Archiwum kategorii: Bez kategorii

Co pod choinkę

Po dłuższym pobycie w innym Matriksie wracam do komentowania wydarzeń w Rosji. A dzieje się tam i będzie się działo. Choć już za kilka chwil Nowy Rok, świąteczna „jołka”, prezenty, sałatka Olivier i rodzinne biesiady, polityczne namiętności nie ucichają. Dziś premier Putin zapowiedział, że pod choinką położy w charakterze prezentu dla narodu uczciwe wybory prezydenckie 2012.

W sobotę 24 grudnia przez prospekt Sacharowa w Moskwie przeszło od 30 tys. (szacunku MSW) do 100, a nawet 120 tysięcy (szacunki organizatorów) demonstrantów. Poza hasłem wykrzyczanym już na placu Błotnym dwa tygodnie wcześniej: „Przywróćcie uczciwe wybory”, inwencja uczestników skupiła się na premierze Putinie: „Ani jednego głosu dla Putina” – wzywano w kontekście marcowych wyborów Putina na prezydenta.

Wiecujących na Sacharowa było więcej niż na placu Błotnym. Choć pogoda była niewiecowa – mróz i nieprzyjemny wiatr. Organizatorzy tym razem zadbali, żeby przemawiających z trybuny było słychać dalej niż z dziesięciu metrów (na placu Błotnym przemówienia wsiąkały w ogólny gwar). Przemawiali ci, których do tego wybrali internauci. Między innymi pisarz Borys Akunin i dziennikarz telewizyjny Leonid Parfionow. Przemówił też ekswicepremier i minister finansów, Aleksiej Kudrin (publiczność przyjęła jego namowy do podjęcia rozmów z władzą z dezaprobatą). Głos zabrała również blond gwiazda mediów, wyrocznia gustów odzieżowych i fryzjerskich dla rosyjskich nastolatek i żon mieszkańców Rublowki, Ksenia Sobczak; również uspokajała nastroje, namawiając do stawiania władzy wymagań. Też ją wygwizdano. Na demonstracji przyjęto rezolucję z postulatami m.in. unieważnienia wyników sfałszowanych wyborów (dzisiejsza „The Wall Street Journal” oszacowała, że sfałszowano 14 milionów – czternaście milionów – głosów), zdymisjonowania czarodzieja Czurowa z CKW.

Znowu jednak – podobnie jak na placu Błotnym – ważniejsze od tego, co mówiono na trybunie, było to, co działo się „na dole”. Potwierdziło się, że nastąpiło przebudzenie tego segmentu społecznego, który do tej pory zachowywał pasywność i dystans nie tylko wobec wydarzeń na oficjalnej scenie politycznej, ale i wobec niesystemowej opozycji, wzywającej od czasu do czasu na barykady. Jeśli to stała tendencja, to może być ciekawie. Na grudniowych demonstracjach widać było, że protestujący nie tylko odrzucają pana Putina i jego drużynę, ale także nie płoną miłością do Limonowa, Kasjanowa czy Niemcowa. Ewidentnie zgłoszono zapotrzebowanie na nowe twarze, nowy rodzaj przywództwa. Czy protesty wyłonią nowych liderów? Jakich? Kiedy? To kilka z tych ważnych pytań, na które nie ma jeszcze dziś odpowiedzi.

Władza ustami Miedwiediewa i Putina zapewniła, że wszystko skrupulatnie sprawdzi, jak to było z tymi fałszerstwami, a na marcowym plebiscycie zapewni taką przezroczystość, że przezroczyste będą nawet urny do głosowania. A dla jeszcze większej przezroczystości w każdej komisji wyborczej zamontowane zostaną kamery wideo, żeby nie było żadnych kantów. Jest taka mała rybka o skórce tak cienkiej, że widać dokładnie, co się dzieje w jej przewodzie pokarmowym i jak bije małe rybie serduszko. Nie widać natomiast, jak rybka myśli (zresztą, może nie myśli). Kontrola nad przebiegiem głosowania jest oczywiście szalenie ważna (zwłaszcza jeśli skala dosypywania głosów i fałszowania protokołów jest tak wielka, jak podczas głosowania 4 grudnia), ale głosowanie to tylko ostatni akt całego procesu wyborczego, polegającego na wyłanianiu kandydatów, debatach, wiecach, agitacji, dostępie do mediów itd. Machina wyborcza została już uruchomiona – Putin jest niekwestionowanym liderem sondaży, choć notowania ma niskie (36%) jak na cieszącego się powszechną miłością ludu dożywotniego przywódcę. Pan premier codziennie odbywa ważne spotkania z przedstawicielami ludu pracującego miast i wsi, sztabem wyborczym, dziennikarzami. Na pytania, jak odnosi się do protestów ulicznych, odparł mniej więcej, że nie zawiera znajomości na ulicy. Powiedział, że nie zna tych ludzi, którzy wyszli protestować, a potem oznajmił: o czym tu rozmawiać z opozycją, skoro opozycja sama nie wie, czego chce i że w ogóle opozycja obiecuje, obiecuje, a jak przychodzi co do czego, to już nic z tych obietnic nie pamięta i nic nie spełnia. Więc jednocześnie nie znał protestujących i miał o nich wyrobione zdanie. Taka dialektyka.

Ale to wzruszenie ramion nad nieszczęsnymi protestantami, które na zewnątrz demonstruje Władimir Władimirowicz, nie oznacza, że władza nie reaguje na te uliczne wydarzenia. Owszem, reaguje: zaczęło się np. intensywne tasowanie talii kart z funkcyjnymi „drugiego szeregu”. Ci z Kremla idą do rządu, a ci z rządu na Kreml. Moskiewskie wróble ćwierkają, że w zasadzie wszystko jest już gotowe, by Putin wcześniej zasiadł za prezydenckimi sterami (jako p.o. po przyspieszonym odejściu Miedwiediewa). Ale o tych roszadach – w następnym odcinku.

Prochorow – reaktywacja. Gryzłow – zejście ze sceny

Niedawno przytopiony przez kremlowskich speców od marketingu politycznego miliarder Michaił Prochorow nieoczekiwanie ożył i postanowił wrócić na scenę.

Przed grudniowym plebiscytem popularności Jednej Rosji, nazywanych oficjalnie wyborami do Dumy, Prochorow stanął na czele partii Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa). Partia miała imitować alternatywę wobec „partii władzy”. Autorzy pomysłu (najprawdopodobniej główny kremlowski inżynier dusz Władisław Surkow) chcieli w ten sposób przyciągnąć do udziału w głosowaniu liberalnie nastrojony elektorat. Wszystko szło świetnie, aż tu tuż przed zjazdem partii poświęconym przystąpieniu do kampanii wyborczej nagle pojawiła się grupa rozłamowców, która Prochorowa wyślizgała. Publicznie nie wyjaśniono, dlaczego postanowiono pozbyć się Prochorowa z projektu ożywienia Słusznej Sprawy. Można było przypuszczać, że to dlatego, iż tak ochoczo zabrał się do montowania poparcia dla swojej partii, że zaczął odsysać elektorat Jednej Rosji, a że nie tak miało być, projekt utrącono. Partia Prawoje Dieło wprawdzie wystartowała w wyborach, ale dostała znikome poparcie. Prochorow odgrażał się, jak bohater „Szwejka”, wy mnie jeszcze nie znacie, ale wy mnie jeszcze poznacie.

I oto teraz, gdy po wyborach parlamentarnych powstała nader niekomfortowa sytuacja przed wyborami Putina na prezydenta (wyznaczone na 4 marca, a więc czasu tyle, co kot napłakał, żeby grupa trzymająca władzę mogła diametralnie zmienić scenariusz przedwyborczy), Prochorow wyskakuje jak diabeł z pudełka i woła: „Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało. Przemyślałem, wyważyłem i jestem – chcę być waszym prezydentem”. W moskiewskich salonach towarzystwo chichocze, czytając doniesienia, że dla poprawy wizerunku playboy Prochorow gotów jest się nawet ożenić.

„Owszem, jestem wygodny dla Kremla – napisał Prochorow na swoim blogu. – Owszem, oni chcą rozegrać sprawę z placem Błotnym, chcą pobawić się w demokrację, żeby ludzie mieli coś w rodzaju wyboru. […] Owszem, władza chce nas wykorzystać w swoich celach, ale i my wykorzystamy władzę”. Były wicepremier Alfred Koch w komentarzu na temat planów Prochorowa stwierdził, że to jednak zawsze jest jednostronne wykorzystywanie (tzn. Kreml wykorzystuje, a nie jest wykorzystywany). Prochorowa Kreml wykorzysta, a następnie „spuści do kanalizacji”. „Widocznie Kreml postanowił zagrać w ryzykowną grę w drugą turę” – podejrzewa Koch, znający dobrze kremlowską kuchnię.

Na giełdzie politologiczno-dziennikarskiej krąży już dziś wiele różnych scenariuszy rozwoju wydarzeń, m.in. rozważana jest wersja z przyspieszeniem wyborów, wcześniejszym podaniem się Miedwiediewa do dymisji, stworzenia rządu pod kierunkiem jakiegoś cieszącego się autorytetem liberała (np. Aleksieja Kudrina, do niedawna wicepremiera, ministra finansów). Widać, że szykowane są na Kremlu różne zapasowe lotniska i szalupki ratunkowe na wypadek, gdyby dotychczasowy gwarant spokojności elit, komfortu „rospiła” budżetu przez grupę trzymającą władzę, czyli Władimir Putin, stracił dotychczasową moc.

Dzisiaj miało miejsce jeszcze jedno ciekawe wydarzenie „kadrowe”. Przewodniczący Dumy dwóch ostatnich kadencji Borys Gryzłow oznajmił, że odchodzi: „Dwie kadencje – i wystarczy”. Złośliwe języki dały mu przezwisko „Android”. To on był autorem genialnego powiedzonka, precyzyjnie charakteryzującego kieszonkowy parlament w systemie politycznym Rosji: „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji” i rzeczywiście postępował zgodnie z tą swoją dewizą: Duma głosowała zgodnie z wytycznymi partii. Cztery lata temu przed wyborami, kiedy Putin łamał sobie jeszcze głowę pytaniem, kogo posadzić na chwilę na tronie po zakończeniu swej drugiej kadencji, po Moskwie chodził żarcik: „Wy budietie smiejatsia, no Gryzłow toże choczet byt’ priezidientom”.  

Jego odejście może być sygnałem, że w ramach operacji oczyszczania atmosfery społecznej po sfałszowanych wyborach parlamentarnych władze zdecydują się na pewne zmiany kadrowe. Wśród jego ewentualnych następców wymienia się m.in. wicepremiera Zubkowa, szefa administracji prezydenta Siergieja Naryszkina czy wicepremiera Aleksandra Żukowa. A więc starzy sprawdzeni parteigenosse z tej samej gliny co Gryzłow.  

Tymczasem w Internecie nadal „burlit” , mnożą się inicjatywy „ruchu niezadowolonych”. Dziś „Time” ogłosił jak zwykle o tej porze „człowieka roku” – został nim „uczestnik protestów, człowiek protestujący”. Wiadomo już, że kolejna demonstracja „niezadowolonych” odbędzie się w Moskwie na Prospekcie Sacharowa 24 grudnia. Ciekawa jest gra władz Moskwy, z którymi toczone są rozmowy o lokalizacji protestu: jednocześnie w tym samym miejscu ma się odbyć manifestacja nacjonalistów… Ale o tym może bliżej wigilijnego terminu.

Poznajmy się na placu

Coraz więcej relacji, spostrzeżeń, pomysłów i komentarzy po sobotnich demonstracjach w rosyjskich miastach. Socjolodzy konstatują, że na moskiewskim wiecu na placu Błotnym 10 grudnia ciekawsze niż mówcy na trybunie były szeregi protestujących. Z trybuny przemawiało wielu tych polityków pozasystemowej opozycji, którzy na ogół byli aktywni podczas demonstracji „31” lub innych. Natomiast na ulicy spotkała się na placu nowa „tusowka”. Przyszli ludzie, którzy do tej pory nie brali udziału w protestach ulicznych – biznesmeni, studenteria, przedstawiciele wolnych zawodów. „To nie był tłum – napisał publicysta Andriej Kolesnikow – to był zbiór indywidualności. To, co stawiano jako zarzut – brak lidera – można byłoby odczytać jako plus. Ci ludzie nie szli za wodzami, nie zamierzali robić rewolucji. Głównym motywem było wypowiedzenie opinii, próba samopoznania. […] To, co odbywało się ‘w parterze’ demonstracji, było raczej podobne do konferencji, na której wymienia się poglądy, niż do wiecu. […] Na placu Błotnym spotkali się ludzie, których wartości być może będą dominować za jakieś pięć lat. Tym bardziej jeśli wybory zostaną zniesione”.

No a teraz najciekawsze pytanie brzmi: co dalej? Na 24 grudnia zwołana ma być kolejna demonstracja, jeśli władze nie uchylą rezultatów wyborów, nie zmienią Centralnej Komisji Wyborczej i nie rozpiszą nowych wyborów. Nic nie wskazuje na to, by władze miały ulec postulatom protestujących.

Wczoraj na placu Maneżowym w Moskwie odbyła się manifestacja zwolenników sfałszowanych wyborów. Full spontan a rebours. Oglądałam reportaż z tej manifestacji w telewizji rosyjskiej, a potem jeszcze poczytałam i pooglądałam relacje w Internecie. Sytuacja jak z piosenki Młynarskiego „przyszło mało, a pokazać trzeba dużo” (znowu nie można się było doliczyć uczestników, tylko tym razem w przeciwieństwie do sobotniego wiecu policja podawała znacznie wyższe liczby niż komentatorzy prasowi, którzy doliczyli się zaledwie pięciu tysięcy wobec deklarowanych przez władze 25 tys.). To po pierwsze. Po drugie, Internet bezlitośnie pokazał kuchnię tego radosnego spotkania. W „rolikach” wywieszonych w sieci widać było na przykład, jak uczestnicy wiecu otrzymują zapłatę za udział. A kto wziął udział? Tadżyccy gastarbeiterzy mieli dużą reprezentację, z tego, co mówili, wynikało, że ich administracja kazała im przyjść. Po „Maneżce” przechadzały się też przywiezione ewidentnie spoza Moskwy damy ze złotymi zębami od ucha do ucha. Elegancki jegomość z zadbaną bródką a la Lenin miał w jednym z „rolików” interesujący monolog, sławiący Putina.

Na razie nadal wszystko idzie utartym torem. Władze Moskwy wykręcają się jak mogą od ustalenia z organizatorami „wigilijnego” protestu miejsca, gdzie wiec miałby się odbyć. Wszystkie miejsca, gdzie mogłoby się zebrać kilkanaście tysięcy ludzi, okazuje się, już dawno są zaklepane na jakieś inne imprezy. Internetowa gazeta „Grani” cytuje natomiast wypowiedź sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa dla jednego z tygodników: „W Internecie trzeba wprowadzić rozumne regulacje. Tak jak to się odbywa w USA, Chinach i innych krajach. Próby ograniczania komunikacji ludzi są kontrproduktywne i amoralne. Jednak nie wolno ignorować korzystania z Internetu przez przestępców i grupy terrorystyczne” – oznajmił Patruszew. Gazeta przypomina, że w Chinach zakazane są portale społecznościowe, Facebook, Twitter, LiveJournal, Youtube.

W zeszłym tygodniu odnotowano kilka poważnych ataków hackerskich na strony opozycji. Dziś na przykład przez cały dzień niedostępny był bardzo krytyczny wobec Kremla „Jeżedniewnyj Żurnał”.

Wyszli na plac

Demonstracja przeciwko falsyfikacji wyborów do Dumy na placu Błotnym w Moskwie zebrała od 25 (ocena policji) do 85-100 tysięcy (ocena organizatorów) uczestników (dane policji dowcipnie skomentowali internauci: policja liczy tak samo świetnie jak Czurow). To pierwsza tak liczna demonstracja protestu od 1991 r. Miała charakter pokojowy, uczestnicy podziękowali policji za spokojne zachowanie. Przebieg demonstracji można było śledzić w Internecie. Protesty odbyły się w 134 miastach Rosji, zatrzymano dziesiątki demonstrantów. Odsiadujący piętnastodniowe kary „aresztu administracyjnego” organizatorzy poprzednich protestów (m.in. Aleksiej Nawalny, Ilja Jaszyn) co godzinę walą pięściami w drzwi cel w akcie poparcia dla dzisiejszej ulicznej manifestacji. Z kolei lider Młodej Gwardii (młodzieżówka Jednej Rosji) oznajmił w rozgłośni Echo Moskwy, że w razie potrzeby zgromadzi i 170 tysięcy demonstrantów, żeby obronić rezultaty wyborów.

Na moskiewskiej demonstracji przyjęto rezolucję, zawierającą postulat unieważnienia wyborów, wypuszczenia więźniów politycznych i zwolnienia „czarodzieja”, szefa „ministerstwa kłamstwa” Władimira Czurowa, przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej, która narysowała Jednej Rosji dwa razy więcej głosów (takie wyliczenia na podstawie analizy ujawnianych fałszerstw ogłoszono podczas wiecu). Jeżeli władze nie pójdą na ustępstwa, 24 grudnia odbędzie się kolejna demonstracja.

Wznoszone podczas wiecu okrzyki i hasła odnosiły się zarówno do wyborów: „Czurowa na nary”, „Wasze wybory to farsa”, „Domagamy się nowych wyborów”, jak i do Putina: „Nowy Rok bez Putina”, „Rosja bez Putina”. „Powinniśmy podziękować Jednej Rosji, która dokonała cudu – staliśmy się narodem” – powiedział z trybuny nacjonalista Konstantin Kryłow. Borys Akunin, który w trybie pilnym przybył z francuskiej wioski, gdzie pracował nad kolejnym tomem przygód Fandorina, powiedział, że „takiej Moskwy jeszcze nie widział”. Pisarz wezwał do bojkotu marcowych wyborów prezydenckich. Przewodniczący partii Jabłoko, Grigorij Jawliński (jego partia startowała w wyborach, ale nie przekroczyła progu wyborczego) oznajmił, że właśnie zaczęła się kampania legalnego odsunięcia Putina od władzy. Ekspremier Michaił Kasjanow wzywał, by „nie wpuścić Putina na Kreml”. Rozrzut światopoglądowy duży, cel jeden – unieważnić wybory i doprowadzić do nowych, uczciwych.

„Hańba putinowskiemu zombijaszczikowi (telewizji, która kłamie)” – krzyczał popularny prezenter telewizyjny Leonid Parfionow. „Jeżeli znowu usłyszymy, że przyszliśmy demonstrować, dlatego że Hillary przysłała smsa, żeby porozrywać Rosję na kawałki, to odpowiemy: Nie zapomnimy, nie wybaczymy”. Dziś od rana po Internecie krążyła wiadomość, że prezenter TV NTW Aleksiej Piwowarow postawił swojemu szefostwu ultimatum: jeżeli znowu w wiadomościach wieczornych nie będzie wzmianki o protestach, to on odmawia współpracy i programu nie poprowadzi. Podkabłucznyje (znajdujące się pod obcasem władzy) stacje telewizyjne informowały o dotychczasowych protestach skąpo albo wcale. Obszernie pokazywały natomiast konferencje prasowe związane z podawaniem przez CKW wyników, usłużnie podawały w wątpliwość doniesienia o naruszeniach i fałszerstwach.

Na demonstracji i w wielu komentarzach internetowych nawiązywano do ukraińskiego Majdanu. Komentator internetowej gazety „Grani.ru” Witalij Portnikow nie widzi analogii. Na Ukrainie do 2004 r. była polityczna konkurencja. „W rosyjskiej sytuacji nie ma niczego podobnego. Ludzie, którzy doszli do władzy w rezultacie wydarzeń 1991-2000, wyczyścili polityczne poletko do tego stopnia, że tam nie tylko trawa nie rośnie, ale ziemia jest zaasfaltowana i pomalowana w barwy partyjne Jednej Rosji. Ci, którzy wychodzą dziś na ulice rosyjskich miast, są poza polityką. Paradoks sytuacji polega na tym, że poza polityką znajduje się 99 procent Rosjan. Nie ludzie są zmarginalizowani – zmarginalizowany został proces polityczny. A proces polityczny może się zacząć tylko wtedy, kiedy w rosyjskim społeczeństwie zacznie się realna konkurencja. Jeżeli partie opozycyjne będą się mogły zarejestrować i dostaną dostęp do telewizji. Jeżeli telewizja będzie nadawać nie bajki napisane w kremlowskich gabinetach, a realne nowości. Jeśli demokracja przestanie być sterowana. Konkurencji nie wytrzyma 90% tych, którzy dziś stanowią władze kraju. Ani Putin, ani Miedwiediew nigdy nie prowadzili publicznej dyskusji, nigdy nie odpowiadali na prawdziwe pytania, nigdy nie spotkali się z poważną krytyką w ogólnokrajowych mediach. Czy zmiany są możliwe? Tylko w razie nawiązania dialogu między władzą a społeczeństwem. Czy społeczeństwo jest gotowe do takiego dialogu? Społeczeństwo powinno mieć swoich przedstawicieli i możliwe, że jacyś liderzy wyłonią się w trakcie protestów. Ale co z tego. Nieszczęście polega na tym, że do takiego dialogu nie jest absolutnie gotowa władza”. Dialogu z amerykańskimi najmitami, za jakich Putin uważa wiecujących, nie będzie – konkluduje Portnikow.

Moment jest rzeczywiście bardzo ciekawy. Gdyby nie marcowe wybory w perspektywie, Putin mógłby nic sobie nie robić z protestów po wyborach parlamentarnych. Ale one – zwłaszcza jeśli będą się przedłużać i konsekwentnie domagać się spełnienia wysuniętych postulatów – mogą mu utrudnić powrót na Kreml. Ale powrót, z punktu widzenia władzy, jest nieunikniony. Jeszcze raz zacytuję Portnikowa: „Władza straciła zaufanie społeczeństwa, ale jest przekonana, że rządzić będzie wiecznie i wobec tego będzie walczyć o pozostanie u steru – w przeciwnym razie nie będzie mogła zachować tego, co zgromadziła. Społeczeństwo może dość szybko dojść do wniosku, że władze trzeba zmienić, ale nie będzie mogło tego dokonać w ramach prawa – dlatego że wszystkie legalne drogi są przegrodzone przez OMON. Sytuacja może się rozwijać o wiele bardziej dramatycznie niż w Kijowie w 2004. W Moskwie Majdanu nie będzie”.

Ciekawe jest to, że odmawiać współpracy z władzą zaczęła część „obsługi” – ludzi kultury, politologów, którzy zasiadali w rządowych czy prezydenckich gremiach i nadawali im pozór pluralizmu i demokracji. Kilka osób wyszło ze składu Izby Społecznej. Świta czyni króla. Dlatego tak „stracił się” Putin, kiedy wyszedł w Olimpijskim na ring i został wygwizdany. To świta go wygwizdała. Bardzo ważne jest to, czy Putin utrzyma się w nowym rozdaniu na szczycie stworzonej przez siebie piramidy, być może ta świta, wyczuwszy jego słabość, w celu zachowania swoich pozycji poświęci go.

Tymczasem rzecznik prasowy premiera, Dmitrij Pieskow, oznajmił, że „rząd nie ma na razie stanowiska w sprawie dzisiejszych demonstracji w Moskwie. Jeśli takie stanowisko się pojawi, na pewno się o nim dowiecie”. Jak widać, Portnikow ma rację – dialogu nie będzie.

Na koniec jeszcze fragment listu otwartego Aleksieja Germana juniora, jednego z najciekawszych reżyserów młodszego pokolenia, do gubernatora Petersburga Gieorgija Połtawczenki. List jest związany z niedotrzymaniem obietnic gubernatora wobec środowiska twórców, ale ma także szerszy kontekst: „Czy nie wydaje się panu absurdalne to dążenie władzy, by otrzymać poparcie społeczeństwa, następnie konsekwentnie to społeczeństwo okłamywać, a potem się dziwić, że uczucia gasną. Jestem człowiekiem apolitycznym, ale dla mnie i dla wielu współobywateli istnieje ta granica, poza którą mój szacunek do samego siebie i ludzka godność nie może już dłużej istnieć w tych współrzędnych, które mi się wyznacza. Nie jestem bydłem. Nie jesteśmy bydłem. Mam do pana pytanie: Nie wstyd panu? I jeszcze jedno pytanie: Czy mam już się pakować, jak Brodski, Dowłatow i inni?”.

Czy dzisiejsze demonstracje oznaczają koniec dotychczasowego kontraktu społecznego polegającego na oddzieleniu społeczeństwa od polityki? Ludzie powiedzieli władzy, że nie chcą być dłużej traktowani „jak bydło”. Tylko czy władza zechce to uwzględnić? Monopol jest przecież podstawą jej trwania.

Dwadzieścia lat bez Sowietów

Kilka lat temu dowiedzieliśmy się od ówczesnego prezydenta Rosji, Władimira Putina, że rozpad ZSRR był największą geopolityczną katastrofą XX wieku. Dziś mija dwudziesta rocznica spotkania trzech „słowiańskich żubrów” w Puszczy Białowieskiej – Jelcyna, Krawczuka i Szuszkiewicza – którzy ową katastrofę przypieczętowali. Zresztą wcale nie uważali jej za katastrofę, a za zwieńczenie pewnego łańcucha wydarzeń – ogólnego kryzysu niewydolnego systemu i parady suwerenności wszystkich republik związkowych po kolei. Podpisane w Wiskulach porozumienie białowieskie, konstatujące, że ZSRR przestał istnieć, zostało cztery dni później ratyfikowane przez Radę Najwyższą Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Radzieckiej (wtedy jeszcze tak się nazywała późniejsza Federacja Rosyjska).

I gdzie tu katastrofa? ZSRR, który podczas swego trwania ugrobił miliony, dziesiątki milionów ludzi, rozpadł się łagodnie. Z trzaskiem, ale bez hekatomby ofiar.

Rodacy Władimira Putina odnoszą się do niedawnej historii niejednoznacznie. Żal po ZSRR odczuwa 53% Rosjan (dwa lata temu – 60%), przeciwnego zdania jest 32% (dwa lata temu 28%). To wyniki badania Centrum Lewady. Wśród powodów żalu respondenci wymienili: rozpad wspólnych więzi ekonomicznych (48%), utratę poczucia przynależności do wielkiego mocarstwa (45%), wzrost wzajemnej nieufności (41%). Przywrócenia ZSRR w dawnym wcieleniu chciałoby 14%.

Cytat z parlamentarnego wystąpienia Władimira Putina z 2005 roku o „największej geopolitycznej katastrofie” znowu gęsto przytaczano kilka tygodni temu, kiedy Moskwa ogłosiła nową inicjatywę integracyjną, Unię Euroazjatycką. Na razie z Białorusią i Kazachstanem, wkrótce Kirgizją i Tadżykistanem, a potem – kto wie, kto wie…

Po dwudziestu latach płacz nad rozlanym radzieckim mlekiem jest anachronizmem. Choć nostalgia w wielu środowiskach nadal jest żywa. Ale dziś nie okrągła rocznica rozpadu sowieckiego kolosa jest tematem numer jeden, a ciągle trwające w wielkich miastach Rosji protesty przeciwko naruszeniom i fałszerstwom wyborczym.

Przedstawiciele władz tłumaczą się mętnie. Brną w zaparte: wybory były uczciwe, wątpliwości wokół naruszeń trzeba wyjaśnić i tyle. W odpowiedzi na wiec protestujących zwoływany jest wiec zwolenników władz, którzy biją w bębny, by nikt nie słyszał okrzyków „Rosja bez Putina” (dzisiaj internetowe media podały, że część przywiezionych z prowincji na wiece w Moskwie aktywistów prokremlowskich młodzieżówek przyłączyła się do protestujących). W areszcie na 15 dni zamknięto kilku aktywnych uczestników protestów, m.in. znanego blogera Aleksieja Nawalnego.

Sekretarz stanu USA Hillary Clinton powiedziała dziś w Wilnie, że rosyjskie wybory nie były ani wolne, ani uczciwe. Jej rosyjski kolega Siergiej Ławrow natychmiast się na nią za to obraził. Premier Putin jakby na takie stwierdzenie Amerykanów tylko czekał, zaraz oznajmił, że USA prowokują protesty w Moskwie, i że na to, by zdezorganizować wybory w Rosji, zagranica wybecelowała „setki milionów dolarów”. Wiadomo, wszyscy tylko knują, żeby dosolić Rosji i osobiście premierowi Putinowi.

Tymczasem na wzmiankowanym wileńskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych krajów OBWE rosyjska delegacja zablokowała przyjęcie rezolucji o wolności w Internecie. Znamienne.

Środowiska politologiczne w Rosji zainteresowały się scenariuszem nakreślonym przez byłego przewodniczącego partii Prawoje Dieło, Michaiła Prochorowa: w sytuacji protestów Miedwiediew składa urząd prezydenta, zostaje przewodniczącym Dumy Państwowej, a premier Putin zostaje, zgodnie z konstytucją, p.o. prezydentem; nowe wybory prezydenckie powinny zostać ponownie rozpisane, według nowych reguł (m.in. z obniżonym pułapem liczby podpisów, wymaganej do rejestracji kandydata). Zdaniem Prochorowa, takie rozwiązanie może powstrzymać rewolucję.

Czy Putin skorzysta z podpowiedzi miliardera Prochorowa (który sam nie doczekał startu w wyborach, bo kilka miesięcy temu wszedł w lekką kolizję z kremlowskimi inżynierami dusz i został z kampanii wyślizgany)? Na razie premier Putin zaniósł wczoraj wszystkie papiery do komisji wyborczej, by zarejestrować się w charakterze kandydata przez marcowymi wyborami Putina. Papiery zostały przyjęte.

W sobotę na placu Rewolucji w Moskwie ma się odbyć trzydziestotysięczny wiec protestacyjny.

Na rozstaju

„Cieszy mnie to, że nowy parlament będzie weselszy” – oświadczył dziś prezydent Dmitrij Miedwiediew na spotkaniu z gronem swoich zwolenników. W „wesołym” parlamencie na ulicy Ochotnyj Riad w Moskwie zasiądzie 238 deputowanych „partii władzy” Jedna Rosja. Tylko 238. To wprawdzie większość, ale tylko zwykła. W poprzedniej kadencji parlament, który według znanego powiedzenia swego przewodniczącego „nie był miejscem do dyskusji”, Jedna Rosja miała większość konstytucyjną (315 mandatów). Partie koncesjonowanej opozycji – komuniści, Sprawiedliwa Rosja i Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (Żyrinowski) – zyskały po kilkadziesiąt-kilkanaście mandatów w stosunku do stanu posiadania w ubiegłej kadencji. Na czym miałoby polegać wzmocnienie w tym gronie parlamentarnej wesołości – nie bardzo wiadomo. W ławach poselskich zasiądą przecież sprawdzeni towarzysze z uznanej przez Kreml opozycji, którzy byli poważni: na ogół podnosili ręce, kiedy trzeba i nie mieli żadnych uwag do poczynań władzy. A nawet jeśli od czasu do czasu jakiś sfrustrowany deputowany coś wykrzyczał w słusznym porywie z trybuny, to kto by go tam słuchał. Niech sobie mówi, co chce, jakie to ma znaczenie. Teraz oczywiście może być inaczej. Wynik wyborczy jest sygnałem pewnego „zmęczenia materiału”. Ważne będą wnioski, jakie władza z tego wyciągnie. O tym za chwilę.

Wynik Jednej Rosji – niepełne 50 procent głosów (dane Centralnej Komisji Wyborczej) – w wielu krajach zostałby przez zwycięską partię uznany za nie lada osiągnięcie. Żyć, nie umierać. W realiach rosyjskich to porażka. Wielu komentatorów okrzyknęło to wręcz początkiem nowej ery. To na razie zdecydowanie na wyrost. Ale niewątpliwie coś się w pejzażu polityczno-społecznym zmieniło. Duża część społeczeństwa powiedziała władzy, że ma dość, że nie uznaje już poprzedniej niepisanej umowy społecznej, polegającej na trzymaniu się przez społeczeństwo z daleka od toru władzy. A władza, co również pokazały wyniki wyborów, bardzo by chciała trzymać od tego toru z dala nie tylko społeczeństwo, ale także niekoncesjonowane (nawet bardzo układne) siły polityczne. Do „wesołego” parlamentu nie dostał się nikt przypadkowy.

Co wywołało niezadowolenie społeczne? „Prawdopodobnie punktem zwrotnym było ogłoszenie 24 września na zjeździe Jednej Rosji zamiany miejscami pomiędzy członkami tandemu, kiedy okazało się, że tandem bez żadnych wyborów już napisał scenariusz życia kraju na najbliższe 6, a nawet 12 lat. Wybory 4 grudnia pokazały, że ludziom nie podoba się ani ten scenariusz, ani to, że został on napisany nawet bez ich formalnego udziału i zgody” – napisała w komentarzu redakcyjnym internetowa „Gazeta.ru”. Czy rzeczywiście masa krytyczna niezadowolenia została przekroczona? Czy Rosjanie już nieodwołalnie cofnęli przyzwolenie na istnienie dwóch światów – uprzywilejowanej kasty rządzących, stojącej ponad prawem i całej reszty, która o prawa może się co najwyżej upominać? Będzie się można o tym przekonać, przyglądając się poczynaniom władz przez najbliższe trzy miesiące, jakie pozostały do wyborów Putina. Lakier z jego wizerunku zaczął ostatnio odpadać, ale przecież system ma instrumenty, by obronić się przeciwko przejawom społecznego niezadowolenia.

Dziś w Moskwie i Petersburgu odbywają się protesty przeciwko masowemu fałszowaniu wyborów, bierze w nich udział kilka tysięcy osób (właśnie czytam, że protestujący w Moskwie chcieli przejść pod siedzibę CKW, na placu Łubiańskim ich zastopowano, trwa przepychanka z OMON-em, policyjne wozy zapełniają się zatrzymanymi). Wczoraj odbyła się znamienna bitwa – doniesienia o fałszerstwach wyborczych zamieszczano masowo w Internecie, aktywność w tym względzie wykazały tysiące ludzi, natomiast w państwowej telewizji prezentowano sielski obrazek wyborów bez naruszeń. Wprawdzie była drobna wpadka, bo podczas jednej z relacji telewizyjnych z podliczania głosów podano, że w jednym z regionów oddano łącznie 130 procent głosów, ale kto by się takich drobiazgów dopatrzył. W symbolicznym starciu „partii telewizora” i „partii Internetu” tę ostatnią już na bieżąco próbowano przywołać do porządku, przypuszczając ataki hackerskie na strony internetowe opozycyjnych mediów i blogosferę. Ktoś niedawno powiedział, że albo Internet wysadzi w powietrze system, albo system zamknie Internet. Może tak ostro nie będzie, ale coś na rzeczy jest. W Rosji stale rośnie liczba ludzi korzystających z Internetu, a w Internecie pojawiają się materiały bez kontroli kremlowskich inżynierów dusz, ujawniane są grzechy i grzeszki „włast’ imuszczich” [rządzących], które ci starają się zamieść pod dywan. Putin Internet lekceważy, uważa, że to kłamliwe medium, które robi wodę z mózgu. Ale przecież lepiej mieć Internet za sobą niż przeciw sobie. Miedwiediew uwielbia wszelkie nowinki techniczne, sam „siedzi w Internecie” i zapewne czyta to, co o nim piszą blogerzy, ogląda, jak przedstawiają go karykaturzyści (ciekawe, czy mu się to podoba).

Jakie będą rezultaty wczorajszego głosowania? Jaki sposób przygotowania się do swoich marcowych wyborów wybierze Putin? Dwa scenariusze zmian rysuje „Gazeta.ru”: „pierwszy – odgórna transformacja, kiedy klasa rządząca zaczyna żyć zgodnie z prawem, stwarza warunki prowadzenia biznesu, przywraca realną politykę i swobody obywatelskie, ogranicza wszechwładzę siłowików. Ten wariant nie wydaje się realistyczny, bo w takim razie Putin będzie musiał wyrzec się swoich fundamentalnych wyobrażeń o polityce i władzy. Drugi wariant to oddolna transformacja, pojawienie się nieformalnych ugrupowań obywateli, akcje nieposłuszeństwa obywatelskiego, protesty”. Ja bym dodała do tego trzeci wariant: odgórna transformacja, owszem, ale nie w stronę poluzowania, a w stronę przykręcenia śruby. Wybory dały niewłaściwy rezultat? Tym gorzej dla wyborów.

Cup of tea dla agenta

Okres połowicznego rozpadu izotopu polonu-210 wynosi 138 dni. Śledztwo w sprawie zabójstwa byłego oficera Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji Aleksandra Litwinienki, otrutego radioaktywnym polonem w Londynie, trwa pięć lat i wszystko wskazuje na to, że jeszcze potrwa. Od czasu do czasu prasa wskrzesza sprawę. Londyn domaga się wydania głównego podejrzanego – Andrieja Ługowoja. Tymczasem Andriej Ługowoj jest deputowanym i zza immunitetu robi niewinne oczy. W listopadzie Brytyjczycy wystąpili o ekstradycję kolejnego podejrzanego, Dmitrija Kowtuna, kolegi Ługowoja i Litwinienki z resortu. Kowtun był na fatalnej herbatce w Londynie, a przedtem przejechał się po Europie, wszędzie zostawiając za sobą ślad radioaktywnego polonu.

Ostatnio zaś Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej wszczął śledztwo w związku z próbą otrucia Andrieja Ługowoja (sic). Według najnowszych ustaleń Komitetu to nie Ługowoj otruł Litwinienkę, jak wynika z brytyjskiego śledztwa, ale właśnie Ługowoj miał być otruty razem z Litwinienką przez nieznanych sprawców w Londynie. Jednym słowem, jest poszkodowany. Kowtun jakimś cudem również.

Dziwne zabójstwo eks-oficera Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Litwinienki w Londynie ciągle nie znajduje swego finału. Postępy brytyjskiego śledztwa, które jest przedmiotem rozmów Moskwy i Londynu na najwyższym szczeblu, utknęły w związku z tym, że Andriej Ługowoj konsekwentnie odmawia kontaktów ze Scotland Yardem, a premier Putin z uśmiechem mówi, że Rosja nie wydaje swoich obywateli. W wywiadzie dla rosyjskiej sekcji BBC Ługowoj oświadczył: „w przeciwieństwie do brytyjskiej rosyjska prokuratura prowadziła drobiazgowe śledztwo, wiele razy wzywała mnie na przesłuchania”.

Ługowoj jutro wystartuje w wyborach do Dumy na czele listy wyborczej LDPR w obwodzie irkuckim.

United Colours kampanii wyborczej

Na trzy dni przed aktem przy urnie, który nazywany jest wyborami do Dumy Państwowej, na ulicach Moskwy zawisły prześmiewcze plakaty, nawiązujące do głośnej niedawnej akcji firmy Benetton. Na plakatach Benettonu zamieszczono fotomontaże przedstawiające całujących się polityków, akcja miała pomóc złagodzić polityczne obyczaje. Autorami moskiewskiej akcji są członkowie specjalizującej się w sztuce ulicznej art-grupy Monolog.tv (latem tego roku chętnie rozpowszechniana przez media była akcja uliczna grupy związana z użyciem wizerunku prezydenta Miedwiediewa w parodii plakatu filmu: http://www.bbc.co.uk/russian/russia/2011/07/110726_medvedev_posters.shtml).

Na plakatach, które dziś wzbudziły zainteresowanie i śmiech w Moskwie, przedstawiono polityków, którzy ubiegają się o fotele w Dumie: http://monolog.tv/#mng!post-UNhate (Jawliński plus Gryzłow), http://monolog.tv/#mng!post-UNhate  (Żyrinowski plus Ziuganow). Monolog.tv wzywa do tego, aby głosować od razu na wszystkich – całujących się nie całujących się. Wezwanie do tego, aby nie chodzić na wybory, aby oddać nieważny głos, aby oddać pustą kartę do głosowania, aby zagłosować na kogokolwiek, byle nie na rządzącą putinowsko-miedwiediewowską Jedną Rosję – to wszystko już było. Teraz – całuśne plakaty i wezwanie do głosowania na wszystkich.

Kampania wyborcza nie rozpala świadomości społecznej. Nie ma się co dziwić: wszystko już zapowiedziano na zjazdach Jednej Rosji (prezydent na premiera, premier na prezydenta), przeto zainteresowanie podziałem mandatów w kieszonkowym parlamencie jest mniej niż średnie. W telewizji jazda obowiązkowa – zawsze w wieczornym wydaniu dziennika jakiś miły reportaż o dobroczynnym działaniu Jednej Rosji, organizowane są też debaty (tym razem przedstawiciele Jednej Rosji nawet w nich uczestniczą), prezentowane są „roliki”, czyli krótkie reklamówki namawiające do wzięcia udziału w głosowaniu i zagłosowaniu na jedną ze startujących partii. Poza Jedną Rosją startuje tak zwana opozycja koncesjonowana, a więc m.in. niezatapialny LDPR, odświeżone „Jabłoko” (z „całuśnym” Jawlińskim z plakatu), „Prawoje Dieło” Prochorowa już bez Prochorowa, Sprawiedliwa Rosja. No i komuniści. Tu jedna ciekawa rzecz. W związku z ugrzecznioną i pozbawioną ikry oficjalną telewizyjną agitacja wyborczą, a może bez tego związku, Internet świetnie się bawi tematyką okołowyborczą. Hulają „roliki” różnej treści. Np. taki: http://www.youtube.com/watch?v=GT0D8ChA5cg, sygnowany przez partię komunistyczną, żywy, nowoczesny montaż, kąśliwy komentarz. Ziuganow jednak wyparł się autorstwa. Użytkownicy Youtube mają sporo takiego „rozrywkowego” materiału na tematy polityczne, nie wszystko jest najwyższej jakości, ale niektóre filmiki są zabawne, niektóre prześmiewcze, niektóre spostrzegawcze, niektóre refleksyjne (http://www.youtube.com/watch?v=Zru6htkyA_E&feature=related, http://www.youtube.com/watch?v=grl-m6AOZaI&feature=related, http://www.youtube.com/watch?v=yG5fGkPwus0&feature=related, http://www.youtube.com/watch?v=kW-ta8EG9Rg&feature=related,) .

Jedna Rosja stara się istnieć nie tylko w „zombojaszczikie”, jak nazywają w narodzie TV, ale także przemawia do potencjalnego elektoratu słowem drukowanym. Broszurę Jednej Rosji wydrukowano w nakładzie 3 170 000. Dziennikarz tygodnika „The New Times” Ilja Barabanow postanowił wnikliwie przeczytać to dzieło. Przy stacji metra podszedł do stolika, przy którym urzędował agitator Jednej Rosji.

– Nie podrze pan? – spytał ostrożny agitator.

– A co, często drą?

– Świrów nie brakuje.

Jeśli już ktoś nie podrze na wstępie broszury, to może się z niej dowiedzieć, że powinien zagłosować na Jedną Rosję, choćby z tego powodu, że w ciągu dwunastu lat nakłady na naukę wzrosły 1,5 razy, że partia zbudowała mosty dla pana starosty (most w Uljanowsku zaczęto budować w 1986, przypomina Barabanow) i uruchomiła szybkie połączenie kolejowe pomiędzy Moskwą a Petersburgiem. W broszurze można też przeczytać, że opozycja do niczego się nie nadaje. Barabanow komentuje: To szczyty cynizmu – tej tezy mają dowodzić sprawy karne wytoczone merom miast, którzy nie są członkami partii (o sposobach „uszycia” spraw wobec niewygodnych lokalnych polityków można przeczytać np. tu: http://echo.msk.ru/blog/tulsky/826429-echo/).

Na koniec tego skromnego przedwyborczego przeglądu przykład kabaretowego potraktowania wydarzeń politycznych ostatnich dni w Rosji – finał programu „Centralnoje Tielewidienije” (stacja telewizyjna NTW), w którym zespół specjalizujący się w artystycznym gwizdaniu wykonał pieśń „S czego naczinajetsia Rodina”: http://www.youtube.com/watch?v=TwNPOKEsbyA

Prikolno.

Bielszy odcień śniegu

Podobno już o tym mówią „śnieżna rewolucja”. W stolicy separatystycznej Osetii Południowej Cchinwali pada śnieg. Na śniegu stoją protestujący ludzie. Protestują przeciwko unieważnieniu przez sąd wyników wyborów prezydenckich, które wygrała przedstawicielka opozycji Ałła Dżiojewa, za rzekome naruszenia. Dżiojewa nie uznała z kolei orzeczenia sądu, które nazwała bezpodstawnym, złożyła odwołanie i wezwała urzędującego prezydenta do unieważnienia decyzji sądu. Prokuratura Generalna oskarżyła zwyciężczynię wyborów o rozpętywanie kolorowej rewolucji pod dyktando Tbilisi i obiecała „podjąć odpowiednie kroki”. Wyznaczono już też nowy termin wyborów – 25 marca 2012. Tyle że Dżiojewa nie będzie mogła w nich wystartować.

Sytuacja jest skomplikowana. Osetia Południowa, prowincja oderwana od Gruzji w wyniku wojny 2008 r., została uznana za niepodległe państwo przez Rosję, Nikaraguę i dwie czy trzy małe państewka na rajskich wyspach dalekich mórz. Reszta świata uznaje integralność terytorialną Gruzji. Osetyjskich wyborów nazywanych prezydenckimi nie uznaje zatem żadne państwo świata (z wyjątkiem tych, które uznały państwowość Osetii). Cchinwali jest całkowicie zależne od Moskwy. Jednym z najważniejszych pracodawców w republice jest rosyjska baza wojskowa (na razie wojsko zachowuje neutralny spokój).  90 procent mieszkańców ma rosyjskie paszporty. Z Moskwy płyną subsydia.

Kreml rozegrał bardzo ciekawą partię w związku z wyborami w Osetii, jej rezultat jest trudny do przewidzenia, ale już teraz widać, że straty wizerunkowe dla Moskwy będą spore. Dotychczasowy prezydent Eduard Kokojty początkowo chciał jeszcze zostać na stanowisku i nadal rządzić, w szczególności zajmować się rozdziałem rzeczonych subsydiów. Kreml postanowił jednak wymienić wierzchołek trzeszczącej, skorodowanej i przeżartej korupcją osetyjskiej piramidy. Na oczach wszystkich namaścił swojego faworyta – Anatolija Bibiłowa (jego programem było przyłączenie Osetii Południowej do Rosji). Prezydent Miedwiediew publicznie uścisnął mu prawicę (ten uścisk dłoni zdobił plakaty wyborcze kandydata, teraz te plakaty protestujący zrywają ze słupów w centrum miasta). „Zależność od Moskwy była głównym argumentem lokalnych władz przeciwko Dżiojewej. Zwolennicy Bibiłowa mówili, że zwycięstwo Dżiojewej pozbawi republikę finansowej pomocy Rosji. Ktoś nawet złośliwie zauważył – jak nie chcecie, żeby wam pomagała Moskwa, to niech teraz pomaga Nauru – pisze w blogu Olga Allenowa, dziennikarka „Kommiersanta”. – Oponenci Bibiłowa mieli swoje argumenty: mamy prawo wyboru, nie sprzedamy tego prawa, nie ugniemy się. I oto wygrali ci, którzy nie chcieli się ugiąć. Przewaga Dżiojewej nad Bibiłowem w drugiej turze wynosiła 4,5 tys. głosów, co przy elektoracie liczącym 26 tys. jest wielką siłą i żelaznym argumentem. Władze w Osetii wybrali ludzie, którzy nie mają nic do stracenia. Przez ostatnie dwa lata nikt nie widział żadnej pomocy ze strony Moskwy, która na dodatek ma bardzo złożone relacje z miejscową wierchuszką – nadal nie ustalono, jak rozliczać federalne subsydia. W związku z tym pieniędzy Moskwa nie przesyła, domy jak były zrujnowane, tak są itd. […] Nawet w najcięższych czasach żyło się tu jakoś lżej. Może dlatego że była nadzieja, że kiedyś Osetyjczycy będą mieli własne państwo. A teraz nadziei nie ma. Od trzech lat ludzie bezradnie patrzą, jak urzędnicy jeżdżą drogimi limuzynami, spędzają weekendy w Moskwie, żony tych urzędników chodzą po salonach piękności, a ich dzieci studiują na dobrych uczelniach. Od trzech lat słuchają obietnic Moskwy, że Osetia zostanie odbudowana, a ci, którzy zawinili, że jeszcze nie została odbudowana, zostaną ukarani. Ale ukarani zostali tylko opozycjoniści, którzy siedzieli w więzieniu, gdyż śmieli wystąpić przeciwko władzy. […] Moskwa pokazała po raz kolejny ignorancję – nie wie, co się dzieje na prowincji. To, co się teraz dzieje w Cchinwali, to nie tylko kryzys polityczny w Osetii Południowej, to kryzys rosyjskiego modelu zarządzania na Kaukazie. Moskiewscy urzędnicy są zdemoralizowani i syci i mają w nosie, co się dzieje gdzieś daleko od Moskwy”.

Rosyjski MSZ wezwał do uspokojenia sytuacji i poparł swojego szeryfa przeciwko Dżiojewej. Dlaczego nie uznano wyników wyborów? Trudno powiedzieć – Dżiojewa i każdy inny polityk w Osetii Południowej jest i będzie prorosyjski. Że to nie ją oficjalnie poparł Kreml – dlatego Moskwa nie chce jej na urzędzie? Nie podoba się kandydat, to unieważnia się wybory pod pozorem wziętym z sufitu.

Stare dobre małżeństwo

546 mediów z całego świata przysłało ponad tysiąc korespondentów na zjazd rządzącej partii Jedna Rosja, który odbył się dziś na moskiewskich Łużnikach. Dziennikarzy gościnnie podjęto nie tylko gorącą herbatką, ale także ciasteczkami wypieczonymi przez firmy, należące do Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego – wyborczej platformy, wspomagającej Jedną Rosję. Dziennikarze sprawozdania z tego wydarzenia, któremu zapewniono tak szeroką oprawę medialną, mogli śmiało napisać z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem i dziś kontentować się tylko słodkościami. Wszyscy uczestnicy wydarzenia zagrali jak z nut to, co zostało już dawno napisane na politycznej pięciolinii.

Dla nikogo nie było zaskoczeniem główne postanowienie zjazdu: wysunięcie kandydatury Władimira Putina na prezydenta w marcowym plebiscycie. Decyzję w tej sprawie w tajnym głosowaniu przyjęto jednogłośnie. Na tej sali nikt nie gwizdał, tu wszyscy byli zgodni w porywie akceptacji dla lidera.

Za tydzień głosowanie, nazywane oficjalnie wyborami do Dumy Państwowej. Przed kandydatami postawiono zadanie, by w nowej Dumie zasiadło co najmniej 250-270 deputowanych z list Jednej Rosji. Zjazd partii rządzącej, który został pokazany w najlepszym czasie antenowym we wszystkich kanałach rosyjskiej telewizji, a potem jeszcze najważniejsze jego momenty zostały powtórzone przez wszystkie informatory, jest najskuteczniejszą zachętą do głosowania. Żadna z pozostałych dopuszczonych do udziału w wyścigu do foteli poselskich partii koncesjonowanej opozycji nie ma najmniejszych szans, by przekrzyczeć ten zjazdowy zgiełk. „PR chod”, czyli chwyt marketingowy nie do pobicia.

Zadania, jakie władza postawiła na długie lata, przedstawił prezydent Miedwiediew, kandydat na premiera i czoło listy wyborczej Jednej Rosji: pierwsze to sformowania „przezroczystego” rządu, do którego będzie należała walka z korupcją; drugie to decentralizacja zarządzania państwem, trzecie – budowa realnej unii gospodarczej na obszarze postradzieckim. Miedwiediew w poetyckim stylu odwołał się do wielkiego rozmachu, do jakiego przywykł naród rosyjski: obywatele Rosji zajmują się dziś nie tylko problemami dnia codziennego, ale wierzą w historyczną misję Rosji. „Dlatego dążymy do poszerzenia przestrzeni gospodarczej i kulturowej, które tak skurczyły się po rozpadzie Związku Radzieckiego”. Pierwsze dwa zadania są sprawnie przyrządzonym daniem z niczego. Miedwiediew przez całą swoją prezydenturę zapewniał, że teraz już naprawdę na poważnie weźmie się za zwalczanie łapownictwa. No i co? Ano, teraz zapewne z siłą wodospadu zacznie tak samo skutecznie walczyć z rakiem korupcji jako premier „przezroczystego” rządu. Trzecie zadanie zasługuje na uwagę. Wydaje się, że władze Rosji nie tylko snują fantazje na temat kolejnego papierowego bytu quasi-integracyjnego, ale faktycznie chcą „poszerzyć przestrzeń gospodarczą i kulturową, które tak skurczyły się po rozpadzie ZSRR”. Inna sprawa, czy to się uda.

Putin w swoim wystąpieniu pochwalił siebie i kolegów za stworzenie bazy rozwojowej dla kraju. Strategią na najbliższe lata jest stały wzrost. Towarzysze i obywatele muszą jednak być czujni, bo wróg wewnętrzny i zewnętrzny nie śpi i knuje podle i podstępnie. Porównał tych, którzy żyją z zagranicznych grantów, do Judasza. „A to nie najbardziej poważana przez nasz naród postać biblijna” – zauważył dowcipnie. Poradził też zagranicznym sponsorom, by raczej zajęli się swoimi długami, a nie opłacaniem rosyjskich NGO.

Jedenaście tysięcy delegatów zjazdu nagrodziło swoich przywódców gromkimi owacjami. Dzisiaj całą przestrzeń zajęła „partia oszustów i złodziei”, jak nazywa Jedną Rosję rosyjski Internet za Aleksiejem Nawalnym. A rosyjski Internet pokazuje całkiem inną twarz kampanii wyborczej, daleką od patosu naszych czasów prezentowanego na zjeździe wybrańców. Ale o tym – w następnym odcinku.