Archiwum autora: annalabuszewska

Zamach w Odincowie

22 sierpnia. Do podwozia samochodu ktoś przymocował ładunek wybuchowy. Za kierownicą dżipa siedziała Daria Płatonowa vel Daria Dugina. Auto wyleciało w powietrze, gdy Daria ruszyła w drogę powrotną z festiwalu „Tradycja”, który odbywał się 20 sierpnia w podmoskiewskim Odincowie. Na festiwalu wystąpił jej ojciec, Aleksandr Dugin, spowity złowrogim nimbem ideolog „ruskiego mira”. Miał wracać z córką, ale ktoś go zatrzymał. Zamach wywołał tsunami komentarzy, domysłów i wróżb.

Ciekawe jest to, że zwykle opieszała i niemogąca dotrzeć do sedna Federalna Służba Bezpieczeństwa już po niespełna dwóch dobach stwierdziła, że zamachu dokonały służby specjalne Ukrainy, co więcej: podała na widelcu sprawczynię zamachu. Według tej wersji, niejaka Natalia Wowk, urodzona w 1979 r., na polecenie Kijowa przyjechała wraz z dwunastoletnią córką i wynajęła mieszkanie w Moskwie, w domu, gdzie mieszkała Daria Dugina. Wowk śledziłą Darię, twierdzi FSB, a 20 sierpnia pojechała na festiwal „Tradycja”. Na „ukraiński ślad” zamachu wskazywali również m.in. Margarita Simonjan (RT), rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa czy portal Cargrad (konserwatywne medium, z którym współpracowała Daria Dugina).

Kim była Daria? Absolwentką filozofii, ukończyła MGU w 2014 r. To był rok wyjątkowy – rok aneksji Krymu i zdecydowanego antyzachodniego zwrotu w polityce Kremla. Daria stała się bliską współpracowniczką swojego papy. Wypowiadała się jako komentator w drugorzędnych mediach w duchu ideologii eurazjatyzmu, propagowanej przez Dugina. Podpisywała swoje teksty „Daria Płatonowa”, co miało być jej hołdem dla Platona (ros. Платон). W ostatnim czasie dała się poznać jako zajadła przeciwniczka państwa ukraińskiego, zwolenniczka wojny rozpętanej przez Putina w Ukrainie, głosicielka rychłego upadku Zachodu jako cywilizacji. Media społecznościowe zaraz po zamachu masowo kolportowały jedno z jej ostatnich wystąpień w programie telewizyjnym, w którym żarliwie przekonywała o konieczności postawienia „tych ludzi [Ukraińców], którzy już nie są ludźmi” przed trybunałami. Dugina ściśle współpracowała z wydawnictwem Czarna Sotnia. Wydawnictwo zapowiadało, że jesienią ukaże się jej książka pod tytułem „Książka Z” – zbiór opowiadań o wojnie w Ukrainie.

W 2014 r. Aleksandr Dugin miał swoje pięć minut, Kreml pozwolił mu nawet kilka razy wystąpić w najważniejszych publicystycznych programach telewizyjnych (choć z drugiej strony właśnie w tym roku Dugin został wyrzucony z MGU, gdzie był wykładowcą od 2008 r. To też ciekawe, że był profesorem prestiżowej uczelni, choć nie miał odpowiedniego wykształcenia, ukończył tylko zaocznie inżynierię melioracyjną na prowincji). Jego teorie o konieczności odbudowy „ruskiego mira” jako fundamentu potęgi Rosji pasowały do bieżących celów politycznych rosyjskich władz. Ale ten przebłysk telewizyjnej aktywności nie trwał długo. Dugin wrócił do uprawiania swoich konserwatywnych grządek na uboczu i lansowania własnego wizerunku jako nieformalnego ideologa Kremla, mającego wpływ na myślenie samego Putina. Ten mit zyskał popularność wśród zachodniej publiczności, która widziała w Duginie nowe wcielenie Rasputina. Bezpodstawnie. Analiza hierarchii i zadań oraz stosunków panujących na Kremlu nie potwierdza, że Dugin był tam kiedykolwiek postacią nadającą ton tworzeniu koncepcji. Choć to, co mówił i pisał, pasowało Putinowi jako tło obrazka. W skrócie i uproszczeniu, eurazjatyzm Dugina to geopolityczna walka pomiędzy „państwami morza” (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania) a „państwami lądowymi” (Rosja i państwa Wschodu); w rozważaniach na temat ideału państwa Dugin odwoływał się do pojęcia zgodnych współbrzmień „symfonii władz cerkiewnych/kościelnych i świeckich”, wskazywał monarchię jako idealną formę rządów. No i potrafił grać na ezoterycznych ciągotkach gospodarza Kremla. Ale to nie sprawiło, że pojmał go kiedykolwiek w swe sieci. Według krytyków Kremla, Dugin jest co najwyżej „obsługą triumfującego czekizmu-putinizmu”.

Dugin miał zawsze swoje poletko, swoich słuchaczy i także swoje wpływy, ale pełnił rolę służebną, nie był decydentem, podporządkowywał się, szukał (i nadal szuka) swojego miejsca na scenie politycznej. Zaciekawiło mnie w tym kontekście przypuszczenie przedstawione w jednej z publikacji „Meduzy.io”, że Dugina wspiera finansowo Konstantin Małofiejew. Prawosławny milioner, sponsor „rosyjskiej wiosny 2014” i innych projektów w Donbasie. Małofiejew ma ambicje polityczne (nie udało mu się zostać senatorem, ale nie składa broni) i Dugin pomaga mu w ich realizacji. Projekt miałby się nazywać „rosyjski Donald Trump (Małofiejew) i jego doradca (Dugin)”. Małofiejew jest właścicielem portalu i telewizji Cargrad (konserwatywne, wielkoruskie treści, tradycyjna rodzina, sojusz tronu i ołtarza). Dugin był swego czasu redaktorem Cargradu, ale dawno już się z nim rozstał. Małofiejew był osobą upoważnioną przez Dugina do opublikowania jego komentarza po śmierci córki: „Ona nigdy nie wzywała do przemocy i wojny. Była wschodzącą gwiazdą na początku swej drogi. Wrogowie Rosji ją podle, cichcem zabili… Ale rosyjskiego narodu nie złamią nawet takie ciosy. Musimy zwyciężyć, innego wyjścia nie ma. Na ołtarzu tego zwycięstwa złożyła swe młode życie moja córka. Odnieście zwycięstwo, bardzo o to proszę!”.

Piszę tak dużo o samym Duginie i jego powiązaniach, bo może wtedy łatwiej będzie zrozumieć, co się stało 20 sierpnia w Odincowie. Liczni komentatorzy zwrócili uwagę, że obiektem zamachu mógł być właśnie Dugin, a nie (lub nie tylko) jego córka. Drobne opóźnienie sprawiło, że nie wsiadł do dżipa córki, co podobno miał w planie.
Czemu i komu miałby posłużyć zamach na ideologa konserwatyzmu? Politolożka Tatiana Stanowaja uważa, że eksplozja w Odincowie będzie miała skutki polityczne. Po pierwsze spowoduje radykalizację obozu konserwatywnego, który będzie dyszał żądzą odwetu. Niekoniecznie musi to oznaczać wzrost wewnętrznych represji, ale może to pociągnąć za sobą zaognienie ideologicznych konfliktów, nad którymi Kreml nie do końca panuje. Po drugie, wzrośnie krytyka wobec Kremla za to, że działa zbyt miękko. „Zabójstwo Duginej, pisze Stanowaja, stwarza warunki, w którym zacznie się formować polityczne zamówienie na bardziej radykalne przywództwo niż ostrożny Putin. A Kreml nie zdoła wyjść naprzeciw takiemu zamówieniu”.

Wśród możliwych wersji zamachu powtarza się podejrzenie o założenie ładunku wybuchowego przez rosyjskie służby specjalne. Zamach miałby odwrócić uwagę od niepowodzeń Rosji na froncie, od wybuchów na Krymie itd.

Wskazanie „ukraińskiego śladu” jest w tym kontekście „oczywistą oczywistością”. Analitycy OSW piszą: „Udział ukraińskich służb specjalnych w organizację zamachu bombowego, w którym miał zginąć Dugin jest mało prawdopodobny. Organizacja czy inspiracja zabójstwa rosyjskiego propagandysty nie przyniosłaby wymiernych korzyści stronie ukraińskiej, a jedynie straty wizerunkowe pozwalające Kremlowi oskarżyć Kijów o terroryzm państwowy. Dugin jest słabo rozpoznawalny na Ukrainie, a jego antyukraińska działalność nie jest tematem, którym zajmują się media. Oficjalne oskarżenie przez FSB ukraińskich służb o organizację zamachu oznacza, że rzekomy „ślad ukraiński” będzie wykorzystywany we wzmacnianie negatywnego obrazu Ukrainy i stanie się elementem operacji dezinformacyjnej skierowanej również do odbiorców zachodnich” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2022-08-22/atak-rosji-na-ukraine-stan-po-179-dniach). Warto jeszcze dodać, że wskazanie Ukraińców jako autorów zamachu pokazuje, że rosyjski kontrwywiad nie poradził sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa Duginom. Co gorsza, przepuścił na terytorium Federacji Rosyjskiej panią Wowk, którą zaprezentowano jako „zbrodniarkę wojenną”. To jak to jest? „Zbrodniarze” z Ukrainy hulają po Moskwie, wynajmują mieszkania, podkładają bomby, a potem spokojnie wyjeżdżają przez estońską granicę? Z wersji mocno sypią się pakuły. Ale lepszych wersji, towarzysze, na razie dla was nie mamy.

A ciąg dalszy nastąpi.

Moskiewski sierpień 1991

19 sierpnia. Od tego dnia minęło 31 lat. Cała epoka. 19 sierpnia 1991 roku grupa twardogłowych przeciwników zmian w ZSRR, która nazwała się GKCzP – Państwowy Komitet ds. Stanu Wyjątkowego, ogłosiła, że przebywający na urlopie na Krymie prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow z uwagi na zły stan zdrowia ustąpił z urzędu. Władzę przejął GKCzP z Giennadijem Janajewem, wiceprezydentem ZSRR, na czele. Na ulicach Moskwy pojawiły się czołgi. Wybrany w czerwcu na prezydenta Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn z czołgu pod tzw. Białym Domem ogłosił, że nie uznaje władzy Komitetu. Tysięczne tłumy na ulicach, bratanie się armii z protestującymi, trzęsące się ręce Janajewa podczas konferencji prasowej, „Jezioro łabędzie” w telewizji. Pucz upadł, Gorbaczow powrócił z Krymu do Moskwy. Ale jego pozycja zdecydowanie osłabła i to Jelcyn otworzył sobie drogę do władzy.
W tym roku nie przypada okrągła rocznica, ośrodki badania opinii publicznej nie przeprowadziły okolicznościowych sondaży sprawdzających wiedzę o GKCzP i podejście obywateli do tego epokowego wydarzenia. W zeszłym roku WCIOM odnotował: 13% uznało, że ich życie stałoby się lepsze, gdyby Komitet utrzymał władzę, 17% – że by się pogorszyło, a 32% – że nie zmieniłoby się zasadniczo. 47% badanych zakwalifikowało pucz jako epizod walki o władzę na szczytach.

Pogłębione badania przeprowadziło rok temu także Centrum Lewady: „10% respondentów uważa, że [obalenie GKCzP] było zwycięstwem demokratycznej rewolucji, która oznaczała koniec władzy partii komunistycznej, 43% ocenia sierpniowy pucz jako tragiczne wydarzenie, mające zgubne skutki dla kraju i społeczeństwa”, 40% uważa, że była to walka o władzę. Taki rozrzut opinii oznacza, że ze świadomości społecznej wyparty został aspekt fundamentalnego planu puczystów: zachowanie systemu komunistycznego. Przeważająca niegdyś akceptacja dla działań Jelcyna zniknęła, jej miejsce zajęło przekonanie, że obie strony zasługują na potępienie”.

A teraz jeszcze kilka impresji w ten dzień rocznicowy. Podczas wspomnianego wyżej słynnego wystąpienia Jelcyna na czołgu za jego plecami stał młody człowiek o twarzy pociągłej. Z niezmąconym spokojem przebiegał wzrokiem po otaczającym tłumie. Wiktor Zołotow był wtedy ochroniarzem Jelcyna (z ramienia 9. zarządu KGB). Później pracował w Petersburgu jako członek ochrony mera miasta Anatolija Sobczaka, wtedy poznał wicemera Władimira Putina. Wielu obserwatorów życia Petersburga w latach 90. twierdzi, że dochodziło wówczas do masowego łamania prawa przez obrotnego wicemera, Zołotow też odgrywał w mafijnym procederze swoją znaczącą rolę, zna wiele tajemnic Smolnego. Dziś Zołotow jest szefem RosGwardii, osobą z najbliższego otoczenia prezydenta, jako dowódca pretorianów osłaniających władzę i człowiek popierający agresję na Ukrainę został objęty zachodnimi sankcjami.

Nadawane w dniach puczu „Jezioro łabędzie” stanie się później jednym z symboli tamtego czasu. Wielokrotnie było przywoływane później w chwilach kryzysu władzy. Przeciwnicy Putina masowo wykorzystywali ten motyw po rozpoczęciu agresji Rosji na Ukrainę, oczekując, że reżim upadnie wskutek popełnionych błędów lub niespodziewanej śmierci przywódcy.

Historyk Siergiej Miedwiediew napisał w eseju na stronie Radia Swoboda: „Jeszcze kilka lat temu weterani tamtych dni składali kwiaty pod tablicą na Nowym Arbacie, gdzie pod gąsienicami czołgów zginęło trzech młodych ludzi, ale teraz taka akcja może być zakwalifikowana jako nielegalne zgromadzenie. Zresztą, co uczestnicy mieliby świętować, skoro w rezultacie w Rosji zwyciężyły idee GKCzP, dokonano czekistowskiego przewrotu, a Rosja podąża drogą imperialno-stalinowskiego odwetu i wszelkimi siłami próbuje przywrócić choćby cząstkę byłego Sojuza? Obecna wojna z Ukrainą to echo i ciąg dalszy tamtego sierpnia 1991 r., ostatnia (a może i nie ostatnia) łapczywa próba odzyskania tego, co zostało stracone, dowojowania do końca to, co nie zostało dokończone. Rozlew krwi ma zrekompensować ten stosunkowo pokojowy i bezkrwawy rozpad, który uważaliśmy za rzecz normalną i którego owocami delektowaliśmy się przez trzy dekady. Patrząc na sierpień 1991 r. z apokaliptycznej perspektywy 2022 roku, jeszcze ostrzej widać całą naiwność i niewinność tych marzeń o pożegnaniu przeszłości, o tym, że Rosja, zrzuciwszy skamieniałą otulinę ZSRR, stanie się normalnym państwem bez imperialnych ambicji i totalitarnego syndromu, dołączy do wspólnoty cywilizowanych narodów […]. Jak się miało już wkrótce okazać, historia się nie skończyła, a tylko została na chwilę zawieszona. W tej przerwie w trybie stand by zmieściło się życie całego pokolenia dzieci tamtego sierpnia”.

Kryształowy lobbysta w ramionach kryształowego demokraty

9 sierpnia. Krytycy mówili o nim szyderczo „kanclerz na posyłki”, gdy objął stanowiska w Gazpromie i Rosniefti. Gerhard Schröder naraził się na kolejną falę niepochlebnych opinii, gdy po urlopie w Moskwie, podczas którego spotkał się z Władimirem Putinem, w wywiadzie dla tygodnika „Stern” zapewniał, iż władca Rosji jest pełen pokojowych zamiarów i chce negocjować. Parteigenossen z SPD zaczęli pojedynczo i grupami składać do odpowiednich instancji partyjnych wnioski o wyciągnięcie konsekwencji wobec Schrödera za obsługiwanie interesów zbrodniarza wojennego. I oto wczoraj specjalna komisja arbitrażowa podokręgu SPD w Hanowerze miłosiernie orzekła, że nie widzi powodu do wyrzucenia usłużnego ekskanclerza z partii, gdyż „były kanclerz federalny nie naruszył zasad partyjnych swoim zaangażowaniem na rzecz rosyjskich firm państwowych”.

Deutsche Welle donosi, że komisja nie znalazła w działaniach i wypowiedziach Schrödera znamion sprzeniewierzenia się zasadom partii ani nie dopatrzyła się złamania przezeń jej statutu. Zdaniem komisji, Schröder nie wypowiadał się w duchu wsparcia dla wojennej agresji Rosji na Ukrainę i nie usprawiedliwiał napaści. Przyjaźń łącząca go z Putinem odnosi się do sfery prywatnej, a lukratywne posady w rosyjskich gigantach paliwowych Schröder już opuścił. Jednym słowem – spokój, cisza, nic się nie stało.

Wnioskodawcy mają teraz czas na zaskarżenie orzeczenia komisji. Ich zdaniem ścisłe związki Schrödera w rosyjskimi władzami dyskredytują nie tylko jego samego, ale i całą partię. W zażaleniach wnoszonych do komisji arbitrażowej członkowie SPD podkreślali też, że kurs obrany przez Schrödera, gdy był urzędującym kanclerzem, na zacieśnienie współpracy energetycznej z Rosją miał decydujący wpływ na powstanie zależności Niemiec od rosyjskich surowców energetycznych. A więc i od Kremla. A teraz owoce tego uzależnienia stają się coraz bardziej gorzkie, a niebawem dodatkowo przybiorą formę mrożonki.

Wiceprzewodniczący partii Lars Klingbeil uspokajał niechętnych Schröderowi kolegów z partii, że jego pozostawienie w szeregach SPD jest tylko formalne, a partia będzie się od niego dystansować, a nawet go izolować. Ciekawe podejście.

Zmiana paradygmatu w stosunkach z Rosją oraz zabiegi wokół zakupów rosyjskiego gazu dla Niemiec stanowią obecnie najważniejszą oś dyskusji politycznej u naszych zachodnich sąsiadów. Jak pisze Marek Menkiszak w analizie na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: „Moskwa nie ukrywa, że redukcja [przesyłu gazu gazociągiem Nord Stream 1] stanowiąca pogwałcenie kontraktów zawartych z europejskimi odbiorcami – jest motywowana politycznie oraz stanowi element wojny gazowej i narzędzie szantażu, głównie wobec RFN. Jasno świadczą o tym zarówno wcześniejsze wypowiedzi Putina, jak i niedawne słowa Pieskowa. Wprost uzależniają oni przywrócenie normalnego poziomu dostaw gazu z Rosji od zgody na uruchomienie Nord Stream 2 (ukończonego, ale zamrożonego po inwazji na Ukrainę w lutym br.). Warto przy tym odnotować, że Putin sugeruje, iż przesył za pośrednictwem NS2 miałby wynieść około połowy jego przepustowości (55 mld m3 rocznie), co być może wskazuje na żądanie rewizji prawa i decyzji UE (m.in. interpretacji trzeciego pakietu energetycznego i dyrektywy gazowej, zaskarżonej przez Gazprom), ograniczających możliwość wykorzystania gazociągu przez koncern. W swojej grze z Berlinem Moskwa posługuje się znanym lobbystą rosyjskich interesów w Niemczech, byłym kanclerzem Schröderem (szefem rady dyrektorów kontrolowanej przez Gazprom spółki Nord Stream 2 AG), licząc, że mimo niepopularności jego i jego narracji w RFN, sytuacja zmieni się wskutek narastania kryzysu energetycznego. Tę kalkulację dobrze ilustrują słowa zastępcy szefa komisji gospodarki Rady Federacji (wyższej izby parlamentu) Iwana Abramowa, który w wypowiedzi z 3 sierpnia wyraził przekonanie, że wraz ze zbliżaniem się zimy, kiedy niemieccy obywatele otrzymają „gigantyczne” rachunki za energię, ich nastroje zmienią się, a oni sami poprą ideę uruchomienia NS2”.

„Znany lobbysta” Schröder otrzymywał niezłe gaże za piastowanie stołków w konsorcjum Nord Stream i Rosniefti (w 2021 r. jego wynagrodzenie w tym koncernie naftowym zarządzanym przez druha Putina, Igora Sieczina, wynosiło 600 tysięcy dolarów, na waciki wystarczało). Po najeździe Rosji na Ukrainę Schröder powiedział, że to błąd polityczny Moskwy. Niemniej nie zaniechał kontaktów z przyjacielem z Kremla. Prasa pisze, że prowadzi intensywne rozmowy o nowym ukształtowaniu współpracy gospodarczej, głównie w dziedzinie energetyki. 25 lipca oznajmił, że jedzie do Moskwy na urlop. Ale jego żona w komentarzu dla „Der Spiegel” wygadała się, że celem podróży do rosyjskiej stolicy są rozmowy o dostawach gazu rurociągiem Nord Stream 1. Tego dnia Gazprom ogłosił, że zamierza zastopować pracę jeszcze jednej turbiny tłoczącej gaz tym gazociągiem (skutki: patrz wyżej).

Początek „prawdziwie męskiej przyjaźni” pomiędzy Schröderem a zafascynowanym w młodości NRD Władimirem Putinem datuje się na pierwszą kadencję młodego wówczas rosyjskiego prezydenta. Schröder wyznaczył wtedy linię własnej Ostpolitik: „Rosja jest dla nas ważna pod względem politycznym i gospodarczym. Jestem przekonany, że rozszerzająca się Unia Europejska postępuje słusznie, zawiązując strategiczne partnerstwo z Rosją. I ja chcę wnieść wkład w to dzieło. Niemcy nie mogą być zainteresowane niestabilnością Rosji” – i tak dalej w tym duchu powtarzał Schröder w wywiadach prasowych. Na zarzuty niemieckiej prasy, że Putin coraz bardziej demoluje i tak słabe instytucje demokratyczne w Rosji i poszerza pole zamordyzmu, prowadzi zbrodniczą wojnę w Czeczenii, łamie prawa człowieka, Schröder odpowiadał: „Ależ Putin to kryształowy demokrata”. Już podczas wizyty Schrödera w Rosji w styczniu 2001 r. obaj politycy prezentowali znakomitą komitywę i wzajemne zrozumienie: Putin wraz z małżonką woził państwa Schröderów saniami zaprzężonymi w trojkę, pokazywał zabytki. Potem państwo Schröderowie zaadoptowali dwoje dzieci z petersburskiego domu dziecka. Po zakończeniu kadencji kanclerza „drug Gerhard” pozostał bliskim człowiekiem Putina. Schröder otrzymał od Gazpromu świetną fuchę: został prezesem zarządu rosyjsko-niemieckiego konsorcjum budującego Gazociąg Północny (Nord Stream 1). Kontakty byłego kanclerza z Putinem musiały być nadal bliskie i serdeczne, skoro rosyjski prezydent podczas tzw. bezpośredniej linii w 2015 roku opowiedział o takim przypadku: „Z byłym kanclerzem RFN panem Schröderem pewnego razu byliśmy w mojej rezydencji. Poszliśmy do bani (tradycyjnej drewnianej rosyjskiej łaźni a la sauna), a ona zaczęła się palić. Akurat przynieśli nam piwo. Mówię do niego: Gerhardzie, słuchaj, musimy szybko stąd wyjść. Palimy się. A on powiada: Poczekaj, dopiję piwo i pójdziemy. Ja mu mówię: Zwariowałeś? Palimy się! A on jednak dopił piwo. Uparty człowiek, z charakterem. A bania spaliła się ze szczętem”.

Zamiatając ślady zbrodni

31 lipca. W Ołeniwce w obwodzie donieckim rosyjscy okupanci urządzili tzw. obóz filtracyjny. Na skutek wybuchu w baraku, w którym przetrzymywani byli jeńcy ukraińscy, zginęły co najmniej 53 osoby. Strona rosyjska natychmiast miała gotowe wyjaśnienie: to Ukraińcy ostrzelali obóz rakietami HIMARS. Strona ukraińska mówiła o rosyjskim ataku artyleryjskim na obiekt. Dwa dni później opublikowano zdjęcia satelitarne obozu w Ołeniwce. Ich analiza wskazuje, że barak wysadzono od wewnątrz. Ukraińscy politycy wezwali świat do uznania Rosji za państwo terrorystyczne.

Wcześniej w Ołeniwce Rosjanie przetrzymywali miejscowych, przeważnie mieszkańców Mariupola i okolic, którzy „nie przeszli filtracji”, czyli których strona rosyjska uznała za elementy niepewne, np. wolontariuszy. Po poddaniu zakładów Azowstal w Mariupolu do obozu przywieziono obrońców tego obiektu, część trafiła początkowo do szpitali, potem do Ołeniwki. Prawdopodobnie byli oni poddawani brutalnej „obróbce”, grożono im nieustannie trybunałem i śmiercią. Strona ukraińska liczyła na to, że uda się ich wymienić na rosyjskich jeńców przebywających w ukraińskiej niewoli.

Kilka dni przed 29 lipca, gdy doszło do tragedii, jeńcy zostali umieszczeni w feralnym baraku. Według wersji ukraińskiego wywiadu, „wybuchu dokonali najemnicy z grupy Wagnera na osobisty rozkaz nominalnego właściciela tej prywatnej grupy wojskowej, Jewgienija Prigożyna […]. Głównym celem tego aktu terrorystycznego było ukrycie faktów totalnego rozkradania środków, przeznaczonych na utrzymanie ukraińskich jeńców, 1 sierpnia miała przybyć do obozu komisja z Moskwy, która miała skontrolować wydatki i warunki przetrzymywania jeńców”. Według innej wersji, motywem miała być chęć ukrycia śladów tortur na ciałach jeńców.

Do miejsca tragedii nie mają dostępu niezależni dziennikarze. Rosyjska telewizja nadała reportaż z Ołeniwki i pokazała fragmenty pocisków HIMARS, co miało poświadczyć wersję rosyjskiego ministerstwa obrony.

Ukraina wezwała ONZ i Czerwony Krzyż do zbadania okoliczności śmierci ukraińskich jeńców. Obie organizacje były gwarantami życia i zdrowia ukraińskich wojskowych, którzy poddali się i trafili w ręce rosyjskich okupantów. Prezydent Wołodymyr Zełenski przypomniał o tym, wskazując, że Rosja dopuściła się kolejnej zbrodni i powinna zostać uznana przez społeczność międzynarodową za państwo terrorystyczne. Czerwony Krzyż rozłożył ręce: „próbujemy uzyskać dostęp do miejsca tragedii i zabiegamy o opiekę nad rannymi, to nasz priorytet”. Unia Europejska ustami przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej Josepa Borrella obiecała pociągnąć do odpowiedzialności rosyjskich wojskowych, dopuszczających się zbrodni na Ukraińcach. Jak twierdzi BBC, ta zapowiedź miała dotyczyć nie tylko ataku w Ołeniwce, ale także innych zbrodniczych czynów, jak wykastrowanie i zastrzelenie ukraińskiego jeńca (materiały wideo zawierające nagranie tej upiornej zbrodni kilka dni temu trafiły do sieci).

Od wielu lat hasłem nakręcającym militarną histerię w Rosji było „Możemy powtórzyć”. Było ono przywoływane głównie w okolicach 9 maja, aby przypomnieć o Pobiedzie, obudzić w Rosjanach sentyment do bicia wroga. Rosyjski dziennikarz, mieszkają od lat za granicą, Andriej Malgin napisał w mediach społecznościowych: „Możemy powtórzyć”. Faktycznie, powtarzają. W 1940 r. rozstrzelali polskich jeńców w Katyniu i próbowali przypisać zbrodnię Niemcom. Nawet do Norymbergi przytaszczyli „dowody”, które zostały odrzucone przez trybunał. Teraz zabili ukraińskich jeńców wojennych z Azowa – i natychmiast zakrzyknęli, że to zrobiła Ukraina. Dla wygody w przeprowadzeniu operacji ofiary zostały uprzednio posortowane przez czekistów i umieszczone w jednym baraku. Żeby nie było przypadkowych trupów. Jest też wersja, że w wysadzonym baraku znajdowały się trupy. Nic to – przyszła Norymberga wszystko wyjaśni. Możemy powtórzyć dla was Norymbergę.

Panamskie echo

25 lipca. Szeroko zakrojona wspólna akcja dziennikarzy śledczych kilku redakcji czołowych periodyków, znana pod kryptonimem Panama Papers, w 2016 r. ujawniła mechanizm upychania przez biznesmenów i polityków nielegalnych pieniędzy w rajach podatkowych. Bohaterami afery byli także rosyjscy interesanci panamskiej kancelarii prawnej Mossack Fonseca. Zainteresowanie wzbudził m.in. cichy i niepozorny znajomy prezydenta Rosji z dawnych lat, wiolonczelista Siergiej Rołdugin, którego nazwano „głównym słupem Putina”. Po sześciu latach sprawa tajnych kont powraca.

A powraca w wywiadzie, jakiego udzielił „Der Spiegel” tajemniczy informator, który przekazał dziennikarzom w 2015 r. namiary na panamską pralnię brudnych pieniędzy. Pragnący nadal zachować anonimowość sygnalista, kryjący się za nickiem John Doe, wspomina w rozmowie z dwoma niemieckimi dziennikarzami m.in. o Władimirze Putinie. Twierdzi, że pieniądze umieszczone uprzednio na polecenie prezydenta w off shore obecnie służą nieformalnemu finansowaniu zbrodniczej wojny w Ukrainie. Dotyczy to zresztą nie tylko Putina, ale innych dyktatorów – raje podatkowe nadal obsługują skorumpowane niedemokratyczne reżimy: „Putin jest większym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych niż kiedykolwiek był Hitler. Potrafi korzystać z rajów podatkowych w swoich interesach. Firmy fasadowe finansują rosyjskie wojsko, zabijają niewinnych cywili w Ukrainie. Pociski Putina trafiają w ukraińskie centra handlowe” – powiedział John Doe w wywiadzie dla „Der Spiegel”.

Więcej szczegółów na ten temat nie podał, wydaje się, że dotarcie do informacji, którędy „chodzą” te pieniądze, mogłoby mocno pokrzyżować plany agresora. Po ujawnieniu wielkiego „panamskiego dossier” Kreml wielokrotnie odcinał się, zaprzeczał, wzruszał ramionami: „Putin nie ma żadnych tajnych kont, nie korzysta z żadnych nielegalnych instrumentów finansowych itd.”. Wrócę do tego wątku za chwilę.

Ciekawą myśl John Doe poddał w sprawie wykorzystania wiedzy o utajonych pieniądzach ludzi z bliskiego otoczenia Putina: „Sądzę, że Zachód zbyt długo myślał o Putinie jako pewnej uciążliwości, ale takiej, którą można by kontrolować, sięgając po bodźce ekonomiczne. Omylili się, to się nie udało. Ażeby okiełznać Putina, trzeba wdrożyć coś w rodzaju nowego projektu „Manhattan”, z tym że celem [nie byłoby stworzenie bomby atomowej, a] byłoby rozszyfrowanie tajemnic rajów podatkowych. Z pewnością istnieją techniczne możliwości i moce obliczeniowe. Pytanie brzmi: czy jest wola polityczna?”.

Jedną z osób z otoczenia Putina, które zostały rozpracowane w ramach dziennikarskiego śledztwa Panama Papers, był Siergiej Rołdugin, wiolonczelista i dyrygent oraz kum Putina z lat petersburskiej (leningradzkiej) młodości. Starszy brat Siergieja, Jewgienij, był kolegą Putina w szkole KGB (pisałam o Rołduginie w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/10/przesliczny-wiolonczelista-w-panamie/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/).

Niepozorny przyjaciel, nazywany w „wąskim kręgu” księciem Myszkinem, miał firmę International Media Overseas SA. Według dokumentów wyciągniętych przez dziennikarzy śledczych IMO sprzedała akcje Rosniefti za ponad 800 tys. dolarów przez sieć off shore’ów. Zakupiła je najprawdopodobniej firma Delco Networks, zarejestrowana na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. W efekcie tej transakcji na konta firmy wpłynęły 2 mln dolarów. Dokładny opis (z nazwami firm) i rozrysowany schemat tutaj: https://www.occrp.org/en/panamapapers/russia-the-cellist-and-the-lawyer/. „Nowaja Gazieta” pisała, że firmy zarejestrowane na nazwisko Rołdugina zaciągały wielomilionowe kredyty w WTB bez poręczenia, a także otrzymywały pieniądze od rosyjskich przedsiębiorców pod niskie oprocentowanie. Bez przykazu z Kremla takie przywileje nikomu nie przysługują. W 2016 r. Putin osobiście zwrócił uwagę kilku rosyjskich oligarchów (m.in. Romana Abramowicza) na potrzeby fundacji.

W latach po opublikowaniu Panama Papers nazwisko Rołdugina rzadko pojawiało się w rosyjskich mediach, a jeżeli kremlowscy dziennikarze przypominali o jego istnieniu, to wyłącznie w pozytywnym tonie: mówiono o jego fundacji, wspomagającej utalentowane muzycznie dzieci czy o akcjach na rzecz pozyskiwania starych instrumentów. Sam Putin próbował uwierzytelnić mętną działalność druha, zapewniając, że wszystkie zarobione pieniądze szlachetny Rołdugin przeznacza na ratowanie cennych wiolonczel i skrzypiec, które patriotycznie sprowadza do Rosji i przekazuje instytucjom państwowym.
W mediach pilnie przyglądających się machlojkom osób powiązanych z władzami wypływały od czasu do czasu ciemne sprawki Rołdugina. W 2020 r. pojawiły się znaki zapytania wokół nieruchomości, na które fundacja Rołdugina w ciągu roku wydała, bagatela!, 20 mld rubli (https://compromat.group/main/investigations/30271-fond-sergeya-roldugina-potratil-rekordnye-20-mlrd-rubley-za-god-bolshuyu-chast-na-nedvizhimost.html).

Na początku czerwca br. USA wprowadziły sankcje wobec Siergieja Rołdugina i szeregu osób z otoczenia Putina w związku z agresją Rosji na Ukrainę.

„Ucieszyłem się, widząc, że Rołdugin został objęty sankcjami. Myślę, że to genialne” – przyznał John Doe.

Siedem lat łagru za słowa prawdy

10 lipca. Sąd skazał Aleksieja Gorinowa na karę siedmiu lat łagru za uczciwość obywatelską i nazwanie zbrodniczej wojny wojną. To pierwszy wyrok z artykułu o „rozpowszechnianiu fejków o rosyjskiej armii”. Tak „wymiar sprawiedliwości” putinowskiej Rosji kwalifikuje mówienie prawdy o napaści na Ukrainę. Łagier dla Gorinowa to pierwszy realny wyrok orzeczony na podstawie nowego przepisu, penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. A za takową uważa się wszelkie akcje antywojenne.

Cofnijmy się o kilka tygodni. 15 marca na posiedzeniu rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie na wniosek radnego Aleksieja Gorinowa ogłoszono minutę ciszy, aby upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę. Gorinow zaznaczył przy tym, że wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. W rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną Gorinow nazwał wojnę wojną (a nie operacją specjalną, jak głosi i nakazuje głosić Kreml) i wspomniał o tym, że wśród ofiar są dzieci. Nagranie z posiedzenia trafiło do sieci, a także do Prokuratury Generalnej (donos napisali koledzy Gorinowa – radni z ramienia Jednej Rosji). Prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Radna wyjechała za granicę, unikając aresztowania. Gorinow został natomiast w kraju.

Zdaniem sądu Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści.

„Od pięciu miesięcy Rosja prowadzi działania zbrojne, wstydliwie nazywając je operacja specjalną. Obiecują nam zwycięstwo i sławę. Ale z jakiegoś powodu część moich współobywateli odczuwa wstyd i ma poczucie winy. Dlaczego nasz kraj ma nagle tylu nieprzyjaciół? Skąd oni się wzięli? Może z nami jest coś nie tak? Porozmawiajmy o tym. To właśnie zrobiłem podczas posiedzenia rady” – mówił Gorinow na sali sądowej. Oskarżony siedział w szklanej szkatule, odgradzającej go od reszty sali rozpraw. Do szyby przyłożył kartkę papieru z napisem „Czy wam potrzebna jest jeszcze ta wojna?”. Jeden z ochroniarzy własnym ciałem zasłonił wywrotowy napis.

Wczoraj na stronie internetowej portalu „Nowa Gazeta. Europa” (medium wydawane za granicą przez byłych dziennikarzy „Nowej Gazety”, której działalność zawiesił jej redaktor naczelny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Dmitrij Muratow na skutek wprowadzenia w kraju wojennej cenzury) zamieszczono list otwarty w sprawie bezprawnego wyroku na Gorinowa. Podpisało go 20 prawników i obrońców praw człowieka. Zdaniem autorów listu, wyrok jest niezgodny z prawem i narusza rosyjską konstytucję. Piszą, że kodeks karny od momentu inwazji stał się instrumentem zamykania ust wszystkim , którzy krytykują politykę władz, a zamykanie ust narusza co najmniej trzy artykuły konstytucji.

Tatiana Stanowaja tak interpretuje wyrok: „Siedem lat dla Gorinowa to wyjątkowe polityczne wydarzenie, przypadek szczególny wśród podobnych procesów. Władza daje znać, że dzieli przestępstwa o fejkach na temat armii rosyjskiej na dwie kategorie. Kategoria pierwsza: nazwać „operację specjalną” wojną lub próbować opowiadać alternatywną wersję w mediach zablokowanych lub w mediach społecznościowych – to uznawane jest za szkodnictwo. Ale jeśli takie szkodnictwo łączy się z działalnością polityczną (tak rzecz się ma w przypadku Gorinowa, który jako radny wystąpił przeciwko wojnie podczas posiedzenia rady), to uznawane jest bez mała za terroryzm. Ten wyrok to przemyślane ostrzeżenie wobec wszystkich przeciwników wojny: wsadzimy was na lata, jeżeli przyjdzie wam do głowy łączyć antywojenną retorykę z działalnością polityczną”.

Sądy mają w najbliższym czasie rozpatrzyć osiem podobnych spraw.
*
Teraz, żeby podpaść władzy, nie trzeba wiele. Posadę stracił ostatnio ordynator chirurgii szpitala w mieście Jelec (obwód lipiecki) Wiktor Pawlenko pod zarzutem dyskredytacji sił zbrojnych. Miejscowy oddział Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, której Pawlenko jest członkiem, tak opisuje w Telegramie tło wydarzeń, które doprowadziły do dymisji: „Konflikt powstał 17 czerwca, gdy w ośrodku wypoczynkowym pod Jelcem spotkały się dwie grupy: lekarze i pracownicy prokuratury towarzyszący merowi miasta. Członkowie prokuratorskiej ekipy usłyszeli, jak Pawlenko powiedział: „Chwała Ukrainie”. Wprost z ośrodka wypoczynkowego Pawlenko został zawieziony do rejonowej komendy policji. Funkcjonariusze FSB zakuli lekarza w kajdanki i zagrozili, że mu „nos wsadzą w gardło”, jeśli przed kamerą nie przyzna się do winy i nie przeprosi „szanownego naczalstwa” za swoje zachowanie. Ludzie w mundurach przez kilka godzin maglowali chirurga, aż wreszcie wymogli na nim przyznanie się do winy i przeprosiny. Po tym incydencie Pawlenko został 20 czerwca zwolniony ze stanowiska, ma odpowiadać przed sądem z paragrafu o dyskredytacji armii”. Pawlenko miał zamiar startować w jesiennych wyborach do rady miejskiej. Można założyć, że nie wystartuje.

Pocztówka ze Spitsbergenu

29 czerwca. Po gniewnym zakwestionowaniu decyzji Litwy o ograniczeniach w tranzycie towarów do obwodu kaliningradzkiego Rosja wywołuje kolejny głośny skandal wokół dostaw. Tym razem poszło o dowiezienie ładunku do rosyjskiej osady na norweskim archipelagu Svalbard. Rosyjski MSZ wezwał Norwegię do „natychmiastowego rozwiązania tej trudnej sprawy”, a potem napięcie zaczęło rosnąć.

Dwa tygodnie temu norweski MSZ poinformował stronę rosyjską o odrzuceniu wniosku o przepuszczenie przez punkt graniczny Storskog ładunku, który miał trafić do rosyjskich osad na Spitsbergenie (to największa wyspa archipelagu Svalbard). Norwegia przyłączyła się do antyrosyjskich sankcji nałożonych po agresji Rosji na Ukrainę i dotyczących transportowania pewnych kategorii towarów (m.in. sprzętu dla objętego sankcjami górnictwa), zamknęła też porty dla rosyjskich statków (poza rybackimi).
Rosjanie są obecni na norweskim Spitsbergenie na mocy traktatu spitsbergeńskiego z 1920 r., który zezwala 46 krajom na eksploatację tamtejszych surowców i działalność naukową. W osadzie górniczej Barentsburg mieszka pięćset osób, które pracują w kopalni węgla kamiennego. Na Spitsbergenie znajduje się też duża rosyjska stacja naukowa.

Gdy Norwegowie zastopowali tajemniczy ładunek mający trafić na Spitsbergen, rosyjski MSZ wyszczerzył kły: Moskwa zagroziła podjęciem równie nieprzyjaznych kroków wobec Oslo. Do siedziby ministerstwa przy placu Smoleńskim została wezwana norweska chargé d’affaires Solveig Rossebe, której oznajmiono, że sytuacja z blokadą 20-tonowego ładunku dla rosyjskich osad na Spitsbergenie jest niedopuszczalna. Zapewniono, że towary są niezbędne dla funkcjonowania kopalni i życia górników.

Co Rosjanie chcą przywieźć na Svalbard? Przedstawiciele władz twierdzą, że to głównie żywność oraz sprzęt medyczny, materiały budowlane i części zapasowe. Konsul generalny Rosji na Spitsbergenie Siergiej Guszczin twierdzi, że strona rosyjska będzie teraz pracować nad alternatywnymi drogami dostaw, skoro Norwegowie chcą zamknąć dla towarów z Rosji swoje przejście graniczne Storskog. Senator Andriej Kliszas oznajmił, że wobec niegodziwej postawy Oslo w sprawie dostarczenia rosyjskim górnikom jedzenia i strzykawek należy się zastanowić nad tym, czy Norwegia ma nadal prawo do Spitsbergenu. To ciekawy tok myślenia – podobny rosyjscy politycy zastosowali po ogłoszeniu przez Litwę ograniczeń w tranzycie do obwodu kaliningradzkiego (https://www.tygodnikpowszechny.pl/wyspa-kaliningrad-litwa-ogranicza-tranzyt-do-rosyjskiej-eksklawy-175657): zagrozili podważeniem prawa Litwy do Kłajpedy. Analogiczne pogróżki słychać od czasu do czasu w programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji pod adresem Polski – eksperci i politycy „dobrze radzą” Warszawie, by zastanowiła się, czy nie zostanie podważone prawo Polski do ziem zachodnich. Stara zdarta płyta, jak widać, nadal kręci się w dyplomatycznych gabinetach na placu Smoleńskim, na Dmitrowce (siedziba Rady Federacji) i na Kremlu.

Dwa lata temu minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow wystosował do Norwegów notę, upominając się o „nieograniczanie obecności Rosji na archipelagu Svalbard”. Norwegia zaczęła być ostrożna, bo choć archipelag ma status strefy zdemilitaryzowanej, to Rosjanie wykonują dziwne balety, które każą się mieć na baczności. Od kilku lat Rosja wzmacnia swoją obecność wojskową w Arktyce i to nie może nie niepokoić.

„Rosja co najmniej od 2014 r. systematycznie zwiększa potencjał wojskowy na Dalekiej Północy i rozbudowuje tam infrastrukturę wojskową. Powoływane są nowe jednostki, m.in. stworzona została wyspecjalizowana brygada arktyczna, instalowane są nowe systemy uzbrojenia (pociski kierowane klasy ziemia–woda oraz ziemia–powietrze) i stacje radarowe, reaktywuje się opuszczone po rozpadzie ZSRR lotniska wojskowe i zakłada nowe (od 2014 r. łącznie 14). W grudniu 2014 r. na bazie Floty Północnej powołano połączone dowództwo strategiczne „Północ” (określane również mianem „Arktycznego”). W styczniu br. otrzymało ono – analogicznie do wcześniej utworzonych kierunków strategicznych – podstawę terytorialną w postaci nowo powstałego Północnego Okręgu Wojskowego (wydzielonego głównie z obszaru Zachodniego Okręgu Wojskowego).
Trzeba podkreślić, że militaryzacja Arktyki została przez Moskwę zainicjowana w sytuacji, gdy obecność i aktywność wojskowa państw Zachodu na tym obszarze pozostawała niezmiennie na minimalnym poziomie, jaki ukształtował się w latach dziewięćdziesiątych po zakończeniu zimnej wojny.
Strategia dyplomatyczna i medialna Moskwy polega na ucinaniu zachodnich prób dyskusji o rosyjskich zbrojeniach w Arktyce poprzez odwoływanie się do haseł „pozostawienia Arktyki obszarem wyłączonym z geopolitycznej rywalizacji” i „nieprzenoszenia do Arktyki” konfliktu Zachód–Rosja, przy jednoczesnym powoływaniu się na te same słowa w celu zwalczania zachodniej aktywności wojskowej w regionie” – pisał Witold Rodkiewicz w analizie „Przewodnictwo Rosji w Radzie Arktycznej: multilateralizm à la russe” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-05-24/przewodnictwo-rosji-w-radzie-arktycznej-multilateralizm-a-la-russe).

*
Na koniec przytoczę słowa zatroskanego wiceprzewodniczącego Rady Federacji Konstantina Kosaczowa. Na swoim profilu w Telegramie Kosaczow napisał, że uważa wstrzymanie dostawy żywności dla rosyjskich górników na Spitsbergenie za „niehumanitarne i amoralne” naruszenie praw człowieka. Ataków rakietowych na obiekty cywilne w Ukrainie Kosaczow za „niehumanitarne i amoralne” nie uważa.

To nie jest kraj dla starych rockmanów

26 czerwca. Gdyby żył, skończyłby 60 lat. Śpiewał, że „nasze serca czekają na zmiany”, że ma naszytą „grupę krwi na rękawie”, swoimi szarpanymi na gitarze akordami szarpał nerw czasu, w którym żył. Uwierał stetryczałą sowiecką władzę tą nerwowością, tajemnicą, żyłką do życia.

Jubileusz Wiktora Coja, lidera grupy „Kino”, legendy sowieckiego rocka, miał być okazją do przypomnienia jego twórczości i fenomenu (gdyby ktoś z Państwa chciał sobie przypomnieć, kim był, zapraszam do posłuchania audycji: https://audycje.tokfm.pl/podcast/44216,Biosfera-Wiktor-Coj-O-zmarlym-tragicznie-liderze-grupy-Kino-radzieckim-rocku-i-latach-osiemdziesiatych-opowiadala-Anna-Labuszewska-w-rozmowie-z-Karolina-Glowacka). Ale okazało się, że Coj nadal przeszkadza rosyjskim władzom i jubileusz nie współbrzmi z ponurym rytmem czasu dyktatora pozbawionego ludzkich uczuć. Gdy w dniu urodzin (21 czerwca) na moskiewskim Arbacie ludzie spontanicznie zebrali się, żeby pośpiewać piosenki grupy „Kino”, impreza została rozpędzona jako nielegalne zgromadzenie. Każde nielegalne zgromadzenie to zagrożenie dla władzy Putina. Putin nie lubił i nie lubi rocka. Takim nieuczesanym muzykom może przyjść do głowy jakaś myśl zdradziecka, a z ich wieloznacznych tekstów słuchacz może wyciągnąć nieprawomyślne wnioski. Lepiej uważać. Coj nawet po śmierci straszy władców Rosji zaraźliwym umiłowaniem wolności.

W mieście Nabierieżnyje Czełny miał się odbyć festiwal piosenek Coja. Urzędnikom nie spodobał się program, zażądali, aby organizatorzy przedstawili spis utworów. Nie spodobał im się słynny hymn „Czekamy na zmiany” (Ждем перемен). Organizatorzy stanęli okoniem, festiwal odwołano. Wybuchł skandal, było o tym głośno w mediach. Po kilku dniach ogłoszono, że festiwal jednak się odbędzie, ale dopiero w sierpniu.
Okolicznościowe koncerty odbyły się w rodzinnym mieście rockmana, Petersburgu, a także w Kaliningradzie, gdzie grupa „Kino” wystąpiła z cyfrowym zapisem głosu solisty. Ostatni koncert z udziałem żywego artysty, jaki odbył się na Łużnikach w Moskwie 24 czerwca 1990 r., przypomniał Pierwyj Kanał: https://www.1tv.ru/shows/koncerty/koncerty/k-60-letiyu-viktora-coya-posledniy-koncert-vypusk-ot-24-06-2022 . W finale pojawia się piosenka o oczekiwaniu zmian, jakiej nie chcieli słyszeć urzędnicy w Nabierieżnych Czełnach. Ta piosenka towarzyszyła niemal wszystkim wielkim falom protestów w czasach Putina. Widocznie teraz wywołuje skojarzenia u lokajów putinowskich porządków, że to protest song, którego raczej trzeba unikać.

W mediach społecznościowych wiele osób o różnej orientacji politycznej przypominało postać i twórczość Coja i zastanawiało się, co by dzisiaj powiedział, do jakiego obozu przystał. Niegdyś dobrze się zapowiadający pisarz, a obecnie radykalny proputinista Zachar Prilepin zasugerował, że Coj, wnuk oficera NKWD, na pewno nie siedziałby przy jednym stole z dwoma innymi weteranami rocka: Borysem Griebienszczikowem i Andriejem Makariewiczem, którzy nie popierają wojny w Ukrainie i dają temu wyraz. Pojawiły się też twierdzenia, że Coj byłby za separatystami w Doniecku, skoro jego pieśni są natchnieniem dla „obrońców rosyjskiego świata” w tym regionie. Dalej poszedł artysta-putinista Aleksiej Siergijenko, który namalował Wiktora Coja w mundurze rosyjskiego żołnierza z naszywką z literą Z (https://twitter.com/svtv_news/status/1539590238535835652). Te insynuacje, że Coj byłby za Putinem, są co najmniej podłe – zmarły wiele lat temu muzyk nie może tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Ale ubieranie Coja w mundur jest już kompletnym odlotem – Coj był pacyfistą, uchylił się od obowiązku odbycia zasadniczej służby wojskowej, nienawidził wojny, przemocy: https://www.youtube.com/watch?v=WMS0EBNPN0k

Nowa śmierć w starych dekoracjach

7 czerwca. Skąpy oficjalny komunikat przeleciał rutynowo przez wszystkie rosyjskie media: w wieku 57 lat zmarł Dmitrij Kowtun; informację tę podał deputowany Dumy Państwowej, Andriej Ługowoj; z anonimowego źródła wiadomo, że przyczyną zgonu były komplikacje po covidzie, Kowtun najprawdopodobniej zmarł w jednym z moskiewskich szpitali. Tyle. Żadnych innych oficjalnych informacji. Jak to w tym fachu przyjęte, wszystko tajne przez poufne specjalnego przeznaczenia.

Kowtun znał się z Ługowojem od młodych lat – mieszkali w tym samym domu, obaj studiowali w akademii wojskowej, później ich drogi na jakiś czas się rozeszły. Jak można wywnioskować z niezbyt pewnych źródeł, do których swego czasu dotarła BBC, Kowtun po akademii służył w armii, w Czechosłowacji, potem w NRD, Ługowoj – w KGB, potem FSB (enuncjacje prasowe, że również Kowtun był funkcjonariuszem tajnych służb, sam zainteresowany dementował). W 1990 r. Dmitrij Kowtun (nawiasem mówiąc, syn generała Armii Radzieckiej) znalazł się na dziwnym rozdrożu. Jak twierdzi jego była żona, Niemka, nie chciał służyć na Kaukazie, dokąd miał być przeniesiony z NRD, więc postanowił uciec do wrażego RFN. Poprosił o azyl, dostał prawo pobytu (został pozbawiony tego statusu w 2007 r.). Zamieszkał w Hamburgu. Pędził żywot nieustabilizowanego emigranta, pracował na zmywaku, a także jako kelner, ale marzył o karierze gwiazdy filmów porno, spędzał dużo czasu w dzielnicy czerwonych latarni, pił i się łajdaczył, więc niemiecka żona postanowiła się z nim rozstać. Osobliwie się prowadził pan Kowtun jak na syna sowieckiego generała. Według oficjalnego życiorysu, był biznesmenem, a nawet partnerem biznesowym swojego kolegi z podwórka, Andrieja Ługowoja. Obaj panowie – ach, co za traf – spotkali się latem 2006 r. I oto nieustabilizowany birbant Kowtun stał się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki godnym zaufania biznesmenem i założycielem firmy OOO Global-Project (o jego aktywności na rynku można przeczytać tu: https://checko.ru/person/772875373133).
To, co najważniejsze w życiu Kowtuna, zdarzyło się wkrótce po tej cudownej przemianie: w listopadzie 2006 r. Jak wykazało szczegółowe śledztwo brytyjskich organów śledczych, koledzy Ługowoj i Kowtun przyjechali wtedy do Londynu na spotkanie z byłym funkcjonariuszem FSB Aleksandrem Litwinienką i otruli go radioaktywnym polonem-210 (o wynikach śledztwa pisałam m.in. na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/22/polon-210-ciagle-promieniuje/).

Kowtun i Ługowoj kategorycznie negowali udział w zabójstwie Litwinienki. Parasol ochronny nad nimi rozpostarły władze Rosji. Ługowoj po promiennej wycieczce do Londynu został demonstracyjnie wprowadzony do Dumy Państwowej. Na wszelkie brytyjskie wnioski (wezwania na przesłuchania itd.) Moskwa odpowiadała, że Ługowoj jest chroniony immunitetem i nigdzie się nie wybiera.

Kowtun natomiast zniknął z pierwszych stron gazet. Z Niemiec, gdzie był ścigany pod zarzutem nielegalnego posiadania materiałów radioaktywnych (w jego domu policja znalazła mikroślady polonu), wyjechał do Rosji. W grudniu 2006 r. w prasie pojawiły się niepotwierdzone informacje o tym, że u Kowtuna stwierdzono symptomy choroby popromiennej.

Nazwisko Kowtuna pojawiło się w prasie w 2011 r. w związku z tajemniczą śmiercią w Wielkiej Brytanii biznesmena Aleksandra Pieriepielicznego, zmarłego w niewyjaśnionych okolicznościach w listopadzie 2012 r. Pomiędzy marcem 2011 a czerwcem 2012 r. założona przez Kowtuna firma Dzhirsa sądziła się z Pieriepielicznym o niespłacone przez tego ostatniego kredyty (https://www.telegraph.co.uk/news/uknews/9724968/Russian-supergrass-linked-to-suspect-in-Litvinenko-poisoning.html). Kowtun mówił, że nie ma nic wspólnego z prowadzeniem tej firmy: „Zostałem jej dyrektorem generalnym na prośbę moich przyjaciół, byłych oficerów, którzy pomagają zażegnywać konflikty w sferze finansowej, ale ja nie zajmuję się prowadzeniem tego biznesu”. Tak po prostu przechodził z tragarzami koło tej firmy i koledzy go poprosili, no to się zgodził. Ale w żadnych służbach nie był, nie.

22 września 2021 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał winę Rosji w zabójstwie Litwinienki, zdaniem sędziów, rosyjskie władze nie obaliły dowodów brytyjskiego śledztwa ani nie przedstawiły wiarygodnego własnego śledztwa. Brytyjscy śledczy twierdzili, że Ługowoj i Kowtun działali na zlecenie przedstawicieli najwyższych władz Federacji Rosyjskiej: Nikołaja Patruszewa (wówczas dyrektora FSB) oraz prezydenta Władimira Putina.

Cztery obrazki z Rosji

30 maja. Od dnia inwazji Rosji na Ukrainę minęły trzy miesiące. Rosyjskie życie zostało zdominowane przez to, co dzieje się na froncie. I w domu Obłońskich wszystko się pomieszało.

Obrazek nr 1. Generał Władimir Szamanow, weteran wojny czeczeńskiej, deputowany Dumy Państwowej mówi o polityce i wojnie przeciw Ukrainie: wojna do końca, do zniszczenia państwa ukraińskiego („tych nazioli”), międzynarodowy trybunał (zmontowany przez Rosję do spółki z ChRL i in. państwami BRICS), naród rosyjski i armia to jedno, nie spoczniemy, aż dojdziemy do Kijowa (wypowiedź można obejrzeć na Twitterze https://twitter.com/JuliaDavisNews/status/1531012721713504257). Swoistym pendant do słów generała były wypowiedziane w programie „Wielka gra” pełne oburzenia słowa Wiaczesława Nikonowa (prywatnie wnuka Wiaczesława Mołotowa): „Oni [Macron i Scholz] w rozmowie telefonicznej z Putinem domagali się uwolnienia nazistów z Azowstali. A gdzie oni [Macron i Scholz] byli przez ostatnie osiem lat, gdy naziści zabijali dzieci na Donbasie?”.

Kreml nadal trzyma linię propagandową, na każdym kroku powtarzając, że Ukraina to państwo nazistowskie, zamieszkane przez nazistów i rządzone przez nazistów. Na Kremlu ciągle zapewne mocno trzyma się sufit, z którego na głowy propagandystów spływają te mądrości.

Obrazek nr 2. Na tle wysokiego budynku rosyjskiego MSZ przy placu Smoleńskim w Moskwie stoją dwie młode kobiety – Natalia Pierowa i Ludmiła Annienkowa. Ich białe suknie zbroczone są krwią. „Nigdy nie zmyjemy z siebie tej krwi” (https://twitter.com/igorsushko/status/1531085507752386562). To kolejna ze spektakularnych antywojennych akcji środowisk twórczych, które protestują przeciwko zbrodniom. Protesty podciągane są pod paragraf o dyskredytowaniu armii rosyjskiej. Sądy orzekają kary – na razie głównie wysokie grzywny (rozpatrzono ponad dwa tysiące takich spraw).

Wypowiedź Jurija Szewczuka z koncertu w Ufie o tym, że „Ojczyzna to nie d_pa prezydenta, którą trzeba codziennie obśliniać i całować” stała się powodem złożenia przez policję protokołu w sądzie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/05/21/ojczyzna-to-nie-d_pa-prezydenta/). Szewczukowi zgodnie z duchem czasu zarzucono „dyskredytację armii rosyjskiej”. Dziś dzierżyński sąd rejonowy w Petersburgu, do którego trafił protokół z Ufy, nie dopatrzył się znamion przestępstwa w wypowiedzi artysty ani związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy d_pą prezydenta a kondycją rosyjskich sił zbrojnych.

Obrazek nr 3. Koncert w Tambowie, mieście obwodowym średniej wielkości. Na ustawionej przy bulwarze estradzie, udekorowanej putinowskimi swastykami i hasłami „Za Rosję, za Donbas, za prezydenta”, występują zespoły, powiedzmy, artystyczne. Jeden z nich z wielkim plastikowym zaangażowaniem śpiewa pieśń „Z nami Rosja, z nami Bóg!”. Publiczność stanowią spędzeni tu na odgórne polecenie pracownicy sfery budżetowej, entuzjazmu z siebie jakoś nie potrafią wykrzesać (https://twitter.com/Clutin_ru/status/1531171307106316288).

To jak to jest z tym poparciem dla wojny? Przygląda się temu rosyjski socjolog Grigorij Judin, którego opinię zacytowałam w ostatnim tekście w rubryce „Rosyjska ruletka”: „Rosjanie chronią swoją prywatną sferę, uciekają od kwestii, które pozostają poza ich kontrolą, to dotyczy w szczególności polityki. Wszyscy zdają sobie sprawę, że za nią odpowiada Putin i lepiej nie mieć z tym nic wspólnego. Gdyby prezydent 24 lutego powiedział, że oddaje tzw. Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe Ukrainie, sondaże wykazałyby 76-procentowe poparcie. (…) Moim zdaniem, na początku popierało [wojnę] 20-25 procent, to ludzie o agresywnym nastawieniu, domagający się krwi i zabijania, mniej więcej tyle samo kategorycznie odrzuciło operację militarną. Pomiędzy tymi grupami jest tzw. błoto (ci, którzy nie potrafią zająć twardej pozycji). W tej sytuacji najlepiej ustawić się tak, aby być z większością i żyć w przekonaniu, że wszystko jest dobrze i wszystko jest pod kontrolą. W warunkach totalitaryzmu błoto czuje: jeśli nie będziesz publicznie popierać wojny, to możesz stać się kolejnym celem reżimu. Granica pomiędzy agresywną częścią i grupą biernego poparcia zmienia się. (…) Coraz popularniejsze staje się myślenie: rozpoczęcie operacji być może nie było najlepszym pomysłem, ale teraz koniecznie trzeba doprowadzić ją do finału, w przeciwnym razie z nami będzie koniec” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosyjska-ruletka-dobry-rosjanin-i-pozyteczny-kissinger-174623).


Obrazek nr 4. Na wniosek Prokuratury Generalnej Roskomnadzor zamknął dziś dostęp do strony stowarzyszenia Memoriał, zlikwidowanego w grudniu ub.r.

Putin chce mieć nawet historię na własność, wyginać ją i układać wedle swojego widzimisię i potrzeby chwili.