Archiwum kategorii: Bez kategorii

Łubianka czeka na FED-a?

Kiedyś był taki radziecki aparat fotograficzny FED. Ładna, intrygująco brzmiąca nazwa. Niewtajemniczonemu zagraniczniakowi nie od razu udawało się rozszyfrować źródło: abrewiatura od Feliks Edmundowicz Dzierżyński, twórca jedynego sprawiedliwego ramienia rewolucji październikowej, Czeki. Za zasługi w wybijaniu przeciwników władzy bolszewickiej Dzierżyński uhonorowany został nie tylko amatorskim aparacikiem, ale też między innymi pomnikiem na placu Łubiańskim, pod siedzibą swej umiłowanej instytucji (w legendarnym budynku Czeki, GPU, potem KGB, dziś pracuje spadkobierczyni Federalna Służba Bezpieczeństwa). Ważący dziesięć ton pomnik, dzieło dłuta Jewgienija Wuczeticza, został spontanicznie zdemontowany w sierpniu 1991 roku w dni przełomu w najnowszej rosyjskiej historii. Odtąd stoi w parku pod Centralnym Domem Artysty nad brzegami rzeki Moskwy. Na trzymetrowym cokole góruje nad zdemontowanymi popiersiami Lenina i Breżniewa.

Co jakiś czas o przywrócenie Żelaznego Feliksa na Plac Łubiański (w czasach radzieckich noszący nazwę Plac Dzierżyńskiego) upominają się towarzysze z partii komunistycznej i LDPR Żyrinowskiego. Uważają, że byłby to akt sprawiedliwości dziejowej, gdyż i sam Feliks, i jego pomnik to „symbol honoru i sprawiedliwości”. Ostatnio jako orędownik przywrócenia pomnika na puste miejsce na Łubiance wystąpił wysoki urzędnik władz Moskwy Siergiej Bajdakow. „Na placu Łubiańskim nikt poza Dzierżyńskim stać nie powinien”. Bajdakow był współpracownikiem wyprawionego w zeszłym roku w polityczny niebyt mera Jurija Łużkowa, który też chciał przywrócenia pomnika FED-a, ze względów estetycznych (gdyż pomnik jest urody niezwykłej, która najwidoczniej urzekła Jurija Michajłowicza). Planował nawet zrobić referendum w tej sprawie.

W pobliżu miejsca po pomniku Żelaznego Feliksa znajduje się Kamień Sołowiecki – memoriał poświęcony ofiarom politycznych represji w ZSRR. „Propozycje Łużkowa i Bajdakowa są głęboko symboliczne. Nie tylko chcą oni przywrócić pomnik pierwszemu gospodarzowi Łubianki, ale jeszcze usunąć Kamień Sołowiecki. To rewerans w stronę komunistów i stalinowców – pisze w komentarzu Michaił Zacharow (Polit.ru). – Chociaż prezydent oficjalnie potępił zbrodnie stalinizmu, eksploatacja stalinowskiego – i szerzej radzieckiego – tematu okazuje się bardzo przydatnym politycznie manewrem. Tania manipulacja. Dzierżyński nie kojarzy się szerokim masom z bestialstwem Stalina [Dzierżyński zmarł w 1926 r.], jego zwolennicy wyciągają jego zasługi jako dobrego organizatora, miłośnika dzieci itd.”.

Czemu miałoby służyć przywrócenie Feliksa Edmundowicza na Łubiankę? Czy to tylko reanimacja blaknącego coraz bardziej sowieckiego mitu? Ilustracja braku pomysłu na identyfikację nostalgicznie nastrojonych polityków? Gry w historię uprawiane przez inżynierów dusz są niebezpieczne. Często karmią się nimi demony odwetu.

Aparat FED jest już od dawna zabytkiem w świecie cyfrowej fotografii. Pomnik spiżowego FED-a stoi w muzealnym skansenie. I niech tak zostanie.

Trzynastu „czystych Aryjczyków”

Uznano ich winnymi 27 zabójstw i ponad 50 napadów, dostali dożywocie i wieloletnie kary pozbawienia wolności – w połowie lipca zakończył się zamknięty proces grupy trzynastu członków nacjonalistycznej grupy NSO-Siewier (NSO – nacyonał-socyalisticzeskaja organizacja, narodowi socjaliści). Tygodnik „Kommiersant-Włast” w najnowszym numerze opublikował obszerny artykuł o grupie, ich odrażających czynach i odrażającej ideologii. Nie, nie znali Breivika, ale też chcieli pozbyć się z ojczyzny tych, których uważali za „chwasty” – przyjezdnych, zwłaszcza należących do innych ras. Na sali rozpraw nie okazali skruchy – ha! przecież realizowali wysoką, ich zdaniem, ideę „Rosji dla Rosjan”.

Na zdjęciach z sądu widzimy młodych ludzi – dwunastu chłopców i jedną dziewczynę. Najstarszy nie skończył trzydziestki, najmłodszy w chwili aresztowania miał 17 lat. Programista, studentka dziennikarstwa, pracownik księgarni. Spokojni, uśmiechnięci. Zwyrodnialcy, zbiry, zbrodniarze.

NSO, jak pisze „Włast”, przedstawiała się jako jedyna legalna organizacja narodowych socjalistów w Rosji, gotowa walczyć o przejęcie władzy politycznej w kraju. Została utworzona przez Dmitrija Rumiancewa (o nim potem). Kilkakrotnie wystawiała kandydatów w wyborach lokalnych, bez powodzenia. Ideologia: rasowa i narodowa wyższość Rosjan nad innymi narodami. Działało kilka regionalnych „jaczejek” organizacji. Przywódca „jaczejki” Siewier (Północ) w noc sylwestrową ogłosił rok 2008 „rokiem białego terroru”. W ciągu kilku miesięcy grupa Siewier dokonała ponad pięćdziesięciu napadów na ludzi o niesłowiańskim wyglądzie. Oprócz 26 ofiar napadów grupa ma na swoim koncie bestialskie zabicie kolegi z organizacji podejrzewanego o konszachty z milicją. Brutalny mord i ćwiartowanie zwłok nagrali na wideo. To miała być lekcja poglądowa.

Bodaj najbardziej brutalny z grupy był przybysz z Chabarowska, dziewiętnastoletni Władisław Tamamszew, faktyczny przywódca „jaczejki”. Syn pułkownika wojskowego wywiadu GRU. „Od dzieciństwa ojciec zabierał go na wyprawy do tajgi, na lekcje przetrwania. W rodzinie panował kult siły fizycznej, Tamamszew był bardzo silny” – pisze „Włast”. Przed wyjazdem do Moskwy w rodzinnym Chabarowsku Tamamszew urządził zamach na synagogę: wraz z przyjaciółmi obrzucił budynek koktajlami Mołotowa. Do NSO przystąpił dzięki internetowej znajomości z jednym z członków grupy Siewier. „Jestem nacjonalistą, jestem za tym, żeby wszelkie niebiałe bydło gnoić. Uważam się za bogo-człowieka, oczyszczam ziemię z brudu” – tłumaczył w sądzie. Za dziewięć zabójstw został skazany na dożywocie.

Jedyna dziewczyna w grupie, studentka Wasylisa Kowalowa, jedynaczka z zamożnej inteligenckiej rodziny, „krutiła romany” z kilkoma chłopakami z grupy. Była im natchnieniem, na jej urodziny chłopcy przygotowali niespodziankę: polowanie na przybyszów z Azji. W urodzinowy wieczór Wasylisy zamordowali dwoje Uzbeków. Kowalowa spędzi w kolonii karnej 19 lat. Nie przyznała się do winy.

Założyciel grupy Dmitrij Rumiancew był asystentem deputowanego do Dumy Państwowej. Dziś twierdzi, że nic nie wiedział o morderstwach, rozmawiał z chłopakami z grupy wyłącznie o ideologii. „Twórca NSO zdążył na czas wywinąć się: napisał prośbę o zwolnienie z obowiązków i opuścił szeregi powołanej przez siebie organizacji chwilę przed aresztowaniami – piszą dziennikarze „Własti”. – Co pomogło Rumiancewowi: intuicja czy powiązania z organami ścigania – to do tej pory pozostaje niejasne. Wiadomo jedynie, że na procesie wystąpił w charakterze świadka. Taka pobłażliwość sądu wywołała podejrzenia: mówiło się, że Rumiancew współpracował z Federalną Służbą Bezpieczeństwa i władzami. W organizacjach prawicowych zaczęto powtarzać, że NSO zostało założone przez FSB”.

Obecnie Rumiancew zamierza realizować nowy projekt polityczny.

Porywająca Armia Putina

Nie tylko Ogólnorosyjski Front Narodowy, ale i cała Armia walczy o poparcie dla Władimira Władimirowicza Putina. Jednym słowem – walka i szczęk oręża. Najwidoczniej inżynierowie dusz uznali, że militarystyczne skojarzenia mają nadal świetne konotacje w rosyjskim elektoracie.

W Armii Putina jest na razie tysiąc osób. Inicjatywa jest oddolna, choć dotyczy góry, a właściwie topless. W social Network „WKontaktie” skrzyknęła się grupa roznamiętnionych zwolenniczek premiera, które chcą w nim widzieć prezydenta. Ich hasłem przewodnim jest „Porwę za Putina”. Na razie uczestniczki zapowiadają, że będą rwać na sobie odzież, ale w kolejnym akcie (nomen omen) poparcia mogą rozerwać i kogoś, kto nie popiera ich idola.

„Pokażemy, że Władimira Władimirowicza popiera wiele osób, w tym piękne, młode i mądre dziewczęta. Jesteśmy zgodne co do tego, że Putin to szlachetny i uczciwy polityk, a także wytworny mężczyzna. Naszym celem – „Putin-prezydent”. Nasze akcje odbiją się szerokim echem w całej Rosji. Każda dziewczyna stanie się gwiazdą Internetu” – głosi manifest dziewcząt.

Adeptki Armii powinny nakręcić filmik, pokazujący, jak „rwą za Putina” i zamieścić go w sieci. Za najlepszy film przewidziana jest nagroda – iPad2. Dla takich szczytnych celów i takiej wysublimowanej nagrody warto sobie porwać bluzeczkę na rozgorączkowanej patriotycznej piersi.

W tym roku jeszcze premier nie ucieszył narodu kolejną sesją fotograficzną, w której odsłania szczegóły anatomiczne atletycznego ciała, ale dziewczyny z jego Armii zapewne pamiętają jego fotki z poprzednich lat i czują się patriotycznie pobudzone.

Zaciąg do Armii ma się odbyć za kilka dni na placu Puszkina w centrum Moskwy. W stolicy panują upały, rwanie skąpego przyodziewku wpisze się doskonale w klimat.

Rosyjskie dziewczęta nie po raz pierwszy dały wyraz akceptacji dla pozycji „samca alfa”. Na początku rządów Putina wylansowano przebój grupy popiskujących girlasek, które chciały za boy frienda „Takiego jak Putin”. Pod koniec ubiegłego roku szumu narobił kalendarz, który studentki stołecznego uniwersytetu ukazujące wszystko, co mają najlepszego, wydały na cześć Putina. Dużo mniej mówiło się wtedy o innym kalendarzu – też wydanym przez studentki uniwersytetu – na którym dziewczęta miały np. zaklejone taśmą usta i wyrażały protest przeciwko polityce Putina. Teraz też sformowała się grupa protestu „Anty Armia Putina”.

„Uważam, że Armia Putina to amoralny ruch. Ich filmiki wideo propagują wulgarność. Próbują wpoić odbiorcy jakieś polityczne poglądy, demonstrując przy tym kobiecą pierś. To pokazuje, że Putin nie może przyciągnąć wystarczającej liczby głosów normalnym sposobem. Kampania polityczna powinna polegać nie na demonstrowaniu kobiecych wdzięków, które działają na prymitywne instynkty człowieka, a na konkretnych efektach działań, które wzbudzają szacunek społeczny” – mówi Konstantin Kożewnikow z grupy „Anty”.

Działania Armii są zgodne z logiką kampanii politycznej, jaka toczy się obecnie w Rosji. Skoro wszyscy zgodnie idą na front, to i rozgonione dziewczęta, które nie mają nic do ukrycia, walczą pełną piersią. Może tą piersią zasłonią idola przed nieprzyjaznym światem, który najpierw dał mu Kwadrygę, a potem zabrał. Lilia Szewcowa z moskiewskiego Centrum Carnegie napisała w swoim blogu: „Nasz naclider jeszcze nigdy dotąd nie znalazł się w sytuacji tak poniżającego międzynarodowego skandalu. Na dodatek zdarzyło się to w bardzo delikatnym dla niego momencie powrotu na Kreml. […] Historia z nominacją i cofnięciem tejże pod naporem masowego protestu jest nie tylko publiczną obrazą rosyjskiego naclidera. Chodzi o znacznie więcej. Wręczenie Kwadrygi, która może nie jest najbardziej popularną nagrodą, w symbolicznym dniu Zjednoczenia Niemiec 3 października w obecności przedstawicieli niemieckich i światowych elit oznaczałoby międzynarodową legitymizację rosyjskiego lidera i wpisanie go w historyczny kontekst jako wybitnej postaci. Ta międzynarodowa pieczęć jest szalenie ważna dla Putina wobec osłabienia wewnętrznego poparcia. W tej sytuacja Niemcy mieli wspierać kremlowski tron, który zaczął się chwiać (ciekawe swoją drogą, czy ci, którzy nominowali Putina, sami to wymyślili, czy ktoś im usłużnie podpowiedział). […] O czym świadczy ta pouczająca historia? O tym, że ani Kreml, ani niemiecki establishment nie rozumieją dzisiejszego stosunku do rosyjskich władz ani w samych Niemczech, ani w Europie. W przeciwnym razie Kreml starałby się uniknąć takiego skandalu. […] Tak oto zaczyna się historia międzynarodowego upadku Władimira Putina. Odtąd za każdym razem, gdy będzie się pojawiał na arenie światowej, za jego plecami majaczyć będzie cień Kwadrygi. Kreml nie może teraz mieć nadziei, że Europa będzie pobłażliwa wobec naszych władz w czasie wyborczej clownady”.

Szlachetna Federacja

Cała Moskwa znów obwieszona jest plakatami zwiastującymi koncert organizowany przez osławioną fundację Federacja. Koncert ma być dobroczynny, udział w nim zapowiedzieli m.in. Dustin Hoffman, Steven Seagal i Woody Allen.

O fundacji Federacja, zajmującej się dobroczynnością, świat usłyszał kilka miesięcy temu. Na zorganizowanej przez Federację imprezie z udziałem mega gwiazd ekranu i scen do fortepianu zasiadł sam Władimir Władimirowicz Putin. Zdjęcia z wieczorku przy fortepianie obiegły wszystkie światowe agencje – to nie lada gratka: rosyjski premier gra i śpiewa. Większość komentatorów była zachwycona – premier, który nie umie ani grać, ani śpiewać, zdobył się na to publicznie, aby nieść pomoc potrzebującym. Wspaniale! Na imprezie miały być zbierane pieniądze na leczenie dzieci chorych na raka. Ale jak się miało niebawem okazać: pieniędzy dla małych pacjentów fundacja nie przekazała. Ani kopiejki. Żaden ze szpitali, które miały zostać obdarowane, nic o szlachetnym porywie Federacji nie wiedział. O co chodziło? Po kolei.

10 grudnia 2010 roku w Petersburgu w dobroczynnej imprezie wzięli udział Gerard Depardieu, Monica Bellucci, Sharon Stone, Alain Delon i wiele innych znakomitych gwiazd. Gwiazdy w ciągu dnia odwiedzały szpitale i rozdawały zabawki chorym dzieciom, a wieczorem bawiły się z premierem w celach charytatywnych, również na rzecz chorych dzieci. Koncert został zorganizowany przez nikomu nie znaną przedtem fundację Federacja. Fundacja została zarejestrowana zaledwie na dziesięć dni przed koncertem. Koncert organizowano w straszliwym pośpiechu. Stojący na czele fundacji niejaki Władimir Kisielow w przeddzień koncertu na konferencji prasowej powiedział – „my w odróżnieniu od innych fundacji” przekażemy środki potrzebującym jeszcze przed koncertem. A zatem można było wywnioskować, że fundacja miała zgromadzone na zbożne cele pieniądze i zamierzała je przekazać. Zaraz po koncercie jednak przedstawiciele fundacji oświadczyli, że absolutnie nic podczas koncertu nie zbierali, nikt im nie przekazał ani kopiejki ani oni nikomu nic nie przekazali. Co więcej, Kisielow głośno odgrażał się, że będzie ścigał wszystkie media, które wypaczają komunikaty o jego szlachetnej działalności (w czerwcu skierował pozew przeciwko krytykowi Artiemijowi Troickiemu, który w rozgłośni Echo Moskwy komentował koncert z udziałem Putina).

Ile kosztowała pieśń premiera i kto na tym zarobił? Same tajemnice. Co ciekawe, indagowany w sprawie kulis występu premiera jego sekretarz prasowy oświadczył, że nie ma pytań do fundacji, która najpierw roztrąbiła przez wszystkie trąby świata, że zbiera środki na chore dzieci, a potem szybko się tego szlachetnego celu wyparła. Sekretarz wyraził jedynie zadowolenie, że wyjaśnianie obrotów sfer pieniężnych postępuje. Dziś wiemy, że nadal tak samo postępuje, z tym że nic z tego nie wynika. Wiadomo, że przez koncert przekręciła się jakaś gigantyczna forsa, ale jak i z której strony? Kisielow zapewniał, że sam wybecelował kasę na imprezę i trochę zebrał na ten cel od zaprzyjaźnionych chętnych. Widocznie to niezbyt zamożni ludzie, bo pieniędzy wystarczyło jedynie na samą imprezę z premierem przy fortepianie, a na oficjalny cel, dzięki któremu została zorganizowana (pomoc chorym dzieciom), już nie wystarczyło ani kopiejki. Prasa pisała, że owszem, jeden z petersburskich szpitali otrzymał sprzęt, ale ten sprzęt został zakupiony i dostarczony za pieniądze jednego z uczestników koncertu Gerarda Depardieu, za jego prywatne pieniądze. Znamienne, że do tej darowizny szybko przyznał się Władimir Kisielow. Nie trafiłam nigdzie na potwierdzenie tego szlachetnego porywu Kisielowa. Fantastyczne w tej historii jest to, że fundacja Federacja znowu ma świetny pomysł na zrobienie super impry, przez którą przeleje się, jak można mniemać, morze kasy.

W organizacji koncertu w Moskwie, który ma się odbyć na dniach pod gołym niebem na Worobjowych gorach, pomaga merostwo stolicy. Władze miasta zapewniają, że chodzi o pomoc organizacyjną, a nie finansową; impreza organizowana jest z rozmachem, mają być zamknięte ulice w pobliżu miejsca koncertu, nad miastem ma latać aerostat. Tylko nieliczne imprezy cieszą się takim przychylnym zrozumieniem ze strony władz miasta. Co więcej – w mieście rozmieszczono mnóstwo bilboardów, monitorów, plakatów informujących o przedsięwzięciu. Kosztująca mnóstwo pieniędzy powierzchnia reklamowa w centrum miasta została przyznana fundacji Federacja za darmo. Według dokumentów, akcja jest związana z przypadającym 8 lipca Dniem Rodziny, Miłości i Wierności. Dewizą akcji jest: „Rosyjska dusza jest jak archanioł, który idzie, aby kierować ewolucją ludzkości i prowadzić ją ku nowej epoce”. Tymczasem z wizualnej reklamy widać, że akcja ma na celu głównie rozreklamowanie pięknej „patronki fundacji”, niejakiej Jeleny Siewier. Kim jest piękna Helena? Według gazety „Kommiersant” pani Siewier nazywa się Siewiergina i jest małżonką… tak, zgadli państwo, Władimira Kisielowa. Dociekliwy „Kommiersant” wysłał do fundacji pytania o zasady, na jakich finansowana jest impreza, kto opłaca przyjazd światowych gwiazd. Do tej pory redakcja nie otrzymała odpowiedzi. Dziennikarze Radia Swoboda z kolei przez kilka dni odbijali się od drzwi do drzwi, kołacząc o akredytację. Bez rezultatu. Jak to w takim razie – taka nieprzytomna reklama, taka impreza, tyle gwiazd, a dziennikarze nie będą dopuszczeni, nie będzie oprawy medialnej?

Blogerzy wyśledzili, że pani Siewier pragnie zrobić karierę w show biznesie. O debiucie w towarzystwie Sophie Loren i Francisa Forda Coppoli każdy debiutant może tylko pomarzyć. Ciekawe, czy pani Jelena Siewier też zaśpiewa na charytatywnym koncercie piosenkę „S czego naczinajetsia Rodina”? (motyw z tego hitu zagrał na fortepianie premier Putin podczas grudniowego występu).

Weimarski post-Sojuz, czyli wieczne bóle fantomowe

Nastroje współczesnych Rosjan są podobne do nastrojów panujących w Republice Weimarskiej: wszystkie warstwy ogarnięte są ksenofobią i tęsknią do byłej potęgi państwa. Fantomową nostalgię po utraconym imperium  stwierdzono nawet u dzieci, które urodziły się po rozpadzie ZSRR. W ciągu dwudziestu lat, jakie minęły od końca ZSRR, społeczeństwo rosyjskie stało się społeczeństwem konsumpcyjnym, ale nie społeczeństwem demokratycznym. Takie wnioski z ostatnich badań opublikowali politolodzy z moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomii. Badanie przeprowadzono na próbie tysiąca osób z różnych grup społecznych, od studentów przez wojskowych do bezdomnych (z każdym z respondentów przeprowadzono półgodzinny wywiad).

Przyjrzyjmy się bardziej drobiazgowo konstatacjom rosyjskich politologów.

Współcześni Rosjanie cierpią na „syndrom autorytarny” – piszą Waleria Kasamara i Anna Sorokina, autorki badania. – Syndrom ten obserwujemy u autorytarnych osób. Osoba autorytarna to przeciwieństwo osoby demokratycznej (osobę demokratyczną definiuje się jako kogoś odpowiedzialnego, nie bojącego się problemów, nie czekającego na odgórną pomoc i gotowego brać udział w życiu politycznym). Jedną z oznak syndromu jest potrzeba silnego patriarchalnego lidera (według najnowszych badań socjologicznego Centrum Lewady ponad 60% badanych chciałoby, aby rządzący tandem mocniej kontrolował życie polityczne i gospodarcze kraju). Rosjanie nieprzyjaźnie odnoszą się do innych nacji – aż 70% w badaniach tegoż Centrum Lewady mówiło, że Rosja ma wrogów, a są nimi: USA, NATO, czeczeńscy bojownicy i „określone koła Zachodu” (jak to myślenie świetnie się trzyma). 58% odczuwa żal z powodu rozpadu ZSRR.

Według pytanych uczniów starszych klas moskiewskich szkół, największym wrogiem są Stany Zjednoczone, które nie pozwalają „wielkiemu krajowi wstać z kolan”. Zdaniem rosyjskich uczniów, aby osłabić potęgę USA, należy przestać uczyć się języka angielskiego. Nastolatki posługują się sztampą: „Rosja to potężne mocarstwo, którego będzie się bał cały świat”. Co ciekawe, przedstawiciele rosyjskiej klasy średniej również Stany Zjednoczone uważają za największego wroga Rosji – za to z kolei, że Stany dybią na zasoby naturalne Rosji. Bezdomne dzieci uważają Rosję za wielką, o ZSRR w ogóle nic nie wiedzą. Wojskowi chwalą czasy radzieckie za to, że wtedy nie było „mata i razwrata” (przekleństw i zepsucia). I ta grupa badanych jako wroga wskazuje USA. Od poglądów statystycznego Rosjanina nie różnią się poglądy badanych posłów Dumy Państwowej (obie autorki niedawno opublikowały też wyniki badań, w trakcie których porównywały poglądy deputowanych Dumy i bezdomnych – wykazały, że obie grupy społeczne posługują się nie tylko identyczną siatką pojęciową, ale wręcz tymi samymi słowami).

„Rosjanie chcą odbudowy imperium radzieckiego, to warunkowanie klasyczne (reakcja kompensacyjna), które można wyjaśnić rosnącym poczuciem braku wiary we własne siły, osamotnienia i braku zaufania Rosjan do siebie wzajemnie (nie ufa innym Rosjanom aż 70% Rosjan)” – piszą Kasamara i Sorokina.

Komentujący badania Wyższej Szkoły Ekonomii politolog Aleksiej Makarkin uważa, że porównywanie dzisiejszych nastrojów w Rosji z Republiką Weimarską jest nieuprawnione. „Niemcy [w okresie Republiki Weimarskiej] mieli za sobą przegraną wojnę w sytuacji, gdy byli przekonani o swojej niezwyciężonej armii. To była katastrofa narodowa, poszukiwaniem winnych zajmowało się całe społeczeństwo. W Rosji nie ma tego czynnika. Rosyjska nostalgia jest spokojna, nie ma w niej elementów agresji” – uspokaja Makarkin.

 

Architektura poza frontem

Związek Architektów Rosji został zapisany, jak setki innych organizacji społecznych, branżowych związków i mniej lub bardziej ulotnych stowarzyszeń do skrzykiwanego przez premiera Putina Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego (OFN). Na liście organizacji, które wskoczyły na przedwyborczą platformę zaangażowanych putinowców, architekci otrzymali numer 35. Listę można obejrzeć na oficjalnej stronie internetowej OFN. Można tam też znaleźć informację, że do ONF przystąpiło 5,5 tysiąca osób fizycznych i około 450 organizacji.

Rosyjska telewizja państwowa niemal codziennie nadaje w najlepszym czasie antenowym pompatyczne wiadomości z frontu przystępowania do Frontu przez kolejne ekipy. Takiego entuzjazmu dla inicjatywy umiłowanego przywódcy nie powstydziłby się nawet gensek Leonid Breżniew, lubujący się w kolekcjonowaniu medali na własnej piersi i oznak miłości ludu do przywódcy. Tymczasem na gładkiej tafli uwielbienia pojawiła się rysa. Najpierw na stronie internetowej architektów został opublikowany list otwarty kilku członków związku, wzywający do niewstępowania do ONF („Związek Architektów Rosji jest profesjonalnym związkiem twórczym, a nie organizacją polityczną”), a następnie władze związku architektów przegłosowały wniosek o nieprzystępowaniu do OFN i oznajmiły, że w ogóle nie wiedzą, dlaczego są na liście ONF, skoro wniosku o przystąpienie nie składały. Oczywiście każdy z członków związku może indywidualnie rozważyć możliwość przystąpienia do ONF.

Putinowski Front jest próbą przedwyborczego liftingu oblicza partii władzy – Jednej Rosji. Oblicze to aż nazbyt cyniczne, opozycyjni publicyści bez ogródek nazywają Jedną Rosję „partią złodziei i oszustów”. Strona internetowej gazety „Jeżedniewnyj Żurnał” zaczyna się od czarnej zakładki z ostrzeżeniem „wstęp dla partii złodziei i oszustów wzbroniony, pozostałych zapraszamy”. Na ostatnich wyborach regionalnych, mimo zabiegów ułatwiających dobry wynik, Jedna Rosja nie zdobyła zadowalającej górę liczby głosów. Powołanie Frontu miało stworzyć wrażenie odnowienia, odświeżenia, a nade wszystko stworzyć wrażenie iluzji działania, aktywności, zwartości szeregów, jedności narodu. Cudowna imitacja działalności politycznej, zamiast robić coś konkretnego, zróbmy sobie idealny model pustki. Grudniowe wybory do Dumy nie za górami, Front będzie ożywiał, Front będzie wszędzie, wciśnie się w każdy kąt, Front zapewni dobry wynik. Można nie mieć wątpliwości.

Front bez architektów też sobie poradzi. Choć telewizja raczej nie będzie trąbić o tym, że architekci nie chcą brać udziału w „karnawale masowego tchórzostwa i podlizywania”, jak określił akcję z formowaniem Frontu Andriej Kolesnikow.

I jeszcze jedno. Jak jest finansowana cała ta dekoracyjna sztuka pod tytułem Ogólnorosyjski Front Narodowy? Obejrzałam dokładnie stronę internetową OFN i informacji o takim drobiazgu nie znalazłam. O aktualizację strony wszakże ktoś dba na bieżąco: na 35 miejscu listy uczestników nie ma już buntowszczyków ze Związku Architektów. Na liście jest za to wiele innych ciekawych pozycji, m.in. Некоммерческое партнерство «Масложировой союз России» (nr 68), Общероссийская общественная организация «Федерация фитнес-аэробики России» (75), Общероссийская танцевальная организация «Союз Черлидинга России» (145).

Idealne warzywa

Wiele było ostatnio dyskusji o warzywach. Rosja zamknęła granice dla europejskich rzodkiewek i ogórków. A mnie akurat przyjaciel z Rosji przysłał opowiadanie. Z życia wzięte. Nie znam nazwiska autora. Przyjaciel napisał mi tylko, że tekst nie jest jego. Bardzo pouczający. Zwłaszcza w czasie, gdy w rosyjskich szkołach trwają egzaminy na JeEGie (wspólny jednakowy egzamin dla wszystkich szkół). I jeszcze na dodatek zbliża się kolejna rocznica napaści Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki. Rocznica, o której na pewno będą głośno trąbić wszystkie rosyjskie media – w tym roku wypada okrągła, siedemdziesiąta.

„Szanowni sceptycy, przysięgam, że to, co napisałem, jest prawdą, samą prawdą i tylko prawdą. W pracy mam asystentkę – uroczą dziewczynę imieniem Nastia. Jest rodowitą moskwianką, ma 22 lata. Za rok skończy studia. Nastia nieźle radzi sobie w pracy, nie mam zastrzeżeń. Zastrzeżeń – żadnych, żadnych, żadnych! – nie można mieć też do jej wyglądu. Długonoga, foremna, rudawy warkocz do pasa, talia osy. Sam sobie zazdroszczę, że mam taką asystentkę.

Wczoraj mieliśmy spotkanie z partnerami, Nastia towarzyszyła mi, bo już kiedyś była w tamtym biurze, a ja nie, poza tym razem raźniej. Pojechaliśmy metrem. Na ruchomych schodach stacji Taganskaja Nastia nagle zadała mi pytanie:

– Ciekawe, po co tak głęboko to metro zbudowali? Niewygodnie, tak długo się jedzie tymi schodami, dłużej niż samym metrem.

– Moskiewskie metro miało początkowo podwójne przeznaczenie – jako środek transportu miejskiego i jako schron.

– Schron? – w oczach dziewczyny przeczytałem niedowierzanie. – Co za brednie? Ktoś będzie nas bombardował?

– Powiem więcej: Moskwa była bombardowana.

– Jak to? Kto bombardował Moskwę?

Z początku wydawało mi się, że Nastia się wygłupia, że to niemożliwe, żeby nie wiedziała. Robi mnie w konia.

– No, Niemcy… w czasie wojny – powiedziałem niepewnie. – Przylatywały samoloty i zrzucały bomby.

– Dlaczego?

No, tak – pomyślałem, faktycznie, dlaczego. Czułem się jak ojczym, który właśnie wyznał swojej córce, że wziął ją z domu dziecka.

Nastia po namyśle zadała kolejne wnikliwe pytanie: – To znaczy oni chcieli nas zniszczyć? Ale świnie!

Świat mojej asystentki właśnie na moich oczach wywrócił się do góry nogami. Ale Nastia podeszła do tego spokojnie. I zadała kolejne pytanie:

– I wszyscy ludzie chronili się w metrze?

– Nie wszyscy. Ale wielu, niektórzy nawet nocowali.

– A do metra bomby nie trafiały? Nie? To w takim razie po co oni zrzucali te bomby? No bo przecież bez sensu jest bombardować, skoro bomby nie trafiają. Lepiej by było, żeby zeszli do metra i tu pod ziemią wszystkich rozstrzelali…

Pomyślałem, że tłumaczenie dziewczynie realiów mija się z celem. Wybrałem więc inną drogę.

– To byli Niemcy, nie mieli naszych biletów na metro. Przecież nikt by ich tutaj nie wpuścił.

– No, tak. Teraz rozumiem.

– Nastiu, żartowałem. Tak naprawdę Niemców zatrzymano na przedpolach Moskwy, nie wpuszczono ich do miasta.

Twarzyczka dziewczęcia rozjaśniła się szczęściem. – Nasi to jednak zuchy, co?

Tymczasem doszliśmy do celu naszej wyprawy. W drodze powrotnej starałem się nie poruszać historycznych tematów. Zadałem więc pytanie o wakacje.

– W tym roku to nie wiem, ale w następnym chciałabym pojechać do Pribałtyki.

– A konkretnie?

– Gdzieś nad morze.

– To znaczy na Litwę, Łotwę, do Estonii? Pribałtika to trzy kraje – Litwa, Łotwa i Estonia.

– Super! A ja myślałam, że to jedno państwo – Pribałtika. A pan tam był?

– Byłem, w Estonii.

– No i co? Jak tam z wizą? Robią trudności?

– Byłem jeszcze za czasów ZSRR. Wtedy byliśmy jednym państwem.

Nastia zatrzymała się. Wyraźnie była w szoku: – Jak to „w jednym państwie”?

– Pribałtika wchodziła w skład ZSRR. Nie wiedziałaś?

– Ekstra!

– To uważaj, teraz może ci się zakręcić w głowie. Białoruś, Ukraina, Mołdawia, a także Gruzja, Azerbejdżan, Armenia, Kazachstan, Kirgizja, Turkmenia, Tadżykistan i Uzbekistan też były w ZSRR.

– Gruzja? To ci durnie, z którymi wojna była?

Ciekawe, jak głęboko sięga niewiedza mojej wspaniałej asystentki? Czy jest gdzieś granica tej tabula rasa? Nastia jest ewidentnie doskonałym produktem reform oświatowych ministra Fursenki. Prototyp człowieka nowej generacji.

– Ale chyba wiesz, że był ZSRR i się rozpadł?

– Tak, wiem. Był ZSRR i się rozpadł. Ale nie wiedziałam, że tyle ziem się oderwało.

Rozstaliśmy się – ja poszedłem do biura, a Nastia płacić podatki. Patrzyłem na ludzi, mijających mnie na ulicy. Tyle młodych twarzy. I co – czy oni wszyscy są tacy jak Nastia? Idealne warzywa…”

Ryszard III mceńskiego powiatu

Chcecie to wierzcie, chcecie, nie wierzcie: w Osetii Południowej, oderwanej w sierpniowej wojnie separatystycznej prowincji Gruzji, kipią iście szekspirowskie namiętności. Szekspir nie tylko poważnie analizował tajniki ludzkich dusz, ale także lubił sobie pożartować. Nawet w najczarniejszych tragediach wprowadzał na scenę jakiegoś trefnisia czy pijaka, który rozweselał widzów. W Osetii mamy do czynienia z zabiegiem nowatorskim – tu sam król, bohater tragedii, wcielił się w rolę błazna.

Władza musi mieć słodki smak, niektórzy nie potrafią się tej słodyczy pozbawić. Tak najwyraźniej jest w przypadku lidera separatystycznej Osetii Płd., wiecznie nieogolonego i wiecznie gotowego do rządzenia Eduarda Kokojty, w przeszłości nauczyciela wychowania fizycznego. Właśnie dobiega końca jego druga kadencja prezydencka. Czas najwyższy oddać urząd. Ale osetyjski Ryszard III nie chce.

I oto 15 czerwca, w dzień św. Wita, patrona aktorów i epileptyków, do parlamentu Osetii przybyła grupa 38 ubranych na sportowo mężczyzn (możliwe, że część z nich była nauczycielami wychowania fizycznego). Na jej czele stał wiceminister obrony, generał Gassiejew. Umięśnieni puczyści wtargnęli na salę obrad i zażądali, by natychmiast zmienić osetyjską konstytucję (która, jak wiadomo całemu światu, jest ostoją praworządności nieuznanej państwowości Osetii). Ustawa zasadnicza miała być zasadniczo przerobiona tak, by umożliwić Eduardowi Kokojty sprawowanie rządów przez trzecią kadencję, której obecna konstytucja nie przewiduje. Zgromadzeni w parlamencie posłowie wzruszyli ramionami i odmówili wprowadzenia nagłej noweli. Panowie w dresach i panowie w garniturach posiedzieli do wieczora na sali posiedzeń, a gdy zmierzchło, rozeszli się na kolację do domów.

Kokojty nazajutrz teatralnie ział ogniem i mieszał z błotem Gassiejewa i jego zuchów. Wtargnięcie do parlamentu, przez komentatorów okrzyknięte na wyrost próbą przewrotu, było kolejną akcją silnej grupy pod wezwaniem: uprzednio zwolennicy urzędującego prezydenta zwracali się do Sądu Najwyższego z inicjatywą rozpisania referendum w sprawie umożliwienia Eduardowi Kokojty sprawowania urzędu, zorganizowali wiec, a nawet wyścig samochodowy po ulicach Cchinwali. Ale próby nie przyniosły efektów.

W czasie sierpniowej wojny 2008 roku zachował się lojalnie wobec Moskwy (jakże by inaczej, choć złe języki do dziś powtarzają, że gdy zaczął się ostrzał Cchinwali, Kokojty mężnie zwiał do pobliskiej Dżawy), miał więc zagwarantowane jej poparcie. Po wojnie podpisał wszystkie potrzebne dokumenty o obecności rosyjskich wojsk itd. „Aby nadal korzystać z moskiewskiej kryszy, należało przestrzegać pewnych zasad, a to nie zawsze się panu Kokojty udawało – pisze Olga Bobrowa w „Nowej Gaziecie”. – Od samego początku nie układały się stosunki pomiędzy republikańskimi władzami a nadzorcami przysyłanymi z Moskwy. Tych nadzorujących Moskwa zwyczajowo sadza na stolcu premiera, by równoważyć wpływy i neutralizować samodzielność prezydenta. Pierwszy premier Asłanbek Bułacew, specjalista od finansów, nieprzejednany bojownik z korupcją, cały w pąsach wyjechał z Cchinwali po półtora tygodnia urzędowania. W Osetii Płd. wszyscy wiedzieli, że Kokojty w słowach, które nie nadają się do druku, zrugał Bułacewa od góry do dołu. Przez jakiś czas Osetia nie miała premiera. Jednak Moskwa zainteresowała się w pewnym momencie, gdzie się podziewają miliardowe subsydia przeznaczone na odbudowę ze zniszczeń wojennych, bo rezultatów rzekomej odbudowy jakoś nie było widać. Do Cchinwali przysłano więc na premiera Wadima Browcewa, ekonomistę. Konflikt Kokojty i Browcewa przeszedł wszystkie możliwe stadia. Kokojty został wreszcie wezwany do Moskwy, gdzie sam premier Putin poprosił, by jednak postarał się znaleźć wspólny język z Browcewem. […] W czasie sierpniowej awantury zniszczono nie tylko domy, ale także fundamenty funkcjonowania republiki. Cchinwali żyło z kontrabandy. Granica z Rosją była umowna, granicy z Gruzją nie było i być nie mogło. Wożono wszystko – od mimozy po koniaki. A teraz, jak się okazuje, Rosja dla własnej przyjemności odebrała Osetii jedyne źródło dochodów – granica z Gruzją zamknięta, nie ma co wozić, nawet gruzińskich mandarynek. I teraz Moskwa trzyma Osetię w objęciach. Owszem, finansuje, ale każe się z każdej kopiejki rozliczać. Jak tu żyć?”.

Ale wróćmy do „zamachu stanu” na sportowo. Toporna próba przeprowadzenia operacji „Sukcesja” wystawiła Osetię i jej elity rządzące (to brzmi dumnie, nieprawdaż?) na pośmiewisko. Ale sprawa przekazania/utrzymania władzy jest całkiem poważnym problemem. Kłopot z oddaniem władzy mają – z nielicznymi, bardzo nielicznymi wyjątkami – niemal wszyscy politycy na obszarze postradzieckim. Zmiany w konstytucji można wprowadzić i z dnia na dzień, jeśli taka będzie wola patrona. Tymczasem Moskwa dała do zrozumienia, że nie zależy jej na przedłużaniu rządów krewkiego osetyjskiego kacyka. Tylko czy jest jakaś alternatywa dla zmęczonego nauczyciela wf? W kuluarach mówi się o ambasadorze Osetii rezydującym w Moskwie, Dmitriju Miedojewie. Ale dwa miesiące temu parlament przyjął, że prezydentem może być tylko osoba od dziesięciu lat mieszkająca w republice, a Miedojew mieszka w Moskwie.

Pożyjemy, zobaczymy. Z punktu widzenia Moskwy, w republice powinien zapanować ład i porządek, przecież trzeba pokazać, że Osetyjczycy wygrali wojnę i wygrali na wojnie – to znaczy, że żyje im się lepiej niż w Gruzji. Na razie się to nie udaje.

Skończyła się piękna przygoda

Ruud Gullit przyjechał w styczniu tego roku do Czeczenii, by objąć posadę trenera pierwszoligowej, acz nie pierwszorzędnej drużyny Terek Grozny. Prezes klubu, Ramzan Kadyrow (tak, tak, prezydent Czeczenii w jednej osobie, zawzięty kibic piłki nożnej) podpisał z Holendrem kontrakt na półtora roku. Terek miał się wygrzebać z dołu tabeli ku wyżynom.

„Przyciągnięcie gwiazdy tego kalibru do pracy w Groznym to prezent głowy republiki dla wszystkich mieszkańców. Ramzan Kadyrow zawsze podejmuje właściwe decyzje i to, że zainicjował przyjazd do Czeczenii legendy światowego futbolu, wiele mówi. To zwycięstwo całego ojczystego futbolu” – zachwycał się wiceprezes klubu. I łubu-dubu, łubu-dubu… Przybycie Gullita do Groznego miało spełniać jeszcze jedną ważną funkcję, pozafutbolową: miało przekonać świat, że Czeczenia Kadyrowa jest bezpieczna, że jego rządy przynoszą znakomite rezultaty, a na dodatek w tej oazie pokoju grają świetną piłkę.

Sam Gullit na pytanie, dlaczego zdecydował się na podjęcie wyzwania, odpowiadał, że robi to dla pieniędzy i dlatego, że chce przeżyć przygodę. „A przygodę można tu przeżyć codziennie na każdym kroku” – mówił w wywiadzie dla „Daily Mail” na początku czerwca. Niewykluczone, że ten wywiad walnie przyczynił się do decyzji władz klubu o rozstaniu się z Holendrem.

Bo oto wczoraj Gullit został w trybie natychmiastowym odwołany ze stanowiska trenera czeczeńskiej drużyny. Ostatni niedzielny mecz z Amkarem Perm Terek przegrał. Ciekawostką jest to, że w przeddzień meczu na stronie internetowej Tereku ukazało się swoiste ultimatum pod adresem Gullita: Ramzan Kadyrow oznajmił, że albo Terek wygra ten mecz, albo to koniec kontraktu z holenderskim trenerem. No i jeden (na dodatek samobójczy) gol w tym meczu przesądził o tym, że utytułowany Holender pakuje walizy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do wywiadu Gullita dla „Daily Mail”. Gullit wyraża w nim rozczarowanie co do kilku istotnych z jego punktu widzenia niespełnionych obietnic i nadziei. „Nie mamy boiska do treningów. Gramy na stadionie innego klubu, boiska są w fatalnym stanie. Byłem w szoku, że brakuje bazy. […] To nie Kadyrow mi płaci, a sponsor. [A płacił ów sponsor chyba niemało, według doniesień „Nowej Gaziety” gaża trenerska Gullita wynosiła 4 mln euro za sezon]… Brakuje mi tu moich przyjaciół, normalnych kontaktów międzyludzkich. Moi przyjaciele zawsze do mnie przyjeżdżali w odwiedziny, a co mieliby robić tutaj? Nigdzie nie można wyjść, napić się, pogadać. Lubię Londyn”. Przedstawiciele klubu Terek byli oburzeni słowami trenera: „Mówiąc nieodpowiednio o republice, w której pracuje, Gullit przekroczył granice zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Republika Czeczeńska ma swoje wielowiekowe tradycje. Gullit powinien wiedzieć, że został tu zaproszony nie na hulanki w nocnych klubach i dyskotekach, a po to, by pracować w klubie piłkarskim i odnosić sukcesy. Owszem, u nas nie ma narkomanii ani nieprzyzwoitych nocnych lokali, których w Holandii i w Europie jest pełno”. Klub zarzucił Gullitowi brak profesjonalizmu, sabotaż i złamanie zasad etyki korporacyjnej.

Jednym słowem, jak mawiał Wiech, nieprzyjemnościunia na koniec krótkiej czeczeńskiej przygody Gullita. Rozczarowanie z obu stron. Posiadacz „Złotej Piłki” nie potrafił podarować złotego piłkarskiego runa Terekowi. A Terek nie stał się dla Gullita trampoliną dla dalszej kariery.

Groźny mutant „E.coli caucasus”

Wydawało się, że wraz z zaordynowanym przez prezydenta Miedwiediewa zniesieniem „reżimu operacji antyterrorystycznej” w Czeczenii okrutna wojna na Kaukazie zakończyła się. Kto ją wygrał? Nie bardzo wiadomo. No i czy naprawdę się zakończyła? Czy zostali rozliczeni ci, którzy dopuścili się zbrodni? Temat niezabliźnionych ran powrócił w rosyjskich mediach ze zdwojoną siłą po śmierci Jurija Budanowa (pisałam o tym w poprzednim wpisie na blogu). Przeklęte pytania, na które nie udzielono odpowiedzi, powracają.

A zatem – czy wojna się skończyła? Co jakiś czas dochodzi przecież do zamachów terrorystycznych, także w Moskwie, giną niewinni ludzie. Dochodzi też do zabójstw na zamówienie, także w Moskwie, a nawet w Wiedniu czy Dubaju. W tych strzelaninach giną ludzie, którzy w taki czy inny sposób weszli w konflikt z udzielnym chanem Czeczenii Ramzanem Kadyrowem. Kadyrow ma jedną niezaprzeczalną w oczach Moskwy zasługę: choć Czeczenia cieszy się samodzielnością, o jakiej Dżocharowi Dudajewowi się nie śniło, Kadyrow mówi, że republika jest częścią Federacji Rosyjskiej (rosyjskie czołgi wjechały do Czeczenii w 1994 r., a potem w 1999 pod hasłem „przywracania porządku konstytucyjnego” i wybicia Czeczenom z głowy niepodległości). A poza tym, niejako nadprogramowo, z własnej inicjatywy, Kadyrow powtarza, że kocha premiera Putina.

Kaukaz, nie tylko Czeczenia Kadyrowa, rozsadza Federację Rosyjską od środka – rządzi się własnymi prawami (prawo tradycyjne, prawo szariatu ważniejsze niż konstytucja Rosji), inkasuje subsydia z budżetu (którymi dysponują znajdujące się u władzy klany), ale nie likwiduje podstawowych problemów tych biednych regionów, stwarza problemy w dziedzinie bezpieczeństwa, hoduje radykalne podziemie islamskie, eksportuje niepokój. Powstaje coraz głębszy rów, dzielący metropolię i „kaukaską kolonię”. Węzeł kaukaski zaciska się coraz bardziej. Powstaje mentalny podział na obywateli pierwszej i drugiej kategorii. Obie kategorie żywią wobec siebie pogardę i niechęć, a nawet nienawiść. Rosyjscy nacjonaliści wzywają do wyrzucenia wszystkich „czarnych”, jak lekceważąco mówi się o mieszkańcach Kaukazu, z rdzennej ziemi rosyjskiej. Rdzenni Rosjanie z Kaukazu już dawno powyjeżdżali. Kiedy dochodzi do bójek na tle rasowym, zwłaszcza gdy w bójce ktoś ginie, następnym etapem jest już spora uliczna wojna, z rwaniem bruku, biciem, przekleństwami. Widzieliśmy to w Moskwie w grudniu, gdy po zabójstwie kibica moskiewskiego klubu przez człowieka z Kaukazu podniosła się fala antykaukaska i doszło do zamieszek w centrum miasta. Każdy zatarg urasta do rangi wielkiego problemu. Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że istnieją pewne grupy interesu, które chętnie wróciłyby na czołgach do Czeczenii, aby dokończyć tę niedokończoną wojnę.

Wróćmy jeszcze do zabójstwa Budanowa, antybohatera wojny czeczeńskiej. To znaczy dla jednych antybohatera, bo poprzez zachowanie niegodne rosyjskiego oficera splamił honor, dla innych bohatera, niesłusznie zakutego w kajdany przez uzurpatorską władzę, która wpierw wysłała go na tę wojnę, a potem nie chciała bronić. Ramzan Kadyrow powiedział w 2009 roku, gdy Budanow wychodził przed terminem na wolność, że pułkownik jest wrogiem narodu czeczeńskiego, domagał się dla niego dożywotniego więzienia. Większość obserwatorów wskazuje „czeczeński ślad” zabójstwa.

13 czerwca w podmoskiewskich Chimkach odbył się pogrzeb Budanowa, z orkiestrą ministerstwa obrony, salwami honorowymi – jednym słowem z honorami, należnymi oficerom, choć Budanow został pozbawiony stopnia oficerskiego i zgodnie z prawem takie przywileje mu się nie należały. Na miejscu, gdzie został zastrzelony, jego zwolennicy składają kwiaty. Słychać wezwania do odwetu, „wiadomo na kim”.

Dlaczego i kto zdecydował się na oddawanie honorów człowiekowi, pozbawionemu stopnia, skazanemu za gwałt i zabójstwo? Aleksandr Golc, komentator internetowej gazety „Jeżedniewnyj Żurnał” przedstawia taką wersję: „ Władza zezwoliła na taki pogrzeb, bo zagubiła się, nie wie, co robić z podnoszącą się nacjonalistyczną falą. Ta fala to naturalna reakcja na putinowską politykę uspokajania Czeczenii. Początkowo przypuszczano, że Moskwa płaci gigantyczną kontrybucję Ramzanowi Kadyrowowi za to, że czeczeńskie problemy są załatwiane na miejscu. Ale czeczeńskie porachunki załatwiane są również na moskiewskich ulicach. Jednak Putin nie może mieć pretensji do gospodarza Czeczenii, gdyż sam go stworzył. Jedyne, co pozostaje, to pochować Budanowa z honorami w bezsensownej nadziei na zbicie fali rozdrażnienia, które ogarnęło tak ważny segment elektoratu Putina. Żyrinowski już domaga się, aby nazwiskiem Budanowa nazywać ulice rosyjskich miast”.

Dziś miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie związane z Czeczenią. Po zabójstwie w 2009 roku obrończyni praw człowieka, czeczeńskiej dziennikarki Natalii Estemirowej Oleg Orłow z ośrodka Memoriał powiedział publicznie, że odpowiedzialność za jej śmierć ponosi Kadyrow. Kadyrow złożył pozew, oskarżając Orłowa o oszczerstwo, „Nie zabiłem jej” – zapewniał. Rozprawa toczyła się w Moskwie. Sędzia Morozowa uznała Orłowa za niewinnego: „Orłow tylko konstatował znane mu fakty” – powiedziała sędzia. Uznała zgromadzony przez oskarżenie materiał dowodowy za niewystarczający. Warto zacytować fragment mowy oskarżonego Orłowa, wygłoszonej 9 czerwca w sądzie: „Nie jestem oszczercą, nie mówię o tym, co się dzieje w Czeczenii, by ją oczernić. Z radością konstatuję, że ludzie nie giną tam teraz w bombardowaniach i ostrzałach. Mieszkańcy Czeczenii odbudowali zniszczone miasta. W 2007 i 2008 roku liczba porwań ludzi znacznie się zmniejszyła. To zasługa władz republiki. Jednak ta sytuacja nie trwała zbyt długo. Znowu dochodzi do porwań, demonstracyjnego wymierzania kar. Wypowiadanie własnego zdania stało się niebezpieczne. W Czeczenii można wypowiadać poglądy, tożsame z poglądami tylko jednej osoby – przywódcy republiki. W Czeczenii powstał reżim absolutnej władzy jednego człowieka”.

Uniewinnienie Orłowa jest promykiem w ciemnym carstwie. Ale to jeszcze nie koniec sądowej epopei Orłowa: przedstawiciel Kadyrowa zapowiedział apelację.