Archiwa autora: annalabuszewska

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów

15 lipca. Z mgławicy skrywającej przebieg wyborów prezydenckich w USA co rusz wyłaniają się rosyjskie uszy – a to rosyjscy hackerzy atakują wrażliwe cele, a to ambasador Rosji w USA spotyka się pasjami z członkami najbliższego otoczenia Trumpa, a to Wikileaks usłużnie w odpowiednim momencie dokonuje efektownej wrzuty. Ktoś mówi coś, ktoś kłamie, ktoś zaprzecza. Mgławica miast się rozwiewać, tylko gęstnieje. Ostatnio w serialu „Zagadki kampanii” na scenę wprowadzono nowych aktorów. I wiecie Państwo, będziecie się śmiać, nie uwierzycie może, ale to znowu byli Rosjanie.

Gazeta „The New York Times” napisała, że starszy syn prezydenta, Donald Trump jr. rok temu, w kluczowym momencie kampanii wyborczej, spotkał się z agentem Kremla, który obiecał materiały kompromitujące Hillary Clinton. Gdy okazało się, że gazeta ma kopie korespondencji w sprawie spotkania, Donald jr. sam opublikował maile. Zapewniał, że do niczego nie doszło, a tatce o niczym w ogóle nie powiedział. Ale po kolei.

Cofnijmy się do stycznia 2013 roku. Panowie Aras Agałarow, bogacz (51. miejsce na liście najbogatszych rosyjskich przedsiębiorców według Forbesa), developer budujący pałace dla rosyjskiej wierchuszki i wierchuszkę tę znający i jego syn Emin, biznesmen i popularny piosenkarz, naówczas mąż córki prezydenta Azerbejdżanu, na kolacji w Las Vegas poznają amerykańskiego bogacza Donalda Trumpa. W spotkaniu bierze udział również producent lansujący twórczość Emina, Brytyjczyk Rob Goldstone. Amerykański gospodarz jest zachwycony nowymi znajomymi, wysławia ich przedsiębiorczość. Konkurs Miss Universe, któremu Trump patronuje, ma się odbyć tego roku w Moskwie. Trump odwiedza rosyjską stolicę w listopadzie 2013 roku, podobno świetnie się bawi (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/01/18/w-obronie-czci-donalda-fredowicza/). W tym samym miesiącu Agałarow odbiera z rąk prezydenta Putina wysokie odznaczenie. Rob Goldstone jest częstym gościem w Rosji.

Trump podtrzymuje znajomość z rodziną Agałarowów: w 2014 r. bierze udział w nagraniu klipu piosenki Emina „In Another Life”.

3 czerwca 2016 r. – już po ataku hackerów na serwery Partii Demokratycznej, ale zanim informacja o tym została ujawniona – Rob Goldstone przysyła maila Donaldowi Trumpowi jr. z uprzejmym doniesieniem, że ich wspólny znajomy Emin Agałarow ma materiały mogące skompromitować Hillary Clinton. „Ojciec Emina, Aras spotkał się z prokuratorem {generalnym Rosji] i dostał od niego coś, co może skompromitować Clinton”. Sugeruje, że to się może przydać tacie Trumpowi i że świadczy to o poparciu ze strony Rosji dla kandydatury Trumpa. Trump jr. wyraża zainteresowanie. Następny mail wysłany cztery dni później zawiera propozycję, aby Donald junior na prośbę Emina Agałarowa spotkał się z „prawniczką z rządu Rosji”, 9 czerwca dochodzi do spotkania.

Zapowiadana w mailach prawniczka z Moskwy, mająca – jak zapowiada Goldstone – umocowanie w rosyjskiej wierchuszce, Natalia Wiesielnicka, przyprowadza do Trump Tower dziwną, niezapowiadaną uprzednio osobę. To Rinat Achmetszyn, nazywany przez media „rosyjsko-amerykańskim lobbystą”, jest byłym funkcjonariuszem wywiadu wojskowego (podobno byłych funkcjonariuszy nie ma). Od lat ma podwójne obywatelstwo – rosyjskie i amerykańskie. Mieszka na stałe w USA. I kręci się wokół różnych spraw. Między innymi zabiega o zniesienie sankcji nałożonych na Rosję. Tym samym trudni się Wiesielnicka.

O tej ciekawej postaci i o tym, co wynikło ze spotkania 9 czerwca ubiegłego roku – w następnym odcinku.

W oparach wzajemnego zrozumienia

11 lipca. Spotkali się. W kuluarach szczytu G20 prezydenci USA i Rosji wymienili uścisk dłoni. Rozmawiali ponad dwie godziny, choć początkowy plan przewidywał tylko półgodzinne spotkanie. Kreml od dawna grzał silniki – po początkowym zachłyśnięciu się zwycięstwem Donalda Trumpa nastąpiło zniechęcenie i wychłodzenie. Od stycznia w Moskwie to rozwijano, to zwijano żagle przed spodziewanym spotkaniem. Bąbelki z radosnego szampana ulotniły się. Rosyjscy propagandyści, po wyborach sławiący geniusz strategiczny nowego amerykańskiego prezydenta, zapowiadającego nowe otwarcie w stosunkach z Rosją, przycichli, temat wstydliwie zamiatano pod dywan. W napięciu obserwowano to, co dzieje się wokół „rosyjskiej kwestii” w Waszyngtonie. A tam nie schodził w pierwszych stron gazet temat ingerencji Rosji w tok amerykańskich wyborów. Domniemanie, że Moskwa wpłynęła na wygraną Trumpa, stał się osią wewnętrznego amerykańskiego sporu. Do tego doszły ujawniane coraz to nowe dane o kontaktach ludzi z otoczenia Trumpa z Rosjanami. Nadal dochodzą, o czym za chwilę.

Temat ingerencji Rosji w wybory prezydenckie w USA był również najważniejszym punktem spotkania Trump-Putin w Hamburgu. Na temat przebiegu rozmowy o rosyjskim cyberchuligaństwie mamy dwie różne narracje. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow: „Prezydent Trump wspomniał, że w USA niektóre kręgi nadal rozdmuchują temat rosyjskiej ingerencji w amerykańskie wybory, choć nie mogą tego dowieść. Prezydent Trump powiedział, że usłyszał konkretne oświadczenia prezydenta Rosji Putina, że to nieprawda i że rosyjskie władze nie ingerowały w te wybory. Powiedział, że przyjmuje te oświadczenia”. Sekretarz stanu Rex Tillerson zreferował ten aspekt wszelako inaczej: „Prezydent rozpoczął spotkanie z prezydentem Putinem od tego, że wyraził zaniepokojenie narodu amerykańskiego odnośnie rosyjskiej ingerencji w wybory 2016 roku. Prowadzili twardą i długą dyskusję na ten temat. Prezydent [Trump] kilkakrotnie wracał do kwestii rosyjskiej ingerencji. Prezydent Putin negował fakt takiej ingerencji, podobnie jak to robił, przypuszczam, wielokrotnie wcześniej. Ale prezydenci – myślę, że słusznie – skupili się na tym, aby iść do przodu. Jestem przekonany, że kiedyś osiągniemy zgodę w tej materii”.

A zatem zgody co do rosyjskich cyberataków na razie nie ma. Zawijanie śmierdzącego tematu w perfumowane papierki kiepsko się za oceanem sprzedaje. A bez wyjaśnienia tego, czy i w jakim stopniu / w jaki sposób Rosja mieszała w amerykańskim wyborczym kociołku, trudno będzie jednak iść naprzód. Choć obaj prezydenci mają na to wielką chęć.

Putin jechał do Hamburga w nadziei, że nastąpi pewien przełom w jego kontaktach z Zachodem, że dawne grzechy zostaną mu wybaczone, że znowu będzie mógł potwierdzić przynależność do rodziny najważniejszych światowych decydentów. Przełom nie nastąpił, niemniej jak mówił bohater „Dwunastu krzeseł” Ostap Bender, „lody ruszyły”.

Fantastyczna była oprawa propagandowa spotkania obu prezydentów w rosyjskich mediach, zwłaszcza w telewizji. Komentatorzy jeden przez drugiego dowodzili, że szczyt G20 odbył się na marginesie spotkania Putin-Trump, które skupiło na sobie wytężoną uwagę całego świata. I tylko ono. Często padało też stwierdzenie, że oto na naszych oczach dokonuje się wielki powrót Rosji na salony – USA znowu uznają Rosję za jedynego godnego partnera o tym samym gabarycie wagi i powagi. Czyli rosyjska propaganda ponownie dmucha z entuzjazmem wielki balon z wizerunkiem Trumpa, łaskawego, wyrozumiałego, otwartego na współpracę.

Kilka dni po hamburskim spotkaniu nadal nie ma „jasności w temacie Marioli”, czyli nie wiemy, jakie ustalenia zapadły. I czy w ogóle zapadły. Komunikaty Kremla i Białego Domu nie pokrywają się. W drugim głównym – po rosyjskiej cyberingerencji w wybory – temacie, czyli uregulowaniu sytuacji w Syrii osiągnięto wstępne porozumienie o zawieszeniu broni i współpracy w tworzeniu „stref deeskalacji” na południu tego kraju. To pewien postęp. Ale czy na długo? Czy zawieszenie broni okaże się trwałe? Bez wypracowania mechanizmu całościowego uregulowania i decyzji w sprawie dalszych losów Baszara Asada zapewne to jedynie rozwiązanie chwilowe. Komentatorzy zastanawiają się, czy porozumienie nie jest zakamuflowaną formą przyzwolenia na lądową operację wojsk rosyjskich. Zobaczymy.

Kolejna kwestia: Ukraina. W przeddzień szczytu w Hamburgu Waszyngton poinformował, że specjalnym przedstawicielem USA ds. Ukrainy, który będzie się kontaktował z rosyjskim specjalnym przedstawicielem, będzie doświadczony amerykański dyplomata Kurt Volker. Zostało to w Moskwie odczytane jako wzmocnienie twardej linii USA.

„Problem [spodziewanego w Moskwie po wygranej Trumpa] wielkiego dealu pomiędzy Trumpem i Putinem polega na tym, że Rosja nie ma wartościowych rzeczy, które mogłaby zaproponować na wymianę – pisze Aleksander Baunow z Centrum Carnegie. – A Rosja od USA chce wytargować bardzo wiele. Zdjęcie sankcji, nieoficjalne uznanie Krymu za rosyjski, dopuszczenie tam międzynarodowego biznesu, uregulowanie konfliktu ukraińskiego przy założeniu, że Ukraina powinna być federacją [co umożliwiłoby Moskwie wpływanie na decyzje polityczne Kijowa], uznanie Rosji za równoprawnego sojusznika, który samodzielnie prowadzi wojnę przeciwko islamskiemu terroryzmowi na Bliskim Wschodzie. […] Co Rosja może dać w zamian? Na razie nie widać, jakie USA chcą osiągnąć cele, których nie mogą mieć bez udziału Rosji. Może tylko współpracy przy rozwiązywaniu kryzysów, które sama Rosja stwarza”.

A Rosja stwarza kryzysy i problemy. Nie tylko gdzieś w świecie, ale i w samych Stanach. Bo oto już po Hamburgu w USA rozgorzał kolejny skandal. Prasa ujawniła kontakty Donalda Trumpa juniora, Jareda Kushnera i Paula Manaforta z rosyjskimi lobbystami, którzy mieli oferować w trakcie kampanii wyborczej dostęp do haków na Hillary Clinton. Dziś syn prezydenta opublikował korespondencję mailową z Rosjanami. Ale to już temat na kolejny rozdział tej fascynującej historii.

I będą na nich trybunały

5 lipca. Międzynarodowa grupa śledcza JIT (Joint Investigation Team) badająca przyczyny katastrofy samolotu Malaysia Airlines (MH17) nad Donbasem w lipcu 2014 roku poinformowała, że proces podejrzanych o spowodowanie katastrofy odbędzie się w Holandii, sprawę będzie rozpoznawał holenderski sąd. W skład JIT wchodzą przedstawiciele pięciu krajów: Holandii, Australii, Belgii, Malezji i Ukrainy.

Holenderska prasa zastanawia się, czy to dobry wybór w kontekście postawy Moskwy w sprawie nieszczęsnego samolotu. „Rosja może podać w wątpliwość bezstronność holenderskich sędziów, wszak większość ofiar tragedii to Holendrzy. Ponadto jeżeli podejrzani okażą się obywatelami Rosji, zapewne nie stawią się oni przed holenderskim trybunałem”. Skąd ten sceptycyzm? Rosja od początku torpeduje wszystkie międzynarodowe inicjatywy stawiające sobie za cel wyjaśnienie sprawy i postawienie winnych przed obliczem sprawiedliwości. Mataczy, przeciąga, daje fałszywe świadectwo, rzuca zastępy trolli, by zdyskredytować tych, którzy skrupulatnie badają tragedię. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ zablokowała wniosek o stworzenie międzynarodowego trybunału, który zbadałby sprawstwo tragedii i osądził winnych. Choć, jak pisał w 2015 roku Borys Sokołow w Grani.ru, „Rosja konsekwentnie podkreśla, że nie ma nic wspólnego z katastrofą boeinga. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, to zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego na Kremlu tak się wszyscy denerwują. Przecież samolot nie należał do Rosji, nie był w Rosji wyprodukowany ani skonstruowany, jej obywateli nie było na pokładzie, samolotu nie zestrzelono nad rosyjskim terytorium. Wydawałoby się, cóż, niech innych o to głowa boli. Tymczasem najważniejsze osoby w Rosji angażują się i wyrażają zaniepokojenie, dlaczegóż to rosyjskich ekspertów nie dopuszcza się do materiałów śledztwa i z Rosją nie konsultuje się wstępnie kwestii trybunału międzynarodowego”. Teraz też zapewne będzie grzmieć, huczeć, zaprzeczać, podważać, wrzucać „dezę” itd. Holenderscy komentatorzy tego się właśnie obawiają – Rosja pójdzie w zaparte i będzie robić wszystko, by jej udział w katastrofie nie został poddany osądowi.

Śledztwo tymczasem nadal się toczy (przedłużono je do 2018 roku), a zachodnia prasa od czasu do czasu podaje do wiadomości nowe ustalenia. Nad sprawą pracuje oprócz JIT również grupa Bellingcat, która już kilka miesięcy temu opublikowała raporty o stanie badań nad przebiegiem katastrofy. A w nich nazwisko dowódcy zestawu Buk, z którego zestrzelono malezyjski samolot. To rosyjski oficer Siergiej Dubinski, pseudonim Chmuryj, przez pewien czas określający się jako szef wywiadu samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Prokurator generalny Holandii Fred Westerbeke oświadczył, że do tragedii samolotu przyczyniło się około stu osób (ich nazwiska zostały ustalone), jednocześnie podkreślił, że śledztwo „nie wysuwa żadnych wniosków odnośnie winy konkretnych osób lub Rosji jako państwa”.

Na tle doniesień o sądzeniu sprawców tragedii zwraca uwagę informacja o zatrzymaniu w Rosji pułkownika Wasilija Gieranina. Jak wielu tych, którzy rozkręcili krwawą rosyjską wiosnę w Donbasie, Gieranin to wysoki oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego. Został w ramach „urlopu” lub „delegacji” wysłany na wschodnią Ukrainę, aby wesprzeć separatystów swoją wiedzą wojskową i doświadczeniem w boju. No i wsparł. Jak twierdzi strona ukraińska, Gieranin był tym oficerem, któremu separatyści złożyli meldunek o zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego. Wzmianka o zatrzymaniu Gieranina ukazała się na stronie internetowej mk.ru (strona popularnego dziennika „Moskowskij Komsomolec”) w połowie maja tego roku, ale została stamtąd usunięta. Sprawę zaczęli jednak wałkować ukraińscy poszukiwacze informacyjnych skarbów, jak np. InformNapalm. Gieranin miał być zatrzymany pod zarzutem przewożenia w samochodzie granatnika. Zdaniem ukraińskich komentatorów, akcja wygląda na szytą grubymi nićmi prowokację Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji. Obecnie zatrzymany przebywa w areszcie śledczym.

Dociekliwi wolontariusze z InformNapalm przypomnieli, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy w lipcu 2014 roku, kilka dni po tragedii MH17, opublikowała przechwycone rozmowy separatystów, wśród nich domniemaną rozmowę niejakiego Biesa (Igor Bezler) z rosyjskim pułkownikiem, prawdopodobnie Gieraninem. Z rozmowy wynika, że samolot zestrzelili separatyści (lub ci, z nimi walczyli ramię przy ramieniu). Rosja uznała udostępnione przez SBU nagrania za fałszywkę czystej wody.

Ukraińscy komentatorzy, zajmujący się sprawą Gieranina sugerują, że „FSB realizuje plan polegający na neutralizacji niewygodnych świadków”. A Gieranin jest w tej sprawie świadkiem kluczowym.

Rada nierada

30 czerwca. Rosja zawiesiła wpłatę tegorocznej składki do budżetu Rady Europy – poinformował minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. To odpowiedź Moskwy na antyrosyjskie sankcje ze strony Europy. W 2014 roku Rosja została pozbawiona prawa głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy po aneksji Krymu i za wspieranie separatystów wojujących na wschodzie Ukrainy. Rosja na znak protestu zawiesiła swój udział w sesjach ZPRE. Wysokość rocznej składki Rosji wynosi niemało: 30 mln euro. Ławrow zapowiedział, że powrót do płatności będzie możliwy dopiero, gdy rosyjska delegacja zostanie przywrócona w pełni swych praw do udziału w pracach Rady Europy.

„Karanie groszem” to kolejny zabieg Moskwy wobec Rady Europy. Tymczasem na zdjęcie europejskich sankcji wobec Rosji się nie zanosi. Na dodatek ciąg dalszy ma skandal wokół osoby przewodniczącego Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, hiszpańskiego polityka Pedro Agramunta. Kilka dni temu podjęto próbę odwołania go z piastowanej funkcji – zarzuca się mu brak obiektywizmu i obsługiwanie interesów Rosji.

Przypadek Agramunta jest bardzo ciekawy i pouczający. W dniach 20-21 marca przewodniczący ZPRE wybrał się do Syrii. Nie była to jednak sztampowa podróż europejskiego parlamentarzysty. Wizytę organizowała mianowicie Duma Państwowa, w jej skład weszli przedstawiciele dumskiej wierchuszki (m.in. wiceprzewodniczący Władimir Wasiljew i Adam Delimchanow, bliski współpracownik Ramzana Kadyrowa czy Leonid Słucki, szef komitetu ds. międzynarodowych, który nazywa Radę Europy gniazdem rusofobów), a także parlamentarzyści z Włoch, Serbii, Czech i Belgii. Wspólna podróż miała wesprzeć starania Rosji o przywrócenie w pełnych prawach członka Rady Europy. Rosyjscy organizatorzy z przyjemnością pochwalili się w mediach, że powieźli przewodniczącego ZPRE swoim samolotem, pokazali bazę w Chmejmim, spotkali go z Asadem i generalnie wycałowali się z dubeltówki w nadziei na przełom.

Pod koniec kwietnia podczas posiedzenia ZPRE Agramunta poddano ostrej krytyce za tę wizytę. „To była pomyłka” – przyznał oszołomiony przewodniczący. Jednak na wezwania do ustąpienia ze stanowiska zareagował odmową.

Najgłośniej dymisji Hiszpana domagała się delegacja ukraińska. I właśnie na Ukrainie od kilku dni temat Agramunta plasuje się w czołówce medialnych komentarzy: „Agramunt w ostatnich miesiącach z porządnego hiszpańskiego polityka przedzierzgnął się w latającego Holendra. Niepodobna spotkać go na posiedzeniach ZPRE, niepodobna wydobyć od niego odpowiedź na pytanie, co ma zamiar dalej ze sobą robić. Złożył obietnicę podania się do dymisji, a potem się rozmyślił. W rezultacie posłowie ZPRE muszą zmieniać regulamin, by wprowadzić procedurę odwołania przewodniczącego, zbierać podpisy pod wnioskiem o wotum nieufności – napisał ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. […] – Rosja gra na skompromitowanie przewodniczącego ZPRE. Taki właśnie cel miała podróż Agramunta w przeddzień ataku chemicznego na Idlib. Powiezienie Agramunta wojskowym samolotem do Damaszku było przemyślane. Sam Agramunt mógł nie dostrzegać celu tej wizyty, ale Moskwa doskonale wiedziała, co robi. Jednym z głównych elementów wojny hybrydowej toczonej przez Rosję jest dyskredytacja Zachodu i zachodnich instytucji politycznych, istniejących po to, aby wspierać demokrację. Nie wierzcie w wybory, bo mogą w nie ingerować hakerzy. Nie wierzcie politykom, bo mogą zatrudnić się w Gazpromie. Nie wierzcie organizacjom międzynarodowym, skoro ich przewodniczący latają na pokładzie rosyjskich myśliwców do pracy. […] Można się tylko domyślać, z jaką satysfakcją w Moskwie przyglądano się syryjskiej wyprawie Agramunta. Ha, ZPRE wprowadził sankcje wobec Rosji, pozbawił rosyjską delegację prawa głosu, a oto sam przewodniczący korzysta z gościnności generała Wasiljewa, zwycięskiego pogromcy Nord Ostu. Pięknie! Ale plan się nie powiódł, bo skompromitowano nie Zgromadzenie Parlamentarne, a samego Agramunta”, którego teraz ZPRE chce odwołać.

Klimat w stosunkach Rosja-Europa nadal się nie poprawia. Europejskie sankcje wobec Moskwy przedłużono, na co Putin odpowiedział z klei prolongacją rosyjskich antysankcji (embargo na żywność) do końca grudnia 2018 roku. Trudno to uznać za środki budowania wzajemnego zaufania.

Mała stabilizacja blondynki

29 czerwca. Są takie niepozorne wiadomości, które nie przykuwają uwagi szerokiej publiczności, niedostrzeżone przez medialne tuzy przemykają jednym zdaniem gdzieś na zapleczu serwisów informacyjnych. Ale to właśnie one – aktorki trzeciego i czwartego planu czasami więcej mówią o sytuacji niż głośne wstępniaki najważniejszych gazet czy wiekopomne przemówienia mężów stanu. Do tego gatunku zaliczyłabym skąpy komunikat o tym, że niejaka Jewgienija Wasiljewa została sekretarzem Wspólnoty mieszkaniowej domu w zaułku Mlecznym w Moskwie. Przewodniczącym Wspólnoty jest Anatolij Sierdiukow.

Dawno te dwa nazwiska nie pojawiały się w przestrzeni medialnej. Przebrzmiały skandal nie budził już emocji. Kilka lat temu szmatławy romans ministra obrony z zażywną blondynką, dysponującą w fantastyczny sposób mieniem wojskowym, stanowił temat licznych publikacji prasowych i programów telewizyjnych. Przypomnę pokrótce to, co się wtedy działo (opisałam to wtedy na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/25/dama-z-pilniczkiem/). W agencji mienia wojskowego, którym rządzi Jewgienija Wasiljewa i jej frenetyczne koleżanki, dochodzi do serii transakcji. Śledczy pochylają się po pewnym czasie nad nimi i dochodzą do wniosku, że to czystej wody przekręty. Milionowe. Po nitce do kłębka trafiają do trzynastopokojowego mieszkania w luksusowym apartamentowcu w centrum Moskwy w zaułku Mlecznym, gdzie mieszka zdolna menedżerka Wasiljewa. Drzwi ekipie dochodzeniowej otwiera niezameldowany w tym mieszkanku mężczyzna. Zdziwieni śledczy rozpoznają w nim ministra obrony Anatolija Sierdiukowa. Pikanterii dodaje fakt, że Sierdiukow jest mężem córki ekspremiera Wiktora Zubkowa, osoby wielce wpływowej, zbliżonej do Putina itd. To za sprawą teścia, jak można mniemać, młody cywil zrobił zawrotną karierę w wojskowym resorcie. Media spekulują, że Sierdiukow ma słabość do ładnych blondynek – zatrudnia bowiem kilka atrakcyjnych młodych kobiet w ministerstwie i powierza im mienie wojskowe. No i tak: sprawa się rozkręca, nie daje się wyciszyć ani skandalu obyczajowego, ani malwersacji na dużą skalę. Wasiljewa zostaje aresztowana, czas do rozprawy spędza w rzeczonym mieszkanku w areszcie domowym, bardzo cierpi z tego powodu, a żale wylewa na płótna, przekuwa w grafomańską poezję, a nawet w śmiałe pieśni o wymiarze matrymonialnym. Sąd uznaje ją winną i skazuje na pięć lat. Według niepotwierdzonych medialnych doniesień, obrotna menedżerka nie siedziała osobiście w kolonii karnej, a wysłała tam wynajętą osóbkę. Po czterech miesiącach domniemanej odsiadki Wasiljewa złożyła wniosek o przedterminowe zwolnienie, sąd do wniosku się przychylił. Jakże humanitarne są rosyjskie sądy.

Towarzyszące Wasiljewej rozbuchane zainteresowanie mediów znacznie od czasu tej bajecznej historii osłabło. I oto teraz gdzieś z tyłu sklepu pojawiła się wieść o tym, jak ładnie ułożyła sobie życie Jewgienija. Sprzeniewierzyła milionowy majątek, została skazana prawomocnym wyrokiem. I co? I nic. Jak widać, ani kropelka wody nie wlała się jej do ucha. Nie tylko zachowała swoje rozkoszne mieszkanko, którego nie musiała zwracać w ramach rekompensaty za nadużycia, ale jeszcze może zarządzać całą wspaniałą nieruchomością w znakomitym punkcie stolicy. I to mając za partnera Anatolija Sierdiukowa. Ten wprawdzie nie jest już od pewnego czasu ministrem obrony, ale też nie stracił rezonu. Nie był pociągnięty do odpowiedzialności za „przykrywanie” przewał Jewgienii, w jej sprawie był jedynie świadkiem. Wygląda na to, że i afekt nie opuścił słodkiej parki. Dobrze się żyje ludziom w państwie Putina. W każdym razie niektórym.

Syndrom spokojnych nóg

16 czerwca. W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

– Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

„Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.

Spałowany Dzień Rosji

14 czerwca. Dzień Rosji ustanowiono, by uroczyście świętować odrodzenie się nowego państwa rosyjskiego po mrokach sowieckiej epoki. 12 czerwca 1990 roku ogłoszono deklarację suwerenności Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, to był początek końca sowieckiego molocha. Tegoroczne obchody nie miały nic wspólnego z radością – naprzeciw siebie stanęły Rosja putinowska i Rosja antyputinowska. Rosja putinowska sięgnęła po stylistykę ponurej instytucji, z której wywodzi się niezmienny przywódca i przykładnie spałowała Rosję antyputinowską, która wyszła zamanifestować niezadowolenie z korupcyjnych praktyk władzy, zamordyzmu i braku perspektyw. Znowu światowe media zapełniły obrazki z rosyjskich demonstracji – wleczonych brutalnie po ulicy ludzi czy dziewczyn wpychanych przez krzepkich omonowców do suk, transparentów z napisami „Putin złodziej”, „Precz ze skorumpowaną elitą władzy” i „Mamy dość Putina”.

Demonstracje przeciwko polityce władz odbyły się nie tylko w dwóch stolicach – Moskwie i Petersburgu – ale w ponad 140 miastach, od Władywostoku po Kaliningrad. Na place i ulice wyszło łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Obserwowałam, jak do protestu przystępowały kolejne strefy czasowe. Gdy demonstranci wyszli na ulicę Twerską w Moskwie, ci w Chabarowsku czy Irkucku już siedzieli w aresztach. Łącznie w protestach wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy, zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi. Dużo czy niedużo? Niedużo, jeśli policzyć w skali całego kraju procentowy udział tych, co wyszli protestować. Ale dużo, jeśli wziąć pod uwagę zaorany krajobraz polityczny Rosji, ostre i ciągle zaostrzane przepisy dotyczące zgromadzeń publicznych, rozproszenie i słabość opozycji.

Liderem protestów znowu był Aleksiej Nawalny. Może jedyny w tej chwili polityk w Rosji, który walczy z władzą o władzę. Wezwał swoich zwolenników do nielegalnej demonstracji przeciwko zakłamanej, skorumpowanej ekipie Putina. To się Kremlowi podobać nie może. Za niecały rok wybory prezydenckie, wszelkie rysy na wizerunku władzy niekorzystnie będą wpływać na postrzeganie kandydata obozu rządzącego (ktokolwiek nim będzie, Putin na razie uchyla się od jednoznacznej deklaracji). Pozycja Nawalnego jest stale przedmiotem dyskusji w środowiskach nastawionych krytycznie do Putina. Podejrzewany jest o obsługę interesów Kremla, potajemne paktowanie z członkami obozu rządzącego. Nie da się tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

Ale to, co Nawalny pokazuje, jest nową jakością w rosyjskim życiu politycznym. Wnosi dysonans, stanowi ze swoją dezynwolturą i dynamiką przeciwieństwo skostniałego układu władzy. Piętnuje grzechy elity – przede wszystkim tropi korupcję, która stanowi sól rządów putinowskiej kleptokracji (za te akcje władza go przykładnie karze: utrudnia różnymi sposobami uruchamianie sztabów wyborczych w terenie, nęka rewizjami, aresztuje współpracowników). Nawalny potrafi zmobilizować zwolenników, mimo braku dostępu do ogólnokrajowych mediów dociera do bardzo szerokiej publiczności, korzystającej z szybkich mediów społecznościowych.

Kolejna nowość na rosyjskiej scenie politycznej to bunt młodych. W ostatnich demonstracjach prawie jedna czwarta to byli ludzie młodzi i bardzo młodzi, często niepełnoletni. Oni mają dosyć Putina, uważają jego rządy za szczyt obciachu, nie chcą żyć w tym zaduchu. Organizują się za pośrednictwem komunikatorów, których służby specjalne nie są w stanie w pełni kontrolować. Po demonstracjach 26 marca, w których po raz pierwszy „pokolenie P” (ludzie urodzeni już za prezydentury Putina) pokazało, że ma głos i wzięło masowo udział w protestach przeciwko korupcji, władze próbowały przeprać im mózgi i zachęcić do powściągliwości. W szkołach odbywały się pogadanki, rodziców wzywano przed oblicze ciała pedagogicznego, które głównie straszyło wizją relegacji krnąbrnych pociech itp. Jak widać, bez efektu. „Pianista gra, jak potrafi. Władza tylko potrafi pałować i zastraszać” – podsumował nie bez racji politolog Stanisław Biełkowski.

Stanisław Kuczer tak o formowaniu się świadomości młodego pokolenia napisał na FB: „Najbardziej aktywna część pokolenia Putina nie chce mieszkać w domu, który zbudował Putin. Moja 26-letnia apolityczna siostra pokazuje mi zdjęcie napisu nad wejściem do malezyjskiej restauracji „Okupantów nie obsługujemy” i pyta, dlaczego w Ameryce, Europie, w postępowych krajach Azji uważa się nas za agresorów. 25-letni znajomy mówi mi, że ostatnią kroplą, która przelała jego puchar goryczy i spowodowała, że poszedł demonstrować na Twerską, był program rosyjskiej telewizji, w którym strojono sobie nieprzystojne żarciki z Macrona. 18-letnia córka mojego kolegi z obrzydzeniem rzuca naukę na uczelni, w której wykładowca uczy studentów, że media społecznościowe wymyśliło CIA, żeby zniewolić ludzkość. W Internecie, gdzie żyje to pokolenie, świat jest jeden, nie ma w nim granic, nie ma w nim murów. A w rzeczywistości, która ich otacza, spostrzegają, że nowa żelazna kurtyna za chwilę opadnie i odgrodzi ich od reszty świata. Słyszą, jak o gnijącym Zachodzie opowiadają w telewizji podstarzali hipokryci, których dzieci i wnuki dawno mieszkają na tym amoralnym Zachodzie. A teraz na kolejne sześć lat młodym proponuje się wybór tego samego prezydenta, którego widzieli z gołym torsem na koniu, gdy zaczynali chodzić do szkoły. To nie jest rzeczywistość, w której chce żyć normalny dwudziestolatek, niezależnie od przekonań politycznych”. Celne spostrzeżenia.

Ale wróćmy do poniedziałkowych protestów. Aleksieja Nawalnego prewencyjnie zatrzymano już pod domem, gdy zmierzał na zwołaną przez siebie demonstrację. Następnie sąd skazał go od ręki na trzydzieści dni aresztu administracyjnego za złamanie ustawy o zgromadzeniach publicznych. Zatrzymani uczestnicy protestu są skazywani na kilkudniowe areszty administracyjne, część nadal oczekuje na komisariatach na rozprawy.

Rosja putinowska też wyszła na ulice. I to nawet na Twerską, gdzie zebrali się zwolennicy Nawalnego. A to dlatego, że władze miasta zorganizowały tam właśnie błagonadiożny piknik historyczny. Oczom zdumionej publiczności ukazały się między innymi postaci ubrane w mundury NKWD. Perskie oko władzy, nie ma co.

Wieczorem na placu Czerwonym pod murem Kremla odbył się okolicznościowy koncert, śpiewały gwiazdy estrady, tłumnie zgromadzona publiczność świetnie się bawiła, tańczyła, klaskała. „Dużo więcej ich tu niż nas na Twerskiej” – zauważył gorzko na Twitterze ktoś z Rosji antyputinowskiej.

Na Pokłonnej Górze rozwinięto wielką flagę Rosji o powierzchni 1051 metrów kwadratowych. Ale choćby miała jeszcze tych metrów więcej i tak nie przysłoniłaby tego, że z putinowskich puzzli coraz trudniej ułożyć zadany optymistyczny obrazek jedności narodowej. Jak długo jeszcze tego obrazka?

Bellingcat – jeszcze jeden krok w chmurach

5 czerwca. Zbliża się trzecia rocznica zestrzelenia pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Zginęło wówczas 298 osób, w większości obywateli Holandii i Malezji. Śledztwo się ślimaczy, Rosja mataczy. Tymczasem międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała dziś wyniki kolejnej fazy swoich badań, poświadczających, że Buk, z którego wystrzelono feralny pocisk, przyjechał na Ukrainę z Rosji.

Buk miał numer boczny 332 – to ustalono już rok temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Na podstawie analizy zdjęć zawężono listę osób, które obsługiwały tę wyrzutnię. Ustalono trasę, którą pokonał Buk z jednostki wojsk rakietowych w Kursku przez obóz Millerowo w obwodzie rostowskim (Rosja) na pole w okolicach miejscowości Pierwomajskoje (Ukraina). W lutym br. dziennikarze z Bellingcat opublikowali personalia osoby, która pilotowała przemieszczenie Buka z obwodu rostowskiego w Rosji do objętego walkami obwodu donieckiego na Ukrainie. To były funkcjonariusz wywiadu wojskowego GRU Siergiej Dubinski, używający podczas wojny w Doniecku pseudonimu Chmuryj i pełniący w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej funkcję szefa samozwańczego wywiadu (Dubinski odżegnuje się od ustaleń Bellingcat).

Grupa Bellingcat przekazała zebrane materiały międzynarodowej komisji śledczej, pracującej nad wyjaśnieniem okoliczności tragedii. (W październiku ub.r. komisja JIT opublikowała raport, z którego wynika, że samolot został zestrzelony rakietą Buk produkcji rosyjskiej; w raporcie nie stwierdzono z całą pewnością, skąd dokładnie dokonano wystrzelenia rakiety).

Teraz doszły dodatkowe ustalenia, pozwalające potwierdzić i uzupełnić dotychczasowe wyniki śledztwa grupy Bellingcat, które jednoznacznie wskazuje na rosyjskie sprawstwo. (Tu można zapoznać się z najnowszymi materiałami Bellingcat: https://www.bellingcat.com/tag/mh17/ – drobiazgowa analiza wyłowionych z przestrzeni mediów społecznościowych detali, dane geolokacyjne, imponująca pedantyczna robota, masa szczegółów i wnioski końcowe).

Gdzie znajduje się obecnie corpus delicti, czyli rzeczony Buk o numerze 332? Członkowie grupy Bellingcat wyrażają przypuszczenie, że spoczywa gdzieś na dnie Morza Czarnego. Choć z drugiej strony liczą na to, że o wartym kilka milionów dolarów Buku musi się znaleźć jakaś dokumentacja świadcząca o utylizacji tak drogiego sprzętu. I że kiedyś to wyjdzie na jaw.

Rosja idzie nadal w zaparte i odrzuca wszystkie ustalenia komisji. Grupę Bellingcat stara się zdyskredytować, wykazać, że działa ona na polityczne zamówienie wrogów Moskwy, obniżyć wartość publikowanych materiałów, stworzyć szum informacyjny, wrzucając w przestrzeń medialną własne wersje wzięte, jak twierdzą eksperci grupy Bellingcat i nie tylko, ze złoconych sufitów Kremla.

Na razie Ministerstwo Obrony Rosji, pytane m.in. przez portal RBK o ocenę ostatnich ustaleń Bellingcat (http://www.rbc.ru/politics/05/06/2017/593333359a79474381064c91?from=center_16), nie zajęło stanowiska. Wcześniej rosyjski resort obrony przedstawiał w sprawie przyczyn tragedii MH17 różne wersje, mające wykluczyć winę Rosji, a dowieść winy Ukrainy.

Rosyjska karta w amerykańskiej grze

28 maja. Nie ma dnia, by w amerykańskiej przestrzeni medialnej nie pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne rewelacje dotyczące mniej lub bardziej domniemanego udziału Rosji w próbach powożenia Trumpem. Rosyjska karta stała się ważnym elementem wewnętrznych rozgrywek na amerykańskich szczytach. Rosyjska karta, nie Rosja. A to, jak mawiają w Odessie, „dwie wielkie różnice”.
Po kolejnych przesłuchaniach przed komisją Kongresu do prasy wyciekły nowe dane. „The Washington Post”, powołując się na anonimowe źródła na górze, ujawnił, że zięć Donalda Trumpa i jego doradca w jednej osobie, Jared Kushner pod koniec 2016 roku udał się po cichu do ambasadora Rosji w Waszyngtonie, Siergieja Kislaka. Miał z nim omówić utworzenie sekretnego kanału komunikacji pomiędzy ekipą Trumpa a Kremlem. Żeby amerykańskie służby nie wtryniały nosa w te kontakty. W rozmowach miał uczestniczyć również Michael Flynn, przez chwilę doradca amerykańskiego prezydenta ds. bezpieczeństwa, wkrótce po nominacji odwołany. Jednak, jak anonsuje „The Washington Post”, amerykańskie służby były czujne i „przechwyciły rozmowy Kislaka z Moskwą na ten temat”. Kislak raportował, że Kushner zaproponował wykorzystanie dla nieformalnych kontaktów rosyjskie instytucje działające w Stanach Zjednoczonych; ambasador był zszokowany supozycją, iż „Amerykanie mieliby zostać dopuszczeni do wykorzystania rosyjskich kanałów komunikacji w ambasadzie lub konsulacie”. Nie wiadomo, czy w związku z tym do ustanowienia takiego kanału doszło. W każdym razie prasa pisze o trzech potajemnych kontaktach Kushnera z Rosjanami.
Abstrahując od tego, czy do kontaktów dochodziło czy nie dochodziło, czy to, że Rosja mieszała w amerykańskim kotle wyborczym, miało znaczenie dla zwycięstwa pożądanego przez nią kandydata czy nie, teraz rosyjska karta jest używana przez amerykańskich polityków do wewnętrznej rozgrywki wokół Trumpa. O układaniu stosunków z samą Rosją w tym kontekście mówi się ostatnio znacznie rzadziej niż w trakcie kampanii wyborczej i zaraz po niej.
„Idea nowej pieriezgruzki [w stosunkach USA i Rosji] została pogrzebana dość dawno. To, co Trump zaprezentował na spotkaniu NATO w Brukseli, nie wnosi zasadniczych zmian do kursu polityki USA. Trump powiedział, że Rosja stanowi zagrożenie, w gronie, które właśnie takiej deklaracji od niego oczekiwało – komentuje Paweł Szarikow z Instytutu USA i Kanady Rosyjskiej Akademii Nauk. – Przypuszczam, że w czasie kampanii wyborczej i może w okresie poprzedzającym inaugurację Trump rzeczywiście miał jakieś mgliste plany wobec Rosji. Było to zapewne związane z chęcią dogadania się z Putinem, aby łatwiej było potem rozmawiać z Chinami. […] Ale pod wpływem kręgów politycznych w Waszyngtonie, które oskarżają go o związki z Kremlem, Trump zrozumiał, że aby zachować reputację wewnątrz kraju, będzie musiał z tych planów zrezygnować. Rosja nie była na tyle ważnym priorytetem dla Ameryki, aby dla niej cokolwiek poświęcać. W ostatnich latach Moskwa w amerykańskiej polityce nie była najważniejsza i schodziła na dalsze pozycje, potem znowu powróciła na czoło priorytetów, ale już ze znakiem minus, nie plus”.
Czy można postawić tezę, że Rosja jest traktowana przedmiotowo, a nie podmiotowo w amerykańskiej rozgrywce? Rosyjska politolożka Lilia Szewcowa pisze: „W ciągu ćwierćwiecza po rozpadzie ZSRR Kreml utrzymywał poczucie, że Rosja jest wielkim mocarstwem. W imię tego statusu Rosjanie gotowi byli poświęcić swoje swobody. […] Rosja może utrzymać ten swój status tylko w odniesieniu do USA – poprzez dialog lub konfrontację, lub i jedno, i drugie łącznie. Rosyjska mentalność polityczna oparta jest na amerykanocentryzmie. […] Za Obamy, który starał się nie drażnić Kremla, w Moskwie nawet uznano, że nastał czas, aby dyktować własne warunki. Kiedy wybrano Trumpa, rosyjska elita rozmarzyła się o tandemie Rosja-USA, który będzie władał całym światem, oczywiście dominować w tandemie będzie bardziej doświadczony polityk. I oto marzenia się rozwiały – Rosja stała się nie po prostu instrumentem w amerykańskiej walce o władzę, ale przekształciła się w antysystemową siłę”. Nazwa Rosja nieustannie pojawia się w amerykańskim dyskursie w kontekście nowej afery Watergate – zwraca uwagę Szewcowa. Każda wypowiedź, ba, każde westchnienie Moskwy w obronie Trumpa odbierane jest w Waszyngtonie jako potwierdzenie, że to „człowiek Kremla” itd. Jej zdaniem, wykreślenie Moskwy z listy priorytetów administracji USA to zagrożenie dla samego Putina i jego legitymacji władzy, trzymającej się na iluzji wielkomocarstwowości.
Ostra teza. Można jeszcze dodać, że skoro tak, to Moskwa sięgnie zapewne w obronie swojego statusu po – wypróbowaną już przecież na wielu frontach – konfrontację. Metoda „wpuszczania jeża do spodni”, jak gensek Nikita Chruszczow określił w czasach kryzysu karaibskiego rozmieszczenie rakiet na Kubie, w stosunkach ze Stanami nie została wycofana z arsenału.
Ciekawe i zawiłe są meandry tej gry. A sygnały wysyłane przez Waszyngton sprzeczne. Bo z jednej strony są komunikaty amerykańskiej administracji o tym, że Rosja stanowi zagrożenie, obserwujemy też, że ciągle odkładane jest spotkanie Trumpa z Putinem, ale z drugiej – mamy niefrasobliwe zachowanie amerykańskiego prezydenta na spotkaniu z ambasadorem Kislakiem (znowu Kislak) i ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem w Białym Domu, podczas którego dzieli się on sekretną wiedzą o Państwie Islamskim.
Na drugim, może nawet trzecim planie tej wysokiej rozgrywki toczą się sprawy bardziej przyziemne. „The New York Times” donosi, że rosyjski miliarder Oleg Deripaska jakiś czas temu zwrócił się do amerykańskiego Kongresu i zaproponował, że złoży zeznania dotyczące swoich powiązań z Paulem Manafortem, szefem sztabu wyborczego Trumpa. W zamian oligarcha domagał się zapewnienia mu immunitetu. Kongres miał odmówić. Deripaska należy do elity biznesowej Putinowskiej Rosji. Jeżeli próbuje dogadywać się o amnestii z Amerykanami, to jest to ciekawy sygnał dotyczący kondycji i perspektyw rosyjskiego biznesu i klasy politycznej z tym biznesem związanej.

Cztery piętra do nieba

21 maja. Jedni są za, inni są przeciw, jeszcze inni za, a nawet przeciw. W Moskwie nie cichną emocje wokół planu wyburzania chruszczowek – rozpadających się czteropiętrowych bloczków, budowanych w epoce Nikity Chruszczowa. Mer Siergiej Sobianin ogłosił wielki plan odnowy stolicy, który zyskał miano „renowacji” i wywołał wielkie poruszenie wśród mieszkańców.

Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych gensek Chruszczow rzucił hasło „jedno mieszkanie – jedna rodzina”, plan przyjęto jednoznacznie z entuzjazmem. To była faktycznie nowa epoka, tchnienie odwilży. Obywatelom pozwolono cieszyć się własnym kątem, bez konieczności uwspólniania kuchni i łazienki z sąsiadami z „komunałki”, uważnie podpatrującymi, co się dzieje za ścianą – i jakże często uprzejmie donoszącymi organom bezpieczeństwa. Idea była taka: budować z byle jakich materiałów, byle szybko. Prowizorka ta bowiem miała trwać niedługo – najwyżej trzydzieści lat. Produkowano w fabrykach domów gotowe moduły. Mieszkania jedno- lub dwupokojowe, z łazienką, której niewielkie okieneczko wychodziło na kuchnię, właściwie kuchenkę. Klucze do mieszkań w chruszczowkach wydawano „na przydział”. To była forma mieszkania socjalnego, choć wtedy takiego pojęcia z ZSRR nawet nie było.  Osiedla chruszczowek powstawały w wielu radzieckich miastach, większość z nich stoi do dziś. W niektórych przeprowadzono lifting, w niektórych – choć wszystko się sypie – nie zrobiono przez te wszystkie lata remontu.

Wiele chruszczowek znajduje się w centrum lub blisko centrum na terenach atrakcyjnych z punktu widzenia deweloperów pokrywających ostatnio Moskwę tak zwanymi „murawiejnikami” (mrowiskami) – gigantycznymi, wielopiętrowymi blokami o różnym standardzie, lepszym i gorszym. Wiadomo, grunty w centrum są drogie, trzeba wybudować jak najwyższe domy, aby trud budowlańca zwrócił się deweloperowi jak najszybciej.

I oto władze Moskwy występują z szerokim planem „renowacji”. Zakłada on, że chruszczowki zostaną wyburzone, a mieszkańcy zostaną przeniesieni do innych mieszkań. Zapisane w projekcie ustawy o „renowacji” zasady przyznania lokalu zamiennego są na tyle rozmyte (np. nie ma w nich gwarancji, że wysiedlani z chruszczowek otrzymają lokal o tym samym standardzie, metrażu, lokalizacji w centrum itd.), że lokatorzy poczuli się zagrożeni w swoich prawach. Odbyły się demonstracje i to dość liczne, nazywane przez opozycyjnych publicystów „protestami przeciwko deportacji moskwian”. Władze odstąpiły krok wstecz, na wyraźne polecenie prezydenta Putina zapowiedziano konsultacje społeczne, wprowadzono zasadę głosowania – lokatorzy mogą się wypowiedzieć, czy chcą, by ich blok został wyburzony, czy nie. Spowodowało to niesłychaną zawieruchę. Jedni demonstrują za, inni – przeciwko. Jedni chcą, drudzy – nie chcą. Jeszcze inni by może i chcieli, ale nie mają za grosz zaufania do władz, obawiają się, że i tak zostaną zrobieni w konia, więc wolą już to, co mają – czyli kąt w dobrym miejscu. Niektórzy domagają się rozbiórki swojego bloku, inni wręcz przeciwnie – walczą o wykreślenie z rejestru domów, przewidzianych do wyburzenia. Zainicjowana akcja władz miasta ujawniła niebywały bałagan w prawie lokalowym. Prawa własności do lokali w ogromnej liczbie przypadków są nieuregulowane, ludzie mieszkają w chruszczowkach (zapewne nie tylko w chruszczowkach) „na pticzjich prawach” – jak ptaki przelotne, użytkują mieszkania prawem kaduka. Są też i tacy, którzy wykupili swoje kwaterki na własność lub nabyli na wolnym rynku. Jak ich potraktować?

„Renowacja” to eldorado dla branży budowlanej, możliwość pozyskania lukratywnych kontraktów na budowę nowych obiektów, a także złoty interes dla biurokratów, którzy będą decydować, kogo, gdzie, w jakim trybie przemieścić, a także kto, gdzie i jak będzie budował (stwarza to pole do korupcji). Po Moskwie krążą pogłoski, że najwięcej z tego tortu dostaną bracia Rotenbergowie – bliscy znajomi Putina, którzy dziwnym trafem dostają zawsze smakowite zlecenia. W moskiewskim żargonie już zaczęto nazywać akcję „renowacji” chrenowacją („chren” to chrzan, ale także wulgarne określenie męskiego przyrodzenia).

Plan zakłada powstanie gigantycznego Funduszu Renowacji – dziwnego ciała, wyposażonego w rozległe pełnomocnictwa. Jak pisze Julia Łatynina w „Nowej Gazecie”, „to supermonstrum może wszystko. Decydować, komu przyznać zlecenie na budowę, decydować, który z budynków zostanie wyburzony i co powstanie na jego miejscu […]. Z projektu ustawy wynika, że właściciele domu, który ma być zgodnie z wolą Funduszu Renowacji zburzony, nie mają żadnych praw. Dom może zostać rozebrany na podstawie decyzji władz miasta Moskwy. Jeżeli mieszkańcy się nie zgadzają, to dom i tak rozbiorą na podstawie orzeczenia sądu. Gdy patrzę na to, jak już dziś tym, którzy się nie zgadzają [na rozbiórkę], podpala się mieszkania, przecina opony w autach itd., to myślę sobie, że Fundusz może się uciekać do innych metod przekonania nieprzekonanych. W projekcie nie ma też słowa o tym, jak mają być budowane te nowe domy dla wysiedlonych z chruszczowek – ile mają mieć pięter, w jakiej odległości od siebie mają być wznoszone, nie mówiąc już o terenach zielonych. Jednym słowem, projekt ustawy o renowacji pozwala supermonopoliście pod nazwą Fundusz Renowacji wykwaterować 1,6 miliona moskwian z ich domów i wprowadzić ich do wielopiętrowych bloków, przypominających trumny bez zieleni, infrastruktury, szkół, przedszkoli, sklepów i przychodni lekarskich”.

1,6 miliona moskwian objętych „renowacją”. Niezły kapitał społeczny.