Archiwa kategorii: Bez kategorii

Afrykańskie tajemnice kucharza Putina

11 stycznia. Wokół śmierci trzech rosyjskich dziennikarzy/filmowców w Republice Środkowoafrykańskiej unosi się wielki obłok nieprzyjemnych pytań. Czy na którekolwiek uda się znaleźć odpowiedź? Tak zakończyłam pisaną w sierpniu wzmiankę (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/08/01/ichtamniet-afryka-dziennikarze/) na temat tragicznej śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach trzech rosyjskich dziennikarzy, którzy wybrali się do Republiki Środkowoafrykańskiej, aby dowiedzieć się, co tam robią rosyjscy najemnicy z tzw. grupy Wagnera. I oto teraz związane z Michaiłem Chodorkowskim centrum Dossier podaje do publicznej wiadomości materiały, w których próbuje odpowiedzieć na niektóre z tych nieprzyjemnych pytań. Materiały zostały opublikowane przez niektóre rosyjskie media opozycyjne (m.in. „Nowaja Gazieta”). Własną wersję wydarzeń przedstawił też dziś  – niejako wywołany do tablicy publikacjami Dossier – Komitet Śledczy, co zrelacjonowała rosyjska telewizja państwowa, kładąc główny akcent na winę Chodorkowskiego za śmierć dziennikarzy.

Dla przypomnienia: Orhan Dżemal, Aleksandr Rastorgujew i Kiriłł Radczenko pojechali pod koniec lipca 2018 r. do Republiki Środkowoafrykańskiej, realizowali tam zamówienie Centrum Śledczego finansowanego przez Chodorkowskiego. Mieli zebrać materiały na temat grupy Wagnera, związanej z tajemniczą postacią kremlowskiej kuchni, Jewgienijem Prigożynem, biznesmenem zwanym kucharzem Putina. Nazwisko Prigożyna pojawia się permanentnie w publikacjach mediów opozycyjnych i zachodnich dotyczących finansowania fabryki trolli, szkolenia najemników, a ostatnio także w kontekście rozmów na Kremlu delegacji polityków i wojskowych z Libii.

Rosyjska telewizja powtórzyła dzisiaj za Komitetem Śledczym to, co kilka miesięcy temu komunikował rosyjski MSZ: dziennikarze wybrali się do jednego z najbardziej niebezpiecznych krajów Afryki bez akredytacji i należytego zabezpieczenia: „Chodorkowski zaoszczędził na kosztach”. W drodze do celu ich podróży zostali napadnięci i ograbieni z drogiego sprzętu przez bandytów. Chodorkowski nawet nie zapłacił za sprowadzenie ich ciał do Rosji, musiał zapłacić MSZ. Tyle.

A co odkryło Dossier pod kierunkiem Siergieja Kaniewa (dziennikarza, który w obawie o własne bezpieczeństwo wyjechał kilka miesięcy temu z Rosji)? Według danych dziennikarskiego śledztwa Dżemal, Rastorgujew i Radczenko od momentu przylotu do Afryki byli pod kontrolą miejscowego żandarma, który koordynował swoje działania z podwładnym/podwładnymi Prigożyna i kontrolował kierowcę, który wiózł dziennikarzy. Dossier dotarło do bilingów z telefonów kierowcy i żandarma, wynika z nich, że ich rozmówcą był też Walerij Zacharow, doradca prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej ds. bezpieczeństwa, związany uprzednio ze strukturami Jewgienija Prigożyna (wiele szczegółów na temat bilingów, a także afiliacji Prigożyna można znaleźć na stronie Grani.ru: https://graniru.org/Politics/Russia/m.274629.html lub BBC: https://www.bbc.com/russian/news-46820833).

Dlaczego dziennikarze zostali zabici? „Nowaja Gazieta” wysuwa przypuszczenie, że mieli oni okazję podczas swojej podróży do Republiki Środkowoafrykańskiej dotrzeć do powiązań pomiędzy Prigożynem, wagnerowcami a firmami ciągnącymi zyski z eksploatacji bogactw naturalnych. A więc do spraw, które w założeniu osób w brudne interesy zaangażowanych powinny pozostać ukryte. Dużo szczegółów w artykule „Nowej Gaziety” https://www.novayagazeta.ru/articles/2019/01/10/79135-hronika-horosho-podgotovlennoy-smerti?fbclid=IwAR2maUUPH51FcICIwXIJfST5lk9E4wGW0_1Xa9rdhw3eT3MQ1CV0XJNg3JA

Bloomberg sugeruje, że Prigożyn jest osobą delegowaną przez Kreml do badania i przygotowywania afrykańskiego gruntu, jego ludzie pracują w kilkunastu krajach Czarnego Lądu. Chodzi o zbudowanie wpływów w miejscach, gdzie znajdują się złoża. Afrykańscy partnerzy Moskwy zapewne mogliby też kupować od niej broń i sprzęt. Osadzając się w Afryce, Rosja zyskałaby atut w globalnej rozgrywce z Zachodem. Kreml pracuje obecnie nad organizacją pierwszego szczytu Rosja-Afryka z udziałem pięćdziesięciu państw afrykańskich. Jak mawiał Siergiej Bodrow w programie z czasów pierestrojki „Wzglad”: wszystko dopiero się zaczyna.

Niech się spełni

31 grudnia. Nowy Rok pozostaje dla Rosjan najważniejszym świętem w roku, świętem rodzinnym, obchodzonym w kręgu najbliższych. Ani następujące tydzień później Boże Narodzenie, ani Wielkanoc, ani żadne ze świąt państwowych nie są w stanie konkurować z powitaniem Nowego Roku. W każdym domu ubiera się choinkę, a pod nią układa prezenty. Co w tym roku znajdą Rosjanie pod noworocznym drzewkiem?
Kilka tradycyjnych prezentów. Od telewizji dostaną obowiązkową emisję wiecznej komedii romantycznej Eldara Riazanowa „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem (w tym roku jest w siatce Pierwszego Kanału – stacji o największym ogólnokrajowym zasięgu). Od prezydenta Putina – zapewnienie, że Rosja jest świetnie uzbrojona i właśnie odpala w Amerykę nową rakietę, to znaczy w każdej chwili może odpalić, bo próba poligonowa się udała, a animacje komputerowe ładnie prezentują się na ekranie. Od rodziny i przyjaciół – kilka drobiazgów i sałatkę Olivier, bez której nie może się obejść żadna noworoczna biesiada.
W ubiegłych latach opisywałam na blogu tradycje kulinarne związane z Nowym Rokiem: wzmiankowaną wyżej sałatkę Olivier (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/12/31/z-biegiem-lat-z-biegiem-dni/), śledzika pod kołderką (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/12/31/sledzik-pod-kolderka/) czy rybę w galarecie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/12/31/zolty-pies-w-galarecie-czyli-wkraczamy-w-rok-2018/). Tym razem odejdę od stołu, aby zapoznać Państwa z tradycją wypowiadania życzeń, które mają się spełnić w Nowym Roku.
To nie są noworoczne postanowienia, choć zapewne bardziej praktyczni obywatele korzystają z okazji, aby wypowiedzieć właśnie takie życzenia mające poprawić ich życiową kondycję, w rodzaju: chciałbym/chciałabym schudnąć dwadzieścia kilo, jednocześnie codziennie jedząc torty czekoladowe na kolację. Ci lepiej zorganizowani, a może mający większe potrzeby, trenują wariant: dwanaście uderzeń zegara – dwanaście życzeń. Punktualnie o północy, gdy bije zegar na kremlowskiej wieży i cały kraj słucha miarowych uderzeń kurantów za pośrednictwem telewizji i radia, wypowiadają (lub tylko wymieniają po cichu w myślach) dwanaście życzeń. To program maksimum.
Ludowe obyczaje podpowiadają, jakich można użyć „wzmacniaczy”, aby życzenie obowiązkowo się spełniło. Jednym ze sposobów jest dosypanie do szampana popiołu pozyskanego z karteczki, na której przed północą zapisało się swoje marzenia, wraz z wybiciem północy karteczkę należy podpalić, a spopieloną skrzętnie zebrać i umieścić w kieliszku. Czy życzenie się spełni? Nauka milczy na ten temat, natomiast szampan lub inny napój z bąbelkami będzie miał posmak zgliszczy. Czego się jednak nie robi, aby zaczarować los. Można się wszelako obejść bez ognia, a poprzestać na pochyleniu głowy nad kieliszkiem z „igristym” i wypowiedzeniu skrytych pragnień. Półgłosem, w duchu lub głośno. Nieważne. Ważniejsza jest dalsza część obrzędu: szampana, któremu powierzyło się życzenia do spełnienia, należy kilkakrotnie przelać z jednego kieliszka do drugiego. Jeżeli przy tej operacji rozlało się parę kropel – życzenie się spełni, natomiast gdy rozlało się połowę zawartości (no, przecież ręce się trzęsą, wszak chodzi o najważniejsze w życiu sprawy), to sukces nie jest pewny.
W poradniku dla tych, którzy lubią w sylwestrową noc ułożyć sobie życie dzięki zaklęciom, jest jeszcze kilka murowanych sposobów na szczęście. Do kieliszka z szampanem należy włożyć przedmiot symbolizujący plan, który ma dojść w tym roku do skutku. Gdy zacznie bić zegar, trzeba się skupić: odliczyć jedenaście uderzeń, a wraz z dwunastym – wypić płyn, jednak przedmiotu przy tym nie połknąć. Trochę ryzykowny wariant, zwłaszcza jeśli symbol ma ostre kanty.
Z pomocą dla tych, którzy bardzo chcą, aby ich życzenie się spełniło, przychodzi Internet, np. tutaj można znaleźć skrupulatnie spisane porady: http://fortunagid.com/mechty/kak-zagadat-zhelanie-na-novyj-god albo tu: https://www.kp.ru/putevoditel/sovety-dlya-roditelej/kak-pravilno-zagadat-zhelanie-na-novyj-god/ Trudno uwierzyć, ale niektórzy podchodzą do tych pomysłów ze śmiertelną powagą i skrupulatnie stosują się do rad.
Szanowny Państwo! Życzę, aby w nadchodzącym roku wszystkie Państwa życzenia spełniły się w stu procentach! Szczęśliwego Nowego Roku!

Putin drwi z parafii stambulskiej

23 grudnia. Kilka lat temu utrwaliła się nowa świecka kremlowska tradycja: pod koniec roku Władimir Putin spotyka się z dziennikarzami na wielkiej konferencji prasowej. Dziennikarze z różnych stron Rosji i różnych stron świata zadają przewidywalne pytania i otrzymują przewidywalne odpowiedzi. Zwykle zdarza się w zalewie banału jakaś ciekawostka. W tym roku w czterogodzinnym monologu Putina na uwagę zasłużyła wypowiedź na temat zjednoczenia ukraińskich Cerkwi i emancypacji nowej Cerkwi od patronatu Moskwy.

Autokefalia ukraińskiego prawosławia wywołuje w Rosji niesłychane emocje, padają mocne słowa. Jeszcze przed soborem zjednoczeniowym (15 grudnia w Kijowie) patriarcha Moskwy Cyryl wysłał list do papieża Franciszka i głów innych wyznań, do sekretarza generalnego ONZ i przewodniczącego OBWE. Skarżył się w nim, że na Ukrainie dochodzi do łamania praw duchownych i wiernych należących do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego, do ingerencji władz w sprawy Cerkwi, zwracał uwagę na spodziewane ekspropriacje obiektów sakralnych należących do Cerkwi moskiewskiej obediencji, głównie niepokoił się o los Ławry Kijowsko-Peczerskiej i Poczajowskiej. Jeden z najważniejszych hierarchów moskiewskiej Cerkwi, metropolita Hilarion nazwał ukraiński sobór zjednoczeniowym „zbójeckim łżesoborem”, a jego uczestników – „judaszami”. Dwaj biskupi Cerkwi podległej Moskwie, którzy wzięli udział w soborze zjednoczeniowym w Kijowie, zostali obłożeni anatemą. W programach telewizyjnych dyskutanci codziennie krzyczą i z rozpłomienionymi oczyma dowodzą, że nowa ukraińska Cerkiew to raskolnicy, niegodziwcy i zdrajcy. No i jest jeszcze ręka Waszyngtonu w tym spisku, wiadoma to rzecz. Jeden z naczelnych kapłanów telewizyjnego putinizmu Władimir Sołowjow podenerwowany mówił o Filarecie (patriarcha kijowski) per „Miszka Denysenko”. Emocje sięgały zenitu. Z kolei zwolennicy oddzielenia ukraińskiej Cerkwi od moskiewskiego patronatu pisali w mediach społecznościowych: „Sobór zjednoczeniowy i tomos (potwierdzenie autokefalii, jego wręczenie przez patriarchę Konstantynopola zwierzchnikowi Cerkwi ukraińskiej przewidziane jest na 6 stycznia) są ważne dlatego, że oficjalnie i kanonicznie wyzwalają ukraińskich prawosławnych od służenia w Cerkwi utworzonej przez Józefa Stalina z naruszeniem wszelkich kanonów”.

Podczas konferencji prasowej Putin zapytany o wydarzenia w ukraińskim prawosławiu, odrzekł: „to przechodzi ludzkie pojęcie”. Na Ukrainie dochodzi mianowicie „do bezpośredniej interwencji władz państwowych w sprawy religijne”. Nową Cerkiew ukraińską Putin określił mianem „zjednoczonej Cerkwi raskolniczej podlegającej parafii stambulskiej”. Zapewnił, że Ukraińska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego była całkowicie niezależna, „jedyny związek [z Rosją] był duchowy”. No i, podsumował ze złośliwą satysfakcją, teraz Ukraina stanie się uzależniona od Turcji. A niepokój rosyjskiego prezydenta wywołuje jeszcze perspektywa walki o obiekty sakralne. Może nawet krwawa.

Możliwą eskalacją działań siłowych (w pobliżu Krymu i na Donbasie) straszył też kilka dni temu w wywiadzie prasowym minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. A teraz do tych „przestróg” dołączył sam Putin. Można założyć, że Rosja zrobi wszystko, aby pokrzyżować plany utworzenia nowej ukraińskiej Cerkwi. Moskwa liczy na to, że otrzyma wsparcie od innych Cerkwi autokefalicznych, które nie uznają nowej ukraińskiej Cerkwi. Stąd listy Cyryla i zabiegi cerkiewnej dyplomacji o spostponowanie kijowskich ambicji. A droga do samodzielności na pewno nie będzie łatwa (to odrębny temat, więcej o soborze zjednoczeniowym i nowej Cerkwi w komentarzu autorstwa Tadeusza A. Olszańskiego, dostępny na stronie OSW: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2018-12-17/historyczne-zjednoczenie-kosciolow-prawoslawnych-ukrainy).

Jeszcze na koniec ciekawe spojrzenie Aleksandra Sołdatowa na to, jakie znaczenie ukraiński sobór zjednoczeniowy będzie miał na sytuację w Patriarchacie Moskiewskim. Jego zdaniem, pozycja Cyryla, forsującego sprzeciw wobec autokefalii dla Ukrainy osłabnie. Być może wzrośnie pozycja Tichona (Szewkunowa), który „opracowywał plan udzielenia autokefalii dla Kijowa przez Moskwę, wychodząc z założenia, że Ukrainy i tak nie uda się utrzymać i że lepiej mieć tam sojusznika niż wroga. W rezultacie topornej polityki Cyryla ukraińska Cerkiew przeszła pod skrzydła Konstantynopola, który w chrześcijańskim świecie ma opinie nie tyle tureckiego, ile amerykańskiego patriarchatu. […] Na mapie światowego prawosławia Ukraina jest terytorium kluczowym – to właśnie zwierzchnictwo nad Ukrainą zapewniało Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej status lidera prawosławia, jeśli chodzi o liczbę parafii (20 spośród 30 tys.). Teraz RCP spadnie na drugie lub nawet trzecie miejsce”.

Ucieczka jogina

15 grudnia. Oficjalna propaganda głosiła: w Związku Sowieckim jest tak wspaniale, że ludziom do głowy nie przychodzi, aby kiedykolwiek opuścić ten raj. Wyjazdy za granicę były przywilejem zastrzeżonym dla nielicznej grupy. Pod szczególnym nadzorem znajdowała się dystrybucja dostępu do zgniłego Zachodu. Obywatele, którzy chcieliby wyjechać, ale, zdaniem decydentów, nie powinni (np. pracownicy utajnionych instytutów pracujących dla wojska albo ludzie mający krewnych za granicą), objęci byli klauzulą „niewyjezdnoj” (невыездной). Taki człowiek nie miał szans, aby oficjalną drogą otrzymać paszport zagraniczny, uprawniający do wyjazdu. Mógł składać wnioski w nieskończoność – skutek był zawsze ten sam: odmowa. A im więcej się wokół zagadnienia krzątał, tym większą przyciągał uwagę organów dbających o bezpieczeństwo państwa. Taki starający się stawał się automatycznie obiektem podwyższonego zainteresowania KGB. Niemniej niektórzy byli tak zdeterminowani, że mimo zakazów i obserwacji tworzyli nieprawdopodobne plany ucieczki. Nielicznym udawało się wcielić te plany w życie.

Legendą uciekinierów z sowieckiego raju stał się Stanisław (Sława) Kuriłow. Jak można przeczytać w rosyjskiej Wikipedii, urodzony w 1936 roku, dzieciństwo Sława spędził w Semipałatyńsku. Bardzo chciał pływać, ale matka obawiała się, że się utopi i zabraniała. Nadarzyła się jednak okazja: Sława pojechał na obóz pionierski, gdzie w końcu nauczył się pływać. Pływakiem musiał być od zarania świetnym, na tym obozie pionierskim założył się z kolegami, że przepłynie Irtysz. I przepłynął. W tym miejscu wielka rzeka ma około kilometra szerokości. Sława miał wówczas dziesięć lat. Umiejętności pływackie odegrały kluczową rolę podczas ucieczki.

Gdy miał piętnaście lat, tak go ciągnęło do wody, że uciekł z domu i w Leningradzie chciał się zaciągnąć jako majtek na okręt. Odmówiono mu. Skończył szkołę, poszedł na studia.

Kuriłow pracował jako oceanolog w Leningradzkim Instytucie Hydrometeorologicznym, udzielał się jako instruktor nurkowania głębinowego. Nie, nie był bojownikiem z władzą sowiecką ani dysydentem, obrońcą praw człowieka, wrogiem władzy ludowej. Był inteligentem, człowiekiem myślącym, ciekawym świata. Chciał ten świat poznawać. Tymczasem fakt, że jego siostra mieszkała w Kanadzie (wyszła za mąż za obywatela Indii, kilka lat mieszkała w kraju męża, po czym oboje wyjechali na stałe do Kanady), była dla władz wystarczającym powodem, by odrzucać wnioski Kuriłowa o wyjazd w delegację służbową za granicę.

Wysocki napisał kiedyś piosenkę „Спасите наши души, мы бредим от удушья”. Kuriłow poczuł się uduszony jak bohater pieśni barda z Taganki. Od wczesnych młodych lat ćwiczył jogę, posiłkując się podręcznikami dostępnymi w drugim obiegu. I obmyślał plan ucieczki. „Poczułem się jak więzień w tym kraju, a przecież tylko święty może kochać swoje więzienie. Niepodobna pogodzić się z tym, że urodziwszy się na tej cudownej błękitnej planecie, jesteś do końca życia zamknięty w komunistycznym państwie z powodu jakichś głupich idei” – to słowa Kuriłowa, które napisze już po udanej ucieczce.

Wpadł na pomysł zaiste niesamowity. Wykupił bilet na statek o znamiennej nazwie „Sowietskij Sojuz” – trasa rejsu przewidywała wypłynięcie z Władywostoku na Pacyfik, przecięcie równika i zawrócenie tą samą drogą do Władywostoku bez zawijania do portów. Dziwny rejs, prawda? Jak wyjaśnia autor tekstu o ucieczce Kuriłowa na portalu „Russkaja Siemiorka”, statek był zbudowany jeszcze przed II wojną światową i początkowo nosił imię „Adolf Hitler”; został zatopiony, a następnie podniesiony z dna i wyremontowany. Gdyby „Sowietskij Sojuz” zawinął do portu, zostałby aresztowany.

Statek zgodnie z planem wypłynął z Władywostoku 8 grudnia 1974 roku, nocą 13 grudnia znalazł się na wysokości Filipin. Stanisław Kuriłow wskoczył z pokładu statku wprost w topiel oceanu. W sztorm. Bez jedzenia, bez picia, bez snu przez dwie doby Sława niezmordowanie płynął (bardziej szczegółowy opis ucieczki można znaleźć m.in. tu: https://tvrain.ru/kurilov/). Wreszcie zobaczył ziemię. To była filipińska wyspa Siargao. Przepłynął bez odpoczynku ponad sto kilometrów, miotany zmiennymi prądami morskimi. Po latach Kuriłow wspominał, że ucieczka powiodła się tylko dzięki temu, że przez lata ćwiczył jogę, szczególną wagę przywiązując do ćwiczeń oddechowych, oczywiście również doskonalił umiejętności pływackie. W podróż zabrał ze sobą specjalne rękawiczki i płetwy. Bardzo się przydały. Nocą gdy już rozwiały się burzowe chmury, obserwował niebo, orientował się dzięki położeniu gwiazd. Nazajutrz na statku zorientowano się, że Kuriłowa nie ma na pokładzie. Zawrócono, zarządzono poszukiwania. Na szczęście dla uciekiniera – bez rezultatu.

Trafił na posterunek policji na Siargao. Został aresztowany, rok (według innych źródeł – pół roku) spędził w tamtejszym więzieniu. Cieszył się zaufaniem i przyjaźnią naczelnika więzienia, który zabierał go czasem „na rajdy”, czyli włóczęgę po barach. Dzięki staraniom siostry Sława mógł opuścić Filipiny i przenieść się do Kanady.

O wyczynie Kuriłowa zaczęły się rozpisywać zachodnie gazety, Głos Ameryki zrobił o nim audycję. Prasa sowiecka nic nie napisała. Po tym, jak uciekinier otrzymał obywatelstwo kanadyjskie, zaocznie skazano go w socjalistycznej ojczyźnie na karę 10 lat za zdradę.

O swojej ucieczce napisał książkę „Sam w oceanie”. Ukazała się w 1986 r. w Izraelu, dokąd Kuriłow przeniósł się w związku z zawarciem małżeństwa z obywatelką tego kraju. Fragmenty zostały zamieszczone w tygodniku „Ogoniok” w 1991 r., przedmowę do wydania książkowego napisał znakomity pisarz Wasilij Aksionow, który okrzyknął Sławę „bohaterem rosyjskiej inteligencji, który miał śmiałość nie słuchać podłej władzy”.

Zginął tragicznie 29 stycznia 1998 roku podczas nurkowania w Jeziorze Tyberiadzkim. Spoczął na cmentarzu niemieckiej wspólnoty templariuszy w Jerozolimie.

Legitymacja Stasi majora Putina

12 grudnia. To archiwalne znalezisko podano jako sensację: oczom zdumionej publiczności ukazano legitymację Stasi wystawioną na nazwisko Władimira Putina. Właściciela legitymacji łatwo zidentyfikować; już pierwsze spojrzenie wystarcza, by stwierdzić, że to obecny prezydent Rosji. Zdjęcie legitymacji zamieścił popularny niemiecki „Bild”.

Jak wiele epizodów z życia Putina, również „okres drezdeński” spowija mgiełka tajemnicy. Istnieje oficjalna legenda. I zdarzają się nieformalne przecieki od osób, które znają jakiś fragmencik biografii prezydenta. Opublikowanie legitymacji Stasi majora Putina dało asumpt do przypomnienia tego rozdziału.

Dokument został wydany w grudniu 1985 roku. Co kwartał stawiano w nim pieczątkę potwierdzającą ważność. W równych kwadracikach wstawiano kolorowe geometryczne kompozycje, każda w innym kolorze. Putin używał legitymacji przez kilka lat, zdążył więc zebrać kilkanaście pieczątek. Razem tworzą różnobarwny batik o nietuzinkowym rysunku. Widocznie w Stasi pracował jakiś niezrealizowany Michał Anioł, który wyżywał się w nadawaniu nudnym urzędowym dokumentom pięknych form.

Podana przez „Bild” wiadomość obiegła natychmiast światowe media, niektóre dawały tytuły: „Putin agentem Stasi” itd. To nie tak. Kilka słów wyjaśnienia. Trzeba sobie przypomnieć, czym była w połowie lat osiemdziesiątych Niemiecka Republika Demokratyczna, czym była Stasi. I czym była KGB. Otóż w NRD stacjonowało potężne zgrupowanie wojsk sowieckich, Stasi była sprawną służbą specjalną, która oplatała swoimi licznymi odnóżami enerdowskie społeczeństwo, zaglądając wszystkim w garnki i pod kołdrę, a w szczególności w kontakty z rodzinami w RFN. KGB sprawowała czułą opiekę nad enerdowską siostrą, inspirując, podglądając, pouczając. Władimir Putin w latach 1985-1990 pracował w rezydenturze w Dreźnie. Jako funkcjonariusz KGB otrzymał legitymację Stasi, co ułatwiało mu dostęp do budynków zajmowanych przez Stasi. Mógł tam wchodzić, spotykać się z kolegami po fachu, może mógł dzięki temu łatwiej werbować do współpracy z KGB. A zapewne także mógł korzystać z „socjalu” przynależnego uprzywilejowanym służbom, np. ze stołówki.

Sekretarz prasowy Putina nie był wcale oburzony enuncjacjami niemieckiej prasy. Spokojnie zaznaczył, że legitymacja może być autentyczna – wszak KGB blisko współpracowało ze Stasi. Legitymacja nie była jedynym dokumentem potwierdzającym związki „drezdeńskiego” Putina ze Stasi. Został również uhonorowany medalem Stasi z okazji rocznicy powołania armii NRD, otrzymał też list gratulacyjny od szefa drezdeńskiej ekspozytury Stasi.

Czym było Drezno dla Putina? Pierwszą zagraniczną placówką, która miała być stopniem do raju – wyjazdu na Zachód. Według autora wspomnieniowej książki z okresu drezdeńskiego, byłego współpracownika Putina, byłego podpułkownika KGB, Władimira Gortanowa, Putin uwielbiał zachodni styl życia i marzył o tym, aby dostać się na Zachód. Pracując w Dreźnie, wykorzystywał każdą okazję, aby przez znajomych dostarczać sobie dóbr zza żelaznej kurtyny. Gortanow pisze, że codzienną orką, jaką uprawiali w Dreźnie z Putinem, było przeglądanie masy dokumentów, dotyczących cudzoziemców odwiedzających miasto, w nadziei na pozyskanie nowych kandydatów na współpracowników czy agentów. Nawet Gortanow, najbliższy współpracownik, nie wiedział, czym jeszcze zajmuje się w Dreźnie Putin. Być może był oficerem łącznikowym różnych dziwnych postaci przewijających się przez Drezno, a pracujących na dwa fronty, być może oficerem prowadzącym dla ludzi pracujących pod przykrywką. Czy miał jakieś osiągnięcia? Zdania są podzielone.

Przyszedł rok 1989 i cały ten uporządkowany enerdowski świat nagle zawirował i runął. Wkrótce runął też Związek Sowiecki, a Putin został odwołany. Wrócił do kraju, który za chwilę miał przestać istnieć. Tu zaczyna się kolejny rozdział biografii Putina – Petersburg i jego merostwo. Również temat, o którym Putin mówi ogródkami, niechętnie, nieszczerze. Taka karma.

O „okresie drezdeńskim” mówiłam dziś w audycji Radia TOK Jakuba Janiszewskiego https://audycje.tokfm.pl/podcast/Putin-agentem-Stasi/70208

Kerczeńskie tango

2 grudnia. Już znowu miało być pięknie, już czułe gesty w Paryżu zapowiadały przełom i rozkwit, już propagandowe silniki rosyjskich mediów rozgrzano do czerwoności w oczekiwaniu na spotkanie Putin-Trump w Buenos Aires. Choć znowu tylko w kuluarach, tylko na marginesie szczytu G20, ale jednak spotkanie, rozmowa, targ. Będą o tym mówić wszyscy, Władimir Putin znów będzie bohaterem doniesień światowych agencji, wielki wódz wielkiego kraju, wreszcie uda się opowiedzieć Trumpowi „całą prawdę matkę”, przekonać go do kremlowskich racji. Donald Trump jeszcze wsiadając na pokład samolotu, który wiózł go do Buenos Aires na G20, zapowiadał, że tak, tak, oczywiście, mają sobie dużo do powiedzenia. Tymczasem już z pokładu samolotu napisał w Twitterze, że jednak nie – nie będzie spotkania z Władimirem Władimirowiczem. Bo Trump wysłuchał sprawozdania na temat wydarzeń 25 listopada na Morzu Azowskim i w Cieśninie Kerczeńskiej i doszedł do wniosku, że po tym, jak Rosja przejawiła agresję wobec ukraińskich okrętów, do spotkania z Putinem dojść nie może. Zaplanowane na dwie godziny rendez vous prezydentów strona amerykańska odwołała. Ale potem… O tym na końcu tekstu.

Zanim przejdę do wydarzeń w Argentynie, przypomnę w skrócie, co stało się 25 listopada na Morzu Azowskim. Grupa trzech okrętów ukraińskiej marynarki wojennej przemieszczała się z Odessy nad Morzem Czarnym do Mariupola nad Morzem Azowskim. Strona ukraińska twierdzi, że powiadomiła o tym stronę rosyjską. Tymczasem jednostki rosyjskiej ochrony wybrzeża zatrzymały Ukraińców, nie pozwalając im przepłynąć przez Cieśninę Kerczeńską, użyto broni palnej, doszło do staranowania ukraińskiej jednostki (do sieci trafił filmik, w którym rosyjski dowódca, klnąc jak szewc, wydaje rozkaz staranowania) i abordażu, a potem zatrzymania okrętów i marynarzy. Ponadto pod przęsłami tak zwanego mostu krymskiego ustawiono w poprzek rosyjski tankowiec, który skutecznie sparaliżował żeglugę na akwenie. [Opis incydentu w analizie Andrzeja Wilka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2018-11-28/rosyjski-atak-na-ukrainskie-jednostki-na-morzu-czarnym-aspekty; przydatne dane, mapy, daty, opisy zawiera wpis Andrieja Iłłarionowa, dawniej doradcy Putina ds. ekonomicznych, obecnie putinożercy: https://aillarionov.livejournal.com/1093770.html#/1093770.html, Iłłarionow sugeruje, że Moskwa zaanektowała Morze Azowskie, pogwałciła tym samym umowę z Ukrainą z 2003 r. o wspólnym użytkowaniu akwenu i prawo międzynarodowe].

W oficjalnym przekazie rosyjskich polityków i mediów obsługujących Kreml rajd Ukraińców stanowił czystej wody prowokację, był naruszeniem granicy państwowej, wobec czego strona rosyjska zmuszona była zareagować zbrojnie. Dlaczego dopuszczono się tej prowokacji? Ano po to, aby ułatwić prezydentowi Poroszence wygranie wyborów prezydenckich albo ewentualnie ich odwołanie. W taki sposób w Moskwie skomentowano zamiar wprowadzenia w związku z incydentem stanu wojennego na Ukrainie. Stan wojenny, który pierwotnie (dekret prezydenta) miał obowiązywać przez 60 dni na terytorium całego kraju, ostatecznie – po burzliwej dyskusji w Radzie Najwyższej – ograniczono do dziesięciu obwodów i 30 dni. A to nie ogranicza kalendarza wyborczego. Rosja ostatnio coraz częściej powtarza ustami swoich polityków i komentatorów, że jak kania dżdżu czeka zmiany obozu władzy w Kijowie. Sygnalizuje na różne sposoby, że jak Ukraińcy „pogonią banderowców”, to wreszcie Moskwa będzie się mogła na nowo z Kijowem dogadać i znów będzie dobrze i przyjaźnie, bo przecież Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Można się spodziewać, że Putin zrobi wszystko, aby zamieszać w ukraińskim kotle i osłabić obecny obóz rządzący. Ale to temat na inny tekst, a teraz wróćmy do Buenos Aires.

Temat kerczeńskiego incydentu zbrojnego był lejtmotywem rozmów, jakie Putin prowadził w kuluarach G20. Powrócił i w rozmowie z kanclerz Merkel, i z prezydentem Macronem.

Na konferencji prasowej w Buenos Aires prezydent Rosji powiedział: „musimy potwierdzić prowokacyjny charakter działań ukraińskich władz i zapisać to w dokumentach, które mają moc prawną. Musimy otrzymać pełne zeznania ukraińskich marynarzy i dalej odpowiednio postępować”. Ciekawe jest to, że zatrzymanych ukraińskich marynarzy przewieziono najpierw do Symferopola na zaanektowanym Krymie, a potem do Moskwy, gdzie osadzono ich w areszcie śledczym Lefortowo. Kilku z marynarzy postawiono też przed kamerami rosyjskiej telewizji. Marynarze wypowiadali okrągłe formułki, zgodne z linią rosyjskiej propagandy o prowokacji etc.

Putin wyłożył zgromadzonym na konferencji prasowej, że Ukraińcy podstępem chcieli przeciąć Cieśninę Kerczeńską, a przecież „tyle razy ogłaszali, że chcą wysadzić most [krymski]”, no to w tej sytuacji, sami wiecie. Przypomniał też, że do incydentów na Morzu Azowskim dochodziło również wcześniej [ale nigdy nie użyto w nich broni]. Faktycznie od miesięcy trwa tam przepychanka, Rosjanie zatrzymują statki handlowe i rybackie pod ukraińską banderą i wzajemnie; niedawno dokonano wymiany dwóch zatrzymanych załóg.

Grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat pokazała, że Putin, mówiąc o „terytorialnych wodach Rosji”, na które rzekomo wtargnęli bezprawnie Ukraińcy, mija się z prawdą: incydent miał miejsce poza rosyjskimi wodami (https://www.bellingcat.com/news/uk-and-europe/2018/11/30/investigating-the-kerch-strait-incident/).

Państwa zachodnie domagają się od Rosji zwrotu zatrzymanych jednostek i wypuszczenia ukraińskich marynarzy.

Na koniec uzupełnienie na temat odwołanego przez Trumpa spotkania z Putinem. Odwołane zostało dwugodzinne oficjalne spotkanie. Natomiast jak poinformowały służby prasowe Białego Domu obaj politycy jednak mieli okazję się spotkać. Nieformalnie. „Jak to zwykle bywa podczas wielostronnych spotkań, na obiedzie u prezydenta Trumpa i pierwszej damy miało miejsce kilka nieformalnych rozmów ze światowymi liderami, w tym z prezydentem Putinem” – ogłosiła rzeczniczka Trumpa. Więc może to jeszcze nie koniec operacji „Trump nasz”? Dopóki ziemia kręci się…

Nastoletnia rozpacz

22 listopada. Było jej ciężko. Z wielu powodów. Tak ciężko, że nie wytrzymała brzemienia swej osamotnionej rozpaczy. Czternastolatka z miasta Safonowo w obwodzie smoleńskim targnęła się na życie. Samobójstwo to zawsze wielki ból, samobójstwo dziecka to bezmiar tragedii.

Nie znamy jej nazwiska, prasa pisze o niej – Natasza lub Nastia, zastrzegając, że nie ujawni personaliów. Natasza/Nastia nie była lubiana w szkole. Koledzy nabijali się z niej nieustannie, bo słabo widziała, była niezgrabna, miała nadwagę, nie nadążała za rówieśnikami. A ci z całym rówieśniczym okrucieństwem przezywali ją „Cyklop”. Na swoim profilu w mediach społecznościowych dziewczynka napisała: „Dlaczego wy wszyscy jesteście tacy źli?”.

Problemy dziewczynki nie były w szkole dla nikogo tajemnicą. Niemniej szkolny psycholog ani razu nie rozmawiał z nią. Nic nie wiadomo też o tym, by wychowawca czy nauczyciele pochylali się z troską nad uczennicą, która od dwóch lat nie rozmawiała z kolegami z klasy.

Matka dziewczynki pracowała w miejscowym szpitalu jako salowa, pensję miała niską. Natasza/Nastia miesiąc temu napisała w tej sprawie list do Władimira Putina i wysłała przez specjalną stronę internetową. W liście skarżyła się, że mama za harówkę w szpitalu dostaje grosze: 10-12 tysięcy rubli, na utrzymanie dwojga dzieci stanowczo nie wystarcza, więc rodzina cierpi biedę. „A pan, choć w telewizji obiecuje ludziom dobre życie i dobre pensje, nic nie robi, żeby moja mama więcej zarabiała”. Gdy miejscowa prasa zainteresowała się listem dziewczynki do prezydenta, przełożeni wezwali jej mamę i udzielili srogiej reprymendy. Dziewczynka bardzo mocno to przeżyła.

Siostra Nataszy/Nastii powiedziała prasie, że list był jednocześnie skargą i prośbą: dziewczynka błagała prezydenta, aby sprawił, by matka więcej zarabiała; zapewne opisywała w liście swoją szkolną gehennę, poskarżyła się też, że w szpitalu nie wszystko jest pięknie, bo personel pije. Nie wiadomo, czy list dotarł do adresata.

Z kolei w liście pożegnalnym napisanym przed samobójczą śmiercią Natasza/Nastia prosiła, aby pochować ją w szkolnym mundurku. I by nikogo nie winić w jej śmierci.

Przypadek Nataszy/Nastii znalazł się w Rosji w centrum zainteresowania opinii publicznej. W większości komentarzy w mediach społecznościowych powtarza się krytyka obojętnej na nieszczęście szkoły, fatalnego zachowania uczniów wobec niepełnosprawnej koleżanki, a także krytyka niesprawiedliwych porządków społecznych w Rosji, spychających w nędzę ludzi o niskich dochodach. Ludzie w mieście Safonowo mówią po cichu: Dziewczynka powiesiła się nie tylko dlatego, że była biedna i nieszczęśliwa, odrzucona przez rówieśników, ale głównie przez ten przeklęty list do Putina, przez to, że matkę chcieli za to wyrzucić z pracy.

Komitet Śledczy wszczął śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci Nataszy/Nastii.

Szpieg w neutralnym kraju

10 listopada. W Wiedniu nastało wielkie poruszenie: odkryto, że pewien cichy pułkownik austriackiej armii przez ostatnie dwadzieścia lat pracował na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego. Przekazywał informacje o austriackim lotnictwie i artylerii, a w ostatnich latach bardziej skupiał się na zagadnieniach społecznych i politycznych: kryzysie migracyjnym (według telewizji ORF, szczególnie ten aspekt interesował Rosję), działaniach austriackiego rządu i nastrojach społeczeństwa.

A taki miał być przyjemny nastrój przy podwieczorku. Niedawno cały świat świetnie bawił się wraz z prezydentem Putinem na weselu pani minister spraw zagranicznych Austrii Karin Kneissl – krótki filmik z tańcem rosyjskiego gościa z austriacką panną młodą zrobił furorę w mediach. Pani Kneissl wybierała się właśnie, aby złożyć swemu danserowi wizytę w Moskwie i jeszcze bardziej ocieplić relacje dwustronne. Austria była jedynym państwem UE, które nie wydaliło rosyjskich dyplomatów w ramach akcji solidarnościowej z Wielką Brytanią po otruciu Siergieja i Julii Skripalów. Kanclerz Sebastian Kurz przyjął w czerwcu Putina, uścisnął mu dłoń i zapowiedział, że fajnie będzie mieć rosyjski gaz i że Austria popiera zarówno Nord Stream 1, jak i Nord Stream 2. Gazprom i OMV podpisały kontrakt. A wicekanclerz Christian Strache pieścił ucho rosyjskiego gościa stwierdzeniami, że należy złagodzić sankcje, a nawet z nimi skończyć. Aż tu nagle taki despekt: austriacki pułkownik (aktualnie już na emeryturze) na służbie rosyjskiego pułkownika.

„Nowy Redl”, jak szpiega okrzyknęła austriacka prasa, pracował w sztabie i przekazywał informacje, do których miał dostęp. Nie były to hity super hiper, ale jednak dostarczane przez dwadzieścia lat regularnie raporty, informacje wrażliwe, które nie powinny były nigdy wyciec poza mury ministerstwa obrony. Pułkownik miał się spotykać co dwa tygodnie z rosyjskimi oficerami prowadzącymi. Przez wiele lat jego patronem był niejaki „Jurij”, który przekazywał pułkownikowi zadania. Zdobyte informacje pułkownik szyfrował. Za usługi otrzymał 300 tysięcy srebrników, pardon, euro. A teraz składa zeznania, przyznał się do zarzutu szpiegostwa.

Na razie wiadomo niewiele więcej. Ciekawe jest to, że – jak twierdzi prasa – wiadomości o pułkowniku przekazały Austrii „służby zaprzyjaźnionego kraju”, prawdopodobnie Niemiec. Sam delikwent od pewnego czasu spodziewał się, że zostanie zdekonspirowany (pono został ostrzeżony przez Rosję), więc starał się zniszczyć kompromitujące go materiały, ale nie zdążył: w ręce austriackich służb trafiły laptop i inny sprzęt. Jeszcze jedna ciekawostka: w 2006 roku szpieg zamierzał wycofać się rakiem z miłej współpracy z Rosją, ale widocznie przedstawiono mu mocne argumenty na rzecz kontynuowania działalności szpiegowskiej, bo pracował dalej.

Kanclerz Kurz przeżył szok. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej oburzał się, że ktokolwiek śmiał uprawiać szpiegostwo przeciwko neutralnemu państwu. Czyżby naprawdę myślał, że skoro tak przyjaźnie potraktował znajdującego się w izolacji Putina i zaproponował mu gazowe kontrakty, to Putin zrewanżuje mu się przyzwoitym zachowaniem? Teraz kanclerz zapowiedział, że zadba o bezpieczeństwo Austrii (w tym bezpieczeństwo cybernetyczne) we współpracy z europejskimi partnerami. Lepiej późno niż wcale.

Rosja zareagowała klasycznie. Na plac Smoleński w Moskwie do siedziby MSZ wezwano ambasadora Austrii i zadano pytanie: dlaczegóż to austriaccy partnerzy nie próbowali wyjaśnić sprawy dyskretnie przez kanały dyplomatyczne, tylko od razu z przytupem podano rzecz do publicznej wiadomości. „Ta metoda jest nie do przyjęcia” – powiedział minister Ławrow. A poza tym oczywiście nie ma dowodów. Jak zwykle „nastamniet”

Po ostatnich wpadkach rosyjskiego wywiadu w Europie teraz kolejny sygnał z Austrii: Rosjo, koniec wczasów. Wyjawienie „szpiona” akurat w Austrii jest dla Rosji szczególnie nieprzyjemne. Wiedeń dokładał starań, aby dobrze się działo w stosunkach z Moskwą, deklarował współpracę, wpływanie na osłabienie reżimu sankcyjnego itd. Przynajmniej na jakiś czas temperatura uczuć odczuwalnie spadnie. No i tańców z Putinem raczej nie będzie.

Którzy odeszli 2018, część trzecia

5 listopada. Zdarza się, że polityka wkracza na teren kultury i wywija hołubce w labiryntach żywotów ludzi twórczych profesji. Zdarza się też, że ludzie twórczych profesji garną się do polityki lub zwyczajnie obsługują interesy politycznej góry. A polityczna góra w podzięce nagradza ich. Ale wymaga też, aby oddany artysta wsparł władcę w odpowiednim momencie i we wrażliwej sprawie: napisał coś, zaśpiewał, powiedział, poparł.

Zmarły 30 sierpnia w Moskwie Iosif Kobzon, popularny piosenkarz, już na początku kariery estradowej zaznaczył, że potrafi iść w nogę z politycznym duchem czasu. Podczas studiów w moskiewskiej akademii muzycznej im. Gniesinów („Gniesince”) był aktywistą Komsomołu (studiów nie ukończył, gdyż zaangażował się w koncerty wyjazdowe, które kolidowały z tokiem nauczania). Na początku lat sześćdziesiątych wystąpił w telewizji w popularnym programie „Błękitny ognik” – pieśń „Kuba, moja miłość” zapewniła mu zachwyt widzów i uznanie odpowiednich czynników partyjnych. Pieśń została napisana z okazji przyjazdu Fidela Castro do ojczyzny Lenina. Kobzon wystąpił z automatem przewieszonym przez szyję, z przyklejoną brodą i w kostiumie kubańskich rewolucjonistów.

Przez kolejne lata Kobzon budował karierę piosenkarską i równolegle polityczną, w połowie lat siedemdziesiątych ukończył partyjny Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Zapewne po to, by jeszcze uważniej wsłuchiwać się w partyjne trele morele. Co ciekawe, powrócił też do nieukończonej swego czasu „Gniesinki”, gdzie został profesorem na wydziale wokalnym. Spod jego ręki wyszło wielu popularnych artystów estrady. Między innymi Waleria, piosenkarka („śpiewająca jamą ustną”, jak określają ją adwersarze) hołdująca również regule Kobzona „kochana władzo, ja wam wszystko wyśpiewam”.

Śpiewał, śpiewał, śpiewał. Miał w repertuarze podobno trzy tysiące pieśni i piosenek: komsomolskich, patriotycznych, sławiących przodowników pracy, Armię Czerwoną, Lenina, przeboje filmowe (zaśpiewał m.in. piosenkę w serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”), klasyczne romanse, arie operowe. Jego miękki baryton zachwycał słuchaczy. Kobzon w latach rządów Breżniewa z zaangażowaniem objeżdżał wielkie budowy tamtej epoki, jeździł do Afganistanu w czasie interwencji, po katastrofie w Czarnobylu śpiewał dla ratowników. Po rozpadzie ZSRR startował (z powodzeniem) w wyborach do Dumy.

Po podpisaniu porozumień kończących pierwszą wojnę czeczeńską pojechał z koncertami do Groznego. Krewcy kaukascy słuchacze z zachwytu strzelali z kałachów w powietrze na cześć wykonawcy. Potem w 2002 roku był tragiczny epizod w teatrze na Dubrowce w Moskwie, gdzie komando czeczeńskich terrorystów wzięło jako zakładników widzów spektaklu „Nord Ost”. Kobzon zaangażował się wtedy w pertraktacje z terrorystami, udało mu się przekonać ich do wypuszczenia kobiety z trojgiem dzieci. Gdy po latach wspominał te dramatyczne chwile, nie był w stanie opanować wzruszenia. Ludzie, którzy go znali i opowiadali o nim w programach telewizyjnych nadawanych po śmierci piosenkarza, mówili, że Kobzon nie odmawiał, gdy potrzebujący prosili go o pomoc. Miał bardzo szerokie grono znajomych i przyjaciół. Przez bliskie powiązania z ludźmi mafii w połowie lat dziewięćdziesiątych został pozbawiony amerykańskiej wizy. Kobzon wielokrotnie zaprzeczał, by łączyły go jakiekolwiek biznesy z kryminalistami. Ale jednocześnie przyznawał, że takie szychy „ruskiej mafii” działające w USA jak „Tajwańczyk” czy „Japończyk” to jego przyjaciele.

Mimo zaawansowanego wieku (ur. 1937), poważnej choroby oraz formalnego zakończenia kariery (w 2012 roku) wznowił działalność estradowo-polityczną w 2014 roku. Całym sercem poparł aneksję Krymu. A gdy Rosja rozpętała „rosyjską wiosnę” na wschodzie Ukrainy, jeździł do Donbasu, ściskał się z watażkami (a nawet śpiewał z nimi w duecie), powtarzał z upodobaniem: „tu zakopany jest mój pępek” (urodził się w obwodzie donieckim), został honorowym konsulem samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej, zbierał pieniądze na pomoc humanitarną dla mieszkańców Donbasu, w 2016 r. otrzymał „obywatelstwo tzw. Donieckiej Republiki Ludowej”. Został objęty przez Ukrainę zakazem wjazdu oraz pozbawiony wszelkich ukraińskich nagród i tytułów.

Na ceremonię pogrzebową piosenkarza przyszli Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew oraz szereg polityków, którzy wspominali nie tylko drogę twórczą Kobzona, ale jego zaangażowanie w sprawy społeczne. Kobzon spoczął w żydowskiej części Cmentarza Wostriakowskiego w Moskwie.