Archiwum kategorii: Bez kategorii

Pomnik dla Guusa

Nawet najwięksi optymiści w najśmielszych snach nie śnili, że rosyjska reprezentacja piłkarska znajdzie się w półfinale Euro 2008. Zwłaszcza fatalny początek rozgrywek na mistrzostwach – przegrana 4 : 1 z Hiszpanami – nie zwiastował tak oszałamiającego awansu Rosji.

Autorem sukcesu został jednogłośnie okrzyknięty trener Guus Hiddink, Holender zatrudniony, jak ujawniają media, najprawdopodobniej za pieniądze Romana Abramowicza (nawiasem mówiąc, Roman Arkadjewicz ma doskonałe wyczucie odpowiednich inwestycji – nic tak nie poprawi Rosjanom nastrojów jak dobry wynik na Euro, to ważniejsze niż wszystkie inne dobre wiadomości razem wzięte, ba, to zrównoważy nawet wszystkie złe wiadomości razem wzięte).

Hiddink-cudotwórca? „Wygraliśmy z Holandią i wygramy z Hiszpanią, bo Hiddink zdołał wycisnąć z nas niewolników, jak mawiał Czechow. Główny problem wszystkich Rosjan to brak wiary w siebie. Hiddink nauczył graczy żyć najbliższym meczem i myśleć tylko o nim” – powiedział rzecznik prasowy drużyny. Zauroczony Holandią Piotr I ścinał bojarom brody i wietrzył zaprzałą Ruś oknem wyrąbanym na Europę w Petersburgu, Holender Hiddink też ingeruje jak widać w odwieczne rosyjskie kompleksy i umiejętnie je leczy.

Rosjanie go pokochali. Pragną mu postawić pomnik (pierwszy gipsowy pomnik naturalnej wielkości już się nawet pojawił pod Ałusztą). Entuzjaści chcą kupić za 5 mln euro stadion w Innsbrucku, na którym Rosja zadała śmiertelny cios Szwecji w fazie grupowej, zdemontować go i przenieść.

A jeszcze jakiś czas temu wszyscy w Rosji się głośno zastanawiali, czy w ogóle można nająć obcokrajowca na stanowisko trenera reprezentacji narodowej. Przeciwników tej koncepcji było bardzo wielu – wodą na ich młyn były kiepskie postępy drużyny, fatalne mecze w eliminacjach, które Rosja przeszła w zasadzie jakimś cudem.

Czy cud zdarzy się w czwartek 26 czerwca, kiedy naprzeciw siebie staną znowu Rosja i Hiszpania? „Cała Rosja marzy o rewanżu” – powiedział mi znajomy Rosjanin. To niesamowita motywacja, strasznie będą chcieli się odegrać. Rosjanom kibicuje Zbigniew Boniek, połowa Holendrów (odespali kaca przegranej i teraz trzymają kciuki za powodzenie rodaka trenera), a niewykluczone, że na stadionie pojawi się z szalikiem sam premier Putin (gazety spekulują dziś na ten temat – prezydent Miedwiediew musi być w tym czasie w Chanty-Mansyjsku na nudnym szczycie z Unią Europejską, ale pan premier ma wolne, więc kto wie). Nie wiadomo też, czy mecz zaszczyci przewodniczący Dumy Borys Gryzłow, autor hymnu kibica „Rosjo, naprzód! Teraz nasza kolej!”, grafomańskiego utworu bez ładu i składu, za to z potężnym ładunkiem wielkomocarstwowej buty i charakterystycznej dla dzisiejszej rosyjskiej elity politycznej propagandy sukcesu.

A socjolodzy konstatują, że piłka nożna stała się dziś w Rosji i sublimacją, i substytutem idei narodowej, której bezskutecznie poszukiwali politycy przez ostatnie dwadzieścia lat.

Jeszcze o rocznicy

W poprzednim poście wspomniałam o rocznicy rozpoczęcia wojny radziecko-niemieckiej w 1941 r. i o tym, że w związku z tą tragiczną rocznicą rosyjskie media nadają i drukują okolicznościowe programy i artykuły. Telewizja NTW wyemitowała film „Kto umoczył początek wojny?”. W znakomitym komentarzu świetnego rosyjskiego publicysty specjalizującego się w tematyce historycznej Borysa Sokołowa w internetowej gazecie „Grani” czytamy m.in.:

„Główna myśl autorów filmu jest prościutka: za katastrofę 22 czerwca nie należy obwiniać Stalina. Wszystkiemu winni są niewydarzeni dowódcy wojskowi. W filmie dementowana jest legenda o tym, że w latach 1937-1938 rozstrzelano 40 tys. oficerów Armii Czerwonej. Autorzy powołują się na bliskie realiom dane: około 10 tys. aresztowanych z przyczyn politycznych, spośród nich 1687 rozstrzelano w latach 1937-1940. Rozstrzelanych oczywiście szkoda, twierdzą historycy cytowani w filmie, ale szczególnie wielkiego uszczerbku te represje Armii Czerwonej nie przyniosły. Tymczasem naprawdę straty były o wiele większe: przecież z ponad 20 tysięcy oficerów, zwolnionych z armii z powodów politycznych lub narodowościowych, większość była potem aresztowana, dotyczyło to głównie osób niższych stopniem, a to znacznie osłabiło armię. Wielu z nich zostało potem rozstrzelanych, ale w statystykach figurowali oni już jako cywile, a nie wojskowi. Natomiast jeśli chodzi o oficerów wyższych stopniem, straty były kolosalne (…). Ogółem na skutek represji śmierć poniosły 802 osoby z najwyższego dowództwa. Armia Czerwona została niemal pozbawiona wyższego dowództwa.

Wcześniej została pozbawiona byłych carskich oficerów, w latach 1924-1936 byli oni zwolnieni ze służby (47 tys.), wielu z nich w latach późniejszych również poddano represjom i rozstrzelano. Dla porównania: w niemieckiej armii wszyscy dowódcy dywizji mieli doświadczenie wyniesione z I wojny światowej”. (…)

Nie tylko zdrada i panikarstwo były – jak chcą autorzy filmowego dzieła – przyczyną sromotnej klęski pierwszych miesięcy wojny. „Wedle autorów filmu, powodem niepowodzenia były odwieczne rosyjskie bałaganiarstwo i nadzieja na cud. Niewydarzeni generałowie i marszałkowie z powodu wrodzonego mazgajstwa nie wypełniali mądrych rozkazów towarzysza Stalina, przezornie troszczącego się o podniesienie gotowości bojowej wojsk. To z ich winy lotniska były niezamaskowane, czołgi niegotowe do walki, załogi nie umiały nimi jeździć, wojska były w ogóle źle rozmieszczone, a stanowiska artylerii nie miały amunicji. Jednym słowem, w Armii Czerwonej bałaganiarz na bałaganiarzu i bałaganiarzem pogania. (…) Stalin jest natomiast przedstawiony w filmie jako skuteczny menedżer, mądry wódz, tylko wykonawcy jego woli jacyś nieodpowiedni. Twórcy filmu sugerują, że Stalin doskonale wiedział, z jaką armią ma nacierać, a z jaką się bronić, przeto wszelkie twierdzenia, że chciał uderzyć na Hitlera, są nie na miejscu. (…)

(…) Słabość Armii Czerwonej wynikała przede wszystkim z sowieckiego systemu totalitarnego, stworzonego przez Stalina. Za wszystko odpowiedzialność ponosi więc Stalin. Za represje, kolektywizację, pogardę dla ludzkiego życia, działanie tylko na rozkaz z góry. Stalin nie potrzebował profesjonalnej armii, gdyż upatrywał w niej zagrożenie dla swojej nieograniczonej władzy, a masowego, źle wyszkolonego wojska, faktycznie pospolitego ruszenia, które wygrywać mogło tylko za cenę przelania morza krwi” (Borys Sokołow, Grani, 23.06.2008).

 

Przedstawianie Stalina jako zdolnego menedżera zaczyna najwyraźniej wchodzić w modę. Furda owo morze krwi, furda złamane losy ludzkie, furda głód i poniżenie – najważniejsze, że ZSRR stał się za czasów Stalina potęgą. Podobne przesłanie można wyczytać z podręcznika dla nauczycieli historii, zalecanego przez ministerstwo edukacji: za Stalina to i owo było niewłaściwe, ale wódz uczynił z kraju mocarstwo i wygrał wielką wojnę, miał łeb na karku. Kaganek oświaty z powiastką o mądrym wodzu, Józefie Wissarionowiczu, niesie teraz w lud telewizja, najważniejsza ze sztuk. Nie każdy potrafi jak Borys Sokołow przeciwstawić bredniom i przekłamaniom płynącym z ekranu rzetelną wiedzę. Propagandowy lukier znacznie szybciej przenika do krwiobiegu świadomości niż fakty i uczciwa, dogłębna ich interpretacja. Rosjanom serwuje się więc przerobioną przez inżynierów dusz papkę, która ma im poprawić nastrój. Refleksje i smutne wnioski nie pasują do optymistycznego putinowskiego hasła „wstawania z kolan”.

To już tyle lat

22 czerwca 1941 roku Niemcy napadły na Związek Radziecki, łamiąc pakt o nieagresji. Historycy rosyjscy toczą zaciekłe spory o to, dlaczego w pierwszych miesiącach wojny ZSRR dostawał od Niemców tak straszliwe cięgi. Jedni zbierają dowody potwierdzające tezę, że Stalina zaskoczył atak Niemców, gdyż do końca wierzył w ich lojalność, drudzy – że Stalin sam gotował się do natarcia na Hitlera, stąd dziwne jak na wojnę obronną rozmieszczenie jednostek, które nawet nie zdążyły poderwać się do walki. Oś sporu traktowana jest przez wielu jak linia frontu.

W związku z rocznicą na łamach prasy ukazują się okolicznościowe publikacje, temat ożywa. Choć tematyka historyczna obecna jest w dyskursie publicznym okrągły rok i nieustannie wykorzystywana jest też do bieżącej walki politycznej z resztą świata. Przytoczę dla przykładu urywek publikacji z wojskowego dodatku do dziennika „Niezawisimaja Gazieta”. To recenzja książki „Bitwy na froncie historycznym” Maksima Gariejewa: „Podważenie rezultatów II wojny światowej nazywa się przywracaniem prawdy historycznej. Ale prawda polega na tym, że powstałe dopiero w XX wieku niektóre kraje Europy Wschodniej i byłe kraje obozu socjalistycznego oraz ich patroni z Zachodu, wyłażą ze skóry, aby moralnie osłabić Rosję, oskarżyć ją o zbrodnie przeciwko ludzkości i żądać wypłaty mitycznych długów. A w perspektywie – zniszczyć Rosję, rozczłonkować ją na zależne terytoria. (…) Rola ZSRR [w zwycięstwie] jest tak wielka, że obecna Rosja ma prawo zajmować w dzisiejszym świecie wyjątkową pozycję.” Zdaniem autora recenzji i autora recenzowanej książki, w fałszowaniu historii zachodnim historykom pomagają „komercyjni historycy” z Rosji, którzy mają zdanie odrębne od „historyków patriotów”.

Co do wersji o początkach wojny recenzent cytuje Gariejewa, który uważa, że wersję o szykowanym przez Stalina „uderzeniu uprzedzającym” wymyślił Goebbels, a rozpropagował „pieriebieżczik” Wiktor Suworow. I w związku z tym nie z czym dyskutować.

Ton „patriotyczny”, prezentowany przez wyżej cytowanych autorów, jest często spotykany w rosyjskiej publicystyce i oficjalnej propagandzie. Czasem na ostro, czasem łagodniej. Na historycznym polu najtrudniej walczy się z mitologią. Wygląda na to, że z okopów sowieckich mitów nadal niechętnie wystawia się peryskop, przez który widać inne obrazki niż te propagowane „ku pokrzepieniu serc”, pokazujące tylko jedną – pozytywną, heroiczną – stronę medalu. Ciągle nie ma gotowości do zmierzenia się z tematami trudnymi, niepasującymi do bohaterskiej wersji wojny. Największe emocje wzbudzają w Rosji odmienne opinie o wojnie i roli Armii Radzieckiej prezentowane w byłych republikach radzieckich, szczególnie na Ukrainie.

Sami historycy przyznają, że nie znają tej wojny, że jeszcze wiele trzeba przebadać, bo w czasach ZSRR ujawniono tylko część archiwaliów, narzucono wygodną z politycznego punktu widzenia wersję, a wszystko obficie polano ideologicznym sosem, spod którego nie widać już prawdy nawet o dozwolonym wycinku. Ostatnio odtajniono wielką liczbę wojskowych dokumentów tamtych lat. Ale czy niedostępne do tej pory archiwalia pozwolą zweryfikować mitologię, skoro i dziś naklejono jej etykietkę jedynej słusznej prawdy?

A jaki jest stan wiedzy? Socjolodzy z Centrum Jurija Lewady zbadali, jak pamięć o wojnie żyje w obywatelach Rosji. Na pytanie, kto rozpętał wojnę, 88 proc. respondentów odpowiedziało, że Niemcy (w najmłodszej grupie pytanych takiej odpowiedzi udzieliło 82 proc.; 4 proc. jako winowajców wymieniło ZSRR). Jako głównodowodzącego Armii Czerwonej w czasie wojny 49 proc. wskazało Józefa Stalina, 26 proc. – marszałka Gieorgija Żukowa. Na pytania szczegółowe dotyczące najważniejszych wydarzeń Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (jak Rosjanie nazywają wojnę niemiecko-radziecką 1941-45, podkreślając niejako jej odrębność od II wojny światowej) prawidłowo potrafiło odpowiedzieć ok. 30 proc. badanych; najmniejszy odsetek prawidłowych odpowiedzi odnotowano w najmłodszej grupie.

 

 

Do przerwy 0:1, czyli Rosja w ćwierćfinale Euro

Najpierw były niemiłosierne baty. Rosja przegrała cztery do jednego w meczu z Hiszpanią. Hiszpanie brykali po boisku jak zachwycone źrebaki wśród pogubionych rosyjskich futbolistów. Selekcjoner drużyny Rosji Guus Hiddink załamywał ręce: „Zagraliśmy jak naiwniacy!”. Potem był trudny, ale zasłużenie wygrany mecz z Grecją. Podopieczni Hiddinka rozkręcali się z każdą minutą i coraz bardziej upodabniali się do hiszpańskich źrebaków. Wygrana z Grecją (jeden do zera) w rosyjskich sercach obudziła nadzieję na awans do ćwierćfinału. Trzeba było tylko wygrać z doświadczoną Szwecją, mającą o wiele wyższą pozycję w rankingu i grającą wyrachowany futbol. Niewielu dawało Rosjanom szanse na zwycięstwo. Tymczasem Rosjanie pokazali pazur: biegali szybko, kombinowali taktycznie, wykorzystywali sytuacje pod bramką tracących rezon Skandynawów. Zagrali z polotem, bez kompleksów, radośnie. Mecz był przyjemnym dla oka widowiskiem. Może w przeciwieństwie do wielu większych i mniejszych gwiazdorów piłkarskiego światka rosyjscy piłkarze nadal po prostu lubią grać w piłkę?

Rosja po raz pierwszy w historii Euro przeszła do ćwierćfinału (w 1988 r. sborna ZSRR doszła nawet do finału; przegrała z Holandią). Na ulicach centrum Moskwy i Petersburga hucznie przez całą noc świętowano zwycięstwo. Apetyty rosną.

I nie bez podstaw. Rosyjska drużyna ma najniższy wskaźnik wieku wśród wszystkich drużyn uczestniczących w mistrzostwach (23 lata), młodych, pełnych werwy graczy nie zmanierowało jeszcze piłkarskie piekiełko, trener wydaje się wiedzieć, co ma robić. A więc – przyszłość przed nimi. Ta dalsza zapewne. Bo w przyszłości bliższej w ćwierćfinale Rosja trafia na Holendrów, typowanych na zwycięzców turnieju.

W meczu ze Szwecją z trybun zagrzewał Rosjan do walki Piotr I i wspomnienie bitwy pod Połtawą, w której Piotr pokonał Szwedów. Jakie historyczne odniesienia zagrają podczas meczu z Holendrami? Piotr I nie bardzo się przyda – kochał Holandię i naśladował holenderskie wzorce. Poza tym Hiddink jest Holendrem. To będą dla niego podwójnie trudne chwile. Może nie będzie się cieszył, kiedy drużyna z jego historycznej ojczyzny straci gola? A może nie straci?

Jak to liczyć?

Od jakiegoś czasu w przemówieniach przywódców Rosji pojawiają się stwierdzenia o doskonałych wynikach rosyjskiej gospodarki, wzrost na wzroście – rośnie PKB, rosną dochody na głowę mieszkańca (inflacja też niestety rośnie, ale premier Putin obiecał ją zdusić, więc nie ma się czego bać), no i rosną ceny nośników energii. Prognozuje się, że w związku z tym wskaźniki będą rosły nadal. Od zadowolenia i satysfakcji z własnych dokonań przedstawiciele władzy przeszli ostatnio do formułowania celu: Rosja ma się stać już w najbliższych latach „światowym centrum finansowym”. Te słowa padły z ust prezydenta Dmitrija Miedwiediewa podczas czerwcowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu. Swoją optymistyczną prognozę prezydent oparł na świetnych wynikach w przyciąganiu do Rosji zagranicznego kapitału. Zeszłoroczny wynik faktycznie napawa optymizmem: 27 miliardów dolarów bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Rekord.

Rosyjski ekonomista Władimir Miłow, który z krytycyzmem patrzy na samochwalstwo elity politycznej (wraz z Borysem Niemcowem napisał kilka miesięcy temu obszerny raport o rządach Władimira Putina, w którym podawał w wątpliwość osiągnięcia ostatnich ośmiu lat w różnych dziedzinach), przyjrzał się dokładnie strukturze owych zagranicznych inwestycji. W internetowej „Gazecie.ru” napisał: „Wśród zwolenników ekipy rządzącej i cyników-inwestorów popularna jest opinia, że – mimo gadania o prawach człowieka i innych głupotach – biznes wierzy w Rosję Putina i jest gotowy w nią inwestować. Ale czy rzeczywiście w Rosji ma miejsce boom zagranicznych inwestycji? Skąd napłynęła okrągła suma 27 mld USD?

45 proc. tej kwoty, a więc mniej więcej 12,6 mld, stanowią inwestycje w wydobycie ropy i gazu, które napłynęły z Holandii. Czy znacie choć jedną holenderską firmę, która w zeszłym roku kupiłaby cokolwiek w Rosji w sferze paliwowo-energetycznej za taką kwotę? Wręcz przeciwnie – kompania Royal Dutch Shell była zmuszona ustąpić swoją część w projekcie „Sachalin-2” Gazpromowi. Za to Gazprom ma holenderskie spółki-córki (m.in. Gazprom Finance B.V. i Gazprom Netherland B.V.), które są wymienione jako nabywcy aktywów w projekcie „Sachalin-2”.

Drugie miejsce na liście inwestorów zajmuje Cypr. Czy warto tracić czas na wyjaśnienia, że pieniądze napływające do Rosji z Cypru są rosyjskie?

Policzmy: jeśli odjąć te rosyjskie inwestycje w rosyjską gospodarkę, które napłynęły z Holandii i Cypru, pozostaje kwota 9,5 mld USD. Z tym że 4 mld zostały zainwestowane nie w realny sektor gospodarki, a w nieruchomości, budownictwo, usługi, handel i sektor finansowy (takie inwestycje na ogół noszą krótkoterminowy charakter).

A więc pozostaje 5,5 mld USD bezpośrednich zagranicznych inwestycji. I nie można wykluczyć, że w tej kwocie też są „zaklęte” jakieś rosyjskie kapitały, zarejestrowane w Holandii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Luksemburgu.

W takim razie nie można mówić o żadnym boomie bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Rosji. A ekonomiści, którzy budują tezy o dynamice rozwoju gospodarki Rosji na podstawie danych o napływie inwestycji, tworzą nie wiarygodne prognozy, a bańki mydlane. Bo zagraniczni inwestorzy nadal nie kochają Rosji. Przyczyna? Zły klimat inwestycyjny i ekspansja państwa w sferę ekonomii, co zamknęło najważniejsze sektory dla inwestorów z zagranicy. Z zagranicy napływa kapitał spekulacyjny oraz wracają kapitały wywiezione przez Rosjan do rajów podatkowych w ubiegłych latach. A to, że rosyjscy biznesmeni wolą inwestować w Rosji nie bezpośrednio, a za pośrednictwem stref off-shore, mówi o ich fundamentalnym braku zaufania do rosyjskich instytucji, przede wszystkim – braku gwarancji praw własności”.

We wspomnianym przemówieniu Dmitrij Miedwiediew zachwalał jeszcze wiele walorów rosyjskiego rynku i snuł plany zastąpienia dolara rublem na światowym rynku finansowym. Wydaje się, że jednak trochę na wyrost.

Grzeczni chłopcy z Petersburga

Piątek trzynastego okazał się pechowym dniem dla dwudziestu ludzi, mieszkających w pięknych okolicznościach przyrody w Hiszpanii. Wielu z zatrzymanych pochodzi z Rosji. Zarzuca się im m.in.: pranie brudnych pieniędzy, nielegalny handel bronią i narkotykami, zabójstwa, sutenerstwo, fałszowanie dokumentów i malwersacje finansowe – czyli zestaw firmowy struktur mafijnych. Akcja połączonych sił policyjnych Hiszpanii, USA, Niemiec, Rosji i Szwajcarii nosiła romantyczny kryptonim „Trojka”. Operację przygotowywano od dwóch lat. W trakcie śledztwa wyjawiono ponad 500 kont bankowych, przez które „płukano” mafijną kasę. Aresztowano na nich ok. 12-15 mln euro.

Wiadomość o zatrzymaniu członków zorganizowanej grupy przestępczej podały wszystkie kanały rosyjskiej telewizji w głównych wydaniach programach informacyjnych. Pokazano migawki z luksusowych dzielnic nadmorskich kurortów Costa del Sol i spokojnych apartamentowców Walencji, z których wyprowadzono zakutych w kajdanki podejrzanych.

Kim są zatrzymani? To m.in. cieszący się estymą rosyjski przedsiębiorca Giennadij Pietrow; dawny „autorytet” (boss) jednej z najważniejszych grup mafijnych Petersburga (wcześniej Leningradu) Aleksandr Małyszew (nosi obecnie nazwisko piątej żony, Gonzales); Leonid Christoforow (dwukrotnie odsiadywał wyroki za zabójstwa; był podejrzany o współudział w zabójstwie znanej rosyjskiej deputowanej Galiny Starowojtowej).

A kim byli w romantycznej przeszłości? W petersburskich gazetach można znaleźć wspomnienia z „bandyckiego Petersburga”: „Światek sportowy, który zaczął pod koniec lat 80. podporządkowywać sobie kolejne dzielnice Leningradu, zimą 1987 roku rozpadł się na dwie grupy: „tambowskich” i „małyszewskich”. Wtedy na bazarku koło stacji metra Diewiatkino niejaki Brojler, należący do grupy Małyszewa, zabił z powodu skórzanej kurtki chłopaka z grupy tambowskiej”. Wybuchła krwawa wojna gangów, która doprowadziła do trwałego podziału. Wtedy w grupie Małyszewa pojawił się nikomu nieznany Giennadij Pietrow, który świeżo wyszedł z „więźnia”. Razem zaczęli prowadzić biznesy. Na początku lat 90. obaj zostali aresztowani, odsiedzieli niewielkie wyroki (prokuratorom nie udało się doprowadzić do skazania ich za cięższe przestępstwa, udowodniono im jedynie drobne grzeszki). Tymczasem „tambowscy”, którzy wygrali wojnę gangów z osłabionymi „małyszewskimi”, z powodzeniem legalizowali mafijne biznesy, przekształcili grupę przestępczą w grupę biznesową i umocnili się w regionalnych strukturach paliwowych, na rynku nieruchomości, zakładach mięsnych.

Po wyjściu na wolność Aleksandr Małyszew zamieszkał w Maladze (przedtem zaliczył jeszcze nieprzyjemny incydent w Niemczech – zatrzymano go za podrobione dokumenty, na podstawie których otrzymał obywatelstwo Estonii); interesami w Petersburgu zarządzał przez pośredników. Pietrow został w kraju. Okazał się bardzo pomysłowym przedsiębiorcą, obrastał w ciekawe powiązania, wykorzystywał je umiejętnie przy budowaniu biznesu. W ostatnich latach stał się znanym w stołecznych kręgach biznesowych przedsiębiorcą, jego aktywa nieoficjalnie ocenia się na miliard zielonych. Prasa nie ujawnia, w jakich sferach kręcą się te pieniądze, ale dobrze poinformowane osoby zapewniają, że interesy są w pełni legalne. Syn Pietrowa, Anton jest współwłaścicielem petersburskiej sieci sklepów jubilerskich „585” (według jednej z gazet, drugim wspólnikiem jest córka lub kuzynka Małyszewa).

„El Pais” i inne hiszpańskie media zwracają ponadto uwagę, że Pietrow i spółka inwestowali w Hiszpanii środki KGB i KPZR (jeszcze w latach 90.); korzystali ponoć z układów ze skorumpowanymi funkcjonariuszami rosyjskich organów ścigania i służb specjalnych, dzięki czemu byli kryci. Śledztwo zbada również tę stronę aktywności niegdysiejszych gangsterów z Petersburga i okolic.

Zatrzymani są obecnie przesłuchiwani.

Kto jest spadkobiercą Romanowa?

W wieku 85 lat zmarł w Petersburgu Grigorij Romanow, pierwszy sekretarz leningradzkiego komitetu obwodowego partii komunistycznej w latach 1970-1983. Ostatnie lata spędził z daleka od życia publicznego; prezydent Jelcyn przyznał mu specjalną emeryturę „za wybitny wkład w rozwój przemysłu maszynowego i obronnego”.

Romanow był uważany za partyjną konserwę, najtwardszy ideologiczny beton. Po śmierci Jurija Andropowa był – obok Michaiła Gorbaczowa – najpoważniejszym kandydatem do objęcia najważniejszego stanowiska w Kraju Rad. Wtedy wybrano jednak jeszcze na krótki okres „dożynek” schorowanego Konstantina Czernienkę. Był gensekiem przez rok. Później nastąpiła gorbaczowowska era pierestrojki.

Romanow był przeciwieństwem innowacji. Chodziły o nim kuluarowe legendy – prasa zachodnia pisała, że wesele jego córki odbyło się w carskim pałacu Taurydzkim na carskiej zastawie, co więcej – kielichy Romanowów (nomen omen) tłuczono o posadzki na szczęście. Romanow dementował te sensacje, był raczej zwolennikiem skromnego życia zgodnego z „kodeksem ideowego leninowca”. Jego współpracownicy wspominają, że trzymał wszystko za gardło żelazną ręką. On sam w zeszłorocznym wywiadzie dla pisma „Russkaja Żyzń” tak mówił o okresie swojej pracy w Leningradzie: „Z przejawami antysowieckich nastrojów rzeczywiście walczyłem pryncypialnie. Pomagali mi w tym funkcjonariusze KGB, również osobiście Wiktor Czerkiesow (bliski przyjaciel Władimira Putina). Na niego też się skarżono, że dusi wszystko, co postępowe. Nie żadne tam postępowe, a po prostu antysowieckie – między tymi pojęciami istnieje wielka różnica”.

Ciekawy aspekt rządów Grigorija Romanowa pokazuje Siergiej Szelin w internetowej „Gazecie.ru”: „W czasach Romanowa w Leningradzie dorastali i zdobywali wyższe wykształcenie ci, którzy dziś rządzą Rosją. Dmitrij Miedwiediew już nie należy do tego pokolenia: w czasach, kiedy rządził Romanow, Miedwiediew był dzieckiem”. Mowa tu o pokoleniu Putina. Dorastało ono w czasie ostatniego stadium operacji przekształcania byłego carskiego, mocarstwowego Petersburga w sowiecki Leningrad. Operacja zaczęła się nie za czasów Romanowa, ale właśnie za jego rządów osiągnęła szczyt. „Styl późnego Leningradu – to dzikie połączenie wszechogarniającej szarości i technokracji. Z jednej strony – każda próba samodzielnego myślenia duszona była żelazną ręką, z drugiej – wszelkie myślenie na praktyczne tematy, pod kontrolą, było nawet mile widziane. To właśnie za czasów Romanowa Leningrad otrzymał ogromne inwestycje przemysłowe”. Leningrad miał znacznie mniej niż Moskwa kontaktów z zagranicą, o wiele mniej interesujących z punktu widzenia kariery posad – tu nie kształcono ani dyplomatów, ani pracowników handlu zagranicznego. Natomiast Leningrad kształcił kadry w innych dziedzinach, nawet na elitarnych uczelniach (gł. uniwersytecie) mogły pobierać nauki nie tylko dzieci partyjnych bossów czy potomkowie petersburskiej inteligencji, ale także ludzie z rodzin wojskowych (Anatolij Czubajs, Aleksiej Kudrin) czy pochodzący z „ludu”, którzy dalszą karierę związali ze służbami specjalnymi (Władimir Putin, Igor Sieczin, Siergiej Iwanow). „Leningrad Romanowa, przymusowo zdegradowane do roli prowincji megapolis, zrodził specyficznych ludzi, ludzi z ukrytymi głęboko ambicjami, z poczuciem krzywdy, często doskonale wykształconych i nastawionych na osiąganie celu. A te cele były różne. Ludzie ci świadomie rezygnowali z protestu jako formy wyrażenia niezadowolenia –  kilka wybitych poprzednich pokoleń dobrze tu zapamiętano. Wysoko cenione były: sumienna praca na rzecz państwa, zdolności adaptacyjne, dyscyplina, pogarda dla moskiewskiej zaradności”. W Leningradzie Romanowa działał też artystyczny underground, który nic sobie nie robił z oficjalnego stylu. Po rozpadzie ZSRR „pitercy” zaczęli brać specyficzny odwet za tamte lata, kiedy Leningrad zepchnięty był na przegrane pozycje. Szeroką ławą zajęli miejsca we władzach centralnych (jeszcze za czasów Jelcyna). „Ludzie ci, którzy w czasach Romanowa poznali do bólu odcięcie od świata, od powietrza, od możliwości robienia kariery, nawet gdy byli wrogo do siebie nastawieni, potrafili stworzyć wspierające się wzajem klany i koterie, a potem w różnym stopniu zachorowali na społeczny daltonizm, oduczyli się rozróżniać kolory życia społecznego. Obecnie wielu z tych ludzi ma swój szczytowy moment kariery za sobą. Chciałoby się wierzyć, że podobnie jak inne rezerwy, tak i ta rezerwa kadrowa ludzi z romanowowskiego Leningradu też się kiedyś wyczerpie”.

Ale teraz, kiedy jeszcze się nie wyczerpała, warto się jej przyjrzeć i pod takim kątem.

Z gazrurką po Europie

Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew pierwszą europejską wizytę zagraniczną złożył w Niemczech. Kilka dni wcześniej premier Władimir Putin z prezydenckimi honorami był przyjmowany we Francji. W języku dyplomacji oznacza to, że Moskwa uważa te dwa kraje za kluczowe na kontynencie (szczególnie w kontekście swojej polityki). W języku bieżącego pragmatyzmu to oznacza, że Rosja pragnie wysondować, czy oba te kraje nadal będą powstrzymywać marsz NATO na wschód. Zachód z kolei chce wysondować, czy nowy prezydent Rosji zamierza odejść od kursu polityki zagranicznej prowadzonego przez poprzednika.

Wielu zachodnich komentatorów dopatruje się w Miedwiediewie – czy może raczej chciałoby się dopatrzyć – światłego liberała o prozachodnich poglądach i dążeniach. Z wielką uwagą słuchano zatem wystąpienia Miedwiediewa w Berlinie. Miało ono formę mniej drapieżną niż słynne przemówienie Putina z Monachium, kiedy stalowym głosem zagroził on powrotem zimnej wojny.

Dmitrij Anatoljewicz jest dobrze wychowany, wykształcony, ogładzony, panuje nad głosem, używa literackiego języka, dalekiego od wybryków słownych poprzednika.

Przyjrzyjmy się po kolei, czy za łagodną formą stoją równie zmiękczjące treści, zwiastujące odwilż.

Nawoływał do zbudowania nowego ładu w Europie, bo skoro nasi przodkowie „i to w czasie trwania zimnej wojny” (prezydencki palec wskazujący wzniesiony wieloznacznie do góry) potrafili się dogadać, to my powinniśmy tym bardziej. W latach 70. potrzebny był traktat bezpieczeństwa, bo Europa podzielona na dwie – należące do wrogich obozów polityczno-militarnych – strefy chciała wypracować jakąś formułę współpracy, Moskwie zależało na kontrolowanym uchyleniu żelaznej kurtyny i zademonstrowaniu siebie jako architekta pokoju. Teraz Moskwa walczy o to, by NATO wreszcie się uspokoiło i nie chciało przyjmować państw postradzieckich. I negatywnie ocenia plany zbudowania tarczy przeciwrakietowej.

Miedwiediew próbował przekonać słuchaczy, że era bloków militarnych minęła i NATO straciło rację bytu. A wszystkie nasze ziemskie sprawy można przeprowadzić przez ONZ (Rosja jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa i dysponuje prawem weta). Zaproponował wypracowanie „obowiązującego pod względem prawnym traktatu o bezpieczeństwie w Europie”. Co kryje się pod tą formułą? Nie bardzo wiadomo. Czy to zawoalowany warunek postawiony rozszerzającemu się wbrew woli Moskwy NATO? Czy może chodzi o to, by tym nowym „niby-KBWE” ograniczyć NATO, wprowadzając jakieś limity uzbrojenia – być może Moskwie zależy na tym, by w ten sposób zagwarantować sobie, że NATO w Europie nie osiągnie przewagi militarnej? Takich pytań można postawić wiele. Mgławicowość formuły Miedwiediewa pozwala domyślać się wszystkiego. I na razie nie jest niczym więcej – tylko mgławicą.

NATO w ogóle powoduje wielkie rozdrażnienie nowego gospodarza Kremla i spółki. Zwłaszcza gdy chce się rozszerzyć o Gruzję i Ukrainę. Miedwiediew w berlińskim przemówieniu zasugerował, że stosunki sojuszu z Moskwą z tego powodu na długo ulegną ostudzeniu. Czym Moskwa może studzić NATO? Może wycofać swoje wsparcie dla operacji w Afganistanie. Z tym że to strzał w stopę: operacja sojuszu pozwala rosyjskim politykom spać spokojnie i nie obawiać się ataku na rosyjskie terytorium i terytorium postradzieckich republik środkowoazjatyckich.

Zamiast psuć stosunki z NATO, lepiej przemówić do rozumu Ukrainie, odwołując się do wrażliwej sfery uzależnienia energetycznego. Dzień po berlińskim wykładzie, Dmitrij Miedwiediew na szczycie WNP w Petersburgu usadził prezydenta Ukrainy zapowiedzią dwukrotnej podwyżki cen gazu. Juszczenko nie był łaskaw zrozumieć, że nie może myśleć o integracji ze strukturami euroatlantyckimi i nieprzedłużaniu umowy o warunkach stacjonowania Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, więc Miedwiediew zaczął mu to wybijać z głowy gazrurką.

Ale wróćmy jeszcze do Berlina i do konkretnej gazrurki, która niepokoi prezydenta Miedwiediewa. Niepokoi, bo miała powstać, a nie powstaje. Gazociąg Północny po dnie Bałtyku – polityczny projekt Putina-Schroedera – buksuje. Dmitrij Anatoljewicz przyjechał do pani kanclerz Merkel przekonać ją do zwiększenia aktywności. Czytaj: zwiększenia niemieckich nacisków na nieprzejednanych Skandynawów, Bałtów i Polaków, którzy ciagle nie wierzą w czystość zamiarów biznesowych Moskwy, dopatrując się w rurociągu polityki, a na dodatek podają w wątpliwość, czy gazociąg spełnia normy ekologiczne. Prezydent Miedwiediew nie może wybijać tych wątpliwości z głowy gazrurką, jak Wiktorowi Juszczence, więc na razie próbuje przekonać zachodnich partnerów, że jest zwolennikiem praworządności i wolności słowa.

Dmitrij Miedwiediew po raz kolejny wygłosił słuszne słowa o konieczności oczyszczenia i zreformowania systemu sądowego w Rosji, wyrugowania „nihilizmu prawnego” i opowiedział się po stronie wolnych mediów.

Wielu ludzi spodziewało się, że za tymi okrągłymi formułkami kryje się choćby chęć uregulowania sprawy Michaiła Chodorkowskiego (kanclerz Angela Merkel poruszyła tę kwestię w rozmowie z rosyjskim gościem) czy zdjęcia knebla z telewizji. Na razie jednak nic nie wskazuje na zmianę. „Chodorkowski może złożyć prośbę o ułaskawienie” – odparł prezydent na pytanie dziennikarzy. Chodorkowski mógł napisać prośbę zaraz po opuszczeniu sali rozpraw. Takiej zbawiennej rady udzielał mu zresztą słynący z zapędów do ułaskawień Władimir Putin. Rzecz w tym, że składając wniosek o ułaskawienie skazany tym samym przyznaje się do winy. Tymczasem Chodorkowski uznaje się za prześladowanego z powodów politycznych i niewinnie skazanego.

Co do telewizji prezydent zaprezentował niedawno wielką sympatię do tego medium (rosyjska telewizja zrobiła wielki postęp techniczny, jest nowoczesna; o propagandzie i cenzurze ani słowa). Nikła jest więc nadzieja, że drapujący się w liberalne szaty na użytek zachodni Dmitrij Miedwiediew zechce zlikwidować „telefoniczne prawo prasowe” czy „stop-listy”, zakazujące pokazywania się na ekranie osobom, które mają niewyparzony język.

 

Ta dzisiejsza młodzież

Wiele osób na pytanie, czy Rosja ma szanse zmienić się i zrównać w poziomie życia i standardach demokracji z Zachodem, odpowiada, że jak najbardziej ma. Dlaczego? Bo młodzież – żyjąca już w wolnej Rosji, nie pamiętająca jarzma sowieckiego komunizmu, przywiązana do swobód obywatelskich, otwarta na świat – stanie się lokomotywą rozwoju kraju.

W tym kontekście warto zapoznać się z opracowaniem Instytutu Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk, który wczoraj przedstawiono w Dumie Państwowej podczas przesłuchań poświęconych zagadnieniom duchowo-moralnego wychowania młodzieży. Ponad połowa badanych młodych ludzi zadeklarowała, że dla osiągnięcia sukcesu jest gotowa pogwałcić normy moralne. Młodzi Rosjanie przyznają, że „nie uważają za rzeczy naganne: wzbogacenia się kosztem innych, chamstwa, pijaństwa, przekazania i przyjęcia łapówki, dokonania aborcji, publicznego okazania nieprzyjaznych uczuć wobec ludzi innych narodowości czy o innym kolorze skóry”. Jewgienij Jurjew, który referował deputowanym temat, dodał, że pod względem liczby aborcji, liczby porzuconych dzieci i śmiertelności na skutek nadużywania alkoholu Rosja zajmuje niechlubne pierwsze miejsce na świecie. Według Jurjewa, receptą na te bolączki jest wspieranie przez państwo „tradycyjnej rosyjskiej klasycznej kultury, reanimacja komponentu wychowawczego w pracy szkoły, rozwój systemu edukacji”. Wskazane jest także odizolowanie małoletnich od narkotyków, alkoholu i papierosów, ochrona przed seksualnym wykorzystywaniem, przed wpływem sekt, destrukcyjnych subkultur młodzieżowych, wyrugowanie z mediów treści brutalnych i nieprzyzwoitych.

Czy to wystarczy?

Można się pocieszać, że druga połowa rosyjskiej młodzieży jest za przestrzeganiem norm moralnych. Może to wystarczy.

 

Zrównoważony stosunek do rozwiązywania problemów

Rosyjska Akademia Nauk (RAN) pomiędzy Scyllą przedłużającego się kryzysu a Charybdą nacisków politycznych.

Premier Putin przybył wczoraj (przed wyjazdem do Francji) na zgromadzenie ogólne RAN i obiecał, że podniesie pensje naukowcom i sypnie grosza na niektóre programy, zwłaszcza te, które mają stać się lokomotywą postępu i innowacyjności krajowej gospodarki. Świetny pomysł – naukowcom trzeba godziwie płacić. Eksperci jednak zgodnie uznali, że dodatkowe „wrzutki finansowe” z budżetu nie uleczą sytuacji. Kryzys kadrowy trwa nie od dziś i nie skończy się jutro. W ciągu ostatnich kilkunastu lat za granicę (przeważnie do USA) wyjechał tak liczny zastęp rosyjskich uczonych, że tego ubytku nie załatają w bliższej, a także dalszej perspektywie nawet najlepsze programy pana premiera. Jeden z komentatorów przytoczył znamienną anegdotę o światowej sławy rosyjskim matematyku. W czasie, kiedy większość kolegów naukowców pakowała walizki i odlatywała za ocean, profesor Margulis nadal pracował w Moskwie. „Dlaczego nie wyjeżdżasz?” – pytali go znajomi. „Bo tutaj na uniwersytecie przejdę się po korytarzu, pogadam z tym i owym, wszystkich specjalistów mam na miejscu. Czegoś takiego w świecie nigdzie nie ma” – odpowiadał Margulis. Po jakimś czasie profesor postanowił jednak wyjechać do Stanów. „Dlaczego wyjeżdżasz?” – spytali przyjaciele. „Bo teraz na uniwersytecie nie mam już z kim pogadać”.

Czy rosyjska nauka ma szanse odbić się od dna i w przyszłości stać się konkurencją dla dzisiejszych światowych lokomotyw? Na to pytanie specjaliści odpowiadają z powątpiewaniem. A publicyści dodają od siebie, że na razie na uniwersyteckich korytarzach nadal nie ma z kim pogadać o przedmiocie.

Może osobą, która wznieci iskry w środowisku naukowym i popchnie na właściwe tory postępu zadyszaną lokomotywę rosyjskiej nauki, będzie ekskanclerz RFN Gerhard Schroeder? Właśnie został przyjęty w poczet członków-korespondentów RAN „za zrównoważony stosunek do rozwiązywania problemów ekonomicznych” (zapewne głównie chodzi o zrównoważony stosunek do budowy gazociągu po dnie Bałtyku – Schroeder stanął na czele konsorcjum Nord Stream, mającego zbudować rurociąg z Rosji do Niemiec).

Jednych przyjmują, innych chcą się pozbyć. Akademik Strachow wystąpił z wnioskiem o wykluczenie z grona akademików członka-korespondenta RAN, Borysa Bieriezowskiego, niegdyś wszechmocnego, bliskiego Kremlowi oligarchy, dziś emigranta politycznego, który na noże walczy z Putinem. Strachow przypomniał, że wobec Bieriezowskiego toczy się 11 postępowań karnych, a to czynnik dyskwalifikujący. Tymczasem zgodnie ze statutem, członkiem akademii zostaje się dożywotnio. „Albo dajcie nowe klocki, albo zmieńcie ten obrazek” – żeby pozbyć się Bieriezowskiego, trzeba będzie zmienić statut.

Polityczne emocje towarzyszyły też głosowaniu nad kandydaturą profesora Michaiła Kowalczuka, który nie będąc akademikiem (jest członkiem-korespondentem, a nie członkiem rzeczywistym) przez ostatni rok był p.o. wiceprzewodniczącym RAN  – z pogwałceniem statutu RAN, który nie przewiduje tak wysokiego stanowiska dla kogoś, kto nie jest rzeczywistym członkiem akademii. Profesor Kowalczuk patronował programom nanotechnologicznym. Nanotechnologie to ulubiony konik najwyższych władz państwowych, które lansują tę dziedzinę jako panaceum na wszystkie bolączki technologiczne kraju i traktują jako świetlany cel badań naukowych. Michaił Kowalczuk, który jest bratem Jurija Kowalczuka, bankiera uważanego za bliskiego przyjaciela Władimira Putina, miał zapewne kontrolować pieniądze płynące z budżetu na nanotechnologie (kwoty wielokrotnie przewyższające budżet całej RAN). W dzisiejszym głosowaniu Michaił Kowalczuk nie uzyskał jednak odpowiedniej liczby głosów i nie został członkiem rzeczywistym. Akademicy pozbawili go zatem możliwości zajmowania dotychczasowego stanowiska. A więc i możliwości zajęcia stanowiska przewodniczącego (na co miałby szanse, gdyby został akademikiem), o czym spekulowano przed zgromadzeniem. Jak widać, środowisko naukowe nie jest skłonne realizować bezszmerowo wszystkich „zamówień” politycznej góry.