Trzy dni dwugłowego Kondora

10 maja. Rosjanie lubią początek maja. Ten piękny miesiąc zaczyna się dniem wolnym z okazji Święta Pracy. Zaraz potem odbywa się wielkie świętowanie Dnia Zwycięstwa. Znowu dzień wolny. W czasach ZSRR był to nieoficjalny początek sezonu działkowców, którzy wyruszali gremialnie za miasto, aby skopać grządki. Tegoroczne „majskije prazdniki” zostały jeszcze dodatkowo umajone inauguracją starego/nowego prezydenta i nominacją starego/nowego premiera.

Zaprzysiężenie Putina odbywało się wedle po aptekarsku ułożonego na odpowiednich półeczkach scenariusza. Kamery telewizyjne precyzyjnie zaglądały w odpowiednie miejsca. Nie było tym razem filmowanego z rozmachem z lotu ptaka przejazdu prezydenckiej limuzyny przez Moskwę. Ta z 2012 r. została zapamiętana z tego powodu, że odbywała się ulicami kompletnie wyludnionego miasta – miasta, które kilka dni wcześniej pokazało podczas wielotysięcznych demonstracji ulicznych, że nie chce Putina na Kremlu. W tym roku schemat: demonstracja-inauguracja też się zresztą powtórzył (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/06/car-nahajki-i-demonstranci/).

Relacja z uroczystej przysięgi zaczęła się od sceny w roboczym gabinecie Putina na Kremlu: prezydent odbiera telefon z meldunkiem o gotowości do uroczystości. To sygnał, że już powinien się wreszcie oderwać od ukochanej roboty (miało to uświadomić społeczeństwu, jak to prezydent się w nieustannym trudzie zamęcza) i pójść do sali, gdzie czeka na niego pięć tysięcy gości. Prezydent wstaje, wychodzi na korytarz, idzie, idzie, długi ten korytarz, długi, idzie, przygląda się wiszącym na ścianie obrazom, idzie, idzie, pociera dłonie, idzie, wychodzi na klatkę schodową, schodzi po schodach wyłożonych czerwonym dywanem, wychodzi na podworzec. A tam (werbelek) stoi limuzyna jak ze snu: ogromna, opancerzona, połyskliwa jak muszla perłopława. To nowy samochód prezydenta, rosyjska produkcja, co z dumą podkreśla komentator państwowej telewizji. Limuzyna jedzie, jedzie, podwozi Putina pod Wieki Pałac Kremlowski. Prezydent wchodzi do pałacu, po wyłożonych czerwonym dywanem schodach wchodzi, wchodzi, wchodzi. Wreszcie gdy słychać kuranty kremlowskiego zegara, drzwi paradnej sali się otwierają i Putin wchodzi pomiędzy szpaler klaszczących (klaszcze tylko pierwszy rząd, drugi i kolejne filmują pasaż prezydenta telefonami komórkowymi). Idzie, idzie, idzie, kiwa głową pozdrawiającym go gościom. Mija jedną salę, drugą, z góry kapie nań złoto wystroju, z boku ściekają nań galony wazeliny. Dociera do Sali Andriejewskiej. Tu rozwleczony długi makaron lekko się zwija: prezydent sprawnie składa przysięgę, potem krótko przemawia (zrobi wszystko, by Rosja była wielka, a ludziom żyło się lepiej). Gdy schodzi z podwyższenia, ma chwilę na przyjęcie gratulacji: wpierw ściska dłoń patriarchy Cyryla. A potem – o, to sensacja! – przyjmuje gratulacje od Gerhardta Schroedera, byłego kanclerza Niemiec, który od lat wiernie mu służy jako menedżer i lobbysta gazowych interesów Rosji. Dopiero jako trzeciego Putin dostrzega Dmitrija Miedwiediewa. Kiedyś kremlinolodzy ustalali hierarchię ważności wśród kacyków z KC na podstawie ich ustawienia na trybunie mauzoleum Lenina podczas państwowych uroczystości. Dziś obserwatorzy gubią się w domysłach, co mogło znaczyć takie wyróżnienie byłego niemieckiego kanclerza (nie było innych zagranicznych gości). Tym bardziej że tuż za jego plecami stał Matthias Warnig, dawny druh Putina z Drezna, dziś pełniący ważne funkcje w Nord Stream, Warnig wysunął się nawet przed stojących za nim szefów służb specjalnych. To ciekawy zabieg PR.

Na tym nie koniec atrakcji inauguracji. Po zaliczeniu programu obowiązkowego we wnętrzu pałacu Putin (znowu telewidzowie mogli towarzyszyć mu w długim przejściu korytarzami) i przyjęciu defilady pułku kremlowskiego w niewymuszony i spontaniczny sposób postanowił pobratać się ze spontanicznym ludem, który stał na dziedzińcu. Najwięcej uwagi Putin poświęcił zgromadzonej spontanicznie młodzieży, z którą zamienił spontanicznie kilka słów. To miał być czytelny sygnał: o, taką młodzież to my lubimy, a taką, która protestuje na ulicach, uważamy za warchołów.

Nowym elementem inauguracji było błogosławieństwo patriarchy Cyryla (wcześniej patriarcha odprawiał jedynie nabożeństwo w intencji głowy państwa; co ciekawe, sześć lat temu Putin przyszedł na nabożeństwo z małżonką Ludmiłą, a wkrótce potem, najwidoczniej z tej świętości, z żoną się rozwiódł). Putin przybył do jednej z kremlowskich cerkwi, gdzie Cyryl w obecności wyższych hierarchów Patriarchatu Moskiewskiego pobłogosławił prezydenta ikoną.

Rosjanie przywiązują dużą wagę do symboli i znaków. Za złą wróżbę na rozpoczynającą się kadencję uznano to, że rozwijany na kopule pałacu kremlowskiego prezydencki sztandar nie dał się wciągnąć na maszt – podjechał troszeczkę i ani Boże mój, zaciął się i tak już pozostał w łopocie w połowie masztu.

Następnego dnia po inauguracji Putin przybył do Dumy Państwowej, aby namówić deputowanych do zagłosowania na zgłoszonego przezeń kandydata na premiera. Przywiózł ze sobą Dmitrija Miedwiediewa. Stary, sprawdzony układ. Słaby polityk, w pełni uzależniony od gospodarza Kremla, posłuszny gabinet, to nic, że nie bardzo sobie radzi. Za to prezydent może bez wysiłku zawsze wskazać winnego niedociągnięć. Jeden z komentatorów napisał: „Jakoś nie mogę sobie przypomnieć osiągnięć rządu Miedwiediewa. Bardziej impotentnego gabinetu nie było nawet za czasów późnego Breżniewa. I właśnie dlatego Putin go pozostawił”.

Posiedzenie Dumy przypominało przedstawienie teatrzyku kukiełkowego. Zresztą sami aktorzy do tego, co mają odegrać, najwyraźniej mają stosunek co najmniej zdystansowany. Oczywiście deputowani klepnęli kandydata na premiera, przy wstrzymującej się teatralnie frakcji komunistów. Pewne zmiany kadrowe jednak będą. W fotelach wicepremierów zasiądzie dziewięć osób – większość z nich już zajmowała eksponowane stanowiska. Zmiana polega na tym, że kolega, który zajmował się, powiedzmy, polityką regionalną, zajmie się, powiedzmy, przemysłem i energetyką, a koleżanka od polityki społecznej przejdzie na odpowiedzialny odcinek sportu. Sami swoi. Największe poruszenie wywołała propozycja obsadzenia stanowiska wicepremiera ds. budownictwa przez Witalija Mutkę. Tak, dobrze Państwo kojarzycie, to ten minister sportu, który sprowadził rosyjski sport na manowce, topiąc w dopingu. Nic to, na pewno się sprawdzi w budownictwie. Niech tam sobie stoi w zieleni. Rada rejsu płynie dalej starą sprawdzoną łajbą i starym kursem.

Kolejnym pracowitym dniem Putina był Dzień Zwycięstwa. Przez wiele dni wierne media planowo rozkręcały „pobiedobiesje”, jak styl obchodzenia rocznicy zakończenia wojny nazywają krytycy Putina. Była wielka defilada, był marsz „Nieśmiertelny pułk”. Z zagranicznych gości przyjechali do Putina tylko premier Izraela i prezydent Serbii. Na ulice wylegli różnej przebierańcy (w tym ludzie udający weteranów frontowych, choć urodzili się już po wojnie). Media społecznościowe wyławiały dziesiątki kuriozalnych pomysłów uczczenia rocznicy zwycięstwa (np. defilada wózeczków dziecięcych https://twitter.com/TransparantNews/status/994133268432936960).

W przemówieniu na placu Czerwonym Putin przedstawił rosyjską wizję historii, w myśl której Rosja (ZSRR) samotnie i samodzielnie pokonała hitlerowskie Niemcy. Zaznaczył, że Moskwa nigdy nie zgodzi się z inną interpretacją historii i będzie walczyć z przejawami jej „wypaczania”. To nic nowego. Nowe nie jest też propagowanie w świecie „Nieśmiertelnych pułków”, choć ich zakres geograficzny się poszerza.

Rosyjski dziennikarz i bloger, od lat mieszkający we Włoszech, Andriej Malgin napisał w komentarzu: „Putin określił ramy, poza którymi zaczyna się owo „wypaczanie historii”. Mówić, że Europę (a i sam ZSRR) ratowały z łap faszystów państwa koalicji antyhitlerowskiej – nie wolno. Mówić, że sowieccy wyzwoliciele wtrącili zajętą przez nich część Europy w komunistyczne niewolnictwo – nie wolno. A już tym bardziej nie wolno mówić o współpracy Związku Sowieckiego z nazistami w pierwszych dwóch latach wojny. Nikt ofiary sowieckich żołnierzy nie podważa. Tylko czemu organizujecie te „nieśmiertelne pułki” choćby we Włoszech? Włochy zostały wyzwolone przez Amerykanów. Nie widzę tu dziś zmilitaryzowanego karnawału pod hasłem „Możemy powtórzyć”. I jeszcze jedno: Czyżby Rosja nie napadła cztery lata temu na europejskie państwo i nie okupuje części jego terytorium?”.

Takich komentarzy oczywiście w oficjalnej przestrzeni medialnej w Rosji nie uświadczysz. Dla wielu, bardzo wielu Rosjan, 9 maja – jak i inne rocznice związane z wojną – to autentyczne przeżycie bólu i udręki, poczucie straty. Przecież tylu ludzi zginęło. Putinowska machina propagandowa, okręcona wstęgą św. Jerzego, czyni jednak z tego święta jarmark. Jarmark własnej politycznej próżności.

I robi się jeszcze smutniej.

Car, nahajki i demonstranci

6 maja. O jutrzejszej inauguracji kolejnej kadencji prezydenckiej Władimira Putina nieoficjalnie mówi się „koronacja”. Dobrze poinformowane moskiewskie wróble ćwierkają, że krąg współpracowników od dawna poza oczy nazywa Władimira Władimirowicza carem. Marcowe wybory/niewybory dały Putinowi legitymację władzy na sześć lat. I nie wiadomo, czy na tym się skończy. Logika systemu stworzonego przez Putina i jego ekipę podpowiada, że taka władza, jaką dysponuje Putin, musi być dozgonna. Jej utrata niesie dla cara ogromne ryzyko. Żadne gwarancje bezpieczeństwa nie są wystarczające, aby car mógł takie ryzyko podjąć i władzę przekazać. Autorytarne postradzieckie systemy mają problem sukcesji władzy nie od dziś. To temat na oddzielną rozprawę, tymczasem wróćmy do oglądu bieżącej sytuacji w Moskwie. Inauguracja/koronacja powinna być wydarzeniem pięknym, budującym. Władca ma wstąpić na tron przy ogólnym aplauzie miłującego ludu.

Demonstracje zwołane przez Aleksieja Nawalnego w całym kraju na 5 maja ten sielankowy obrazek zakłócają. Może dlatego – choć ich zasięg był duży, a przebieg dynamiczny – protesty nie zostały dostrzeżone przez ogólnokrajowe telewizje. Do milionów Rosjan, którzy nie korzystają z Internetu i mediów społecznościowych, a wiedzę o kraju i świecie czerpią jedynie z telewizji, przekaz o wczorajszych wydarzeniach na ulicach 27 rosyjskich miast nie dotarł. Obsługa Kremla zadbała o to, aby budowana pracowicie od tygodni oprawa propagandowa doniosłego wydarzenia nie została zniweczona przez „grupki nieodpowiedzialnych wyrostków”.

Nawalny, zepchnięty ze sceny politycznej przy okazji wyborów/nie wyborów (nie został dopuszczony do startu), wymyślił akcję w przeddzień inauguracji Putina pod hasłem: „On nie jest dla nas carem”. Wezwał swoich zwolenników do wyjścia na ulice. Okazało się po raz kolejny, że jest ich sporo. Choć z drugiej strony obserwatorzy zauważają, że liczebność tej grupy nie rośnie.

Światowe media obiegły liczne zdjęcia z demonstracji, na których młodych i bardzo młodych ludzi w brutalny sposób zatrzymuje policja – wlecze, wykręca ręce, bije, wrzuca do policyjnych suk. Zwracały uwagę szczególnie przypadki zatrzymania nastolatków (fotoreportaż zamieściła na swojej stronie opozycyjna „Nowaja Gazieta” – https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/05/05/76379-bertsy-dubinki-nagayki). Tak, to właśnie „nawalniata” – pokolenie, urodzone już w putinowskiej Rosji, młodzież, która chciałaby odmienić oblicze kraju, szuka na to sposobu, a Nawalny – jedyny opozycyjny polityk – alternatywę proponuje. Uczestnicy protestów organizowanych przez Nawalnego są coraz młodsi. Na to warto zwrócić uwagę. Ale może ciekawsze niż skład protestującego tłumu był skład tych, którzy ten tłum tłukli i rozganiali (łącznie zatrzymano prawie 1600 osób).

Naprzeciw demonstrantów stanęły bowiem nie tylko oddziały „kosmonautów”, jak potocznie nazywa się policję i OMON (jednostki specjalne), ale także „kozacy Putina” (polecam w tym kontekście świetne opracowanie Jolanty Darczewskiej: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/punkt-widzenia/2017-12-18/kozacy-putina-folklor-biznes-czy-polityka), którzy atakowali demonstrantów nahajkami. Wedle niektórych źródeł, w związku z protestami postawiono w stan gotowości również snajperów Rosgwardii. Nie wkroczyli do akcji na szczęście.

Jak dziś donosi portal „Grani.ru”, „kozacy, którzy napadli wczoraj na uczestników antyputinowskiej akcji w Moskwie, byli szkoleni w tłumieniu demonstracji za pieniądze stołecznych władz”. Władze Moskwy na ten cel przeznaczyły ponad 15 mln rubli. Szkolenia odbywały się pod miastem w ośrodku w Kuzieniewie. „Atamanem” tych rzekomych kozaków jest Iwan Mironow, emerytowany generał Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

Interwencja „kozaków Putina” wywołała falę internetowych komentarzy. Politolog Aleksiej Makarkin napisał: „Jeśli państwo rzuca przeciw protestującym nie tylko omonowców z pałami, ale kozaków z nahajkami, to pokazuje nie spokojną siłę, a słabość. Państwo, które ma poczucie swej wartości i pewność siebie, nie boi się kilku tysięcy ludzi wychodzących w dzień wolny od pracy na ulice, aby wyrazić swoje stanowisko”. Jeśli państwo wydaje licencję na użycie przemocy „tituszkom”, to oznacza, że samo traci monopol na stosowanie siły. Niebezpiecznie grząsko może się zrobić.

Przed poprzednią inauguracją Putina w 2012 roku w Moskwie odbyły się protesty na placu Błotnym, w których wzięło udział wiele tysięcy ludzi. Przez kilka lat potem Putin rozliczał się z tymi niezadowolonymi – powsadzał ludzi do więzień za udział w protestach, za sprowokowaną szarpaninę z policjantami itd. Procesy „błotnych” demonstrantów miały być odstraszającym przykładem dla tych, którzy zechcieliby iść w ich ślady i protestować przeciw majestatowi Putina. Czy tym razem Putin też będzie się mścił za niemiłość?

Wiosna trwa w Erywaniu

28 kwietnia. Armenia przeżywa swoją wiosnę. Protesty nie ustają, mimo że władza ustąpiła pod naporem demonstrantów, premier Serż Sarkisjan podał się do dymisji, zaczęły się rozmowy polityków i przymiarki do ułożenia po nowemu życia w kraju.

Kreml przespał początek ormiańskich protestów. Rosyjscy politycy najwidoczniej byli pewni, że cokolwiek się stanie, Armenia i tak pozostanie niewzruszenie w orbicie Moskwy. Po co więc zwracać uwagę na to, co się dzieje w Erywaniu, po co obserwować zmiany nastrojów społecznych. Przez pierwsze dni protestów rosyjskie władze komentowały wydarzenia na placu Republiki i przetasowania w ormiańskiej wierchuszce skąpo, lapidarnie, podkreślając, że to wszystko wewnętrzna sprawa Armenii.

Ale coś musiało zaniepokoić Moskwę, bo po dymisji Sarkisjana, gdy protesty nie wygasły, nastąpił pewien ruch w interesie. Przede wszystkim warto odnotować, że 26 kwietnia prezydent Władimir Putin przeprowadził rozmowę telefoniczną z pełniącym obowiązki premiera Karenem Karapetianem, podkreślił, że kryzys należy rozwiązać wyłącznie metodami zgodnymi z prawem. Karapetian przez wiele lat pracował w firmach związanych z Gazpromem, ma dobre wejścia w Moskwie. Ta rozmowa z Putinem była ważnym sygnałem, że Rosja akceptuje jego kandydaturę. Ha, ale czy zaakceptuje takie rozwiązanie społeczeństwo Armenii? Na 1 maja wyznaczono w parlamencie głosowanie – parlament ma wybrać premiera. Dziś rządząca dotychczas Partia Republikańska oznajmiła, że nie wystawi swojego kandydata. Jak widać, wydarzenia galopują.

Tymczasem lider protestów, charyzmatyczny Nikol Paszynian jeździ po kraju, zwołuje wiece, na które przychodzi mnóstwo ludzi. To on chce zostać premierem, to jego na tym stanowisku chce widzieć ulica. Paszynian też w swoich wystąpieniach podkreśla wężykiem, że chce dobrych stosunków z Rosją. O tym też mówili podczas wizyt w Moskwie ormiańscy politycy – wicepremier i minister spraw zagranicznych, do Erywania zawitała natomiast delegacja rosyjskich parlamentarzystów.

Eksperci zastanawiają się, czy Moskwa w razie niekorzystnych dla siebie ruchów w Armenii zdecyduje się na interwencję. Inesa Mchitarian: „Kiedy Paszynian na konferencji prasowej mówi o prawach człowieka i wolności słowa, to jest w kontrze do kursu Kremla. Paszynian nie jest wygodnym kandydatem dla Rosji. Jeśli wszystko zakończy się „aksamitnie”, to będzie to przykład dla rosyjskiego społeczeństwa, jak można i należy rozliczać skorumpowaną władzę. […] Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby osiągnięcie porozumienia. Moskwa powinna dogadać się z człowiekiem, którego wybierze naród. Ale jeśli z pomocą Moskwy premierem zostanie człowiek, który nie jest popularny, to antyrosyjskie nastroje mogą wzrosnąć”. Ciekawie uzupełnia komentarz do sytuacji w Armenii Oleg Panfiłow (w przeszłości szef moskiewskiego Centrum Ekstremalnego Dziennikarstwa, od lat mieszkający w Gruzji): Armenia próbuje powiedzieć, że jest krajem, który ma perspektywy, a nie tylko takim, który wypełnia polecenia Kremla. Rosja próbuje w ostatnich dniach urabiać ormiańskich polityków na swoją modłę. „Ale z jednym czynnikiem aksamitnej rewolucji w Erywaniu Moskwa nic nie może zrobić – ze społeczeństwem, czyli Ormianami, których uważa za bratni naród i o którym przywykła myśleć, że zawsze będzie cierpliwie znosić wszystko, nawet wszystkich oligarchów i skorumpowanych polityków, wspieranych przez Moskwę”.

Wiele zależy teraz od tego, jaki będzie wynik głosowania w ormiańskim parlamencie i dalszy rozwój sytuacji (możliwe rozpisanie przedterminowych wyborów). Na jutro Paszynian wezwał zwolenników na wielki wiec na placu Republiki w Erywaniu.

Kreml patrzy na ormiański aksamit

23 kwietnia. Przez jedenaście dni w Erywaniu i innych miastach Armenii trwały wielotysięczne protesty. Ludzie zbuntowali się przeciwko przedłużeniu władzy Serża Sarkisjana, który przez ostatnie dziesięć lat był prezydentem, a teraz – po reformie, przyznającej duże kompetencje premierowi – zamierzał zostać szefem rządu i nadal rządzić, rządzić, rządzić. Na czele demonstracji stanął Nikol Paszynian (Pashinian) z jedynej proeuropejskiej partii Wyjście, zasiadającej w parlamencie. Wczoraj nastąpiło przesilenie. Sarkisjan spotkał się na Paszynianem, ale z rozmów nic nie wyszło. Paszynian został zatrzymany. Na ulice Erywania wyszły jeszcze większe tłumy. Demonstranci domagali się odejścia Sarkisjana i wypuszczenia Paszyniana. Dziś pod naciskiem ulicy Sarkisjan złożył dymisję. „Nie miałem racji” – powiedział na odchodnym.

Armenia znajduje się w orbicie wpływów Moskwy. Przynależy do wszelakich promowanych przez Rosję formatów integracyjnych na obszarze WNP. Jest gospodarczo i politycznie uzależniona od Kremla. Znajduje się w stanie wojny z sąsiednim Azerbejdżanem o Karabach. Drugim nieprzyjaznym państwem w sąsiedztwie jest Turcja (akurat za dwa dni przypada rocznica ludobójstwa Ormian w Cesarstwie Osmańskim). Opiekuńcze skrzydła Moskwy mają zapewnić spokój i bezpieczeństwo. W Giumri znajduje się rosyjska baza wojskowa.

Prowadzone żmudnie przez długi czas negocjacje z Unią Europejską o przyszłej ewentualnej integracji zostały przez Rosję sprawnie wykolejone i Armenia jak gruszka do fartuszka spadła w objęcia Putina, została włączona do Unii Celnej, pożegnawszy się z europejskim snem. Sarkisjan jako prezydent dawał twarz temu zwrotowi. I dawał Moskwie gwarancje, że Armenia pozostanie wiernym sojusznikiem Rosji.

Oficjalna reakcja Rosji na wydarzenia w Armenii była więcej niż zrównoważona. Sekretarz prasowy prezydenta oświadczył, że Moskwa nie miesza się w wewnętrzne sprawy Armenii i ma nadzieję, że pomiędzy oboma państwami zachowane zostaną dobre stosunki. Rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa napisała w sieciach społecznościowych: „Armenio! Rosja jest zawsze z tobą”. Rosyjska telewizja nadała dziś w głównym wydaniu programu informacyjnego wyważony, zobiektywizowany, pozbawiony komentarza reportaż z Erywania; pokazano cieszących się ludzi, którzy tańczą na ulicach.

Za to komentarze pojawiły się w mediach społecznościowych – które zresztą wiele uwagi (w przeciwieństwie do telewizji) poświęcały wydarzeniom w Erywaniu już w uprzednich dniach. Opozycyjni komentatorzy z entuzjazmem powitali porażkę Sarkisjana. „Sarkisjan był prezydentem od 2008 roku i zamierzał pozostać u steru władzy przez co najmniej pięć kolejnych lat. I nagle – co za pech. Znowu Majdan!” – napisał w blogu politolog Aleksiej Roszczin. I dalej: „Nie wiadomo, jak przewrót w Erywaniu może podważyć pozycję Rosji. No bo gdzie ta biedna Armenia, wtłoczona między Turcję i Azerbejdżan, granicząca z niezbyt jej sprzyjającą Gruzją, gdzież ona się podzieje? Najwidoczniej rosyjska elita polityczna święcie uwierzyła, że nigdzie się nie podzieje, że jest skazana na uzależnienie od Moskwy. Cóż, swego czasu o Ukrainie też tak samo mówiono… Kreml na razie robi dobrą minę do złej gry i demonstruje, że w Erywaniu nie dzieje się nic ważnego, że to wewnętrzna sprawa Ormian. Ale co, jeśli się okaże, że pod rządami Putina Rosja straciła wpływy nie tylko w Gruzji, ale także w Armenii? Trzeba będzie reagować. Jak? Czyżby znowu rosyjska propaganda zamierza wyjaśniać wydarzenia w Erywaniu działaniem osławionej pomarańczowej technologii Waszyngtonu? Rezultatem tępej polityki Putina jest to, że Rosja jest pokłócona z całym światem i nawet na obszarze postradzieckim traci wpływy”.

Może to nieco na wyrost powiedziane. Na razie wiele zapowiada, że sytuacja się uspokoi, w ciągu tygodnia zostanie wybrany nowy, najprawdopodobniej tymczasowy premier. Być może konieczne będzie rozpisanie nowych wyborów parlamentarnych. Być może na czele rządu stanie Karen Karapetian, dotychczasowy premier. Karapetian ma przedeptane „wejścia” na Kreml. Był przez lata menedżerem Gazpromu, nie jest antyrosyjski.

Niezależnie od tego, co już się wydarzyło w Armenii (doszło do zmiany na szczytach władzy pod wpływem pokojowych demonstracji) i co jeszcze się wydarzy, na rosyjskim rynku teraz powstała przestrzeń do roztrząsania, czy kryterium uliczne ma szanse na analogiczny sukces w Moskwie. Aleksiej Nawalny napisał na Twitterze: „Komentarz do wydarzeń w Armenii jest oczywisty – najlepszy sposób na polityków, którzy chcą dożywotnio zajmować swoje stanowiska, to wyjście na ulice. Trochę odwagi i uporu – i od razu wszystko znajduje się na właściwym miejscu. Gratuluję obywatelom Armenii tego, że dopięli swego”.

Opowieści zza starej szafy

15 kwietnia. W „Opowieściach z Narnii” wymyślone przez C.S. Lewisa rodzeństwo Pevensie odkrywa, że przez starą szafę można przejść do równoległego świata – świata magicznego, rządzącego się innymi prawami. Doświadczenia wyniesione w dzieciństwie z tej lektury mogą się przydać w analizie wojny informacyjnej, jaką toczą Rosja i świat zachodni.

W magicznym świecie rosyjskiej narracji istnieje państwo Asada, legalne, rządzone przez ekipę, która swego czasu skutecznie oparła się wzbudzonej przez USA arabskiej wiośnie. Asad poprosił Rosję o wsparcie, a Rosja mu tego wsparcia zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego udzieliła i udziela nadal. Kilka lat temu Rosja gwarantowała, że Asad zniszczy zapasy broni chemicznej, której używał do powstrzymywania swoich wewnętrznych przeciwników. Teraz Moskwa twierdzi, że zobowiązania tego dotrzymała. Powtarzające się oskarżenia Zachodu, że permanentnie reżim Asada nadal używa gazów bojowych do zwalczania adwersarzy, Rosja odrzuca. Ostatnie wydarzenia w Dumie we Wschodniej Gucie rosyjska wróżka medialna opisuje jako „inscenizację ataku chemicznego, którego nie było”. W relacjach rosyjskiej telewizji powtarza się teza, że np. filmy ze szpitala w Dumie, pokazujące, jak udzielana jest pomoc ofiarom ataku chemicznego, zostały nakręcone na zlecenie Zachodu przez obecne na miejscu organizacje pomocowe. A to po to, by skompromitować Asada. Samego ataku nie było i być nie mogło, bo przecież Rosja dopilnowała zgodne z wziętymi na siebie zobowiązaniami międzynarodowymi, aby Asad broni chemicznej nie miał. Więc skoro nie ma, to nie mógł jej użyć. Jasne jak słońce, nieprawdaż?

Opowieść drugiej strony opiera się na przekonaniu, że Asad nie tylko nie zniszczył zasobów broni chemicznej, ale nadal ją produkuje i używa. Jak ostatnio w Dumie (drobiazgowe rozpoznanie przeprowadziła m.in. grupa Bellingcat: https://www.bellingcat.com/news/mena/2018/04/11/open-source-survey-alleged-chemical-attacks-douma-7th-april-2018/, https://ru.bellingcat.com/novosti/mena/2018/04/12/doumachlorine/ ; która dodatkowo monitoruje udział Rosji w akcjach sił Asada, np. https://ru.bellingcat.com/novosti/russia/2018/04/12/new-indications-russian-ghouta/). Zachodnie rządy mają do dyspozycji raporty wywiadu, które potwierdziły użycie broni chemicznej przez siły wierne Asadowi.

Prezydent USA ogłosił w miniony piątek, że zadaniem zachodniego świata jest powstrzymanie reżimu Asada od zbrodni z użyciem broni masowego rażenia i zaordynował uderzenie na obiekty, związane z programem produkcji broni chemicznej przez reżim. Aby już nigdy nie doszło do mordowania ludności cywilnej. W uderzeniu na cele w Syrii wzięły udział obok Stanów Zjednoczonych także Wielka Brytania i Francja.

I tu zaczyna się kolejna opowieść o dwóch równoległych światach. Według zachodniej strony szafy uderzenia były precyzyjne, rakiety – piękne i mądre, jak zapowiedział w barokowych tweetach prezydent Trump – sięgnęły celu, chemiczna infrastruktura Asada została zniszczona na tyle, że przez lata nie pozwoli mu to truć swoich obywateli. Nikt nie zginął. Rosja została uprzedzona o ataku, żaden z rosyjskich wojskowych nie ucierpiał (tu też mamy do czynienia z równoległą rzeczywistością, bo przecież Putin w ramach swojej kampanii wyborczej ogłosił już wycofanie rosyjskich wojsk i zwycięstwo w Syrii, a teraz okazuje się, że samych rosyjskich doradców wojskowych jest w Syrii kilka tysięcy; „jesteśmy wszędzie, w każdej bazie” – wyznał w telewizyjnym talko show ekspert ds. wojskowości).

Według rosyjskiej strony czarodziejskiej szafy – syryjskie siły obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej odparły atak, przechwyciły 70 ze 105 rakiet. Z kolei Pentagon poinformował, że syryjskie siły obrony, które wystrzeliły czterdzieści (jeszcze sowieckiej produkcji) rakiet ziemia-powietrze, nie były w stanie zestrzelić nic. Rakiety, owszem, wystrzelono, ale już post factum i latały one bez ładu i składu, nie celując.

Czyli tutaj też rywalizują dwie narracje o skuteczności/nieskuteczności broni, jakiej używają obie strony. Karykaturzyści ścigają się o laur największego prześmiewcy, ilustrując działania rosyjskich wojskowych w Syrii pięknymi rysunkami łuczników, napinających strzałę na cięciwie.

Zareagowały też szczyty władzy. Putin opublikował na stronie internetowej Kremla oświadczenie: USA i sojusznicy naruszyli międzynarodowe prawo, atakując cele w Syrii. Jako że działali bez sankcji ONZ. Prezydent Putin i jego drużyna wydają się zaskoczeni tym, jak prowadzi politykę prezydent Trump. Kreml najwyraźniej nie wypracował sposobu reagowania na szybkie zwroty, jakie stosuje ostatnio amerykański prezydent. Dotychczas Putin miał monopol na zachowania łobuzerskie, nieprzewidywalność, dezynwolturę. To była wypróbowana metoda w dialogu z obliczalnymi i przewidywalnymi prezydentami USA. Ale teraz nastała nowa era – nieprzewidywalny Putin ma naprzeciw siebie nieprzewidywalnego Trumpa. I nie radzi sobie z nim.

Tymczasem brytyjska prasa anonsuje, że w ramach „rozliczeń za Syrię” Kreml szykuje do boju swoich… hakerów. Brytyjski rząd spodziewa się ataku na członków brytyjskiego rządu w postaci ujawnienia przez Rosję jakichś materiałów kompromitujących, a także zaatakowania brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Premier Theresa May zapowiedziała ze swej strony, że w ramach „rozliczeń za Skripala”, a i Syrię przy okazji, rząd Wielkiej Brytanii zamierza przeprowadzić akcję przeciwko rosyjskim oligarchom. Jak widać, rozgrywka toczy się na kilku płaszczyznach, w każdej z nich bitwa narracji jest ważną bronią.

Ale taryfa ulgowa dla kremlowskich opowieści z Narnii, jak widać, jednak definitywnie się skończyła.

Krewni i znajomi Putina na czarnej liście

6 kwietnia. Na stronie internetowej Departamentu Finansów USA opublikowano dziś listę kolejnych sankcji wobec rosyjskich przedsiębiorców, urzędników i firm. Osoby objęte sankcjami nie będą mogły przebywać na terytorium USA, ich aktywa w USA zostaną zamrożone, ich konta bankowe zablokowane. Sankcje przewidują też, że obywatele USA nie będą mogli zawierać z wymienionymi w dokumencie podmiotami żadnych umów. W oficjalnym sformułowaniu wyjaśniającym powody wprowadzenia sankcji wskazano: to za to, że Rosja prowadzi na całym świecie działania destrukcyjne, destabilizujące i zagrażające demokracji, okupuje Krym, prowokuje działania zbrojne na wschodzie Ukrainy, wyposaża Asada w Syrii w środki walki, z których ten korzysta do zabijania własnych obywateli itd.

Na liście znalazły się nazwiska osób zaliczonych w „raporcie kremlowskim” (opracowanym w amerykańskiej administracji) do najbliższego otoczenia prezydenta Putina. Na listę zostały wpisane nazwiska m.in.: szefa Gazpromu Aleksieja Millera, sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, miliarderów Olega Deripaski, Wiktora Wekselberga i Igora Rotenberga (cała lista do wglądu np. tu: https://echo.msk.ru/blog/echomsk/2179548-echo/). Wśród objętych sankcjami zwraca uwagę nazwisko Kiriłł Szamałow. To mąż (lub były mąż) Kateriny Tichonowej, uważanej za córkę Putina. Departament Finansów USA w komentarzach do opublikowanej listy nazwał Tichonową wprost córką prezydenta. Ślub Tichonowej z Szamałowem miał się odbyć w 2013 r., od tej chwili majętności Szamałowa w cudowny sposób zaczęły rosnąć jak na drożdżach, Szamałow mógł nabywać różne ciekawe aktywa, dostępne tylko dla najwyższego kręgu wtajemniczonych putinistów, niebawem stał się miliarderem z pięknymi widokami na przyszłość. Te widoki trochę się rozmyły, gdyż – jak wieść gminna niesie – Szamałow już zdążył się rozwieść z osobą, którą Departament Finansów USA wprost nazywa córką Putina. I jak to w rosyjskich bajkach bywa, zaraz po domniemanym rozwodzie Szamałow stracił zdolność do zarządzania powierzonymi akcjami, co media uznały za potwierdzenie jego nowego statusu. Ale były też komentarze, że Szamałow spodziewając się sankcji, rozwiódł się z Tichonową jedynie taktycznie (fikcyjnie), aby uratować aktywa.

W pierwszych godzinach po wprowadzeniu sankcji najwięcej mówiono jednak nie o Szamałowie, a o Olegu Deripasce, potentacie aluminiowym, człowieku, który miał jakieś nie do końca wyjaśnione powiązania z lobbystą Paulem Manafortem, a przez to interesował amerykańskie czynniki badające wpływ Rosji na ostatnie wybory prezydenckie w USA (o zabiegach Deripaski pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/, a potem także o aferze o silnym zabarwieniu erotycznym i udziale Deripaski w ustanowieniu kanału komunikacyjnego pomiędzy osobami ze sztabu Trumpa a Moskwą http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/). Zaraz po ogłoszeniu sankcji akcje firm Deripaski poszły ostro w dół, wyliczono, że stracił nawet miliard dolarów. Nieźle.

Przebywający na emigracji krytyk Kremla, politolog Andriej Piontkowski uznał sankcje za „krok w odpowiednim kierunku”: „Te sankcje to maleńki kroczek. Poważny cios przygotowywany był na 29 stycznia (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/02/02/stress-test-putinowskiej-piramidy/), ale po tajemniczej wizycie szefów trzech rosyjskich służb specjalnych setki stronic zawierających informację o praniu pieniędzy przez putinowską elitę zostały umieszczone w utajnionej części „raportu kremlowskiego”. Była to, mam nadzieję, już ostatnia, usługa, jaką Trump wyświadczył Putinowi. Trudno powiedzieć, czy dzisiejsze sankcje będą bolesne dla otoczenia Putina. W Ameryce znajduje się blisko bilion prywatnych rosyjskich aktywów. Kiedy zaczną je zamrażać, to może być poważne. A dzisiejsze sankcje to zaledwie rozgrzewka. Trumpowi nadal udaje się powstrzymywać i łagodzić cios w Putina i jego otoczenie”.

Faktycznie wydaje się, że to jedynie etap, a nie końcowy akord niespokojnej symfonii. Według prasowych enuncjacji amerykańscy kongresmani szykują dodatkowe sankcje w związku z atakiem chemicznym w Salisbury. Jak widać, wysyłanie paczkami dyplomatów nie wyczerpało wzajemnych uprzejmości w związku ze sprawą Skripala.

Rosyjski MSZ zamieścił na stronie internetowej komentarz w związku z wprowadzeniem nowych amerykańskich sankcji wobec rosyjskich urzędników, biznesmenów i przedsiębiorstw: „Ma się rozumieć, nie pozostawimy żadnego antyrosyjskiego posunięcia bez twardej zdecydowanej odpowiedzi”. MSZ radzi też Waszyngtonowi, aby porzucił iluzje, że z Rosją można rozmawiać językiem sankcji, bo Rosja z obranego kursu nie zrezygnuje.

Tymczasem sekretarz prasowa Białego Domu zapewniła, że Donald Trump nadal podtrzymuje zgłoszony kilka dni temu zamiar osobistego spotkania z Władimirem Putinem.

Trująca symetria dyplomacji

30 marca. Na naszych oczach rozgrywa się kolejny akt wojny dyplomatycznej i informacyjnej pomiędzy Zachodem i Rosją. Wielka Brytania w związku z dokonanym w Salisbury atakiem chemicznym na podwójnego szpiega Siergieja Skripala i jego córkę, o który podejrzewa Rosję, wydaliła 23 rosyjskich dyplomatów. Rosja odpowiedziała symetrycznie – wydaliła taką samą liczbę brytyjskich dyplomatów z Rosji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/17/zatruta-walizka-i-paczka-dyplomatow/).

Relacje na linii Moskwa-Londyn uległy ochłodzeniu, jakiego termometry dyplomatyczne nie mierzyły od czasów zimnej wojny i słynnych wzajemnych wysyłek dyplomatów. Temperatura spadła nie tylko pomiędzy Rosją i Wielką Brytanią. Brytyjscy politycy przedstawili ustalenia śledczych badających sprawę Skripala sojusznikom: „Nie ma najmniejszych wątpliwości – ataku dokonała Rosja, mamy na to kwity, wesprzyjcie nas”. Sojusznicy wsparli, kto jak i czym tam mógł. Do solidarnych Europejczyków dołączyły i Stany Zjednoczone, a także Kanada i Australia. Waszyngton zdecydował się wydalić sześćdziesięciu rosyjskich dyplomatów i zamknąć konsulat Rosji w Seattle, wskazując, że ta placówka służy Rosji do szpiegowania amerykańskiej bazy wojskowej i koncernu Boeing. Większość z wydalonych pracowników rosyjskich placówek działających na terytorium USA podejrzewanych było przez Amerykanów o tak zwaną podwójną działalność. To znaczy o szpiegostwo pod przykryciem dyplomatycznym. Dziś rosyjska telewizja z bólem pokazywała, jak pracownicy konsulatu w Seattle dzielnie tną w ścinarkach i pakują dokumenty do kartonów, by wszystko co do jednego papierka wywieźć lub zniszczyć. Konsul generalny zapewniał, że nigdy w życiu nikt w placówce szpiegostwem się nie parał. No bo jak.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow poczuł się dotknięty akcją Europejczyków i Amerykanów. W firmowym stylu zapowiedział, że „Rosja odpowie na chamstwo” Zachodu. I faktycznie Moskwa zastosowała idealną symetrię: skoro Amerykanie zdecydowali o wysłaniu 60 rosyjskich dyplomatów i zamknięciu jednego rosyjskiego konsulatu, to z Rosji wyjedzie 60 pracowników amerykańskich placówek i zostanie zamknięty jeden konsulat.

Pozostałe kraje, które wydaliły rosyjskich dyplomatów, spotkała lustrzana odpowiedź Rosji. Dziś przez cały dzień pod zwaliste gmaszysko na placu Smoleńskim w Moskwie podjeżdżały limuzyny z wzywanymi po kolei ambasadorami państw, które wydaliły rosyjskich dyplomatów. Ambasadorom rosyjski MSZ przekazywał komunikat o uznaniu za persona non grata kolejnych dyplomatów. W tym polskich.

Jednocześnie toczy się wojna informacyjna. Rosja poprzez swoje tuby propagandowe zapewnia, że nie ma związku z otruciem Skripala, że nie miała w tym interesu itd. Podaje w wątpliwość wersję Londynu o rosyjskim sprawstwie ataku. Ponadto domaga się od strony brytyjskiej informacji o przebiegu śledztwa, jako że poszkodowanymi w ataku byli przecież obywatele Rosji. Moskwa stara się zatem postawić w roli ofiary, a nie sprawcy. Bardzo ciekawy zabieg. Ale chyba już na Zachodzie nie chwyta.

Moskwa będzie starała się rozgrywać wszelkie rozbieżności w świecie zachodnim, cały czas mając też nadzieję na podjęcie rozmów z wahającym się prezydentem USA. A także będzie wytrwale testować determinację Wielkiej Brytanii. Choćby w sprawie prześwietlenia brudnych rosyjskich pieniędzy, jakie osiadły na Wyspach czy bojkotu mistrzostw świata w piłce nożnej. Atmosfery zaufania długo nie będzie.

Dziś Bloomberg poinformował, powołując się na informatora nazywanego wymyślonym imieniem i nazwiskiem Borys Karpiczkow, eksfunkcjonariusza rosyjskich służb specjalnych, który od 1998 r. przebywa w Wielkiej Brytanii, że rosyjskie specsłużby sporządziły listę pieriebieżczików do odstrzału. Pieriebieżczik to agent, który zmienił barwy – zwiał z ZSRR/Rosji, a przedtem pracował na dwie strony. W tradycji sowieckiej to była najbardziej znienawidzona kategoria byłych funkcjonariuszy. Uważano ich jednoznacznie za zdrajców, nienawidzono żółtą nienawiścią i odmawiano prawa do życia. Karpiczkow twierdzi, że na liście jest osiem nazwisk, wśród nich figuruje m.in. Siergiej Skripal, a także on sam. O liście dowiedział się od przyjaciela, pracującego w rosyjskich służbach. „Początkowo odniosłem się do ostrzeżenia z dystansem, nie uwierzyłem, ale zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się o Skripalu” – mówi Karpiczkow.

Tymczasem wczoraj brytyjskie media poinformowały, że Julia Skripal odzyskała przytomność. Być może za jakiś czas złożone przez nią zeznania (o ile będzie w stanie je składać) pozwolą wyjaśnić, co się stało w Salisbury 4 marca.

Tragedia w Kemerowie

26 marca. Trzynastoletnia Masza Moroz napisała trzy wiadomości w sieciach społecznościowych: „Chyba się palimy”. „Kocham was”. „Wszystkich”. Masza wraz z kolegami poszła wczoraj do kina w centrum handlowo-rozrywkowym „Zimowa Wiśnia” w Kemerowie na Syberii. Wybuchł pożar.

Ogień rozprzestrzenił się na trzecim, najwyższym piętrze kompleksu, gdzie usytuowane były sale kinowe i atrakcje dla dzieci. To było niedzielne popołudnie (pożar wybuchł około 16 czasu miejscowego), w „Zimowej Wiśni” było pełno ludzi, którzy przyszli tu całymi rodzinami zrobić zakupy, wziąć udział w imprezach rozrywkowych, załatwić sprawy w bankach. Płomienie ogarniały coraz większe przestrzenie centrum. Ludzie próbowali wydostać się z zadymionych czarnym trującym dymem pomieszczeń. Bezskutecznie. Przejścia przeciwpożarowe okazały się niedrożne, drzwi przy schodach ewakuacyjnych zamknięte na głucho, nie włączyła się sygnalizacja przeciwpożarowa. Kilka osób zdecydowało się na desperacki skok z wysokości trzeciego piętra. Sieci społecznościowe obiegł filmik nagrany telefonem komórkowym przez kogoś, kto stał na ulicy: chłopiec wyskakuje z okna, z którego wydobywa się czarny dym, obija się o ściany, o daszek na drzwiami wejściowymi, spada na ziemię bezwładnie, nieruchomieje. Dziś media podają komunikat, że jedenastolatek znajduje się w szpitalu w stanie krytycznym, reszta jego rodziny zginęła w płomieniach.

W chwili, gdy piszę te słowa, oficjalnie wiadomo o 64 ofiarach śmiertelnych. To nie jest niestety ostateczny tragiczny bilans – rodziny zgłosiły jeszcze kilkadziesiąt osób, które prawdopodobnie znajdowały się w centrum w chwili, gdy wybuchł pożar. Pogorzelisko cały czas jest przeszukiwane przez zastępy ratowników. Pożar ugaszono po dwunastu godzinach, po czym znowu pojawiły się płomienie. Niemal na całej powierzchni zawalił się dach.

Na wieść o pożarze centrum zbiegli się krewni i znajomi tych, którzy pozostali w środku. Ich relacje, publikowane dziś przez media, stawiają włosy na głowie. Olga Lillewiali, cytowana przez portal Meduza.io: „Przez sześć godzin staliśmy na ulicy, nikt do nas nie wyszedł. Centrum zostało otoczone przez policję o godzinie 17.30. Policjanci zachowywali się bardzo agresywnie. Biegaliśmy po ulicy, nie chcieli nas wpuścić, nikt nikogo nie informował. Nad budynkiem unosiły się kłęby dymu, nasze dzieci płonęły, a my mogliśmy tylko na to patrzeć. W sztabie [akcji ratowniczej] siedzieli ludzie, jedli kanapki, nic nie wiedzieli”. Na miejscu tragedii nie pojawił się gubernator obwodu kemerowskiego Aman Tulejew, sprawujący władzę na Kuzbasie od niepamiętnych czasów. Tłumaczył, że wioząca go kolumna samochodów (z ochroną osobistą itd.) przeszkadzałaby ratownikom. Władza już tak dalece oderwała się od społeczeństwa, że gubernatorowi nie przyszło do głowy pofatygować się na miejsce tragedii na piechotę.

Wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu wiadomości napływających z Kemerowa, głównie w reagujących szybko mediach społecznościowych. Wiele było głosów: „W Kemerowie tragedia porównywalna z Biesłanem – zginęło tyle dzieci, a w centralnej telewizji w najlepsze trwa wieczór wychwalania geniuszu Putina”. Faktycznie Pierwszy Kanał, Rossija i NTW – trzy ogólnokrajowe stacje telewizyjne – nadawały swoje sakralne seanse uwielbienia dla umiłowanego przywódcy, gdzieś na marginesie mimochodem wspominając o pożarze w Kemerowie; podawano, że mogło zginąć około dziesięciu osób. Z godziny na godzinę relacje w mediach społecznościowych oddawały coraz większe oburzenie ludzi taką sytuacją – milczeniem telewizji, Kremla, brakiem reakcji miejscowych władz, bezradnością służb, fatalnym stanem zabezpieczeń przeciwpożarowych i tak dalej. Często w komentarzach pojawiały się takie: „To jest właśnie putinowska Rosja: elita kradnie, państwo pieniądze wyrzuca się na rakiety, skorumpowane władze nie dbają o bezpieczeństwo ludzi”.

Nazwisko Maszy Moroz i jej mamy, Poliny znajduje się na opublikowanej liście śmiertelnych ofiar tragedii. RIP.

Duma Państwowa broni podrywacza

24 marca. Język rosyjski wzbogacił się o nowe zapożyczenie z angielskiego: w wielu publikacjach często powtarzane jest ostatnio słowo „harassment” (харассмент) na zmianę z rdzennie rosyjskim „домога́тельство”. Oba słowa znaczą dokładnie to samo: molestowanie. Karierę publicystyczną słówka zawdzięczają ułańskiej fantazji deputowanego Leonida Słuckiego, przewodniczącego komitetu ds. międzynarodowych Dumy Państwowej.

Kilka dziennikarek delegowanych przez redakcje do relacjonowania wydarzeń w Dumie Państwowej poskarżyło się jakiś czas temu na niestosowne zachowanie Słuckiego. Według ich słów deputowany dotykał je w miejsca intymne, obejmował, nie zważając na protesty, jednej proponował, aby została jego kochanką. Słucki wzruszył na te oskarżenia ramionami: – Nie uda się wam zrobić ze mnie rosyjskiego Harveya Weinsteina. Dajcie sobie spokój – powiedział. Ale dziennikarki nie dały sobie spokoju. Złożyły skargę w komisji etyki poselskiej Dumy. 21 marca odbyło się posiedzenie tejże, koledzy deputowani płci obojga murem stanęli za Słuckim. Ciekawie było posłuchać całości obrad, ale streszczę je Państwu w słowach kilku: padały argumenty o winie… samych dziennikarek. Wiadomo, młode, ładne, zachowują się prowokacyjnie. Z emocjonalną szarżą na reporterkę BBC Faridę Rustamową wystąpiła deputowana Irina Rodnina, niegdyś wielka gwiazda łyżwiarstwa figurowego, mistrzyni świata, Europy, igrzysk olimpijskich, ostatnio – zanurzona w politykę. Rodnina wywodziła, że Farida swego czasu po spotkaniu Słuckiego z Le Pen biegła korytarzem za nieszczęsnym deputowanym i po prostu molestowała go, aby jej udzielił informacji, o czym rozmawiał z francuską polityk. I to właśnie ta jej natarczywość wywołała u Słuckiego reakcję. Ilja Milsztejn na portalu Grani podsumował: „Okazało się, że Rustamowa tak pobudziła nieszczęśnika, że już nie miał innego wyjścia, tylko wziąć się podniecić, skoro go tak przypierają do muru. Zresztą i bez tego było jasne, że przy takiej polityce zagranicznej, jaką prowadzi Rosja, przewodniczący komisji ds. międzynarodowych cały czas powinien zachowywać się agresywnie i kogoś za coś łapać”.

Część mediów ogłosiła, że odwołuje z Dumy swoich reporterów na znak solidarności z molestowanymi koleżankami. Natomiast przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin (to ten aforysta, który ukuł wiekopomne stwierdzenie „Jest Putin – jest Rosja, nie ma Putina – nie ma Rosji”) oznajmił, że w takim razie cofa akredytację tym mediom, które dołączają do bojkotu. Pod Dumą odbyły się pikiety. Uczestnicy domagali się ukarania Słuckiego (reportaż można zobaczyć tu: https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/03/21/75893-my-prizyvaem-slutskogo-izvinitsya; powtarzające się hasło to: Uważajcie, Duma to miejsce, gdzie obłapiają). Niektóre media zareagowały zdecydowanie, np. portal Lenta usunął w ramach bojkotu wszystkie wzmianki dotyczące Słuckiego. Do protestu przyłączył się m.in. „Playboy” (napotkałam w internetach taki tytuł: „Playboy popiera bojkot Dumy Państwowej”, piękne czasy doprawdy). Bojkot popierają również blogerzy. Jeden z nich napisał: „Że media nie będą pisać o Dumie? Niewielka strata. I tak się tam nic ciekawego nie dzieje”.

Jedyną deputowaną, która stanęła po stronie molestowanych dziennikarek, była Oksana Puszkina. Zapowiedziała wystąpienie z inicjatywą wprowadzenia w rosyjskim prawie kar za molestowanie, powiedziała, że politycy, którzy dopuszczają się takich czynów, powinni tracić stanowisko. Ciekawe, jak jej pójdzie, wobec tego, że – jak sama powiedziała – wszyscy uważają Lonię za fajnego faceta, a dziennikarki za dziwki.

Dziekan wyższej szkoły telewizyjnej Moskiewskiego Uniwersytetu, zasłużony dziennikarz Witalij Trietjakow oznajmił zdziwionemu audytorium w Nowosybirskim Uniwersytecie Państwowym, że każdy normalny facet na miejscu Słuckiego zachowałby się tak samo, po czym wygłosił wywód o tym, kto kogo może dotykać i gdzie (jego wykład można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=1SXTxMz100w).

Rzecznik Kreml nagabywany na konferencjach prasowych o stosunek do sprawy Słuckiego wymigiwał się od odpowiedzi.

Słowo „harassment” pojawiło się w rosyjskich mediach nie tylko w odniesieniu do Słuckiego i jego latających rączek. Tsunami zainteresowania podniósł dziennikarz Renat Dawletgildiejew, który opowiedział publicznie o tym, że molestował go Władimir Żyrinowski. Skomentował to w audycji rozgłośni „Echo Moskwy” Siergiej Parchomienko: „To taka tajemnica, o której wiedzieli wszyscy, którzy mieli do czynienia z Władimirem Wolfowiczem Żyrinowskim. To człowiek, że tak powiem, nadzwyczaj namiętny, pełen sił i potrzeb. I to dotyczy ludzi obu płci. Gdyby istniała trzecia, czwarta i piąta płeć, to on też nie pozostałby wobec nich obojętny. Ten hormon w nim buzuje niepowstrzymanie”. Syn Żyrinowskiego, deputowany Igor Lebiediew zapowiedział, że będzie się domagał od Dawletgildiejewa odszczekania tych rewelacji.

Ogólną wesołość mediów społecznościowych wzbudziła deputowana Raisa Karmazina, członkini komisji ds. etyki, słowami: „Byłam od nich [molestowanych dziennikarek] trzysta razy ładniejsza. I wcale nie głupsza! A nikt mnie nie zmolestował. Nie dawałam powodu, żeby mnie ktoś zmolestował. Bo niechby ktoś się rwał do wymolestowania mnie, to bym mu po gębie dała”. Fragment wypowiedzi zadzierzystej posłanki w Twitterze był ilustrowany licznymi zdjęciami z sali posiedzeń Dumy, na których pani Raisa okazuje kolegom deputowanym czułość, graniczącą ze „zmolestowaniem”.

Już nie prezydent, a wódz

19 marca. Kremlowscy inżynierowie dusz przeprowadzili operację „Wybory Putina” zgodnie z założonym planem. Niespodzianki nie było: wygrał Putin. Zgodne z planem były wyniki: 76 procent głosów (w liczbach bezwzględnych – ponad 56 mln głosów, co jest rekordem) oddano na Putina przy frekwencji 67 procent.

Putin po ogłoszeniu wyników wystąpił przed zgromadzonym spontanicznie tłumem zwolenników na placu Maneżowym pod murami Kremla. Tym razem bez Miedwiediewa. I bez łez. „Tak, jesteśmy jedną drużyną” – odpowiedział entuzjastom. Potem pojawił się w swoim sztabie wyborczym, odpowiedział na dyżurne pytania dziennikarzy. Zaprzeczył, jakoby miał zamiar przeprowadzić reformę konstytucyjną.

Założone wysokie wyniki trzeba było wesprzeć. W mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo filmików nagrywanych w lokalach wyborczych: członkowie komisji dorzucają karty do głosowania do urn, wesołe autobusy pełne dyspozycyjnych wyborców jeżdżą od komisji do komisji itd. Wyborców mobilizowano do przyjścia na głosowanie różnymi sposobami, niektórych obligowano (np. pracodawcy zmuszali pracowników do udziału w głosowaniu), niektórych wabiono kiełbasą wyborczą. Fasadowa instytucja wyborów miała zapewnić Putinowi legitymację władzy w twardych okładkach. Przy okazji sprawdzono sprawność i lojalność aparatu w regionach. Jak i w kilku ostatnich wyborach najlepsze rezultaty wykazały republiki Kaukazu Północnego i Tuwa na dalekiej Syberii, ojczyzna Siergieja Szojgu, ministra obrony. Wysoka frekwencja miała też wykazać, że wezwania do bojkotu kierowane przez niedopuszczonego do wyborów Aleksieja Nawalnego nie mają szans przebić się do świadomości społecznej i zakłócić wyboru Putina.

W trakcie kampanii wyborczej przetestowano sposoby oddziaływania na nastroje i poglądy wyborców. Mobilizację zapewniło między innymi odpowiednie naświetlenie w telewizji przypadku otrucia ekspułkownika GRU Siergieja Skripala w Anglii – przedstawiono to zdarzenie jako prowokację przeciwko Rosji; w tej sytuacji jedyną metodą przeciwstawienia się tej prowokacji powinna być konsolidacja wokół osoby przywódcy; zadziałało.

Mimo pełnej kontroli Kremla nad procesem wyborczym zdarzyły się pewne niespodzianki – np. niespodziewanie wysoki wynik kandydata komunistów Pawła Grudinina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/01/04/krol-truskawek-w-wyborczym-natarciu/), zadziałało najwidoczniej czarowne połączenie sowieckiego sentymentu do opiekuńczego państwa i kapitalizmu, udanie osiodłanego przez dyrektora sowchozu imienia Lenina. Grudinin zdobył ok. 12% głosów, zajął drugie miejsce. W trakcie kampanii szybko rosło grono jego zwolenników, kremlowscy spece uznali, że to zbyt ryzykowne (wyborca przecież nie mógł sobie pozwolić na żaden spontan) i puścili w ruch czarny PR. Codziennie w telewizji trąbiono, że Grudinin ma zagraniczne konta, że zrobił w konia swoich pracowników, bogacąc się ich kosztem itd. Nie pomogło – Grudinin wypadł świetnie. Był przecież absolutnym debiutantem, bez żadnego dorobku politycznego, kandydatem wyciągniętym w ostatniej chwili ze zmiętego kapelusza wiecznego przewodniczącego partii komunistycznej Ziuganowa. To świadczy o tym, jak duża jest część elektoratu, która gotowa jest poprzeć każdą nową twarz, byleby nie patrzeć na botoks WWP.

Ale najważniejszym aspektem przeprowadzenia elekcji było poświadczenie legitymacji Putina na Krymie. To fundamentalna zdobycz ostatniej kadencji, miała to podkreślić data – 18 marca (2014 roku) Krym włączono do Federacji Rosyjskiej. Wczoraj Krym zagłosował na Putina, w Sewastopolu na Putina głos oddano 92% wyborców.

Jedna z naczelnych kapłanek putinowskiej propagandy telewizyjnej, Margarita Simonjan, napisała na Twitterze: Przed wyborami Putin był prezydentem, można go było zmienić; teraz po tych historycznych wyborach stał się prawdziwym wodzem. I zmienić go nie pozwolimy.