Znajomy z Yakuzy

22 kwietnia. A to echo grało. Echo lat dziewięćdziesiątych w bandyckim Petersburgu. Lat spędzonych w merostwie tego miasta, tuż za plecami mera Anatolija Sobczaka. Władimir Putin niechętnie mówi o tamtym okresie. A to czas ciekawy. Choćby z tego względu, że wiele osób z kręgu ówczesnych znajomych Putina w czasach jego prezydentury zrobiło zawrotne kariery polityczne i biznesowe. A jeszcze i dlatego, że ówczesna działalność Władimira Władimirowicza pełna jest białych – czy może raczej szarych, czasem wręcz czarnych – plam. Pisałam o tym ostatnio przy okazji przedstawiania sylwetki generała Zołotowa, dowódcy Gwardii Narodowej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/19/czlowiek-z-cienia/). Temat powiązań petersburskiego merostwa, ludzi wywodzących się z KGB oraz luminarzy półświatka, okazał się rozwojowy. Pismo „Insider” zamieściło ostatnio obszerny materiał opracowany na podstawie informacji ujawnionych przez niejakiego Kinichi Kamiyasu (http://theins.ru/korrupciya/22764). Japończykowi przypisuje się powiązania z Yakuzą.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Kamiyasu pomagał w zorganizowaniu sieci „municypalnych kasyn” (dostarczał automaty do gry), które kontrolowała mafia tambowska, jedna z najbardziej znaczących zorganizowanych grup przestępczych w Rosji.

O co chodziło z tymi „municypalnymi kasynami”? Sam Putin opowiadał, że chciał uregulować funkcjonowanie tych kasyn i podporządkować je kontroli władz miasta; mer Sobczak osobiście jemu powierzył zadanie kontrolowania hazardu w mieście. Zyski z lokali obsługujących amatorów niefrasobliwej rozrywki miały w założeniu służyć realizowaniu projektów socjalnych, których beneficjentami mieli być najubożsi mieszkańcy Petersburga, miasto przeżywało wtedy ogromne problemy z zaopatrzeniem w podstawowe rzeczy, załamał się system, wiele osób straciło źródło utrzymania (http://www.svoboda.org/content/article/24490369.html). Ale, jak przyznał Putin, „nic z tej kontroli nie wyszło” – bo obroty w kasynach nie były rejestrowane. A zyski rozchodziły się kanałami, kontrolowanymi nie przez władze miasta, a przez mafiosów. Zdaniem dziennikarza „Nowej Gazety” Władimira Iwanidze, który swego czasu próbował przyglądać się z bliska petersburskiej działalności prezydenta, Putin doskonale orientował się w tym, jak działają te lewe schematy. „Putinowi powierzono kontrolowanie biznesu związanego z hazardem. Taka kontrola oznacza walkę z mafią, która inwestuje w ten biznes. Tymczasem Putin mówi: nic z tej kontroli nie wyszło. To dziwne. Jeżeli od Putina, zastępcy mera, nic nie zależało, to w takim razie od kogo zależało? Wtedy należałoby uznać, że miastem rządziła mafia – mówi Iwanidze w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Grupa Małyszewa [jedna z grup mafii tambowskiej] w 1993 r. wycięła konkurentów, stosując prosty zabieg: zorganizowano inspekcję podatkową, która wyjawiła, że pozostałe grupy prowadzące biznes hazardowy nie płacą podatków. Konkurencja padła”. Czy taką inspekcję można było zorganizować bez znajomości we władzach, w inspekcji podatkowej? Cóż, raczej nie. „Skoro inspekcja podatkowa z takim powodzeniem znalazła uchybienia w kasynach konkurencyjnych grup, to na pewno mogła podobne naruszenia znaleźć i u „małyszewskich” – kontynuuje Iwanidze. – Mogła, ale nie znalazła. Bo też nie szukała. A kto odpowiadał za odcinek kontroli kasyn? Władimir Putin”.

Zdaniem znawców tamtej epoki, główną osobą, kręcącą lody na hazardzie (i nie tylko) był mafioso Giennadij Pietrow, który miał w mieście rozległe koneksje. To osoba kluczowa dla zrozumienia skomplikowanych powiązań tamtych (a także późniejszych) lat pomiędzy osobami z politycznego świecznika, różnych służb mundurowych i środowiska przestępczego (pisałam o nim niedawno: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/12/13/cien-tambowa/). Dziennikarka Anastasja Kirilenko, która od lat zajmuje się wątkami związanymi z rosyjską mafią, pisze o Pietrowie: „Pietrow uciekł hiszpańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Ma mieszkanie w tym samym domu, w którym mieszkają członkowie kooperatywy Oziero [krąg bliskich znajomych Putina z czasów petersburskich], między innymi Nikołaj Szamałow, którego syn jest zięciem Putina”. Czy to sąsiedztwo jest przypadkowe? Ciekawe, bardzo ciekawe.

Wróćmy jeszcze na chwilę do japońskiego przyjaciela petersburskich chłopaków z ferajny. Kamiyasu opowiedział w wywiadzie dla „Insidera” o wielkich wpływach, jakie Pietrow miał w Petersburgu. A także o tym, że w tamtych latach kilkakrotnie spotykał przy różnych okazjach Putina, jego nazwisko wielokrotnie przewijało się w rozmowach z mafiosami. W archiwum Japończyka zachowały się zdjęcia z Pietrowem, a także innymi bossami mafijnymi oraz funkcjonariuszami służb specjalnych, którzy z nimi współpracowali. Rączka w rączkę.

To, co działo się w Petersburgu w latach dziewięćdziesiątych i jak wtedy działał Władimir Putin oraz ludzie z jego otoczenia, jest obiektem zainteresowania hiszpańskiej prokuratury od dziesięciu z górą lat. Kilku hiszpańskich śledczych rozpracowuje działalność podejrzanych Rosjan, którzy przez lata prali brudne pieniądze i lokowali w nieruchomości właśnie w Hiszpanii. Istnieje podejrzenie, że jedna z wilii została zakupiona dla Putina (http://www.slivcompromata.com/2015/07/02/kto-potesnil-timchenko-i-rotenberga/). Publikacje o domniemanych powiązaniach osób bliskich prezydentowi (a może i jego osobiście) z szemranymi geszeftami za granicą zaczęły się sypać jak z rogu obfitości pod koniec 2015 roku. W zachodniej prasie pojawiły się wtedy sugestie, że na zlecenie władz USA powstaje „baza danych o interesach prowadzonych przez ludzi z otoczenia Putina począwszy od lat 90.”. W styczniu br. BBC pokazała półgodzinny film „Tajne bogactwa Putina” (https://openrussia.org/post/view/12317/). Autorzy sugerują, że drogą niejawnych operacji prezydent Rosji zgromadził gigantyczny majątek. Niedawno wypłynęły materiały kompromitujące, nazwane Panama Papers (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/). Wywiad z Kinichi Kamiyasu to kolejny kamyczek w tej barwnej bizantyjskiej mozaice przedstawiającej sceny z zakulisowego życia dworu.

Na razie kolportowane na Zachodzie informacje o majętnościach Putina nie robią wrażenia na rosyjskim społeczeństwie, które najwyraźniej uznaje, że władza ma prawo się bogacić. Zresztą, jak Kreml z zadowoleniem stwierdził przy okazji afery z papierami z Panamy, nazwisko Putina nigdzie nie pada, nigdzie nie ma jego podpisu itd. Na Zachodzie jednak wizerunek skorumpowanego szulera, jaki wyłania się z dotychczasowych publikacji, nie znajduje poklasku. Na razie znamy tylko fragmenty puzzla, ale ciągle pojawiają się nowe elementy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.