Pedicure dla smoka

28 czerwca. Rosja spektakularnie wygrała głosowanie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (ZPRE), po którym rosyjska delegacja mogła powrócić do pełni praw w tej instytucji.

Przypomnę: w 2014 r. po aneksji Krymu i agresji na wschodnią Ukrainę rosyjska delegacja w Zgromadzeniu została pozbawiona prawa głosu za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Kreml się obraził, a następnie zaczął grę dyplomatyczną, mającą na celu stopniowe rozmiękczanie stanowiska ZPRE odnośnie pełnoprawnego powrotu Rosji na salę obrad. W nocy z 24 na 25 czerwca w Strasburgu ZPRE przyjęło rezolucję dotyczącą reformy mechanizmu wykorzystania sankcji wobec państw uczestników. Dało to podstawę do przywrócenia pełni praw rosyjskiej delegacji. Głos za rezolucją oddało 118 delegatów, przeciwko głosowało 62, od głosu wstrzymało się 15.

„Europejscy delegaci zrobili pedicure rosyjskiemu smokowi” – napisał sowiecki i rosyjski dysydent Aleksandr Podrabinek. Bo też faktycznie – w rosyjskiej polityce wobec Ukrainy (i Europy) nic się zmieniło, Rosja nie zweryfikowała tego, co jej zarzucała zachodnia społeczność, to znaczy nie oddała Krymu, nie wycofała się z Donbasu, nadal łamie prawo międzynarodowe, a ZPRE – proszę bardzo – przywróciło status quo ante. Listkiem figowym mającym przykryć wstydliwe miejsce jest postanowienie, że najdalej do kwietnia 2020 r. komitet monitorujący przedstawi ZPRE sprawozdanie, czy Rosja wypełniła pięć zaleceń (zwolni 24 ukraińskich marynarzy, zapłaci zaległe składki do budżetu Rady Europy, będzie współpracować ze śledztwem wyjaśniającym okoliczności zestrzelenia samolotu Maleysian Airlines nad Donbasem, zaniecha prześladowania gejów, w szczególności w Czeczenii, będzie współpracować w śledztwie w sprawie śmierci Borysa Niemcowa).

Rosyjska delegacja (w tym sześciu jej członków objętych europejskimi sankcjami) z przyjemnością zajęła miejsca na sali plenarnej. A następnie oznajmiła, że powinni tu wrócić także delegaci wybrani na Krymie. Jak to w rosyjskich bajkach politycznych bywa, mała grzeczność Europy została odczytana przez Rosję jako słabość i pociągnęła za sobą eskalację żądań. Na fatalną decyzję ZPRE zareagowała Ukraina, która odwołała delegację „na konsultacje”. Sześć innych delegacji – w tym Polska – opuściło posiedzenie.

Na stronie Carnegie Andriej Kortunow napisał: „Spór w ZPRE zdarzył się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Jego ostra faza przypadła na czas wyborów do Parlamentu Europejskiego, zmiana władzy w Kijowie i politycznych zmian w kilku krajach europejskich. Na kolejnym zakręcie europejskiej historii ponownie stanęło pytanie: jak budować – lub nie budować – stosunki z Moskwą. W ZPRE odbyła się polemika o przyszłym miejscu Rosji w Europie. […] Dwie strony tego sporu można podzielić na pragmatyków i sceptyków. Pragmatycy zostaną przez oponentów nazwani kolaboracjonistami lub pożytecznymi idiotami Putina, z kolei sceptykom przyklejona zostanie łatka rusofobów i nieodpowiedzialnych politykierów”.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami. Stanisław Dmitrijewski napisał w swoim FB: „A zatem można anektować terytoria sąsiednich państw, rozpętywać agresywne wojny, zestrzeliwać pasażerskie samoloty, wysyłać kilerów za granicę, stosować represje wobec opozycji, masowo stosować tortury wobec własnych obywateli… i być jednocześnie członkiem Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. A może należałby zaprosić do ZPRE Koreę Północną? Chociaż nie, oni jeszcze nie zasłużyli: ani nie zagarnęli obcych terytoriów, ani nie rozpętali wojny, na razie tylko grożą. Jak przejdą od słów do czynów, zaprosimy”. Gorzkie rozważania dodał i Ilja Wajcman: „Teraz przynajmniej wiemy, na czym polegają europejskie wartości. […] 33 mln euro rocznie. Taka jest cena. Tyle Rosja płaciła w charakterze składek, gdy za napaść na Ukrainę została wyrzucana z posiedzeń ZPRE. Pecunia non olet”.

Już nie pierwszy raz w historii zachodniej dyplomacji wydaje się, że uspokoić agresora można łagodnością i układami – zwraca uwagę socjolog Igor Ejdman. – Zachodnie państwa liczą na to, że poprzez ustępstwa i kompromisy można agresora powstrzymać. Zamykając oczy na agresję reżimu putinowskiego (oskarżając go tylko słownie), mają nadzieję na to, że ambicje Putina zostaną zaspokojone kosztem słabszych państw (np. Ukrainy). „Zastosowałem prosty zabieg, pisząc te słowa. W haśle Wikipedii o polityce Anglii i Francji przed II wojną światową zamieniłem tylko hitlerowskie Niemcy na reżim Putinowski, Austrię i Czechosłowację na Ukrainę, czas przeszły na czas teraźniejszy. Reszta zgadza się co do joty. Strach pomyśleć, że ta krótkowzroczna i tchórzliwa polityka jak i poprzednim razem, zakończy się katastrofą”.

Cytowany już powyżej Aleksandr Podrabinek: „To tylko na pierwszy rzut oka może się wydać, że powrót Rosji do ZPRE ma charakter formalny i nie okaże poważnego wpływu na europejską politykę. Okaże i to niemały. Chodzi nie tylko o to, że putinowscy wysłannicy […] otrzymają nową platformę dla swojej kłamliwej propagandy. To byłoby pół biedy. Gorsze jest to, że autorytarny rosyjski reżim znacznie się wzmacnia w rezultacie takich decyzji. A jako taki coraz bezczelniej będzie się mieszać do polityki, również wewnętrznej polityki państw europejskich. Wybaczyli nam już Krym i Donbas? No to idziemy po was. Najpierw Białoruś i północny Kazachstan, a potem państwa bałtyckie, lewobrzeżna Mołdawia, a potem jeszcze rdzenne ziemie rosyjskie – Polska i Finlandia”.

O tym, że Kreml postanowił iść za ciosem i wykorzystać zamieszanie w Europie, o którym pisał Kortunow, świadczyć może ostatni wywiad Putina dla „Financial Times”. Ale o tym w następnym odcinku.

4 myśli w temacie “Pedicure dla smoka

  1. Yebyevdenko

    Analiza techniczna znakomita, ocena moralna słuszna, ale po analizie i ocenie w końcu coś trzeba zrobić albo czegoś nie robić. Jakie praktyczne wskazówki dałaby Pani polskim politykom, co zresztą może Pani czyni jako osoba na kierowniczym stanowisku w powołanej do tego instytucji? Czy Polska dobrze robi wszczynając awanturę w towarzystwie tak silnych i dojrzałych demokracji, jak Gruzja i kraje Pribałtiki, czy też powinna wesprzeć zgodne stanowisko wszystkich głównych i większości pomniejszych państw Unii, z naszym największym sojusznikiem na czele? Albo chociaż skorzystać z okazji i siedzieć cicho, nie narażając się na kpiny z „osła trojańskiego”? Czy naprawdę nie widać jeszcze, że Francja, Włochy, bracia Czesi, nie wspominając o tradycyjnie prorosyjskich krajach południa Europy, a przede wszystkim Niemcy ZAWSZE będą widzieć w Rosji partnera w interesach i nie tylko? Rosja to siła militarna, ważne dla Europy surowce energetyczne itp., ale także – proszę mi wierzyć, zresztą wie to Pani na pewno dobrze – kraj o większej „soft power” niż tu się u nas sądzi.

    Pytanie nie jest retoryczne. Są racje, dla których warto poświęcić interesy, ale czy jesteśmy pewni, że Ukraina to jest właśnie ta racja?

    Odpowiedz
  2. Anna Łabuszewska

    Szanowny Czytelniku Yebyevdenko!
    Dziękuję za komentarz. Żałuję, ale nie mogę się odnieść do Pańskich pytań o polską politykę.
    Serdecznie pozdrawiam
    Anna Łabuszewska

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *