Archiwa autora: annalabuszewska

Przed obliczem Temidy. Tragedia MH17, część 3

26 lipca. Kończę trzyczęściowy cykl w związku z rocznicą zestrzelenia samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Dziś o tym, czy możliwe będzie skuteczne pociągnięcie do odpowiedzialności podejrzanych o spowodowanie katastrofy lotniczej i śmierci 298 osób oraz o aspektach nie tyle politycznych, ile psychologicznych podejścia rosyjskich władz do zagadnienia.

Proces karny w sprawie katastrofy malezyjskiego samolotu powinien się rozpocząć 9 marca 2020 roku w Holandii – większość pasażerów feralnego rejsu stanowili obywatele tego kraju, ponadto właśnie w Holandii prowadzone jest międzynarodowe śledztwo. Jak poinformowała rozgłośnia Deutsche Welle, sprawa trafiła już do sądu okręgowego w Hadze (to holenderski sąd, a nie międzynarodowy trybunał – Rosja storpedowała swego czasu w ONZ rezolucję powołującą międzynarodowy trybunał, dlatego sprawa pozostaje w jurysdykcji sądu krajowego), przy czym rozprawy toczyć się będą nie w samej Hadze, a na terenie lotniska Schiphol pod Amsterdamem – siedziba sądu okręgowegoze jest za mała na tak wielkie przedsięwzięcie, jakim będzie proces sprawców zestrzelenia MH17. Proces będzie miał charakter otwarty, będzie można przyjść na salę rozpraw lub obserwować to, co się dzieje w sądzie, dzięki transmisji. Międzynarodowa Grupa Śledcza JIT ogłosiła niedawno nazwiska czterech podejrzanych: Igor Girkin (vel Striełkow), generał Siergiej Dubinski (pseudonim Chmuryj, czyli Ponury), pułkownik Oleg Pułatow (wszyscy wymienieni są obywatelami Rosji) oraz Leonid Charczenko (pseudonim Kret) – obywatel Ukrainy. JIT zapowiada, że najpóźniej jesienią opublikuje kolejne nazwiska. Poza Pułatowem nikt nie przyznaje się do winy. Jest więcej niż prawdopodobne, że podejrzani nie stawią się przed obliczem sądu w Hadze. Holenderski sąd może ich jednak sądzić zaocznie.

Sąd rozstrzygnie, czy przedstawione dowody winy oskarżonych są bezsporne. JIT twierdzi, że dotarła do takich dowodów: to zdjęcia satelitarne, zeznania świadków, fragmenty rakiety i inne dowody, świadczące o tym, że samolot został zestrzelony przez zestaw Buk należący do rosyjskiej brygady wojsk rakietowych; Buk wjechał z Rosji na obszar Ukrainy objęty walkami, a następnie odjechał do jednostki macierzystej. Rosyjskie władze idą w zaparte i wyśmiewają dowody ujawnione przez JIT, wszelkimi sposobami starając się zdyskredytować śledztwo i jego wyniki. Metoda jest wielokrotnie stosowana i sprawdzona: jeśli złapią cię za rękę, to po prostu mów, że to nie twoja ręka. Cytowany przez Deutsche Welle specjalista w dziedzinie prawa lotniczego Elmat Giemulla twierdzi m.in., że skoro oskarżeni nie przyjadą do Hagi i nie zechcą wziąć udziału w procesie, to trudno będzie sądowi potwierdzić wiarygodność nagrań rozmów telefonicznych przywódców separatystów i rosyjskich wojskowych o zestrzeleniu samolotu z kompleksu Buk. Można też założyć, że Rosja wszelkimi sposobami będzie próbowała wpływać na podważenie wiarygodności świadków i rzetelności innych dowodów.

O jeszcze jednym ciekawym aspekcie prawnym pisze m.in. „The New Times”: pod koniec czerwca z terytorium kontrolowanego przez donieckich separatystów został uprowadzony przez ukraińskie służby Wołodymyr Cemach. Jak ujawniono, Cemach dowodził obroną przeciwlotniczą w miejscowości Snieżnoje, położonej niedaleko miejsca katastrofy. Na razie nie wiadomo, czy zostaną mu postawione zarzuty w związku ze sprawą zestrzelenia MH17, nie podano też, czy i na jaki temat Cemach składa zeznania. Może być ciekawie.

Oddzielną sprawą będzie proces w Strasburgu przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka z powództwa członków rodzin ofiar tragedii. Ze skargami wystąpiło łącznie 350 osób.

Jak pisałam w poprzednim odcinku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/07/19/rosja-ex-gratia-tragedia-mh17-czesc-2/), Rosja prowadzi poufne zakulisowe rozmowy z Holandią w sprawie ewentualnych rekompensat dla krewnych ofiar. Dlaczego Kreml nie chce oficjalnie uznać swej winy? Próbę odpowiedzi na to pytanie podejmuje publicysta Aleksandr Morozow. Zacytuję część jego wywodu: „Putin miał znakomitą okazję, aby symbolicznie ukarać uczestników historii z Bukiem, dogadać się z rodzinami ofiar i rzecz całą zostawić w przeszłości, jednocześnie publicznie nie przyznając się do bezpośredniego udziału Rosji w wojnie na Donbasie. Dlaczego tak nie postąpił?”. Wpływ na to mają co najmniej trzy czynniki. „Rada Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej mentalnie znajduje się w stanie wojny, […] w otoczeniu Putina panuje przekonanie, że Rosja toczy bój z całą resztą świata. Członkowie Rady tak daleko zaszli w swoich wyobrażeniach o wojnie z Zachodem, że żadne normy etyki, żadne umowy międzynarodowe nie są przestrzegane ani brane pod uwagę”. Czyli: na wojnie jak na wojnie, walczymy, nie przyznajemy się do winy. Drugim czynnikiem jest według Morozowa opinia polityków i kremlowskich politologów, że system bezpieczeństwa w Europie zawalił się i może zostać przywrócony jedynie przy łaskawym udziale Putina. Katastrofa samolotu pasażerskiego jest w ich mniemaniu nie ludzką tragedią, a kolejnym potwierdzeniem, że trzeba budować nowy system bezpieczeństwa na wzór Helsinek. „Z punktu widzenia Kremla samolot ucierpiał z powodu rozpadu systemu europejskiego bezpieczeństwa, a nie z powodu prośby Igora Girkina o wsparcie separatystów rosyjskimi zestawami rakietowymi”. Trzecim czynnikiem jest gra, jaką Moskwa prowadzi z Europą. Ciekawe jest zakończenie. Morozow pisze: „Paradoks polega na tym, że Putin ma wnuki, mężem jej córki jest Holender. Wydaje mi się, że Putin nie mógł nie pomyśleć, że w takim samolocie mogły się znaleźć nie tylko jakieś wyabstrahowane czyjeś wnuczęta, ale także jego wnuki” (cały tekst: https://www.svoboda.org/a/30055911.html).

Będzie jeszcze na pewno okazja, aby powrócić do tematu tragedii nad Donbasem. Może jeszcze przed rozpoczęciem procesu.

Rosja ex gratia. Tragedia MH17, część 2

19 lipca. Dwa dni temu Holandia opłakiwała pasażerów samolotu Malaysia Airlines zestrzelonego pięć lat temu nad Donbasem rosyjską rakietą. A nazajutrz w Petersburgu z Władimirem Putinem spotkał się dyrektor wykonawczy holenderskiej firmy naftowej Royal Dutch Shell Ben van Beurden.

Krym? Donbas? MH17? Holendrzy zginęli? – czy holenderski potentat naftowy zadał sobie te pytania przed spotkaniem z głową państwa, które rozpętało wojnę i na które za to Europa nałożyła pięć lat temu sankcje? Dodajmy, sankcje dla Moskwy coraz bardziej dotkliwe. Sankcje, o których zniesienie Moskwa zabiega wszelkimi sposobami. Jednym z tych sposobów jest organizowanie międzynarodowych spotkań biznesowo-politycznych i zapraszanie na nie przedstawicieli biznesu z różnych krajów, w tym także z tych, które zobowiązane są do przestrzegania reżimu sankcyjnego. Spotkania te mają w rosyjskich mediach na ogół królewską oprawę, mają pokazać, że Rosja wcale nie jest pomijana, a gorszy rosyjski stół to fikcja literacka. Poza forami międzynarodowymi zdarzają się też pojedyncze wizyty biznesowe. Taką była ta wizyta Bena van Beurdena. Niektórym marzy się powrót do wyświechtanej, ale jakże czasem przydatnej zasady „business as usual”.

Ale wróćmy do tematu MH17. Dzisiaj wiceminister spraw zagranicznych Rosji Aleksandr Gruszko podzielił się z dziennikarzami swoją wiedzą tajemną na temat dyskretnych, mających „konfidencjonalny charakter” konsultacji pomiędzy rządem Holandii i władzami Rosji na temat okoliczności tragedii MH17. Strona holenderska w maju i czerwcu tego roku skąpo informowała swoją opinię publiczną o kontaktach z Putinem w tej sprawie, bez szczegółów. Przecieki ujawnione m.in. przez naczelnego rozgłośni Echo Moskwy Wieniediktowa na początku lipca sugerowały, że strona rosyjska zabiega o uwolnienie od odpowiedzialności za sprawstwo katastrofy ex gratia. A może także rozmowy dotyczyły ewentualnych rekompensat ze strony Rosji dla rodzin ofiar. To bardzo ciekawy aspekt sprawy.

Tymczasem to samo Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało w rocznicę zestrzelenia oświadczenie: „Niestety, ta tragedia stała się instrumentem paskudnej politycznej gry. Już w pierwszych godzinach, jeśli nie minutach, jak na komendę, ze środków masowego przekazu, a następnie z ust zachodnich polityków pod adresem Rosji i jej władz posypały się oskarżenia o spowodowanie śmierci niewinnych ludzi”. Dalej następuje długi wywód o tym, jak stronnicze jest śledztwo, w którym Rosja nie bierze udziału, choć nadal bardzo chce okazywać wszelką pomoc. I że Ukraina ma nieczyste zamiary. Następnie MSZ przystępuje do ataku: „Władze Holandii, choć to godne ubolewania, coraz częściej nadużywają uczuć i żałoby rodzin ofiar MH17 […] używają ich jako swego rodzaju tarana do rozpowszechniania na użytek światowej opinii publicznej tez o udziale Rosji i o tym, że to nasz kraj powinien wypłacić odpowiednie odszkodowania” (całość tekstu na stronie rosyjskiego MSZ: http://www.mid.ru/ru/foreign_policy/news/-/asset_publisher/cKNonkJE02Bw/content/id/3728225). Wyjątkowo paskudna gra polityczna.

„Nowaja Gazieta” opublikowała natomiast list członków rodzin ofiar: „Państwo rosyjskie nie uznało swojego współudziału w katastrofie MH17. Gorzej: Rosja rozpowszechniła olbrzymią liczbę sfabrykowanych sprzecznych wyjaśnień tego, co się stało, przez media społecznościowe i media zależne od państwa. Minęło trochę czasu, nim skonstatowaliśmy, że strumienie wzajemnie wykluczających się wersji były rezultatem zorganizowanej przez państwo [rosyjskie] kampanii w celu odwrócenia uwagi ludzi, wypaczenia faktów lub ich negowania. Władze Rosji uczyniły wszystko, aby ukryć prawdę lub – co gorsze – sformułować tezę, że prawdy nigdy nie poznamy. My, członkowie rodzin, uważamy to za szkodliwe i obraźliwe dla nas”.

Ciąg dalszy nastąpi

Tragedia MH17. Five years after

17 lipca. Dziś mija piąta rocznica zestrzelenia nad Donbasem pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines, znanej jako tragedia MH17 (od numeru feralnego lotu). Samolot leciał z Amsterdamu do Kuala Lumpur i wiózł na pokładzie 283 pasażerów (w tym 80 dzieci) i 15 członków załogi. Nad obwodem donieckim, objętym walkami pomiędzy wspieranymi przez rosyjskich wojskowych separatystami a armią Ukrainy, samolot został trafiony rakietą 9M38 Buk. Wszyscy znajdujący się na pokładzie zginęli. Nazajutrz po tragedii napisałam na blogu 17 mgnień Rosji: „Można założyć, że nikt nie chciał zestrzelić pasażerskiego samolotu Boeing 777, lecącego nad wschodnią Ukrainą. Można założyć, że nikt nie chciał śmierci 298 osób podróżujących na pokładzie tego samolotu. Można założyć, że mały chłopiec bawiący się zapałkami przy stogu siana nie chciał go podpalić. Ale ktoś mu dał zapałki. A teraz mówi, że odpowiedzialność za tragedię nad Donbasem ponosi stóg siana. To znaczy państwo, nad terytorium którego wydarzyła się katastrofa. To parafraza słów prezydenta Putina. Coś w niej nie pasuje, brzęczy fałszywie jak liczmany. „Tej tragedii by nie było, gdyby na tej ziemi był pokój, w każdym razie, gdyby nie zostały wznowione działania bojowe na południowym wschodzie Ukrainy. Państwo, nad terytorium którego do tego doszło, ponosi odpowiedzialność za tę straszną tragedię”. Logika rosyjskiej propagandy łamie się jak zapałki. Katastrofy lotnicze mają konkretne przyczyny. Czy w tym, że samolot wysadzony przez libijskich terrorystów spadł na Lockerbie, winna jest Szkocja? Nie przypominam sobie też, by prezydent Putin ochoczo brał na siebie odpowiedzialność za katastrofę polskiego samolotu rządowego w 2010 roku. Kali w natarciu.
Moskwa wskazuje na Kijów jako winowajcę wypadku. A Kijów wskazuje na Moskwę, która wspierała separatystów, którzy odpalili rakietę z zestawu Buk, który otrzymali od Moskwy. Reakcje Rosji po tragedii nad Donbasem są niespójne. Rozważane były: celowa ukraińska prowokacja, zestrzelenie samolotu przez ukraińskie myśliwce, przypadkowe trafienie przez niedoświadczonych ukraińskich wojskowych. W rosyjskim chórze medialnych gadających głów zaśpiewano nawet zwrotkę o tym, że celem domniemanego ataku ukraińskich sił rządowych był… samolot wiozący prezydenta Putina, który wracał z podróży po Ameryce Południowej. Jedno jest pewne: tragedia będzie polem zaciętej wojny informacyjnej” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/18/mozna-zalozyc/).

Można by rzec: wszystko było jasne od razu. Przewidywana wojna informacyjna wokół tragedii trwa jednak w najlepsze. Zjednoczona Grupa Śledcza JIT wykonała niebywale skrupulatną pracę, aby zgromadzić wszelkie dostępne dowody. Ustalono, że rakieta została wystrzelona z zestawu Buk należącego do rosyjskiej 53. Brygady Sił Przeciwlotniczych i wwiezionego na terytorium Ukrainy z terytorium Rosji w dniu, gdy doszło do tragedii. Po wystrzeleniu rakiety Buk został odstawiony na terytorium Rosji. Moskwa neguje te ustalenia. Komisja Ałmaz-Antiej (rosyjskie przedsiębiorstwo produkujące Buki) twierdzi, że samolot został zestrzelony rakietą, ale nie rosyjską, a ukraińską.

Winni mają stanąć przed trybunałem w marcu 2020 roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/05/i-beda-na-nich-trybunaly/). JIT 19 czerwca opublikowała nazwiska podejrzanych o sprawstwo osób – rosyjskich wojskowych. Rosja na przedstawiane argumenty i wyniki śledztwa ma gotową odpowiedź: to fake, prace JIT bez udziału rosyjskich śledczych są nieważne. (Więcej m.in. na stronie Radia Swoboda: https://www.svoboda.org/a/30058437.html).

Ciąg dalszy nastąpi.

Tajna tragedia na Morzu Barentsa

8 lipca. Tydzień temu na Morzu Barentsa doszło do poważnej awarii na okręcie podwodnym o napędzie atomowym AS-31 (Łoszarik), należącym do rosyjskiej marynarki wojennej. Nowy „Kursk”? Raczej nie, analogii jest niewiele.

W wyniku pożaru zginęło czternastu członków załogi. Skąpą wiadomość o wypadku rosyjskie ministerstwo obrony podało dopiero dzień później. Opinia publiczna poznała nazwiska ofiar śmiertelnych i ich stopnie. Okazało się, że śmierć poniosło kilku kapitanów pierwszej rangi – to wysokie szarże odpowiadające dowódcom wielkich jednostek (np. krążowników), wszyscy oni służyli w tajnej jednostce w Petersburgu, zajmującej się m.in. testowaniem nowej broni. Jak stwierdzili eksperci wojskowi wypowiadający się na temat tragedii, zginął kwiat rosyjskiej floty: „Ich poziom wyszkolenia można porównać z poziomem wyszkolenia kosmonautów”.

Obecność na pokładzie tak wielu świetnie wyszkolonych wysokich oficerów marynarki wojennej świadczy o tym, że tajna misja Łoszarika obejmowała szczególnie ważne zadania. Jakie? Tego być może nie dowiemy się nigdy – okoliczności wypadku zostały utajnione. Łoszarik to aparat głębokowodny, który zdaniem amerykańskich wojskowych służyć może do działań dywersyjnych na dnie morskim, takich jak podłożenie ładunków, przecięcie kabli itd. Nazwa brzmi dziwnie infantylnie jak na supernowoczesny okręt do wiadomych-niewiadomych celów. Autorzy projektu musieli odczuwać wielki sentyment dla swoich dziecięcych fascynacji. Łoszarik bowiem to bohater radzieckiego filmu kukiełkowego o cyrkowym koniku, który składa się z kolorowych kuleczek. A głębokowodny Łoszarik ma w środku kilka kuleczek, pozwalających mu zanurzać się na wielkie głębokości, nawet do sześciu tysięcy metrów.

Oficjalne źródła mówią, że Łoszarik zbierał dane dotyczące ukształtowania morskiego dna. W miejscu, gdzie prawdopodobnie działał feralny okręt – w pobliżu wód terytorialnych Norwegii – przebiegają różne ważne kable – wskazują jedni komentatorzy, sugerując, że okręt miał za zadanie sprawdzenie, czy da się zakłócić komunikację pomiędzy Europą i Ameryką, np. przecinając kabel lub niszcząc urządzenia. Inni komentatorzy twierdzą, że takich ważnych kabli jest na tyle dużo, że uszkodzenie jednego nie wywołałoby zakłóceń. Dorzucają, że musiało chodzić o coś innego.

Wyjaśnienia rosyjskich czynników oficjalnych są mętne i bałamutne: w części okrętu, gdzie znajdowały się akumulatory, doszło do spięcia, co wywołało pożar, oficerowie znajdujący się w tej grodzi wpierw uratowali życie cywilnego specjalisty przebywającego na pokładzie (wypychając go do bezpiecznej grodzi), a następnie zabarykadowali się w części objętej pożarem, dzięki czemu uratowali okręt i życie pozostałych członków załogi. Nie wiadomo, ilu ich było, nie wiadomo, czy zostali ranni; napływających z Siewieromorska wieści o hospitalizacji uratowanych nie potwierdzono.

Zdaniem niezależnych komentatorów, wersja ta z wielu względów nie wytrzymuje krytyki. Wśród rozlicznych domysłów można znaleźć i takie: coś eksplodowało na pokładzie Łoszarika lub okrętu nosiciela (Łoszarik musi być „niesiony” przez duży okręt podwodny typu Biełgorod lub Orenburg, do którego jest „przyklejany”). Co mianowicie? Nie wiadomo, może gaz (pojawiła się i taka sugestia), a może coś innego. W każdym razie Rosjanie poinformowali Norwegów, że były wstrząsy, ale niewielkie, reaktor nie został uszkodzony, radiacja w normie.

Zwraca jeszcze uwagę reakcja władz: prezydent Putin (który w czasie dramatu „Kurska” przez kilka dni nie wydawał żadnych komunikatów i nie działał – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/08/12/ona-utonula/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2010/08/12/ten-years-after/) tym razem od razu z troską pochylił się nad tragicznym wypadkiem Łoszarika, nakazał uhonorowanie ofiar i wypłacenie odszkodowań dla członków ich rodzin. Niemniej mimo poważnych strat w ludziach nie ogłoszono żałoby, a pogrzeby ofiar (w Petersburgu na Cmentarzu Serafimowskim) miały charakter zamknięty.

Najwidoczniej władzom szczególnie zależy na jak najszybszym wyciszeniu szumu wokół tematu. Tajemnica Łoszarika zapewne pozostanie za siedmioma pieczęciami. Przynajmniej na razie.

Pedicure dla smoka

28 czerwca. Rosja spektakularnie wygrała głosowanie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (ZPRE), po którym rosyjska delegacja mogła powrócić do pełni praw w tej instytucji.

Przypomnę: w 2014 r. po aneksji Krymu i agresji na wschodnią Ukrainę rosyjska delegacja w Zgromadzeniu została pozbawiona prawa głosu za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Kreml się obraził, a następnie zaczął grę dyplomatyczną, mającą na celu stopniowe rozmiękczanie stanowiska ZPRE odnośnie pełnoprawnego powrotu Rosji na salę obrad. W nocy z 24 na 25 czerwca w Strasburgu ZPRE przyjęło rezolucję dotyczącą reformy mechanizmu wykorzystania sankcji wobec państw uczestników. Dało to podstawę do przywrócenia pełni praw rosyjskiej delegacji. Głos za rezolucją oddało 118 delegatów, przeciwko głosowało 62, od głosu wstrzymało się 15.

„Europejscy delegaci zrobili pedicure rosyjskiemu smokowi” – napisał sowiecki i rosyjski dysydent Aleksandr Podrabinek. Bo też faktycznie – w rosyjskiej polityce wobec Ukrainy (i Europy) nic się zmieniło, Rosja nie zweryfikowała tego, co jej zarzucała zachodnia społeczność, to znaczy nie oddała Krymu, nie wycofała się z Donbasu, nadal łamie prawo międzynarodowe, a ZPRE – proszę bardzo – przywróciło status quo ante. Listkiem figowym mającym przykryć wstydliwe miejsce jest postanowienie, że najdalej do kwietnia 2020 r. komitet monitorujący przedstawi ZPRE sprawozdanie, czy Rosja wypełniła pięć zaleceń (zwolni 24 ukraińskich marynarzy, zapłaci zaległe składki do budżetu Rady Europy, będzie współpracować ze śledztwem wyjaśniającym okoliczności zestrzelenia samolotu Maleysian Airlines nad Donbasem, zaniecha prześladowania gejów, w szczególności w Czeczenii, będzie współpracować w śledztwie w sprawie śmierci Borysa Niemcowa).

Rosyjska delegacja (w tym sześciu jej członków objętych europejskimi sankcjami) z przyjemnością zajęła miejsca na sali plenarnej. A następnie oznajmiła, że powinni tu wrócić także delegaci wybrani na Krymie. Jak to w rosyjskich bajkach politycznych bywa, mała grzeczność Europy została odczytana przez Rosję jako słabość i pociągnęła za sobą eskalację żądań. Na fatalną decyzję ZPRE zareagowała Ukraina, która odwołała delegację „na konsultacje”. Sześć innych delegacji – w tym Polska – opuściło posiedzenie.

Na stronie Carnegie Andriej Kortunow napisał: „Spór w ZPRE zdarzył się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Jego ostra faza przypadła na czas wyborów do Parlamentu Europejskiego, zmiana władzy w Kijowie i politycznych zmian w kilku krajach europejskich. Na kolejnym zakręcie europejskiej historii ponownie stanęło pytanie: jak budować – lub nie budować – stosunki z Moskwą. W ZPRE odbyła się polemika o przyszłym miejscu Rosji w Europie. […] Dwie strony tego sporu można podzielić na pragmatyków i sceptyków. Pragmatycy zostaną przez oponentów nazwani kolaboracjonistami lub pożytecznymi idiotami Putina, z kolei sceptykom przyklejona zostanie łatka rusofobów i nieodpowiedzialnych politykierów”.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami.

Natomiast rosyjscy antysystemowi publicyści i obrońcy praw człowieka zareagowali znacznie bardziej dosadnymi komentarzami. Stanisław Dmitrijewski napisał w swoim FB: „A zatem można anektować terytoria sąsiednich państw, rozpętywać agresywne wojny, zestrzeliwać pasażerskie samoloty, wysyłać kilerów za granicę, stosować represje wobec opozycji, masowo stosować tortury wobec własnych obywateli… i być jednocześnie członkiem Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. A może należałby zaprosić do ZPRE Koreę Północną? Chociaż nie, oni jeszcze nie zasłużyli: ani nie zagarnęli obcych terytoriów, ani nie rozpętali wojny, na razie tylko grożą. Jak przejdą od słów do czynów, zaprosimy”. Gorzkie rozważania dodał i Ilja Wajcman: „Teraz przynajmniej wiemy, na czym polegają europejskie wartości. […] 33 mln euro rocznie. Taka jest cena. Tyle Rosja płaciła w charakterze składek, gdy za napaść na Ukrainę została wyrzucana z posiedzeń ZPRE. Pecunia non olet”.

Już nie pierwszy raz w historii zachodniej dyplomacji wydaje się, że uspokoić agresora można łagodnością i układami – zwraca uwagę socjolog Igor Ejdman. – Zachodnie państwa liczą na to, że poprzez ustępstwa i kompromisy można agresora powstrzymać. Zamykając oczy na agresję reżimu putinowskiego (oskarżając go tylko słownie), mają nadzieję na to, że ambicje Putina zostaną zaspokojone kosztem słabszych państw (np. Ukrainy). „Zastosowałem prosty zabieg, pisząc te słowa. W haśle Wikipedii o polityce Anglii i Francji przed II wojną światową zamieniłem tylko hitlerowskie Niemcy na reżim Putinowski, Austrię i Czechosłowację na Ukrainę, czas przeszły na czas teraźniejszy. Reszta zgadza się co do joty. Strach pomyśleć, że ta krótkowzroczna i tchórzliwa polityka jak i poprzednim razem, zakończy się katastrofą”.

Cytowany już powyżej Aleksandr Podrabinek: „To tylko na pierwszy rzut oka może się wydać, że powrót Rosji do ZPRE ma charakter formalny i nie okaże poważnego wpływu na europejską politykę. Okaże i to niemały. Chodzi nie tylko o to, że putinowscy wysłannicy […] otrzymają nową platformę dla swojej kłamliwej propagandy. To byłoby pół biedy. Gorsze jest to, że autorytarny rosyjski reżim znacznie się wzmacnia w rezultacie takich decyzji. A jako taki coraz bezczelniej będzie się mieszać do polityki, również wewnętrznej polityki państw europejskich. Wybaczyli nam już Krym i Donbas? No to idziemy po was. Najpierw Białoruś i północny Kazachstan, a potem państwa bałtyckie, lewobrzeżna Mołdawia, a potem jeszcze rdzenne ziemie rosyjskie – Polska i Finlandia”.

O tym, że Kreml postanowił iść za ciosem i wykorzystać zamieszanie w Europie, o którym pisał Kortunow, świadczyć może ostatni wywiad Putina dla „Financial Times”. Ale o tym w następnym odcinku.

Sakartwelo wre

21 czerwca. Od wojny w Gruzji minęło jedenaście lat. W jej wyniku Gruzja utraciła kontrolę nad dwiema prowincjami – Abchazją i Osetią Południową. Rosja zapewniła sobie w powołanych przez siebie tworach parapaństwowych (ich niepodległość uznała Moskwa i cztery państwa, w tym dwie wyspy szczęśliwe – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/06/05/czy-wyspy-szczesliwe-uznaly-niepodleglosc-abchazji/) obecność wojskową. Po wojnie Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. Po tym, jak władzę w Gruzji utracił Micheil Saakaszwili i jego Zjednoczony Ruch Narodowy, rządząca partia Gruzińskie Marzenie potentata Bidziny Iwaniszwilego znacznie złagodziła antyrosyjską retorykę. Częściowo przywrócono połączenia komunikacyjne, uchylono też niektóre zakazy dotyczące wymiany handlowej. Ale sprawy, które stały się powodem zerwania stosunków, nie zostały rozwiązane. Tbilisi konsekwentnie uznaje Abchazję i Osetię Południową za swoje terytorium, znajdujące się pod rosyjską okupacją. Rosja uznaje Abchazję i Osetię Południową za niepodległe państwa i rozwija swoje usytuowane tam bazy wojskowe. Sytuacja zastygła bez widoków na rozwiązanie. Gruzja nadal deklaruje marsz w stronę NATO i UE, Moskwa nadal jest temu przeciwna.
Oficjalne kontakty polityczne Tbilisi i Moskwy nie zostały przywrócone. Tymczasem 19 czerwca w budynku parlamentu w Tbilisi pojawiła się rosyjska delegacja złożona z deputowanych Dumy Państwowej. Rosyjscy politycy przybyli na kolejne posiedzenie Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia, ciała powołanego w 1993 r. z inicjatywy Grecji (http://council.gov.ru/activity/crosswork/dep/64/). Jak głosi tekst na stronie internetowej tego ciała, „Rosja pełni w nim rolę lidera”.

Deputowany Siergiej Gawriłow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej przewodniczył obradom odbywającym się 20 czerwca w sali posiedzeń gruzińskiego parlamentu. „Prawosławny komunista”, jak drwią z niego media społecznościowe, wypowiadał się swego czasu na temat niepodważalnej niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. To, że zajął fotel przewodniczącego w prezydium gruzińskiego parlamentu, wywołało poruszenie w ławach gruzińskiej opozycji. Posłowie z ramienia Zjednoczonego Ruchu Narodowego przerwali wystąpienie Gawriłowa, a następnie wymogli na nim opuszczenie sali. Tymczasem w mediach społecznościowych podniosła się fala komentarzy: Jak rosyjscy parlamentarzyści znaleźli się w Gruzji? Kto ich tu wpuścił? Itd.

Pod budynkiem parlamentu zbiera się tłum protestujących przeciwko wizycie Gawriłowa. Protestujący domagają się dymisji przewodniczącego parlamentu Iraklego Kobachidze za to, że wpuścił Rosjan i dopuścił ich do głosu. Zjednoczony Ruch Narodowy i jego zwolennicy komunikują, że czują się obrażeni wizytą rosyjskich deputowanych – to policzek dla tych, którzy pamiętają niedawną wojnę i nie zgadzają się na normalizację stosunków z okupantem. Protest rozszerza się. Przez cały dzień mieszkańcy Tbilisi ściągają pod siedzibę parlamentu. Wznoszą antyrosyjskie i antyrządowe hasła. Wielu uczestników trzyma w rękach karty z napisem „Putin khuylo”, „Russians go home”, „Rosja to okupant”, „Youth for future without Russia” itd. „Ta wojna nadal jest obecna w każdym gruzińskim domu. Nie zapomnieliśmy. Nie zapomnimy” – pisze jeden z aktywistów.

Choć przedstawiciele gruzińskich władz przepraszają, potępiają niefrasobliwość tych, którzy dopuścili do wizyty rosyjskich polityków, obiecują pociągnięcie do odpowiedzialności winnych tego fatalnego niedopatrzenia, nastroje się nie uspokajają. Co więcej, robi się coraz bardziej gorąco, protest się radykalizuje, padają coraz to nowe żądania: dymisji poszczególnych ministrów, a nawet całego rządu. Budynek parlamentu ochraniany jest przez jednostki specjalne prewencji, to tzw. kosmonauci – w hełmach, za tarczami, wyposażeni w pałki i broń na kule gumowe. Na polecenie ministra spraw wewnętrznych „kosmonauci” przystępują do ostrej akcji – w ruch idą najpierw pałki i armatki wodne, potem gaz łzawiący i gumowe kule. Jest wielu poszkodowanych, ranni zostali też dziennikarze. Telewizja Rustavi 2 relacjonuje wydarzenia na bieżąco, pokazuje, jak okrwawionych ludzi odwożą spod gmachu parlamentu karetki pogotowia.
Jak kula śnieżna narasta niezadowolenie. Rządzące drugą kadencję Gruzińskie Marzenie najwyraźniej nie ma pomysłu ani na to, jak zażegnać bieżący kryzys, ani na to, jak dalej rządzić Gruzją. Rozbita i osłabiona opozycja zyskuje nieoczekiwanie pole do działania, ma za sobą sympatię tych, którzy przyszli protestować i tych, którzy ich popierają. Czy zdoła zagospodarować ten kapitał?

A Rosja? Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy to, co stało się w parlamencie, wizyta Gawriłowa i kolegów, to była zamierzona prowokacja Moskwy czy tylko badanie gruntu pod ewentualne dalsze kroki w stronę przywrócenia brykającej Gruzji w kremlowską wyłączną strefę wpływów? Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odsądziła od czci i wiary „radykałów dokonujących pogromów”. Dziś MSZ doradza rodakom, aby wstrzymali się z wyjazdami do Gruzji ze względów bezpieczeństwa. Premier Dmitrij Miedwiediew pochrząkując, zagroził, że jak Gruzini będą stwarzać zagrożenie dla rosyjskich turystów, to ci turyści po prostu do Gruzji nie pojadą i gruzińska gospodarka poniesie wielkie straty. Rosyjskim turystom będzie o łatwiej podjąć decyzję o niejechaniu, po tym, jak dziś wieczorem Władimir Putin – po naradzie z członkami Rady Bezpieczeństwa o sytuacji w Tbilisi – nakazał wstrzymanie lotów rosyjskich linii lotniczych do Gruzji (dekret wchodzi w życie 8 lipca); rząd ma się zatroszczyć o powrót rosyjskich turystów przebywających obecnie w Gruzji. Za chwilę może się też okazać, że woda Borżomi i gruzińskie wina szkodzą Rosjanom na wysublimowany żołądek.

Dziś wieczorem pod parlamentem w Tbilisi znowu zbiera się tłum. CDN

Protest protestowi nierówny

16 czerwca. Poprzedni odcinek zajmującej serii o dziennikarzu Iwanie Gołunowie zakończyłam szczęsną wieścią o tym, że Iwan Gołunow na skutek umowy zawartej pomiędzy jego obrońcami a Kremlem odzyskał wolność, a śledztwo wobec niego umorzono.

Teraz cofnijmy się jeszcze do prologu. Jak to się stało, że Gołunow padł ofiarą fałszywego oskarżenia. Zdaniem obrończyni praw człowieka Olgi Romanowej Ивана заказали (na Iwana wystawili zlecenie) pod koniec lutego. Ten, który chciał mu dokopać i skutecznie pozbyć się jego wścibskiego dziennikarskiego nosa ze swoich nieczystych interesów, przyszedł do odpowiednich instancji w policji. Były dwa spotkania – jedno zapoznawcze, z koniaczkiem na stole, rozmiękczającymi serce prezentami, drugie – konkretne, gdy ustalono sposób przeprowadzenia akcji. Zdaniem Romanowej, która od lat zajmuje się pomocą dla osób, fałszywie oskarżonych i niesłusznie skazanych, to znany i sprawdzony schemat. Takich osób odsiadujących wyroki z samego artykułu 228 (posiadanie i zbyt narkotyków) jest obecnie w Rosji kilkaset. To artykuł „łatwy w obsłudze” – podrzucenie narkoty i sporządzenie odpowiednich „dowodów” to, jak twierdzi Romanowa, rutyna.

W przypadku Gołunowa policja zlecenie wykonała nieuważnie. „Dowody” rozleciały się jak puch z dmuchawców na wietrze. Nic się nie trzymało kupy, Gołunow nie miał na rękach ani twarzy śladów narkotyków, za to na rzekomo należących do niego torebeczkach z białym proszkiem nie było jego śladów DNA, natomiast ślady wielu innych osób. Tego policja dopatrzyła się dopiero wtedy, gdy Kreml krzyknął z góry, żeby sprawie ukręcić łeb i wyciszyć czym prędzej. Ukręcono, wyciszono.

Po uwolnieniu Iwana nastała radość. To było coś zaskakującego, wydawało się triumfem sprawiedliwości nad dyktaturą mundurowych, którym wszystko wolno. Ale fala euforii szybko opadła. Po pierwsze, do mediów wyciekły informacje o tym, jak doszło do ustaleń w sprawie umorzenia śledztwa i uwolnienia Gołunowa (szczegóły w poprzednim odcinku http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/15/kciuk-cesarza/). Po drugie 12 czerwca, w Dzień Rosji doszło do manifestacji. Początkowo planowano, że będzie to wielka akcja solidarności z niesłusznie aresztowanym i prześladowanym dziennikarzem. Gdy okazało się, że Iwan wyszedł na wolność, akcji właściwie nie odwołano, zmieniono hasło: o wolność dla wszystkich fałszywie oskarżonych, o ukrócenie samowoli ludzi w mundurach, o czyste ręce władz, o pociągnięcie do odpowiedzialności winnych fałszowania dowodów itd. To już było za dużo dla systemu, który i tak mocno stanął dęba w związku z koniecznością wycofania się z oskarżenia Gołunowa. 12 czerwca demonstrację potraktowano bardzo ostro. Z centrum Moskwy wygarnięto do policyjnych suk kilkaset osób, czasem po prostu spacerujących ulicą, na której odbywał się protest. Światowe media nazajutrz zamieściły zdjęcia: policjanci ciągnący za ręce starszą kobietę, która trzyma w ręku konstytucję, bicie człowieka, który opiera się przy wsiadaniu do suki itd. Stało się jasne, że uwolnienie Gołunowa to jednorazowa przyjemność. Reguły gry się nie zmieniają. To nie społeczeństwo obywatelskie rządzi, rządzą ci, co rządzą.
Z kolei na dzisiejszy wiec na prospekcie Sacharowa w Moskwie, organizowany w związku ze sprawą Gołunowa pod jakże słusznym hasłem „O prawo i sprawiedliwość dla wszystkich” przyszło zaledwie 400-600 osób, choć organizatorzy zapowiadali 20 tysięcy. Ha, pewnie rzecz właśnie w organizatorach. Akcja była uzgodniona na wszystkich możliwych szczeblach, a komitet organizacyjny składał się z przewodniczących związków dziennikarzy – ogólnorosyjskiego (toż to sam słynny kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow) i moskiewskiego, a także innej drobniejszej kremladzi (lekceważące określenie ludzi obsługujących Kreml). No i frekwencja nie dopisała. Ludzie nie przyszli i tym samym powiedzieli władzom: nie, nie odbierzecie nam słusznych haseł.

O innych protestach w Rosji napiszę w kolejnych odcinkach. A będzie o czym pisać.

Kciuk cesarza

15 czerwca. Korespondent portalu „Meduza” Iwan Gołunow zatrzymany ponad tydzień temu na moskiewskiej ulicy pod zarzutem posiadania i zbytu narkotyków, pobity na posterunku przez policjantów, a następnie osadzony przez sąd w areszcie domowym, został wypuszczony na wolność. Śledztwo przeciwko niemu umorzono, a zaangażowany w wyjaśnianie sprawy minister spraw wewnętrznych nawet ściął dwie generalskie głowy za przekroczenie uprawnień. Cud sprawiedliwości? Triumf prawa nad nieprawością? Obywatelskie podważenie wszechwładzy autorytarnego systemu? Po trosze tak. Ale tylko po trosze. Po małemu trosze. Przypomnijmy sekwencję wydarzeń.

Jak pisałam w poprzednim odcinku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/08/w-kolejce-do-protestu/), Gołunow został zatrzymany, na posterunku rutynowo „zmaglowany”, gdy próbowano wycisnąć zeń przyznanie się do posiadania narkotyków i uprawiania dilerki. Dziennikarz zaprzeczał. Bezskutecznie domagał się pomocy medycznej. MSW opublikowało zdjęcia rzekomo z rewizji w jego domu: funkcjonariusze mieli stwierdzić, że chałupniczo odchodziła tu całkiem niezła produkcja białego proszku. Zanim Gołunow został dowieziony przed oblicze sądu, który miał orzec o aresztowaniu za rzekomą dilerkę (art. 228 kk, czyn zagrożony karą do 20 lat pozbawienia wolności) o sprawie wiedziała już cała Rosja i zagranica. Odbyły się masowe protesty (pojedyncze pikiety, do przeprowadzenia których ustawiały się długie kolejki chętnych), o sprawie poinformowały rosyjskie i światowe media. Środowisko dziennikarskie stanęło murem za kolegą. Wystosowano wiele listów protestacyjnych, za Gołunowem wstawiali się koledzy po piórze, celebryci, a w pewnym momencie nawet kremladź (służalcza medialna obsługa Kremla). Trzy opiniotwórcze dzienniki („Kommiersant”, „Wiedomosti”, „RBK”) na pierwszej stronie zamieściły solidarnościowe hasło „Jesteśmy Iwanem Gołunowem”. W tej sytuacji sąd zdecydował o aresztowaniu na dwa miesiące, ale Gołunow miał je spędzić nie w areszcie śledczym, a domowym. Założono mu na nogę bransoletkę i wypuszczono. Już to „miękkie” podejście sądu powszechnie przyjęto jako rzecz fantastyczną, być może nawet efekt skutecznego nacisku opinii publicznej.

Wkrótce jednak miało się okazać, że większy wpływ niż to, co działo się na ulicy, na oczach wszystkich, miała akcja nieoficjalna, targi kilku ważnych osób z decydentami. „Iwan po prostu miał do kogo zadzwonić” – napisał jeden z kolegów komentatorów. A ci, do których zadzwonił, mieli dojście wyżej, a potem sprawa stała się tak głośna, że zajęła się nią najwyższa instancja polityczna. Okołokremlowskie wróble ćwierkały, że Władimir Putin był z obrotu sprawy Gołunowa mocno niezadowolony, ba, nawet wściekły. Głośne zatrzymanie dziennikarza zbiegło się bowiem z Petersburskim Forum Ekonomicznym, na którym Putin miał pokazywać gościom wypolerowane oblicze Rosji, oczekującej przełamania sankcji i napływu fajnych inwestycji ze świata. Tymczasem Gołunow skupił uwagę komentatorów, oblicze Rosji mocno spochmurniało, rzecz rozniosła się po świecie, cukrowe zamki na piasku zbudowane przez kremlowską propagandę osypały się. Według sugestii dobrze poinformowanych kolegów dziennikarzy, Kremlowi zależało na szybkim i pozytywnym załatwieniu sprawy Gołunowa również ze względu na zbliżającą się kolejną „bezpośrednią linię” Putina ze społeczeństwem (odbędzie się 20 czerwca). Od tygodnia wszystkie kremlowskie media pełne są wezwań do zadawania pytań prezydentowi. Propagandystom zależy na tym, aby prezydent dobrze wypadł, niewygodne pytania o niewygodne sprawy nie są na pewno mile widziane.

To kontekst. A teraz konkret. Padła komenda z góry, aby ugasić pożar (sformułowanie Iwana Prieobrażeńskiego http://www.rosbalt.ru/russia/2019/06/14/1786732.html). Jako strażak wysłany został zastępca szefa Administracji Prezydenta Aleksiej Gromow. Spotkał się z grupą wpływowych ludzi mediów, którzy reprezentowali Gołunowa i środowisko (m.in. naczelny „Nowej Gaziety” Dmitrij Muratow) i uzgodnił on dalsze kroki. Kreml zgodził się na wypuszczenie Gołunowa i postawił tylko jeden warunek: jak najszybciej zwinąć protest.

Zaraz po zakończeniu negocjacji minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew ogłosił, że śledztwo wobec Gołunowa zostało umorzone. Kołokolcew otrzymał pono „prikaz” o natychmiastowym wyciszeniu sprawy od samego Putina. Cesarz uniósł kciuk w górę: oszczędzić dziennikarza, ukarać jego prześladowców. Czyli funkcjonariuszy średniego szczebla, którzy uszyli śledztwo, mszcząc się za dociekliwe materiały Gołunowa o korupcji i innych ich biznesowych grzeszkach.

Gołunow mógł zdjąć bransoletkę z nogi i ogłosić, że jest wolnym człowiekiem. Zapanowała euforia. Krótka. Dlaczego krótka? O tym w następnym odcinku – wszystko w tym odcinku się nie zmieściło, a pozostało do rozważania jeszcze kilka ciekawych wątków tej sprawy. CDN

W kolejce do protestu

8 czerwca. W Moskwie zatrzymano przedwczoraj korespondenta „Meduzy” Iwana Gołunowa pod zarzutem posiadania i zbywania narkotyków (artykuł kk zagrożony karą do 20 lat pozbawienia wolności). Prowokacja wobec dziennikarza, który badał przewały finansowe moskiewskiego merostwa w powiązaniu z mafijnymi układami, wywołała protest środowiska dziennikarskiego i nie tylko dziennikarskiego. Zbierane są podpisy pod listem Związku Dziennikarzy żądającym uwolnienia Gołunowa („Meduza” publikuje listy i protesty w tej sprawie https://meduza.io/feature/2019/06/07/svobodu-ivanu-golunovu). W Moskwie i innych miastach trwają pikiety w jego obronie.

„Meduza” jest medium internetowym, założonym w 2014 r. przez Galinę Timczenko. Materiały są publikowane po rosyjsku i angielsku. Projekt miał się nazywać „Hydra”, ale przez pomyłkę w papierach znalazła się nazwa „Meduza” i tak już zostało. Timczenko wcześniej była redaktorem gazety internetowej „Lenta”. Po głośnym konflikcie wraz z dużą grupą dziennikarzy odeszła z „Lenty”. Wtedy zgłosił się Michaił Chodorkowski z pomysłem, aby podobne wydanie internetowe robić nadal, ale już z rejestracją poza granicami Rosji (aby uniknąć opresyjnych działań ze stron władz Rosji w razie publikacji niewygodnych dla niej treści i móc utrzymać status medium propagującego zachodnie wartości i wspierającego społeczeństwo obywatelskie). Ostatecznie wybrano Łotwę.

Poza wiadomościami codziennymi „Meduza” publikuje własne materiały, ma niezły dział śledczy (jakiś czas temu podpisała porozumienie o współpracy z BuzzFeed). I to właśnie w nim Iwan Gołunow publikował swoje artykuły dotyczące nieczystych biznesów i korupcji urzędników moskiewskiego merostwa (tutaj można przeczytać jedno z nich dotyczące mafii śmieciowej: https://meduza.io/feature/2018/11/01/moskve-nado-izbavitsya-ot-shesti-millionov-tonn-musora-v-kakie-regiony-ego-budut-svozit-i-kto-etim-zaymetsya albo mafii cmentarnej https://meduza.io/feature/2018/08/14/grob-kladbische-sotni-milliardov-rubley).

„Meduza” na bieżąco informuje o sytuacji dziennikarza. Do jego zatrzymania doszło przedwczoraj w pobliżu stacji metra Cwietnoj Bulwar w centrum Moskwy; dwaj cywile, którzy przedstawili się jako policja kryminalna, insynuowali, że Gołunow posiada torebeczki z narkotykami. Zatrzymywano go tak gorliwie, że dziś trafił do szpitala z podejrzeniem złamania dwóch żeber i wstrząśnienia mózgu. Przez długi czas utrudniano mu dostęp do adwokata. Gołunow obawiał się, że do jedzenia dosypią mu narkotyki, w związku z tym nie tykał podawanych w areszcie posiłków, domagał się przeprowadzenia analiz na obecność w organizmie środków odurzających, odmawiano mu tego. Policja opublikowała natomiast zdjęcia „małej fabryczki narkotyków”, jaką rzekomo odkryto w jego poddanemu rewizji mieszkaniu. Miało to niby świadczyć o tym, że Gołunow zajmował się dealerką „białej damy” na wielką skalę. Wiele osób, które znają osobiście dziennikarza i bywały w jego mieszkaniu, twierdzi, że to jakieś fikcyjne zdjęcia zrobione gdzie indziej. „Nie mamy wątpliwości, że zatrzymanie Gołunowa ma związek z jego śledztwami dziennikarskimi, a narkotyki mu podrzucono. Po to, aby nas wszystkich zastraszyć. […] Wzywamy naszych kolegów i czytelników, aby nie milczeli. Musimy wystąpić w obronie Iwana, mając na uwadze przyszłość niezależnego dziennikarstwa w Rosji, bez którego nie ma przyszłości ani dla nas, ani dla kraju” – napisali w oświadczeniu dziennikarze ze związku.

MSW twierdzi, że funkcjonariusze nie użyli wobec Gołunowa siły fizycznej, a podczas przesłuchania i rewizji osobistej znaleziono u niego pięć paczuszek ze środkiem odurzającym.
Dziś już drugi dzień trwają w Moskwie i innych miastach pojedyncze pikiety w obronie Iwana Gołunowa. „Pojedyncza pikieta” – indywidualny protest jednej osoby – to jedyna forma protestu, która w Rosji nie wymaga specjalnego pozwolenia władz.

Pod siedzibą stołecznego wydziału MSW na ulicy Pietrowka w Moskwie przez całą noc trwały pikiety. Ludzie stali w bardzo długiej kolejce, aby zająć miejsce pod budynkiem. Trzymali w rękach plakaty z hasłami poparcia dla zatrzymanego dziennikarza i domagającymi się wolności słowa (zdjęcia z akcji można znaleźć między innymi tu: https://www.svoboda.org/a/29987909.html; https://graniru.org/Politics/Russia/activism/m.276571.html).

Pojedyncze pikiety odbywały się już w Rosji wielokrotnie w różnych bulwersujących opinię publiczną sprawach, ale „kolejki do pikiety” jeszcze nie było.

Duchy rosyjskiej wiosny

31 maja. Mija pięć lat od operacji Rosji na wschodzie Ukrainy, znanej pod nazwą „rosyjska wiosna”. W kilku ośrodkach miejskich wschodniej Ukrainy pojawiła się wtedy bujnie hałastra różnego autoramentu. Głównie były to przerzucone po sukcesie operacji krymskiej zielone ludziki. Zgodnie z wypracowanym schematem zorganizowani bandyci zajmowali budynki użyteczności publicznej, terroryzowali ludność, ogłaszali się komendantami, premierami, ministrami, proklamowali niepodległość takiego czy innego obszaru czy miasta. Kolejnym etapem było umocnienie władzy watażków poprzez ściągnięcie posiłków wojskowych z Rosji (ochotnicy zatrudniani i szkoleni przez prywatne firmy ochroniarskie, de facto militarne, a także emerytowani i pozostający w służbie wojskowi różnych szczebli), którzy stawiali opór wojskom ukraińskim. W ten sposób doszło do opanowania części Donbasu. Prezydent Putin perfidnie wychwalał potem pod niebiosa czyn zbrojny „górników i traktorzystów”, którzy obronili swoją małą ojczyznę przed zakusami kijowskiej junty.
Jednym z bohaterów „rosyjskiej wiosny” był niegdysiejszy funkcjonariusz Federalnej Służby Bezpieczeństwa Igor Girkin vel Striełkow. Pisałam o nim niedawno w związku z tym, że wystawiał na aukcji swoje odznaczenia za operacje na Ukrainie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/03/10/wyprzedaz-goryczy/). A kilka dni temu udzielił obszernego wywiadu.
Rozmowa dostępna jest na kanale youtube. Obejrzało ją 48 tysięcy ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=vn-ztUNkGWk&feature=youtu.be&t=961). Niewiele. Widać, że popytu na wywody bohaterów „rosyjskiej wiosny”nie ma. Striełkow mówi w wywiadzie to, co już od pięciu lat wiadomo, ale czego Rosja starannie się wypierała i nadal wypiera (np. że separatyści wspierani przez rosyjskich wojskowych walczyli z ukraińską armią i batalionami ochotniczymi przy perfidnym wykorzystywaniu jako tarczy cywilów itd.). Już nie pierwszy raz „lew Słowiańska” wspomina w wywiadzie o egzekucjach, do jakich dochodziło w tym mieście. Tym razem uszczegóławia, że to on podejmował decyzje o rozstrzelaniu „ukraińskich szpiegów i dywersantów”.
Striełkow od dawna jest mocno rozczarowany tym, że Kreml zaniechał walki o Ukrainę, Putina nazywa tchórzem, który zdradził, generalnie nie poważa polityki Moskwy wobec Kijowa. Rosyjskie media od dawna rozgoryczonego watażki nie zauważają. Tej rozmowy też bodaj nikt nie skomentował, choć tematy ukraińskie są przez rosyjski mainstream wałkowane na okrągło (w najpopularniejszych rosyjskich programach publicystycznych właściwie o niczym innym się nie mówi – Ukraina nie schodzi z wokandy).
Ciekawe jest też to, że Striełkow udzielający od pewnego czasu takich szczerych wywiadów nadal nie wyciągnął z rękawa swojego asa atutowego: a mianowicie wiedzy o zestrzeleniu nad Donbasem w lipcu 2014 roku samolotu pasażerskiego Maleysian Airlines. Przypomnę, co napisałam zaraz po tragedii: „Zwraca uwagę usunięcie z Twittera i vkontakte przechwałki „komendanta wojskowego Doniecka” Igora Girkina vel Striełkowa, który z triumfem informuje o trafieniu rakietą samolotu transportowego ukraińskich sił zbrojnych. „W rejonie Torezu dopiero co zestrzelono ukraińskiego An-26, wala się gdzieś w okolicy kopalni Progress. A uprzedzałem, żeby nie latali po naszym niebie” (…). A to jeszcze jeden cytat z Girkina-Striełkowa, z dzisiejszych wpisów: „trupy były nieświeże”, a więc sugestia, że w samolocie przewożono nieżywych pasażerów (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/18/mozna-zalozyc/)”.
Kwestia statusu Donbasu będzie jeszcze długo kartą przetargową w politycznych przepychankach Moskwy z Kijowem, a sprawa nieszczęsnego zestrzelonego boeinga nadal będzie powracać – dopóty, dopóki nie zostanie ostatecznie wyjaśniona. Czy Girkin odegra w tym jeszcze jakąś rolę czy zaśnie gdzieś na dnie lamusa snem niesprawiedliwych?