Archiwum kategorii: Bez kategorii

Kronika bardzo towarzyska, część czwarta

8 grudnia. Dziennikarze Proekt Media pod koniec listopada opublikowali dwuczęściowy materiał „Żelazne maski” dotyczący mechanizmu zaopatrywania w beneficja pewnej skromnej mieszkanki Petersburga, Swietłany Kriwonogich. Kim jest pani Swietłana i dlaczego stała się obiektem zainteresowania?


Całość materiału można prześledzić tu: https://maski-proekt.media/tainaya-semya-putina/.Na potrzeby niniejszej „Kroniki” w skrócie streszczę opisaną w nim szczegółowo historię. Swietłana Kriwonogich mieszkała na ulicy Grochowej w Petersburgu w komunałce. Dorabiała jako sprzątaczka, studiowała ekonomię i finanse, i oto nagle w pierwszej dekadzie lat 2000. stała się udziałowcem banku „Rossija”, kierowanego przez bliskiego przyjaciela prezydenta Putina, Jurija Kowalczuka (pisałam o nim w poprzednich częściach „Kroniki”). Pani Kriwonogich posiada też 75% udziałów w kurorcie narciarskim „Igora” oraz w obiekcie rozrywkowym w Ogrodzie Taurydzkim. Kowalczuk ma po 25% udziałów w tych biznesach. Rodzinie Kriwonogich przynależą nieruchomości w Petersburgu, Moskwie i Soczi, których wartość szacowana jest na miliard rubli. Ma ona również do dyspozycji 37-metrowy jacht.


Według dziennikarzy Proekt Media, awans społeczny i beneficja Swietłana Kriwonogich zawdzięcza znajomości z Władimirem Putinem. Znajomość była na tyle bliska, że Swietłana w 2003 r. urodziła córkę Jelizawietę, która nosi otczestwo Władimirowna. W materiale pada przypuszczenie graniczące z pewnością, że Jelizawieta jest córką Putina i Swietłany (choć w dokumentach Jelizawiety brak danych o ojcu). Autorzy sensacyjnego materiału zwrócili się do brytyjskich fizjonomistów o ekspertyzę podobieństwa twarzy Jelizawiety i Władimira Władimirowicza. Zgodnie z ich oceną, podobieństwo można określić na 70%. Czyli bardzo duże (od 75% przy porównaniu zdjęć osób można założyć, że zdjęcia przedstawiają tę samą osobę). Wprawdzie Proekt Media ze względów etycznych nie zdecydował się na publikację fotografii Jelizawiety (nie ma ona jeszcze ukończonych osiemnastu lat), ale fotki domniemanej Władimirowny można było obejrzeć z internetach, jeśli ktoś miał dostęp do jej profili w mediach społecznościowych.


Na rewelacje prasowe zareagował rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow, który publikację Proekt Media określił jako „mało przekonującą” i niepoważną. Ale co do szczegółów i meritum się nie wypowiedział (https://www.svoboda.org/a/30970136.html). Córka byłego mera Petersburga, lwica salonowa, niegdysiejsza kandydatka na prezydenta Ksenia Sobczak nie uwierzyła w prawdziwość doniesień Proekt Media: „Żadnych dokumentów, żadnych wspólnych fotografii [Swietłany] Kriwonogich z Putinem. Nic. Jakiś urzędnik powiedział coś po znajomości. Może i prawdę powiedział. Ale gdzie śledztwo [dziennikarskie]? Główny dowód: podobna do Putina”. Do meritum, czyli źródeł wzbogacenia się przez rodzinę Kriwonogich Ksenia Anatoljewna się nie odniosła.
Jeden z autorów materiału Andriej Zacharow w audycji Radia Swoboda powiedział: „Zainteresowaliśmy się tą kobietą [Kriwonogich], bo ni z tego ni z owego stała się niesłychanie bogata. O tym jest nasza historia, a nie o tym, że urodziła córkę. Dla mnie jako dziennikarza, gdyby nie to wzbogacenie się, historia by mnie nie interesowała. […] Przekazanie Swietłanie Kriwonogich [niewielkiego, 3%] udziału w banku „Rossija” to zapewne jej кормление [czyli źródło dochodów, beneficjum nadane z góry]”.


Dziennikarz Radia Swoboda Michaił Sokołow podsumowuje: „Dziwne te operacje z nieruchomościami. Kurort narciarski, gdzie przyjeżdża prezydent, żeby pojeździć na nartach, nieoczekiwanie staje się własnością obrotnej, jak można się domyślać, dziewczyny z wykształceniem ekonomicznym. To samo można powiedzieć o centrum rozrywki w Ogrodzie Taurydzkim, które też kosztuje niemałe pieniądze. Potem okazuje się, że i ona, i Alina Kabajewa mają tego samego sponsora – bank Rossija i Nacyonalnaja Media Gruppa, należące do braci Kowalczuków”.


Bliski krąg się zamyka.


O jeszcze jedno: niektórzy komentatorzy z tego, że takie materiały o domniemanych córkach i bliskich kobietach prezydenta w ogóle się pojawiają, wyciągają wniosek, że władza wymyka się Putinowi z rąk, że moment, kiedy dojdzie do zmiany na szczycie, zbliża się szybkim krokiem. Bo gdyby był silny, to nikt by się nie wychylił, nikt by się nie odważył. Taka wiedza tajemna wypływa z dobrze poinformowanych i wysoko uplasowanych źródeł. Być może to amunicja w walce poszczególnych grup wpływu. Ale tak czy inaczej – to portret putinowskiej Rosji we wnętrzu, jej mechanizmów korupcyjnych, kumoterstwa, korytarzy pełnych tajemnic. A w tle są naprawdę duże pieniądze.


Miałam już kończyć „Kronikę”. Ale wczoraj od rana odbija się szerokim echem po rosyjskich mediach kolejna historia pieniężno-rodzinna dotycząca osób z najbliższego otoczenia Władimira Putina. Tym razem chodzi o źródła bogactwa jego byłego zięcia, Kiriłła Szamałowa. Pisałam o nim kilka lat temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/11/11/corki-stanu/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/04/06/krewni-i-znajomi-putina-na-czarnej-liscie/). Ale teraz warto powrócić choćby do wątku Siburu, bo dziennikarze wydobyli na światło dzienne sporo szczegółów. Będzie zatem jeszcze piąta część „Kroniki”. Już dziś zapraszam do lektury.

Kronika bardzo towarzyska, część 3

4 grudnia. Wszyscy obywatele Federacji Rosyjskiej są równi wobec prawa. Z tym że niektórzy są równiejsi. Nie wiedzieć czemu równiejsi są akurat ci, którzy przyjaźnią się z prezydentem. Czasami prezydent nie przyznaje się do bliskości z tymi lub owymi. Niespokojni dziennikarze śledczy z portalu „The Insider”, którzy nie obsługują Kremla, docierają czasem do interesujących historii.


W poprzedniej części „Kroniki” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/30/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-2/) przypomniałam dziwną historię Aliny Kabajewej, do ślubu/związku z którą Władimir Władimirowicz nigdy się oficjalnie nie przyznał. Jak już wspominałam, Kabajewa jest prezeską holdingu medialnego Nacyonalnaja Media Gruppa. To jej кормушка (karmnik/koryto), jak w slangu dziennikarskim nazywa się źródło utrzymania czy wręcz bogate beneficja przydzielone odpowiednim osobom, cieszącym się łaskami Szefa. Holding został powierzony opiece finansowej oligarchy Jurija Kowalczuka, przyjaciela Putina z czasów petersburskich, jeszcze z kooperatywy Oziero (tzw. najbliższy krąg). Kowalczuk jest osobą bliską i zaufaną prezydenta, wiernym pretorianinem do specjalnych poruczeń. W czasach ZSRR był naukowcem, w putinowskiej Rosji z powodzeniem zajął się bankowością (jest prezesem banku Rossija). Według danych, do których dotarli dziennikarze śledczy portalu „The Insider”, Kabajewa w 2018 r. zarobiła w holdingu NMG 785,4 mln rubli (https://theins.ru/korrupciya/236997). Dla porównania: były niemiecki kanclerz Gerhard Schroeder jako przewodniczący rady dyrektorów koncernu naftowego Rosnieft’ osiąga roczne dochody rzędu 46 mln rubli (ok. 600 tys. dolarów). Też nieźle, ale od Kabajewej dzieli go przepaść.


„Czemu gimnastyczka, która była świetna w układach z obręczą i piłką, stanęła na czele wielkiego holdingu medialnego? Dlaczego firma Kowalczuka wypłaca Kabajewej kosmiczne sumy? Co może łączyć Kabajewą i Putina? „The Insider” nie ma żadnych sugestii, jak to można wytłumaczyć” – sardonicznie komentuje swoje rewelacje portal. Złoty deszcz pada zresztą nie tylko na głowę samej Aliny Maratowny, ale także członków jej rodziny. Wzbogacił się szanowny ojciec, przed karierą córki w polityczno-biznesowych kręgach skromny trener koszykówki w dalekim Uzbekistanie. Nie głodują także matka i siostra (ich kormuszką, jak twierdzi „The Insider”, jest centrum sportowe Kuncewo).


Dziennikarze „The Insider” wytrwale grzebali w dokumentach w otwartym dostępie i latem tego roku dogrzebali się, że beneficja otrzymała osoba spoza rodziny Kabajewej: główna ginekolog Rosji, Lejla Adamian. No, właśnie. Oficjalnie znowu nic nie wiadomo, Kreml nie potwierdził pojawiające się w mediach wieści, że w maju ubiegłego roku Alina Kabajewa urodziła w Moskwie bliźnięta (https://www.golosameriki.com/a/russia-putin-private-life/4936319.html). Wzmiankę o szczęśliwym porodzie zamieściła na swojej stronie internetowej popularna gazeta „Moskowskij Komsomolec”, jednak ktoś machnął czarodziejską różdżką i wzmianka momentalnie zniknęła ze strony. Kreml nie skomentował rewelacji o urodzeniu przez Kabajewą dwóch zdrowych chłopców.


Pani profesor Lejla Adamian pracuje w Narodowym Centrum Akuszerstwa i Ginekologii im. W. Kułakowa. To tam – według niepotwierdzonych enuncjacji prasowych – Kabajewa miała powić bliźniaki. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, niedługo potem profesor Adamian została przez prezydenta odznaczona Orderem za Zasługi dla Ojczyzny II stopnia (https://www.youtube.com/watch?v=096qxdwcOnY). To jeszcze nie wszystko: „The Insider” dotarł do dokumentów, z których wynika, że Adamian zakupiła wkrótce potem w Moskwie dochodową nieruchomość pod wynajem, a jej córka Agnessa (również ginekolożka z wykształcenia) – elegancki apartament. Zdaniem dziennikarzy „The Insider”, na warte miliard rubli nieruchomości ani Lejli, ani Agnessy Adamian nie byłoby stać, jeśli brać pod uwagę dochody wynikające z rejestrów, które można obejrzeć w otwartym dostępie. Całość dziennikarskiego śledztwa wraz ze skanami dokumentów można obejrzeć tu: https://theins.ru/korrupciya/231970.


Bloger Anton Oriech pokrótce podsumował istotę sprawy: „Osobiście nie interesuje mnie ani trochę, czy Putin ma jakieś przyjaciółki, z kim mieszka, z kim się spotyka. Niech się tym zajmują ciekawscy obywatele i żółta prasa – jeśli, rzecz jasna, zaryzykują. Nie sądzę, byśmy mogli też mówić o moralności i wartościach rodzinnych. O tym mógłby mówić eksprezydent USA Jimmy Carter, którego kiedyś spytali, czy zdradza swoją żonę: „Owszem, raz zdradziłem, w myśli”. Ale chodzi o coś innego. O to, że znajomość, przyjaźń czy romanse z głową państwa otwierają przed człowiekiem niewiarygodne perspektywy. Ten człowiek może mieć talent i kompetencje w tej czy innej dziedzinie, a może nie mieć żadnych. Jedyną jego kompetencją jest to, że cieszy się zainteresowaniem prezydenta. I ta sympatia staje się nawet nie drabiną awansu, a rakietą, która wynosi tego człowieka na niebywałe i niezasłużone orbity”. A użytkownik Twittera Wujaszek Szu dodał: „Nie mam nic przeciw kochankom i byłym żonom ani pozamałżeńskim dzieciom. Daj im Boże zdrowie. Tylko nie rozumiem, dlaczego Putin nie łoży na nich wszystkich z własnej kasy, a pracuje na to cała Rosja”. „Cała Rosja” to atrakcyjny chwyt retoryczny – kormuszkę napełniają bliscy przyjaciele Putina. Ale oni też „karmią się” z beneficjów – prześledzenie całego układu naczyń połączonych jest zapewne poza możliwościami dziennikarzy śledczych, których efekty pracy tu opisuję. Układ jest fachowo zamknięty.


W następnej części Kroniki postaram się wreszcie wyjaśnić nowe pojęcie, jakie pojawiło się w niewybrednych żartach o prezydencie: „старик Кривоногих” (staruszek Kriwonogich).

Kronika bardzo towarzyska, część 2

30 listopada. W nieskrępowanych poprawnością polityczną segmentach rosyjskich mediów społecznościowych żartownisie i prześmiewcy Władimira Putina nazywają często старик Кабаев (staruszek Kabajew). Ostatnio popularność zyskuje nowy związek frazeologiczny: старик Кривоногих (staruszek Kriwonogich) – wyjaśnienie tego nowego zjawiska nieco później, na początek przypomnienie kilku zapomnianych już nieco faktów z życia rodzinnego i okołorodzinnego WWP.


Na wstępie kilka uwag ogólnych. Prezydent Putin bardzo niechętnie mówi o swoim życiu prywatnym. To, co dotyczy jego rodziny, jest objęte tabu. Czy to skaza wyniesiona ze szkoły KGB? Możliwe – wszystkie aspekty życia postrzegane jako część operacji specjalnej. Prezydent mówi, że członkowie jego rodziny są osobami niepublicznymi i takimi chcą pozostać. Tutaj otwiera się pole do polemiki (np. Katerina Tichonowa, zakonspirowana młodsza latorośl, pełni funkcję publiczną szefowej ośrodka rezerwy intelektualnej przy MGU i szczodrze korzysta z pomocy bliskich przyjaciół taty), ale nie o tym jest niniejsza kronika. Przed laty pisałam artykuł o pierwszej (i jedynej oficjalnej) małżonce Władimira Władimirowicza – Ludmile Putinej. Ludmiła Aleksandrowna w panieństwie nazywała się Szkriebniewa, pochodziła z Kaliningradu, ze zwykłej rodziny, która po jej ślubie z Putinem nigdzie się nie wyprowadziła. Cała dokumentacja dotycząca rodziny Szkriebniewów powinna więc być w archiwach miejscowych. Tymczasem gdy chciałam do nich dotrzeć, okazało się, że dokumenty dotyczące życia Ludmiły Putinej sprzed roku 2000, kiedy została po raz pierwszy Pierwszą Damą, wycofano z archiwów. Na temat jej edukacji i pracy dostępne są tylko dane oficjalnej biografii. Po rozwodzie z WWP w 2013 r. Ludmiła zniknęła z radarów, z rzadka pojawiają się w prasie małe wzmianki o niej, zawsze raczej domysły niż potwierdzone fakty. Jedną z często powtarzających się plotek jest ta o ślubie z Arturem Oczerietnym. Kim jest Artur? Jedni twierdzą, że partnerem/szczęśliwym małżonkiem Ludmiły Aleksandrowny, inni – że funkcjonariuszem służb, pilnującym, aby się nie wychylała, jeszcze inni – że partnerem biznesowym, wykorzystującym pozycję pani Ludmiły. Tak czy inaczej – Władimir Putin, jeśli cokolwiek mówi publicznie o swojej rodzinie, to o Ludmile nie wspomina, a swoje córki określa mianem „kobieta numer jeden”, „kobieta numer dwa”. Jakiś czas temu poinformował, że urodził mu się wnuk. Tyle.


Wróćmy do określenia „staruszek Kabajew”. Nietrudno się domyślić, iż to nieskomplikowane nawiązanie do wszechobecnych plotek o związku Putina z Aliną Kabajewą – w przeszłości gimnastyczką, medalistką olimpijską, deputowaną Dumy Państwowej, a od kilku lat prezeską zarządu wielkiego holdingu medialnego Nacyonalnaja Media Gruppa. Związku tego Kreml oficjalnie nie potwierdził. Przypomnę sprawę w kilku słowach, bo to dawne dzieje. W 2008 r. mało znany periodyk „Moskowskij Korriespondient” zamieścił wzmiankę o weselu Putina i Kabajewej w pałacu pod Petersburgiem. Służba prasowa Kremla natychmiast zdementowała wiadomość (Putin był wtedy oficjalnie mężem Ludmiły). Tak na marginesie: właścicielem pisma był Aleksandr Lebiediew, ojciec nowego członka Izby Lordów, Jewgienija Lebiediewa, o którym pisałam w pierwszej części niniejszej „Kroniki” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/11/25/kronika-bardzo-towarzyska-czesc-1/). Redaktor naczelny pisma wyleciał po tej śmiałej publikacji na zbity pysk, pismo wkrótce zamknięto. W 2013 r. pojawiły się słuchy o tym, że – wtedy już stanu wolnego po rozwodzie z Ludmiłą – prezydent zawarł związek małżeński z Kabajewą w klasztorze na Wałdaju. Tej wiadomości też służba prasowa Kremla nie potwierdziła. Co rusz w mediach pojawiają się domniemania, że w tym związku, którego nie ma, urodziły się jakieś dzieci. Nikt się do dziatek oficjalnie nie przyznaje, ale w rozmowach prywatnych „na kuchnie” każdy dobrze poinformowany Rosjanin opowiada o tych meandrach życia rodzinnego/pozarodzinnego prezydenta jako utrwalonym pewniku. Sekretarz prasowy Kremla powtarza natomiast, że prezydent Putin jest oddany tylko Rosji.


Idźmy dalej. Cztery lata temu wypłynęła dziwna afera z mieszkaniami, które nikomu nieznany biznesmen Bajewski przekazał kilku kobietom. Opisywałam sprawę na blogu: „Ciekawa jest lista obdarowanych dam. Znalazły się na niej: siostra oraz babcia Aliny Kabajewej (domniemanej konkubiny prezydenta), domniemana córka prezydenta, Katerina Tichonowa oraz pewna urodziwa posiadaczka bujnego biustu, a w przeszłości również indeksu uniwersytetu moskiewskiego Alisa Charczewa (http://alisakharcheva.livejournal.com/). Alisa jakiś czas temu wzięła udział w całkiem niedomniemanej sesji fotograficznej do kalendarza wydawanego przez studentki uniwersytetu ku czci Putina, była „dziewczyną kwietnia” wyznającą: „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy”. Bajewski, według enuncjacji OCCRP, jest człowiekiem Arkadija Rotenberga i podziałał w tych drogich nieruchomościach na jego polecenie. A Rotenberg jest bliskim znajomym Putina. Najprawdopodobniej jest jego osobistą „skarbonką” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/05/nagi-instynkt-polityczny/).


Ten opis mechanizmu „wynagradzania mieszkaniami” pewnych osób przez osoby z bliskiego otoczenia prezydenta (wydobyty na światło dzienne przez Aleksieja Nawalnego, śledzącego pilnie mechanizmy korupcyjne rządzące na wysokich szczeblach rosyjskich władz – https://navalny.com/p/4798/) przywołałam nie bez kozery. Bo podobne sploty i układy pojawiły się w sprawie Swietłany Kriwonogich. Ale o tym w trzeciej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Kronika bardzo towarzyska, część 1

25 listopada. Dwa dni temu „The London Gazette” opublikowała lapidarny komunikat Crown Office o przyznaniu przez Jej Królewską Mość Elżbietę II tytułu barona Jewgienijowi Lebiediewowi (Evgeny Lebedev), co jest równoznaczne z prawem dożywotniego zasiadania w Izbie Lordów brytyjskiego parlamentu. Lebiediew otrzymał tytuł „Baron of Hampton in the London Borough of Richmond upon Thames and of Siberia in the Russian Federation”.


I nad Tamizą, i nad Newą oraz rzeką Moskwą podniosła się wysoka fala zdziwienia. Jak to ma być, że Jej Królewska Mość rozdaje tytuły baronów Syberii, toż to nasza ziemia! – wykrzykiwali oburzeni rosyjscy komentatorzy. Jak to ma być, że lordem został synalek kagiebisty, no i jak to jest, że proteguje go premier Boris Johnson? – wyrażali niezadowolenie brytyjscy obserwatorzy życia na szczytach władzy.


Na rosyjski „oburz” dość szybko znalazła się uspokajająca odpowiedź: pierwszy człon tytułu mówi o tym, gdzie obecnie działa świeżo upieczony lord, drugi człon – o miejscu pochodzenia. I nie ma to nic wspólnego z przyznawaniem majętności tu czy tam. W tym drugim komponencie jest lekka rozbieżność: Jewgienij Aleksandrowicz Lebiediew urodził się bowiem w Moskwie, a nie na Syberii. Jak sugerują niektórzy znawcy tematu, „przydzielenie” Lebiediewowi tytułu barona moskiewskiego (lub kremlowskiego, jak podpowiadali złośliwi londyńczycy) brzmiałoby niezręcznie, a Syberia kojarzy się z romantyką i śniegiem. Na to, że nie wszystkim się tak kojarzy, wskazują jednak obcesowe przycinki angielskich mediów społecznościowych. W Twitterze pojawiły się nieparlamentarne przytyki wobec nowego członka parlamentu: „Baron F*cking Siberia” albo „Lord of Gulag”.


„Oburz” angielski na wpuszczanie do Izby Lordów ludzi związanych z rosyjskimi służbami i zaprzedawanie przez Johnsona Wielkiej Brytanii Rosji wymaga kilku słów wprowadzenia. Sam lord Lebedev nie pracował w KGB ani FSB. W każdym razie oficjalnie nic o tym nie wiadomo. Natomiast ze służb wywodzi się Aleksandr Lebiediew, ojciec lorda. Też ciekawa postać. Lebiediew senior w latach osiemdziesiątych pracował w KGB, potem wziął się za kręcenie biznesów w Rosji, wreszcie wylądował w Londynie, gdzie wszedł w biznes medialny. Jak pisze zawsze krytyczny wobec Kremla Igor Ejdman: „Trzydzieści-czterdzieści lat temu Lebiediew senior zajmował skromny gabinecik w sowieckiej ambasadzie w Londynie i przyoszczędzał na wydatkach, gotując sobie grzałką zupki z chińskiej tuszonki. A teraz jego latorośl będzie zasiadać w Izbie Lordów […] Nie ma byłych czekistów. Z mafii rosyjskich służb specjalnych wyjście jest jedno: przez polon lub nowiczok. […] Jak w każdej mafii i tutaj ceni się rodzinne tradycje. Starsi ojcowie chrzestni przekazują kunszt dzieciom. Lebiediew junior należy do wpływowego czekistowskiego klanu. Jest nie tylko synem, ale najważniejszą inwestycją swego ojca. Nie ma wątpliwości co do tego, że Lebiediew senior przekazał synowi nie tylko środki finansowe na zakup gazet, ale swój główny kapitał – powiązania z potężną Firmą. Członkom brytyjskiego parlamentu można pogratulować: w Izbie Lordów pojawił się praktycznie jawny informator rosyjskich służb specjalnych”. Bardzo kategoryczna opinia.


Lebiediew senior nie przez wszystkich postrzegany jest tak jednoznacznie źle jak przez Ejdmana, wielu komentatorów wskazuje, że przecież pozostaje on właścicielem jednej z najbardziej antykremlowskich gazet rosyjskich „Nowej Gazety”, udziela się też na niwie charytatywnej choćby w fundacji im. Raisy Gorbaczowej itd. Tygodnik „Ogoniok” niedawno tak pisał o fundamentach wysokiej pozycji obu panów L.: „Kupienie wielkich prestiżowych tytułów prasowych, jak „The Independent” było majstersztykiem. W 2010 r. gazeta stała na skraju bankructwa. Można było albo znaleźć jej nowego właściciela, albo zamknąć tytuł. I nowy właściciel się znalazł – „The Independent” stała się własnością Lebiediewów, zapłacili za to symbolicznego jednego funta. Plus dziesięć milionów na pokrycie bieżących zobowiązań i umów. Rok wcześniej rosyjscy oligarchowie nabyli londyńską „The Evening Standard” – również według schematu „jeden funt plus zobowiązania”. Lebiediew senior wycofał się z udziałów, pozostawiając tytuły w gestii syna. Trzeba zapisać na korzyść Lebiediewa juniora, że podniósł oba tytuły z upadku. Sam zapracował też na opinię sprawnego dziennikarza, zajmującego się polityką międzynarodową. Rozpracowywał takie tematy jak wojny narkotykowe w Meksyku, przeprowadził wywiady z prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem czy „ostatnim dyktatorem Europy” Alaksandrem Łukaszenką. Pod kierownictwem Lebiediewa „The Evening Standard” też rozwinęła skrzydła. Jej nakład wynosi obecnie aż 900 tysięcy egzemplarzy”. Jak pisze angielska prasa, Lebiediew junior, kilka lat temu znany głównie z podbojów miłosnych, szeroko opisywanych w brytyjskich „pudelkach”, ostatnio trafia na łamy poważnych gazet głównie w kontekście bliskich związków z premierem Borisem Johnsonem. Ich znajomość datuje się jeszcze z czasów, gdy Johnson był burmistrzem Londynu. Gazety Lebiediewa mocno wspierały wszystkie kolejne kampanie polityczne Johnsona. A Johnson po prostu tylko umieścił nazwisko Lebedev na przedstawianej królowej listę „kandydatów na lordów”. Żadnej koincydencji.


Sam baron w publikacjach prasowych dystansował się od polityki, twierdził, że – podobnie jak jego gazety – jest „niezaangażowany”. Odpierał też stanowczo krytykę ze strony tych, którzy uważają go za wtykę Kremla.


O tym, że Lebiediew otrzyma miejsce w Izbie Lordów, było wiadomo od lipca, więc zaskoczenia nie było. Ot, potwierdzenie dla miłośników kroniki towarzyskiej. Natomiast kompletnym zaskoczeniem towarzyskim było podane dziś przez „Projekt” inne pikantne danie, które wywołało tsunami w rosyjskich internetach. Znacie Państwo nazwisko Swietłana Kriwonogich? Nie dziwię się. Do dziś znało panią Kriwonogich nader wąskie grono. I właśnie o niej napiszę w drugiej części „Kroniki bardzo towarzyskiej”.

Koronawirus i magia

19 listopada. Rosja przekroczyła dziś próg dwóch milionów zakażeń koronawirusem od początku pandemii. Dziennie przybywa około dwudziestu tysięcy zarejestrowanych przypadków. Szpitale pękają w szwach, coraz częściej można przeczytać w mediach o zgonach spowodowanych niewydolnością systemu ochrony zdrowia. Władze co rusz zastanawiają się nad zaostrzeniem ograniczeń w regionach, w których wzrasta zachorowalność. Widmo lockdownu krąży po kraju. Tymczasem jest dziedzina, która nie tylko nie zwinęła się w czasie pandemii, ale wręcz rozkwitła przepięknym kwieciem. To usługi wszelkiego autoramentu wróżek, uzdrowicieli, jasnowidzów i czarnowidzów, wiedźm i parapsychologów. Także w zakresie uzdrawiania od Covidu.


„Jak tarcza osłonię cię przed koronawirusem. Jeśli chcesz przeżyć i gotów jesteś za to zapłacić, zgłoś się” – zachęca mieszkańców Magnitogorska specjalista od białej i czarnej magii, Siergiej Litwinow. Cennika za swe zbawienne usługi nie wystawił oficjalnie, o tym, ile sobie życzy za seans antycovidowy, każdy z delikwentów dowiaduje się indywidualnie. Litwinow twierdzi, że jego samego wirus się nie ima. Nie ma po prostu szans w zetknięciu z nieprawdopodobną energią, jaką – wedle słów samego nosiciela tejże – dysponuje uzdrowiciel. I ta energia jest tak wielka, że działa nawet na odległość, kruszy mury i przedostaje się do klienta nawet za pośrednictwem mediów społecznościowych. Litwinow chwali się, że potrafi hipnotyzować przez telefon albo wpatrując się w zdjęcie klienta, przebywającego za górami, za lasami.


Wiosną, gdy uderzyła pierwsza fala epidemii, większość specjalistów od zaklęć losu, wróżenia z fusów i poprawiania zdrowotności za pomocą machania ręką raz w prawo, raz w lewo, przeniosła swoje usługi do sieci. I sprawiała swoje rytuały bezkontaktowo. Jasnowidze masowo publikowali też na swoich profilach w mediach społecznościowych przewidywania dotyczące rozwoju epidemii. Większość skłaniała się do opinii, że wirus wyhamuje już w maju i więcej nie powróci. „9 maja w naszej stolicy odbędzie się uroczysta defilada” – przewidywał w kwietniu radośnie profeta Wadim Kuźmienko z Chimek. Jak dziś wiemy, defilada odbyła się pod koniec czerwca, a i to w warunkach reżimu sanitarnego. A wirus wbrew przewidywaniom natchnionych wajdelotów powrócił i się sroży.


To, że przepowiednie magów nie sprawdzają się ani na jotę, nie powoduje włączenia krytycznego myślenia u napływającej nieprzerwanym strumieniem klienteli. Branża ezoteryczna ma się w Rosji świetnie, liczba chętnych do skorzystania z usług mistrzów rośnie zwłaszcza w okresach kryzysu. Wiadomo – wtedy nic nie wiadomo, a każdy chciałby się dowiedzieć, co go czeka, zapewnić sobie wejście jakąś boczną furtką na bezpieczny podworzec. Skoro taki Siergiej Litwinow czy zastępy jego kolegów po fachu taką furtkę za niemałe pieniądze uchylają, to na wszelki wypadek warto spróbować.


„Ach, boi się pani, że babcia zachoruje. Ach, babcia już choruje. Na koronawirusa. Mogę się podjąć leczenia. Trzeba przysłać zdjęcie, imię i datę urodzenia babci. Proszę mi to wysłać na WhatsApp. I tysiąc rubli zaliczki. Zobaczę, co się tam dzieje i powiem, co należy zrobić, aby uratować babcię. A jak zobaczę, że nie dam rady, to powiem. Wszystko w rękach Boga” – mami klientkę przez telefon „najpotężniejsza jasnowidząca” Ludmiła Nikołajewna, sławna na cały Omsk. Inna „uzdrowicielka”, niejaka Sofija, instruuje poszukującą pomocy wnuczkę, że lekarzom w kwestii leczenia babci od Covid19 wierzyć nie można. „A ja jestem i szeptuchą, i znam odpowiednie modlitwy, zadziałam jak trzeba, za pięćset rubli postawię diagnozę”. I w tym celu wcale nie trzeba się spotykać z pacjentem – czary działają na odległość.


W Petersburgu magowie klientelę obrabiają na różne sposoby. Jak zwalczyć koronawirusa? Na przykład na seansie spirytystycznym. Albo nabywając za „naprawdę śmieszne pieniądze amulety”. Amulety muszą zawierać w środku piołun, który chroni od wirusa dzień i noc. Bardziej wymagająca publiczność może wziąć udział w rytuałach odstraszania złych wirusów w wykonaniu wiedźmy Oksany. W swoim gabinecie osobliwości czarownica wpierw łączy się z kosmosem za pomocą tajemnych komunikatorów, ustala, która planeta z która gwiazdą jest w koniunkcji i dzięki pozyskanej w ten sposób kosmicznej mocy uderza bezlitośnie w wirusa, aż mu się z paskudnej korony dymi. Oksana wije się przy tym i wydaje ponure dźwięki. Po napadzie kaszlu czarownica budzi się z transu i oznajmia zgromadzonym, że właśnie pokonała wirusa i pandemia niebawem się zakończy. Ale gdyby ktoś chciał się dodatkowo zabezpieczyć, to może nabyć za doprawdy niewielkie pieniądze flakoniki z lekarstwem własnej produkcji: nalewką na piołunie. Trzy krople na język i człowiek zdrów jak ryba.


Nie trzeba się bardzo zagłębiać w zasoby internetu, aby dotrzeć do ogłoszeń reklamujących leki przeciwko Covid19 – są ich setki. Bez trudu można zaopatrzyć się w wodę, nad którą odczyniono uroki, albo w roślinność, która odgradza właściciela od wirusów. Podobno cuda czyni sowieckie mydło.


W chórze głosów czarnoksiężników ledwie słychać było głos zasłużonego hipnotyzera i telewizyjnego showmana Anatolija Kaszpirowskiego. Jeszcze w sierpniu Kaszpirowski zwrócił się do prezydenta Putina z prośbą, aby Rosja zrezygnowała z masowych szczepień przeciw Covid19, bo to nic nie da, a tak w ogóle to zmowa bogaczy, którzy chcą na tym zarobić. Najwidoczniej Władimir Władimirowicz nie wziął pod uwagę przestróg Kaszpirowskiego, bo od kilku tygodni lansuje szczepionki opracowane w rosyjskich instytutach naukowych. A tych szczepionek jest odin, dwa, tri…


Ciemna noc

15 listopada. Słowa piosenki „Ciemna dziś noc” na polski przełożył Julian Tuwim, wyszło znakomicie, Tuwim świetnie czuł muzyczną frazę, doskonale oddawał melodyjne i poetyckie meandry języka rosyjskiego w równie poetyckiej polszczyźnie. O tym, jak powstał oryginalny, rosyjski tekst, przypomniał projekt „Nieśmiertelny Barak” (https://bessmertnybarak.ru/article/tyomnaya_noch/). Co ma historia jednego z największych muzycznych szlagierów czasu wojny do tego projektu upamiętniającego ofiary stalinowskich represji? Ogniwem łączącym jest osoba autora słów – Władimira Agatowa.


Piosenka pochodzi z filmu „Dwaj żołnierze” (Два бойца) w reżyserii Leonida Łukowa. Film kręcono w latach 1942-1943 Taszkencie, dokąd została ewakuowana wytwórnia filmowa. Agatow przyjechał do Taszkentu w odwiedziny do ewakuowanej rodziny (sam był na froncie, pracował jako korespondent wojenny). Z peronu został zgarnięty przez Łukowa – w drodze do wytwórni reżyser pokrótce opowiedział, o czym jest jego nowy: dwaj przyjaciele walczą na francie, jeden jest erudytą, drugi – zwyczajnym wesołym chłopakiem. Ten zwyczajny ma zwyczajną narzeczoną, erudyta pokpiwa z zakochanych, na tym tle dochodzi do scysji ze zwyczajnym przyjacielem. Lecz gdy zwyczajny przyjaciel trafia ranny do szpitala, w erudycie budzi Cyrano de Bergerac zmiksowany z siostrą miłosierdzia: pod nazwiskiem rannego przyjaciela śle piękne o wzniosłe listy miłosne do jego narzeczonej, a co ważniejsze – wysyła paczki żywnościowe, które ratują jej życie w głodującym, oblężonym Leningradzie. W finale jest happy end – szlachetność, uczucie i braterstwo broni. Trzeba więc napisać piosenkę jednocześnie rzewną i podnoszącą na duchu – według legendy Łukow kreśli schemat tekstu: front, dwóch przyjaciół wspomina swoje dziewczyny, miłość jest wieczna, zwyciężymy dzięki naszym bohaterskim kobietom. Kompozytor Nikita Bogosłowski ma już pomysł na melodię. Agatow wsłuchuje się w muzykę, siada i pisze tekst – od początku do końca. Bez skreśleń.


Opowiastka o okolicznościach napisania tekstu ma kilka wersji, m.in. taką, że reżyser Łukow przyszedł pewnego wieczoru do kompozytora Bogosłowskiego i opisał mu filmową scenę w ziemiance, w której musi się pojawić piosenka, gdyż bez piosenki scena nie ma sensu. Bogosłowski usiadł do fortepianu i po kilku minutach zagrał motyw, który stał się potem jedną z najpopularniejszych melodii wojennych. Zadzwonili do Agatowa. Poeta natychmiast przyjechał, usiadł na krzesełku. Posłuchał, jak gra Bogosłowski. Pochylił się nad kartką papieru. Po kilku godzinach bezsennej nocy pokazał tekst napisany pięknym charakterem pisma. Bez skreśleń.


W filmie pieśń wykonuje obdarzony aksamitnym, kojącym głosem Mark Bernes, akompaniując sobie na gitarze i wpatrując się w ciemną frontową noc. Piosenka miała wielu znakomitych wykonawców, ukochał ją sobie m.in. gwiazdor kina Michaił Utiosow. I to tak ukochał, że gdy po starej przyjaźni dostał nuty od kompozytora, wykonał ją jeszcze przed premierą filmu – bez wiedzy i zgody autorów.


Wróćmy do postaci autora słów i jego losów. Władimir Agatow (wł. Welwl Guriewicz) pochodził z Kijowa, związany był przez wiele lat z Odessą. Pisał felietony, artykuły do gazet, wiersze, humoreski, skecze, teksty piosenek. Niektóre były znane i śpiewane przez popularnych wykonawców, np. „Kokainetkę” śpiewał Aleksandr Wertyński, a piosenkę w stylu odeskiego folkloru „bandyckiego” o zezowatym Wańce po latach włączył do swego repertuaru Władimir Wysocki. Żadna jednak nie dorównała sławie „Ciemnej nocy”.

W 1949 r. Agatow został aresztowany. Za co? Najprawdopodobniej ktoś doniósł na niego, że opowiada dowcipy niezgodne z linią partii i towarzysza Stalina. To wystarczyło – trafił do łagru. I tu zaczyna się inne życie – życie artysty w warunkach obozowych, który na nieludzkiej ziemi pozostał człowiekiem. W łagrze został jak inni zekowie zapędzony do wyrębu lasu. Z czasem udało mu się przekonać naczelnika, że w łagrze powinien istnieć teatr – Agatow wystawiał w nim sztuki. Potem zorganizował chór. Gdy dowiadywał się, że w pobliskich łagrach siedzą przymierają głodem artyści, wnioskował o przeniesienie ich do swojego łagru, by mogli grać w jego obozowym teatrzyku. Wielu z nich uratował życie.


Został zrehabilitowany w 1956 r., przywrócono mu członkostwo w Związku Pisarzy. Według świadectw przyjaciół Agatow wrócił do Moskwy schorowany i załamany, z dawnego dowcipnisia, duszy towarzystwa nic nie zostało. Zmarł w 1966 r., w wieku 65 lat. Został pochowany na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie. Na skromniutkim nagrobku umieszczono szlagwort jego najsłynniejszej piosenki.

Przywracanie pamięci

13 listopada w Międzynarodowym Dniu Niewidomych projekt „Nieśmiertelny Barak” przypomina o ofiarach stalinizmu spośród tej grupy represjonowanych.


Wacław Abłamow, lat 41, narodowość polska; jeden spośród ponad dwudziestu tysięcy osób rozstrzelanych w latach Wielkiego Terroru na podmoskiewskim poligonie Butowo. Pracował jako straganiarz na bazarze Dorogomiłowskim w Moskwie. Aresztowany w 1937 r. pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski. Zrehabilitowany w 1989 r. https://bessmertnybarak.ru/Ablamov_Vatslav_Nikolaevich/


Maria Czerwiakowa, lat 64. W sierpniu 1937 r. została oskarżona o spiskowanie w ramach „kontrrewolucyjnej grupy cerkiewno-monarchistycznej, udawała błogosławioną, przyjmowała rzesze wiernych, rozpowszechniała prowokacyjne słuchy, zajmowała się leczeniem, wzbudzała terrorystyczne i faszystowskie nastroje”. Zachowane dokumenty świadczą o tym, że w ostatnich latach życia była mniszką (схиномонахиня), nie udało się ustalić, w jakim klasztorze złożyła śluby, w latach dwudziestych bolszewicy zlikwidowali większość klasztorów. Ciężko chorowała, oślepła, była wzorem dla wielu osób cierpiących, do jej domu (Fili pod Moskwą, obecnie Moskwa) przychodzili ludzie z prośba o radę, o modlitwę, pomagała osobom duchownym.


Skazana na śmierć przez trójkę NKWD, została rozstrzelana 8 października 1937 r. Uznana za męczennicę za wiarę (2003), powstały ikony z jej wizerunkiem (http://martyrs.pstbi.ru/bin/db.exe/spc_1_foto/ans/nm/?HYZ9EJxGHoxITczUfi4fc88fdOqhuuIUfOuWfenXtuKhe8ecTc0fdOfVc8qYs8*U87SZs89jeeuWc00AcC0cvm0*t80hcC5gdO8hc0Y*). Została zrehabilitowana w 1989 r. (https://bessmertnybarak.ru/Chervyakova_Mariya_Afanasevna/)

Oboje byli niewidomi. Jak sugeruje autor wzmianki na stronie „Nieśmiertelny Barak” , zostali rozstrzelani, gdyż z aresztów pozbywano się wówczas osób niepełnosprawnych, które były ciężarem dla władz więziennych.

Którzy odeszli 2020, część druga

3 listopada. W pożegnalnym liście zamieszczonym na profilu FB napisała: „O moją śmierć oskarżam Federację Rosyjską”. Dziennikarka z Niżnego Nowogrodu Irina Sławina dokonała aktu samospalenia pod gmachem miejscowego oddziału MSW.


Naprawdę nazywała się Irina Murachtajewa, pseudonimu Sławina używała w pracy dziennikarskiej, najpierw w redakcji „Niżegorodskaja Prawda”, potem – od 2015 r. – jako redaktor naczelna internetowego opozycyjnego medium „Koza.Press”, które omawiało ważne dla regionu wydarzenia. W 2016 r. jako członek opozycyjnej partii Jabłoko startowała w wyborach do miejscowej legislatury i Dumy Państwowej.


Od 2019 r. znalazła się pod ostrzałem władz – w marcu ubiegłego roku sąd uznał ją za winną zorganizowania nielegalnego zgromadzenia (marsz pamięci Borysa Niemcowa) i skazał na grzywnę w wysokości 20 tys. rubli. Za krytyczny, zawierający wulgaryzm wpis w Facebooku o odsłonięciu w miejscowości Szachunja tablicy pamiątkowej ku czci Stalina została pozwana z powództwa miejscowej jaczejki partii komunistycznej za „brak szacunku do władzy i społeczeństwa”, sąd ukarał ją grzywną w wysokości 70 tys. rubli. Zdaniem jej współpracowników, wysokie grzywny były próbą wywarcia nacisku na Sławiną, aby zrezygnowała z działalności dziennikarskiej, i wstępem do zamknięcia „Koza.Press”. Sławina zwróciła się do Prokuratury Generalnej Rosji z prośbą o sprawdzenie, czy wypowiedź Ramzana Kadyrowa, grożącego autorom negatywnych materiałów o Czeczenii, jest zgodna z prawem. Każdy wpis Sławinej na FB i każda publikacja na „Koza.Press” były pod szczególnym nadzorem służb. Kolejną grzywnę wlepiono jej za informację o forum „Wolni ludzie”. 1 października służby przeszły do kolejnego etapu nękania dziennikarki: rewizja w domu. Jak napisała sama Sławina: przyszło dwunastu funkcjonariuszy, szukali ulotek dotyczących forum, „a może nawet ikony z Michaiłem Chodorkowskim” (inicjator forum „Wolni ludzie”).


2 października Irina Sławina dokonała aktu samospalenia.


Siergiej Miedwiediew na stronie Radia Swoboda napisał: „Rosja jest okupowana przez siłowików, którzy o szóstej rano mogą do każdego przyjść z rewizją, przewrócić dom do góry nogami i zdemolować życie – tak było z rodziną Iriny Sławinej. Rewizję przeprowadzono pod wymyślonym pretekstem: jej „Koza.Press” od dawna nie podobała się miejscowym władzom. Kafkowska ironia polegała jeszcze na tym, że siłowicy pomylili Niżny Nowogród z Nowogrodem Wielkim, gdzie faktycznie odbywały się spotkania z udziałem obserwatorów z Otwartej Rosji Chodorkowskiego – undiserable organization. Dla machiny represji to żadna różnica – czy to Niżny Nowogród czy Wielki Nowogród, najważniejsze to skopać człowieka, którego głowa wystaje nad poziomy. W warunkach totalnego braku wolności, zapaści instytucji, głuchoty władzy i społeczeństwa człowiek sięga po swoje ciało jako ostatnie dostępne narzędzie wypowiedzi […] Dla Iriny współczesna Rosja – z grzywnami, rewizjami, nieustannymi naciskami i kontrolą ze strony siłowików, uniemożliwiającą jakąkolwiek działalność – stała się więzieniem. I ona rzuciła swoje płonące ciało w twarz władzy. Jej gest rozpaczy stał się aktem wyzwolenia”.


Po śmierci dziennikarki w Niżnym Nowogrodzie powstało kilka spontanicznych memoriałów, przy których zbierali się ludzie, przynosili kwiaty, zdjęcia, zapalali znicze. Miejscowe władze początkowo zwalczały memoriały, uprzątały kwiaty itd. Potem odpuściły. W mieście ma powstać skwer imienia Iriny Sławinej. Kreml złożył członkom rodziny Sławinej kondolencje. W połowie października córka dziennikarki opublikowała w mediach społecznościowych list w imieniu całej rodziny, w którym o śmierć matki oskarżyła „osoby winne prześladowań, które ją doprowadziły do decyzji o desperackim akcie samospalenia. Samospalenie było krokiem, mającym na celu przebudzenie społeczeństwa i zwrócenie uwagi na tę niesprawiedliwość, która ma miejsce w naszym kraju”.

Którzy odeszli 2020, część pierwsza

1 listopada. W dzień wspomnień i zadumy nad losami tych, którzy byli przed nami i z nami – moje doroczne pożegnanie osób zmarłych w minionym roku w Rosji lub poza Rosją. Zostawili po sobie wspomnienia dobre i złe, ale zawsze niezwyczajne. Ich biografie związane były z historią najnowszą Rosji, a ich ślady będą długo stygły.


Zacznę od postaci Siergieja Chruszczowa (ur. 1934), syna genseka Nikity Chruszczowa. Niełatwo jest być dzieckiem przywódcy politycznego, zwłaszcza tak kontrowersyjnego jak Chruszczow, który był i najbliższym współpracownikiem Stalina, i grabarzem jego dzieła i pamięci, i zwolennikiem reform, i tradycjonalistą. Siergiej szukał własnej drogi – ukończył uczelnię techniczną, pracował nad projektowaniem rakiet w instytucie naukowym. Dobrze mu szło – dostał Nagrodę Leninowską, tytuł Bohatera Pracy Socjalistycznej i inne wyróżnienia. W branży nauk technicznych pozostał przez prawie trzydzieści lat. Aż pewnego dnia stwierdził, że jego powołaniem jest politologia. Napisał kilka książek poświęconych epoce Nikity Chruszczowa. W 1991 r. został zaproszony przez jeden z amerykańskich uniwersytetów do przedstawienia cyklu wykładów o zimnej wojnie. Stany spodobały mu się bardzo, może nawet bardziej niż ojcu, który w 1959 r. odbył słynną podróż, podczas której zgłębiał tajniki uprawy kukurydzy i szokował amerykański establishment bezpośredniością. Siergiej towarzyszył mu wtedy w objeździe USA. Teraz postanowił zamieszkać w USA na stałe. Wybrał miasto Providence, stolicę stanu Rhode Island, podjął pracę na uniwersytecie. W roku 1999 otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Zanim jednak sprawy tak pomyślnie się ułożyły, przez wiele lat w ZSRR Siergiej przeżywał rozterki – był antystalinistą i z tych pozycji redagował w drugiej połowie lat 60. wspomnienia ojca, pełne niewygodnych dla zakłamanej sowieckiej propagandy materiałów. Przemycał je na Zachód, gdzie wyszły drukiem. To nie mogło ujść płazem – KGB siedziało mu na karku aż do końca lat 80. Odnośnie przyczyn śmierci (w czerwcu br.) powstały kontrowersje: w prasie pojawiły się informacje, że Siergiej Chruszczow strzelił sobie w głowę. Wersję tę dementowała jego żona, Walentina Golenko, która utrzymywała, że mąż zmarł „ze starości”. Pogrzeb zaplanowany na jesień ma się odbyć na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie, gdzie spoczywa Nikita Chruszczow.


Zmarły w lutym Dmitrij Jazow był ostatnim mianowanym marszałkiem Związku Sowieckiego, ministrem obrony za czasów Gorbaczowa. Nie popierał pierestrojki i nowych trendów w polityce, był przeciwny zainicjowanej przez genseka polityce odprężenia oraz redukcji arsenałów jądrowych oraz reformy armii. Należał do grupy twardogłowych, którzy w sierpniu 1991 r. zawiązali GKCzP – komitet stanu wyjątkowego. Twardogłowi chcieli odsunąć od władzy Gorbaczowa i zawrócić ku świetlanej przeszłości. Po klęsce puczu Jazow wystosował do zwycięskiego Gorbaczowa posłanie, w którym posypywał sobie głowę popiołem, nazywał się „starym durniem”, który uległ namowom, nie miał pojęcia, co czyni etc. Pytany o te słowa dwadzieścia lat później powie, że nic nie pamięta. Uczestnicy puczu byli aresztowani i osadzeni w areszcie śledczym Matrosskja Tiszyna, dwa lata później wyszli na wolność, w 1994 r. zostali objęci amnestią. Można powiedzieć, że Jazow wyszedł z tej awantury ledwie draśnięty, co więcej – od 1998 r. piastował ciepłe synekurki w ministerstwie obrony: wykładał w akademii, doradzał, zasiadał w różnych ciałach, pisał memuary itp. Za stare grzechy zaczęła go natomiast ścigać Litwa. W styczniu 1991 r., gdy miały miejsce dramatyczne wydarzenia w Wilnie (demonstracje niepodległościowe stłumione przez Armię Sowiecką), Jazow był ministrem obrony i wydał rozkaz wyprowadzenia na ulice czołgów. Zginęli ludzie. Litewska prokuratura ścigała go za to, a on odpowiadał, że działania żołnierzy nie przyczyniły się do śmierci Litwinów. W obronie Jazowa w 2016 r. wystąpiła Duma Państwowa, uznając proces za polityczny, sprzeczny z normami prawa międzynarodowego; w 2019 r. Jazow został skazany na karę 10 lat pozbawienia wolności. Rosja odrzuciła ten wyrok. Zmarł w wieku 95 lat po długiej i ciężkiej chorobie, został pochowany na cmentarzu w Mytiszczach pod Moskwą.


CDN.

Covid jesienny na dwa świerszcze i dwie szczepionki

23 października. Jeszcze miesiąc tematu nie było. Ale 28 września przypadków zakażeń koronawirusem zaczęło w Rosji dość gwałtownie przybywać. Następnego dnia prezydent Putin wezwał Rosjan, aby byli gotowi do ponownych ograniczeń w razie wzrostu liczby zachorowań. Dziś zarejestrowano 17 340 nowych przypadków, w ostatnich dwóch tygodniach przyrost dobowy wynosił kilkanaście tysięcy i był wyższy od majowego szczytu zachorowań. Łącznie od początku pandemii w Rosji przeprowadzono 56 mln testów, zachorowało ok. 1,5 mln osób, zmarło ok. 25,5 tys.


Najwięcej chorych przybywa w Moskwie – dziś ponad pięć tysięcy nowych pacjentów z potwierdzonym koronawirusem, to prawie 1/3 wszystkich rosyjskich przypadków. Na ogromnym obszarze Rosji skupisk z dużą liczbą odnotowywanych zachorowań jest kilka – poza Moskwą to Petersburg, obwód moskiewski, niżnonowogrodzki, rostowski, swierdłowski. Najmniej zachorowań notuje się w Czeczenii i na Czukotce.


Według przedstawicieli rządu Rosji, 2,7% potwierdzonych przypadków to pacjenci w stanie ciężkim. Dziś minister zdrowia Michaił Muraszko obiecał Rosjanom bezpieczną, darmową i pewną szczepionkę. Kiedy? „Jak tylko zostaną uruchomione moce przerobowe przemysłu farmaceutycznego”. O „szczepionce” przeciwko Covid19 prezydent Putin mówił już w sierpniu, wyznał nawet, że zaszczepiła się jego córka. Preparat nazwano ambitnie „Sputnik – V”, opracował go Instytut im. Gamalei. Teraz rosyjskie ministerstwo zdrowia zarejestrowało drugą „szczepionkę” – z instytutu „Wektor” o skomplikowanej nazwie „EpiWakKorona”. Niebawem ma się pojawić trzecia rosyjska „szczepionka”. Piszę to słowo w cudzysłowie, gdyż te rosyjskie preparaty nie mają statusu szczepionki, nie uznaje ich za takowe Światowa Organizacja Zdrowia. Rosjanie ograniczyli się w badaniach nad szczepionkami do dwóch etapów, bez przeprowadzenia trzeciego, najważniejszego, czyli badań klinicznych. Ale propagandowe harce, mające otworzyć oczy niedowiarkom, trwają w najlepsze: przed kamerami telewizji zaszczepił się minister obrony Siergiej Szojgu, przewodniczący LDPR Władimir Żyrinowski, kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow i in. Putin mówi, że się zastanawia.


Specjalista w dziedzinie infekcji Władimir Nikiforow w wywiadzie dla agencji Rosbałt: „Zarejestrować można dowolną rzecz. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy ten preparat stanie się realną szczepionką, czy będzie chronić, czy nie będzie wywoływać efektów ubocznych. Pierwsze dwa etapy są proste, dalej zaczynają się schody. Zaszczepiono dwóch ochotników, przeżyli – to już sukces. Należy się przekonać, że odporność, którą nabywa się dzięki szczepionce, faktycznie będzie chronić przed wirusem […] Trzeba to sprawdzić na trzydziestu tysiącach pacjentów, drugie tyle zaszczepić placebo. Porównać wyniki. A potem trzeba zaszczepić miliony, w samej Moskwie mieszka co najmniej piętnaście milionów ludzi, jeśli nawet zaszczepi się 50 tysięcy, to nic nie znaczy, nic z tego nie wyniknie. Nie będziemy mieli w ciągu roku bezpiecznej i skutecznej szczepionki”.


Tyle specjalista, który się propagandzie nie kłania. Ale propaganda rządzi się własnymi prawami i nie kłania się z kolei naukowcom. Oto rosyjskie media państwowe wystąpiły z ostrą krytyką tzw. szczepionki oksfordzkiej. Pod tą nazwą rozumiany jest preparat firmy AstraZeneca, który wszedł w trzecią fazę prac, czyli badań klinicznych („Sputnik – V” został przez Putina „wystrzelony” po drugiej fazie). Według epidemiologów, szczepionka oksfordzka jest najbardziej zaawansowana i perspektywiczna.


A zatem to cel ataków dla orędowników „Sputnika – V”, groźny konkurent. Huzia na konkurenta. Brytyjska gazeta „The Times” zwróciła uwagę, że w mediach społecznościowych podniosła się fala heheszków na temat szczepionki oksfordzkiej. Po przeanalizowaniu tych memów, kpinek i wrzutek autorzy materiału doszli do wniosku, że to dobrze zorganizowana kampania mająca na celu zdyskredytowanie wysiłku brytyjskich uczonych pracujących na szczepionką oksfordzką (https://www.thetimes.co.uk/article/russians-spread-fake-news-over-oxford-coronavirus-vaccine-2nzpk8vrq). Jak pisze Andriej Ostalski, brytyjskie media podejrzewają Rosję o nieuczciwą konkurencję, ta kampania dyskredytacji oksfordzkiej szczepionki ma dotrzeć przede wszystkim do Brazylii, Indii i kilku innych państw, gdzie Moskwa chce sprzedać swój „Sputnik – V”. Minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii nazwał wysiłki Rosji „ubogim przykładem dezinformacji”, ale przecież „wiemy, że Rosja stosuje dezinformację jako narzędzie polityki zagranicznej”. Nie dziwi nic. Przewrotną puentą tego wątku niech będzie przypadek kuma Władimira Putina, ukraińskiego polityka Wiktora Medwedczuka, który po starej znajomości został zaszczepiony rosyjską „szczepionką”. A na dniach okazało się, że zaraził się koronawirusem.


Rozpisałam się dziś o szczepionce czy „szczepionce”, a pozostał nietknięty cały obszar wydarzeń bieżących dotyczących epidemii w Rosji i politycznych aspektów tego zagadnienia. Będzie więc część druga „Covidowego koncertu jesiennego”. Niebawem.