z telewizji też nie dowie się prawdy, bo telewizja to też jego lustro”.

W tym kontekście niepokoi wiadomość, że wstrzymano zaplanowaną wcześniej redukcję wojsk wewnętrznych (jednostki wojskowe w składzie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, przeznaczone m.in. do tłumienia rozruchów).

Nowa definicja szpiega

Do Dumy Państwowej wpłynął rządowy projekt poprawek do kodeksu karnego, opracowany z inicjatywy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Poprawki rozszerzają definicję zdrady stanu, karze miałyby – zgodnie z nowymi przepisami – podlegać „wrogie czyny przeciwko bezpieczeństwu Rosji” (nie tylko bezpieczeństwu zewnętrznemu Federacji Rosyjskiej, jak było do tej pory), „okazanie pomocy obcemu państwu, międzynarodowej lub zagranicznej organizacji lub ich przedstawicielom w działalności wymierzonej w […] ustrój, suwerenność i integralność terytorialną Federacji Rosyjskiej”, „przekazanie informacji będącej tajemnicą państwową obcemu państwu […]”, ponadto karze miałyby podlegać osoby pozyskujące takie informacje. Zgodnie z nowymi przepisami kk, ścigane będzie nie tylko szpiegostwo, ale także okazanie „pomocy konsultacyjnej”.

W rosyjskim Internecie rozgorzała dyskusja. Jedni dostrzegli w nowych przepisach powrót do stalinowskich metod rozprawy z przeciwnikami, inni wskazywali na absurdalność niektórych sformułowań (skoro nie wolno współpracować z organizacjami międzynarodowymi, to za szpiegostwo i zdradę stanu można by uznać choćby współpracę z ONZ, której agendy przygotowują np. doroczne raporty z różnych dziedzin, a Rosja nie zawsze dobrze wypada w tych badaniach), jeszcze inni wskazywali na nieprecyzyjną, a zatem stwarzającą szerokie pole interpretacji definicję zdrady stanu (skoro wchodzi w nią ściganie „działalności wymierzonej w ustrój”, to znaczy, że będzie można karać za wszelką krytykę władz).

Ciekawą interpretację projektu nowych zapisów w rosyjskim kk przedstawił w internetowej gazecie „Jeżedniewnyj Żurnał” Andriej Sołdatow: „Krąg osób oskarżanych o przestępstwa wobec państwa zostanie rozszerzony, znajdą się w nim osoby, które nie mają dostępu do tajemnicy państwowej, ale dążą do tego, by do niej dotrzeć, a które są konsultantami organizacji międzynarodowych. Zapewne nie chodzi tu o uczonych – oni od dawna znajdują się na celowniku, dlatego że instytuty, w których pracują, mają dostęp do tajemnicy państwowej. Mało prawdopodobne, by poprawki dotyczyły gadatliwych urzędników – w projekcie nie ma mowy o tajemnicy służbowej. Projekt jest wymierzony w ludzi zawodowo związanych z uzyskiwaniem informacji: dziennikarzy śledczych i niezależnych analityków. Ten rzadki gatunek specjalistów jeszcze w Rosji całkiem nie wyginął. W Rosji nie ma normalnego środowiska eksperckiego (nie prowadzi się zewnętrznej ekspertyzy aktów ustawodawczych, nie ma kontroli parlamentarnej) ani mediów specjalizujących się w śledztwach, toteż przedstawiciele ginącego gatunku ekspertów nie mają gdzie w Rosji sprzedawać produktu swojej pracy – sprzedają go więc na Zachodzie (artykuły, analizy). Wbrew temu, czego pragnęliby rosyjscy patrioci, za granicą nie ma rynku zbytu na informacje o charakterze wojskowym. Natomiast jest popyt na informacje o działalności takich rosyjskich korporacji jak Gazprom czy Rosnieft’. W odniesieniu do Gazpromu istnieją nawet międzynarodowe grupy dziennikarskie, w których pracują reporterzy z różnych krajów. Zainteresowanie poczynaniami tej korporacji jest zrozumiałe zwłaszcza po zakręceniu gazowego kurka Europie i po licznych próbach podejmowanych przez Gazprom, by w tejże Europie kupić to i owo (jakieś przedsiębiorstwo gazowe np.). Gazprom wcale nie jest zachwycony tym międzynarodowym zainteresowaniem. W świetle nowych przepisów informacje o tej korporacji będzie można podciągnąć pod tajemnicę państwową. Tych, którzy „kopią kompromat”, będzie można ścigać i karać”.

Restrykcyjne przepisy dotyczące mediów czy organizacji pozarządowych działają już w Rosji od lat. Krytyki władz w masowych mediach nie ma – telewizja nadaje uzgodnione odgórnie informacje o osiągnięciach władz, pudrując i szminkując skrzeczącą rzeczywistość (propaganda jest ostatnio nastawiona na gaszenie paniki, wywołanej kryzysem). Hermetyczne „Biuro Polityczne” wydaje tylko oficjalne komunikaty, przecieków brak, dostęp do informacji jest szczelnie zabetonowany. Niszowa sfera wolnej myśli istnieje w Internecie i na łamach niskonakładowych tygodników.

Teraz idzie kolejne zaostrzenie. I to w dobie kryzysu.

Co to oznacza? Tak, jak sugeruje cytowany przeze mnie powyżej komentator, szpiegiem w nowym rozumieniu może się okazać na przykład dziennikarz, który dotrze do informacji, w jaki sposób w dobie kryzysu radzą sobie z państwową pomocą niektóre przedsiębiorstwa. Mechanizm wspierania pupilków i członków rządzącej korporacji z państwowych rezerw jest przecież ukryty przed okiem obywateli (według jednego z rosyjskich ekonomistów, antykryzysowe działania władz Rosji nastawione są głównie na ratowanie własnych zasobów; o ile w Europie 80 proc. środków przeznaczono na państwowe gwarancje kredytów, a 15 proc. na kapitalizację przedsiębiorstw, to w Rosji – z tej właśnie przyczyny – proporcje były dokładnie odwrotne). Być może ujawnienie tego mechanizmu przez dociekliwego dziennikarza uderzy w prestiż przywódców, oficjalnie pochylonych z troską wyłącznie nad problemami społeczeństwa. Takie informacje mogą (wedle nowej definicji zdrady stanu) uderzyć w ustrój – rządząca piramida może się zachwiać. Wniosek: (1) nie wolno dopuścić do ich ujawnienia, (2) należy ścigać z mocy prawa tych, którzy je jednak ujawnią. Logiczne. Najważniejsze, aby piramida się nie zachwiała.

Oscary FSB rozdane

Wczoraj dyrektor Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandr Bortnikow wręczył nagrody firmy za najlepsze dzieła literackie i filmowe opiewające rosyjskie służby specjalne. Bortnikow, który wygląda prawie tak samo jak Władimir Putin, z dumą podkreślał, że FSB już po raz trzeci fetuje artystów za wybitny wkład w przekazywanie społeczeństwu tego, co społeczeństwo ma myśleć o pracy tajnych organów. „Jesteśmy zainteresowani tym, aby tradycja ta trwała. Dla nas szczególnie ważne jest […] by społeczeństwo i obywatel wiedział, jak pracuje Federalna Służba Bezpieczeństwa, na ile obiektywnie i prawdziwie ta praca pokazywana jest w środkach masowego przekazu, literaturze, kinie”.

Laureatami zostali w tym roku m.in. twórcy serialu „Likwidacja”, ukazującego wyczyny organów ścigania w powojennej Odessie, opanowanej przez chytrych gangsterów (jedną z głównych ról kreował w nim Władimir Maszkow, uwielbiany przez płeć piękną za niepowtarzalny szarm; dziękując za nagrodę powiedział: „laureat nagrody FSB to brzmi nawet lepiej niż zasłużony artysta Rosji”). Reżyser serialu, Siergiej Ursulak, nie mógł osobiście odebrać nagrody, gdyż pracuje nad kolejnym serialem – „Młodość pułkownika Isajewa”, czyli Stirlitza (pewny kandydat do kolejnego Oscara FSB, nieprawdaż?; ciągłość myślenia, a poza tym pełen obiektywizm i prawda, o której mówił dyrektor Bortnikow).

W dziedzinie dokumentalistyki nagrodę otrzymali autorzy cyklu „Formuła bezpieczeństwa” (Pierwyj Kanał; telewizja, „nasze okno na świat”, ma wielkie zasługi w propagowaniu chwały „rycerzy tarczy i miecza”, nie tylko produkując programy poświęcone służbom specjalnym, ale nieustająco emitując filmy, w których dzielni oficerowie służb różnych ratują ludzkość przed terrorystami i zakusami światowego spisku, zawiązanego przeciwko Rosji). W kategorii „muzyka” został wyróżniony m.in. Lew Leszczenko („za twórczy wkład w patriotyczne wychowanie obywateli”), który na uroczystości wykonał pieśń „Łubianka” (czy na miejscu jest pytanie o to, komu poświęcona jest ta pieśń: ofiarom Łubianki czy ich katom?).

Dyrektor Bortnikow nagrodził więc, jak widać, wysiłki tej grupy artystów, którzy zdołali wyczuć „patos naszych czasów” i wychowują patriotycznie obywateli. Czy ich twórczość ma wysokie walory artystyczne? O tym nie padło ani jedno słowo. Najwidoczniej nie ma to znaczenia. Można założyć, że dostojne jury nie zauważyło takich artystycznie, a już zwłaszcza patriotycznie wątpliwych wygibasów jak np. powieść Władimira Sorokina „Dzień oprycznika”. Zapewne była za mało obiektywna. Może za mało prawdziwa. No i pewnie uznali, że nie na temat.

„Powieść Władimira Sorokina „Dzień oprycznika” była jednym z wydarzeń literackich 2006 roku. U Sorokina oprycznicy XXI wieku to najbardziej patriotycznie nastawieni przedstawiciele resortów siłowych – pisał rosyjski „Newsweek”. – Odgrodziwszy się od wrogów zewnętrznych Wielkim Murem Rosyjskim i rozprawiwszy z wrogami wewnętrznymi, wcielają nareszcie w życie ideał czystej świętej Rusi z prawosławnym władcą na czele. Niezbyt odległą przyszłość – rok 2028 – Sorokin opisuje, jak Aleksy Konstantinowicz Tołstoj wiek XVI: nabożeństwa, uczty, egzekucje. A także paradne szaty, zbroje, pancerze, środki transportu, a wśród nich najważniejszy pojazd epoki – czerwony „merol” (mercedes) opryczników ze świeżo odrąbaną głową psa na masce i miotłą przytroczoną do bagażnika”.

Sorokin został inaczej wyróżniony przez kremlowską młodzieżówkę: „Idący razem” urządzili swego czasu pod teatrem Bolszoj performance, podczas którego wrzucali książki Sorokina do tekturowego sedesu (wtedy dostało mu się wprawdzie nie za „Dzień oprycznika” – ta powieść powstała później – a za „Błękitne sadło”, w której przywódcy ZSRR splatają się w miłosnym uniesieniu). Sorokin raczej nie dostanie od FSB wyróżnienia również za kolejną książkę „Sacharnyj Krieml”. Aleksandr Bortnikow raczej też nie będzie lansował ani nagradzał opinii, jaką Sorokin ma na temat służb specjalnych: „Jeden znajomy biznesmen mówi: kiedyś byli bandyci, ale mieli przynajmniej jakieś zasady, to były wilki. Tymczasem nasi siłowicy to hieny – wszystkich rozrywają na części. Organy powołane do ścigania, karania, nie potrafią niczego konstruktywnie stworzyć, tylko odbierają, grożą, niszczą, dzielą”.

No i czy nie lepiej posłuchać „Łubianki” w wykonaniu laureata Leszczenki?

Cena ropy

Cena rosyjskiej ceny Urals spadła poniżej psychologicznej granicy czterdziestu dolarów za baryłkę. Oznacza to konieczność zweryfikowania projektu rosyjskiego budżetu, który został „skrojony” pod cenę 50-70 dolarów za baryłkę. Jeżeli ta tendencja w kształtowaniu cen ropy utrzyma się przez dłuższy czas, optymistyczne prognozy dotyczące „przetrzymania” kryzysu też trzeba będzie zweryfikować. Strumień petrodolarów przez ostatnie kilka lat tłustych pozwalał rosyjskiej ekipie rządzącej na spokojne rozdzielanie dóbr, ryzyko protestów społecznych było niskie. Obecnie coraz wyraźniej widać, że zasady obowiązującej w okresie prezydentury Władimira Putina nieformalnej umowy społecznej też trzeba będzie zweryfikować. Jakie będą nowe?

Premier Putin w ostatniej „bezpośredniej linii” przedstawił zręby tej ewentualnej nowej umowy: państwo nie rezygnuje z realizacji zobowiązań socjalnych, nadal planuje podwyżki emerytur i pensji sfery budżetowej, a społeczeństwo w zamian nie panikuje i robi swoje, nadal nie wtrącając się do polityki i sposobu redystrybucji dóbr.

Obok kryzysu finansowego Rosja przeżywa dziś jeszcze jeden ważny kryzys – kryzys zaufania. Trudno dziś wyprorokować, czy tego zaufania wystarczy, by utrzymać ład społeczny.

Po Moskwie krąży taki dowcip: Jaka jest różnica pomiędzy kryzysem z 1998 a tegorocznym? W 1998 roku można było od kryzysu uciec przez Szeremietiewo – wyjechać za granicę, a w tym roku uciec można tylko przez Bajkonur – w kosmos. Bo zagranica też „płonie”.

Rosyjski minister finansów twierdzi, że rezerw wystarczy Rosji na siedem lat kryzysu, eksperci w to powątpiewają i twierdzą, że zapasów – przy obecnym sposobie dystrybuowania – może wystarczyć na dwa lata (najwięksi pesymiści mówią nawet, że zasobów wystarczy jedynie do lata 2009 roku).

Tegoroczne targowisko próżności w Moskwie – doroczne targi przedmiotów luksusowych – cieszące się w ostatnich latach ogromnym zainteresowaniem, w tym roku nie były tak oblegane. Kryzys dotknął na razie przede wszystkim przedstawicieli klasy posiadaczy. Czy i w jakim zakresie dotknie pozostałej części społeczeństwa?

Odszedł patriarcha

5 grudnia wieku 80 lat zmarł Aleksy II, patriarcha Moskwy i Wszechrusi.

Przeprowadził rosyjską Cerkiew prawosławną od przełomowego 1990 roku, kiedy waliły się fundamenty Związku Radzieckiego, a lata bolszewickiego ateizmu wytrzebiły w Rosjanach ducha religijności, do dnia dzisiejszego, kiedy Cerkiew jest jedną z najważniejszych instytucji w państwie rosyjskim i można mówić o powrocie wielu ludzi do tradycji religijnych.

Dla jednych jest więc tym, który podniósł Cerkiew z upadku, odbudował świątynie, przywrócił godność wierzącym, zjednoczył Cerkiew rosyjską krajową i emigracyjną, dla innych – kontrowersyjnym politykiem, który Cerkiew przekształcił w filar władzy świeckiej, członkiem nomenklatury, który uczynił z Cerkwi przedsiębiorstwo handlowe, korzystając z nadanych przez władze przywilejów, podejrzanym o związki z KGB łże-duchownym, który nie zdobył się na przeprowadzenie lustracji wśród cerkiewnych hierarchów. Był też bodaj jedynym zwierzchnikiem chrześcijańskiego Kościoła, który nie pojechał na pogrzeb Jana Pawła II, dając tym do zrozumienia, że stosunki pomiędzy siostrzanymi Kościołami uważa za niedobre.

5 grudnia będzie bolesną datą dla wszystkich prawosławnych nie tylko ze względu na odejście Aleksego. Siedemdziesiąt siedem lat temu, 5 grudnia 1931 roku na osobisty rozkaz Józefa Stalina wysadzono moskiewską świątynię pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela, chram Christa Spasitiela (wyobraźmy sobie, że komuniści w PRL-u każą w imię ateizacji wysadzić w powietrze Jasną Górę – wysadzenie Christa Spasitiela było dla wierzących w Rosji porównywalną, symboliczną stratą). Aleksiej Rydygier, przyszły patriarcha Aleksy II, przyszedł na świat dwa lata wcześniej w Tallinie, w rodzinie religijnej, o szlacheckim rodowodzie.

A więc urodził się, gdy bolszewicy w ZSRR (do którego Estonia została włączona w 1940 roku) karczowali religię jako przeżytek i „opium dla narodu”, prawosławie – duchowni i wierni, monastyry i cerkwie, nauka i sztuka – było poddawane represjom. Inne religie też. Ktoś, kto w takich warunkach wybrał drogę wiary, należał do wyjątków (Aleksy wstąpił do seminarium duchownego już po wojnie, w 1947 roku). Religia była, jak napisałam, karczowana, ale jednocześnie infiltrowana przez wszechobecne, potężne służby specjalne. Jak głęboko? O tym pewnie jeszcze długo się nie dowiemy – archiwa są od lat „szeroko zamknięte”.

Po 1990 roku, kiedy Aleksy został patriarchą Moskwy i Wszechrusi, zdarzył się nie tylko cud przywrócenia wolności sumienia w Rosji, ale wraz z rozpadem ZSRR na terytoriach uważanych za kanoniczny obszar Patriarchatu Moskwy i Wszechrusi powstały nowe niepodległe państwa, których Kościoły prawosławne zaczęły wykazywać ambicje autokefaliczne. Bardzo skomplikowane od początku były i do dziś pozostały stosunki z – najważniejszym z punktu widzenia Moskwy – ukraińskim prawosławiem (podzielonym, wykazującym coraz silniejsze tendencje do oderwania się). Bardzo skomplikowane były też przez cały okres sprawowania posługi patriarszej przez Aleksego stosunki rosyjskiej Cerkwi prawosławnej z Watykanem (zwłaszcza w czasie pontyfikatu Jana Pawła II). Z Kościołami protestanckimi podobnie. Aleksy krytykował Zachód i zachodnie Kościoły; uważał, że jest Kościół zachodni jest zsekularyzowany i utracił moralne prawo, by w ogóle reprezentować chrześcijaństwo. Zachodowi przeciwstawiał duchowość Rosji – państwa tolerancyjnego, wielowyznaniowego, w którym nigdy nie toczyły się wojny religijne.

Aleksy musiał też walczyć o jedność rosyjskiej Cerkwi – nie dopuścił do rozłamu wewnątrz, co więcej: udało się doprowadzić do połączenia Cerkwi zagranicznej (emigracyjnej) i krajowej. Ale w łonie samej Cerkwi miał oponentów, którzy zarzucali mu zbytni konserwatyzm, niemrawość w sferze przeprowadzenia niezbędnych z ich punktu widzenia reform, domagali się odmłodzenia „kadr”, odcinali od zbyt bliskich związków z władzami państwowymi, mieli odrębne zdanie na temat kanonizacji niektórych świętych męczenników za wiarę epoki ZSRR (Aleksy kanonizował między innymi zamordowaną przez bolszewików rodzinę carską) i wiele innych.

Nie wiem, kim patriarcha Aleksy II zostanie w pamięci kolejnych pokoleń, czy bardziej będzie się mu pamiętać dokonania, czy bardziej błędy, niejasności i zaniechania.

Dziś, w dniu pożegnania, na pewno najwłaściwszą reakcją jest modlitwa za Jego duszę.

____________________________
Dowiedz się więcej w serwisie tygodnik.onet.pl… (kliknij)
W 2004 r. „Tygodnik” opublikował rozmowę z Patriarchą… (kliknij)
– W najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego” obszerny portret patriarchy Aleksego II pióra Anny Łabuszewskiej

Bezpośrednia linia

Władimir Putin odbywa rytualne spotkania ze społeczeństwem od 2001 roku. Społeczeństwo zadaje pytania pocztą elektroniczną, telefonicznie albo w trakcie telemostów z wybranymi regionami. Przez wszystkie te lata Władimir Putin był prezydentem i zgodnie z konstytucją odpowiadał za całokształt polityki wewnętrznej i zagranicznej państwa rosyjskiego. Odpowiadał więc też na pytania dotyczące szerokiego spektrum problemów. Kilku premierów, którzy z nim współpracowali, nawet pomarzyć nie mogło o takim transmitowanym na cały kraj przez telewizję przedsięwzięciu. Tymczasem w dzisiejszej „bezpośredniej linii”, jak nazywa się te seanse łączności ze społeczeństwem, wziął udział nie prezydent, a premier. Co więcej, nikogo to nie zdziwiło. Nikogo nie zdziwiło, że premier Putin zakreśla szeroki krąg tematyki wszelkiej – z kwestiami bezpieczeństwa czy polityki zagranicznej włącznie, które wchodzą w kompetencje prezydenta. Nikogo nie zdziwiło, że prezydent Miedwiediew na razie nie zapowiadał podobnego spotkania z narodem.

Władimir Putin zachował dla siebie współczesne berło – możliwość przemawiania za pośrednictwem telewizji do całego narodu i dzielenia się z nim opiniami na najważniejsze tematy. Dzisiejszy „telemost” niewiele różnił się od prezydenckich spotkań z ludem od Władywostoku po Kaliningrad. Ta sama teatralizowana forma, ten sam sposób zadawania pytań, ten sam zakres pytań. Nawet czas trwania taki sam – zeszłoroczne było sześć minut krótsze od tegorocznego. A tegoroczne trwało trzy godziny, osiem minut. Rekord.

Najwięcej pytań dotyczyło kryzysu i możliwych jego skutków. Putin po raz kolejny wskazał Amerykę jako źródło kryzysowej zarazy. Nie patrząc prosto w kamerę przyznał, że kryzys jednak do Rosji dotarł (oficjalna propaganda przez długi czas, kiedy kryzys już trwał, unikała wszelkich wzmianek o tym nieprzyjemnym składniku rzeczywistości). Premier Putin złożył ważne deklaracje: „Wszystko, co było planowane w sferze socjalnej, wszystko, co dotyczy podniesienia zasiłków socjalnych, emerytur, wszystko to zostanie wykonane”, zapewnił, że funduszy rezerwowych wystarczy na wszystko, skoków wartości rubla nie będzie i że warto trzymać oszczędności w rublach właśnie (od września wielu ludzi wycofało z banków wkłady rublowe i zamieniło je na dolarowe), natomiast państwo będzie popierać realny sektor gospodarki oraz te banki, które „nie roztrwonią pieniędzy podatników”. Putin przyznał, że „liczy na Obamę” („Obecnie liczymy na to, że nastąpią pozytywne zmiany w stosunkach z USA, mamy takie sygnały. Widzimy, że nie spieszą się z przyjmowaniem do NATO Gruzji i Ukrainy, rozmieszczaniem radaru [tak w oryginale] w Polsce”). Ponadto zapewnił, że Rosja nie zamierza odstępować Osetii i Abchazji, że nie ma powodu, by zakładać rosyjskie bazy wojskowe w Wenezueli i na Kubie (co ciekawe, dodał, że kiedy rosyjskie okręty wyruszyły na Morze Karaibskie „wiele krajów zwróciło się do Rosji z prośbą o to, by nasze statki zawinęły do ich portów”. Jakie to były kraje – nie ujawnił), Ukraina może się zaś spodziewać zmniejszenia dostaw gazu w razie niespłacenia długów.

Premierowi zadano siedemdziesiąt pytań, trudno odnieść się tu do każdego. Szczególne zainteresowanie wzbudził temat zmian w konstytucji i możliwych wcześniejszych wyborów prezydenckich. Putin zapewnił, że nie zamierza ruszać tej sprawy przed 2012 rokiem i jest bardzo zadowolony z pracy w tandemie z Miedwiediewem. Jednym słowem – wszystko jest jasne, prawidłowe i proste, nie ma nic dziwnego w tym, że poprawki do konstytucji nowy prezydent zgłosił niespełna pół roku po inauguracji, a parlament przyjął w dwa tygodnie. Jeżeli Miedwiediew ma zamiar posiedzieć na Kremlu jeszcze trzy i pół roku, to po co ten pośpiech? Czy to nie jest jedno z działań antykryzysowych?

Bo dzisiejszy telemost na pewno miał być takim działaniem antykryzysowym. Premier miał uspokoić ludzi, że kryzys nie zje wszystkiego i wszystkich z kopytami, obiecał państwowy parasol nad najbardziej potrzebującymi (od przedsiębiorstw po emerytów). Zapowiedział jednocześnie wzrost wydatków socjalnych, na które stale brakowało nawet w latach tłustych i obniżenie dochodów budżetowych państwa (cena na ropę, jeden z głównych źródeł dochodów, spada). Jak się to wszystko dopnie?

Pomnik poety

W Moskwie odsłonięto pomnik znakomitego rosyjskiego poety Osipa Mandelsztama. Urodził się w Warszawie w styczniu 1891 roku, w rodzinie handlarza skór, Emila (Hackela) Mandelsztama, matka pochodziła z Wilna, udzielała lekcji gry na pianinie. Mandelsztam spędził w Warszawie zaledwie kilka pierwszych miesięcy życia – rodzina wyprowadziła się niebawem do Petersburga – miasta, z którym poeta się identyfikował i które uważał za miasto rodzinne. Poświęcił mu znakomite strofy. O Warszawie nigdy w swej twórczości nie wspominał – nic go z nią, poza urodzeniem, nie łączyło.

W Polsce najbardziej znane są jego wiersze „Cyganka” i „Skrzypek Hercowicz”, które śpiewała niezrównana Ewa Demarczyk, oraz wiersz „Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi” (przekład na polski Stanisława Barańczaka) z 1933 roku, który przyczynił się do „zauważenia” poety przez wnikliwego recenzenta poezji, Józefa Stalina. Recenzentowi wiersze Mandelsztama wydały się niebezpieczne, wolnomyślicielskie, a wiersz o „Góralu z Kremla”, czyli („Żyjemy tu…”) – jawnie wywrotowy.

Mandelsztam został najpierw przymusowo zesłany na prowincję (wybrał Woroneż), w 1938 roku – aresztowany ponownie, skazany na pięć lat łagrów za działalność rewolucyjną. Zmarł pod Władywostokiem w obozie przejściowym Wtoraja Rieczka. Miejsce pochówku nie jest znane – była to zapewne wspólna przyobozowa mogiła.

Pomniki poety stanęły do tej pory w Petersburgu (na podwórku domu innej wielkiej rosyjskiej poetki Anny Achmatowej, która bardzo ceniła poezję znakomitego kolegi po piórze; próbowała wyciągnąć go z więzienia), w Woroneżu (miejscu zsyłki) i Władywostoku (miejscu śmierci; ten pomnik kilkakrotnie padał ofiarą wandali). Dlaczego Moskwa?

Mandelsztam często przyjeżdżał do stolicy, miał tu wielu przyjaciół i znajomych. Najczęściej zatrzymywał się u brata Aleksandra. I właśnie pod oknami jego mieszkania, w Zaułku Starosadskim stanął pomnik (według projektu Dmitrija Szachowskiego i Jeleny Munc). Brat mieszkał w wielkiej „komunałce”, zajmował tam jeden pokój, w tym samym mieszkaniu mieszkał też skrzypek Hercowicz, „co grał z pamięci jak z nut”.

Piękne miejsce, zaciszne, sprzyjające kontemplowaniu poezji (fragmenty wierszy Mandelsztama wyryto na pomniku), poezji w czasach ZSRR prześladowanej jak sam Mandelsztam, poezji mądrej i wielkiej po latach, aktualnej i dziś – w czasach zapędzonych i niepoetyckich.

Piraci z Karaibów

Wizyta rosyjskiego krążownika „Piotr Wielki” została zaplanowana jeszcze w sierpniu – miała być odpowiedzią na ruchy natowskich okrętów na Morzu Czarnym w czasie konfliktu na Kaukazie, ponadto wspólne manewry morskie z Wenezuelą pod nosem USA miały pokazać, że strefy wpływów się zmieniają, a Rosja wraca po latach do Ameryki Łacińskiej, by znów wpuścić Amerykanom – wedle malowniczego powiedzonka Nikity Chruszczowa – „jeża do spodni”.

Ciężkie okręty wojenne pływają powoli i „Piotr Wielki” dopłynął na Morze Karaibskie dopiero kilka dni temu. W czasie, kiedy płynął przez Atlantyk, sytuacja zmieniła się. Po pierwsze – rozszalał się huragan „Kryzys”, po drugie – w Ameryce wybrano nowego prezydenta, który może wystąpić z nową ofertą wobec krajów Ameryki Łacińskiej.

Wizyta prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa po krajach Ameryki Łacińskiej też została zaplanowana w czasach, kiedy Rosja groźnie tupała nogą i oznajmiała całemu światu, przede wszystkim Stanom Zjednoczonym, że czas „jednobiegunowego świata” się skończył, a Rosja rozszerza swoje strefy wpływów i to pod nosem wuja Sama. W czasie wizyty wenezuelskiego przywódcy w Rosji Hugo Chaveza w lipcu zapowiadano inwestycje w branżę naftowo-gazową i finalizację negocjacji o kolejnych zakupach rosyjskiego uzbrojenia przez Wenezuelę, a nawet spekulowano na temat utworzenia rosyjskiej bazy wojskowej w Wenezueli. Ale kryzys nie ciotka, po główce nie głaszcze – i wygląda na to, że pomyślane z dużym rozmachem porozumienia o współpracy na razie przyjdzie odłożyć. Miedwiediew wprawdzie podczas wizyty powtarzał mantrę o końcu hegemonii wiadomo kogo, ale uczciwie przyznał, że kryzys każe Rosji zweryfikować ambitne plany.

W sprawie utworzenia wspólnego konsorcjum naftowego z Wenezuelą co najmniej trzykrotnie w ciągu ostatnich miesięcy przyjeżdżał do Caracas wicepremier Igor Sieczin. Porozumienia w tej sprawie jednak podczas wizyty Miedwiediewa nie podpisano – została zawarta ogólna międzyrządowa umowa o współpracy w dziedzinie energetyki. Informujące o wizycie rosyjskie gazety pogubiły się w doniesieniach, czy podpisano oddzielne porozumienia pomiędzy rosyjskimi firmami naftowymi i gazowymi a wenezuelskimi partnerami o planowanej współpracy w dolinie Orinoko czy nie (w kuluarach szefowie rosyjskich firm naftowych skarżyli się, że z partnerami wenezuelskimi trudno dojść do ładu, bo „jedno mówią, a drugie robią”). Zgoda panowała tylko co do umowy o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej – zawarte porozumienie ma być podstawą do przyszłej współpracy przy budowie przez Wenezuelę elektrowni jądrowej. Nie „pociągnięto” tematu sprzedaży rosyjskiej broni – nadal brak informacji o kontraktach, o których tak trąbiono latem przy okazji wizyty Chaveza w Rosji. Nie padły żadne konkretne deklaracje odnośnie wysokości rosyjskich inwestycji. Nie padły też polityczne deklaracje ze strony Chaveza: mówiący z żarem o swej miłości do Rosji wenezuelski prezydent nie zająknął się np. o chęci uznania niepodległości Osetii Południowej i Abchazji.

Zupełnie bez treści okazała się wizyta Miedwiediewa na Kubie. Rosyjski prezydent został przyjęty przez Raula Castro, złożył wieniec i zapowiedział ni z gruszki ni z pietruszki, że Rosja wejdzie ostro do gry o region z innymi zainteresowanymi tym państwami.

O jakie państwa chodziło? Na pewno w pierwszym rzędzie o USA. Tutaj trudno wróżyć, jak będzie przebiegać ta gra – wszystkie (nawet te demonstracyjnie antyamerykańskie) państwa Ameryki Łacińskiej, jak napisałam powyżej, czekają na nowe komunikaty i oferty z Waszyngtonu. Nie wiadomo, jak będą układać się sprawy w warunkach kryzysu.

Ale głównymi rywalami Rosji w krajach Ameryki Łacińskiej są dziś jednak nie Stany, a Chiny i Iran. Prezydent Ahmadineżad jest zainteresowany przede wszystkim antyamerykanizmem wielu przywódców krajów południowoamerykańskich i chce zbudować z nimi antywaszyngtońską oś. Ale Iran wchodzi także do gry gospodarczej. Rok temu podczas wizyty w Boliwii Ahmadineżad zawarł kontrakty na kwotę 1 mld dolarów, w Nikaragui Iran ma sfinansować budowę portu o wartości 350 mln dolarów, z Wenezuelą utworzył wspólne przedsiębiorstwo naftowe.

Tygodnik „Kommiersant Włast’” pisał niedawno: „Niektórzy eksperci podejrzewają, że stosunki Iranu i Wenezueli wychodzą daleko poza ramy legalnych operacji finansowych. Kiedy w zeszłym roku kolumbijskie wojska zaatakowały obóz powstańców z Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, które Chavez zawsze wspierał, zarekwirowano komputer, a w nim znaleziono dane o zamiarze nabycia przez Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii pięćdziesięciu kilogramów uranu. Zdaniem amerykańskich ekspertów wojskowych, główną rolę w tej transakcji mógł odegrać Iran”.

Jeszcze bardziej zaangażowane są w regionie Chiny. Kilkudziesięciu oficerów z krajów Ameryki Łacińskiej odbywa staże w chińskiej armii, zwiększa się też stale eksport chińskiej broni do krajów regionu. W Wenezueli Chińczycy mają interesy naftowe (wspólne przedsiębiorstwo). Dla Kuby ChRL jest drugim partnerem handlowym (wartość obrotów w zeszłym roku osiągnęła wartość 2,7 mld dolarów; dla porównania: Rosja jest na dziesiątym miejscu tej listy, wartość wymiany wyniosła w ub.r. 360 mln dolarów), po katastrofalnych huraganach Pekin przekazał Kubie pomoc w wysokości 1,3 mld dolarów. Podczas wizyty 19 listopada przewodniczącego Hu Jintao w Hawanie podpisano pięć umów gospodarczych. Chiński lider odbył „braterskie spotkanie” z Fidelem Castro (Miedwiediew nie miał tej przyjemności, kontaktował się tylko z młodszym bratem z kubańskiego tandemu). Raul Castro z kolei, podczas spotkania ze studentami z udziałem Hu Jintao, wykonał po chińsku piosenkę poświęconą Mao Zedongowi. Podczas rozmów z Miedwiediewem nie śpiewał. Programem „artystycznym” dla rosyjskiego gościa wykazał się za to przyjaciel Hugo Chavez, który kazał wyćwiczyć swojej kompanii reprezentacyjnej słowa rosyjskiego hymnu. Ustawieni w paradnym szyku wenezuelscy żołnierze z uniesionymi do góry podbródkami grzmieli „Slassia atieeso nasi sobooje” (Sławsia otieczestwo nasze swobodnoje).

W poniedziałek olbrzymi rosyjski atomowy krążownik „Piotr Wielki” rozpocznie manewry na Morzu Karaibskim, ma ćwiczyć operację pod wspólnym dowództwem z okrętami Wenezueli – trzema fregatami, czterema okrętami patrolowymi i czterema kutrami obrony brzegowej: wspólne manewrowanie na otwartym morzu. Czy będzie to remake słynnego „wpuszczania jeża do spodni”, kiedy rosyjskie głowice jądrowe znalazły się w Zatoce Świń?

Szlachetny i sprawiedliwy

W jednej z parafii w obwodzie leningradzkim proboszcz wystawił w cerkwi ikonę przedstawiającą postać Józefa Wissarionowicza Stalina. Parafianie byli oburzeni. Proboszcz przestawił obraz w bardziej ustronne miejsce, ale całkiem ze świątyni wizerunku bezbożnika nie usunął. Aberracja? Na pewno. Ale nie tak odosobniona, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka.

W Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej rozlegają się wezwania do kanonizowania generalissimusa Stalina, bezwzględnego dyktatora, mającego na rękach krew milionów ofiar, w tym duchowieństwa i wiernych Cerkwi Prawosławnej. Jak podała gazeta „Nowyje Izwiestia”, wnioskodawcy twierdzą, że Józef Stalin był głęboko wierzącym człowiekiem, sprawiedliwym i szlachetnym. Zmarły cztery lata temu kaznodzieja Dimitrij Dudko, który był więziony w stalinowskich łagrach, walczył o wolność wyznania dla obywateli ZSRR, w ostatnich latach życia krzewił kult Stalina. Napisał książkę „Myśli o Stalinie”, w której analizował domniemane głębokie uczucia religijne wodza narodów. W jednej ze swoich prac napisał, że pragnie, aby modlono się do Stalina: „Święty Józefie, módl się za nami!” 

Do akcji propagowania świętości Stalina mają się teraz włączyć również komuniści, którzy będą rozdawać ikonki z wizerunkiem wodza „wśród tych, którzy uważają Stalina za świętego”.

Jak widać, jest więc wariant dla wierzących i ateistów. Świecki kult Stalina ma się zresztą od paru lat całkiem nieźle. Powstają filmy, łagodnie przybliżające epokę i postać, czyniące je znośnymi, ludzkimi, głębokimi. Stalinowi postawiono w Rosji kilka pomników. Pisałam niedawno o podręczniku do historii, w którym Stalin jest przedstawiony jako zdolny menedżer. Według badań sondażowych 42 procent Rosjan uważa, że krajowi jest potrzebny lider takiego pokroju jak Stalin; dwie trzecie ludzi powyżej sześćdziesiątego roku życia sympatyzuje ze Stalinem; 36 procent młodych ludzi twierdzi, że niezależnie od błędów, jakie popełnił, najważniejsze jest, że zwyciężył w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, 20 procent uważa Stalina za mądrego wodza, który doprowadził ZSRR do rozkwitu. W prowadzonym niedawno dziwnym plebiscycie „Imię. Rosja”, w którym wybierano najbardziej wpływowych ludzi, zajmujących ważne miejsce w historii (kulturze, polityce) państwa, Stalin uplasował się na dwunastym miejscu. Ale przez dłuższy czas zajmował drugą pozycję. Uczestnicy głosowania podejrzewali, że w ostatnim etapie projektu organizatorzy „twórczo” podeszli do podliczania głosów i sfałszowali wyniki, bo nagle Stalin stracił miejsce na pudle i spadł do drugiej dziesiątki.

Stalin nie jest jedynym despotą, którego chcą kanonizować grupy wiernych Cerkwi Prawosławnej. Kilka lat temu wielkiego rozmachu nabrał ruch opowiadający się za kanonizacją Iwana Groźnego. Zwolennicy świętego cara są przekonani, że był dobrym człowiekiem, a to późniejszy czarny PR sprawił, że przylgnęła doń etykietka okrutnika.

Patriarchat Moskiewski wielokrotnie dystansował się od podobnych inicjatyw, uważając je za wielce szkodliwe i prowadzące do rozłamu.