Archiwum kategorii: Bez kategorii

MMM-2011

Najbardziej znany rosyjski aferzysta, twórca największej piramidy finansowej w dziejach współczesnej Rosji „MMM”, Siergiej Mawrodi zapowiedział powrót do gry. Na swoim blogu oznajmił, że tworzy kolejną „dobroczynną” organizację. „Wszystko robię bezinteresownie, wszystko dla ludzi, nie chcę zarobić na tym ani kopiejki” – wyznał emfatycznie. „Społeczna sieć finansowa” MMM-2011 (My mozem mnogoje – my możemy wiele) ma, wedle autora pomysłu, wypłacać dwudziestoprocentowe dywidendy co miesiąc, szczególne uprawnienia mają mieć emeryci i inwalidzi. Ci z nich, którzy powierzą panu Mawrodi swoje oszczędności, mogą liczyć na 30-procentowe zyski. Żyć nie umierać. Nie bardzo wiadomo, gdzie jest ten sad, w którym na drzewach rosną obiecane przez Mawrodiego pieniądze. Tym bardziej że cudotwórca zapowiedział, że nie zamierza obracać powierzoną forsą, nigdzie jej nie chce inwestować, w niczym lokaować. Wszystkie operacje mają się odbywać za pośrednictwem internetu (web-money), a zyski mają się opierać „na wewnętrznej dyscyplinie inwestorów”. Jednym słowem – cuda w tej budzie. Oni mu dadzą dolary, a on im prześle wirtualne talony na balony. „Talony będą nabierać wartości” – zapewnia Mawrodi w swoim wideoblogu.

Tych, którzy wierzą, że w kasynie można wygrać grubą forsę, zawsze było sporo. Ba, wielu chętnych zawsze się znajdzie, żeby zagrać w uliczne loteryjki czy w grę w trzy karty, mistrzem której był Franek Dolas. Ale piramida Mawrodiego to była grubsza historia. Spółka akcyjna „MMM” Mawrodiego, klasyczna piramida finansowa, oparta na zebraniu grubej kasy od pojedynczych obywateli omamionych perspektywą wysokich procentów od wpłaconych w kasach piramidy pieniędzy, funkcjonowała od 1990 roku, w 1997 ogłoszono jej bankructwo. Według danych śledztwa, poszkodowanych było 40 tys., według danych nieoficjalnych – grubo ponad milion (a nawet kilka milionów) drobnych na ogół ciułaczy, łącznie Mawrodi z wdziękiem oszwabił rodaków na ładną sumkę stu milionów dolarów. Ścigany od 1997 r., w 2003 roku został aresztowany.

Ciekawa jest dalsza historia wymierzania sprawiedliwości pomysłowemu aferzyście. Po aresztowaniu Mawrodiego w jego mieszkaniu został znaleziony podrobiony paszport na nazwisko Zajcew. W związku z tym Mawrodi stanął przed sądem za fałszowanie dokumentów, dostał wyrok: 1 rok 1 miesiąc pozbawienia wolności. W styczniu 2004 r. wycofano wobec niego oskarżenie o uchylanie się od płacenia podatków w związku z przedawnieniem. W grudniu 2005 r. w toku śledztwa uzyskano dowody świadczące o złamaniu przez Mawrodiego art. 159 kk – oszustwo na dużą skalę. W kwietniu 2007 roku Mawrodi został skazany na karę 4,5 roku pozbawienia wolności za oszustwo i sprzeniewierzenie, ponadto skazany miał wypłacić rekompensaty w wysokości 20 mln rubli sześciuset powodom (występującym z powództwa cywilnego). Zaliczono mu w poczet kary czas spędzony w areszcie, przeto na wolność wyszedł już w 2007 roku, pod więzieniem witał go aktor grający legendarnego Lonię Gołubkowa – postać z szalenie popularnych reklamówek telewizyjnych „MMM”, Lonia namawiał w nich Rosjan do wpłacania pieniędzy do tej najlepszej z piramid. W 2008 roku rosyjski wymiar sprawiedliwości nierychliwie, ale sprawiedliwie przystąpił do poszukiwania własności Mawrodiego za granicą (bez powodzenia). Aby wypłacić rekompensaty oszukanym uczestnikom piramidy, spieniężono dom Mawrodiego w wypoczynkowej miejscowości Seliger (znanej w ostatnich latach z tego, że organizowane są tu obozy prokremlowskich młodzieżówek) oraz osobistą bibliotekę liczącą półtora tysiąca cennych woluminów.

Jak będzie tym razem?

Eksperci wypowiadający się na temat pomysłu Mawrodiego są wyjątkowo zgodni: to lipa i afera, żerująca na odwiecznych ludzkich cechach: naiwności i chciwości. Na aferze może zarobić co najwyżej najbliższy krąg Mawrodiego, ale na pewno nie miliony, które zechcą zaangażować się w tę hucpę (a Mawrodi ma nadzieję, że za rok w jego „MMM’2011” obracać się będą pieniądze co najmniej miliona Rosjan). Organy ścigania na razie są powściagliwe – powodu do zabronienia działalności Mawrodiemu na razie nie ma. W końcu każdy powierza Mawrodiemu pieniądze dobrowolnie. W komentarzach pod zapisem wideoblogu Mawrodiego najczęściej pojawia się pytanie: „Gdzie przynieść forsę? Na Kaszyrkę?”, a także: „Siergiej, powiedz, kiedy najlepiej się wycofać, żeby nie dostać po tyłku tak jak poprzednio”.

Kilkanaście krzeseł

Reżyser Michaił Ugarow z moskiewskiego teatru Teatr.doc (w Polsce znany jest jego spektakl poświęcony zmarłemu w areszcie śledczym adwokatowi Siergiejowi Magnitskiemu) urządził polityczny performance pod rejonowym sądem twerskim w Moskwie. Wezwał ludzi do przynoszenia pod sąd starych krzeseł. Performance zainspirowały wydarzenia, jakie miały miejsce w wieczór sylwestrowy i Nowy Rok: po demonstracji „31” (rosyjska opozycja każdego 31 dnia miesiąca protestuje przeciwko łamaniu 31 artykułu konstytucji, gwarantującego wolność zgromadzeń) milicja zatrzymała kilku przedstawicieli opozycji, m.in. Borysa Niemcowa (za to, że szedł ulicą; sąd nie zgodził się na rozpatrzenie materiałów wideo świadczących o tym, że Niemcow nie dopuścił się żadnego wykroczenia, dał za to wiarę kłamliwym zeznaniom milicjantów, którzy oskarżyli Niemcowa o stawianie oporu przedstawicielom władzy), Eduarda Limonowa (za to, że wyszedł z domu), Ilję Jaszyna. Najbardziej humanitarny sąd na świecie skazał Niemcowa na 15 aresztu administracyjnego. Niemcow w czasie całego posiedzenia musiał stać, jak wyjaśnił sąd – „z powodu braku krzeseł”. Ugarow liczy, że władze docenią walory sztuki aktualnej i zamiast ludzi zaczną aresztować krzesła.

„Nie jestem politykiem i nigdy nie chodziłem na demonstracje – powiedział Ugarow w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Ale jestem wstrząśnięty tym, co się dzieje, nie wiem, jak mogę zareagować, jak w ogóle mogę tu istnieć. W takich razach przychodzą mi do głowy twórcze pomysły. W głowie mi się nie mieści, że Niemcowowi przez kilka godzin w sądzie nie pozwolono usiąść. To jakiś wysublimowany sadyzm sędzi. Moja akcja jest efektowna, ale pozbawiona agresji, to po prostu akcja artystyczna, wskazująca na to, że już najwyższy czas na zmiany. Trzeba wymieniać stare na nowe. Dlatego wzywam mieszkańców Moskwy, aby na Kreml przynosili stare rzeczy”.

Krzeseł potrzeba będzie więcej. Od kilku dni milicja zatrzymuje uczestników pikiet domagających się wypuszczenia z aresztów zatrzymanych w sylwestra opozycjonistów. Mimo świat Bożego Narodzenia zatrzymania trwają.

Czemu tak ostro? Krytyk Kremla, Andriej Piontkowski, wysuwa przypuszczenie, że aresztowanie Niemcowa to osobista zemsta Władimira Putina. Za co? Znowu musimy zajrzeć do sądu – też najbardziej humanitarnego na świecie, tym razem rejonowego zamoskworieckiego. Właściciel świetnie prosperującej firmy Gunvor Giennadij Timczenko pozwał Niemcowa – autora raportu „Putin, 10 lat, podsumowanie” – za to, że w raporcie Timczenko został nazwany „znajomym Putina”. Dlaczego Timczenko poczuł się dotknięty? Czy bycie „znajomym Władimira Putina” to inwektywa? Nie wiadomo, jaki był powód powództwa. Tak czy inaczej Timczenko domagał się sprostowania. Tymczasem 17 grudnia pozwany Niemcow przedstawił w sądzie banalny dokument: potwierdzenie, że w maju 2008 roku w Pradze wylądował w drodze z Moskwy do Soczi prywatny samolot pana Giennadija Timczenki z biznesmenem Nikołajem Szamałowem i deputowaną do Dumy Państwowej Aliną Kabajewą. „Oficjalnie tego dnia pan prezydent Putin pracował z dokumentami w Soczi. Pasażerowie samolotu postanowili najwidoczniej zatrzymać się na śniadanko w Pradze. Jak szaleć, to szaleć, zwłaszcza na koszt pana Timczenki – ironizuje Piontkowski. – Przecież nie mógł pan Putin powierzyć nieznanemu międzynarodowemu aferzyście tego, co najdroższe. Mam na myśli pana Szamałowa, nominalnego właściciela pałacu nad Morzem Czarnym, wartego 1 miliard dolarów [pod koniec grudnia jeden z partnerów biznesowych Szamałowa ujawnił zachodniej prasie, że ów pałac został zbudowany dla Władimira Władimirowicza, za pieniądze bliskich „ciału” oligarchów według wymyślonego przez samego Putina schematu przekrętu]. Dzięki temu dokumentowi o lądowaniu samolotu Timczenki w Pradze w drodze do Soczi, nie udało się zdezawuować raportu Niemcowa” – optymistycznie podsumowuje Piontkowski.

A może wcale nie chodzi o osobisty rewanż naclidera za wyciągnięcie na światło dzienne niewygodnych potwierdzeń niewygodnych faktów z życia pozapublicznego (pan Putin zawsze szalenie nerwowo reaguje na wszelkie pytania dotyczące sfery prywatnej)? 

Co ciekawe, Niemcow też chce się sądzić z Putinem, który podczas rytualnego dialogu ze społeczeństwem 16 grudnia stwierdził, że Niemcow [i inni] pragną władzy i pieniędzy, że w latach 90. narobili przekrętów, potem zostali odepchnięci od koryta i marzą o tym, by tam wrócić, ale gdy wrócą, to się już drobniejszymi kwotami nie najedzą, a wyciągną miliardy dolarów, całą Rosję sprzedadzą. Niemcow zaprotestował, nazwał słowa Putina potwarzą i zapowiedział złożenie pozwu w sądzie.

Dziś areszt opuścił Ilja Jaszyn (został skazany na pięć dni pozbawienia wolności). Zapewnił, że władza, która chciała złamać ducha opozycji i upokorzyć ludzi, nie dopięła swego, a skompromitowała się.

Może choć na czas świąt emocje się uspokoją.

Sędzia Daniłkin czyta wyrok

Już nie ma wątpliwości: sędzia Wiktor Daniłkin na początku odczytywania sentencji wyroku w drugim procesie Michaiła Chodorkowskiego i Płatona Lebiediewa uznał winę obu oskarżonych. Teraz jedyne pytanie, na jakie nie znamy odpowiedzi, brzmi: na jaki wyrok oskarżeni zostaną skazani.

Kilka lat temu, kiedy odczytywanie wyroku w pierwszym procesie eks-właściciela koncernu Jukos Michaiła Chodorkowskiego trwało całymi dniami, po Moskwie krążył ponury dowcip, że Chodorkowski został skazany na wieloletnie wysłuchiwanie orzeczenia sądu. Zapowiada się, że tym razem podobna procedura się powtórzy: sędzia będzie czytał wyrok przez wiele dni, a wymiar kary poznamy dopiero po Nowym Roku.

Termin wybrano fachowo (31 grudnia Rosja zaczyna niemal dwutygodniowe ogólnokrajowe wakacje świąteczne, podczas których głównie je, pije i popuszcza pasa, a nie myśli o polityce i ewentualnych protestach). Początkowo wyrok miał być ogłoszony 15 grudnia, w przeddzień jednak bez podania przyczyn termin przeniesiono na 27 grudnia. 16 grudnia premier Putin podczas rytualnego seansu łączności ze społeczeństwem na pytanie o proces Chodorkowskiego odpowiedział: „złodziej powinien siedzieć w więzieniu”. Gros komentatorów uznało tę odpowiedź za bezpośrednie wywarcie nacisku na sąd. Spodziewano się powszechnie, że w takim razie na pewno w tym dziwnym procesie nie zapadnie wyrok uniewinniający. Choć pewne nadzieje, że nie musi tak być, wzbudził prezydent Miedwiediew, który w paradnym wywiadzie dla rosyjskich stacji telewizyjnych kilka dni temu delikatnie zaznaczył, że żaden z urzędników nie powinien wywierać presji na sąd przed wydaniem wyroku. Nadzieje, jak się okazało, były nieuzasadnione. Na czym były zbudowane? Hm, czy można sobie wyobrazić, że po wielomiesięcznych zabiegach procesowych o znalezienie dziury w całym teraz nagle putinowski system, dla którego Chodorkowski jest nie tylko oponentem, ale także zagrożeniem, zrezygnuje z posadzenia go na kolejne lata?

Chodorkowski też dokonał wyboru. Kilka lat temu i teraz ponownie: jestem wolnym człowiekiem (choć siedzę w więzieniu), mówi Chodorkowski za każdym razem, i na żadne targi z oprawcą mym nie pójdę. Ostatnio nawet użalił się nad swoim adwersarzem – człowiekiem zimnym, niekochanym, zniewolonym, zakładnikiem zbudowanego przez siebie samego systemu: „Miłość do psów to jedyne szczere, dobre uczucie, rozkruszające pancerz „narodowego symbolu” początku lat 2000. Miłość do zwierząt, podobnie jak miłość do piłki nożnej jest u tych dzieci substytutem miłości do ludzi…”.

Odczytywanie wyroku w sali rozpraw rejonowego sądu w moskiewskich Chamownikach (nazywanego przez rosyjskich internautów w skrócie „Cham-sud”) odbywa się w reżimie zamkniętym. Najpierw z sali wyproszono telewizję, a potem nawet żonę i córkę Chodorkowskiego. Widocznie straszne tajemnice ma do ukrycia rosyjska władza, skoro w najgłośniejszym procesie ostatnich lat musi się i je ukrywać za zamkniętymi drzwiami. Przecież w pokazowych procesach ten fragment procedury sądowej jest na ogół chętnie pokazywany, wręcz nagłaśniany. Chodzi o to, aby wszyscy dowiedzieli się o winach siedzącego na ławie oskarżonych podleca i odtąd uważali, by się podobnych złych czynów nie dopuszczać, opinia publiczna powinna być oburzona niegodziwościami, jakie popełnił oskarżony i powinna móc wyrazić swoje oburzenie z powodu tych niegodziwości oraz radość z powodu sprawiedliwego osądzenia winowajcy. A tak powstaje wrażenie, że oskarżenie nie było bezdyskusyjne, a przedstawione dowody niepodważalne, skoro trzeba je skryć przed okiem i uchem publiczności. Oburzonych nie brakuje – tyle że oburzenie nie jest skierowane wobec podsądnych, a wobec sędziego, który wykonuje polityczne zamówienie. „Wolność” – krzyczeli dziś zgromadzeni pod sądem ludzie, wspierający Chodorkowskiego. Kilkanaście osób zatrzymano.

Cyfry, liczby, procenty

Rosjanie za polityka roku uznali Władimira Putina (55%). Drugie miejsce w badaniu socjologów ośrodka WCIOM zajął, tak, zgadli Państwo, Dmitrij Miedwiediew (37%). Na pudle zmieścił się jeszcze (z 5% głosów) wieczny jak trawa Władimir Żyrinowski, szef Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (która jest jak świnka morska – ani świnka, ani morska, to znaczy ani liberalna, ani tym bardziej demokratyczna). Na marginesie zacytuję jego dzisiejszą wypowiedź na temat wyborów prezydenckich na Białorusi: „Łukaszenka przegrał wybory i powinien odejść. Nie powinno być żadnej inauguracji, powinien rozpisać nowe wybory, a sam w nich nie brać udziału. To byłby najlepszy podarunek świąteczny dla narodu białoruskiego i dla rosyjskiego też”.

Za najważniejsze wydarzenie polityczne roku w kraju respondenci uznali wojnę o tron w Moskwie – odwołanie Jurija Łużkowa i powołanie nowego mera Moskwy Siergieja Sobianina. Za najważniejsze wydarzenie w skali światowej – letnie pożary lasów w środkowej Rosji (dla porównania – w ubiegłych dwóch latach Rosjanie za najważniejsze wydarzenie uznawali światowy kryzys gospodarczy).

Przywołam jeszcze wyniki badań innego ośrodka socjologicznego: Centrum Lewady. Na pytanie, jaka powinna być ich zdaniem Rosja, 38% zadeklarowało, że chce, aby Rosja była wielkim mocarstwem. Ale aż 59% odpowiedziało, że chciałoby, żeby Rosja była krajem o wysokim poziomie życia, choć nie musi mieć statusu wielkiego mocarstwa, powinna być zamożna, ale niekoniecznie najpotężniejsza. 3% nie umiało odpowiedzieć na to pytanie. Norman Davis w niedawnym wywiadzie powiedział, że nie można zakładać, że Rosja się nie zmienia. Być może się zmieni, może to jeszcze potrwa, a może też nic z tego nie będzie. (Może uda się przeprowadzić takie badania ponownie za rok, dwa i porównać wyniki).

Szanowni Czytelnicy! W czas Bożego Narodzenia życzę wiele radości i zdrowia.

Wewnętrzna sprawa Mińska

Rosyjski prezydent z przyjemnym wyrazem twarzy stwierdził dziś podczas konferencji prasowej, że „wybory prezydenckie na Białorusi to wewnętrzna sprawa Mińska”. Wyraził też nadzieję, że Białoruś nadal podążać będzie drogą demokratycznego rozwoju, a to da znakomity fundament dla dzieła budowania wspólnego Państwa Związkowego. Nie zauważył ani naruszeń demokratycznych procedur, ani brutalnego złomotania demonstracji opozycji, protestującej przeciwko fałszerstwom wyborczym, ani zatrzymania większości kontrkandydatów. Czy to oznacza, że Moskwa akceptuje zwycięstwo Alaksandra Łukaszenki i jego czwartą kadencję? Miedwiediew zastrzegł, że nie zna jeszcze oficjalnych wyników, ale sygnał był więcej niż czytelny: Rosja uznaje wyniki wyborów prezydenckich na Białorusi (prawie 80-procentowe zwycięstwo Łukaszenki) i zapowiada rozwijanie braterskich stosunków z Mińskiem. Czy Moskwa mogłaby nie uznać wyników? To oznaczałoby (zwłaszcza w obliczu nieuznania wyników przez Zachód, zaniepokojony rozmiarami akcji przeciw opozycji) pełną izolację Łukaszenki, podcięłoby jedną z głównych gałęzi, na których siedzi.

Jeszcze niedawno wydawało się, że w informacyjnych wojnach rosyjsko-białoruskich Bat’ka polegnie. Rosyjskie stacje telewizyjne wyemitowały kilka filmów, demaskujących reżim Łukaszenki i jego samego: wyciągnięto ciemne sprawki różnego kalibru (np. tajemnicze zaginięcia przeciwników politycznych), obśmiano życie prywatne (też obfitujące w skandaliczne wydarzenia), wystawiono na krytyczne spojrzenia telewidzów niespełnione obietnice niepoważnego Bat’ki dotyczące uznania niepodległości Abchazji i Osetii (na czym Moskwie ogromnie zależało), wyliczono skrupulatnie rosyjskie dopłaty do białoruskiej gospodarki. W białoruskich mediach natomiast w odpowiedzi opublikowano kilka raportów świadczących o mafijnych rządach Putina. Kampania wyborcza Łukaszenki nosiła silne zabarwienie antyrosyjskie (co ciekawe, w przeddzień wyborów WikiLeaks, jak na zamówienie Łukaszenki, opublikował kilka jego smacznych wypowiedzi, w których miotał on zakulisowe antyrosyjskie zatrute strzały, jeszcze bardziej jadowite niż te miotane w oficjalnej przestrzeni). Bat’ka próbował też flirtować z Zachodem, by pokazać Moskwie, że nawet „ostatni dyktator Europy” ma alternatywę.

Po tegorocznych wojnach rosyjsko-białoruskich: mlecznej, medialnej, wreszcie naftowej i przymiarkach Moskwy do ewentualnego innego wariantu rozwiązania problemu sukcesji władzy na Białorusi Kreml ostatecznie postawił znowu na Łukaszenkę. Na tydzień przed wyborami prezydenckimi w Moskwie odbył się zjazd przywódców Rosji, Białorusi i Kazachstanu, podczas którego uzgodniono powołanie Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej. Do wspólnej przestrzeni jeszcze daleko – podpisane w Moskwie ramowe porozumienia ramowe trzeba jeszcze napełnić treścią, to po pierwsze, a po drugie – przewidziano tyle wyłączeń, obejść i przepisów specjalnych dla wrażliwych kategorii towarów, że o wspólnocie na razie mówi się zdecydowanie na wyrost. Łukaszenka, który jeszcze miesiąc temu buńczucznie „dziękował” za łaskawość Moskwy i krytykował jej przywódców, teraz zgadzał się na wszystko i w ekstazie obdarzał Dmitrija Miedwiediewa bombastycznymi epitetami. Dlaczego? Zapewne dlatego że podczas moskiewskich rozmów uzyskał rękojmię dalszych rządów: tanią rosyjską ropę (postanowiono znieść cła na ropę, które wywindowałyby cenę rosyjskiej ropy w górę, czego białoruska gospodarka nie wytrzymałaby zbyt długo).

W targach z Moskwą Łukaszenka ugrał całkiem sporo: po pierwsze właśnie tanią ropę na przyszły rok, co oddala widmo krachu niewydolnej gospodarki, po drugie, nadal zachował do dalszych targów kartę uznania niepodległości Abchazji i Osetii. Sfera wojskowa pozostała nietknięta – na tym polu białoruski prezydent nie wchodzi Moskwie w drogę, Białoruś pozostaje więcej niż sojusznikiem.

Prztyczki długodystansowca

Rytualny spektakl telewizyjny – seans łączności lidera z narodem – trwał wczoraj rekordowe 4,5 godziny. Po raz dziewiąty Władimir Putin odpowiadał na pytania spragnionych kontaktu z władzą telewidzów i internautów. Spośród dwóch milionów pytań wybrano 87. Na wszystkie „samiec alfa” (określenie z zasobów WikiLeaks) znał odpowiedź. Większość zadających pytania też znała odpowiedzi na te pytania, dlatego ze sceny – zresztą już nie pierwszy raz – cokolwiek wiało nudą. Nawet publiczność zgromadzona w studiu, która zapewne miała imitować żywą reakcję społeczeństwa, momentami z ledwością wstrzymywała się od ziewania.

Niemniej kilka odpowiedzi Władimira Władimirowicza zasługuje na uwagę. W sytuacji napięcia w związku z zamieszkami w Moskwie i wielu innych miastach, jakie wybuchły po zabójstwie kibica moskiewskiego klubu Spartak i które wyjawiły wysoki poziom antagonizmu etnicznego w społeczeństwie, pan premier wskazał winnych: brodatych liberałów. To ich brzydki przykład zwoływania demonstracji „31” bez sankcji władz zanarchizował podatną młodzież [tę tezę przedstawił również w wywiadzie dla dziennika „Izwiestia” szef kremlowskich inżynierów dusz, Władisław Surkow]. To nie korupcja milicji jest problemem, to nie krzewiące się bujnie ksenofobiczne nastroje, to nie władze, które nie mają pomysłu na profilaktykę przeciwdziałania takim postawom. Łapaj złodzieja! – to on, wolnomyśliciel, jest winien.

Mówiąc o sytuacji w stanicy Kuszczowska (doszło w niej kilka tygodni temu do straszliwej zbrodni – bandyci zabili kilkanaście osób, w tym małoletnie dzieci, co wstrząsnęło opinią publiczną; śledztwo ustaliło, że zabójstwa dopuścili się gangsterzy, brutalnie rządzący stanicą ręka w rękę z milicją; zdaniem krytyków systemu, „cała Rosja to Kuszczowska”), Władimir Putin „przełączył” problem na inny poziom. Jego zdaniem, do zrostu kryminału i władz dochodzi tam, gdzie władze są obieralne, gdyż bandytów stać na wylansowanie własnego kandydata. A jak władze regionalne są nie wybierane w wyborach powszechnych, a mianowane odgórnie, to kryminał do władzy nie dochodzi. Łapaj złodzieja! – wybieralne władze! „Katastrofa społeczna w stanicy przestaje być [w ujęciu Putina] rezultatem działań, a właściwie, braku działań elity rządzące. Staje się przykładem świata, z którym osobiście walczy sam Władimir Putin, który swego czasu [po ataku na szkołę w Biesłanie] zlikwidował bezpośrednie wybory gubernatorów. A zatem Kuszczowska nie dyskredytuje zbudowanego przez Putina systemu – ona dyskredytuje krytyków tego systemu” – pisze dziś w komentarzu „Niezawisimaja Gazieta”.

Skoro już swoje prztyczki w nos otrzymali przebiegli opozycjoniści, którzy teraz na pewno masowo szykują się do golenia bród, oraz obieralni przedstawiciele niższych szczebli władzy, można pokazać, na czym polega presumpcja niewinności. Głowili się dzień wcześniej obserwatorzy, dlaczego wyznaczony na 15 grudnia kilka miesięcy temu termin odczytania wyroku w drugim procesie Michaiła Chodorkowskiego i Płatona Lebiediewa, został bez podania przyczyn przesunięty na koniec miesiąca. Może odpowiedź na te wątpliwości kryje się w tym, co powiedział narodowi Władimir Władimirowicz. Na pytanie o Chodorkowskiego premier posłużył się cytatem z legendarnego filmu „Czarny kot” (Miesto wstrieczi izmienit’ nielzia): „Złodziej powinien siedzieć w więzieniu”. Za uchylanie się od podatków, za kradzież, za zabójstwa. „Sąd udowodnił” – postawił kropkę premier. Co udowodnił? Tego nie wiemy. Wszystkim się zdawało, że sąd wyroku jeszcze nie ogłosił, ale jego echa już znał premier. Później Putin, prawnik z wykształcenia, dopowiedział, że miał na myśli pierwszy proces Chodorkowskiego i tamten wyrok skazujący za malwersacje, a nie drugi, który jeszcze się toczy. Tak na marginesie prawnik Putin już nie po raz pierwszy oznajmia, że Chodorkowski ma ręce po łokcie we krwi (choć żaden sąd tego nie udowodnił). Wątpliwości, czy swoim kciukiem zwróconym w dół premier wywarł nacisk na „najbardziej humanitarny sąd na świecie” w drugim procesie Chodorkowskiego, częściowo rozwieją się 27 grudnia, kiedy wyznaczono kolejny termin ogłoszenia wyroku.

Był jeszcze jeden ciekawy fragment: Władimir Władimirowicz stwierdził, że opozycja (w osobach np. Niemcowa i Ryżkowa) chce „władzy i pieniędzy”. W latach 90., gdy rządzili, wyssali wiele miliardów do spółki z Bieriezowskim i „tymi, którzy dziś siedzą w więzieniu”, a gdyby teraz dorwali się do władzy, to sprzedaliby całą Rosję”. Premier wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie po wygłoszeniu tej tyrady. Niemcow i Ryżkow – wyraźnie mniej. Dziś ogłosili, że podadzą Putina do sądu za oszczerstwo.

Zwraca uwagę język, jakim wczoraj posługiwał się premier, mający predylekcję do używania żargonu. Słynne „dorwać [terrorystów] w kiblu” weszło do języka salonów. Tym razem leksyki na pograniczu wulgarności było zdecydowanie więcej niż zwykle. Językowi premiera wtórował nos, którym premier głośno pociągał. Być może i to zachowanie wejdzie niebawem do salonowego kanonu.

Komentatorzy zwrócili uwagę na to, że Putin ani razu podczas seansu nie wymienił nazwiska „Miedwiediew”. Może zapomniał, trudno powiedzieć. W końcu nieistotne, czy Władimir Władimirowicz sam jest prezydentem czy zaprasza na kremlowski stolec kogoś w zastępstwie. On sam pozostaje Władimirem Władimirowiczem, z którym garnie się rozmawiać lud, który zawiaduje obrotami sfer na jednej szóstej ziemskich lądów, który może zapomnieć, jak brzmi nazwisko prezydenta. Z tego punktu widzenia nurtujące wielu przedstawicieli elit pytanie, co się stanie w 2012 roku, kiedy zgodnie z kalendarzem wyborczym powinny się odbyć wybory prezydenta, traci ostrość. Wyreżyserowany spektakl w kilkunastu aktach dał na nie jasną odpowiedź: nie trwóżcie się, ja zostaję.

Bij Chaczika!

Kolejna zadyma na ulicach Moskwy, Petersburga i kilku innych miast w Rosji. Ludzie o słowiańskim wyglądzie okładają ludzi o niesłowiańskim wyglądzie. I wzajemnie. Dziś zatrzymano pod moskiewskim Dworcem Kijowskim 800-1200 osób (przeważnie młodych i bardzo młodych ludzi), by zapobiec masowej bójce, zarekwirowano broń. Do poważnych starć z udziałem młodych ludzi pochodzących z Kaukazu i rosyjskich nacjonalistów (lub osób sympatyzujących z głoszonymi przez nich hasłami) doszło na Wybrzeżu Smoleńskim i w innych punktach miasta. Bilans dzisiejszego niespokojnego dnia nie jest jeszcze znany. Mówi się o kilkudziesięciu rannych.

W zeszłym tygodniu doszło do zabójstwa kibica moskiewskiego klubu Spartak. Jak podano dziś, to zabójstwo „na tle bytowym, członkowie dwóch grup nie mogli się zgodzić co do tego, kto ma wsiąść do zatrzymanej taksówki”. Aresztowano podejrzanego o dokonanie zabójstwa Dagestańczyka. Kibice wzburzyli się, gdy po interwencji ważnych person z diaspory dagestańskiej w Moskwie podejrzanego wypuszczono (potem ponownie zatrzymano). Dlaczego go wypuszczono? Zapewne zamieszani w zabójstwo Dagestańczycy potrafili znaleźć wspólny język ze skorumpowaną milicją. Zaczęły się bójki, pochody i okrzyki „Rosja dla Rosjan”, do kibiców momentalnie przyłączyli się zdeklarowani nacjonaliści, doszło do wstrzymania ruchu na jednej z najważniejszych arterii miasta. Następnie na placu Maneżowym w pobliżu Kremla w sobotę uczestnicy wielotysięcznego zgromadzenia wyrwali bruk, zdemolowali, co znalazło się na ich drodze. Domagali się uczciwego śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci zadźganego kibica. I oczyszczenia miasta z „obcych elementów”.

Ten wybuch ksenofobii, nienawiści do współobywateli z Kaukazu Północnego, nazywanych przez Rosjan pogardliwie „czarnymi”, „chaczikami” itd., nie jest pierwszym przejawem tego niepokojącego zjawiska – co kilka miesięcy dochodzi do incydentów na tle etnicznym. Zaczyna się zwykle od pobicia (zabójstwa) przedstawiciela grupy nazwijmy to rosyjskiej lub nazwijmy to nierosyjskiej, hasło „biją naszych” podrywa do boju momentalnie kilkadziesiąt, sto, kilkaset, kilka tysięcy osób. Bywa, że bójki zaczynają się od motywu kryminalnego, a do tego zaraz dochodzi element nienawiści rasowej, nacjonalizm. Teraz szczególnie niepokoi skala – wyjątkowo duża i to nie tylko w samej Moskwie, ale wielu innych regionach. Iskra padła na bardzo podatny grunt.

Wydaje się, że rosyjskie władze nie były przygotowane na tak gwałtowny obrót spraw – na razie brak reakcji najważniejszych osób w państwie. Brak tej reakcji przy podobnych wydarzeniach w ogóle. Ksenofobia, agresja wobec „czarnych” to temat zamiatany pod dywan. Reżyser Paweł Bardin miał (i ma do dziś) ogromne trudności z rozpowszechnianiem w kinach swojego obrazu „Rosja 88” (był pokazywany u nas przez TVP Kultura) – film opowiada o środowisku nacjonalistów, ale także pokazuje szarego pasażera pociągów podmiejskich z jego nieukrywaną nienawiścią do obcych, „czarnych”, w ogóle wszelkich innych. Wstydliwy temat. Lepiej nie mówić i nie pokazywać nic. A temat to poważny i złożony. To nie tylko nietolerancja, to także bieda, bezrobocie, brak perspektyw. A także korupcja przedstawicieli władz – milicji, regionalnych urzędników i tak dalej, i tak wyżej.

Mer Moskwy Sobianin nie zauważył dziś nieporządków w mieście, spotykał się z przedstawicielami placówek dyplomatycznych, których zapewniał, że mundial, który ma się odbyć w Rosji w 2018 roku, będzie idealny. Zamieszki na tle etnicznym wywołane przez kibiców to faktycznie dobry prognostyk przed mistrzostwami.

Premier Putin zapowiedział, że skomentuje wydarzenia podczas jutrzejszego seansu łączności ze społeczeństwem. Podczas „linii specjalnej” Władimir Władimirowicz na pewno nie będzie komentował natomiast wyroku na Chodorkowskiego, gdyż do zapowiedzianego na 15 grudnia ogłoszenia werdyktu sędziego dziś nie doszło. Bez podania przyczyn ogłaszanie wyroku przeniesiono na 27 grudnia. Ciekawe dlaczego.

Na dodatek pięknie gra na fortepianie…

…i nucimy sobie razem tak: S czego naczinajetsia Rodina. Wykorzystałam cytat z pięknej piosenki Wojciecha Młynarskiego o Desdemonie jako wprowadzenie do opisu wczorajszego wieczoru w Petersburgu. Wieczór zebrał wiele sław światowego kina, które wspierają akcje charytatywne na rzecz dzieci chorujących na nowotwory. Ale nie Sharon Stone i nie Gerard Depardieu byli gwiazdami wieczoru. Największe wrażenie na słuchaczach zrobił śpiewający i grający na fortepianie premier Putin. „Jak większość ludzi nie umiem ani grać, ani śpiewać, ale bardzo lubię to robić” – usprawiedliwił się na początku występu. Okazało się jednak, że całkiem składnie zagrał motyw z filmu „Tarcza i miecz” – S czego naczinajetsia Rodina. To chyba jedna z tych „ever green songs”, które autentycznie chwytają pana Putina za serce. Tę piosenkę premier śpiewał podczas spotkania ze szpiegami złapanymi latem w USA i wysłanymi do Rosji. Udział premiera w akcjach dobroczynnych to bardzo szlachetny gest i ze wszech miar pożyteczny. Tylko mam trochę wątpliwości, czy repertuar na taką okazję był odpowiedni…

Premier ociepla ostatnio swój wizerunek. Może w związku z tym, że szykuje się do kolejnego rytualnego seansu łączności ze społeczeństwem. Taka doroczna grudniowa sesja polega na tym, że obywatele zadają za pośrednictwem telemostu, telefonu lub poczty elektronicznej szczere pytania, a premier im szczerze odpowiada.

W ramach zimowego ocieplania pierwszy program rosyjskiej telewizji państwowej pokazał ostatnio reportaż ze spotkania premiera z chłopczykiem, który wymyślił imię dla najnowszego pieska pana premiera – owczarka bułgarskiego. Widać było niekłamany zachwyt i wielką sympatię pana Putina dla… nie, nie dla inteligentnego chłopczyka Dimy Sokołowa, choć może trochę też, ale przede wszystkim dla swego uroczego czworonoga, któremu dano imię Baffi. I czarna labradorka Connie, i puchaty owczarek Baffi są bez cienia wątpliwości ulubieńcami Władimira Władimirowicza. Trudno powiedzieć, czy premier w tak spontaniczny, niewyreżyserowany sposób lubi kogokolwiek z ludzi, ale swoje domowe zwierzęta uwielbia. Powstały całe rozprawy na temat „zwierzęta w życiu polityków”, opisano od każdej strony to, jak czworonożni podopieczni prezydentów i monarchów ocieplają ich wizerunek. W przypadku premiera Putina to chyba nie tylko ocieplenie wizerunku (choć to – ewidentne), ale także jego autentyczna sympatia, ba, niekłamany afekt dla tych stworzeń.

Wcale nie ciepły, a ironiczno-chłodny był natomiast ostatnio premier Putin w stosunku do Amerykanów. I w niedawnym wywiadzie dla CNN, i podczas ostatniej konferencji prasowej z francuskim wysokim gościem Władimir Władimirowicz dał do zrozumienia, że świetnie się bawi zakłopotaniem, jakie wywołuje publikowanie kolejnych porcji amerykańskiej dyplomatycznej korespondencji na portalu WikiLeaks. Wszystkie agencje cytowały z upodobaniem „bonmoty” rosyjskiego premiera, wyszydzające amerykańską demokrację i folklorystyczne żarciki o ryczących i cichych krowach. To zresztą żadna nowość – Putin wiele razy powtarzał, że nie życzy sobie uwag pod adresem rosyjskiej demokracji, zwłaszcza od Ameryki, która sama ma mnóstwo grzechów na swoim demokratycznym sumieniu.

Publikowane przez WikiLeaks depesze dyplomatyczne dotyczące Rosji nie przyczyniły na razie żadnej szkody wizerunkowi rosyjskich władz (trochę tylko pokręcił na nie nosem prezydent Miedwiediew, porównany przez amerykańskich dyplomatów do pomocnika Batmana) – teflonowa tafla odbiła i wzmianki o korupcji, i o domniemanych majątkach premiera i jego ekipy, i inne kłopotliwe stwierdzenia. Publikacje stworzyły za to doskonałe tło dla putinowskiej ironii, kpin czy nawet szyderstwa pod adresem „nauczycieli demokracji”. To jedna z ulubionych ról premiera – ironia z wysoka połączona z metodą „łapaj złodzieja”. Realne problemy są daleko i nikt o nie wprost nie pyta, a premier woli o nich nie mówić czy nawet nie pamiętać.

Genialny 85-latek

W kinoteatrze „Chudożestwiennyj” w Moskwie, którego fasadę udekorowano na podobieństwo gigantycznego pancernika, 5 grudnia 1925 roku odbyła się premiera filmu Sergiusza Eisensteina „Pancernik Potiomkin”. „Potiomkin” był wielokrotnie uznawany przez krytykę i widzów na najlepszy film wszech czasów. Sugestywne kadry, z najsłynniejszą bodaj sceną na odeskich schodach, weszły do historii kina, stały się inspiracją dla wielu pokoleń filmowców (niemal dosłownym cytatem z filmu posłużył się choćby Juliusz Machulski w „Deja vu”).

Miał być propagandowym filmem o rewolucji 1905 roku (początkowo planowano nakręcenie filmu o całej rewolucji, w której epizod o powstaniu na pancerniku zajmować miał ledwie 3 minuty). Młodemu radzieckiemu państwu, realizującemu hasło Włodzimierza Lenina „Kino jest najważniejszą ze sztuk”, potrzebne były opowieści filmowe wzmacniające ducha rewolucyjnego. Ale oparta na autentycznych wydarzeniach (dość przypadkowego, jak piszą dziś historycy) buntu marynarzy tytułowego pancernika historia w rękach genialnego reżysera stała się arcydziełem sztuki filmowej o wielkiej sile wyrazu artystycznego, a nie tylko agitką. Twórcy filmu nie byli wierni historii, zmitologizowali bunt, podniesiony z powodu robaczywego mięsa. Ale nawet rewolucyjny smrodek dydaktyczny nie zagłusza oryginalności i siły obrazu.

Genialne dzieła się nie starzeją, ale mogą się zwyczajnie rozpaść ze starości, fizycznie. Od kilku lat w Niemczech trwają prowadzone w kooperacji rosyjsko-niemieckiej prace nad rekonstrukcją taśmy. Film był wiele razy przemontywowany – w różnych czasach wycinano z niego niewygodne miejsca (i w ZSRR, i na Zachodzie). W 1925 roku pono sam Eisenstein barwił na czarno-białej taśmie czerwoną farbką sztandar dumnie powiewający w finale filmu nad „Potiomkinem”, dziś nad stołem montażowym pochyla się niemiecka adeptka sztuki rekonstruktorskiej. Taśmy po remasteryzacji mają zapewnić 85-letniemu leciwemu staruszkowi wieczną młodość.

Bez światełka w korupcyjnym tunelu

Co czwarty Rosjanin (26 procent) w mijającym roku wręczył łapówkę milicji, służbie zdrowia, urzędnikom, sędziom – wynika z dorocznego raportu Transparency International „Barometr korupcji 2010”, ogłoszonego 9 grudnia, kiedy obchodzony jest Światowy Dzień Walki z Korupcją. Kreml uważa raport TI za nienaukowy i sporządzony wedle subiektywnych kryteriów.

Wzrost korupcji jest szybszy niż efektywność środków walki z tym zjawiskiem – podkreślają pracownicy rosyjskiego oddziału TI. Prezydent Miedwiediew uczynił walkę z korupcją sztandarowym hasłem swej prezydentury. I co? I nic. Brzmi pięknie i fantastycznie prezentuje się w telewizji, natomiast do życia w realu, a nie w kremlowskim matrixie ma się „s tocznostju do naoborot”. Obywatele też jakoś nie bardzo wierzą w możliwość odgórnego zwalczenia tej bolączki (tylko 5,6 procent uważa, że polityczni liderzy efektywnie zwalcza problem).

Kiriłł Kabanow, przewodniczący Narodowego Komitetu Antykorupcyjnego, podkreśla, że deklarowane przez władze cele pokonania korupcji rozmijają się z praktyką: „Bez ratyfikacji 20 art. konwencji przeciwko korupcji nic nie wskóramy”. Rosja, która ratyfikowała ONZ-owską konwencję przeciwko korupcji jako jedno z pierwszych państw, do dziś nie ratyfikowała właśnie rzeczonego artykułu 20., który brzmi: uznanie za przestępstwo nielegalnego wzbogacenia, co oznacza znaczący wzrost mienia urzędnika państwowego, którego nie może w sposób rozsądny wyjaśnić w odniesieniu do swoich prawowitych zarobków.

Od niedawna w Rosji wprowadzono obowiązek składania przez wysokich urzędników państwowych deklaracji majątkowych. Można zauważyć pewną tendencję: sami ministrowie, szefowie gabinetów, przewodniczący agencji federalnych i inni dygnitarze są na ogół biedni jak myszy kościelne, ledwie wiążą koniec z końcem, może nie aż tak, że mieszkają kątem u teściowej i jeżdżą stuletnimi zaporożcami, ale niewiele ponad to. Natomiast ich małżonki prezentują całkiem pokaźne portfele. Taka tendencja: człowiek na wysokim urzędzie najwyraźniej na ogół ma niebywałe szczęście poślubić wybitną biznes-lady, której znakomicie idą interesy, a majątek pomnaża się jak króliki w szczytowej formie. To jedna strona medalu. Ale jest i druga. Ratyfikowanie artykułu 20 i wprowadzenie mechanizmów prawnych z nim związanych umożliwiłoby badanie zgodności deklaracji z realną sytuacją – podkreśla Kabanow – i (tu gwóźdź programu) aresztowanie zagranicznych kont skorumpowanych urzędników.

A może właśnie o to chodzi, aby takich mechanizmów nie wprowadzić.