Archiwum kategorii: Bez kategorii

„Mahatma” skończył głodówkę

W procesie Michaiła Chodorkowskiego coś drgnęło. Na razie trudno powiedzieć, czy to przełom – może na razie tylko pewna nowa jakość, ale zauważalna. I zauważona przez komentatorów i w Rosji, i na Zachodzie.

Od 2004 roku Chodorkowski, były magnat naftowy, odsiaduje ośmioletni wyrok za przestępstwa skarbowe. Od kilku miesięcy toczy się przeciwko niemu drugi proces – o zagarnięcie ropy naftowej należącej do firmy Chodorkowskiego Jukos przez samego Chodorkowskiego. Proces toczy się i toczy, przyjmując coraz bardziej groteskowe formy. Oskarżony wielokrotnie – i na łamach prasy, i poprzez swoich obrońców – oznajmiał, że oskarżenie jest spreparowane, absurdalne, bezpodstawne, a ma na celu głównie jego nękanie i wydłużenie jego pobytu za kratkami na polityczne zamówienie.

Pod koniec zeszłego tygodnia sąd rejonowy w Chamownikach (Moskwa), przed którym toczy się rozprawa, przedłużył areszt wobec „zeka numer jeden” o kolejne trzy miesiące. Chodorkowski wniósł apelację od tej decyzji. Na tym jednak nie poprzestał: wystosował jeszcze list do prezesa Sądu Najwyższego, wskazując, że decyzja o przedłużeniu aresztu stoi w sprzeczności z przyjętą przez parlament i podpisaną przez prezydenta ustawą o zmianach w kodeksie postępowania karnego. Ustawa zakazuje stosowania aresztu wobec podejrzanych o przestępstwa gospodarcze. Chodorkowski wskazał, że przedłużenie aresztu świadczy o tym, że sąd lekceważy zmiany w kodeksie, a ponadto – co szczególnie interesujące – sabotuje decyzje prezydenta-prawnika.

I Michaił Borysowicz Mahatma, jak zdążyli już nazwać Chodorkowskiego rosyjscy blogerzy, w ramach protestu przeciwko łamaniu prawa ogłosił 17 maja głodówkę. Zapowiedział, że będzie głodował do czasu, aż uzyska potwierdzenie, że prezydent dowiedział się o sabotowaniu prawa. Kreml zareagował bardzo szybko: sekretarz prasowa Miedwiediewa ogłosiła, że owszem, prezydent „jest w kursie”. Dziś Chodorkowski ogłosił w związku z tym, że przerywa głodówkę, skoro prezydent wie o wszystkim.

I co dalej? Wariant pierwszy: prezydent wie i zareaguje? Powiedzmy, że zareaguje. I tym samym da sygnał, że nie jest malowanym prezydentem, wyznaczonym przez pana Putina do zadań bardzo specjalnych, a może samodzielnie coś zrobić w tak delikatnej i symbolicznej sprawie jak proces Chodorkowskiego. Może. W takim razie ważnym pytaniem pozostaje: a jak zareaguje? Wariant drugi: wie i nie zareaguje. Czyli zademonstruje „słabinę”, pełne podporządkowanie ekipie Putina, który od początku sprawy Jukosu był osobiście zaangażowany w jej przebieg i wielokrotnie pokazywał, jak wrogo jest nastawiony do Chodorkowskiego.

Już sama odpowiedź na wyzwanie Chodorkowskiego, udzielona przez Miedwiediewa za pośrednictwem sekretarz prasowej, świadczy o tym, że waga sprawy została na górze dostrzeżona.

A teraz jeszcze wisienka na torcie: sąd wezwał na rozprawę w charakterze świadków dwóch ważnych urzędników z ekipy rządzącej: b. ministra rozwoju gospodarczego, obecnie szefa Sbierbanku (jednego z największych rosyjskich banków), a i wtedy, i dzisiaj – największego dandysa wśród przedstawicieli władzy Germana Grefa oraz ministra przemysłu i handlu Wiktora Christienkę. Obrona Chodorkowskiego domagała się wezwania na świadków m.in. także wicepremiera Igora Sieczina (szefa firmy Rosnieft’, największego beneficjenta przejętych aktywów Jukosu), kluczowej postaci całej sprawy Jukosu oraz samego Władimira Putina.

Obecnie, według sondaży centrum badania opinii społecznej imienia Lewady, 57 procent respondentów uznaje oskarżenia wobec Chodorkowskiego za nieuzasadnione, 46 procent pytanych uważa przy tym, że „zek numer jeden” nie wyjdzie na wolność.

Na razie faktycznie się na to nie zanosi. Nawet jeśli piramidalne oskarżenia w drugim procesie zostaną po długich i ciężkich proceduralnych cierpieniach zamiecione dyskretnie pod dywan – Chodorkowskiemu pozostanie do odsiedzenia reszta wyroku, zasądzonego w pierwszym procesie. Miałby wtedy szansę wyjść w 2012 roku, a więc w roku wyborów Putina – albo wyborów Miedwiediewa. Czyje to będą wybory, jeszcze na Kremlu nie zdecydowano.

Starzy znajomi, nowe prądy

W czasie wizyty prezydenta Dmitrija Miedwiediewa na Bliskim Wschodzie doszło do jego poufnego spotkania z liderem Hamasu, Khaledem Mashalem. Przebywający w Damaszku Miedwiediew wyraził zgodę na to spotkanie na prośbę prezydenta Syrii, Bashara Asada, który był obecny podczas rozmów przy herbacie. Co było tematem rozmowy – nie wiadomo. Sekretarz prasowa Miedwiediewa oznajmiła tylko, że rosyjski prezydent upomniał się o uwolnienie izraelskiego kaprala Gilada Szalita, uprowadzonego przez hamasowców.

Hamas jest w Europie, Ameryce i w Izraelu jednoznacznie uważany za organizację terrorystyczną, popierają go Iran i Syria, Hamas nie uznaje państwa Izrael, żadnych porozumień pokojowych, a co szczególnie ważne – nie wyrzeka się stosowania przemocy dla osiągnięcia celów politycznych.

Tymczasem Rosjanie uważają, że powinni podtrzymywać kontakty ze wszystkimi ugrupowaniami palestyńskimi. Dotychczas podczas dość częstych wizyt w Moskwie Khaled Mashal zawsze dopominał się spotkania z prezydentem, ale honory dyplomatycznego domu nieodmiennie pełnił minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i do rozmów na najwyższym szczeblu nie dochodziło. Dlaczego teraz mogło dojść? Rosja od dawna stara się „nabrać wagi” jako negocjator, pośrednik, wreszcie – szczególnie ważny gracz w procesie uregulowania bliskowschodniego. Rezultaty na razie są mizerne. Choć z drugiej strony – ten cieniutki włosek, jakim są kontakty Moskwy z palestyńskimi radykałami, może się kiedyś przydać pozostałym graczom, którzy odżegnują się od wszelkich kontaktów z terrorystami. Ale wobec kontaktów Moskwy z Hamasem nie podnoszą larum.

Może to spotkanie było jakimś symbolicznym aktem podzięki za uznanie przez Hamas niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. W końcu w obliczu uznania tych bytów przez takie światowe potęgi jak Nauru, Wenezuela i Nikaragua słowo Hamasu w tej sprawie ma swoją wagę.

Za prezydentury Putina Rosja wyraźnie obrała taktykę rozwijania kontaktów z państwami bandyckimi. Kokietowanie Kim Dzong Ila (który zresztą koncertowo wystawił Putina do wiatru na oczach całego świata), gry z Iranem, „obnimki” z Kadafim, broń dla Wenezueli. „Goły merkantylizm w stylu chińskim Rosji jednak jakoś nie wychodzi – pisze w komentarzu na „Gazieta.ru” rosyjski politolog Fiodor Łukjanow. – Dlatego że Moskwa zawsze pretenduje do odgrywania roli politycznej. Wychodzi więc na to, że <<gry z pariasami>>, które od czasu do czasu próbuje prowadzić Rosja, mogą przynosić krótkoterminowe taktyczne korzyści, ale strategicznie są nieefektywne”.

A jaka strategia i taktyka w polityce zagranicznej może Rosji przynieść efekty? O tym mówi poufny dokument rosyjskiego MSZ, opublikowany przez tygodnik „Russkij Newsweek” („Uwielbiam takie poufne dokumenty, które publikuje prasa” – napisał ironicznie jeden z blogerów). Koncepcja rozwoju Rosji zakłada nawiązanie bliższych kontaktów z Europą i USA. Stąd celowe ocieplanie kontaktów ze wszystkimi, z którymi da się cokolwiek ocieplić (realizację tego postulatu już zresztą widzimy). Główny powód zwrotu w rosyjskiej polityce zagranicznej to niedobór środków dla zapowiedzianej przez prezydenta modernizacji.

Czysty pragmatyzm, nic osobistego. „Obecnie władze rosyjskie przystąpiły do wypracowywania koncepcji, która pozwoli Rosji zmniejszyć uzależnienie od polityki surowcowej – komentuje Aleksiej Makarkin z Centrum Technologii Politycznych. – Ale modernizacji kraju nie da się przeprowadzić w warunkach izolacji od najbardziej rozwiniętych gospodarczo – i na ogół demokratycznych – państw. Rosja nie pozyska inwestycji od Korei Północnej, a innowacyjnych technologii nie dostanie od Wenezueli. Indie nie pomogą Moskwie w dziedzinie programowania, bo nie zamierzają hodować sobie konkurenta. Utworzenie centrum badań naukowych czy międzynarodowego finansowego ośrodka w Moskwie jest niemożliwe bez pomocy Zachodu – zarówno organizacyjnej, jak intelektualnej”.

Rosyjski sposób na piratów

Piraci porwali 5 maja w Zatoce Adeńskiej rosyjski tankowiec „Moskowskij Uniwiersitiet”, przewożący paliwa z Sudanu do Chin. Już następnego dnia w sukurs porwanym przybył okręt wojenny „Marszał Szaposznikow”. Akcja uwalniania porwanych – uznana jednoznacznie za majstersztyk (przeprowadzona błyskawicznie, bez strat własnych) – była w rosyjskich mediach wiadomością dnia. Zachwytom i radości nie było końca. Między wierszami powiedziano, że „piraci zostali spuszczeni na wodę” ni to w łodzi, ni to w szalupce. Dziś opinii publicznej udało się poznać dalszy ciąg tej pasjonującej historii: piraci „spuszczeni na wodę” najprawdopodobniej nie dopłynęli do brzegu, skutecznie zaginęli.

Nowe rosyjskie know how uwalniania statków uprowadzonych przez piratów spotkało się z zainteresowaniem na całym świecie, szczególnie w krajach, które bezskutecznie próbują zwalczać piractwo w Rogu Afryki. W związku z luką w prawie międzynarodowym postawienie piratów przez sądem jest – jak się okazało już kilka razy w niedalekiej przeszłości – niemożliwe, a w każdym razie niełatwe. A jeśli chodzi o Somalię – państwo upadłe – to sądownictwo właściwie tam nie istnieje.

Rosyjski sposób – zaczerpnięty chyba od siedemnastowiecznych flibustierów, którzy litościwie spławiali załogi uprowadzonych okrętów na łódkach – wydaje się zadowalać wszystkich. Poza piratami – dotąd bezkarnymi, a dziś poważnie nastraszonymi.

Ekspert ds. morskich Michaił Wojtenko (swego czasu zajmował się intensywnie wyjaśnieniem sprawy tajemniczego rejsu „Artic Sea”) wyraził przypuszczenie, że piraci zostali zastrzeleni podczas akcji odbijania statku przez specnaz. „Dyżury okrętów wojskowych u wybrzeży Somalii od dawna stały się specyficznym safari dla wojskowych. Właściwie to nieustające manewry, w warunkach zbliżonych do bojowych – niebezpieczeństwo jest niewielkie, a powód do sławy i awansów – duży”.

Ambasador Somalii w Moskwie oświadczył dziś na konferencji prasowej, że Rosjanie mieli prawo przeprowadzić akcję uwalniania swego statku. Ponadto sam ambasador nie ma cienia pretensji do Rosjan, że wsadzili somalijskich piratów do łodzi i kazali płynąć do brzegu.

Ulubione.wojna.ru

Z okazji rocznicy zwycięstwa nad niemieckim faszyzmem w mediach rosyjskich temat wojny jest dominujący. Gazeta internetowa Grani.ru zainicjowała wśród swoich współpracowników bliższych i dalszych cykl krótkich tekstów o ulubionych utworach dotyczących wojny – ulubiony film, ulubiona książka, ulubiony wiersz, ulubiona pieśń-piosenka.

Jeden z komentatorów, Maksim Burmicki zareagował bardzo emocjonalnie. Powiedział, że to jakiś absurd – nie może być czegoś „ulubionego” o wojnie, bo wojna to koszmar. Może zatem plebiscyt należałoby zatytułować – utwór o wojnie, który zrobił największe wrażenie, który najwięcej powiedział o wojnie, był najbardziej poruszający. Takie utwory na pewno każdy wskaże, każdy miał z nimi kiedyś do czynienia, na każdym odcisnęły piętno.

Burmicki w swoim komentarzu idzie pod prąd dalej: przeciwstawia się i temu, że Rosja w ogóle świętuje Dzień Zwycięstwa. „Trzeba świętować koniec wojny, koniec koszmaru. I jeszcze jedno: kto tak naprawdę zwyciężył w tej wojnie – popatrzcie, jak żyją pokonani, a jak zwycięzcy”. To faktycznie trudny temat. Z okazji rocznicy najwyższe władze państwowe osobiście zaangażowały się w wielką, rozkręconą przez telewizję i inne media kampanię „mieszkanie dla weteranów”, niemal codziennie w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego pokazywano reportaż z przekazywania kluczy do nowych mieszkań weteranom, przy okazji uszczęśliwieni lokatorzy nowych czy odnowionych lokali opisywali, jak mieszkali przedtem – bez wody, ogrzewania, w lichym kącie w komórce. Przez 65 lat tak mieszkali. Po pewnym czasie reportaże zaczęto pokazywać jakoś mniej ochoczo – weteranów oczekujących na poprawę warunków mieszkaniowych okazało się zbyt wielu. I widocznie kremlowscy inżynierowie dusz doszli do wniosku, że po pierwsze nie ma się czym chwalić, że weterani po tylu latach ciągle nie mają godziwych warunków do życia, a po drugie należy trochę wyhamować z opowiadaniem, że „każdy weteran dostanie mieszkanie niezależnie od tego, czy zapisał się do kolejki oczekujących czy nie”. Znajoma moich znajomych w Moskwie poszła do odpowiedniej instancji, żeby zgłosić zapotrzebowanie na lokum dla swego niedołężnego ojca weterana. „Oj, co też pani. Nie mamy mieszkań. Nasłuchała się pani telewizji” – usłyszała.

 

Znakomity pisarz Andriej Bitow w podobnym, choć mniej kategorycznym tonie niż Burmicki, zwrócił uwagę: „słowo <<ulubione>> w stosunku do wojny dla mnie – człowieka, który od pierwszych chwil wojny, choć był dzieckiem, dokładnie przeczuł, co to oznacza – jakoś nie pasuje. O tej wojnie można tylko dobrze albo wcale. Kiedy słyszę pieśń <<Wstawaj, strana ogromnaja>>, nie ma rady: natychmiast płaczę. <<Tiomnaja nocz” – tak samo”.

 

Najczęściej wymieniane wśród wielkich filmów o wojnie są przez komentatorów „Lecą żurawie” – bezapelacyjne arcydzieło Michaiła Kałatozowa z genialną rolą Tatiany Samojłowej oraz „Tak tu cicho o zmierzchu” i „Dworzec białoruski”; wśród książek – do bólu prawdziwą, wielką powieść Wasilija Grossmana „Życie i los” (Żyzń i sudba), a także „W okopach Stalingradu” Wiktora Niekrasowa i „Sotnikow” Wasyla Bykowa; wśród wierszy – poemat Twardowskiego „Wasilij Tiorkin”, wśród pieśni – „Tiomnaja nocz”, „Wragi sożgli rodnuju chatu”.

Większość pytanych wskazywała rosyjskie (radzieckie) dzieła, tylko niektórzy zagraniczne, wśród nich kilkakrotnie wymieniono „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy.

Nieznana wojna

Trzydzieści lat temu powstał film – koprodukcja radziecko-amerykańska – „Nieznana wojna” (ze strony rosyjskiej pracami kierował znakomity Roman Karmen; dokument był w roku 1980 wyemitowany również przez polską telewizję). Narratorem opowiadającym o najważniejszych wydarzeniach II wojny światowej był amerykański aktor Burt Lancaster.

W ZSRR mówiono, że to „nieznana wojna” dla Amerykanów, którzy wylądowali w Normandii dopiero w 1944 roku i w ogóle nic nie wiedzą o tym największym wydarzeniu w XX-wiecznych dziejach ludzkości. Wojna pozostawała jednak nieznana i dla obywateli ZSRR, którzy kultywowali wyłącznie własne zwycięstwo nad faszystowskim najeźdźcą, nie pokazując innych teatrów wojennych, nie wspominając o wysiłku „sojuznikow” z Zachodu. W filmie zaprezentowano wiele niepublikowanych wcześniej dokumentów i kronik, wydarzenia potraktowano jednak wybiórczo zgodnie z ówczesnymi dyrektywami najwyższych władz partyjnych i państwowych. Kanon interpretacji pozostawał ograniczony do schematu czarno-białego: „My – zwycięzcy – mamy monopol na rację, wojna była święta, a nasze działania jedynie słuszne; oni – najeźdźcy – byli jednoznacznie źli”. Ci, którzy myślą inaczej, są Goebbelsami.

Pewną modyfikacją w filmie było dopuszczenie do głosu aliantów i ukazanie, że istniał drugi front. Ale na indeksie ciągle pozostawało wiele wydarzeń tej wojny, które nie mieściły się w uznanym odgórnie kanonie i o których w filmie „Nieznana wojna” nie powiedziano nic lub powiedziano na opak.

Potem w ZSRR była pierestrojka, kiedy w przestrzeni publicznej zaczęły się pojawiać trudne pytania o niechwalebne stronice wojennej historii. Potem ZSRR już nie było, a mit Wielkiego Zwycięstwa stał się stopniowo dla Nowej Rosji jedynym niekwestionowanym spinaczem jedności narodowej. A jak mit, no to zamiatanie pod dywan niewygodnych kwestii. Nawet dziś, kiedy widać wyraźnie zmianę kursu władz Rosji w sferze pamięci (potępienie zbrodni Stalina, w tym zbrodni katyńskiej, jednoznaczne wskazanie jej sprawców), publicyści – jak np. Anatolij Bersztejn – ciągle uważają za zasadne zadać kilka pytań: „Jakiej przeszłości potrzebujemy? Czy tylko takiej, z której można być dumnym czy również takiej, za którą przyjdzie się wstydzić? Czy pamięć może być wybiórcza, a patriotyzm może być wyłącznie pozytywny? Co jest ważniejsze – mit czy prawda? Czy każdy mit jest szkodliwy, a prawda zawsze pożyteczna? Czy państwa i narody ponoszą odpowiedzialność za zbrodnie swoich poprzedników i jaka powinna być ta odpowiedzialność?”.

Bardzo ważne pytania. Być może bez odpowiedzi na nie ta wojna pozostanie „nieznaną wojną”.

W wielu rosyjskich publikacjach towarzyszących zbliżającej się 65. rocznicy zwycięstwa pojawił się pewien ważny nurt: indywidualizacja losów uczestników tej strasznej wojny. W telewizyjnym cyklu, pokazywanym codziennie w głównym wydaniu dziennika emitowanym przez stację „Pierwyj Kanał” i prezentującym działania na frontach dzień po dniu, obok wykreślonych na mapach czerwonych strzałek obrazujących kierunek natarcia Armii Czerwonej, decyzji podejmowanych na najwyższym szczeblu, pokazuje się bohaterstwo zwykłych ludzi – od szeregowych po oficerów, konkretnych ludzi w konkretnych sytuacjach. Armia zaczyna mieć twarz, przestaje być w takim ujęciu bezkształtną masą. Próbuje się ofiary wyciągnąć z bezmiaru anonimowości. Wskrzeszono też w ten sposób ważny pierwiastek z „Losu człowieka” Szołochowa – hymnu na cześć zwykłego człowieka, okrutnie doświadczonego przez wojnę.

Choć z drugiej strony rosyjscy historycy nadal toczą zacięte spory co do liczby strat, jakie ZSRR poniósł w wyniku wojny. Trochę to wynika z tego, że chyboczą się kryteria klasyfikacji ofiar, ale głównie z tego, że spływające od dowódców z frontu raporty zawierały często nieprawdziwe dane (przeważnie zaniżone), a później – również ze względów propagandowych – danych nie weryfikowano. Od kilku lat w ministerstwie obrony Rosji działa specjalna jaczejka ds. ewidencji strat wojennych, powstały grupy operujące w terenie, odnajdujące w miejscach bitew i potyczek szczątki żołnierzy, zajmujące się ich pochówkiem, a także porządkowaniem zapuszczonych żołnierskich cmentarzy.

Na łamach „Nowej Gaziety” Aleksiej Polikowski publikuje zdjęcia z lat wojny, komentuje je, a przy okazji próbuje znaleźć kogoś, kto pomógłby w identyfikacji osób figurujących na zdjęciach. Piękne opowieści przy tych zdjęciach wychodzą. Zapamiętałam fotografię zrobioną gdzieś w białoruskiej puszczy – oddział partyzantów: rosły młodzian w amerykańskim białym kapeluszu i swojskim półkożuszku, obok dziewczyna w berecie, z pepeszą przewieszoną przez ramię, za nimi – reszta oddziału, piękne, młode twarze. Nie wiadomo, kim byli, czy przeżyli wojnę, czy wzięli udział w zapomnianej defiladzie białoruskich partyzantów. Podobnie jak Aleksiej Polikowski mam nadzieję, że tak.

W internecie istnieje kilka portali i stron, na których zbierane są relacje uczestników wojny, które pomagają w poszukiwaniu osób zaginionych (m.in. Pobediteli.ru), to przecież też bardzo ważny segment – ludzki, a nie wysoce państwowy – przywracania pamięci. Aby ta wojna przestała być „nieznaną wojną”, trzeba jeszcze dużo pracy. I na niwie oddzielania mitów od prawdy, i na niwie przywracania pamięci o tych, którzy polegli.

Kuj żelazo, łap gaz

W stosunkach rosyjsko-ukraińskich kolejna sensacja: premier Putin na piątkowych rozmowach z delegacją ukraińską zaproponował swemu ukraińskiemu koledze połączenie Naftohaz Ukrajina z Gazpromem.

Czym są dramatis personae kolejnego aktu modnej postmodernistycznej sztuki o przełomie w stosunkach rosyjsko-ukraińskich? Naftohaz Ukrajina to przedsiębiorstwo zajmujące się na Ukrainie wydobyciem, transportem i sprzedażą nośników energii, w stu procentach należy do państwa, jest operatorem systemu ukraińskich gazociągów (łączna długość sieci 39 tysięcy kilometrów; w ubiegłym roku gazociągami Naftohazu przetransportowano z Rosji na Zachód około stu miliardów metrów sześc. gazu). Gazprom – rosyjski gigant gazowy (18% światowego wydobycia gazu), 50%+1 akcja należy do państwa, monopolista w zakresie eksportu gazu z Rosji.

Według źródeł w rosyjskim rządzie transakcja może polegać na wymianie wszystkich akcji Naftohazu na 5% (wedle innych szacunków 7-8,5%) akcji Gazpromu.

Zarządzanie ukraińskim systemem gazociągowym od lat było dla strony rosyjskiej mrocznym przedmiotem pożądania, a dla strony ukraińskiej – symbolem niezależności od wschodniego partnera.

Pierwsze reakcje w zaskoczonym nagłą propozycją rosyjskiego premiera (w programie rozmów nie było tematu gazowego – przedmiotem negocjacji była atomistyka) obozie ukraińskim były na razie więcej niż powściągliwe.

Czy można się jednak dziwić tej propozycji Putina? To logiczna konsekwencja propozycji prezydenta Janukowycza sprzed tygodnia: rezygnacja przez Rosję z budowy gazociągu South Stream w zamian za „współpracę w modernizacji” konsorcjum zarządzającego ukraińskimi gazociągami. Jaki rodzaj współpracy Janukowycz miał na myśli – tego nie wiedzą najstarsi gazownicy. No i logiczna konsekwencja przełomu, rozpoczętego podpisaniem porozumienia „flota za gaz”.

Rosyjscy eksperci zgodnie twierdzą, że Moskwa jest zainteresowana podziałem w konsorcjum 50 na 50, bez udziału partnerów z Europy. Zresztą obecnie Rosja może się targować nawet o lepsze warunki. „Ukraina jest pod ścianą – mówi moskiewski politolog Konstantin Simonow. – Jeśli Rosja zbuduje i Nord Stream, i South Stream, a to może stać się faktem za 7-8 lat, to Ukraina bezpowrotnie straci swoje znaczenie państwa tranzytowego dla rosyjskich surowców”. No właśnie, więc to może ostatni moment, kiedy Ukraina może rzucić na szalę swoje gazociągi: za kilka lat nie będą one już atrakcyjnym kąskiem, nic się za nie z Rosją nie wytarguje. Moskwie z kolei też liczy pieniądze. Na zbudowanie South Stream trzeba by przeznaczyć 25 mld dolarów, na modernizację gazociągów na Ukrainie – 4 miliardy – twierdzą eksperci. Ponadto zarządzanie konsorcjum pozwoli Gazpromowi kontrolować dostawy gazu do Europy.

Czy strona ukraińska przyjmie propozycję premiera Putina? Opozycja ukraińska zapewnia, że będzie się sprzeciwiać zawarciu porozumienia z Rosją. Ołeksandr Hudyma z partii Julii Tymoszenko twierdzi, że oponować będą także te grupy biznesowe na Ukrainie, które obecnie kontrolują tranzyt rosyjskiego gazu. „Po dwóch ważnych sukcesach – przedłużeniu dzierżawy Krymu jako miejsca stacjonowania Floty Czarnomorskiej oraz nieuznaniu Hołodomoru za ludobójstwo na narodzie ukraińskim – premier Putin zrozumiał, że obecne ukraińskie władze można brać gołymi rękami i postanowił trochę poszarżować” – mówi Hudyma.

Skoro tak dobrze idzie – dlaczegóż nie spróbować? Jest jeszcze parę rzeczy, o które można poprosić Ukrainę w zamian za nie do końca określone dywidendy. Na przykład uznanie niepodległości Abchazji i Osetii Południowej czy specjalny status Sewastopola. Rosja czuje się coraz mocniejsza w dyktowaniu warunków.

Sprzątanie Arktyki

Po zimnej wojnie w lodach Arktyki pozostały góry postradzieckiego demobilu. Największe zagrożenie stanowią tysiące beczek wypełnionych paliwem, smarami i Bóg wie czym jeszcze. „Musimy to posprzątać” – oznajmił rozsądnie wizytujący właśnie północną wyspę Ziemia Aleksandra w archipelagu wysp Franciszka Józefa premier Władimir Putin. Pan premier wystrojony w szkarłatną puchową kurtkę obszytą fikuśnym futerkiem, w czapce z daszkiem tej samej wyrazistej barwy zaprezentował się jako zwolennik ekologii: nie tylko dostrzegł tkwiące w śniegach postzimnowojenne beczki z wyciekającym paliwem, ale także przyłożył rękę – i to w sensie jak najbardziej dosłownym – do ratowania ginącego gatunku: białego niedźwiedzia. Widzowie dziennika TV mogli zobaczyć, jak premier osobiście zakłada obrożę z nadajnikiem uśpionemu zwierzowi na szyję, potrząsa jego ciężką łapą, a także waży i mierzy białego osobnika. Po czym pan premier strzelił jeszcze telewidzom krótki wykład o białym misiu, błysnął znajomością łacińskiej nazwy polarnego niedźwiedzia i zatroskał się o los tego ginącego gatunku.

Niedźwiedź polarny nie jest pierwszym zwierzęciem, które doznało troski ze strony Władimira Władimirowicza. Podczas wizyty na Dalekim Wschodzie pan premier jakiś czas temu wykazał się refleksem, strzelając do amurskiej tygrysicy. Strzał był celny, środek nasenny trafił gdzie trzeba, tygrysicę można było zbadać w celach ekologicznych, a potem tabloidy rozpływały się nad odwagą pana premiera, który nie stracił zimnej krwi i donosiły, że kilka tygodni po wizycie Władimira Władimirowicza tygrysica szczęśliwie powiła trzy tygryski.

Jak informuje dzisiejszy „Kommiersant” w reportażu Andrieja Kolesnikowa, niedźwiedzia złapano dziesięć dni przed spodziewaną inspekcją premiera. O dostarczenie zwierza poproszono głównego specjalistę ds. polarnych niedźwiedzi, Nikitę Owsianikowa. Owsianikow przywiózł na wyspę sto kilogramów zepsutego mięsa, dwieście kilogramów nieświeżych ryb i dziewięćdziesiąt kilogramów przeterminowanych parówek. Zwabiony tymi specjałami niedźwiedź znalazł się w zastawionej przez specjalistów pułapce. Potem na saniach powieziono go na spotkanie z premierem.

Znacznie ważniejsze od zabaw na śniegu z królem dryfujących lodów były jednak oświadczenia premiera Putina dotyczące doniosłej roli, jaką pełni dla Rosji Arktyka: „Z Arktyką nie tylko są związane geopolityczne interesy Rosji, Arktyka decyduje o bezpieczeństwie kraju. W Arktyce znajdują się główne bazy naszej floty, tędy przebiegają trasy patrolowania lotnictwa, tu skupiają się także interesy ekonomiczne – ze względu na wielkie złoża surowców. Mamy dobre stosunki z naszymi sąsiadami w Arktyce, musimy zastanowić się, jak będziemy tu wspólnie gospodarować i ochraniać przyrodę”.

Rosja wyraźnie przyspiesza w sprawie Arktyki, chcąc zapewnić sobie pool position – zanim do drzemiących złóż dobiegną inni uczestnicy wyścigu. Zapis o zainteresowaniu Rosji Arktyką został wniesiony do „Strategii bezpieczeństwa 2020”. Dwa lata temu zorganizowano ekspedycję, w trakcie której pobierano próbki podmorskiego gruntu. Zbadanie próbek ma rozstrzygnąć,  gdzie dokładnie znajduje się szelf bogaty w ropę i gaz.

Wydobycie surowców spod Arktyki jest pieśnią przyszłości, na razie więc walka o dostęp do nich toczy się na poziomie deklaracji, żadne wiążące postanowienia nie zapadły. Natomiast deklarację premiera Putina o oczyszczeniu Arktyki ze śmieci należy powitać z radością. Oby się udało. A co do dalszych ambitnych planów gospodarczych – trudno dziś wyrokować, czy to się uda. Jak pokazała bezlitosna telewizja, Arktyka to chłodne miejsce – nawet ubrany bardzo ciepło premier Putin co rusz pociągał nosem, którego kolor w miarę upływu czasu coraz bardziej stapiał się kolorystycznie z piękną kurtką.

Szybko, coraz szybciej

Nie zdążył wyschnąć atrament na podpisanych przez prezydentów Rosji i Ukrainy umowach „gaz za flotę”, a już dzisiaj – przy pełnej synchronizacji, dokładnie o tej samej godzinie – parlamenty obu krajów ratyfikowały dokumenty. W Kijowie wrzało: opozycja obrzuciła prezydium jajkami, prezydium schroniło się pod parasolem, a cała reszta deputowanych łkała spowita wypuszczonym w sali posiedzeń dymem i gazem łzawiącym. Na nic jednak zdały się jaja i dymy – ratyfikacja przeszła. Podnoszony przez ukraińską opozycję zarzut, że umowa z 21 kwietnia narusza konstytucję, która nie przewiduje stacjonowania obcych wojsk na terytorium Ukrainy, strona rządowa odrzuca: obecna umowa jest formalnie przedłużeniem zawartej w 1997 r. jeszcze przez Kuczmę i Jelcyna, a sama baza w Sewastopolu znajduje się tam od ponad dwustu lat, zatem nie ma podstaw, aby porozumienia o przedłużeniu stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie uznać za nieważne i sprzeczne z ustawą zasadniczą.

W rosyjskim parlamencie dokument ratyfikowano z chłodną godnością. Na dokumentami nie było debat – ani w jednym, ani w drugim parlamencie.

Tempa nabierają też rosyjsko-ukraińskie rozmowy o zacieśnieniu współpracy w energetyce. Podczas nocnych Słowian rozmów w Kijowie premier Władimir Putin zaproponował ukraińskim partnerom integrację w energetyce – i to „po połnoj programmie”: tak w jądrowej, jak i tradycyjnej, w przetwórstwie ropy, transporcie surowców energetycznych (chodzi przede wszystkim o zapewnienie bezpiecznego tranzytu rosyjskiego gazu i ropy przez terytorium Ukrainy). Jak pisały dziś ukraińskie media, coraz mocniejszy uścisk rosyjskiego niedźwiedzia w sprawach energetyki uniemożliwi Ukrainie jakiekolwiek rozglądanie się na boki i współpracę z innymi partnerami. Premier Putin podliczył, że dzierżawa bazy Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu będzie Rosję słono kosztować. „Za te pieniądze mógłbym zjeść i Janukowycza, i waszego [ukraińskiego] premiera razem wziętych, ale nie mogę – takich pieniędzy nie jest warta ani jedna baza wojskowa”. Za 40-45 mld dolarów można zbudować niejedną bazę. Ale – wyjaśnił Putin – kwestia Floty Czarnomorskiej to kwestia współpracy i zaufania, a nie tylko pieniędzy.

Kolejnym krokiem w rosyjskim „blitzaktion” na Ukrainie ma być – zapowiedziane dziś przez głównodowodzącego rosyjską marynarką wojenną – odnawianie przestarzałej Floty Czarnomorskiej. Ponadto prezydent Dmitrij Miedwiediew polecił ministrowi obrony Rosji przygotowanie „szczegółowego planu rozwoju infrastruktury socjalnej Sewastopola i całego Krymu”. „Czy to oznacza, że od tej pory Krym będzie się rozwijał wyłącznie na wojskowy ład i to na dodatek rosyjski? – pytają komentatorzy w rosyjskim internecie. – A przy tym nigdzie nie jest powiedziane, że na skutek tego planu ministerstwa obrony Rosji cały Krym przekształci się w krainę mlekiem i miodem płynącą. Na to w Rosji nie ma pieniędzy. Wszystko to jakoś dziwnie przypomina sklecony na chybcika propagandowy plakacik”.

Plakacik plakacikiem, a konkretna umowa o stacjonowaniu Floty w Sewastopolu zawarta w ubiegłym tygodniu już wchodzi w życie. Mimo jaj w parlamencie i wysokich kosztów.

Charkowski akcelerator

W stosunkach rosyjsko-ukraińskich nastąpił przełom: w Charkowie 21 kwietnia prezydenci obu krajów podpisali porozumienie nazwane „gaz za flotę”. W skrócie umowa polega na tym, że rosyjska Flota Czarnomorska w Sewastopolu może zostać do 2042 roku, w zamian za to Gazprom obniży cenę za gaz dla Ukrainy. Obie umawiające się strony wydawały się nadzwyczaj zadowolone z postanowień umów.

Wiktor Janukowycz dzięki obniżeniu niebotycznej dotąd ceny za rosyjski gaz do poziomu mniej więcej cen, jakie płacą europejscy odbiorcy, ma szanse dopiąć tegoroczny budżet – to pieczeń taktyczna. Rosja zaś upiekła pieczeń strategiczną: obecność Floty na Krymie blokuje perspektywę wejścia Ukrainy do NATO na długie lata. Poza tym – o ile Flota zostanie zmodernizowana (a teraz najprawdopodobniej będzie modernizowana po latach rdzewienia) – rosyjska marynarka stacjonująca w Sewastopolu będzie istotną siłą na Morzu Czarnym. No i pozostaje jeszcze znaczenie symboliczne – bardzo dla Moskwy ważne – rosyjska flota pozostanie w Sewastopolu, mieście chwały rosyjskiego oręża. W triumfalistycznych komentarzach większości rosyjskich mediów ten aspekt podnoszono na równi z pragmatycznym wymiarem porozumień.

Przyspieszenie niesamowite. Jeszcze niedawno rosyjscy politycy nie chcieli prowadzić rozmów z Kijowem o kluczowych sprawach w stosunkach dwustronnych – z „pomarańczowym” Wiktorem Juszczenką w ogóle nie rozmawiali, a z Julią Tymoszenko grali w zawiłe gry nad gazem i schematami dostaw i rozliczeń. Komu bardziej zależało na pośpiechu? Może i jednej, i drugiej stronie tak samo. Kreml chciał jak najszybciej maksymalnie ograniczyć Janukowyczowi pole manewru, aby nie mógł wrócić do ulubionej metody prezydenta Kuczmy, czyli chybotliwego tanga – dobrze z Rosją i dobrze z Zachodem. A ukraińskiemu prezydentowi finanse rozchodzą się w szwach, drogi rosyjski gaz dosłownie dusił energochłonną gospodarkę – renegocjowanie umów gazowych, zwłaszcza cen, było w tych warunkach bardzo pilne.

A na scenie wewnętrznej Janukowyczowi „udało się” to, co jeszcze dwa tygodnie temu wydawało się niemożliwe: zespolenie skłóconego na śmierć i życie obozu pomarańczowych. Juszczenko i Tymoszenko na jednym wydechu, tymi samymi słowy mówią o zdradzie i zaprzedaniu interesów narodowych, wzywają do akcji protestacyjnych. Podnoszą, że umowa o bazowaniu rosyjskiej Floty na Krymie jest niezgodna z ukraińską konstytucją, która nie przewiduje stacjonowania obcych wojsk na terytorium Ukrainy.

Jutro w Radzie Najwyższej ma się odbyć głosowanie w sprawie ratyfikacji porozumień. Może być gorąco. Ale zapewne nie pokrzyżuje to planów rządzących: mają w parlamencie większość potrzebną do przegłosowania decyzji.

Podpisane porozumienia oznaczają zwrot Ukrainy w stronę wschodniego sąsiada, niektórzy z komentatorów mówią nawet o ograniczeniu suwerenności Ukrainy i początku dominacji Rosji. Do dominacji jeszcze jednak brakuje paru elementów układanki, ale są one w zasięgu: na pierwszy ogień pójdzie sprawa wspólnego rosyjsko-ukraińskiego konsorcjum do spraw zarządzania ukraińskimi rurociągami.

Radziecka Anna Frank

Nina Ługowska jako nastolatka pisała pamiętnik w latach 1932-1937. O tym, jak magiczna siła porywa jej spojrzenia w stronę kolegi z klasy i o tym, jak inna magiczna siła wyrywa ludzi w ich trybu życia i wrzuca w tryby straszliwej machiny śmierci i cierpienia.

Pierwszą bliską osobą, którą machina wyrwała z życia Niny, był jej ojciec – zesłany w odległe przestrzenie za politykę, odsiadujący kolejne wyroki za eserowskie poglądy, wreszcie rozstrzelany. Sama Nina została aresztowana w wieku siedemnastu lat (a wraz z nią siostry i matka). Za przygotowywanie spisku na drogocenne życie wodza. Oskarżenie oparto na zapiskach w pamiętniku, poczynionych przez Ninę po tym, jak ojcu odmówiono wydania dowodu tożsamości (co równało się niemożności powrotu do domu): „Przez kilka dni leżąc w łóżku, godzinami marzyłam o tym, jak go zabijam. Jak unicestwiam jego obietnice, jego dyktaturę, tego niewydarzonego Gruzina, tego drania, szubrawca, swołoczy, który pokaleczył Rosję. Zabić go! Zabić jak najszybciej! Zemścić się za siebie i ojca!”.

Nina powinna była sobie zdawać sprawę, że do domu represjonowanego za poglądy polityczne człowieka będzie wpadać bezpieka i robić rewizje. I zapewne zdawała sobie z tego sprawę, ale bardziej obawiała się o to, jak śledczy zareagują na opisane w dzienniku jej „miłosne brednie”. Pewnego dnia bezpieka rzeczywiście wpadła i znalazła dziewczęcy pamiętnik. Oficer NKWD nie odmówił sobie przyjemności przeczytania zeszytu, a następnie czerwonym ołówkiem podkreślił to, co interesowało go bardziej niż miłosne westchnienia dorastającej panny: krytykę pod adresem władz. W zeznaniach, które po brutalnych przesłuchaniach kazano podpisać Ninie, znalazły się stwierdzenia, że oskarżona jest skrajnie źle nastawiona do kierownictwa partii, przede wszystkim Józefa Stalina. Przez te wymuszone zeznania, w których przyznawała się do planów zabicia Stalina, długo nie będzie mogła uzyskać praw do rehabilitacji nawet w czasie tak zwanej chruszczowowskiej odwilży. „Zamachów na życie wodzów władza bała się zawsze, wobec takich wyroków odwilż nie działała” – napisze jeden z recenzentów książki „Chcę żyć. Dziennik radzieckiej uczennicy 1932-1937”, jaka na podstawie akt sprawy rodziny Ługowskich ukazała się kilka lat temu w Moskwie (nakład 1000 egzemplarzy), w tej książce opublikowano i pamiętnik Niny. Dziennik przez te lata, kiedy Nina odbywała karę w łagrach, zesłanie na Kołymie i w Magadanie, leżał spokojnie w archiwum służb bezpieczeństwa. A gdy przez stowarzyszenie Memoriał został odnaleziony i wydany, stał się prawdziwym bestsellerem… na Zachodzie. Przetłumaczono go na dwadzieścia języków, okrzyknięto „dziennikiem radzieckiej Anny Frank”.

Dziennik Niny Ługowskiej jest fantastycznym świadectwem bezlitosnej, nieludzkiej epoki, opisem codzienności w totalitarnym państwie. Nad wiek wrażliwa nastolatka obdarzona wyostrzonym zmysłem obserwacji, przy czym nienawidząca reżimu, który przyczynił tylu nieszczęść jej rodzinie, opisała w pamiętniku okrutną machinę, zgniatającą ludzi w krwawą miazgę, odbierającą im wolność, swobodę myślenia, prywatność, chęć tworzenia, wreszcie i poczucie, że są ludźmi. Jest też świadectwem niezłomnej postawy nastoletniej dziewczyny, która starała się w pojedynkę przeciwstawić tej potężnej machinie.

Półtora roku temu z okazji dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin Niny Ługowskiej w Moskwie zorganizowano pośmiertną wystawę jej prac malarskich (Nina Ługowska zmarła na początku lat 90.) – po opuszczeniu łagru rozwijała samorodny talent, pracowała w teatrze jako dekorator, dziś jej twórczość zaliczana jest do wybitnych osiągnięć rosyjskiej szkoły pejzażu i wysoko ceniona.

Autorka przedmowy do rosyjskiego wydania dziennika, znakomita pisarka Ludmiła Ulicka pisze: „Na zdjęciach [zrobionych podczas aresztowania] Nina ma dziecięcą przerażoną twarzyczkę. Miliony takich zdjęć można znaleźć w archiwach. Wszyscy już nie żyją: rozstrzelani, zamęczeni w łagrach, zmarli na zesłaniu. Nina Ługowska miała szczęście. Wyszła z łagru. Jej dziecięce marzenie się spełniło – została malarką, dożyła starości i mało kto z jej otoczenia wiedział o jej przeszłości. Zapewne ona sama nie pamiętała o tym zarekwirowanym podczas aresztowania dzienniku. Ale dziennik zachował się. I teraz możecie go przeczytać”. Po polsku też – dziennik został wydany w 2006 roku przez Świat Książki.

Dlaczego w Rosji dziennik ukazał się w tak mizernym nakładzie? – zadaje pytanie tygodnik „Ogoniok”, zamieszczający w najnowszym numerze obszerną publikację poświęconą Ninie Ługowskiej i jej pamiętnikowi. I odpowiada, powołując się na socjologa Borysa Dubina: dwie trzecie Rosjan uważa, że epoka stalinowska była pozytywna; to po pierwsze, a po drugie, „rosyjskie społeczeństwo nie interesuje się jednostką, osobowością, jest nastawione na panoramiczno-heroiczny obraz przeszłości: wielka historia wielkiego kraju. Osobiste zapiski małego człowieka, uczennicy, przegrywają w tej skali”.