Archiwa kategorii: Bez kategorii

Syndrom spokojnych nóg

16 czerwca. W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

– Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

„Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.

Spałowany Dzień Rosji

14 czerwca. Dzień Rosji ustanowiono, by uroczyście świętować odrodzenie się nowego państwa rosyjskiego po mrokach sowieckiej epoki. 12 czerwca 1990 roku ogłoszono deklarację suwerenności Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, to był początek końca sowieckiego molocha. Tegoroczne obchody nie miały nic wspólnego z radością – naprzeciw siebie stanęły Rosja putinowska i Rosja antyputinowska. Rosja putinowska sięgnęła po stylistykę ponurej instytucji, z której wywodzi się niezmienny przywódca i przykładnie spałowała Rosję antyputinowską, która wyszła zamanifestować niezadowolenie z korupcyjnych praktyk władzy, zamordyzmu i braku perspektyw. Znowu światowe media zapełniły obrazki z rosyjskich demonstracji – wleczonych brutalnie po ulicy ludzi czy dziewczyn wpychanych przez krzepkich omonowców do suk, transparentów z napisami „Putin złodziej”, „Precz ze skorumpowaną elitą władzy” i „Mamy dość Putina”.

Demonstracje przeciwko polityce władz odbyły się nie tylko w dwóch stolicach – Moskwie i Petersburgu – ale w ponad 140 miastach, od Władywostoku po Kaliningrad. Na place i ulice wyszło łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Obserwowałam, jak do protestu przystępowały kolejne strefy czasowe. Gdy demonstranci wyszli na ulicę Twerską w Moskwie, ci w Chabarowsku czy Irkucku już siedzieli w aresztach. Łącznie w protestach wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy, zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi. Dużo czy niedużo? Niedużo, jeśli policzyć w skali całego kraju procentowy udział tych, co wyszli protestować. Ale dużo, jeśli wziąć pod uwagę zaorany krajobraz polityczny Rosji, ostre i ciągle zaostrzane przepisy dotyczące zgromadzeń publicznych, rozproszenie i słabość opozycji.

Liderem protestów znowu był Aleksiej Nawalny. Może jedyny w tej chwili polityk w Rosji, który walczy z władzą o władzę. Wezwał swoich zwolenników do nielegalnej demonstracji przeciwko zakłamanej, skorumpowanej ekipie Putina. To się Kremlowi podobać nie może. Za niecały rok wybory prezydenckie, wszelkie rysy na wizerunku władzy niekorzystnie będą wpływać na postrzeganie kandydata obozu rządzącego (ktokolwiek nim będzie, Putin na razie uchyla się od jednoznacznej deklaracji). Pozycja Nawalnego jest stale przedmiotem dyskusji w środowiskach nastawionych krytycznie do Putina. Podejrzewany jest o obsługę interesów Kremla, potajemne paktowanie z członkami obozu rządzącego. Nie da się tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

Ale to, co Nawalny pokazuje, jest nową jakością w rosyjskim życiu politycznym. Wnosi dysonans, stanowi ze swoją dezynwolturą i dynamiką przeciwieństwo skostniałego układu władzy. Piętnuje grzechy elity – przede wszystkim tropi korupcję, która stanowi sól rządów putinowskiej kleptokracji (za te akcje władza go przykładnie karze: utrudnia różnymi sposobami uruchamianie sztabów wyborczych w terenie, nęka rewizjami, aresztuje współpracowników). Nawalny potrafi zmobilizować zwolenników, mimo braku dostępu do ogólnokrajowych mediów dociera do bardzo szerokiej publiczności, korzystającej z szybkich mediów społecznościowych.

Kolejna nowość na rosyjskiej scenie politycznej to bunt młodych. W ostatnich demonstracjach prawie jedna czwarta to byli ludzie młodzi i bardzo młodzi, często niepełnoletni. Oni mają dosyć Putina, uważają jego rządy za szczyt obciachu, nie chcą żyć w tym zaduchu. Organizują się za pośrednictwem komunikatorów, których służby specjalne nie są w stanie w pełni kontrolować. Po demonstracjach 26 marca, w których po raz pierwszy „pokolenie P” (ludzie urodzeni już za prezydentury Putina) pokazało, że ma głos i wzięło masowo udział w protestach przeciwko korupcji, władze próbowały przeprać im mózgi i zachęcić do powściągliwości. W szkołach odbywały się pogadanki, rodziców wzywano przed oblicze ciała pedagogicznego, które głównie straszyło wizją relegacji krnąbrnych pociech itp. Jak widać, bez efektu. „Pianista gra, jak potrafi. Władza tylko potrafi pałować i zastraszać” – podsumował nie bez racji politolog Stanisław Biełkowski.

Stanisław Kuczer tak o formowaniu się świadomości młodego pokolenia napisał na FB: „Najbardziej aktywna część pokolenia Putina nie chce mieszkać w domu, który zbudował Putin. Moja 26-letnia apolityczna siostra pokazuje mi zdjęcie napisu nad wejściem do malezyjskiej restauracji „Okupantów nie obsługujemy” i pyta, dlaczego w Ameryce, Europie, w postępowych krajach Azji uważa się nas za agresorów. 25-letni znajomy mówi mi, że ostatnią kroplą, która przelała jego puchar goryczy i spowodowała, że poszedł demonstrować na Twerską, był program rosyjskiej telewizji, w którym strojono sobie nieprzystojne żarciki z Macrona. 18-letnia córka mojego kolegi z obrzydzeniem rzuca naukę na uczelni, w której wykładowca uczy studentów, że media społecznościowe wymyśliło CIA, żeby zniewolić ludzkość. W Internecie, gdzie żyje to pokolenie, świat jest jeden, nie ma w nim granic, nie ma w nim murów. A w rzeczywistości, która ich otacza, spostrzegają, że nowa żelazna kurtyna za chwilę opadnie i odgrodzi ich od reszty świata. Słyszą, jak o gnijącym Zachodzie opowiadają w telewizji podstarzali hipokryci, których dzieci i wnuki dawno mieszkają na tym amoralnym Zachodzie. A teraz na kolejne sześć lat młodym proponuje się wybór tego samego prezydenta, którego widzieli z gołym torsem na koniu, gdy zaczynali chodzić do szkoły. To nie jest rzeczywistość, w której chce żyć normalny dwudziestolatek, niezależnie od przekonań politycznych”. Celne spostrzeżenia.

Ale wróćmy do poniedziałkowych protestów. Aleksieja Nawalnego prewencyjnie zatrzymano już pod domem, gdy zmierzał na zwołaną przez siebie demonstrację. Następnie sąd skazał go od ręki na trzydzieści dni aresztu administracyjnego za złamanie ustawy o zgromadzeniach publicznych. Zatrzymani uczestnicy protestu są skazywani na kilkudniowe areszty administracyjne, część nadal oczekuje na komisariatach na rozprawy.

Rosja putinowska też wyszła na ulice. I to nawet na Twerską, gdzie zebrali się zwolennicy Nawalnego. A to dlatego, że władze miasta zorganizowały tam właśnie błagonadiożny piknik historyczny. Oczom zdumionej publiczności ukazały się między innymi postaci ubrane w mundury NKWD. Perskie oko władzy, nie ma co.

Wieczorem na placu Czerwonym pod murem Kremla odbył się okolicznościowy koncert, śpiewały gwiazdy estrady, tłumnie zgromadzona publiczność świetnie się bawiła, tańczyła, klaskała. „Dużo więcej ich tu niż nas na Twerskiej” – zauważył gorzko na Twitterze ktoś z Rosji antyputinowskiej.

Na Pokłonnej Górze rozwinięto wielką flagę Rosji o powierzchni 1051 metrów kwadratowych. Ale choćby miała jeszcze tych metrów więcej i tak nie przysłoniłaby tego, że z putinowskich puzzli coraz trudniej ułożyć zadany optymistyczny obrazek jedności narodowej. Jak długo jeszcze tego obrazka?

Bellingcat – jeszcze jeden krok w chmurach

5 czerwca. Zbliża się trzecia rocznica zestrzelenia pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Zginęło wówczas 298 osób, w większości obywateli Holandii i Malezji. Śledztwo się ślimaczy, Rosja mataczy. Tymczasem międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała dziś wyniki kolejnej fazy swoich badań, poświadczających, że Buk, z którego wystrzelono feralny pocisk, przyjechał na Ukrainę z Rosji.

Buk miał numer boczny 332 – to ustalono już rok temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Na podstawie analizy zdjęć zawężono listę osób, które obsługiwały tę wyrzutnię. Ustalono trasę, którą pokonał Buk z jednostki wojsk rakietowych w Kursku przez obóz Millerowo w obwodzie rostowskim (Rosja) na pole w okolicach miejscowości Pierwomajskoje (Ukraina). W lutym br. dziennikarze z Bellingcat opublikowali personalia osoby, która pilotowała przemieszczenie Buka z obwodu rostowskiego w Rosji do objętego walkami obwodu donieckiego na Ukrainie. To były funkcjonariusz wywiadu wojskowego GRU Siergiej Dubinski, używający podczas wojny w Doniecku pseudonimu Chmuryj i pełniący w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej funkcję szefa samozwańczego wywiadu (Dubinski odżegnuje się od ustaleń Bellingcat).

Grupa Bellingcat przekazała zebrane materiały międzynarodowej komisji śledczej, pracującej nad wyjaśnieniem okoliczności tragedii. (W październiku ub.r. komisja JIT opublikowała raport, z którego wynika, że samolot został zestrzelony rakietą Buk produkcji rosyjskiej; w raporcie nie stwierdzono z całą pewnością, skąd dokładnie dokonano wystrzelenia rakiety).

Teraz doszły dodatkowe ustalenia, pozwalające potwierdzić i uzupełnić dotychczasowe wyniki śledztwa grupy Bellingcat, które jednoznacznie wskazuje na rosyjskie sprawstwo. (Tu można zapoznać się z najnowszymi materiałami Bellingcat: https://www.bellingcat.com/tag/mh17/ – drobiazgowa analiza wyłowionych z przestrzeni mediów społecznościowych detali, dane geolokacyjne, imponująca pedantyczna robota, masa szczegółów i wnioski końcowe).

Gdzie znajduje się obecnie corpus delicti, czyli rzeczony Buk o numerze 332? Członkowie grupy Bellingcat wyrażają przypuszczenie, że spoczywa gdzieś na dnie Morza Czarnego. Choć z drugiej strony liczą na to, że o wartym kilka milionów dolarów Buku musi się znaleźć jakaś dokumentacja świadcząca o utylizacji tak drogiego sprzętu. I że kiedyś to wyjdzie na jaw.

Rosja idzie nadal w zaparte i odrzuca wszystkie ustalenia komisji. Grupę Bellingcat stara się zdyskredytować, wykazać, że działa ona na polityczne zamówienie wrogów Moskwy, obniżyć wartość publikowanych materiałów, stworzyć szum informacyjny, wrzucając w przestrzeń medialną własne wersje wzięte, jak twierdzą eksperci grupy Bellingcat i nie tylko, ze złoconych sufitów Kremla.

Na razie Ministerstwo Obrony Rosji, pytane m.in. przez portal RBK o ocenę ostatnich ustaleń Bellingcat (http://www.rbc.ru/politics/05/06/2017/593333359a79474381064c91?from=center_16), nie zajęło stanowiska. Wcześniej rosyjski resort obrony przedstawiał w sprawie przyczyn tragedii MH17 różne wersje, mające wykluczyć winę Rosji, a dowieść winy Ukrainy.

Rosyjska karta w amerykańskiej grze

28 maja. Nie ma dnia, by w amerykańskiej przestrzeni medialnej nie pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne rewelacje dotyczące mniej lub bardziej domniemanego udziału Rosji w próbach powożenia Trumpem. Rosyjska karta stała się ważnym elementem wewnętrznych rozgrywek na amerykańskich szczytach. Rosyjska karta, nie Rosja. A to, jak mawiają w Odessie, „dwie wielkie różnice”.
Po kolejnych przesłuchaniach przed komisją Kongresu do prasy wyciekły nowe dane. „The Washington Post”, powołując się na anonimowe źródła na górze, ujawnił, że zięć Donalda Trumpa i jego doradca w jednej osobie, Jared Kushner pod koniec 2016 roku udał się po cichu do ambasadora Rosji w Waszyngtonie, Siergieja Kislaka. Miał z nim omówić utworzenie sekretnego kanału komunikacji pomiędzy ekipą Trumpa a Kremlem. Żeby amerykańskie służby nie wtryniały nosa w te kontakty. W rozmowach miał uczestniczyć również Michael Flynn, przez chwilę doradca amerykańskiego prezydenta ds. bezpieczeństwa, wkrótce po nominacji odwołany. Jednak, jak anonsuje „The Washington Post”, amerykańskie służby były czujne i „przechwyciły rozmowy Kislaka z Moskwą na ten temat”. Kislak raportował, że Kushner zaproponował wykorzystanie dla nieformalnych kontaktów rosyjskie instytucje działające w Stanach Zjednoczonych; ambasador był zszokowany supozycją, iż „Amerykanie mieliby zostać dopuszczeni do wykorzystania rosyjskich kanałów komunikacji w ambasadzie lub konsulacie”. Nie wiadomo, czy w związku z tym do ustanowienia takiego kanału doszło. W każdym razie prasa pisze o trzech potajemnych kontaktach Kushnera z Rosjanami.
Abstrahując od tego, czy do kontaktów dochodziło czy nie dochodziło, czy to, że Rosja mieszała w amerykańskim kotle wyborczym, miało znaczenie dla zwycięstwa pożądanego przez nią kandydata czy nie, teraz rosyjska karta jest używana przez amerykańskich polityków do wewnętrznej rozgrywki wokół Trumpa. O układaniu stosunków z samą Rosją w tym kontekście mówi się ostatnio znacznie rzadziej niż w trakcie kampanii wyborczej i zaraz po niej.
„Idea nowej pieriezgruzki [w stosunkach USA i Rosji] została pogrzebana dość dawno. To, co Trump zaprezentował na spotkaniu NATO w Brukseli, nie wnosi zasadniczych zmian do kursu polityki USA. Trump powiedział, że Rosja stanowi zagrożenie, w gronie, które właśnie takiej deklaracji od niego oczekiwało – komentuje Paweł Szarikow z Instytutu USA i Kanady Rosyjskiej Akademii Nauk. – Przypuszczam, że w czasie kampanii wyborczej i może w okresie poprzedzającym inaugurację Trump rzeczywiście miał jakieś mgliste plany wobec Rosji. Było to zapewne związane z chęcią dogadania się z Putinem, aby łatwiej było potem rozmawiać z Chinami. […] Ale pod wpływem kręgów politycznych w Waszyngtonie, które oskarżają go o związki z Kremlem, Trump zrozumiał, że aby zachować reputację wewnątrz kraju, będzie musiał z tych planów zrezygnować. Rosja nie była na tyle ważnym priorytetem dla Ameryki, aby dla niej cokolwiek poświęcać. W ostatnich latach Moskwa w amerykańskiej polityce nie była najważniejsza i schodziła na dalsze pozycje, potem znowu powróciła na czoło priorytetów, ale już ze znakiem minus, nie plus”.
Czy można postawić tezę, że Rosja jest traktowana przedmiotowo, a nie podmiotowo w amerykańskiej rozgrywce? Rosyjska politolożka Lilia Szewcowa pisze: „W ciągu ćwierćwiecza po rozpadzie ZSRR Kreml utrzymywał poczucie, że Rosja jest wielkim mocarstwem. W imię tego statusu Rosjanie gotowi byli poświęcić swoje swobody. […] Rosja może utrzymać ten swój status tylko w odniesieniu do USA – poprzez dialog lub konfrontację, lub i jedno, i drugie łącznie. Rosyjska mentalność polityczna oparta jest na amerykanocentryzmie. […] Za Obamy, który starał się nie drażnić Kremla, w Moskwie nawet uznano, że nastał czas, aby dyktować własne warunki. Kiedy wybrano Trumpa, rosyjska elita rozmarzyła się o tandemie Rosja-USA, który będzie władał całym światem, oczywiście dominować w tandemie będzie bardziej doświadczony polityk. I oto marzenia się rozwiały – Rosja stała się nie po prostu instrumentem w amerykańskiej walce o władzę, ale przekształciła się w antysystemową siłę”. Nazwa Rosja nieustannie pojawia się w amerykańskim dyskursie w kontekście nowej afery Watergate – zwraca uwagę Szewcowa. Każda wypowiedź, ba, każde westchnienie Moskwy w obronie Trumpa odbierane jest w Waszyngtonie jako potwierdzenie, że to „człowiek Kremla” itd. Jej zdaniem, wykreślenie Moskwy z listy priorytetów administracji USA to zagrożenie dla samego Putina i jego legitymacji władzy, trzymającej się na iluzji wielkomocarstwowości.
Ostra teza. Można jeszcze dodać, że skoro tak, to Moskwa sięgnie zapewne w obronie swojego statusu po – wypróbowaną już przecież na wielu frontach – konfrontację. Metoda „wpuszczania jeża do spodni”, jak gensek Nikita Chruszczow określił w czasach kryzysu karaibskiego rozmieszczenie rakiet na Kubie, w stosunkach ze Stanami nie została wycofana z arsenału.
Ciekawe i zawiłe są meandry tej gry. A sygnały wysyłane przez Waszyngton sprzeczne. Bo z jednej strony są komunikaty amerykańskiej administracji o tym, że Rosja stanowi zagrożenie, obserwujemy też, że ciągle odkładane jest spotkanie Trumpa z Putinem, ale z drugiej – mamy niefrasobliwe zachowanie amerykańskiego prezydenta na spotkaniu z ambasadorem Kislakiem (znowu Kislak) i ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem w Białym Domu, podczas którego dzieli się on sekretną wiedzą o Państwie Islamskim.
Na drugim, może nawet trzecim planie tej wysokiej rozgrywki toczą się sprawy bardziej przyziemne. „The New York Times” donosi, że rosyjski miliarder Oleg Deripaska jakiś czas temu zwrócił się do amerykańskiego Kongresu i zaproponował, że złoży zeznania dotyczące swoich powiązań z Paulem Manafortem, szefem sztabu wyborczego Trumpa. W zamian oligarcha domagał się zapewnienia mu immunitetu. Kongres miał odmówić. Deripaska należy do elity biznesowej Putinowskiej Rosji. Jeżeli próbuje dogadywać się o amnestii z Amerykanami, to jest to ciekawy sygnał dotyczący kondycji i perspektyw rosyjskiego biznesu i klasy politycznej z tym biznesem związanej.

Cztery piętra do nieba

21 maja. Jedni są za, inni są przeciw, jeszcze inni za, a nawet przeciw. W Moskwie nie cichną emocje wokół planu wyburzania chruszczowek – rozpadających się czteropiętrowych bloczków, budowanych w epoce Nikity Chruszczowa. Mer Siergiej Sobianin ogłosił wielki plan odnowy stolicy, który zyskał miano „renowacji” i wywołał wielkie poruszenie wśród mieszkańców.

Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych gensek Chruszczow rzucił hasło „jedno mieszkanie – jedna rodzina”, plan przyjęto jednoznacznie z entuzjazmem. To była faktycznie nowa epoka, tchnienie odwilży. Obywatelom pozwolono cieszyć się własnym kątem, bez konieczności uwspólniania kuchni i łazienki z sąsiadami z „komunałki”, uważnie podpatrującymi, co się dzieje za ścianą – i jakże często uprzejmie donoszącymi organom bezpieczeństwa. Idea była taka: budować z byle jakich materiałów, byle szybko. Prowizorka ta bowiem miała trwać niedługo – najwyżej trzydzieści lat. Produkowano w fabrykach domów gotowe moduły. Mieszkania jedno- lub dwupokojowe, z łazienką, której niewielkie okieneczko wychodziło na kuchnię, właściwie kuchenkę. Klucze do mieszkań w chruszczowkach wydawano „na przydział”. To była forma mieszkania socjalnego, choć wtedy takiego pojęcia z ZSRR nawet nie było.  Osiedla chruszczowek powstawały w wielu radzieckich miastach, większość z nich stoi do dziś. W niektórych przeprowadzono lifting, w niektórych – choć wszystko się sypie – nie zrobiono przez te wszystkie lata remontu.

Wiele chruszczowek znajduje się w centrum lub blisko centrum na terenach atrakcyjnych z punktu widzenia deweloperów pokrywających ostatnio Moskwę tak zwanymi „murawiejnikami” (mrowiskami) – gigantycznymi, wielopiętrowymi blokami o różnym standardzie, lepszym i gorszym. Wiadomo, grunty w centrum są drogie, trzeba wybudować jak najwyższe domy, aby trud budowlańca zwrócił się deweloperowi jak najszybciej.

I oto władze Moskwy występują z szerokim planem „renowacji”. Zakłada on, że chruszczowki zostaną wyburzone, a mieszkańcy zostaną przeniesieni do innych mieszkań. Zapisane w projekcie ustawy o „renowacji” zasady przyznania lokalu zamiennego są na tyle rozmyte (np. nie ma w nich gwarancji, że wysiedlani z chruszczowek otrzymają lokal o tym samym standardzie, metrażu, lokalizacji w centrum itd.), że lokatorzy poczuli się zagrożeni w swoich prawach. Odbyły się demonstracje i to dość liczne, nazywane przez opozycyjnych publicystów „protestami przeciwko deportacji moskwian”. Władze odstąpiły krok wstecz, na wyraźne polecenie prezydenta Putina zapowiedziano konsultacje społeczne, wprowadzono zasadę głosowania – lokatorzy mogą się wypowiedzieć, czy chcą, by ich blok został wyburzony, czy nie. Spowodowało to niesłychaną zawieruchę. Jedni demonstrują za, inni – przeciwko. Jedni chcą, drudzy – nie chcą. Jeszcze inni by może i chcieli, ale nie mają za grosz zaufania do władz, obawiają się, że i tak zostaną zrobieni w konia, więc wolą już to, co mają – czyli kąt w dobrym miejscu. Niektórzy domagają się rozbiórki swojego bloku, inni wręcz przeciwnie – walczą o wykreślenie z rejestru domów, przewidzianych do wyburzenia. Zainicjowana akcja władz miasta ujawniła niebywały bałagan w prawie lokalowym. Prawa własności do lokali w ogromnej liczbie przypadków są nieuregulowane, ludzie mieszkają w chruszczowkach (zapewne nie tylko w chruszczowkach) „na pticzjich prawach” – jak ptaki przelotne, użytkują mieszkania prawem kaduka. Są też i tacy, którzy wykupili swoje kwaterki na własność lub nabyli na wolnym rynku. Jak ich potraktować?

„Renowacja” to eldorado dla branży budowlanej, możliwość pozyskania lukratywnych kontraktów na budowę nowych obiektów, a także złoty interes dla biurokratów, którzy będą decydować, kogo, gdzie, w jakim trybie przemieścić, a także kto, gdzie i jak będzie budował (stwarza to pole do korupcji). Po Moskwie krążą pogłoski, że najwięcej z tego tortu dostaną bracia Rotenbergowie – bliscy znajomi Putina, którzy dziwnym trafem dostają zawsze smakowite zlecenia. W moskiewskim żargonie już zaczęto nazywać akcję „renowacji” chrenowacją („chren” to chrzan, ale także wulgarne określenie męskiego przyrodzenia).

Plan zakłada powstanie gigantycznego Funduszu Renowacji – dziwnego ciała, wyposażonego w rozległe pełnomocnictwa. Jak pisze Julia Łatynina w „Nowej Gazecie”, „to supermonstrum może wszystko. Decydować, komu przyznać zlecenie na budowę, decydować, który z budynków zostanie wyburzony i co powstanie na jego miejscu […]. Z projektu ustawy wynika, że właściciele domu, który ma być zgodnie z wolą Funduszu Renowacji zburzony, nie mają żadnych praw. Dom może zostać rozebrany na podstawie decyzji władz miasta Moskwy. Jeżeli mieszkańcy się nie zgadzają, to dom i tak rozbiorą na podstawie orzeczenia sądu. Gdy patrzę na to, jak już dziś tym, którzy się nie zgadzają [na rozbiórkę], podpala się mieszkania, przecina opony w autach itd., to myślę sobie, że Fundusz może się uciekać do innych metod przekonania nieprzekonanych. W projekcie nie ma też słowa o tym, jak mają być budowane te nowe domy dla wysiedlonych z chruszczowek – ile mają mieć pięter, w jakiej odległości od siebie mają być wznoszone, nie mówiąc już o terenach zielonych. Jednym słowem, projekt ustawy o renowacji pozwala supermonopoliście pod nazwą Fundusz Renowacji wykwaterować 1,6 miliona moskwian z ich domów i wprowadzić ich do wielopiętrowych bloków, przypominających trumny bez zieleni, infrastruktury, szkół, przedszkoli, sklepów i przychodni lekarskich”.

1,6 miliona moskwian objętych „renowacją”. Niezły kapitał społeczny.

Oko kandydata

14 maja. Różnie o nim mówią i piszą – najskuteczniejszy rosyjski opozycjonista, nieustraszony bojownik z korupcją, piętnujący nowobogactwo złodziejskiej putinowskiej ekipy, mistrz politycznego lansu, romansujący z nacjonalizmem populista, a także projekt Kremla. Jedno jest pewne: Aleksiej Nawalny skupia wokół siebie coraz większe zainteresowanie i pozostaje fenomenem na rosyjskiej scenie politycznej. Ostatnio znowu znalazł się w centrum uwagi: stał się ofiarą chuligańskiego ataku, w wyniku którego mógł stracić wzrok w jednym oku.

Wielokrotnie pisałam o akcjach Nawalnego i jego ambicjach politycznych. Kilka jego ostatnich działań odbiło się szczególnie szerokim echem. Publikacja materiałów na temat majętności premiera Dmitrija Miedwiediewa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/), zorganizowanie najliczniejszej od pięciu lat demonstracji przeciwko skorumpowaniu władz (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), wreszcie – ogłoszenie zamiaru kandydowania w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i rozpoczęcie szeroko zakrojonej kampanii z otwieraniem sztabów wyborczych w całym kraju, naborem wolontariuszy itd.

Wizytom Nawalnego w miastach, gdzie tworzone były jego sztaby, towarzyszyły ataki „nieznanych sprawców”, którzy oblewali go tak zwaną „zielonką” (zielony płyn dezynfekcyjny, którym przemywa się rany; pozostawia na skórze długotrwałe zabarwienia). Początkowo Nawalny robił z tych napaści show: fotografował się z zieloną twarzą i włosami, kpił z tchórzy, którzy go w ten sposób potraktowali. Ale gdy 27 kwietnia napastnik chlusnął mu w twarz „zielonką” z jakimś żrącym dodatkiem, żarty się skończyły – polityk mógł stracić wzrok w prawym oku.

Podjęte przez Nawalnego starania o wyjazd na leczenie zagranicę uwieńczone zostały nieoczekiwanie sukcesem, dzięki… wstawiennictwu Kremla, do którego Nawalny sam się zwrócił o pomoc. Splot wydarzeń był nader ciekawy.

Oto 3 maja sąd w Kirowie odrzucił apelację od wyroku (pięć lat „w zawiasach”) wymierzonego Nawalnemu za nadużycia finansowe w słynnej sprawie „Kirowlesu”. Tym samym wyrok się uprawomocnił. A Nawalny jako osoba skazana prawomocnym wyrokiem, nie może stawać w szranki wyborcze.

Dzień później Nawalny otrzymuje zgodę na wydanie mu paszportu i wyjazd, choć jednocześnie kolportowane są komunikaty, że nie ma prawa opuszczać terytorium Rosji. Potem komunikaty te są dementowane, potem znowu potwierdzane. Niejasności wzmagają potężny szum medialny, jaki podnosi się ze wszech stron wokół sprawy wyjazdu Nawalnego na operację do Hiszpanii. Szumią krytycy, szumią i zwolennicy, zdetonowani, że ich ulubieniec „poszedł na współpracę” z Kremlem i poprosił o protekcję. Po sieci snują się domysły, że władzom chodzi o pozbycie się niewygodnego polityka z kraju – bo jak wyjedzie, to mogą go potem nie wpuścić pod byle pozorem itd. Nawalny wyjeżdża, pomyślnie przechodzi operację i bez przeszkód wraca do Moskwy.

Jednocześnie toczy się sprawa wyjaśnienia, kto napadł na Nawalnego. Jego współpracownicy ustalają tożsamość napastnika i jego prawdopodobnych pomocników. To aktywiści prokremlowskiego ruchu SERB, znane są ich personalia. Policja prowadzi własne śledztwo. Na razie bez widomych rezultatów.

Wrócę jeszcze do sprawy kluczowej – wyeliminowania Nawalnego z wyborów dzięki zabiegowi z uprawomocnieniem wyroku. Obrona zapowiedziała kolejną apelację do Trybunału Praw Człowieka. Ale czy będzie to skuteczne? Władzom nie mogło się podobać to, że Nawalny wrzuca do przestrzeni internetowej niewygodne dla ekipy rządzącej tematy i wykazuje, że to skorumpowana klika pasożytów. Do przestrzeni internetowej, a więc jednak – ograniczonej. Natomiast jako kandydat na prezydenta zyskałby prawo do występowania w telewizji, a to już zupełnie inny zasięg rażenia. Kreml najwidoczniej nie chce ryzykować.

Tymczasem Nawalny mobilizuje ludzi do kolejnej demonstracji, która ma się odbyć 12 czerwca.

Licencja na dopisywanie

7 maja. Fascynujące są bebeszki materiałów opublikowanych przez WikiLeaks, a wykradzionych z serwera sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Niewidzialna ręka Kremla, hacker na jego usługach, podrabianie dokumentów, mające w zamyśle prowadzić do dyskredytacji niepożądanego kandydata, a wokół cisza wyborcza. Operacja specjalna żołnierzy niewidzialnego frontu na rzecz francuskiego Frontu Narodowego? Może. Udoskonalona powtórka z podobnych zabiegów w czasie kampanii wyborczej w USA, gdy to ujawniono materiały Partii Demokratycznej i korespondencję członków sztabu wyborczego Hillary Clinton? Może.

Popatrzmy. W piątek wieczorem, w ostatniej chwili przed ogłoszeniem ciszy wyborczej, za pomocą aplikacji Pastebin tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców, ukrywający się pod pseudonimem EMLEAKS ujawnił konfidencjalną korespondencję sztabu Macrona. Było już za późno, aby sprawę zbadać, a nawet zareagować – sztaby kandydatów nie mogą w okresie ciszy wyborczej wydawać komunikatów, które mogłyby w jakikolwiek sposób wpłynąć na wynik wyborów. Ograniczono się jedynie do stwierdzenia, że sztab padł ofiarą ataku hackerskiego i że w opublikowanym „masywie dokumentów” znajdują się zarówno autentyczne, jak i zmanipulowane (podrobione) materiały. Poczta sztabu Macrona, wykradziona najprawdopodobniej jeszcze w lutym br., sprawnie wylądowała na portalu WikiLeaks.

Rosyjski portal Insider rozpracował dostępne dane (http://theins.ru/politika/55118). W kilku miejscach w metadanych opublikowanych dokumentów wykryto ślad działalności niejakiego Gieorgija Piotrowicza Roski (zapis w cyrylicy: Георгий Петрович Рошка). Jak pisze Insider, to programista pracujący w firmie Eureka (Эврика), której klientelę stanowią rosyjskie instytucje rządowe, w tym ministerstwo obrony i służby specjalne. Rosca nie odpowiedział na zapytania autorów z portalu Insider. Agencja Interfax ostrożnie zastrzega, powołując się na WikiLeaks: „Firma Eureka, w której jakoby zatrudniony jest wspominany w metadanych Gieorgij Piotrowicz Rosca, posiada licencję Federalnej Służby Bezpieczeństwa na działalność w dziedzinie ochrony tajemnicy państwowej”.

We wspomnianym wyżej włamie na serwer sztabu Macrona uczestniczyła najprawdopodobniej znana już rosyjska grupa hackerska Pawn Storm (inne pseudonimy artystyczne Fancy Bear i APT28), podejrzewana o niedyskretne zaglądanie pod kołdrę i do kiesy uczestnikom amerykańskich zeszłorocznych wyborów prezydenckich, a także ataki na stronki internetowe rosyjskiej opozycji. Rezultaty włamów też przekazywano wtedy portalowi WikiLeaks. Metodę mieszania autentyków z podróbkami przetrenowano już wcześniej, np. na Aleksieju Nawalnym – wykradzione z fundacji Sorosa dane zmodyfikowano tak, aby miały wskazywać na finansowanie fundacji Nawalnego przez George’a Sorosa.

W rosyjskich mediach, zwłaszcza w telewizji, podczas całej kampanii wyborczej we Francji mocno wspierano Marine Le Pen, i to na różne sposoby, nie tylko poprzez przychylne komentarze występujących w politycznych talk show speców: np. po pierwszej turze wyborów korespondentka rosyjskiej telewizji państwowej nadawała ze sztabu wyborczego liderki Frontu Narodowego. Ważnym sygnałem poparcia dla tej kandydatki ze strony władz Rosji było jej spotkanie na Kremlu z Władimirem Władimirowiczem Putinem. Emmanuel Macron natomiast był poddawany ostrej krytyce. Żadnych włamów na strony sztabu Mariny Żanowny Le Pen nie stwierdzono, WikiLeaks nie wylała żadnych pozyskanych nielegalnie materiałów. David Frum z The Atlantic zażartował na Twitterze, że w chwili obecnej taką mamy sytuację, że nie bardzo można ufać kandydatowi, którego korespondencji nie zhakowałaby WikiLeaks.

Tymczasem twórca WikiLeaks Julian Assange bryluje na srebrnym ekranie: prowadzi autorskie show w kremlowskiej tubie propagandowej dla zagranicy – telewizji RT (https://www.rt.com/tags/the-julian-assange-show/).

Fejk fejkiem pogania

26 kwietnia. Codziennie w rosyjskiej telewizji odbywają się przemiłe dyskusje na tematy bieżące. Prowadzący intonuje odę do majestatu władz Rosji, po czym przedstawia główny temat, na który rzucają się jak wygłodniałe wilki zaproszeni do studia eksperci, politycy, dziennikarze, celebryci. Urozmaiceniem dla przewidywalnych wywodów krajowych luminarzy politologii jest pojawienie się w programie gości z zagranicy. Ci mają prawo do wypowiedzenia jakiejś umiarkowanej opinii niezupełnie zgodnej z narzuconą przez prowadzącego tezą propagandową. Nieraz dochodzi do sterowanej hecy, gdy zaproszony zagraniczniak zaprezentuje jakąś mocno kontrowersyjną myśl. Tak było kilkakrotnie z zapraszanymi gośćmi z Polski lub Ukrainy, którzy za swoje wypowiedzi byli szarpani za garderobę, a nawet bici po twarzy przy aplauzie zgromadzonej w studiu publiczności. Te widowiska dla gawiedzi o niezbyt wygórowanych oczekiwaniach estetycznych i niezbyt dużych wymaganiach merytorycznych to sól rosyjskiej telewizji, obsługującej interesy Kremla. Tędy sączy się do głów obywateli jedynie słuszne relacje i interpretacje.

Na dobranoc można sobie obejrzeć w dużej dawce wykrzykującego wielkomocarstwowe hasła Władimira Żyrinowskiego, nieodmiennie wcielającego się w rolę dobrze poinformowanego błazna. Albo wnuka Wiaczesława Mołotowa, Nikonowa, również Wiaczesława, który powtarza mantry o wyższości „ruskiego świata” nad więdnącą cywilizacją Zachodu. Talia tuzów sztuki gadulstwa na zamówienie nie jest znowu taka wielka – w tych seansach nienawiści występują stale te same postaci. Jak w commedia dell’arte ciągle grają swoje role te same typy.

Nie wiem, czy dlatego że z ekranu wieje nudą, czy dlatego by podkręcić wiarygodność – w poświęconym sytuacji wokół Korei Północnej programie „Pierwaja studija” w najpopularniejszej stacji telewizyjnej Rosji Pierwyj Kanał pokazano nowego komentatora wydarzeń na światowej scenie politycznej. A mianowicie pewnego starszego pana, którego przedstawiono jako Grega Waynera (Weinera?), amerykańskiego dziennikarza. Przy tym nie wyjaśniono, jaką redakcję pan Wayner reprezentuje. Gość mówił zresztą płynnie po rosyjsku bez cienia akcentu.

Portal Insider wyczaił, że ten człowiek naprawdę nazywa się Grigorij Winnikow i jest biznesmenem z Petersburga (http://theins.ru/antifake/53655). Kilka lat spędził w Nowym Jorku, gdzie kręcił biznesy w turystyce (prowadził agencję Eastern Tours), po czym powrócił do Petersburga. W telewizji jako „dziennikarz z USA” wystąpił już zresztą nie po raz pierwszy, był m.in. ekspertem ds. amerykańskich (https://www.topspb.tv/programs/releases/85150/). Portal Znak dotarł do ciekawych historii o nowojorskim okresie działalności rzekomego specjalisty od Korei i USA (https://www.znak.com/2017-04-26/pervyy_kanal_vydal_rossiyskogo_biznesmena_za_amerikanskogo_zhurnalista) – agencja Winnikowa oszwabiła wielu naiwnych klientów, narobiła długów, po czym rzekomy Wayner musiał uciekać z USA.

Po prezentowaniu na ekranach telewizyjnych fejkowych zrozpaczonych matek, które widziały, jak banderowcy ukrzyżowali w Słowiańsku chłopczyka w samych gatkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/14/ukrzyzowanie-w-slowiansku/) czy po innych praktykach nieudolnych inscenizacji, wrzutek, kłamstwa w żywe oczy rosyjska telewizja osiąga kolejne wyżyny obciachu.

Bloger Andriej Malgin dorzucił jeszcze do tego gatunku inną „dobrą nowinę”: często prezentowany w różnych stacjach telewizyjnych inicjator referendum o oddzieleniu Kalifornii od USA przedstawiany jako Marinelli tak naprawdę mieszka w Jekaterynburgu (http://avmalgin.livejournal.com/6964104.html).

Jak widać, zwyczajny fejk w dzisiejszych czasach to za mało, fejk trzeba fejkiem dodatkowo podbić, fejkiem nafaszerować, fejk fejkiem podbudować.

Odszedł świadek historii

19 kwietnia. W Petersburgu zmarł dziś w wieku 73 lat dziennikarz Nikołaj Andruszczenko. W marcu został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców. Przeleżał na ulicy nie wiadomo, jak długo. Lekarze stwierdzili poważny uraz głowy. Andruszczenko nie odzyskał przytomności, bandyci nie zostaną zidentyfikowani.

Andruszczenko był jednym z założycieli tygodnika „Nowy Petersburg”, jednej z pierwszych prywatnych gazet w Rosji. Ostatnio wiele publikował na temat korupcji i nieefektywności oficjalnej walki z tym zjawiskiem, o bezkarności policji; opisywał też liczne akcje protestacyjne, jakie odbywały się w mieście. W latach 1990-93 był deputowanym rady Petersburga (wcześniej Leningradu). Wtedy wnikliwie przyglądał się temu, co się dzieje w mieście, jak wygląda żywiołowa prywatyzacja, związki władz ze środowiskiem kryminalnym (rączka w rączkę). Wiele uwagi poświęcił zbadaniu domniemanych powiązań zastępcy mera Petersburga, niejakiego Władimira Putina z szefem największego z ówczesnych gangów, grasujących nie tylko po północnej stolicy, tzw. grupy tambowskiej, Władimirem Barsukowem (Kumarinem). W jednym ze wspomnień z tego okresu Andruszczenko opisał spotkanie z Putinem na korytarzu ratusza – Putin zatroskał się, że Andruszczenko poparł puczystów (autorów krótkotrwałego stanu wyjątkowego w sierpniu 1991 roku), i udzielił mu zbawiennej rady: „Teraz jest czas, aby robić pieniądze! Robić szmal! I kraj ma robić pieniądze, i ludzie! Na to jest teraz odpowiedni czas”.

Andruszczenko w związku ze śmiałymi publikacjami i działalnością opozycyjną miał na pieńku z władzami. W listopadzie 2007 roku został aresztowany pod zarzutem utrudniania pracy sądu i oczernianie sędziego, w czasie śledztwa w areszcie był bity i szykanowany, na skutek złego traktowania stracił wzrok w lewym oku, nabawił się poważnej choroby serca.

Śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia Andruszczenki utknęło w martwym punkcie.

Dzisiaj w Jerozolimie

15 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy chrześcijan zebrało się w Wielką Sobotę na ulicach Jerozolimy. W tym roku Wielkanoc katolicka i prawosławna przypada w tym samym terminie, przybyli więc pielgrzymi z całego chrześcijańskiego świata – piszą agencje informacyjne.

Wierni należący do Kościołów obrządku wschodniego oczekują na niezwykłe misterium, które w Wielką Sobotę dokonuje się w Bazylice Grobu Pańskiego: zstąpienie świętego ognia.

Wejść do Bazyliki można tylko, gdy ma się specjalną przepustkę, bezpieczeństwa pilnuje na ulicach miasta rzesza policjantów i żołnierzy – władze miasta obawiają się ataków terrorystycznych.

Zgodnie z sięgającą IX wieku tradycją prawosławny patriarcha Jerozolimy schodzi do umiejscowionego w centralnej części Bazyliki Grobu Pańskiego cubiculum – niewielkiej komory, znajdującej się w miejscu, gdzie, jak nakazuje tradycja, złożono ciało ukrzyżowanego Chrystusa. Gdy zostaje sam, modli się i oczekuje na pojawienie się świętego ognia. Czas oczekiwania niekiedy jest krótszy, niekiedy dłuższy. Od samoistnie pojawiającego się ognia patriarcha zapala dwa pęki świec (każdy pęk liczy 33 świece na pamiątkę liczby lat, jakie Chrystus spędził na ziemi) i wychodzi do wiernych. Specjalnie wyznaczeni gońcy zapalają swoje świece i rozbiegają się po świątyni, aby każdy z pielgrzymów mógł zapalić swoją świecę.

Patriarcha oznajmia zgromadzonym w bazylice, że Chrystus zmartwychwstał. Samoistnie pojawiający się w kaplicy Grobu Pańskiego ogień jest symbolem Zmartwychwstania Pańskiego, zwycięstwa życia nad śmiercią, dobra nad złem, pokoju nad wojną, czystości nad grzechem.

Jerozolimski ogień jest dla wyznawców prawosławia święty. Ogień odpalony od świec patriarchy jest umieszczany w specjalnych kapsułach i przewożony do krajów, gdzie żyją prawosławni. Delegacja z Rosji ma przywieźć święty ogień do Moskwy w Wielką Sobotę wieczorem, z lotniska Wnukowo kapsuła zostanie przewieziona do Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, gdzie o północy rozpocznie się główna liturgia wielkanocna.

*

Życzę Państwu radosnych Świąt Wielkiej Nocy. Wesołego Alleluja!