Archiwa autora: annalabuszewska

Licencja na dopisywanie

7 maja. Fascynujące są bebeszki materiałów opublikowanych przez WikiLeaks, a wykradzionych z serwera sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Niewidzialna ręka Kremla, hacker na jego usługach, podrabianie dokumentów, mające w zamyśle prowadzić do dyskredytacji niepożądanego kandydata, a wokół cisza wyborcza. Operacja specjalna żołnierzy niewidzialnego frontu na rzecz francuskiego Frontu Narodowego? Może. Udoskonalona powtórka z podobnych zabiegów w czasie kampanii wyborczej w USA, gdy to ujawniono materiały Partii Demokratycznej i korespondencję członków sztabu wyborczego Hillary Clinton? Może.

Popatrzmy. W piątek wieczorem, w ostatniej chwili przed ogłoszeniem ciszy wyborczej, za pomocą aplikacji Pastebin tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców, ukrywający się pod pseudonimem EMLEAKS ujawnił konfidencjalną korespondencję sztabu Macrona. Było już za późno, aby sprawę zbadać, a nawet zareagować – sztaby kandydatów nie mogą w okresie ciszy wyborczej wydawać komunikatów, które mogłyby w jakikolwiek sposób wpłynąć na wynik wyborów. Ograniczono się jedynie do stwierdzenia, że sztab padł ofiarą ataku hackerskiego i że w opublikowanym „masywie dokumentów” znajdują się zarówno autentyczne, jak i zmanipulowane (podrobione) materiały. Poczta sztabu Macrona, wykradziona najprawdopodobniej jeszcze w lutym br., sprawnie wylądowała na portalu WikiLeaks.

Rosyjski portal Insider rozpracował dostępne dane (http://theins.ru/politika/55118). W kilku miejscach w metadanych opublikowanych dokumentów wykryto ślad działalności niejakiego Gieorgija Piotrowicza Roski (zapis w cyrylicy: Георгий Петрович Рошка). Jak pisze Insider, to programista pracujący w firmie Eureka (Эврика), której klientelę stanowią rosyjskie instytucje rządowe, w tym ministerstwo obrony i służby specjalne. Rosca nie odpowiedział na zapytania autorów z portalu Insider. Agencja Interfax ostrożnie zastrzega, powołując się na WikiLeaks: „Firma Eureka, w której jakoby zatrudniony jest wspominany w metadanych Gieorgij Piotrowicz Rosca, posiada licencję Federalnej Służby Bezpieczeństwa na działalność w dziedzinie ochrony tajemnicy państwowej”.

We wspomnianym wyżej włamie na serwer sztabu Macrona uczestniczyła najprawdopodobniej znana już rosyjska grupa hackerska Pawn Storm (inne pseudonimy artystyczne Fancy Bear i APT28), podejrzewana o niedyskretne zaglądanie pod kołdrę i do kiesy uczestnikom amerykańskich zeszłorocznych wyborów prezydenckich, a także ataki na stronki internetowe rosyjskiej opozycji. Rezultaty włamów też przekazywano wtedy portalowi WikiLeaks. Metodę mieszania autentyków z podróbkami przetrenowano już wcześniej, np. na Aleksieju Nawalnym – wykradzione z fundacji Sorosa dane zmodyfikowano tak, aby miały wskazywać na finansowanie fundacji Nawalnego przez George’a Sorosa.

W rosyjskich mediach, zwłaszcza w telewizji, podczas całej kampanii wyborczej we Francji mocno wspierano Marine Le Pen, i to na różne sposoby, nie tylko poprzez przychylne komentarze występujących w politycznych talk show speców: np. po pierwszej turze wyborów korespondentka rosyjskiej telewizji państwowej nadawała ze sztabu wyborczego liderki Frontu Narodowego. Ważnym sygnałem poparcia dla tej kandydatki ze strony władz Rosji było jej spotkanie na Kremlu z Władimirem Władimirowiczem Putinem. Emmanuel Macron natomiast był poddawany ostrej krytyce. Żadnych włamów na strony sztabu Mariny Żanowny Le Pen nie stwierdzono, WikiLeaks nie wylała żadnych pozyskanych nielegalnie materiałów. David Frum z The Atlantic zażartował na Twitterze, że w chwili obecnej taką mamy sytuację, że nie bardzo można ufać kandydatowi, którego korespondencji nie zhakowałaby WikiLeaks.

Tymczasem twórca WikiLeaks Julian Assange bryluje na srebrnym ekranie: prowadzi autorskie show w kremlowskiej tubie propagandowej dla zagranicy – telewizji RT (https://www.rt.com/tags/the-julian-assange-show/).

Fejk fejkiem pogania

26 kwietnia. Codziennie w rosyjskiej telewizji odbywają się przemiłe dyskusje na tematy bieżące. Prowadzący intonuje odę do majestatu władz Rosji, po czym przedstawia główny temat, na który rzucają się jak wygłodniałe wilki zaproszeni do studia eksperci, politycy, dziennikarze, celebryci. Urozmaiceniem dla przewidywalnych wywodów krajowych luminarzy politologii jest pojawienie się w programie gości z zagranicy. Ci mają prawo do wypowiedzenia jakiejś umiarkowanej opinii niezupełnie zgodnej z narzuconą przez prowadzącego tezą propagandową. Nieraz dochodzi do sterowanej hecy, gdy zaproszony zagraniczniak zaprezentuje jakąś mocno kontrowersyjną myśl. Tak było kilkakrotnie z zapraszanymi gośćmi z Polski lub Ukrainy, którzy za swoje wypowiedzi byli szarpani za garderobę, a nawet bici po twarzy przy aplauzie zgromadzonej w studiu publiczności. Te widowiska dla gawiedzi o niezbyt wygórowanych oczekiwaniach estetycznych i niezbyt dużych wymaganiach merytorycznych to sól rosyjskiej telewizji, obsługującej interesy Kremla. Tędy sączy się do głów obywateli jedynie słuszne relacje i interpretacje.

Na dobranoc można sobie obejrzeć w dużej dawce wykrzykującego wielkomocarstwowe hasła Władimira Żyrinowskiego, nieodmiennie wcielającego się w rolę dobrze poinformowanego błazna. Albo wnuka Wiaczesława Mołotowa, Nikonowa, również Wiaczesława, który powtarza mantry o wyższości „ruskiego świata” nad więdnącą cywilizacją Zachodu. Talia tuzów sztuki gadulstwa na zamówienie nie jest znowu taka wielka – w tych seansach nienawiści występują stale te same postaci. Jak w commedia dell’arte ciągle grają swoje role te same typy.

Nie wiem, czy dlatego że z ekranu wieje nudą, czy dlatego by podkręcić wiarygodność – w poświęconym sytuacji wokół Korei Północnej programie „Pierwaja studija” w najpopularniejszej stacji telewizyjnej Rosji Pierwyj Kanał pokazano nowego komentatora wydarzeń na światowej scenie politycznej. A mianowicie pewnego starszego pana, którego przedstawiono jako Grega Waynera (Weinera?), amerykańskiego dziennikarza. Przy tym nie wyjaśniono, jaką redakcję pan Wayner reprezentuje. Gość mówił zresztą płynnie po rosyjsku bez cienia akcentu.

Portal Insider wyczaił, że ten człowiek naprawdę nazywa się Grigorij Winnikow i jest biznesmenem z Petersburga (http://theins.ru/antifake/53655). Kilka lat spędził w Nowym Jorku, gdzie kręcił biznesy w turystyce (prowadził agencję Eastern Tours), po czym powrócił do Petersburga. W telewizji jako „dziennikarz z USA” wystąpił już zresztą nie po raz pierwszy, był m.in. ekspertem ds. amerykańskich (https://www.topspb.tv/programs/releases/85150/). Portal Znak dotarł do ciekawych historii o nowojorskim okresie działalności rzekomego specjalisty od Korei i USA (https://www.znak.com/2017-04-26/pervyy_kanal_vydal_rossiyskogo_biznesmena_za_amerikanskogo_zhurnalista) – agencja Winnikowa oszwabiła wielu naiwnych klientów, narobiła długów, po czym rzekomy Wayner musiał uciekać z USA.

Po prezentowaniu na ekranach telewizyjnych fejkowych zrozpaczonych matek, które widziały, jak banderowcy ukrzyżowali w Słowiańsku chłopczyka w samych gatkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/14/ukrzyzowanie-w-slowiansku/) czy po innych praktykach nieudolnych inscenizacji, wrzutek, kłamstwa w żywe oczy rosyjska telewizja osiąga kolejne wyżyny obciachu.

Bloger Andriej Malgin dorzucił jeszcze do tego gatunku inną „dobrą nowinę”: często prezentowany w różnych stacjach telewizyjnych inicjator referendum o oddzieleniu Kalifornii od USA przedstawiany jako Marinelli tak naprawdę mieszka w Jekaterynburgu (http://avmalgin.livejournal.com/6964104.html).

Jak widać, zwyczajny fejk w dzisiejszych czasach to za mało, fejk trzeba fejkiem dodatkowo podbić, fejkiem nafaszerować, fejk fejkiem podbudować.

Odszedł świadek historii

19 kwietnia. W Petersburgu zmarł dziś w wieku 73 lat dziennikarz Nikołaj Andruszczenko. W marcu został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców. Przeleżał na ulicy nie wiadomo, jak długo. Lekarze stwierdzili poważny uraz głowy. Andruszczenko nie odzyskał przytomności, bandyci nie zostaną zidentyfikowani.

Andruszczenko był jednym z założycieli tygodnika „Nowy Petersburg”, jednej z pierwszych prywatnych gazet w Rosji. Ostatnio wiele publikował na temat korupcji i nieefektywności oficjalnej walki z tym zjawiskiem, o bezkarności policji; opisywał też liczne akcje protestacyjne, jakie odbywały się w mieście. W latach 1990-93 był deputowanym rady Petersburga (wcześniej Leningradu). Wtedy wnikliwie przyglądał się temu, co się dzieje w mieście, jak wygląda żywiołowa prywatyzacja, związki władz ze środowiskiem kryminalnym (rączka w rączkę). Wiele uwagi poświęcił zbadaniu domniemanych powiązań zastępcy mera Petersburga, niejakiego Władimira Putina z szefem największego z ówczesnych gangów, grasujących nie tylko po północnej stolicy, tzw. grupy tambowskiej, Władimirem Barsukowem (Kumarinem). W jednym ze wspomnień z tego okresu Andruszczenko opisał spotkanie z Putinem na korytarzu ratusza – Putin zatroskał się, że Andruszczenko poparł puczystów (autorów krótkotrwałego stanu wyjątkowego w sierpniu 1991 roku), i udzielił mu zbawiennej rady: „Teraz jest czas, aby robić pieniądze! Robić szmal! I kraj ma robić pieniądze, i ludzie! Na to jest teraz odpowiedni czas”.

Andruszczenko w związku ze śmiałymi publikacjami i działalnością opozycyjną miał na pieńku z władzami. W listopadzie 2007 roku został aresztowany pod zarzutem utrudniania pracy sądu i oczernianie sędziego, w czasie śledztwa w areszcie był bity i szykanowany, na skutek złego traktowania stracił wzrok w lewym oku, nabawił się poważnej choroby serca.

Śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia Andruszczenki utknęło w martwym punkcie.

Dzisiaj w Jerozolimie

15 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy chrześcijan zebrało się w Wielką Sobotę na ulicach Jerozolimy. W tym roku Wielkanoc katolicka i prawosławna przypada w tym samym terminie, przybyli więc pielgrzymi z całego chrześcijańskiego świata – piszą agencje informacyjne.

Wierni należący do Kościołów obrządku wschodniego oczekują na niezwykłe misterium, które w Wielką Sobotę dokonuje się w Bazylice Grobu Pańskiego: zstąpienie świętego ognia.

Wejść do Bazyliki można tylko, gdy ma się specjalną przepustkę, bezpieczeństwa pilnuje na ulicach miasta rzesza policjantów i żołnierzy – władze miasta obawiają się ataków terrorystycznych.

Zgodnie z sięgającą IX wieku tradycją prawosławny patriarcha Jerozolimy schodzi do umiejscowionego w centralnej części Bazyliki Grobu Pańskiego cubiculum – niewielkiej komory, znajdującej się w miejscu, gdzie, jak nakazuje tradycja, złożono ciało ukrzyżowanego Chrystusa. Gdy zostaje sam, modli się i oczekuje na pojawienie się świętego ognia. Czas oczekiwania niekiedy jest krótszy, niekiedy dłuższy. Od samoistnie pojawiającego się ognia patriarcha zapala dwa pęki świec (każdy pęk liczy 33 świece na pamiątkę liczby lat, jakie Chrystus spędził na ziemi) i wychodzi do wiernych. Specjalnie wyznaczeni gońcy zapalają swoje świece i rozbiegają się po świątyni, aby każdy z pielgrzymów mógł zapalić swoją świecę.

Patriarcha oznajmia zgromadzonym w bazylice, że Chrystus zmartwychwstał. Samoistnie pojawiający się w kaplicy Grobu Pańskiego ogień jest symbolem Zmartwychwstania Pańskiego, zwycięstwa życia nad śmiercią, dobra nad złem, pokoju nad wojną, czystości nad grzechem.

Jerozolimski ogień jest dla wyznawców prawosławia święty. Ogień odpalony od świec patriarchy jest umieszczany w specjalnych kapsułach i przewożony do krajów, gdzie żyją prawosławni. Delegacja z Rosji ma przywieźć święty ogień do Moskwy w Wielką Sobotę wieczorem, z lotniska Wnukowo kapsuła zostanie przewieziona do Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, gdzie o północy rozpocznie się główna liturgia wielkanocna.

*

Życzę Państwu radosnych Świąt Wielkiej Nocy. Wesołego Alleluja!

 

Tomahawkiem w plecy

8 kwietnia. Hollywoodzcy scenarzyści, wymyślający zabójcze zwroty akcji, podkręcający nastroje widzów i specjalizujący się w straszeniu publiczności, zapewne niedługo stracą pracę. Rzeczywistość bowiem coraz częściej zaskakuje nas dużo bardziej niż niesztampowe filmowe scenariusze. Szczególnie główni bohaterowie sceny politycznej dostarczają wrażeń, po których trudno zasnąć.

Jeszcze niedawno w rosyjskiej Dumie Państwowej urządzono radosny bankiet, by uczcić zwycięstwo w wyborach prezydenckich w USA Donalda Trumpa. Szefowa głównej kremlowskiej gadzinówki telewizyjnej na zagranicę Margarita Simonian w uniesieniu pisała na Twitterze, że chciałaby się przejechać po Moskwie z amerykańską flagą zatkniętą na masce samochodu, aby dać wyraz rozpierającemu ją szczęściu z powodu wygranej upragnionego kandydata Kremla. Ponownie fala radosnego przyboju wezbrała na moskiewskich salonach politycznych, gdy w styczniu doszło do pierwszej rozmowy telefonicznej Putin-Trump. Propagandziści rozpalali nadzieje, że to jaskółka, która nareszcie uczyni wiosnę na linii Moskwa-Waszyngton. Ale mijały kolejne tygodnie, a ze strony Waszyngtonu wiało coraz większym chłodem. Klimat po drugiej stronie oceanu psuł się coraz mocniej, gdy na światło dzienne wyciągano niejasne powiązania członków administracji Trumpa z Rosją. Jakieś pokątne rozmowy i umowy, jakieś honoraria… W kuluarach coraz częściej mówiło się, że Kreml usilnie zabiega o spotkanie z prezydentem Trumpem, tymczasem zabiegi te pozostają bez reakcji.

Jednym z tematów, który – jak spodziewa się większość obserwatorów – mieliby podjąć Trump i Putin, jest sytuacja w Syrii. Rosja ma ambicję, by zostać głównym rozgrywającym w grze o to państwo, rozdarte wojną domową. I ambicje te z powodzeniem w ostatnich miesiącach realizowała, wykorzystując umiarkowane zaangażowanie czy wręcz brak zainteresowania Zachodu. W styczniu Rosja podpisała z Asadem porozumienia określające zasady militarnej obecności rosyjskich sił w Syrii, zaczęła rozbudowywać bazy. Porozumienia dały Rosji szerokie przywileje (np. bezpłatne użytkowanie obiektów) i umocniły pozycję czołowego rozgrywającego. Rosja poszukiwała też dyplomatycznego rozwiązania, mającego na celu wypracowanie zgody pomiędzy wspieranym przez nią Asadem a umiarkowaną syryjską opozycją. Rozmowy spektakularnych sukcesów nie przyniosły, niemniej pozwoliły Kremlowi ponownie mówić o legalności władzy Asada i stroić się w piórka obrońcy pokoju. Piórka wprawdzie szybko opadały osmalone w wyniku akcji militarnych sił Asada, wspomaganych przez rosyjskich sojuszników. Na Zachodzie rozlegały się głosy, że Asad pospołu z Putinem dopuszczają się zbrodni wojennych. Ale to nie zmniejszało rosyjskiego impetu w Syrii, gdzie Moskwa czuła się coraz pewniej.

I oto w sytuacji, gdy Kreml poczuł się już niemal panem sytuacji, w nocy z 6 na 7 kwietnia z amerykańskich okrętów operujących na Morzu Śródziemnym wystrzelono 59 rakiet samosterujących tomahawk, które raziły cele w  bazie syryjskich wojsk rządowych w Szajrat. Uderzenie było – jak wyjaśnił w specjalnym oświadczeniu prezydent Trump – bezpośrednią reakcją na atak sił Asada na miejscowość w prowincji Idlib, w którym od gazów bojowych zginęli cywile. Zaznaczył, że nie zamierza pozwalać mu na łamanie prawa.

Prezydent Putin został o zamiarze ataku na bazę poinformowany przez stronę amerykańską na dwie godziny przed faktem (m.in. dlatego, że w bazie mógł się znajdować rosyjski personel). Po ataku niezbyt donośnym głosem swojego rzecznika oświadczył, że amerykański atak na bazę w Syrii jest pogwałceniem prawa międzynarodowego, powtórzył też, że Asad nie ma broni chemicznej, dlatego nie mógł dokonać ataku gazowego pod Idlibem. Toteż amerykańskie uderzenie uznaje za wyprowadzone „pod zmyślonym pretekstem”. I jako taki atak zasługuje na potępienia. Kolejne kroki wykonało rosyjskie ministerstwo obrony: Moskwa zawiesiła memorandum o unikaniu incydentów lotniczych w Syrii, czego konsekwencją było wyłączenie „gorącej linii” z Pentagonem, służącej do kontaktów w razie incydentów.

Po ataku USA na Szajrat w ustawieniu głównych aktorów w Syrii nastąpiła klasyczna filmowa „odwrotka”. Stany zademonstrowały, że wracają do gry i to ostro. Rosja się zapowietrzyła z niedowierzania. Można założyć, że na Kremlu lub w Nowo-Ogariowie trwa burza mózgów, jaką dać odpowiedź. Pomysły zaczęły się zresztą pojawiać i w przestrzeni medialnej. Znany pisarz, piewca rosyjskiego imperializmu Aleksandr Prochanow znalazł odpowiednią reakcję: „odpowiedziałbym na amerykańskie wyzwanie asymetrycznym uderzeniem rosyjskich rakiet skrzydlatych na pozycje ukraińskiej artylerii, która ostrzeliwuje codziennie Donbas, rozrywa na kawałki dzieci w Ługańsku u Doniecku”. Hollywoodzcy scenarzyści nerwowo palą w kącie, bo takich wysokich lotów myśli, jakie prezentuje Prochanow, nie są w stanie osiągnąć.

Rosja może nadal mieć nadzieję, że zbuduje z Trumpem wielką koalicję, mającą na sztandarze wspólną walkę z międzynarodowym terroryzmem? Biały Dom nie kupuje najwyraźniej rosyjskiej narracji, że tak pięknie byłoby gromić terrorystów ramię przy ramieniu. Bo z tej wzniosłej formuły sterczą uszy brutalnej rozgrywki o wpływy. A że Moskwa i Waszyngton mają w Syrii sprzeczne interesy (m.in. Rosja broni Asada, USA nie chcą słyszeć o jego utrzymaniu przy władzy), to o zbudowanie wspólnej koalicji będzie co najmniej bardzo trudno, jeśli w ogóle będzie to możliwe.

A zatem czy to już koniec nadziei Rosji na płomienny romans z nową amerykańską administracją?

Za kilka dni do Moskwy ma przyjechać sekretarz stanu USA Rex Tillerson. Jeżeli strony siądą do rozmów o Syrii, to pozycja przetargowa Stanów (po ataku na Szajrat) będzie lepsza niż pozycja Rosji. Wiele zależy też od tego, czy grad tomahawków nad asadowską bazą to jednorazowa akcja czy może będzie ich więcej.

Po tragedii w petersburskim metrze

4 kwietnia. W wagonie petersburskiego metra w środku dnia doszło do wybuchu bomby. Zginęło 14 osób, 49 odniosło rany. Za wcześnie, by mówić, kto był sprawcą tego koszmarnego aktu terroru. Daleka od stabilności sytuacja w Rosji teraz może zdestabilizować się jeszcze bardziej. Na rok przed wyborami prezydenckimi władze potrzebują spokoju, by przeprowadzić bez zbędnego ryzyka reelekcję Putina. Można się spodziewać, że będą przykręcać śrubę, by uzyskać maksimum kontroli nad społeczeństwem. Czy to się powiedzie?

3 kwietnia w swoim rodzinnym mieście gościł prezydent Władimir Putin, spotykał się w przyjacielskiej atmosferze z prezydentem Białorusi. Wiadomość o bombie w metrze nie przerwała rosyjsko-białoruskich negocjacji. Dopiero wieczorem Władimir Władimirowicz przybył na stację metra, w pobliżu której doszło do wybuchu, aby złożyć wiązankę kwiatów.

Bomba wybuchła około godz. 14.30 w wagonie metra, który dojeżdżał do stacji Instytut Technologiczny od strony stacji Plac Sienny. Maszynista, który prowadził pociąg, opowiada, że usłyszał dziwny odgłos, zauważył dym, w jego kabinie odezwały się sygnały niebezpieczeństwa przekazywane z wagonów; zgodnie z instrukcją doprowadził jednak pociąg do stacji. Komitet Śledczy wszczął dochodzenie z artykułu 205 kk „zamach terrorystyczny”. Jako podejrzanego wskazano młodego człowieka pochodzącego z Kirgizji, który niedawno otrzymał obywatelstwo rosyjskie. Gazety piszą, że zamachowiec samobójca najprawdopodobniej był związany z radykalnym islamizmem. Bombę wniósł w plecaku. Komitet Antyterrorystyczny ogłosił, że na stacji Plac Powstania znaleziono i unieszkodliwiono drugi ładunek wybuchowy, o sile znacznie większej niż zdetonowany przy stacji Instytut Technologiczny. Kto go podłożył? Nie wiadomo. Pytania, mnóstwo pytań.

W setkach komentarzy do kolejnych, zmieniających się wersji wydarzeń, podawanych przez oficjalne czynniki (w mediach, przede wszystkim w szybkich mediach społecznościowych, panował nieopisany chaos) powtarza się motyw nieufności. Ludzie są przerażeni, nie wierzą w zapewnienia władz, że wszystko jest w porządku. „Nie wydaje mi się, że oni [władze] mogą nas obronić, oni dbają tylko o swoje bezpieczeństwo. […] To, że Federalna Służba Bezpieczeństwa jest do niczego, wiemy doskonale, podejrzewamy od dawna, że jej działalność polega na pracy przeciwko społeczeństwu. […] Teraz też FSB zajmowała się od tygodnia ganianiem uczniów, którzy protestowali na ulicach przeciwko korupcji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), a tymczasem terroryści hulali sobie po metrze bez przeszkód”. Siergiej Miedwiediew w emocjonalnym tekście na FB napisał: „W Rosji mamy dziś dwie tragedie. Jedna – ludzka tragedia pasażerów metra i ich bliskich, moje serce pęka z bólu za rodzinne miasto. I druga tragedia – systemowa tragedia totalnego braku zaufania do władz. Niezależnie od tego, jaka wersję przedstawią […], nikt im już nie uwierzy. Władza ugrzęzła w kłamstwie i hybrydowości, krwawy cień pada na nią i już nie uda jej się zmyć piętna kłamcy”. Wiele osób pisało w komentarzach: „Przypomina mi się 1999 rok, kiedy w Moskwie i innych miastach wybuchały domy mieszkalne, a Putin szedł do władzy”.

Natomiast etatowi komentatorzy prokremlowscy, zawsze gotowi przedstawić w telewizji każdą tezę korzystną dla władz, powtarzali wczoraj, że akcje antykorupcyjne i zamach w metrze mogą być ze sobą powiązane. Jak? No, wiadomo – i tu wrogowie, i tu wrogowie: „opozycji chodzi tylko o to, żeby rozbujać łódkę” – to twierdzenie miało wystarczyć publiczności za całą argumentację. „Kremladź” (dziennikarze i eksperci obsługujący Kreml w mediach) podrzuciła jeszcze wątek ukraiński (zamachu mieliby dokonać ukraińscy sabotażyści, nasłani przez „kijowską juntę”) oraz wątek knowań Zachodu, który w ten sposób mści się rzekomo za to, że Putin nie chce się mu kłaniać. Nie trzyma się kupy? Nie szkodzi.

Reakcją władz na zamach w petersburskim metrze może być wprowadzenie kolejnych zaostrzonych przepisów, wzmacniających kontrolę służb nad społeczeństwem. „Rosyjskie władze niemal zawsze uzasadniają nowe zakazy i ograniczenia prowadzeniem walki z terroryzmem – pisze Andriej Piercew (Carnegie.ru). – Kolejne obostrzenia, a nawet interwencja w Syrii [która według zapewnień Putina miała zatrzymać potencjalnych terrorystów na dalekich rubieżach] miały służyć wzmocnieniu bezpieczeństwa Rosji. Mówili: W Europie, gdzie swobody i tolerancję postawiono na pierwszym planie, są zamachy. Czy wy chcecie tego samego? Nie? No to siedźcie cicho. Tak mniej więcej wyglądał dialog Kremla ze społeczeństwem. […] Walka z terroryzmem była dla rosyjskich władz bazą umowy społecznej”. To znaczy my, władza, zapewnimy wam bezpieczeństwo, ale wy, społeczeństwo, musicie zrezygnować z części swobód.

I tak to działało, choć kryzysy w tym układzie zdarzały się – przecież zaklęcia Putina nie uchroniły Rosji przed atakami terrorystycznymi. I za każdym razem stawiały pod znakiem zapytania twardą narrację Kremla o konieczności odebrania kolejnych swobód, aby krwawy zamach nigdy się nie powtórzył. Pole swobody zawężano więc stopniowo, a zamachy niestety się powtarzały.

Piercew: „Istnieje taka wersja, że zamach zepchnie na plan dalszy aktualny temat antykorupcyjnych demonstracji, a zatem z tego punktu widzenia jest korzystny dla władz. Za chwilę wybory prezydenckie, a tu taki temat, doskonale znany Putinowi [– zamachy i walka z terroryzmem]. Ale w rzeczywistości ten temat wcale nie jest dla Kremla korzystny: od siedemnastu lat prezydent troszczy się o bezpieczeństwo, odbiera swobody w imię bezpieczeństwa, można więc zadać pytanie: czy ta gra warta jest świeczki?; przecież nam wyjaśniano, że na Zachodzie zdarzają się zamachy, bo tam władze są słabe, czy to znaczy, że jeżeli zdarzają się i u nas, to nasze władze też takie są?”. Te pytania nasuwają się same, a jeszcze wiele innych, np. po co powoływać Gwardię Narodową, która ma stać na straży spokoju, skoro terroryści są w stanie przygotować zamach w mieście, które akurat odwiedza Putin?

Dla obozu władzy teraz najważniejsze jest uspokojenie rozkołysanych nastrojów i – w perspektywie najbliższego roku – zapewnienie Putinowi zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach. Tylko czy tym razem zadziałają stare metody i wezwania, aby w obliczu niebezpieczeństwa skonsolidować się wokół przywódcy?

W Petersburgu ogłoszono trzydniową żałobę, żałoby narodowej nie ogłoszono.

Prima Fejk Aprilis

1 kwietnia. W epoce postprawdy, w czasach puszczanych na co dzień w przestrzeń fejków, Prima Aprilis – święto dowcipów, zmyślonych newsów – wydaje się anachronizmem.

Produkcja memów, ogrywanie rysunkami i żartami słownymi tego, co się dzieje w polityce, jest codzienną praktyką. Całe sztaby trolli w pocie czoła realizują zadania polegające na wprowadzeniu w błąd strony przeciwnej. Wsadzanie na minę niedoświadczonych odbiorców jest ważnym komponentem toczącej się wojny informacyjnej. Zresztą w maliny dają się wpuszczać także profesjonalne media, co nie przyczynia się do wzrostu ich wiarygodności. I o to w tej wojence też chodzi.

Kopalnią żartobliwych komentarzy do wydarzeń na scenie politycznej jest Twitter, reagujący błyskawicznie na wszystko, co się dzieje. Weźmy choćby wczorajsze doniesienie o tym, że premier Dmitrij Miedwiediew złożył deklarację majątkową za rok 2016. Do pokazywania dochodów obliguje urzędników ustawa. Deklaracje zostaną opublikowane, po sprawdzeniu, dopiero za miesiąc. Ale na komentarze nikt nie będzie czekał aż miesiąc. Zaraz w TT pojawił się projekt nowego banknotu x-rublowego z portretem premiera zapatrzonego w świetlaną przyszłość, banknot zdobi słynny cytat „Pieniędzy nie ma, wy się trzymajcie”. I napis podsumowujący: „D*pa” (https://twitter.com/Durevestnik/status/847784297272684544). Informacja o złożeniu przez Miedwiediewa deklaracji o dochodach przyszła po tym, jak Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego opublikowała film o wspaniałych majętnościach Miedwiediewa i kilka dni po masowych demonstracjach antykorupcyjnych w wielu miastach Rosji.

A tak na marginesie – Twitter wpuszcza do przestrzeni medialnej także mnóstwo tzw. dezy, czyli dezinformacji. Czasem świadomej, czasem niezamierzonej. Wieczny Prima Aprilis.

Premier Miedwiediew od dawna jest ulubionym obiektem żarcików ogrywanych w mediach społecznościowych. Tak zilustrowano np. jego relację z Ramzanem Kadyrowem https://twitter.com/RollPoli/status/847726769218002945/photo/1 ; https://twitter.com/Lndcalling/status/847720986053038080/photo/1 , a tak wizytę tandemu Putin-Miedwiediew w Arktyce https://twitter.com/RollPoli/status/847220043016523776/photo/1https://twitter.com/OraclePigFuntik/status/847722883421847553/photo/1

Twitter żartobliwie skomentował też niedawną wizytę Marine Le Pen na Kremlu: zdjęcie ze spotkania Le Pen z Putinem opatrzono podpisem „Rozmowa kwalifikacyjna na prezydenta Francji” (https://twitter.com/ShadenFM/status/845291623638556672).

Ale są jeszcze na świecie dobre wiadomości, które nie wymagają komentarza. Agencja Interfax podała dziś, że Białoruś planuje na ten rok wyjątkowo obfity zbiór arbuzów. Jak tu się nie cieszyć?

Pokolenie P dorasta

27 marca. Pokolenie P to ludzie, którzy urodzili się, gdy do władzy w Rosji doszedł prezydent Władimir Putin. Mają dziś siedemnaście lat. Podczas wczorajszych demonstracji, jakie odbyły się w wielu miastach Rosji, młodzi i bardzo młodzi stanowili pokaźny odsetek. Czy to jakaś jasna zorza na ponurym niebie czekistowskiego putinizmu?

Protesty zorganizował Aleksiej Nawalny i jego Fundacja Walki z Korupcją. Akcja zaczęła się na początku marca od spektakularnego pokazu filmu o otrzymanych za rentę korupcyjną majętnościach premiera Dmitrija Miedwiediewa (pisałam o tym: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/). Dochodzenie w sprawie bogactw „Dimona”, jak familiarnie nazywają pana premiera internetowi prześmiewcy, Nawalny zaczął od prześledzenia, jakie zakupy przez Internet robi Dmitrij Anatoljewicz. Fundacja Nawalnego policzyła, ile kosztują najmodniejsze modele obuwia sportowego z kolorowymi podeszwami i sznurówkami, którymi szpanuje szef rosyjskiego rządu. Okazało się, że niemało. I tak od rzemyczka do koniczka, czyli rezydencji, pałaców, winnic, jachtów etc.

Film na kanale Youtube obejrzało kilkanaście milionów ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=qrwlk7_GF9g). Taka widownia w Internecie to jednak jest coś. Nie muszę dodawać, że przez ogólnokrajowe kanały państwowej telewizji materiał nie został wyemitowany . Władze już dawno nałożyły szczelny kaganiec na telewizję i wysokonakładowe tytuły prasowe, natomiast alternatywne nisze medialne pozostały na uboczu, owszem, prześwietlane, ale nie tak dokładnie. Tymczasem młode pokolenie telewizję niespecjalnie ogląda, natomiast na co dzień korzysta z Internetu. I to media społecznościowe okazały się drożnym kanałem komunikacji, przez który można dotrzeć z przekazem politycznym do dużego segmentu społeczeństwa. Nawalny wykorzystał ten kanał skutecznie, wylansował wielką akcję pod hasłem walki z korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Przekonał rzesze ludzi, że korupcja to zło, że przedstawiciele władzy podle i prymitywnie okradają społeczeństwo. Ludziom żyje się trudno. Ludzie się wkurzają.

I wczoraj przyszło w sumie kilkadziesiąt tysięcy w skali kraju. Z jednej strony to niewiele jak na wielką Rosję. Z drugiej strony jednak to wiele jak na akcję nielegalną (bez zezwolenia – większość municypalnych władz nie wyraziła zgody na marsze), w sytuacji, gdy wiele trzeba zaryzykować. I rzeczywiście – uczestników demonstracji w dużej liczbie zatrzymano (wielu – w bardzo brutalny sposób), następnie w trybie przyspieszonym skazano na kilkunasto-, kilkudniowe areszty administracyjne i grzywny.

Protesty zostały zignorowane przez propagandowe tuby Kremla, natomiast relacje z marszów znalazły się w centrum zainteresowania użytkowników mediów społecznościowych (przegląd materiałów można obejrzeć m.in. tu: http://www.svoboda.org/a/28391677.html).  Niektóre zdjęcia są fantastyczne. Na przykład to, na którym uchwycono moment, gdy grupa kilku byków z OMON-u podnosi do góry i taszczy młodą dziewczynę. Przez komentatorów fotka został uznana za najlepszy kadr z manifestacji, świetnie ilustrujący to, co się działo. W Internecie chodzi pod tytułem „Zuzanna i starcy”. Przewrotnie. Ale coś w tym jest.

Nawalny obiecał wszystkim zatrzymanym – w samej Moskwie ponad tysiąc osób – że zorganizuje dla nich pomoc prawną. Pomoc ta może okazać się potrzebna. Putin będzie z chłodną przyjemnością mścił się na tych, którzy zakłócili mu spokój. 26 marca minęła siedemnasta rocznica wyborów prezydenckich, które przyniosły Putinowi zwycięstwo. Posłuszne telewizje kładą społeczeństwu do głowy, że społeczeństwo kocha prezydenta i popiera jego genialną politykę. A tu całkiem spora grupa zakłóciła ten miły obrazek. Do zaplanowanych na marzec 2018 roku wyborów Putina pozostał rok, Kreml chciałby mieć spokój i gwarancję wysokiego zwycięstwa. Można zatem oczekiwać, że wszelkie próby destabilizacji i ograniczenia rozmiarów wygranej Putina będą przez Kreml hamowane wszelkimi sposobami. Zapewne zatrzymani uczestnicy wczorajszych protestów zostaną poddani restrykcjom, podobnie jak uczestnicy antyputinowskiej demonstracji na placu Błotnym w maju 2012 roku, gdy protestowano przeciwko kolejnej kadencji Putina. Wielu uczestników „błotnego” protestu skazano na wysokie wyroki.

Władza się władzy nie wyrzeknie. Nie wyrzeknie się też renty korupcyjnej, wszak to filar systemu.

Wielka pralnia Putina

21 marca. Główne tytuły prasowe Europy Zachodniej obszernie omawiają wielką aferę z praniem lewej kasy pochodzącej z Rosji. Według grupy dziennikarzy śledczych OCCRP (centrum, które brało udział m.in. w ujawnianiu Panama Papers), w ciągu trzech lat (2011-2014) zalegalizowano co najmniej 22 mld USD, pochodzących z Rosji. Schemat tej gigantycznej przepierki obejmował około siedmiuset banków w prawie stu państwach, nawet szacowne banki z Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii, które szczycą się przejrzystością swoich operacji. Pieniądze osiadły na kontach 5149 firm znajdujących się między innymi w jurysdykcji USA, RPA, a także Chin i Australii. Skala procederu jest porażająca.

Sprawa nie jest nowa. Pierwsze materiały ze śledztw dziennikarskich ukazały się w „Nowej Gazecie” w 2014 roku. Teraz dzięki międzynarodowej współpracy dziennikarskiej braci udało się udokumentować więcej podejrzanych transakcji, ustalić schematy transferów, wskazać banki, ścieżki, którymi chodziły zakazane pieniądze. No i sprawa nabrała rozgłosu dzięki publikacjom w czołowych gazetach Niemiec i Wielkiej Brytanii.

„Autorzy opracowania uważają, że ta największa operacja mająca na celu pranie brudnych pieniędzy w Europie Wschodniej odbywała się pod patronatem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Dziennikarze nazwali ją Laundromat. W latach 2011-2014 pieniądze wyprowadzano z Rosji pod pozorem wykonywania nielegalnych decyzji mołdawskich sądów” – twierdzi Radio Swoboda w materiale omawiającym aferę (http://www.svoboda.org/a/28380180.html). W schemacie brało udział dwadzieścia rosyjskich banków, w zarządzie jednego z nich, jak pisze „Nowaja Gazieta”, zasiadał stryjeczny brat prezydenta, Igor Putin.

Dlaczego to wyszło dopiero teraz? „Nowaja Gazieta” (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/03/20/71828-landromat-prodolzhenie) rozgryza zagadnienie: „We wrześniu 2014 roku z Moskwy do Kiszyniowa z ważną sekretną misją przybyło dwóch ludzi. Podczas kontroli paszportowej zdziwienie mołdawskich funkcjonariuszy służby granicznej mogło wywołać to, że ich paszporty zostały wydane tego samego dnia przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, i to w przeddzień ich przyjazdu do Mołdawii. Ale mołdawskie służby specjalne były uprzedzone o ich wizycie. Na gości z Moskwy oczekiwano i nawet wiązano z nimi pewne nadzieje. Młodzi mężczyźni (obaj byli niewiele po trzydziestce) nazywali się Aleksiej Szmatkow i Jewgienij Wołotowski. Obaj pracowali w zarządzie „K” Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który zajmuje się kontrwywiadem w sferze kredytowo-finansowej. Szmatkow i Wołotowski mieli reprezentować FSB na wspólnej naradzie z mołdawskimi kolegami, podczas której służba rosyjska i służba mołdawska miały osiągnąć porozumienie o wspólnym śledztwie w sprawie jednej z afer z praniem pieniędzy na podstawie orzeczeń mołdawskich sędziów. Oficerom FSB podczas pobytu w Mołdawii towarzyszył człowiek z rosyjskiej ambasady. Po dwóch dniach Wołotowski i Szmatkow powrócili do Moskwy. Od tamtej pory, jak twierdzą mołdawskie władze, rosyjskie służby specjalne zaczęły utrudniać śledztwo, a mołdawscy politycy, którzy odwiedzali Moskwę, poddawani byli presji”.

Jednak sprawie, jak widać, nie udało się ukręcić łba. W 2014 roku, kiedy rosyjscy dziennikarze z „Nowej Gaziety” opublikowali pierwsze wyniki swojego śledztwa, sprawa nie przyciągnęła takiej uwagi światowych mediów. Wtedy na topie były inne tematy. Ale teraz afera z przepuszczaniem brudnych rosyjskich pieniędzy przez banki współgra z innymi aferami: poczynaniami rosyjskich hackerów rozkminiających amerykańskie wybory, wyjawianiem ludzi w Białym Domu i okolicach, opłacanych przez Kreml i jego przybudówki, finansowaniem przez Putina różnych partii i polityków w Europie.

Krytyk Putina, Igor Ejdman pisze: „Pochodzące z przestępstwa pieniądze to główny oręż tajnej wojny, którą Putin toczy przeciwko demokracji. Tych pieniędzy używa się w kupowaniu zachodnich elit, finansowaniu propagandy, manipulacji opinią publiczną, dla poparcia destrukcyjnych sił politycznych, organizowania ataków hackerskich, zbierania materiałów kompromitujących i szantażu wpływowych osób. Celem jest wzrost wpływów Putina w świecie, rozłam w UE i NATO, zniweczenie sojuszu Europy i USA, destabilizacja sytuacji w demokratycznych państwach. Teraz do najbardziej aktualnych tematów należą rozkręcanie histerii wokół napływu uchodźców do UE i rozdmuchiwanie nowego konfliktu na Bałkanach.  […] Niedawno podczas przesłuchań w amerykańskim Kongresie padło sformułowanie: środki kontrolowane przez Kreml są tak wielkie, że próba ich zamrożenia doprowadzi do „prawnego koszmaru”. Realne sankcje przeciwko putinowskiej elicie spowodowałyby nie tylko zawirowanie w sferze prawnej. Uderzyłyby też w interesy wielu zachodnich biznesmenów […]. I to na Zachodzie budzi trwogę. Ta sytuacja przypomina rozrastanie się nowotworu. Guz (putinowska korupcja) jest tak ogromny, że nie można go usunąć bez uszczerbku dla zdrowych części organizmu. Chory (Zachód) boi się tego i dlatego nie chce operacji. Ale jeśli interwencję chirurgiczną odkładać bez końca, to guz rozrośnie się jeszcze bardziej i chory po prostu umrze. Putinowskie brudne pieniądze dały już przerzuty – nie tylko w gospodarce, ale także w życiu politycznym wielu krajów. Jeżeli nie przeprowadzi się bolesnej operacji oczyszczenia od tych toksycznych wyziewów, to one zniszczą współczesne demokratyczne społeczeństwo. Zagrożeniem jest nie tylko nielegalne pranie brudnych pieniędzy, ale każde „legalne” przeniknięcie rosyjskich przestępczych kapitałów do krwiobiegu gospodarki światowej. Jedynym sposobem postawienia tamy temu procederowi jest wprowadzenie totalnych sankcji przeciwko całej putinowskiej skorumpowanej elicie. Tylko to powstrzyma pełzającą polityczną ekspansję Kremla”.

Jak wynika z dziennikarskiego śledztwa, w schemacie Laundromatu umoczyły się zacne szyldy z dziedziny bankowości. Wśród banków, które obsłużyły blisko 70 tysięcy podejrzanych transakcji w schemacie Laundromatu, wymienia się takie tuzy jak Deutsche Bank, HSBC, Royal Bank of Scotland i wiele innych. Usłużne, na pewno zapewniające klientów o dyskrecji. Śledztwo pokazało to, co udało się wychwycić i udowodnić. A to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.

Czy ktoś pisał do pułkownika?

14 marca. Zbliża się trzecia rocznica aneksji Krymu. Wiele z wydarzeń tamtych gorących, pełnych napięcia dni zatarło się już w ludzkiej pamięci. Nastąpiło też jakiś czas temu ustalenie kanonicznej wersji, przedstawionej przez prezydenta Putina. Wersja ta za jakiś czas zapewne będzie częścią hagiografii Umiłowanego Przywódcy i stanie się rozdziałem „krótkiego kursu historii Putinowskiej Rosji” przeznaczonym do studiowania w szkołach wyższych i niższych.

Jednak na razie ciągle coś układa się w tej narracji wspak, inaczej, niż chcą mielić młyny rosyjskiej propagandy. Ostatnio takim niepokornym epizodem jest list Janukowycza do Putina, w którym ukraiński zbieg prosi o wprowadzenie na Ukrainę rosyjskich wojsk.

Ukraińskie media przypomniały i opublikowały zdjęcia listu eksprezydenta Wiktora Janukowycza do rosyjskiego prezydenta Putina z marca 2014 roku, w którym prosi on o przysłanie na Ukrainę rosyjskiej armii. „Jako legalnie wybrany prezydent Ukrainy oświadczam – pisze Janukowycz – że wydarzenia na Majdanie, bezprawne przechwycenie władzy w Kijowie, doprowadziły do tego, że Ukraina znalazła się na progu wojny domowej. […] Pod wpływem Zachodu dochodzi do otwartego terroru i przemocy […] W związku z tym zwracam się do prezydenta Putina z prośbą o wykorzystanie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej w celu przywrócenia praworządności, pokoju, stabilności i dla obrony ludności na Ukrainie”. Podpis. (http://korrespondent.net/ukraine/3802667-smy-pokazaly-pysmo-yanukovycha-k-putynu-o-voiskakh).

To pismo, które na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych 4 marca 2014 roku zaprezentował ambasador Witalij Czurkin (zdjęcie z tego wydarzenia można obejrzeć choćby na stronach BBC: http://www.bbc.com/russian/international/2014/03/140303_ukraine_russia_standoff_threats). Jest też dostępna depesza RIA Nowosti (https://ria.ru/politics/20140304/997988750.html). List miał posłużyć jako uzasadnienie prawa Rosji do wtrącania się w sprawy Ukrainy. O liście wspominał też Władimir Putin w wywiadzie dla telewizji RT: „Mamy bezpośrednią prośbę od legalnie wybranego prezydenta Ukrainy o wprowadzenie wojsk w celu obrony życia ludności”. A więc wtedy – trzy lata temu – i Janukowycz, i Putin, i Czurkin twierdzili, że list jest.

Tymczasem Janukowycz pod koniec lutego tego roku wystąpił przed dziennikarzami i oświadczył, że nie prosił Putina i żadnego listu nie było. „To nie list (письмо), a oświadczenie (заявление). To po pierwsze. A po drugie, jest prawo. Ja nie zdradziłem mego narodu, próbowałem mój naród ochronić, powstrzymać bandy, które zabijają ludzi w Donbasie, taki był mój cel”.

Na Ukrainie toczy się postępowanie przeciwko Janukowyczowi, w którym badane są okoliczności i zbierane świadectwa zdrady stanu. Według prokuratora generalnego Ukrainy Jurija Łucenki, „mechanizm wprowadzenia wojsk [rosyjskich] na terytorium Ukrainy został uruchomiony przez Kreml w grudniu [2013 roku], kiedy Majdan stał jeszcze w centrum Kijowa. W czasie wizyty Surkowa [Władisław Surkow – wysoko postawiony urzędnik Kremla, odpowiedzialny za operację „Krym i Ukraina”, pomysłodawca „rosyjskiej wiosny”] w grudniu już mówiło się o ewentualnej interwencji zbrojnej”.

Tłumaczenie Janukowycza, że to nie był list, tylko oświadczenie, byłoby komiczne, gdyby nie było tragiczne.

Wypieranie się istnienia pisma z prośbą o interwencję militarną wiąże się z niechęcią do ponoszenia odpowiedzialności za zbrodnie – twierdzi ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Wtedy, w 2014 roku, pismo było elementem propagandy, skierowanej do Rosjan, którzy mieli nabrać przekonania, że Ukrainę trzeba ratować z łap banderowców, którzy zasiedli na wysokich stolcach w Kijowie. „A teraz następuje chwila prawdy i oto okazuje się, że Janukowycz nie miał żadnych podstaw, aby zwracać się do obcego państwa o pomoc militarną. Taki list nie może być prawnym uzasadnieniem interwencji. Więc teraz Rosja i Janukowycz wybrały drugą taktykę: żadnego listu nie było”.

Ta sprawa jest ciekawa z jeszcze jednego względu: podobne uzasadnienie militarnego wmieszania się w konflikt Putin zastosował względem Syrii. Opowiadał z zawodowo nieprzeniknionym obliczem, że – w przeciwieństwie do skleconej przez Amerykanów koalicji – Rosja ma pełne prawo do wojskowej obecności w Syrii, gdyż została o to poproszona przez legalnie wybranego prezydenta kraju, Baszara Asada.

I jest jeszcze jedna okoliczność, która doskonale pasuje do mnóstwa teorii spiskowych, jakie towarzyszą licznym poczynaniom ekipy rządzącej Rosją. Witalij Czurkin, który w 2014 roku pokazał światu list Janukowycza, 20 lutego tego roku zmarł nagle w Waszyngtonie. Przyczyn jego śmierci oficjalnie nie podano. Nieoficjalnie w przeciekach mówiono o ataku serca. Miał 65 lat.