Jaka jest polityka zagraniczna Rosji i czyim interesom służy? W artykule „Rosja jako wyzwanie”, który ukazał się na łamach „Nowej Gaziety”, znakomita rosyjska politolog Lilia Szewcowa próbuje odpowiedzieć na to pytanie.
„Rosyjskiej elicie politycznej fantastycznie udało się wykorzystać politykę zagraniczną do utrzymania się przy władzy – stwierdza Szewcowa. – Politycy przedstawili swoje interesy jako interesy narodowe, a Zachód uczynili gwarantem systemu autorytarnego”.
Szewcowa analizuje osiągnięcia (czy raczej „osiągnięcia”) rosyjskiej polityki zagranicznej ostatnich lat: „Kremlowscy propagandziści zapewniają nas, że Rosja odzyskała rolę samodzielnego ośrodka siły, suwerennego w swoich działaniach. Rzeczywiście, nastąpiło wzmocnienie Rosji, ale jedynie jako „psuja”, który częściej blokuje decyzje Zachodu, niż występuje z własnymi projektami i nawet nie potrafi wykorzystać prawa weta, z którego umiejętnie korzystają np. Chiny. […] Kreml przetestował różne modele międzynarodowego zabezpieczenia swoich pozycji. W latach 90. i w początkach prezydentury Putina klasa polityczna próbowała wmontować Rosję w system zachodni, ale z jej specyficznym „statusem”, co było z góry skazane na niepowodzenie – czy jakakolwiek cywilizacja zgodzi się na inkorporację obcego ciała? W latach 2004-2005 Moskwa zaczęła eksperymentować z nowym modelem. Minister Ławrow wystąpił z ideą światowej Trójki: USA, UE, Rosja, która może sterować światową nawą. Podobną ideę powtarza prezydent Miedwiediew w opublikowanej ostatnio Koncepcji polityki zagranicznej. Kremlowscy architekci proponują światu coś w rodzaju postmodernizmu – i powrót do ładu jałtańskiego, i równowagę sił, z tym że z uwzględnieniem partnerstwa Rosji i Zachodu pod warunkiem nieingerencji Zachodu w wewnętrzne sprawy Rosji i sfery wpływów. […] Rosyjska ekipa rządząca próbuje w dziedzinie polityki zagranicznej połączyć to, czego połączyć się nie da: być z Zachodem i jednocześnie przeciwko. Czyli przenieść na arenę zagraniczną to, co robi na scenie wewnętrznej, łącząc jednowładztwo z wyborami.
Rosyjska klasa polityczna chce korzystać z dóbr świata zachodniego, jednocześnie odrzucając jego standardy. Taki model działa wedle zasady: pragmatyzm wszystkim, zasady – niczym. Moskwa może występować w obronie Serbii, ale jednocześnie podrywać integralność terytorialną Gruzji i grozić Ukrainie rozpadem. Wykorzystując dezorientację świata zachodniego, Kreml zdołał uczynić z Zachodu instrument legitymizacji swego reżimu politycznego.
Społeczność Zachodu – nieoczekiwanie dla samej siebie – stała się w pewnym momencie gwarantem, zapewniającym rozkwit kapitalizmu surowcowego i autorytarnej władzy w Rosji, która wykorzystuje antyzachodnią retorykę. […] Rosja demoralizuje zachodni biznes i klasę polityczną. Mowa tu o łapówkach, płaconych w Rosji przez koncern Siemens czy o kooptacji zachodnich polityków do szeregów rosyjskich biurokratów – a to tylko niektóre przykłady”.
„Wydawało się – pisze dalej Szewcowa – że Zachód przyjął rosyjskie reguły gry. […] I wszystko byłoby ślicznie, gdyby Kreml nie zaczął ignorować słabeuszy z Zachodu. Próbował sprawdzić granice ich wytrzymałości i ekspansją Gazpromu, i ignorowaniem UE, i „lekcjami” udzielanymi Gruzji, Ukrainie czy Estonii. Niepodległość Kosowa, plany rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów tarczy przeciwrakietowej i zamiar rozszerzenia NATO na wschód – to odpowiedź Zachodu na hasło „Russia is back”. Kreml sam zmusił zachodnią społeczność do uznania Rosji za wyzwanie. Taktyka Kremla, która na początku wydawała się sukcesem, z czasem okazała się porażką – Rosja znalazła się poza polem gry.
Dziś widać jak na dłoni, że samodzielny ośrodek siły to tylko bańka mydlana. I nie chodzi nawet o to, że rosyjski budżet wojskowy jest 25-krotnie mniejszy od amerykańskiego, chodzi o wysiłki rosyjskiej elity na rzecz przekształcenia Rosji w surowcową przystawkę dla krajów rozwiniętych. Czy może się uważać za globalnego gracza kraj, którego dobrobyt uzależniony jest wyłącznie od dochodów z ropy i gazu (63,7% rosyjskiego eksportu), którego dług wobec banków zachodnich (490 mld dolarów) jest równy rezerwom złota i walut, którego stabilność finansowa zależy od kursu dolara? Czy w ogóle może pretendować do formowania swojej politycznej galaktyki państwo, które woli poruszać się w mgławicy? Tymczasem nawet najwierniejsi sojusznicy Rosji – Białoruś i Armenia – zaczynają szukać bardziej atrakcyjnych ośrodków”.
Lilia Szewcowa widzi wyjście z tej sytuacji tylko poprzez modernizację Rosji (obecna elita nie wydaje się do tego zdolna), która może dokonać się wyłącznie we współpracy z Zachodem.
Bardzo ciekawy wywód, bardzo ciekawe spojrzenie. Czy ma szanse na to, by zaistnieć w Rosji? W rosyjskiej przestrzeni publicznej mocno brzmi przecież chór głosów odmiennych – zwolenników twardego, antyzachodniego kursu, nacjonalistycznej konserwy, nawołującej, by „temu Zachodowi” pokazać, gdzie raki zimują albo – jak mówił bezpośredni w swych manierach Nikita Chruszczow – „wpuścić jeża do spodni”.
Prezydent Miedwiediew najwyraźniej nie zamierza zmieniać kursu poprzednika, jeśli chodzi o politykę zagraniczną – leciutko wchodzi w buty, uszyte przez szewców Putina: demonstruje pewność siebie, wykreowaną przez speców od PR, zgłasza propozycje nowego ładu bezpieczeństwa europejskiego bez ładu i składu (temat na oddzielną opowieść)i proponuje robienie interesów bez zaglądania do garnków (podnoszenia przez Zachód kwestii wartości). Nadzieje wielu zachodnich polityków i publicystów, którzy chcą dostrzegać w Miedwiediewie „nowe liberalne otwarcie”, na razie nie mają się o co zaczepić.
