Archiwum kategorii: Bez kategorii

Nawalny. Toksyna polityczna

21 sierpnia. To się dzieje na naszych oczach. Najważniejszy, najaktywniejszy i najskuteczniejszy opozycyjny polityk Rosji Aleksiej Nawalny walczy w szpitalu o życie. Leciał z Tomska do Moskwy, na lotnisku wypił herbatę, a na pokładzie samolotu poczuł się źle, stracił przytomność. Samolot wylądował awaryjnie w Omsku, nieprzytomny Nawalny karetką został przewieziony na oddział intensywnej terapii. Od wczoraj znajduje się w śpiączce, podłączony do respiratora, w stanie ciężkim, stabilnym – tak mówią lekarze. A nad jego głową toczy się bój o jego życie. I Rosję.
Po otrzymaniu wiadomości o incydencie do Omska pospieszyli żona i bliscy współpracownicy Nawalnego z Fundacji Walki z Korupcją. W chwili, gdy piszę te słowa, nadal nie zostali dopuszczeni do Nawalnego. Pod różnymi pretekstami: że jest w stanie ciężkim, nie wyraził zgody (skoro jest nieprzytomny…), przebywanie w jego pobliżu jest niebezpieczne. W korytarzu szpitala siedzi kilku gości o nieprzeniknionych obliczach, blokują przejście.

Od wczesnych godzin rannych na lotnisku w Omsku stoi w gotowości niemiecki samolot. Przyleciał po Nawalnego, aby zabrać go do kliniki Charite w Berlinie (niedawno leczono tam z tajemniczego otrucia jednego z liderów grupy Pussy Riot, Piotra Wierziłowa. I skutecznie wyleczono). Trwa ping pong pomiędzy sztabem Nawalnego a Kremlem. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow twierdzi, że Kreml nie otrzymał prośby o pomoc w wywiezieniu pacjenta za granicę, podczas gdy współpracownicy opozycjoniści podają, że z takim wnioskiem wystąpili. Lekarze w Omsku, którzy jeszcze rano przygotowywali niezbędne dokumenty do wysłania Aleksieja za granicę, w pewnym momencie zaniechali czynności i zaczęli powtarzać, że stan pacjenta nie daje przesłanek do transportu.

Tymczasem czas nagli.

Lekarze z omskiego szpitala wiją się jak piskorze. Dyrektor szpitala godzinę temu oświadczył, że powodem złego stanu Nawalnego stały się zaburzenia metabolizmu i nagły spadek poziomu cukru we krwi.

Gdy wieść o ciężkim stanie Nawalnego rozeszła się po świecie, media społecznościowe i wielu komentatorów od razu postawiło diagnozę: otruty. Ludzie kremlowscy (dziennikarze, komentatorzy, politycy na usługach) wrzucali inne wersje: że poprzedniego dnia Nawalny zabalował, popił, nafaszerował się lekami albo narkotykami. No i tak – organizm się zbuntował, sam jest sobie winien. Wersji publiczność nie kupiła. Ani krajowa, ani zagraniczna. Zaniepokojenie stanem zdrowia i przeciągającymi się targami o możliwość wywiezienia Nawalnego do niemieckiego szpitala wyraziła kanclerz Angela Merkel.

Przebywający od lat na emigracji opozycyjny działacz, socjolog (prywatnie – kuzyn Borysa Niemcowa) Igor Ejdman napisał: „Służby specjalne dawno by już pozbyły się Nawalnego, ale Kreml nie chciał zrobić z niego męczennika i miał nadzieję, że zniszczą go politycznie: zdyskredytują, umoczą. Sytuacja na Białorusi najwidoczniej zmusiła ich do podjęcia zdecydowanych kroków. Postawiła bowiem przed rosyjskimi władzami pytanie: „jak nie dopuścić w Rosji do wydarzeń, podobnych do białoruskich?”. Otrucie Nawalnego było punktem pierwszym na liście odpowiedzi na białoruskie wyzwanie. Jak w przypadku zabójstwa Niemcowa, decyzja o wyeliminowaniu Nawalnego mogła być podjęta wyłącznie na najwyższym szczeblu, a zatem osobiście przez Putina. Nikt by się na to nie odważył bez jego zgody”.

Bardzo śmiała teza, którą oczywiście wszyscy ludzie kremlowscy dementują.

Na koniec tego pospiesznie pisanego odcinka przypomnę jeszcze tylko, że Nawalny latem ubiegłego roku, gdy odsiadywał karę 30 dni aresztu, najprawdopodobniej był otruty. Wtedy opuchliznę zdiagnozowano jako alergię.

Kreml patrzy na Białoruś

12 sierpnia. Minęło kilka dni od głosowania, które wstrząsnęło Białorusią. Centralna Komisja Wyborcza podała wzięte z kosmosu wyniki „wyborów prezydenckich”: prezydent Alaksandr Łukaszenka miał wedle tego sabatu otrzymać 80%, a jego główna rywalka Swiatłana Cichanouska – niecałe 10%. Przeciwko jawnej falsyfikacji wyszli na ulice protestować mieszkańcy wielkich i małych miast, a nawet wsi. Skala protestów jest – jak na spokojną na ogół Białoruś – bardzo duża. Przeciwko demonstrantom Łukaszenka wystawił uzbrojone po zęby oddziały milicji i prewencji. Brutalność interwencji jest niebywała.

Rosyjscy politycy z olimpijskim spokojem przyglądają się dramatycznym wydarzeniom na ulicach białoruskich miast. Władimir Putin – zaraz po chińskim przywódcy – pospieszył z gratulacjami dla Łukaszenki. Oddzielne gratulacje złożył patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl. A zatem Kreml uznał ewidentnie „narysowaną” fałszerstwami legitymację władzy uzurpatora. „To uzurpator, ale nasz uzurpator”. Uzurpatorowi zapewne przyjdzie zapłacić słono za to braterskie poparcie Kremla. Czy cena została ustalona przed 9 sierpnia czy bracia uzurpatorzy dopiero będą się targować?

Aleksandr Skobow (Grani.ru) tak to skomentował: „Zachowanie systemu, w którym władza może przypisać sobie dowolne wyniki głosowania, a społeczeństwo nie ma sposobu, aby te wyniki podważyć, jest dla putinowskiego Kremla sprawą zasadniczą. To fundament postsowieckiego autorytaryzmu na jego obecnym etapie rozwoju – gdy system stracił długo utrzymującą się lojalność większości społeczeństwa, zarówno na Białorusi, jak i w Rosji”.

Łukaszenka gra va banque, chce zademonstrować, że jest w stanie utrzymać swoją władzę – ma siły i środki, aby stłumić niezadowolenie społeczne. Choćby stosując zamordystyczne metody, poniżające godność ludzi. Na dobrej opinii już mu nie zależy, już wie, że to niemożliwe. A Putin? Putin przegląda się w tym zwierciadle. I pokazuje swojemu społeczeństwu, że na tym tle wygląda na naprawdę dobrego cara. Aż tak (podkreślam: aż tak) ludzi nie tłucze. A w Chabarowsku to nawet nie rozgania trwających od ponad miesiąca demonstracji (choć od dwóch dni hasłem przewodnim tamtejszych protestów jest solidarność z Białorusią). Lecz gdyby przyszło co do czego…

Gdy ogląda się rosyjską telewizję państwową, można odnieść wrażenie, że na Białorusi nic takiego się nie dzieje. Ot, były wybory. Najważniejszy wyborca wygrał, zdobył przekonującą liczbę głosów. A że ludzie wyszli na ulicę? No, wyszli. Niektórym zwycięstwo Alaksandra Ryhorycza się nie podoba, to wyszli protestować. Zawodowa gadająca głowa politolog Siergiej Markow dostrzegł w wystąpieniach rękę Litwy i Polski. Jego zdaniem to w ościennych krajach powstały plany podważenia wyników wyborów i wręcz obalenia Łukaszenki. Ale w rosyjskiej przestrzeni medialnej zdarzają się też wypowiedzi krytykujące Łukaszenkę. Koniec jego niesławnych rządów odtrąbił np. Władimir Żyrinowski. Natomiast Konstantin Zatulin, polityk zasłużony na odcinku integracji z państwami postsowieckimi, oznajmił z kwaśną miną: „Łukaszenka przebrał miarę. Nie chcemy żadnego podziału ani „majdanu” na Białorusi. Problem polega na tym, że Łukaszenka jest nieprzewidywalny, jeśli chodzi o obronę władzy”.

Ten wielogłos może świadczyć o tym, że Rosja szykuje się na różne warianty rozwoju sytuacji. Może jeszcze kilka dni temu obawiała się, że Łukaszenka upadnie. Ale dziś już zapewne uważa, że sytuacja jest i pozostanie pod kontrolą zamordysty, który wbił zęby w fotel prezydencki i nie zamierza rozewrzeć szczęk, będzie trzymał do upadłego. Bo jak będzie trzymał, to do Europy nie pójdzie, nikt go tam nie wpuści. I będzie musiał kłaniać się Moskwie. I o to chodzi.
Jest jeszcze jedna grupa, która krytykuje Łukaszenkę i jego siłowe metody. To dziennikarze rosyjscy – i to zarówno mediów niezależnych, jak i państwowych. Protestują przeciwko zatrzymaniom kolegów relacjonujących wydarzenia na Białorusi, pobiciom, niszczeniu sprzętu, domagają się poszanowania dla nich i ich pracy, a przede wszystkim uwolnienia.

A Swiatłana Cichanouska? Jak na nią patrzą? Oficjalnego stanowiska w sprawie jej oświadczenia, złożonego pod lufą pistoletu i wyjazdu na Litwę Kreml nie wydał. Władimir Pastuchow, politolog wykładający na brytyjskiej uczelni, napisał, że szantażując i wypychając z Białorusi Cichanouską, Łukaszenka stał się enfant terrible cywilizowanego świata. „Podniósł rękę na matkę i tym samym postawił się poza wszelkimi granicami”, stał się gangsterem, gorszym od Pinocheta czy [seryjnego zabójcy] Czikatiły.

Obraz tygodnia

8 sierpnia. W „Tygodniku Powszechnym” jest stała rubryka otwierająca numer: „Obraz tygodnia”. Wyjątkowo skorzystam z tej formuły, bo w minionym tygodniu miało miejsce kilka ważnych wydarzeń i kilka ważnych „ciągów dalszych” wydarzeń już na blogu opisywanych. Zbiorę je w jeden wpis.

Zacznę od zakończonego procesu członków organizacji Nowa Potęga (Новое Величье). Pisałam o tej sprawie w październiku 2019: „Nowa Potęga jest prowokacją służb specjalnych (niejaki Rusłan D., który nawiązywał kontakty z młodymi ludźmi w celu wymiany poglądów na tematy polityczne, był prawdopodobnie podstawionym prowokatorem FSB; w sprawę zaangażowani byli również inni prowokatorzy)”. Sprawa została uszyta bardzo grubymi nićmi. Wyroki wydano na podstawie zeznań prowokatora, zeznań oskarżonych sąd nie wziął pod uwagę. W czasie śledztwa figuranci byli poddawani torturom. Oczywiście żaden z funkcjonariuszy nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Grupa młodych ludzi została oskarżona i skazana z artykułu 282 kk – utworzenie organizacji ekstremistycznej (w celu wywołania niepokojów społecznych i obalenia ustroju). Wyroki zapadły wysokie: Rusłan Kostylenkow został skazany na karę siedmiu lat kolonii karnej, Piotr Karamzin – 6,5 roku, Wiaczesław Kriukow – sześć. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki w zawieszeniu, w tym Anna Pawlikowa – skazana została na cztery lata w zawieszeniu. To ona była wzruszającą panną młodą, o której pisałam w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/10/18/opozycyjna-love-story-kremlowska-hate-story/ Była zatrzymana i przetrzymywana w areszcie śledczym jeszcze przed ukończeniem osiemnastu lat.

Leonid Smirnow na stronie Rosbalt.ru pisze: „Ci ludzie nikogo nie zabili, nie stosowali przemocy. Krytykowali władze, być może szykowali się, by z nią walczyć. Ale najmocniej do tej walki przygotowywał się ten, który na ławie oskarżonych nie zasiadł. Był w procesie świadkiem. Ci, którzy mieli okazję bliżej przyjrzeć się śledztwu, twierdzą, że to prowokator, bez którego nic by nie było”.

Większość obserwatorów jest zdania, że proces Nowej Potęgi jest symbolicznym przekroczeniem przez rosyjski wymiar sprawiedliwości kolejnej cienkiej czerwonej linii: oto skazano ludzi za nic, bez materiałów dowodowych, na podstawie zeznań wątpliwego świadka, który był prowokatorem Ochrany, tzn. KGB. Co ciekawe, po Rusłanie D., który był inicjatorem, prowokatorem, donosicielem, wreszcie świadkiem, wszelki ślad zaginął. (O domniemanym prowokatorze można przeczytać na stronie Grani.ru https://graniru.org/Politics/Russia/FSB/m.277071.html).

*
Chabarowsk. Dziś odbył się 29. marsz sprzeciwu mieszkańców miasta. To znaczy że od dwudziestu dziewięciu dni dzień w dzień w mieście nieodmiennie odbywają się protesty, gromadzące tysiące, a nawet kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Do głoszonych od początku akcji haseł: uczciwego procesu gubernatora Siergieja Furgała i to przeprowadzonego tu, na miejscu, w Chabarowsku, a nie w Moskwie, dochodzą stopniowo nowe, niektóre mocne. Już na początku pobrzmiewało niezadowolenie z działań wieczystego lokatora Kremla, z biegiem dni hasła antyputinowskie stawały się coraz bardziej radykalne. Teraz ludzie krzyczą: „Precz z carem!”, „Putin to złodziej!”. Domagają się też lustracji członków władz. Nadal za grosz nie wierzą przysłanemu z błogosławieństwa Władimira Żyrinowskiego, nowemu p.o. gubernatorowi Michaiłowi Diegtiariowowi. Diegtiariow zachowuje się tak, jak gdyby w mieście nic się nie działo. Odrzuca propozycje wyjścia na plac do protestujących, podjęcia rozmów itd. Kreml też nic po sobie nie pokazuje, czeka. Za mniej więcej miesiąc mają się odbyć wybory regionalne. Władze ewidentnie liczą na to, że protest do tego czasu wygaśnie. Demonstracje nie są rozpędzane. Policja reaguje punktowo, zatrzymując niektórych uczestników według nieznanego klucza. A miasto nadal huczy i mówi, że nie odpuści.

*
Chłopcy „wagnerowcy” i ich tajemnicze zatrzymanie na Białorusi w przeddzień wyborów prezydenckich (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/31/wagnerowcy-z-wizyta-przyjazni-u-lukaszenki/). Dużo piany wokół tej sprawy ubito, wiele domysłów wysunięto: czy to gra Łukaszenki przeciwko Kremlowi, czy to gra Kremla, aby pomóc Łukaszence w trudnej dla niego sytuacji przedwyborczej? Wszystkie wersje były równie dobre, jak i wątpliwe. Wreszcie rosyjskie media odpaliły wersję, która położyła kres domysłom. Uwaga, światło przygasa, miarowe bicie werbli nasila się, napięcie rośnie. Rosyjska telewizja w programie Wiesti, a za nią i inne rosyjskie media, poinformowała o sensacyjnych, jak mówi, wynikach dziennikarskiego śledztwa. Otóż, to w Kijowie wymyślono scenariusz z wagnerowcami wysłanymi na Białoruś, aby poróżnić Moskwę i Mińsk. Akcję koordynowała Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Ale czujne organy wykryły rzecz całą. Teraz Mińsk i Moskwa znowu mogą się w najlepsze przyjaźnić, buzi, goździk, graba. Burza przeszła bokiem. A teraz huzia pospołu na banderowców. Co za kiepski teatr. Jak mawiał mistrz Stanisławski: „nie wierzę”. Sprawy przecież nie wyjaśniono, wrzucono tylko ustaloną wersję. Co z tego, że zewsząd sterczą wielkie nosy Pinokia? Show trwa nadal. Łukaszenka szykuje się do kolejnej kadencji. Co zrobi ze społecznym niezadowoleniem? Sfałszuje wybory? Spałuje niezadowolonych? Zapewne niestety tak. Ale co dalej?

Jutro będzie na Białorusi bardzo nerwowa niedziela.

Wagnerowcy z wizytą przyjaźni u Łukaszenki

31 lipca. Od trzech dni białoruskie służby bezpieczeństwa przesłuchują 33 Rosjan, których zatrzymano w sanatorium „Biełorusoczka” pod niesprecyzowanym zarzutem destabilizacji sytuacji przed wyborami lub nawet przygotowania aktów terroru. Sytuacja na Białorusi przed wyborami przypomina mrowisko polane wrzątkiem: dzieją się rzeczy niespodziewane i dynamiczne.

Prezydent Łukaszenka nadal chce być prezydentem (rządzi Białorusią od 1994 r.), tymczasem z dnia na dzień coraz bardziej widać przejawy niezadowolenia społecznego i wzrost poparcia dla kontrkandydatów. Na spotkaniach wyborczych sympatycznej nauczycielki angielskiego Swiatłany Cichanouskiej zbiera się po kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Swiatłana startuje w wyborach w zastępstwie zapuszkowanego męża, znanego blogera, krytykującego Łukaszenkę. Siarhiej Cichanouski sam chciał wystartować, ale Łukaszenka uznał jego udział za zbyt ryzykowny i prewencyjnie go wyeliminował z gry. Każde spotkanie kończy się odśpiewaniem „Murów” Jacka Kaczmarskiego, widać moc w tych zgromadzeniach. Jak w tej sytuacji Łukaszenka ma zachować zimną krew? A tu jeszcze z podejrzaną wizytą zawitali „wagnerowcy” (daję tu cudzysłów, bo wcale nie wiadomo, kim są ci ludzie, choć ich personalia są znane: https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/30/86449-kak-batka-vzvod-vagnerovtsev-v-plen-vzyal?utm_source=refer; przyjemna gromadka). Co czynić? Z czym to jeść?

Łukaszenka jest bliski paniki i denerwuje się coraz bardziej. Gotów zastosować rozwiązanie siłowe, gdyby jego rachuby na kolejną kadencję zawiodły, mimo mobilizacji OMON-u i kontroli nad procesem wyborczym. Z Rosją od dawna się nie dogaduje, ze sznurka, którym związane są oba państwa, wystają brzydkie pakuły. Pole manewru Łukaszenki, który stroi się w szaty obrońcy białoruskiej niepodległości, zawęża się. A Rosja czeka, by ta niepodległość spadła jej jak gruszka do fartuszka. Czeka przygotowana na kilka możliwych wariantów rozwoju sytuacji. Łukaszenka nie jest wymarzonym partnerem, ale Moskwa go akceptuje i wydaje się, że akceptuje pozostawienie go na stolcu, mimo pewnych niedogodności z tego wynikających. Są jednak w tej grze i w tej sytuacji z „wagnerowcami” pewne istotne niuanse i wiele znaków zapytania.

I o tym pisał na FB m.in. rosyjski socjolog mieszkający w Berlinie Igor Ejdman: „Kreml może spróbować wykorzystać wybory prezydenckie na Białorusi, aby zrealizować od dawna zamierzony Anschluss tej republiki. Putinowscy czekiści pracują wedle schematów stosowanych w światku kryminalnym lat 90. Najpierw klientowi „robi się problemy”, a potem proponuje mu się opiekę (kryszę) na warunkach polegających na ustanowieniu kontroli nad jego biznesem. Właśnie taki schemat realizowany jest wobec Łukaszenki. […] Operacja obliczona jest na to, że Łukaszenka w obliczu realnej możliwości utraty władzy poleci do Putina i poprosi go o pomoc. Warunkiem uratowania Łuki będzie Anschluss, od którego Łuka już nie zdoła się wykręcić.

Skoro kijowski Majdan rosyjskie władze wykorzystały jako pretekst do aneksji Krymu, to miński może stać się powodem podjęcia próby zawłaszczenia Białorusi.

Ale putinowskiemu reżimowi nie tak łatwo będzie zeżreć Białoruś – udławi się. Białoruska opozycja postępuje prawidłowo, próbując wykorzystać unikatową szansę odsunięcia Łukaszenki. Jeżeli on utrzyma się u władzy, to wcześniej czy później – choćby się opierał – będzie zmuszony oddać białoruską niepodległość. Tylko demokratyczne, zorientowane na Europę władze białoruskie mogą zagwarantować Białorusi status niepodległego państwa”. I dalej: „Rosyjskie władze celowo przekazują mediom wersję, że zatrzymani wagnerowcy (czytaj: funkcjonariusze GRU) byli jedynie „pasażerami tranzytowymi” w drodze do Afryki. Ostatnie wątpliwości co do tego, że to wrzutka informacyjna, odpadły po tym, jak tę wersję uwierzytelnił Prilepin [Zachar Prilepin – w przeszłości nieźle zapowiadający się pisarz, od kilku lat – major sił donieckich separatystów]. Prilepin zapewnił, że rozpoznał wśród zatrzymanych swoich byłych podwładnych z [donieckiego] batalionu. Prilepin często jest wykorzystywany do uwierzytelniania takich informacji, kiedy służby specjalne potrzebują potwierdzenia swojej wersji. A to świadczy o tym, że jest dokładnie odwrotnie [tzn. że nie ma wśród zatrzymanych żadnych „donieckich”, a są funkcjonariusze GRU, szykujący prowokację].

[…] Łukaszenka próbuje wykręcić się od narzucanej przez Kreml opieki [kryszy] i chce się społeczeństwu zaprezentować jako obrońca niepodległości. Ale znalazł się w pułapce. Sytuacja rozwija się tak, że nie uda mu się utrzymać władzy bez pomocy Rosji. A Rosja okaże pomoc wyłącznie za zgodę na Anschluss. Choćby nie wiem jak Łukaszenka się prężył, to właśnie on stanowi największe zagrożenie dla niepodległości kraju. Jeśli Łukaszenka stanie przed wyborem: oddać władzę opozycji i trafić do więzienia albo zostać urzędnikiem Putina – zapewne wybierze to drugie”.

To dywagacje, przypuszczenia i prognozy. Obserwatorzy zadają wiele pytań, na które na razie brak odpowiedzi. Np. skąd się wzięli w białoruskim sanatorium ubrani w przypominające mundury wdzianka Rosjanie, którzy mają za sobą militarną przeszłość? Czemu strona białoruska twierdzi, że tak naprawdę Rosja wysłała w niecnych celach nawet dwustu najemników? Jakie zadania mają do wykonania w przeddzień wyborów rosyjskie psy wojny w kraju związkowym? Czemu Łukaszenka tak się zabulgotał i poszedł taranem, na dodatek odgrażając się, że dobije targu z Ukrainą, która chce wydania tych „wagnerowców”, walczących niegdyś w Donbasie? Dlaczego oficjalna wersja przedstawiana przez białoruskie KGB ma tyle luk? I jeszcze w trybie żartobliwym: czy Janukowycz już znalazł koledze z Białorusi mały biały domek w Rostowie nad Donem na wypadek ucieczki z kraju?

Można zadać jeszcze wiele innych ciekawych pytań.

Wróćmy z obłoku domysłów na ziemię. Jak w realu zareagowała Moskwa? Początkowo reakcja była spokojna, zrównoważona, dociekliwa. Ambasador Rosji w Mińsku mówił, że zatrzymani to nie wagnerowcy, a pracownicy prywatnej firmy ochroniarskiej (nie militarnej), którzy podróżowali przez Białoruś do Stambułu (okrężną drogą z uwagi na Covid-19). Sekretarz prasowy Kremla oceniał, że zatrzymanie Rosjan to nie jest postępowanie godne partnerów. MSZ Rosji zganił Białoruś: to, co uczyniono tym trzydziestu trzem, nie wytrzymuje krytyki. Jak na rosyjskie standardy (a zwykle to bardzo ostra reakcja, przynajmniej werbalna) to nietypowo stateczne zachowanie. Dziś już było nieco ostrzej, ale nadal umiarkowanie. Władimir Putin zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa i powiedział, że liczy na jak najszybsze uwolnienie Rosjan. Rosja wprowadziła po swojej stronie granicy wzmożone kontrole, przez co kolejka ciężarówek w ciągu kilku godzin niepomiernie się wydłużyła. MSZ Białorusi wystosował notę, domagając się odblokowania granicy.

Ostatni weekend przedwyborczy będzie na Białorusi gorący.

Chabarowsk karmi gołębie

25 lipca. Od dwóch tygodni Chabarowsk protestuje. Dziś od rana kolejny wielki wiec pod siedzibą władz. Ludzie zbierają się na głównym placu miasta, aby – jak mówią – karmić gołębie. Akcje w obronie aresztowanego gubernatora Kraju Chabarowskiego Siergieja Furgała są spontaniczne i nie mają oficjalnej zgody władz na przeprowadzenie zgromadzenia. Mieszkańcy wymyślili więc, że będą się zbierali, aby dokarmiać ptactwo. Tego nikt im zabronić nie może.

Kilka dni temu Putin przysłał do Chabarowska Michaiła Diegtiariowa, nowego p.o. gubernatora, deputowanego Dumy Państwowej z ramienia LDPR Żyrinowskiego (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/21/chabarowsk-coraz-dalej-od-moskwy/).

Diegtiariow nie zdobył się dotąd na dialog z protestującymi. Wydukał kilka okrągłych zdań do kamery miejscowych mediów o chęci pracy na rzecz obywateli, porządku, o gotowości załatwiania najpilniejszych spraw takich jak zaopatrzenie Kraju Chabarowskiego na zimę czy zwalczanie Covid-19. Na pytanie, czy zamierza być na placu podczas sobotnich demonstracji, odparł, że ma ważniejsze sprawy na głowie: musi objechać Kraj Chabarowski, odwiedzić inne ośrodki miejskie i przemysłowe, zapoznać się z regionem. Protestujący generalnie go nie interesują. Dla potwierdzenia dobrej formy fizycznej podciągnął się też na drabince. Wiwatom nie było końca (https://twitter.com/navalny/status/1286552204716003330).
„Nowaja Gazieta” w obszernym materiale opisała powiązania aresztowanego Siergieja Furgała, jego biznes i niewyjaśnione zabójstwa chabarowskich biznesmenów, które teraz „szyją” mu organy śledcze (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/23/86375-zhest). Dziennikarze gazety opisują m.in. sprawy, które mogły mieć wpływ na to, że Furgał podpadł układowi.

Wątek o biznesowym charakterze przyczyn wysadzenia Furgała z siodła opisała, również na łamach „Nowej Gaziety”, Julia Łatynina (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/21/86350-arest-furgala-naznachenie-degtyareva): „W 2017 roku 50 procent przedsiębiorstwa Furgała Amurstal przechodzi do niejakiego Pawła Balskiego, osoby związanej z braćmi Rotenbergami [biznesmeni z najbliższego kręgu Putina]. Pozostałe 50 procent mieli Furgał (po tym, jak został gubernatorem – jego żona) i jego partner Mistriukow. Po zwycięstwie Furgał w wyborach pono dostał propozycję nie do odrzucenia – naruszyłeś układ, nie wycofałeś się z wyborów, to teraz oddaj akcje. Strony nie osiągają porozumienia co do ceny akcji, w listopadzie 2019 r. Mistriukow zostaje zaaresztowany. Składa zeznania obciążające Furgała i sprzedaje swój pakiet Balskiemu”. Należy rozumieć, że Furgał nadal nie chciał pozbyć się akcji. Dlaczego Amurstal stał się takim łakomym kąskiem? Łatynina docieka: „Planowana jest budowa mostu na Sachalin, to jeszcze bardziej złoty interes niż Krymski Most. Amurstal to logiczny i najtańszy dostawca”.

To próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego? Teraz jeszcze wisi w powietrzu pytanie: co dalej? Kreml nadal udaje, że nie widzi demonstracji w Chabarowsku. W krótkich wzmiankach, jakie pojawiają się w centralnych mediach, bagatelizuje się rozmiary protestów. Linia propagandowa jest taka, że do Chabarowska zjechali się zagraniczni blogerzy i jątrzą. Bardzo to słabe i niewiarygodne. Diegtiariow na razie skupił się na unikach.

Tymczasem Chabarowsk znowu maszeruje, by nakarmić gołębie (https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1286958782392815617).

Chabarowsk – coraz dalej od Moskwy

21 lipca. Od dziesięciu dni w Chabarowsku odbywają się masowe demonstracje, na które przychodzi nawet po kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Fala niezadowolenia wezbrała po tym, jak został aresztowany gubernator Kraju Chabarowskiego Siergiej Furgał (z ramienia LDPR) pod zarzutem współudziału w zabójstwach biznesmenów piętnaście lat temu. Mieszkańcy wystąpili w obronie gubernatora, którego wybrali w 2018 r. dużą większością głosów. Bronili swojego prawa wyboru, odrzucali nakazy Moskwy, z czasem pojawiły się ostre hasła antyputinowskie, antykremlowskie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/12/chabarowsk-lipiec-2020/). Postulaty w czasie protestów formułowano ogólne i szczegółowe. Ogólne były przeciwko władzy centralnej, szczegółowe polegały na domaganiu się o uczciwy proces dla Furgała na miejscu, w Chabarowsku, nie w Moskwie.

Wczoraj wieczorem, gdy Chabarowsk już spał, obudził się prezydent Putin. Podpisał dekret o odwołaniu aresztowanego Furgała i wyznaczył pełniącego obowiązki gubernatora – Michaiła Diegtiariowa (LDPR). Nowy p.o. gubernator przybył dziś do Chabarowska i od razu natknął się na protest mieszkańców.

Kreml zastosował następującą taktykę: przez tydzień z uporem godnym lepszej sprawy nie zauważał protestów w Chabarowsku. Centralne telewizje nie informowały o tym, że ludzie wyszli na ulice miast na Dalekim Wschodzie (poza Chabarowskiem protestowały też Komsomolsk nad Amurem i Władywostok). Poza Żyrinowskim, który wrzeszczał w Dumie, że za aresztowanie Furgała urządzi bunt w parlamencie i poza nim, nikt z wierchuszki się nie wypowiadał. Na ekranie cicho sza i na Kremlu cicho sza. Za kulisami trwały narady. Żyrinowski w międzyczasie się uspokoił, bo otrzymał zapewnienie, że fotel gubernatora pozostanie w gestii jego partii. Już Furgała nie bronił, wyrzekł się go.

Na telewizyjnym ekranie pojawił się dziś natomiast Putin. Siedział w gabinecie przy biurku, na tle flagi i czule przemówił do nominanta Diegtiariowa, że mu życzy jak najlepiej. Prezydent nie wykorzystał tej okazji, aby przemówić do protestujących w Chabarowsku, wyjaśnić, jakie motywy kierowały nim przy wyborze kandydata na p.o. gubernatora, poprosić dla niego o wsparcie w trudnym momencie. Nic, ani słowa. Według dobrze poinformowanych kremlowskich wróbli, Diegtiariowa lobbował sam Żyrinowski. To ulubieniec wodzusia LDPR od lat. Diegtiariow zasiada w Dumie Państwowej. Jak wylicza Radio Swoboda, wsławił się kilkoma inicjatywami od czapy: chciał zakazać używania dolarów w Rosji (obywatele mieli do wyznaczonego terminu wymienić wszystkie zasoby walutowe na ruble i zapomnieć o „zielonych” na zawsze), pomalować Kreml na biało, postawić przed sądem Gorbaczowa za rozpad ZSRR, wprowadzić jednolite stroje i rozmiary bród dla Dziadka Mroza, chciał zakazu honorowego oddawania krwi przez gejów, domagał się wprowadzenia dla moskwiczek dodatkowych dni wolnych od pracy, aby mogły spokojnie w domu przeczekać „krytyczne dni”. Nie wygląda to na dobrą rekomendację do kierowania wielkim regionem (terytorium Kraju Chabarowskiego równa się mniej więcej terytorium Francji). Dziś w mediach społecznościowych, głównie na Twitterze, trwał festiwal zdjęć przedstawiających Diegtiariowa z Żyrinowskim w saunie: „Oto droga awansu” – komentowali ubawieni twitterowicze (https://twitter.com/labuszewska/status/1285223381772767232?s=20).

Czy wysyłanie do zbuntowanego regionu niepoważnego polityka to dobra taktyka? „On [Putin] myśli, że wszystko rozejdzie się po kościach, dlatego że te protesty to dzieło ekipy Siergieja Furgała. Putin myśli, że ludzie nie mogą bezpłatnie i dobrowolnie wyjść na ulicę. Jeśli są jakieś masowe akcje, to znaczy, że ktoś za nie zapłacił. […] Putin już od dawna żyje w oderwaniu od rzeczywistości, on w samoizolacji przebywa od dawna. Nie uważa, że w Chabarowsku dzieje się coś ekstraordynaryjnego, co zmusiłoby go do kardynalnej zmiany politycznej logiki. A ta logika jest taka: żadnych ustępstw wobec tych, którzy naciskają” – mówi kremlinolog Stanisław Biełkowski.

Petersburski politolog Dmitrij Trawin uzupełnia: „Nominując Diegtiariowa Putin pokazał, że LDPR jest w takim samym stopniu partią prokremlowską jak Jedna Rosja. W ostatnim tygodniu wielokrotnie padały stwierdzenia, że Furgał jest przedstawicielem opozycji. Nie, to nieprawda. Furgał dostał po uszach, bo w przeciwieństwie do Żyrinowskiego nie potrafił dogadać się z Kremlem i siłowikami o zasadach gry (na razie niejasne jest, dlaczego). A LDPR nie jest opozycją, a częścią wielkiej partii władzy, do której należą i Jedna Rosja, i komuniści, i Sprawiedliwa Rosja”.
Ci, którzy wychodzą na ulice, nie dokonują takiej precyzyjnej analizy sytuacji politycznej w kraju i układów na górze. Na ulicy rządzą emocje. Mieszkańcy Chabarowska uznali, przywiezienie im w teczce ulubieńca Żyrika z sauny to dla nich kamień obrazy.

Diegtiariow po wylądowaniu na lotnisku dał krótką wypowiedź dla mediów: zamierza walczyć z Covid-19, bo sytuacja jest w regionie poważna. Miała się odbyć konferencja prasowa z nowym p.o. gubernatorem, ale w ostatniej chwili ją odwołano. Pod siedzibą miejscowych władz zebrał się wiec. Ludzie byli rozwścieczeni, uznali decyzję Putina za potwarz, spisali rezolucję, że Putin stracił ich zaufanie, więc powinien odejść. „Pakuj walizki” – krzyczeli za oddalającą się limuzyną Diegtiariowa, który nie znalazł w sobie odwagi, aby stanąć na placu i przemówić do ludzi. Teraz, gdy piszę te słowa, w Chabarowsku jest noc. Co przyniesie kolejny dzień?

Czeski szpieg w Roskosmosie

15 lipca. Rosjanie zwykli mówić, że istnieją trzy wieczne pytania, zaklęte w tytułach utworów popularnych XIX-wiecznych pisarzy: Co robić? (Mikołaj Czernyszewski), Kto winien? (Aleksander Hercen) i Za co? (Lew Tołstoj). Odpowiedzi na trzecie z tych pytań szuka teraz intensywnie wraz z Iwanem Safronowem rosyjska dziennikarska brać. Za co został aresztowany i na jakiej podstawie postawiono mu zarzut zdrady państwa?

Zadajmy jeszcze dwa pytania: Kim jest Iwan Safronow i dlaczego jego sprawa od kilku dni zajmuje czołówki rosyjskich gazet i wywołuje wielkie emocje w środowisku mediów?
Iwan Safronow ma 30 lat. Ukończył prestiżową Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Moskwie. W wieku dwudziestu lat zaczął pracować w gazecie „Kommiersant”. Zajął miejsce swojego ojca, Iwana Safronowa seniora. Senior był emerytowanym wojskowym, w pracy dziennikarskiej zajmował się rosyjską zbrojeniówką. Jak twierdzą współpracujący z nim dziennikarze, w 2007 r. napisał mocny artykuł o nielegalnej sprzedaży rosyjskiej broni (rakiet) do objętego sankcjami międzynarodowymi Iranu za pośrednictwem Białorusi. Przed planowaną publikacją w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z okna klatki schodowej swego domu. Materiał się nie ukazał. Rodzina i przyjaciele kategorycznie wykluczyli samobójstwo. Śledztwo w sprawie okoliczności śmierci wkrótce umorzono. Iwan Safronow junior wszedł więc w buty ojca i zajmował się tematyką wojskową, pisał też o kosmosie. Wyleciał z redakcji „Kommiersanta” w 2019 r. za opublikowanie materiału o bliskiej dymisji przewodniczącej Rady Federacji Walentiny Matwijenko (do czego nie doszło; autorzy materiału odmówili wskazania źródła). Rok temu Safronow podjął pracę w gazecie „Wiedomosti”, tam również zajmował się tematyką wojskową. Popracował do maja tego roku, odszedł po zmianach personalnych w kierownictwie redakcji (jak wielu innych współpracowników nie zgadzał się z nową polityką redakcyjną). Zatrudnił się jako doradca szefa agencji Roskosmos ds. polityki informacyjnej.

Popracował w nowym charakterze, jak widać, niedługo. Został zatrzymany, a zaraz potem aresztowany pod zarzutem przekazania jednemu z państw NATO wrażliwych informacji.
Federalna Służba Bezpieczeństwa przedstawiła taką wersję: Safronow został zwerbowany w 2012 r. przez czeski wywiad (miał wówczas 22 lata), a w 2017 r. przyszła iskrówka z Czech, że ma przekazać info o współpracy wojskowej Rosji z jednym z państw Bliskiego Wschodu. Safronow miał przesłać te cenne tajemnice przez internet. Jak już Czechy były w posiadaniu danych o sprzedaży myśliwców do Egiptu, to przekazały teczkę Stanom Zjednoczonym. FSB twierdzi, że to była działalność niezwiązana z dziennikarską pracą Safronowa. Tymczasem Safronow (we współpracy z jeszcze jednym autorem) opublikował w marcu 2019 r. artykuł o nowym kontrakcie rosyjskiej zbrojeniówki wartym 2 mld dolarów. Rosja miała dostarczyć Egiptowi kilkadziesiąt samolotów Su-35. Źródłem informacji byli menedżerowie zakładów zbrojeniowych. Gdzie tu szpiegostwo i zdrada państwa, inkryminowane teraz Safronowowi? Czeski wywiad przeczytał artykuł w otwartym dostępie i poklepał Safronowa po ramieniu? (Na marginesie: wątek czeski może być swoistym pendant do ostatnich nieporozumień na linii Praha-Moskwa). Historia ze sprzedażą myśliwców miała dalszy ciąg – USA chciały udaremnić kontrakt, a gdy to się nie udało, ogłosiły, że wprowadzą sankcje wobec Egiptu. „Czekiści spali jeszcze miesiąc, a w połowie maja zażądali od Kommiersanta, by artykuł zdjąć” – pisze internetowe wydanie „The Bell”.

Zajmujący się tematyką służb specjalnych Andriej Sołdatow w „The New Times” napisał: „Sprawa Iwana Safronowa to nowy poziom represji wobec dziennikarstwa w Rosji. Do 2012 r. było nie do pomyślenia, aby oskarżyć dziennikarza o zdradę państwa. Dziennikarze z definicji nie mają dostępu do tajemnicy państwowej”. A Fiodor Kraszeninnikow dodaje: „Sama idea, że dziennikarz jest potencjalnie dobrym agentem, należy do dawno minionej przeszłości, kiedy nie było internetu i po to, by dowiedzieć się, co mówią i piszą w stolicy sąsiedniego państwa, trzeba było wysyłać specjalnie wyszkolonego człowieka. Współczesne wywiady 90 procent (jeśli nie więcej) informacji pozyskują z otwartych źródeł. Cała rzecz polega na analizie danych”. Jewgienija Albac wysuwa przypuszczenie, że „Safronow swoimi publikacjami wszedł na pole FSB. To właśnie ta służba uważnie obserwuje rynek handlu bronią. Rynek wart miliardy, kontrakty są nieprzejrzyste, łapówki – bajeczne. […] Iwan Safronow najwidoczniej opublikował [w swoim materiale] informację, której FSB nie chciała ujawniać”.

Aresztowanie Safronowa poruszyło środowisko dziennikarskie. Koledzy po fachu odczytali to jako sygnał: uważajcie, co piszecie, bo możecie podzielić los Safronowa, nie właźcie nam w paradę. Pod aresztem śledczym Lefortowo w Moskwie odbyła się akcja solidarnościowa, wzięło w niej udział około stu dziennikarzy (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/13/86264-ya-my-v-odnoy-futbolke). W mediach społecznościowych dziennikarze zamieszczali obok zdjęć profilowych napis „JA/MY Safronow”. Pod listem otwartym w obronie Safronowa podpisało się czterystu dziennikarzy.

Jutro ma być rozpatrywana apelacja w sprawie aresztowania Safronowa na dwa miesiące. Zdaniem obron, w sądzie nie przedstawiono żadnych dowodów na to, że dziennikarz komukolwiek cokolwiek przekazywał. Sam Safronow nie przyznaje się do winy.

Chabarowsk. Lipiec 2020

12 lipca. Nie minęły jeszcze dwa tygodnie od ogólnorosyjskiego głosowania w sprawie przyjęcia poprawek do konstytucji, a już radosne nastroje gdzieś się rozwiały. Nieoczekiwanie dało o sobie znać społeczne niezadowolenie w Kraju Chabarowskim. Bezpośredniego związku z poprawkami protesty nie mają, ale wydaje się, że mieszkańcom tego dalekowschodniego regionu po prostu się ulało.

Opowieść trzeba zacząć od tego, co wydarzyło się 9 lipca. Gubernator Kraju Chabarowskiego Siergiej Furgał został zatrzymany pod zarzutem zlecenia zabójstw w latach 2004-2005. W tamtym czasie Furgał był biznesmenem – zajmował się metalami; ofiarami zabójstw padli chabarowscy przedsiębiorcy. Po zatrzymaniu gubernator został natychmiast przewieziony do Moskwy i na mocy decyzji sądu na dwa miesiące osadzony w areszcie.

Kim jest Siergiej Furgał? Jest politykiem związanym z partią Władimira Żyrinowskiego LDPR. Przez dziesięć lat był deputowanym Dumy Państwowej. We wrześniu 2018 r. ze świetnym wynikiem 70% został wybrany na gubernatora Kraju Chabarowskiego, pokonując reprezentanta partii władzy Jedna Rosja.

Furgał do winy się nie przyznaje, odrzuca podejrzenia. W 2019 r. w Moskwie był aresztowany jego były partner biznesowy, Nikołaj Mistriukow. Jest podejrzany o współudział w zabójstwie tych samych przedsiębiorców, o których zgładzenie podejrzewany jest Furgał.
Po aresztowaniu Furgała i jeszcze dwóch jego współpracowników – członków LDPR ocknął się ze snu przewodniczący partii Władimir Żyrinowski. Zapowiedział, że będzie walczył o ich uwolnienie, zagroził, że jeśli Furgał zostanie w areszcie, to cała frakcja LDPR rzuci mandatami o ziemię i opuści Dumę. „Niech cały świat się dowie, jaki burdel panuje u nas w kraju” – krzyczał. Dawno z trybuny parlamentarnej nie padały tak ostre słowa. Żyrinowski wrzeszczał jak nakręcony: „Zaraz wam [deputowanym Jednej Rosji i ogólnie władzom centralnym] tutaj zrobimy kwarantannę. Ba! Rewolucję zrobimy! Dorosło nowe pokolenie, które niczego wam nie wybaczy! Przed nami najtrudniejsze lata: głód, bezrobocie, choroby! Pomyślcie!” (https://www.youtube.com/watch?v=kzHQA6Y7__Y).

Znacznie ciekawsza jest reakcja mieszkańców Chabarowska: masowo wyszli na ulicę i powiedzieli: „Ręce precz od naszego gubernatora! To nasz wybór! My go wybraliśmy! Wara!”. Krótko sformułował powód protestu profesor Witalij Błażewicz: „Nie głosowałem na Furgała, nigdy nie głosowałem na LDPR, ale wyszedłem na ulicę, bo mnie obrażono”. Jak na skalę Chabarowska demonstracje były liczne: pierwszego dnia nawet 35 tys. (według danych MSW, do 12 tys.). Wyglądało na spontan. Co więcej, nazajutrz znowu ludzie znów zebrali się na głównym placu. I znowu domagali się uwolnienia gubernatora. Kolumny samochodów sunęły ulicami, ryczące klaksony aut były wsparciem dla protestujących. Zaraz też oprócz haseł w obronie Furgała pojawiły się hasła antyputinowskie. „Putin won”, „Putin do dymisji”. Wczoraj policja nie zatrzymywała uczestników. Dziś już tak. Mimo to wieczorem ludzie znów zaczęli się gromadzić w centrum Chabarowska. Wznoszono hasła: „Nie politycznym represjom!”, „Wypuścić Furgała!”.

W cotygodniowym programie rosyjskiej telewizji Rossija „Wiesti Niedieli” główny kapłan kremlowskiej propagandy Dmitrij Kisielow poświęcił sprawie Siergieja Furgała obszerny materiał na samym wstępie. Opowiedział z detalami o tym, w co może być umoczony gubernator, wyłożył, jak Furgał budował swój biznes, wspomniał nawet o tym, że kiedyś został on przyłapany z ładunkiem pochodzącym z kłusownictwa, pokazał matkę płaczącą po zabitym synu przedsiębiorcy, za którego śmierć obecnie ściga się Furgała. I ani słowem nie zająknął się o protestach w Chabarowsku i Komsomolsku nad Amurem.

W Bagdadzie jest spokojnie, spokojnie, spokojnie…

Wieczność chwilowa i ulotna

2 lipca. Wczoraj zakończono mocnym akordem i długą, fałszywą kodą akcję głosowania nad poprawkami do konstytucji Rosji. Według oficjalnych danych, obywatele poparli poprawki: głosów „za” było 78% . Z morza poprawek najważniejsza jest dla Kremla ta jedna: wyzerowanie dotychczasowych kadencji prezydenckich Putina, co stwarza mu możliwość ponownego startu w wyborach prezydenckich po zakończeniu obecnej kadencji (za cztery lata). Operacja „wieczny Putin” jednak nie do końca się władzy udała, choć cel wielkim wysiłkiem aparatu państwa został osiągnięty.

Głosowanie, które miało się początkowo odbyć 20 kwietnia, zostało przesunięte w czasie z uwagi na epidemię Covid-19. Względy zdrowotne wskazano też i teraz jako powód wydłużenia głosowania – odbywało się ono w brawurowo rozciągniętym czasie: od 25 czerwca do 1 lipca. Głosować można było nie tylko w lokalach wyborczych, ale także wrzucać karty do puszki lotnych brygad wyborczych, rozstawiających stoliki na podwórkach czy kursujących po trudno dostępnych terenach (np. w tundrze) i po domach. Głos można było eksperymentalnie oddać także drogą elektroniczną – ale tylko w Moskwie i obwodzie niżnonowogrodzkim (już pierwszego dnia jeden z dziennikarzy poszedł zagłosować do lokalu, a następnie oddał głos drogą elektroniczną, oba głosy zaliczono, co pokazało pole do manipulacji przy urnie).

Dosypać można było łatwiej i więcej niż podczas jednodniowych tradycyjnych wyborów. Władze sprawnie ucinały dyskusje na temat zaobserwowanych manipulacji, kwalifikując pojawiające się masowo w mediach społecznościowych informacje o nieprawidłowościach jako fake newsy. Wydaje się, że Kreml był mocno zdeterminowany, aby wycisnąć odpowiedni wynik, mimo obserwowanego dużego niezadowolenia społeczeństwa (rekordowo niskie notowania Putina). Powszechne były w dyskusjach na forach nawoływania, aby zbojkotować głosowanie, a jeśli nawet iść do urny, to zagłosować przeciw. Podany przez CKW wynik niecałe 22% „przeciw” nie odzwierciedla obserwowanego poziomu protestu. Większą liczbę głosów „przeciw” niż „za” odnotowano tylko w jednym z 82 regionów – Nienieckim Okręgu Autonomicznym (przypisano to niechęci mieszkańców do połączenia ich regionu z obwodem archangielskim, co jest w planach). Taki listek figowy na wstydliwym miejscu powszechnej manipulacji. Czeczenia dumnie kroczyła wraz z Tuwą na czele stawki z wynikiem: 98-99% „za”. Ura!

„Narysowali nawet więcej niż na wyborach 2018 roku – słusznie, po co się ograniczać, skoro nic [władzy] nie ogranicza. Nie ma przecież już nic do stracenia. Obciachowa afera z przykrawaniem konstytucji przeniosła Putina do niższej politycznej ligi – do ciepłej kompanii afrykańskich kacyków czy białoruskiego Ługabe [to nowe popularne określenie Łukaszenki]. Przyzwoici ludzie nie wpuszczą go za próg – pisze dziennikarz Andriej Łoszak. – Kiedy Putin znalazł się na szczycie piramidy, chciał uznania i szacunku, podobno marzył, że dostanie Pokojową Nagrodę Nobla. Ale kiedy nadszedł czas, aby rozstać się ze stołkiem, to jak wszyscy dyktatorzy, którzy stracili głowę od absolutnej władzy, nie wytrzymał i wyciągnął ciężką artylerię. Putin stracił twarz i dobrze o tym wie. Teraz naprawdę nic go nie powstrzymuje. Następny krok w karierze takich ludzi to strzelanie do własnego narodu”. Niewesoła perspektywa.

Politolog Gleb Pawłowski, który na samym początku prezydentury Putina był najważniejszym kremlowskim demiurgiem, a potem wypadł z łaski i stał się trzeźwym krytykiem władzy, uznał wyniki głosowania za porażkę Kremla: „Skoro przy zaangażowaniu całego aparatu nacisku i propagandy jednak 20% ludzi powiedziało poprawkom „nie”, to znaczy, że tkwi tu wielki potencjał nowej opozycyjnej siły”. Czy rzeczywiście widoczne niezadowolenie dużej grupy Rosjan da się przekuć w polityczny sukces, czas pokaże. Logika putinowskiego systemu jest taka, żeby trawniki, na których może wykiełkować cokolwiek nieprawomyślnego, strzyc do żywego, zanim cokolwiek wyrośnie.

Z drugiej strony wymuszona akceptacja dla wydłużenia władzy Putina nie oznacza, że jego rządy będą spokojne i długotrwałe. Putin wprawdzie wypłacił rodzinom z dziećmi zasiłki w wysokości 10 tys. rubli, ale czy kupił w ten sposób sobie poparcie na dłużej w sytuacji, gdy osłabiony budżet piszczy w szwach, a ludziom nie żyje się dostatniej?

A weźmy jedną z poprawek o świętej integralności terytorialnej Rosji, która oznacza, że Krym jest rosyjski i nie popuścimy za nic na świecie. Czy społeczność międzynarodowa uzna to, weźmie za dobrą monetę i podstawę do wznowienia współpracy? Zdejmie nałożone z tego powodu sankcje? Otworzy ramiona przed Putinem, który uzurpuje władzę na kolejne lata? Na razie się na to nie zanosi. Konstytucyjne przytwierdzenie Krymu do Rosji w ogólnonarodowym głosowaniu jeszcze bardziej utrudnia dialog.

Wyzerowany Putin przełamał konstytucję przez kolano, pokazał, że jego aparat jest w stanie przeprowadzić operację specjalną, broniącą jego władzy. Ale czy to go wzmocniło? I na jak długo to wystarczy?

Historia według Putina

26 czerwca. Artykuł historyczny o II wojnie światowej Władimir Putin z pompą anonsował wiele miesięcy temu. Porcjami prezentował poszczególne tezy w różnych formatach i przy różnych okazjach (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/12/27/slowa-stalina-w-ustach-putina/ i na łamach Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina-161675). Gdy wreszcie z dawna zapowiadane dzieło ujrzało światło dzienne, nie stało się zaskoczeniem ani nie spotkało z wielkim zainteresowaniem.

Po pierwsze Putin nie trafił w czas – 75. rocznica zakończenia wojny minęła prawie dwa miesiące temu. Z powodu epidemii koronawirusa obchody w Rosji zostały przełożone. Przez ten czas świat zmienił się i zaczął interesować przede wszystkim rozwiązaniami problemów, przyniesionych przez Covid-19. A Putin ze swoimi wrzutkami na temat historii wielkiej wojny został z tyłu.

Naciągane tezy, oskarżenia Zachodu o rozpętanie wojny, obrona słuszności dyplomacji Stalina, w szczególności paktu Ribbentrop-Mołotow, zarzuty pod adresem Polski, że sama na siebie sprowadziła nieszczęście, bo paktowała z Hitlerem i dzieliła z nim Czechosłowację – to zestaw już prezentowany intensywnie na przełomie roku 2019 i 2020. Artykuł jest długi. Jego analiza punkt po punkcie – jeszcze dłuższa. Historyków i amatorów sporów historycznych odsyłam do pracy profesora Andrieja Zubowa, który zadał sobie trud, by prześwietlić quasi-historyczne opowieści prezydenta. Zubow punkt po punkcie wykazuje mielizny, fałsze, przeoczenia, wypaczenia, agresywne myślenie autora. Praca dostępna jest pod adresem: https://drugoivzgliad.com/zubov-vs-putin/. Lista grzechów jest długa. Zacytuję tylko fragment rozdziału XI, dotyczącego państw bałtyckich. „Putin pisze tak: Jesienią 1939 r., […] ZSRR rozpoczął proces inkorporacji Łotwy, Litwy i Estonii. Ich przyłączenie się do ZSRR było zrealizowane na podstawie umów, za zgodą wybranych władz. Było to zgodne z normami prawa międzynarodowego i państwowego tamtego okresu. Komentarz wydaje się zbyteczny. Cały wywód to jedno wielkie kłamstwo. Estończycy, Łotysze i Litwini do dziś opłakują los setek tysięcy swoich rodaków, zastrzelonych w katowniach NKWD, zmarłych na zesłaniu czy skazanych na katorżniczy trud”. Wątek bałtycki podjął też dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy, Siergiej Parchomienko, który zwrócił uwagę na to, czego zabrakło w dziele Putina: „Zapomniał opowiedzieć, jak w 1940 r. członkowie wszystkich trzech rządów – Litwy, Łotwy i Estonii – zostali aresztowani, wywiezieni, przetrzymywani w różnych więzieniach do 1952 r.”. Uwaga Parchomienki jest cenna – Putin zapomniał o wielu innych faktach i osobach, które nie pasowały do kłamliwych tez artykułu. Na przykład o aneksji Besarabii czy wojnie zimowej z Finlandią.

Profesor Zubow i Siergiej Parchomienko nie byli jedynymi polemistami Władimira Władimirowicza. Rozbioru nieudanych pasaży dokonał też Michael Bohm, amerykański dziennikarz od wielu lat pracujący w Moskwie (https://echo.msk.ru/blog/bom_m/2666173-echo/?fbclid=IwAR2buma9CoBx_joQcLSoKoT0NYncapUH8OdUeQ2VKTytYUkVyy4hsJI2SAA). Bohm bywa zapraszany do telewizyjnych programów, określanych jako publicystyczne. Odważnie wypowiada w nich zdanie odmienne od narzuconego przez prowadzących programy kapłanów kremlowskiej propagandy. Jest zwykle gaszony zaraz na wstępie wypowiedzi, reszta znakomitych gości rzuca się na niego z krzykiem. Na swoim blogu Bohm mógł wyłożyć swoje opinie bez wrzasków i przerywania. Łagodnie i kulturalnie. Na przykład: „Jest ogromna różnica pomiędzy zachodnimi i sowieckimi układami z Hitlerem. Na Zachodzie układ monachijski został już dawno potępiony – zarówno przez władze państwowe, jak i społeczeństwa. Uznano, że to było tchórzliwe podgrywanie szalonemu dyktatorowi i haniebne sprzedanie Czechosłowacji […] Tymczasem w Rosji pakt Ribbentrop-Mołotow oficjalnie jest uznawany za sukces sowieckiej dyplomacji, z którego można być dumnym. Tak to określił publicznie były minister obrony Rosji, Siergiej Iwanow. Jestem przekonany, że lwia część Rosjan, uwierzywszy w mit, że ZSRR udało się wygrać dwa lata dla wzmocnienia zdolności obronnych Armii Czerwonej, też jak pan Iwanow jest nim zachwycona i napełniona dumą. Tymczasem powodów do dumy raczej nie ma – tym bardziej że Stalin nie wykorzystał tego czasu dla wzmocnienia Armii Czerwonej. Wręcz przeciwnie: dokonał wtedy czystek w dowództwie sił zbrojnych”.

Po co przywódca Rosji pisze taki artykuł? I jeszcze najpierw publikuje go po angielsku w amerykańskim czasopiśmie? Na marginesie – ciekawe jest to czasopismo: „The National Interest”. Wychodzi co dwa miesiące, związane jest z neokonserwatystami. W 2015 r. pismo opublikowało opus Marii Butinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/; https://www.tygodnikpowszechny.pl/rudowlosa-maria-i-piec-krokow-w-niepewnosc-154410), poświęcony perspektywie poprawy stosunków rosyjsko-amerykańskich, jeżeli wybory prezydenckie wygra republikanin. Ciekawie wygląda postać wydawcy i dyrektora pisma, Dimitri Simesa. Jak mówią jego złośliwi moskiewscy znajomi, w „komsomolskim panieństwie” Dimitri w Moskwie walczył z komunizmem, za co został łaskawie wypuszczony na emigrację do USA. Od lat jest w doskonałych stosunkach z rosyjskim establishmentem, chętnie bierze udział w sztandarowych programach prokremlowskiej telewizji jako ekspert ds. polityki międzynarodowej. A od 2018 roku wraz z Wiaczesławem Nikonowem, wnukiem Wiaczesława Mołotowa (zwanym przez złośliwych moskiewskich znajomych „wnukiem Ribbentropa-Mołotowa”) prowadzi w 1tv (Pierwyj Kanał) program „Wielka gra” o polityce zagranicznej. Jednym słowem – łamy „The National Interest” nie są takie znowu obce Kremlowi.

A zatem – po co ten artykuł? Aleksandr Podrabinek (https://www.facebook.com/alexander.podrabinek/posts/3020535761398098) słusznie zauważa: „Obaleniu dowodów z artykułu Putina można by poświęcić setki stron polemik i miesiące czasu antenowego w radiu i telewizji. Ale to zupełnie zbędne, jako że nie chodzi wcale o fakty historyczne. Poszukiwanie historycznej winy i wyznaczenie winowajców nie ma praktycznego sensu, dlatego że dawno nie ma hitlerowskich Niemiec, a stosunkowo niedawno skonał również ZSRR; uczestników dramatycznych wydarzeń pozostało niewielu.[…] Putinowi chodzi o legitymizację swojej władzy. Właśnie tego brakuje dyktatorom, którzy pragną potwierdzenia swojej władzy. Przeprowadzają parodię wyborów, aby ktoś uwierzył, że kierują swoimi państwami z woli ludu. Wywołują wojny, aby rodacy poczuli, że bez żelaznej ręki państwo nie da sobie rady. […] A gdy i tego jest za mało, biorą się za wykładanie historii, aby ich interpretacja zwycięstw i klęsk pomogła im w osiągnięciu nieograniczonej władzy”.
Putin jednak w swoim artykule apelował nie tylko do historii, ale także do współczesności. Zawarł w nim apel do najważniejszych światowych graczy, aby jeszcze raz popatrzyli na krzywdę Rosji, sponiewieranej przez rozpad ZSRR i zimną wojnę, a ostatnio także pokaranej jakże niesłusznie sankcjami, Rosji, która ma ambicję w klubie najważniejszych współdecydować o losach świata.

Artykuł nie wywołał jak dotąd wielkiej dyskusji w kręgach politycznych na świecie. Co więcej – w Niemczech wywołał niejaki skandal. Jak poinformowała Deutsche Welle, służba prasowa rosyjskiej ambasady w Berlinie zorganizowała rozsyłkę mailową artykułu. Kilku niemieckich historyków uznało to za natrętne narzucanie im tekstu na granicy ingerencji w wolność badań akademickich. Tymczasem ambasador Siergiej Nieczajew już pospieszył zaraportować, że artykuł Putina „jest aktywnie dyskutowany w politycznych i naukowych kręgach oraz przez szeroką społeczność”. Szeroka społeczność w Niemczech też chyba musi być zdziwiona, że o tym dyskutuje, bo jeśli chodzi o Rosję, to bardziej ludzi interesowały doniesienia o umocowaniu w służbach specjalnych zabójcy czeczeńskiego byłego komendanta polowego Zelimchana Changoszwilego, zabitego w ubiegłym roku w Berlinie. Ale to temat na odrębną opowieść.