Kerczeńskie tango

2 grudnia. Już znowu miało być pięknie, już czułe gesty w Paryżu zapowiadały przełom i rozkwit, już propagandowe silniki rosyjskich mediów rozgrzano do czerwoności w oczekiwaniu na spotkanie Putin-Trump w Buenos Aires. Choć znowu tylko w kuluarach, tylko na marginesie szczytu G20, ale jednak spotkanie, rozmowa, targ. Będą o tym mówić wszyscy, Władimir Putin znów będzie bohaterem doniesień światowych agencji, wielki wódz wielkiego kraju, wreszcie uda się opowiedzieć Trumpowi „całą prawdę matkę”, przekonać go do kremlowskich racji. Donald Trump jeszcze wsiadając na pokład samolotu, który wiózł go do Buenos Aires na G20, zapowiadał, że tak, tak, oczywiście, mają sobie dużo do powiedzenia. Tymczasem już z pokładu samolotu napisał w Twitterze, że jednak nie – nie będzie spotkania z Władimirem Władimirowiczem. Bo Trump wysłuchał sprawozdania na temat wydarzeń 25 listopada na Morzu Azowskim i w Cieśninie Kerczeńskiej i doszedł do wniosku, że po tym, jak Rosja przejawiła agresję wobec ukraińskich okrętów, do spotkania z Putinem dojść nie może. Zaplanowane na dwie godziny rendez vous prezydentów strona amerykańska odwołała. Ale potem… O tym na końcu tekstu.

Zanim przejdę do wydarzeń w Argentynie, przypomnę w skrócie, co stało się 25 listopada na Morzu Azowskim. Grupa trzech okrętów ukraińskiej marynarki wojennej przemieszczała się z Odessy nad Morzem Czarnym do Mariupola nad Morzem Azowskim. Strona ukraińska twierdzi, że powiadomiła o tym stronę rosyjską. Tymczasem jednostki rosyjskiej ochrony wybrzeża zatrzymały Ukraińców, nie pozwalając im przepłynąć przez Cieśninę Kerczeńską, użyto broni palnej, doszło do staranowania ukraińskiej jednostki (do sieci trafił filmik, w którym rosyjski dowódca, klnąc jak szewc, wydaje rozkaz staranowania) i abordażu, a potem zatrzymania okrętów i marynarzy. Ponadto pod przęsłami tak zwanego mostu krymskiego ustawiono w poprzek rosyjski tankowiec, który skutecznie sparaliżował żeglugę na akwenie. [Opis incydentu w analizie Andrzeja Wilka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2018-11-28/rosyjski-atak-na-ukrainskie-jednostki-na-morzu-czarnym-aspekty; przydatne dane, mapy, daty, opisy zawiera wpis Andrieja Iłłarionowa, dawniej doradcy Putina ds. ekonomicznych, obecnie putinożercy: https://aillarionov.livejournal.com/1093770.html#/1093770.html, Iłłarionow sugeruje, że Moskwa zaanektowała Morze Azowskie, pogwałciła tym samym umowę z Ukrainą z 2003 r. o wspólnym użytkowaniu akwenu i prawo międzynarodowe].

W oficjalnym przekazie rosyjskich polityków i mediów obsługujących Kreml rajd Ukraińców stanowił czystej wody prowokację, był naruszeniem granicy państwowej, wobec czego strona rosyjska zmuszona była zareagować zbrojnie. Dlaczego dopuszczono się tej prowokacji? Ano po to, aby ułatwić prezydentowi Poroszence wygranie wyborów prezydenckich albo ewentualnie ich odwołanie. W taki sposób w Moskwie skomentowano zamiar wprowadzenia w związku z incydentem stanu wojennego na Ukrainie. Stan wojenny, który pierwotnie (dekret prezydenta) miał obowiązywać przez 60 dni na terytorium całego kraju, ostatecznie – po burzliwej dyskusji w Radzie Najwyższej – ograniczono do dziesięciu obwodów i 30 dni. A to nie ogranicza kalendarza wyborczego. Rosja ostatnio coraz częściej powtarza ustami swoich polityków i komentatorów, że jak kania dżdżu czeka zmiany obozu władzy w Kijowie. Sygnalizuje na różne sposoby, że jak Ukraińcy „pogonią banderowców”, to wreszcie Moskwa będzie się mogła na nowo z Kijowem dogadać i znów będzie dobrze i przyjaźnie, bo przecież Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Można się spodziewać, że Putin zrobi wszystko, aby zamieszać w ukraińskim kotle i osłabić obecny obóz rządzący. Ale to temat na inny tekst, a teraz wróćmy do Buenos Aires.

Temat kerczeńskiego incydentu zbrojnego był lejtmotywem rozmów, jakie Putin prowadził w kuluarach G20. Powrócił i w rozmowie z kanclerz Merkel, i z prezydentem Macronem.

Na konferencji prasowej w Buenos Aires prezydent Rosji powiedział: „musimy potwierdzić prowokacyjny charakter działań ukraińskich władz i zapisać to w dokumentach, które mają moc prawną. Musimy otrzymać pełne zeznania ukraińskich marynarzy i dalej odpowiednio postępować”. Ciekawe jest to, że zatrzymanych ukraińskich marynarzy przewieziono najpierw do Symferopola na zaanektowanym Krymie, a potem do Moskwy, gdzie osadzono ich w areszcie śledczym Lefortowo. Kilku z marynarzy postawiono też przed kamerami rosyjskiej telewizji. Marynarze wypowiadali okrągłe formułki, zgodne z linią rosyjskiej propagandy o prowokacji etc.

Putin wyłożył zgromadzonym na konferencji prasowej, że Ukraińcy podstępem chcieli przeciąć Cieśninę Kerczeńską, a przecież „tyle razy ogłaszali, że chcą wysadzić most [krymski]”, no to w tej sytuacji, sami wiecie. Przypomniał też, że do incydentów na Morzu Azowskim dochodziło również wcześniej [ale nigdy nie użyto w nich broni]. Faktycznie od miesięcy trwa tam przepychanka, Rosjanie zatrzymują statki handlowe i rybackie pod ukraińską banderą i wzajemnie; niedawno dokonano wymiany dwóch zatrzymanych załóg.

Grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat pokazała, że Putin, mówiąc o „terytorialnych wodach Rosji”, na które rzekomo wtargnęli bezprawnie Ukraińcy, mija się z prawdą: incydent miał miejsce poza rosyjskimi wodami (https://www.bellingcat.com/news/uk-and-europe/2018/11/30/investigating-the-kerch-strait-incident/).

Państwa zachodnie domagają się od Rosji zwrotu zatrzymanych jednostek i wypuszczenia ukraińskich marynarzy.

Na koniec uzupełnienie na temat odwołanego przez Trumpa spotkania z Putinem. Odwołane zostało dwugodzinne oficjalne spotkanie. Natomiast jak poinformowały służby prasowe Białego Domu obaj politycy jednak mieli okazję się spotkać. Nieformalnie. „Jak to zwykle bywa podczas wielostronnych spotkań, na obiedzie u prezydenta Trumpa i pierwszej damy miało miejsce kilka nieformalnych rozmów ze światowymi liderami, w tym z prezydentem Putinem” – ogłosiła rzeczniczka Trumpa. Więc może to jeszcze nie koniec operacji „Trump nasz”? Dopóki ziemia kręci się…

7 myśli nt. „Kerczeńskie tango

  1. Palladios

    Mam dwa krótkie pytania do Autorki (choć może wymagające dłuższej odpowiedzi): czy istotnie cała sprawa jest Pani zdaniem wywołana (jak chcą tego niektórzy komentatorzy) spadkiem notowań Władimira Władimirowicza czy też kryje się za tym coś więcej? I czy Putin może się w ogóle wycofać (gdyby nawet chciał) z dotychczasowej strategii agresji bez utraty twarzy (a więc i poparcia)? Pozdrawiam serdecznie i niecierpliwie czekam na dalsze wpisy

    Odpowiedz
  2. Anna Łabuszewska

    Szanowny Panie!
    Dziękuję za zainteresowanie. Prostych i jednoznacznych odpowiedzi na Pana pytania nie mam. Ranking Putina jest jego legitymacją władzy (wybory są jedynie fasadą), trzeba więc nieustannie utrzymywać stan uwielbienia w społeczeństwie. Kiedyś była taka podwórkowa gra – zośka, chodziło o to, aby jak najdłużej podbijać piłkę. Ranking Putina to właśnie taka zośka – cały czas trzeba ją (go) podbijać. Sposoby są różne. W tym roku takim sposobem był np. mundial. Nie wystarczyło na długo, zwłaszcza że władza jednocześnie wystartowała z niepopularną reformą emerytur. A ta właśnie przyczyniła się do spadku notowań. Putin od przyziemnych spraw społecznych woli wielkie rozgrywki międzynarodowe. Sukcesy na arenie międzynarodowej też mają budować jego prestiż. Dlatego Kremlowi tak bardzo zależy na spotkaniu z Trumpem. To, że od początku jego kadencji jeszcze nie doszło do pełnoformatowej wizyty (były tylko spotkania w kuluarach i jedna rozmowa w Helsinkach, ale żaden z kontaktów nie miał rangi wizyty państwowej), jest w tym sensie wizerunkową porażką.
    Serdecznie pozdrawiam
    Anna Łabuszewska

    Odpowiedz
  3. alfath

    My tutaj w Polsce rozpoznajemy pewien styl działania, który pozwala nam jednoznacznie zakwalifikować incydent kerczeński. Co mnie jednak zdumiewa od początku obecnego kryzysu – czy raczej najnowszej jego fazy- to relatywnie niski priorytet (w porównaniu ze sprawą np. otrucia Skripalów) dla prasy zachodniej. W pierwszych dniach to naprawdę nie był temat numer jeden, np. The Guardian i Le Monde zajmowały się głównie „Implant Files”. Co więcej, w Guardianie 28 litopada ukazał się taki oto komentarz: https://www.theguardian.com/world/2018/nov/28/putin-and-poroshenko-motives-open-to-question-in-kerch-crisis. Co Pani o tym sądzi? Przecież trudno oskarżyć Simona Tisdalla, jednego z głównych komentatorów polityki międzynarodowej w być może najważniejszym brytyjskim dzienniku (mocno lewicowo-liberalnym, proeuropejskim, prolabourzystowskim, antytrumpowskim itd.) o to, że jest ruskim trollem. Co sprawia, że przynajmniej część wpływowych komentatorów na Zachodzie widzi sprawy w ten sposób?

    Odpowiedz
    1. Anna Łabuszewska

      Szanowny Panie! Dziękuję za komentarz.
      Analiza Simona Tisdalla jest bardzo ostrożna, próbuje zniuansować grę. Stosunki Rosji i Ukrainy są napięte od dawna, a kolejny incydent jedynie podgrzał atmosferę. Co do Putina – to napisałam powyżej. W rosyjskich mediach trwa wzmożenie antyukraińskie graniczące z histerią. Powodów jest kilka, m.in. Morze Azowskie również. A bodaj najbardziej – spodziewana autokefalia ukraińskiej Cerkwi. Co do motywów Poroszenki, pan Tisdall też ostrożnie o nich napisał, choć dał głos opozycji. A Poroszenko w sytuacji przedwyborczej zapewne musiał zareagować ostro, aby nie być oskarżonym przez konkurentów o brak reakcji. Moskwa dołoży wszelkich starań, aby Poroszence przyłożyć, to na pewno, bo uwiera jak gwóźdź w bucie.
      Co do Pańskiego pytania w finale wpisu: nie prowadzę analizy mediów zachodnich, tylko je czytam.
      Pozdrawiam serdecznie
      Anna Łabuszewska

      Odpowiedz
      1. alfath

        Skoro konflikt wokół spodziewanej autokefalii UKP PK „de iure” – bo de facto to ona już istnieje – uważa Pani za nawet istotniejszy w rosyjsko-ukraińskich relacjach, to trzeba zauważyć, że w Polsce natura tego konfliktu jest słabo rozumiana, a nawet przeinaczana. Np. w TP Tadeusz A. Olszański napisał „Nie ma wątpliwości, że to Moskwa jest kanonicznym „dzieckiem” Kijowa, a nie na odwrót. Takie jest też stanowisko Fanaru […] Moskwa podporządkowała sobie metropolię kijowską. Zresztą wbrew woli patriarchy ekumenicznego (jego zgoda, wymuszona ex post, została cofnięta w 1924 r.).” – „Kijów czeka na autokefalię”, 18.06.2018. Dwie nieprawdy i jedna półprawda – czyli wiadomo co, jak mawiał tygodnikowy zresztą autorytet 😉 Kijów nigdy dotąd nie był kanonicznym patriarchatem i Fanar wcale nie twierdzi inaczej, a nawet jako niekanoniczny jest nową kreacją. Tomos z 1924 roku dotyczył kościoła prawosławnego w Polsce; dał jedynie okazję do przypomnienia, że w intencji Fanaru tomos z 1686 roku, faktycznie wymuszony sytuacją, dał Moskwie tylko prawo do ordynowania metropolity kijowskiego, który jednak miał pozostać egzarchą patriarchy ekumenicznego. Dzisiejsze decyzje Fanaru to nie jest przywracanie status quo, tylko próba stworzenia formuły odpowiadającej dzisiejszej politycznej rzeczywistości – z trzema kościołami prawosławnymi Ukrainy: dwoma autokefalicznymi, ale wciąż niekanonicznymi, i jedną kanoniczną „zaledwie” metropolią w ramach patriarchatu moskiewskiego, ale metropolią bardzo w tym patriarchacie ważną. Jedna trzecia „moskiewskich” biskupów to Ukraińcy. Przy czym słowo „odpowiadającej” implikuje pytanie „komu?”. Z pewnych wypowiedzi, pozornie nieznaczących, ale zastanawiających zdań w wypowiedziach hierarchów można wnioskować, że chodzi o spory starsze od niepodległej Ukrainy, a nawet (zaryzykowałbym) od Moskwy. Bizancjum już od dawna nie ma, ale miazmaty obaw przed odebraniem Cesarstwu przez słowiańskich barbarzyńców prymatu w oikumene wciąż się gdzieś tam unoszą. No i wszystko splata się z polityką. Bo po ostatnie, i może najważniejsze, musimy pamiętać, że rozdział kościoła od państwa (czasem oczywiście pozostających mimo odrębności w sojuszu), to jest zachodni, katolicki wynalazek. W „teologii politycznej” prawosławia Cesarstwo po prostu jest Kościołem.

        Odpowiedz
  4. Anna Łabuszewska

    Szanowny Panie! Dziękuję za komentarz. Wyciąga Pan temat na oddzielną rozprawę. Tematem na pewno się na blogu zajmę. 15 grudnia ma się odbyć sobór zjednoczeniowy, będzie więc okazja. Nie zagłębiam się w historyczne zawiłości. Mówię o obecnym momencie i implikacjach politycznych, kulturowych, społecznych. Przyznanie tomosu będzie miało wielki wpływ na ukształtowanie stosunków rosyjsko-ukraińskich i ukształtowanie się ukraińskiej tożsamości.
    Pozdrawiam
    Anna Łabuszewska

    Odpowiedz
    1. alfath

      Tu się na pewno zgodzimy, że do historii wraca się zawsze z powodów jak najbardziej współczesnych. I nigdy nie jest to wchodzenie do tej samej rzeki, choć z pozoru tak to może wyglądać.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *