Archiwum kategorii: Bez kategorii

Szpieg w naszej klasie

Wczoraj ujawniono, że dwaj bracia – Ilja i Aleksandr Zasławscy – zostali aresztowani przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa pod zarzutem szpiegostwa przemysłowego. Jeden z braci jest pracownikiem rosyjskiej spółki-córki British Petroleum – TNK-BP, drugi – członkiem rosyjskiego Klubu Absolwentów Brytyjskich Uczelni, związanego z British Council. 

Sprawę rozdmuchano na cały kraj, zajęła pierwsze strony gazet i najważniejsze miejsce w dzienniku telewizyjnym. Przez dwa dni z rzędu obszernie informowano o rewizjach w biurach TNK-BP i aresztowaniu Zasławskich. Dlaczego aresztowanie szeregowego pracownika TNK-BP wstrząsnęło Rosją?

Powiedzmy wpierw kilka słów o samych Zasławskich. Klub Absolwentów, którego członkiem (a według niektórych źródeł, szefem) jest Aleksandr, wystosował kilka miesięcy temu list otwarty do prezydenta Putina z apelem, by nie likwidować filii British Council w Rosji (list pozostał bez echa). Ilja uczestniczy w projekcie internetowym Facebook, w którym zamieszczane są żarty o Putinie. W TNK-BP pracował jako analityk. Prowadzi blog.

Ale czy anglofilska działalność braci, krytyka poczynań władz z ich strony, a nawet zarzuty o szpiegostwo mogły być powodem takiego nagłośnienia nieznaczącego, zdawać by się mogło, epizodu? Wydaje się, że afera szpiegowska – świetnie wpisująca się skądinąd w narastającą w Rosji obsesję poszukiwania szpiegów i wrogów wszędzie, gdzie się da – jest tylko przykrywką i przygrywką do „wielkiego najazdu” na samą TNK-BP. Brytyjskie i niektóre rosyjskie gazety sugerują, że skupione wokół najważniejszych urzędników kremlowskich energetyczne lobby przygotowuje się do operacji rozpiłowania TNK-BP i przejęcia kontroli nad aktywami firmy na podobieństwo „operacji JUKOS”. Czas pokaże, czy ta niepokojąca jaskółka faktycznie oznacza kolejny etap „uregulowania rynku” surowcowego w Rosji.

 

Jeszcze dwa słowa o innym aspekcie szpiegostwa. Podobnie jak w Polsce, także w Rosji rekordy popularności bije strona internetowa „nasza-klasa” (rosyjski odpowiednik nazywa się Odnokłassniki.ru). Jedna z agencji informacyjnych podliczyła, że na podstawie wpisów, zamieszczonych na portalu można ustalić miejsca dyslokacji jednostek Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jak widać, pojęcie szpiega w dzisiejszych czasach mocno się zdewaluowało i utraciło wiele z zaszczepionej przez literaturę i filmy romantycznej aury.

 

W tym roku kalendarz świąt znacznie się różni w Kościele katolickim i prawosławnym. Kościół katolicki wszedł już w triduum paschalne, prawosławny – ledwie zaczął Wielki Post. Przeto w Rosji daleko jeszcze do obchodów najradośniejszego święta roku liturgicznego. Pełną parą idzie tu za to przemeblowanie Kremla i siedziby rządu, trwają intensywne zabiegi urzędników o najlepszą pozycję startową w nowej konfiguracji władzy. Chleb drożeje mimo interwencji rządu i zamrożenia cen. Prezydent-elekt Miedwiediew wygłasza słuszne przemówienia. Prezydent Putin rozdaje karty. FSB łapie szpiegów. Ceny ropy idą w górę.

 

Życzę Państwu zdrowych, spokojnych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych.

Wspólny ból

Moskiewska inteligencja na dwóch specjalnych pokazach 18 i 19 marca mogła obejrzeć „Katyń” Andrzeja Wajdy. Wielkie sale projekcyjne pękały w szwach, od dawna w Moskwie nie było tylu chętnych, aby uczestniczyć w pokazie filmu. Ludzie siedzieli na schodkach, stali pod ścianami, wypełniali każdy wolny skrawek miejsca. Obecni na pierwszym pokazie wysocy urzędnicy z Kremla i ministerstwa kultury przekazali na ręce Andrzeja Wajdy podziękowania i wyrazy uznania. Większość ważnych i poważnych rosyjskich gazet zamieściła omówienia filmu i wywiady z reżyserem. I – co wydaje się szczególnie ważne po kilku niedawnych publikacjach rosyjskiej prasy, podających w wątpliwość fakt, że zbrodni na polskich oficerach dopuściło się NKWD na rozkaz Stalina i spółki – rzetelnie naświetliła sprawę katyńską.

Rosyjska telewizja na razie nie znalazła czasu na antenie, by dostrzec to doniosłe wydarzenie, jakim bez wątpienia są pokazy filmu Wajdy w Moskwie. Może jeszcze znajdzie (choć temat zbrodni katyńskiej jest w rosyjskich masowych mediach niepożądany, odgórnie lansowany jest bowiem model rosyjskiej historii niepokalanej, bezbłędnej, mądrej i czystej, bez zmazy i skazy). Może przeważy to, że Wajda jest w Rosji jednym z najbardziej cenionych twórców filmowych i teatralnych, cieszy się wielkim szacunkiem.

Telewizję ogląda znakomita większość Rosjan, gazety czytane są w znacznie węższym kręgu odbiorców. Czy poza kilkuset wybrańcami, którym udało się dostać na specjalne pokazy, Rosjanie obejrzą film Wajdy w kinie? Wiedzą, że taki film powstał. Mówiło się o nim i pisało w Rosji wiele przy okazji nominacji do Oscara w kategorii film obcojęzyczny – w tej kategorii nominowane były filmy dwóch rosyjskich reżyserów: Nikity Michałkowa i Siergieja Bodrowa, wspominano również o obrazie Wajdy.

Na razie jednak w Rosji nie znalazł się dystrybutor. W wypowiedzi dla dziennika „Nowyje Izwiestia” jeden z dyrektorów firmy dystrybucyjnej tłumaczył: „Raczej nikt nie kupi tego filmu. Koszty się nie zwrócą. Najliczniejszą kategorią wiekową odwiedzającą kina są ludzie do 25 lat, którym ta problematyka jest obca. (…) W telewizji też go nie pokażą, z przyczyn politycznych”. Wiktor Matizen, autor materiału poświęconego filmowi na łamach tejże gazety, komentuje: „Andrzej Wajda zrobił swoje. Teraz nasza kolej – potomków tych, którzy rozstrzeliwali, tych, którzy zostali rozstrzelani, tych, którzy cieszyli się ze zbrodni, tych, którzy cierpieli, tych, którzy pozostali i pozostają obojętni. Wyświetlanie tego filmu w Rosji to nie kwestia smaku, nie sprawa biznesowa, to kwestia sumienia i naszej dumy narodowej. Nie mówiąc już o tym, że to papierek lakmusowy tych przemian, które zaszły w Rosji od 1940 roku”.

Pozostaje mieć nadzieję, że głos moskiewskiej inteligencji, „przyjaciół Moskali” nie pozostanie głosem wołającego na puszczy. Ten głos słychać w Polsce, może usłyszy go i Rosja.

 

 

 

 

 

 

Delikatesy z niesmacznym farszem

W rosyjskich sklepach można kupić pielmieni (pierożki z farszem mięsnym) o zachęcającej nazwie „Stalinowskie delikatesowe”. Na opakowaniu do potencjalnych konsumentów uśmiecha spod sumiastego wąsa znane oblicze wodza wszystkich narodów Józefa Stalina. Apetytu dodaje też niewątpliwie slogan reklamowy produktu „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze” (hasło wygłoszone przez Stalina w 1935 r. na zjeździe stachanowców, był to komentarz wodza do szczęsnego faktu zniesienia kartek żywnościowych na chleb, mąkę i kaszę; Stalin szykował się już do rozpętania terroru, największa fala represji przypadła na lata 1937-1938).

Dlaczego zakład pod Niżnym Nowogrodem produkujący pierożki nazwał tak swój produkt? Widocznie uznano, że Stalin może być mocnym patronem nowego gatunku pielmieni. Komentatorzy rosyjskiego internetu i niektórych opozycyjnych gazet wskazują na rosnącą popularność wodza w Rosji. Do sympatii do Stalina przyznaje się 2/3 ludzi w wieku powyżej 60 lat i około 50 proc. młodzieży. Na pytanie ankiety o rolę Stalina w historii, 36 proc. badanych odpowiedziało: „Popełnił błędy, ale to nieważne, najważniejsze, że pod jego kierownictwem naród wygrał Wielką Wojnę Ojczyźnianą”; 20 proc. stwierdziło: „Tylko okrutny władca mógł utrzymać w państwie porządek w warunkach walki klasowej i zagrożenia z zewnątrz”; kolejne 20 proc. wyraziło opinię, że „Stalin to mądry wódz, który uczynił z ZSRR kwitnącą potęgę”; a 16 proc. oznajmiło: „Naród rosyjski nie może obejść się bez przywódcy takiego jak Stalin – wcześniej czy później taki ktoś się pojawi i zaprowadzi porządek”.

W rosyjskiej telewizji pokazano w ostatnich latach kilka filmów i seriali, które miały „uczłowieczyć” Stalina, a jego epokę ukazać jako czas, kiedy ludzie po prostu żyli, kochali się, rodzili dzieci, owszem zdarzały się jakieś potworności, ale w gruncie rzeczy nie było to takie okropne, służyło wyższym celom.

Dziennikarze tygodnika „The New Times” powitali produkt komentarzem: „W 55 rocznicę śmierci Józefa Stalina w Rosji pojawiła się zakąska odpowiadająca duchowi epoki Putina: pielmieni „Stalinowskie delikatesowe”. W ten sposób powstał gastronomiczny duet: wódka „Putinka” i „stalinowskie” pierożki”.

Rosyjscy blogerzy są mniej delikatni – zastanawiają się na przykład, czy stalinowskich frykasów nie należałoby popijać winem „hitlerowskim” półsłodkim albo delektować się chilijskimi konserwami mięsnymi „Pinochet w sosie własnym”.

Wykorzystanie wizerunku Stalina na opakowaniu pierożków jest z jednej strony efektem popularności wodza, pielęgnowanej zwłaszcza w ostatnich latach (jego wysokie rankingi popularności wynikają nie tylko z odwiecznej nostalgii za silną ręką, ale też z braku rozliczenia się w Rosji z ponurą epoką stalinowską czy w ogóle z komunizmem i jego zbrodniami), z drugiej – oznaką „przesuwania” tyrana do kategorii komercyjnej (jak kubańskiego rewolucjonisty Che Guevary, którego wizerunek najpierw był symbolem słusznego zrywu mas, potem wszelkich buntów, a teraz jest po prostu dekoracją koszulek bawełnianych).

 

 

Rok 2008 Rokiem Rodziny w Rosji

 Ponad 90 procent kobiet w Rosji jest ofiarami przemocy w rodzinie. Co pół godziny jedna kobieta ginie z rąk męża lub partnera. W skali roku na skutek rodzinnej przemocy ginie w Rosji 14 tysięcy kobiet – takie wyniki cytuje agencja Interfax, referując raport ONZ-owskiej agendy: Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych (UNFPA). Raport przedstawiła na konferencji prasowej w Moskwie Tatiana Zabielina, kierująca badaniami.

Badania przeprowadzono w drugiej połowie 2006 roku w czterech rosyjskich miastach – Moskwie, Samarze, Tule i Dubnie. 90,7 proc. kobiet, biorących udział w sondażu, określiło przemoc w rodzinie jako ostry problem, z którym stykają się na co dzień. „Większość ankietowanych rozumie pod pojęciem przemocy rodzinnej przede wszystkim przemoc fizyczną i seksualną, w drugim rzędzie – ekonomiczną i psychologiczną. Przy czym niektóre formy przemocy jak gwałt Rosjanki uważają za naturalną formę stosunków w rodzinie” – powiedziała Zabielina.

Rosjanki próbują poradzić sobie z problemem samodzielnie, w wyjątkowych przypadkach zwracają się do służb socjalnych, milicji wolą nie zawiadamiać. Mało kto wie o istnieniu placówek pomagających ofiarom przemocy w rodzinie.

Eksperci doszli do wniosku, że państwo w ostatnich latach nic nie zrobiło, aby pomóc kobietom w obronie ich interesów.

 

Ale za to 8 Marca – Międzynarodowy Dzień Kobiet jest dniem wolnym od pracy. W wielu środowiskach to niestety tylko powód do suto zakrapianej biesiady, która na ogół kończy się pobiciem żony.

Prezydent Putin ogłosił rok 2008 Rokiem Rodziny. Ale nie przypominam sobie, by w pompatycznych przemówieniach na tę okoliczność choć raz zająknął się o problemie przemocy w rodzinie. Prezydent-elekt Miedwiediew jako opiekun projektów narodowych wielokrotnie deklarował pomoc dla rodzin, chełpił się wzrostem urodzeń w Rosji, odwiedził kilka rodzin, którym urodziło się trzecie dziecko, podarował grzechotki. I też nie dostrzegał żadnych problemów. Wszystko pięknie wyglądało w telewizji, a to przecież dla polityka najważniejsze.

Władze Rosji rzeczywiście stają na rzęsach, aby zahamować trwający od wielu lat katastrofalny spadek liczby ludności kraju. Stworzono system zachęt finansowych, mających skłonić do urodzenia dziecka  – wysokie becikowe, kapitał macierzyński. W zeszłym roku odnotowano baby boom – urodziło się 1 mln 600 tys. dzieci. Ale nawet ten znakomity wynik nie przewyższył liczby zgonów (2 mln), przyrost naturalny nadal jest ujemny, choć nie tak drastyczny jak jeszcze kilka lat temu. Nadal problemem jest nadumieralność ludzi w sile wieku (przede wszystkim mężczyzn). Problemem jest też wielka liczba rozwodów w Rosji – w zeszłym roku rozwiodło się 686 tysięcy par małżeńskich.

 

 

Dzień jak co dzień

Trzynasty marca. Czwartek. Słońce wzeszło i niebawem zajdzie. Zwykły dzień.

Rosyjskie władze zajmują się najpilniejszymi sprawami. Swoimi sprawami. Na szczytach trwa mozolna przepychanka o lepsze miejsce w układzie, politolodzy wygłaszają coraz bardziej wymyślne teorie dotyczące kombinacji Putin-Miedwiediew, urzędnicy starają się odgadnąć, skąd wieją silniejsze wiatry. Dzisiaj wiadomością dnia z tej sfery było obdarzenie Igora Szuwałowa (doradcy prezydenta Putina, a jak moskiewskie wróble ćwierkają, człowieka, którego wstawiła na Kreml jeszcze Jelcynowska Familia) zadaniem opracowania nowej struktury władzy wykonawczej. Chodzi przede wszystkim o zawiadywanie operacją przyporządkowania kadr do Administracji Prezydenta (Miedwiediew) i rządu (Putin). Na razie sprawy kadrowe są tajemnicą za siedmioma pieczęciami. Mgła jeszcze nie opadła.

W telewizyjnych programach informacyjnych poczesne miejsce zajmuje nadal Putin. Wczoraj zbeształ na spotkaniu z przedstawicielami parlamentu Władimira Żyrinowskiego, który wyraził się niepochlebnie o potomkach ubogich rodzin robotniczych. „Ja sam jestem z robotniczej rodziny” – lodowato wycedził prezydent. Żyrinowski podobno zgłosił się po tym incydencie do szpitala – serce nie wytrzymało reprymendy. Deptanie po prezydenckich odciskach nie było dotąd jego specjalnością, zawsze był lojalny i wiernie wykonywał wszystkie odgórne polecenia. A powinien był wziąć pod uwagę, że prezydent jest rozdrażniony. Co było wyraźnie widać podczas wizyty pani kanclerz Merkel, która przyjechała do Moskwy przede wszystkim po to, by zapoznać się z Miedwiediewem. Putin zrobił jej coś w rodzaju sceny zazdrości. „Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektórzy partnerzy nie mogą się doczekać, kiedy złożę pełnomocnictwa, aby wreszcie móc załatwiać sprawy z innym człowiekiem”. Zapowiedział jednocześnie, że niech sobie nie myślą, że z Miedwiediewem będzie im łatwiej. „On nie mniej niż ja jest, w dobrym sensie tego słowa, rosyjskim nacjonalistą. Jest prawdziwym patriotą i będzie bronił interesów Rosji na arenie międzynarodowej” – zapewnił.

Ale nie samym prezydentem i jego nerwami człowiek żyje. Gorące dyskusje wzbudza w Rosji sprawa zatrzymania w Tajlandii rosyjskiego przedsiębiorcy Wiktora Buta, bardziej znanego jako „handlarz śmiercią”. Jego firma od 15 lat zajmuje się transportem lotniczym. Jak twierdzą dobrze poinformowane źródła i prasa całego świata, But samolotami wozi głównie broń (nielegalnie). Teraz na wniosek władz USA został zatrzymany za pomaganie terrorystom. But odrzuca wszelkie oskarżenia. Ciekawe, jak dalej potoczą się losy pana Buta – czy stanie przed amerykańskim sądem, czy znowu wywinie się wymiarowi sprawiedliwości. No i na jakiej podstawie. Jego adwokat twierdzi, że Buta będą musieli wypuścić, „jak tylko przyjdą jakieś ważne dokumenty z Moskwy”. Bardzo ciekawe.

Jeszcze jedno wydarzenie koncentruje dziś uwagę – jubileusz 95-lecia Siergieja Michałkowa. Autor słów hymnu ZSRR (kilka lat temu po autorskim liftingu tekst został zutylizowany jako hymn Rosji). Autor wierszyków i bajek dla dzieci. Laureat trzech Nagród Stalinowskich, jednej Nagrody Leninowskiej i jednej Nagrody Państwowej (nowej Rosji). Niezatapialny, zawsze wierny, zawsze na posterunku. Jego syn, Nikita Michałkow, sławny reżyser i piewca Wielkiej Rosji, zrobił ojcu w prezencie film na urodziny. Prezydent Putin wysłał długi telegram z życzeniami. Wieczorem odbędzie się uroczysty koncert.

A teraz z zupełnie innej beczki. Prokuratura miasta Syktywkar (Republika Komi) skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Sawwie Tierientjewowi „za wzbudzanie nienawiści lub wrogości i poniżanie ludzkiej godności”, za co grozi mu kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

Muzyk z grupy rockowej „Project A” Sawwa Tierientjew wziął udział w prowadzonej na jednym z syktywkarskich blogów dyskusji, poświęconej wizycie milicji w redakcji opozycyjnej gazety „Iskra”, zakończonej konfiskatą redakcyjnych komputerów. Wpis uczestnika dyskusji „user-terentyev” zawierał wezwanie do „pokazowego palenia na stosie po jednym milicjancie dziennie na głównych placach rosyjskich miast”. „User-Terentyev” twierdził też, że milicjanci są jak bydło.

Proces będzie precedensowy (to pierwsze w Rosji oskarżenie o komentarz na blogu). A może przede wszystkim pokazowy? Spośród milionów wpisów wybrano akurat ten. Dlaczego? Żeby dać do zrozumienia, że o milicji jak o nieboszczyku – albo nic, albo dobrze? Nie bardzo też wiadomo, czemu ma służyć nagłaśnianie tej sprawy. Żeby zasygnalizować, że przestrzeń internetu jest kontrolowana przez stróżów prawa i wycieczki w sferę tabu będą karane? 

 

Stolica miliarderów

Forbes ogłosił listę miliarderów. Na świecie jest ich 1125. W rankingu krajów, z których pochodzą miliarderzy, pierwsze miejsce zachowały Stany Zjednoczone; mogą się pochwalić 469 miliarderami. Ale drugie miejsce na podium zajęła Rosja (87 miliarderów), wyprzedzając Niemcy (59). Moskwa została „stolicą miliarderów” – jest miastem, w którym mieszka najwięcej miliarderów – 74 (dla porównania w Nowym Jorku – 71).

Ciekawa jest stawka rosyjskich bogaczy, którzy wskoczyli na listę Forbesa. Najbogatszym Rosjaninem (dziewiąte miejsce, 28 mld) jest Oleg Deripaska, potentat aluminiowy, stały bywalec kremlowskich gabinetów. W tym tego najważniejszego. Piętnasty jest Roman Abramowicz (23,5 mld). To żadne zaskoczenie. Ciekawe wydają się natomiast dwie dość odległe pozycje. Otóż, na liście zadebiutowali dwaj przyjaciele prezydenta Putina – Giennadij Timczenko (462 miejsce, 2,5 mld) i Jurij Kowalczuk (652 miejsce, 1,9 mld). O liście Forbesa i o dwóch debiutantach napisały wszystkie rosyjskie gazety.

Timczenko tłucze kasę na sprzedaży ropy. Autorzy raportu opozycji podsumowującego rządy Putina (Niemcow i Miłow) sugerują, iż firma Timczenki Gunvor cieszy się patronatem prezydenta, a niewykluczone, że robi interesy do spółki z samym Putinem.

Bankier i magnat medialny Jurij Kowalczuk (bank „Rossija”) zna prezydenta od połowy lat 90. W życiorysie Kowalczuka na stronie internetowej „Russian Business” można przeczytać o leningradzkim okresie tej znajomości. Kowalczuk długo pozostawał w cieniu. „Gazety zwróciły uwagę na Jurija Kowalczuka – czytamy w „Russian Business” – w 2004 roku po opublikowaniu listu otwartego kandydata na prezydenta Iwana Rybkina, który Kowalczuka i Timczenkę wskazał jako ludzi, którzy odpowiadają za interesy biznesowe głowy państwa”. Kreml oficjalnie nie potwierdzał tych doniesień. Natomiast Putin na ostatniej konferencji prasowej kategorycznie odciął się od informacji zachodniej prasy o przypisywanym mu 40-miliardowym majątku.

Dotychczas o panu Timczence i panu Kowalczuku było cicho jak w rodzinnym grobowcu. Zdaje się, że nie zależało im na rozgłosie. Posłuszne Kremlowi media nie nagłaśniały ich sukcesów w biznesie. Ciekawe, czy teraz, kiedy ich majątki spuchły do tego stopnia, że zauważył je i roztrąbił na cały świat Forbes, nadal będą korzystać z dźwiękoszczelnego parasola Kremla i czapki niewidki.

„Niezawisimaja Gazieta” zwraca uwagę na inny aspekt – eksponuje niebezpieczną tendencję, utrzymującą się w Rosji od paru lat: „Rekordowy przyrost liczby miliarderów w Rosji można uzasadnić wysokim tempem wzrostu gospodarczego, lansowaną przez władze konsolidacją aktywów, a także wzrostem nierówności dochodów. Rośnie nierówność i rozwarstwienie społeczeństwa. Jeśli chodzi o strukturę dochodów, Rosja szybko zbliża się do latynoamerykańskiego modelu nierówności”. 

Eksperci przewidują, że w najbliższych latach fortuny rosyjskich miliarderów będą rosły jak na drożdżach. Na dobrą passę mogą liczyć ci, którzy potrafią dogadać się z władzą. Ci, którzy postawili się władzy okoniem, przestają się liczyć. Niegdyś notowany przez Forbesa Michaił Chodorkowski, dziś zamiast miliardów liczy dni, które mu pozostały do końca wyroku. Przed nim jeszcze 1325 dni. „Wszystko zgodnie z prawem” – lubi kwitować prezydent Putin wszelkie pytania dotyczące „sprawy Jukosu”.

Portret Doriana Graya, czyli przebiśniegi Miedwiediany

W Moskwie w Galerii Jednego Obrazu wystawiono dwa portrety pod tytułem „Pierwszy portret prezydenta D.A. Miedwiediewa”. To początek serii, której zadaniem będzie ukazanie wpływu władzy na człowieka – pisze dziennik „Niezawisimaja Gazieta”.

Na portrecie figurują: portretowany en face, trójkolorowa flaga i wieża Spasska moskiewskiego Kremla na tle błękitnego nieba.

Dlaczego w galerii wystawiono dwa identyczne portrety? Bo jeden jest rzekomo bardziej romantyczny, a drugi bardziej pragmatyczny. Ten, który zostanie uznany za lepszy, zawiśnie na wystawie (drugi pójdzie pod młotek). Za pół roku zostanie zaprezentowany kolejny portret ze spodziewanymi zmianami na obliczu władcy. Ciekawe, czy wygra wersja romantyczna, czy pragmatyczna. Cynicy lubią uważać się za natury romantyczne, więc sam Dorian Gray, przepraszam Dmitrij Miedwiediew, wolałby pewnie wystawiać na widok publiczny swe romantyczne wyobrażenie. Z drugiej strony jako poważny mąż stanu powinien jednak postawić na wersję pragmatyczną.

Oscar Wilde kazał zmieniać się w miarę upływu lat i popełnianych łajdactw portretowi bohatera (ukrywanemu w ciemnym gabinecie), podczas gdy sam bohater nie zmieniał się fizycznie. Może to patent, nad którym powinni zastanowić się twórcy wazeliniarskich portretów, którzy jeszcze do niedawna z upodobaniem produkowali „Putina w masle”, czyli w oleju.

Zresztą, wcale jeszcze nie jest powiedziane, czyj portret zawiśnie na wystawie. Rosja to przecież Galeria Jednego Portretu.

Pan Zagadka wygrywa plebiscyt

Zwycięstwo kremlowskiego pomazańca Dmitrija Miedwiediewa w plebiscycie 2 marca było z góry wiadome. Nikogo nie zaskoczył wynik – 70 procent poparcia. Na Kremlu już dawno policzono, że tak będzie najlepiej.

Przedstawienie propagandowe, które z uporem godnym lepszej sprawy nazywano wyborami prezydenta Rosji, zostało odegrane. Ale wartość techniczna i poziom artystyczny tego marnego spektaklu pozostawia wiele do życzenia. Centralna Komisja Wyborcza i jej naburmuszony przewodniczący Czurow (zwany Chottabyczem nie tylko ze względu na fizyczne podobieństwo do tego dżina z bajki) przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek przenosili dziennikarzy z realu do matriksu, prezentując oficjalne wyniki, dziwnie podobne do rezultatów przedwyborczych sondaży.

I w matriksie Chottabycza wszystko się zgadzało. Gorzej w realu. Zdaniem obserwatorów i niezależnych komentatorów dosypano 15, może 20 procent głosów. Sfałszowano dane o frekwencji. Na przykład Inguszetia stawiła się – wedle oficjalnych danych – w 90 procentach. Wedle nieoficjalnych w głosowaniu wzięło udział 3,5 proc. Trochę się nie zgadza, ale Chottabycz nie przyjmuje do wiadomości zarzutów i poważnie traktuje sprawozdania lokalnych władz. Dane o frekwencji potężnie rozjechały się Centralnej Komisji Wyborczej już podczas grudniowego głosowania na deputowanych do Dumy Państwowej. Oficjalne wyniki uwierzytelnione przez Chottabycza wskazywały na niezwykłą aktywność Inguszy: 98 procent! Tymczasem Ingusze stwierdzili, że tego kalibru kłamstwa nie są w stanie znieść i zorganizowali akcję „Ja nie głosowałem”. Zaufani ludzie chodzili od wioski do wioski, od domu do domu i zbierali deklaracje. Na 168 tys. zarejestrowanych wyborców 87 tys. potwierdziło, że nie było na grudniowych „wyborach”. Wczoraj najwidoczniej doszli do wniosku, że w ogóle nie pójdą, bo to nie ma sensu. Mimo to w oficjalnych papierkach wykazano konsolidację narodu inguskiego wokół idei głosowania na Miedwiediewa. Proszę zwrócić uwagę na subtelną korektę nieprawdopodobnych 98 proc. z grudnia do 90 proc. z marca. Równie nieprawdopodobnych zresztą.

Inny sposób na dodanie głosów zaprezentował szef petersburskiego „Jabłoka” (partia opozycyjna, która nie wystawiła kandydata w wyborach, zawczasu obwołując ten quasi-wyborczy akt farsą) Maksim Rieznik obszedł kilka komisji wyborczych. W każdej mówił, że nie wziął z urzędu w swoim miejscu zamieszkania odpowiedniego zaświadczenia, ale bardzo chciałby zagłosować na Miedwiediewa. Zebrał w ten sposób siedem kart do głosowania, które zaprezentował w lokalnej telewizji. W nocy został zatrzymany. Podobne eksperymenty w Moskwie też dały niezłe żniwo – niemal wszędzie można było zagłosować na pałę. Ile kart do głosowania rozdano „na słowo honoru”? Ile razy można było zagłosować systemem „karuzeli”? Jak podwyższyło to frekwencję? Tego Chottabycz nie poda do publicznej wiadomości.

Przed lokalami wyborczymi milicja pilnie sprawdzała, czy ludzie nie wynoszą kart do głosowania. Wobec kilku śmiałków, którzy się na to poważyli, zastosowano metody bezpośredniej perswazji – wybito im takie numery z głowy pięścią albo i pałką. Odnotowano wiele przypadków publicznego darcia kart na znak protestu przeciwko fałszerstwom (milicja klasyfikowała takie wyczyny jako zakłócanie porządku publicznego). Obserwator, który próbował zapobiec dorzuceniu do urny 150 kart, został zatrzymany i odwieziony do prokuratury.

Władzom zależało, żeby frekwencja była duża, żeby legitymacja nowego prezydenta została przyozdobiona poparciem społecznym. Toteż namawiano wyborców i w taki sposób: pracownicy zakładów budżetowych mieli głosować w swoim miejscu pracy, a nie zamieszkania. Dyrektor miał dopilnować, by przyszli wszyscy. Jeśli chcesz tu popracować, to musisz zagłosować.

Prezydent Putin, który odchodzi, ale zostaje, prezentował wczoraj doskonały nastrój. Demokracja i inne przyjemne abstrakcyjne słówka lały się z jego uśmiechniętych ust szerokim strumieniem. Miedwiediew mu, ciągle jeszcze nieśmiało, wtórował.

Co dalej, Rosjo? Jaki będzie ten Miedwiediew? Czy stworzony przez ostatnie miesiące wizerunek liberała dbającego o zwykłe sprawy zwykłych ludzi, zwolennika wolności i swobód obywatelskich długo się utrzyma? Można w to wątpić. Ale z drugiej strony tak mało wiadomo o zakulisowych ustaleniach grona decyzyjnego na Kremlu. Nie wiem, jak umówili się Putin z Miedwiediewem. Nie wiem, jaki jest plan rządów tandemu. W realu wszędzie się zrobiło jakoś ślisko. Tylko w matriksie Chottabycza wszystko się zgadza.

Za długie nazwisko

Dziennikarka Natalia Morar z moskiewskiego tygodnika „The New Times”, obywatelka Mołdawii, zaślubiona Rosjaninowi, ponownie nie została wpuszczona do Rosji. Koczuje z mężem na lotnisku Domodiedowo. Autorce m.in. artykułu o „czarnej kasie” Kremla, z której finansowano kampanię wyborczą do Dumy Państwowej, dwukrotnie odmówiono wjazdu do Rosji. Władze powołały się na punkt pierwszy artykułu 27 ustawy o trybie wjazdu i wyjazdu z terytorium Federacji Rosyjskiej (można nie wpuścić na terytorium FR osoby, która stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa i obronności kraju, narusza porządek publiczny lub naraża na uszczerbek na zdrowiu ludność).

„Na czym polega zwycięska wojna, jaką mocarstwo jądrowe prowadzi przeciwko młodej cudzoziemce?” – pyta kpiąco Ilja Milsztejn w internetowej gazecie „Grani.ru”. I odpowiada: „To jakaś tajemnica, której rozum ludzki nie ogarnia. Może Morar, pisząc o kontrolowaniu przez władze pieniędzy wydawanych na kampanię wyborczą, osłabiła rosyjską armię? A może zdradziła tajemnicę państwową? Niewykluczone, że w ten sposób chciała sprowokować zamieszki. No i nie należy zapominać o medycynie, bo to tylko tak na pierwszy rzut oka wygląda, że czytanie opozycyjnej prasy nie odbija się na zdrowiu obywateli”.  Milsztejn przypomina, że Morar pracowała swego czasu dla fundacji Michaiła Chodorkowskiego. Konsekwencja, z jaką ekipa Putina tępi ludzi, którzy współpracowali z najsławniejszym dziś więźniem kolonii karnej w Czicie, każe zastanowić się i nad tym powodem.

 

Tymczasem 2 marca zbliża się wielkimi krokami, potrzebny jest spokój i zgoda. Żadnych przykrości, same uśmiechy. W przedwyborczej sytuacji władza nie zgłasza zapotrzebowania na wścibskich dziennikarzy, którzy grzebaliby w mechanizmach finansowania kampanii wyborczej. Wręcz przeciwnie – potrzeba entuzjastycznych chwalców, którzy pokażą reportaż z wizyty kandydata Miedwiediewa w domu dla osób starszych albo przemawiającego podczas wielkiego wiecu w Niżnym Nowogrodzie; Żyrinowskiego, który uczy się na budowie nakładania tynków; mistrza loży masońskiej Bogdanowa, który jedzie metrem na mecz piłkarski; Ziuganowa, który zachwala broszurki wyborcze. Budujące. Krzepiące.

A skoro już jesteśmy przy pokazywaniu kandydata Miedwiediewa w telewizji, to dwa dni temu telewidzowie mogli przeżyć wstrząs: Miedwiediew nie tylko się uśmiechał i ściskał wyciągnięte ręce wyborców, ale wypowiedział w luźnej, niewymuszonej rozmowie z dziennikarzami lokalnych mediów w Ufie kilka zdań na temat do tej pory konsekwentnie pomijany (Miedwiediew publicznie nie mówił o polityce zagranicznej i sferze bezpieczeństwa): zabrał głos w sprawie zbliżających się wyborów w USA, a właściwie w sposób aluzyjny zdradził swoje preferencje. „Jeśli chodzi o nową administrację, to jest to sprawa narodu amerykańskiego. Współpracowaliśmy i będziemy współpracować z każdą administracją, jaka zostanie wyłoniona w trakcie wyborów. Choć, oczywiście, o wiele prościej jest pracować z ludźmi, którzy mają nowoczesne poglądy, a nie z tymi, którzy mają w oczach odblaski przeszłości, a często poglądy na pograniczu marazmu”.

Kandydat republikanów, senator McCain, parafrazując wypowiedź prezydenta Busha sprzed kilku lat, powiedział niedawno: „Spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem tam trzy litery: KGB”. Odblask przeszłości. Niewątpliwie.

Ale też ludzie o nowoczesnych poglądach, kandydaci demokratów, niewiele odbiegają od tych, którzy mają „poglądy na pograniczu marazmu”, jak elegancko ujął to kandydat Miedwiediew. Pani Hillary Clinton niedawno też wypowiedziała się o swoich ewentualnych rosyjskich partnerach: „Putin jest z KGB. On nie może mieć duszy”. A Barack Obama podczas wczorajszych debat telewizyjnych nie mógł sobie przypomnieć nazwiska człowieka, który wspólnym porywem zgodnej i przewidywalnej tym razem rosyjskiej duszy zostanie wybrany 2 marca na prezydenta. „Medwe… Medwe… jakoś tak”.

Po raz kolejny potwierdza się żartobliwa teza Władimira Wojnowicza, że rosyjski przywódca (i przywódca w ogóle) powinien mieć krótkie nazwisko, najlepiej dwusylabowe, dłuższe w Rosji się nie sprawdzają. Lenin-Stalin-Chruszczow-Breżniew-Gorbaczow-Jelcyn-Putin. Z tego szeregu tylko Gorbaczow miał „za długie” nazwisko, od dawna nie ma dobrej prasy u rodaków, jest obarczany winą za rozpad ZSRR i wszystkie nieszczęścia, został zdetronizowany przez człowieka o dwusylabowym nazwisku.

Ale za to Miedwiediew wpisuje się dobrze w drugie żartobliwe „prawo wyborcze”: w Rosji rządzą na zmianę łysi i owłosieni. Przy łysym Putinie krótko ostrzyżone ostatnio kędziory Miedwiediewa mogą uchodzić za gęstą czuprynę.

Sondaż, bójka i grafologia

Moskiewskie Centrum Badań Socjologicznych WCIOM opublikowało ostatni sondaż przed wyborami prezydenckimi (2 marca). Przy urnie stawi się 70 proc. obywateli uprawnionych do głosowania. Na namaszczonego przez prezydenta kandydata, Dmitrija Miedwiediewa odda głosy 73 proc. Wszystko idzie zgodnie z planem. Zero zaskoczenia. W kremlowskiej sztafecie – jeżeli nic się nie zawali wewnątrz rządzącej korporacji – nastąpi wkrótce płynne przekazanie pałeczki.

Wobec braku emocji na własnym politycznym podwórku Rosjanie emocjonują się zawziętą walką o prawo startu w wyborach prezydenckich w USA. Są tacy, którzy nawet kibicują Obamie czy Hillary. Dla jednych przewidywalny wynik wyborów Dmitrija Miedwiediewa, jak drwiąco moskiewska ulica nazywa wybory prezydenckie w Rosji, jest dowodem wyższości rosyjskiego systemu politycznego (w którym po wierzchu wszystko wygląda gładko, a prawdziwa walka toczy się pod dywanem) nad amerykańskim (w którym debata toczy się publicznie). Dla drugich wykorzystywanie przez rosyjskie władze demokratycznego instrumentu do legitymizowania władzy uzurpatorów jest powodem do wstydu i załamania rąk, a amerykańskie potyczki polityczne – wzorcem niedościgłym.

Tymczasem nudę na rosyjskiej scenie politycznej jak może stara się rozwiać Władimir Żyrinowski (według sondażu WCIOM znajdzie się 10,9 proc. chętnych, by na niego zagłosować). Nie tylko prezentuje publiczności mocno rozchełstane koszule i niedbałe krawaty, ale ostatnio wziął się do swojego ulubionego sportu – rękoczynów. Podczas rejestracji debaty telewizyjnej z udziałem Żyrinowskiego i przedstawiciela Andrieja Bogdanowa (1,2 proc. poparcia) w studiu doszło do bójki. Żyrinowski miotał pod adresem adwersarza ciężkie wyrazy, potem kazał swoim ochroniarzom złapać go za ręce, a sam zabrał się do przemawiania pięściami. Scena mordobicia została w procesie montażu usunięta i telewidzowie zobaczyli tylko te grzeczne fragmenty debaty, w których przeciwnicy toczyli wyłącznie pojedynki słowne. Smaczna scenka politycznego boksu trafiła jednak szybko do internetu i stała się przedwyborczym tematem numer jeden.

Powagę próbuje zachować przewodniczący partii komunistycznej Giennadij Ziuganow (14-15 proc. poparcia), ale czerwony patos brzmi w jego wykonaniu co najwyżej różowo albo wręcz blado.

Miedwiediew nie widział powodu, by brać udział w debatach telewizyjnych. Wystąpił z programowym przemówieniem w Krasnojarsku, w którym wypowiedział piękne i zaskakujące zdanie: „Wolność znaczy więcej niż brak wolności”. Ponadto udzielił obszernego wywiadu tygodnikowi „Itogi”, w którym szeroko opowiedział o swojej rodzinie, rodzinnym Petersburgu, studiach, zamiłowaniu do muzyki Deep Purple, eksperymentach chemicznych z kolegą. Zaznaczył ponadto, że Rosja musi pozostać republiką prezydencką, gdyż jako republika parlamentarna zginie. Jednym słowem, dużo słów.

Więcej niż sam mówiący kandydat powiedzieli o nim grafolodzy, którzy przebadali próbkę pisma Miedwiediewa z okresu szkolnego (list do nauczycielki, który Dima podpisał łacińskimi literami) i obecną. Doszli do wniosku, że z zakompleksionego młodzieńca i pozera wyrósł na mądrego, upartego, samodzielnie myślącego i działającego człowieka, który wyzwolił się od zewnętrznych wpływów. Ciekawe, czy teraz wyrośnie na samodzielnego prezydenta.