Archiwa autora: annalabuszewska

Losy

31 października. O wyczynie haniebnym Pawlika Morozowa, który doniósł na rodziców z pobudek ideowych, wiedzą wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią Rosji XX wieku. Ale to nie był jedyny rodzinny dramat w ZSRR, który dokonał się na skutek totalitarnego przenicowania serc i mózgów i pchał ludzi do popełniania niegodziwości wobec najbliższych. Z okazji wczorajszego Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych „Nowaja Gazieta” opisała kuriozalną historię Darii i Lubowi Rubcowych – matki i córki, związanych splątaną czerwoną wstęgą uwielbienia dla zbrodniczego reżimu i przeciwstawienia się jego krwawym zamiarom (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/10/27/74349-a-esli-vy-obo-vsem-etom-znaete-to-vas-samogo-nado-rasstrelyat). Wstrząsające, posłuchajcie tej opowieści.

To brzmi wręcz niewiarygodnie, ale to się wydarzyło naprawdę. W dalekim od metropolii mieście Kańsku na Jenisiejem mieszkała rodzina Rubcowów. Piętnastoletnia córka Lubow, zdrobniale nazywana Lubą, chodzi do siódmej klasy, udziela się w teatrzyku amatorskim, pisze wiersze. Pewnego dnia matka Daria podczas porządków znajduje wciśniętą pod materac paczkę napisanych ręcznie ulotek o treści kontrrewolucyjnej. Daria będąc zagorzałą bolszewiczką, natychmiast leci ze znaleziskiem do NKWD. Kilka dni później Lubę aresztowano pod zarzutem tworzenia organizacji faszystowskiej i oczerniania kierownictwa pierwszego w świecie państwa proletariatu. Śledczy postawili jej zarzuty o zorganizowanie trzyosobowej grupy, Zjednoczony Komitet Zwolenników Lenina, stawiającej sobie za cel obalenie najlepszego ustroju świata. Troje siódmoklasistów było poruszonych aresztowaniami ich nauczycieli i w ten sposób chciało zareagować na dziejącą się na ich oczach niesprawiedliwość. Domagali się czystości życia partyjnego i społecznego wedle zasad leninowskich.

Groźni wrogowie ludu mieli po 14 i 15 lat, ale zostali potraktowani przez najbardziej humanitarny sąd na świecie jak dorośli i skazani na realne wysokie wyroki.

Na wolność Luba wyjdzie osiemnaście lat później, w 1955 roku. Z łagru zostanie skierowana na przymusowe osiedlenie do kolonii. Tam ciężko zachoruje. Matka zawnioskuje o „przekazanie jej pod opiekę rodziny”, poręczy za nią jako członek partii. Na wniosku decydent napisze straszne słowo „Odmowa”. Wolność przyjdzie do Luby dopiero w czasie poststalinowskiej odwilży. Lubow Rubcowa zostanie zrehabilitowana.

Po uwolnieniu Lubow przyjedzie do Kańska. I zamieszka z matką. Lubow Rubcowa umrze w 1966 roku w wieku zaledwie 44 lat w Krasnojarsku, gdzie spędza ostatnie lata życia, pomieszkując kątem w wydawnictwie, które zdecydowało się wydać trzy tomiki jej poezji.

Matka Luby, Daria Rubcowa zostanie dyrektorem bazy Masłoprom w Kańsku, umrze w 1990 roku w podeszłym wieku. Do końca życia nie przyzna się, że swoim donosem na córkę popełniła błąd. Nie, partia nigdy się nie myli. Jedyny zarzut wobec władz Darii Rubcowej był taki, że Luba nie powinna dostać aż tak wysokiego wyroku. Aby ją sprowadzić na właściwą drogę, wystarczyłaby, zdaniem kochającej matki, krótsza odsiadka.

Jak wynika z badań przedstawionych przez Anatolija Safonowa, pod koniec lat osiemdziesiątych „podjęto decyzję, aby w trybie pilnym rehabilitować tych, którzy zostali w epoce wielkiego terroru skazani przez tzw. dwójki, trójki i trybunały. W samym Krasnojarsku mieliśmy kilkadziesiąt tysięcy takich spraw. […] Przejrzeliśmy akta. I zobaczyliśmy, jak to wszystko jest powiązane: czyjaś podłość i czyjeś czyny chwalebne. Oto przypadek jak wiele: żona chce, aby mąż nie chodził na boki, a więc pisze zgrabny donos do odpowiednich czynników z prośbą, aby go uświadomić, wychować. Dwie strony dalej znajdujemy wyrok, najwyższy wymiar kary, wyrok wykonano. Świetna metoda wychowawcza. Ta kobieta do tej pory żyje. Dzieci nie mają pojęcia, że to ona napisała donos na ich ojca. Piszą do nas: proszę nam powiedzieć, kto wydał ojca, matka wychowała nas sama, to święta kobieta, proszę nam powiedzieć prawdę, bo ona płacze. Co ja mam im odpowiedzieć? […] Ile było donosów? Cztery miliony? Mniej? Więcej? Niepodobna sprawdzić. Archiwa uchylone w latach dziewięćdziesiątych, znowu zostały na głucho zamknięte. […] Propaganda stalinowska wykorzystywała mit o powszechnym pisaniu donosów, aby spętać całe społeczeństwo udziałem w zbrodniach, w ten sposób wszyscy są umoczeni – wszyscy ci, którzy publicznie odżegnywali się od członków swoich rodzin, którzy akceptowali egzekucje”.

Ten sam mechanizm, zauważa autor materiału „Nowej Gaziety” Aleksiej Tarasow – choć skala jest zgoła inna – eksploatowany jest i przez obecne władze, które klajstrują usta członkom rodzin żołnierzy, ginących w brudnych putinowskich wojnach na Donbasie i w Syrii. Rodziny milczą zastraszone lub przekupione rekompensatą pieniężną.

Władza po dziś dzień nie chce ujawnienia prawdy, podania do publicznej wiadomości nazwisk oprawców stalinowskich. Dlatego Memoriał, który zajmuje się przywracaniem pamięci o ofiarach, ma ciągle problemy. Jurij Dmitrijew, szef regionalnego oddziału Memoriału w Karelii, który organizował ekspedycje do miejsc kaźni, odtwarzał losy rozstrzelanych w latach wielkiego terroru, został aresztowany wiele miesięcy temu pod zarzutem przygotowania pornografii dziecięcej. Aresztowano go na podstawie donosu.

Wczoraj prezydent Putin złożył wieniec i otworzył w Moskwie na prospekcie Sacharowa memoriał Ściana Bólu, poświęcony pamięci ofiar represji. Arkadij Dubnow zauważył w komentarzu: „odsłonięcie państwowego pomnika więźniów politycznych w kraju, gdzie ponownie wsadzają do więzień za politykę, to wstyd! [A trzeba jeszcze zwrócić uwagę] na hybrydową przyczynę tego wydarzenia. A mianowicie przedwyborczy kontekst. Putin w kolejnej kadencji ma wyglądać jak mąż sprawiedliwy w pokorze niosący narodowi zgodę”.

Niezdrowe tłuszcze sankcyjne

28 października. Zwykle pod koniec roku rozpisuje się konkursy na „coś tam roku”. W rosyjskim konkursie na słowo roku powinno wygrać słowo „sankcje”, a jeszcze lepiej całe wyrażenie „sankcje nam nie szkodzą”.  Nie ma dnia, aby słowo „sankcje” nie pojawiło się w licznych formach w doniesieniach rosyjskich agencji, wypowiedziach polityków, artykułach prasowych, serwisach radiowych, wiadomościach telewizyjnych, programach publicystycznych i tak dalej. Akcent propagandowy położony jest na wykazanie, że te sankcje to Zachód może sobie włożyć między bajki, bo one Rosji szkody nie wyrządziły, za to dla Zachodu stanowią bez mała śmiertelne zagrożenie. Zaraz w drugim zdaniu pojawia się przeczące powyższemu wywodowi wezwanie, aby sankcje znieść co prędzej, bo one nie są fajne i trudno z nimi żyć. Tymczasem w procesie wprowadzania sankcji wobec Rosji na razie końca nie widać.

Departament Stanu USA właśnie opublikował listę rosyjskich firm, z którymi nie należy współpracować. Wśród trzydziestu kilku podmiotów znalazły się głównie koncerny produkujące broń i sprzęt wojskowy, a ponadto Federalna Służba Bezpieczeństwa, wywiad cywilny i wojskowy. Sankcje to rezultat podpisanej przez prezydenta Trumpa w sierpniu ustawy o wprowadzeniu dodatkowych sankcji wobec Rosji (a także Iranu i Korei Północnej). Listę ma zatwierdzić Kongres, dopiero wtedy nabierze ona mocy urzędowej. Większość firm wymienionych w spisie już jest objęta sankcjami USA i UE, ale część znalazła się w tym miłym towarzystwie po raz pierwszy.

BBC w obszernym materiale, poświęconym sankcjom, na pytanie: Czy sankcje można obejść?, odpowiada twierdząco. Zdaniem cytowanych przez to źródło ekonomistów, sankcje nie będą miały natychmiastowego, gwałtownego i decydującego wpływu na rosyjską gospodarkę, niemniej przyczynią się do dalszego pogłębiania niekorzystnych zjawisk, takich jak spowolnienie. „Inwestorzy będą ostrożniejsi, co na pewno doprowadzi do zmniejszenia poziomu inwestycji w Rosji. Analitycy S&P policzyli, że sankcje nie spowodują pogorszenia perspektyw rosyjskiej gospodarki, bo są one i tak ogólnie słabe”.

Kreml ustami sekretarza prasowego prezydenta wyraził dyżurne zaniepokojenie, a przebywający właśnie w Ameryce minister przemysłu i handlu zapewnił, że rosyjska gospodarka już dawno adoptowała się do warunków sankcyjnych. Jednym słowem – władze Rosji płyty nie zmieniają i w jednej zwrotce zarówno śpiewają o pożytkach z sankcji dla rosyjskiej gospodarki, jak i dołączają prośbę o ich zniesienie, bo one szkodzą, że strach. Ale jednocześnie natychmiast podpisują też prolongację zakazu wwozu do Rosji szeregu produktów żywnościowych z UE. I też rozszerzają listę sankcyjną. Teraz już na terytorium Federacji Rosyjskiej nie wjadą europejskie i amerykańskie żywe świnie, konie, muły, osły, owce i kozy. Zakazano także przywozu tłuszczu z tych zwierząt. Taka to symetria. Drżyjcie osły i kozy.

Abstrahując od losów zwierzęcych tłuszczów, na linii Moskwa-Waszyngton i bez tej niezdrowej produkcji jest dość powodów do kwasu. W USA nadal toczy się Russiagate – prokurator Robert Mueller przedstawił dowody obciążające kilka osób z otoczenia Trumpa o sprzyjanie wpływom Rosji, a specjalnie utworzona ława przysięgłych właśnie je przyjęła. Szczegółów jeszcze nie znamy, są utajnione.

Fosfaty, bazy i propaganda

22 października. Minister obrony Siergiej Szojgu podczas niedawnej wizyty w Izraelu wspomniał, że „operacja wojsk rosyjskich w Syrii dobiega końca”. Pod koniec września po rozmowach w Ankarze z prezydentem Turcji Erdoganem Putin mówił, że „powstały warunki do zakończenia wojny w Syrii”. Potem w jednym z wystąpień zachęcał społeczność międzynarodową, by „zastanowiła się nad tym, jak pomóc Syrii po wojnie”. Podstawą tego zastanawiania się miałyby być rozwiązania wypracowywane pod egidą Rosji w Astanie (ugrupowania popierające Asada, część syryjskiej opozycji i gwaranci porozumień o strefach deeskalacji: Iran, Turcja, Rosja).

W ramach przygotowań do nowego etapu niedawno w Soczi odbyło się spotkanie syryjskich (asadowskich) i rosyjskich dyplomatów i urzędników. Rosyjscy specjaliści od kolejnictwa już zaczęli zaklepywać sobie kontrakty. Planowane jest m.in. odbudowanie połączenia kolejowego między złożami fosfatów we wschodniej części Syrii a wybrzeżem. Syryjczycy zaproponowali, by połączyć Tartus (port, w którym znajduje się rosyjska baza) przez Homs z kopalniami fosfatów. Dlaczego akurat fosfaty? Może dlatego, że kilka miesięcy temu rosyjska firma Strojtransgaz Logistica zawarła kontrakt na przygotowanie do eksploatacji złóż fosfatów położonych niedaleko Palmyry. To spółka córka Strojtransgazu, którego udziałowcem jest bliski przyjaciel Putina, Giennadij Timczenko. Zdaniem ekspertów 290-kilometrowa trasa kolejowa może kosztować do 2,3 mld dolarów. Na razie to wstępne porozumienia, bez konkretów. Niemniej rozmowy o obecności wojskowej i biznesowej Rosji w Syrii toczą się.

A obecności militarnej – mimo zapowiedzi ministra o zakończeniu niebawem operacji wojskowej w Syrii – Rosja nie zamierza zwijać. Zresztą, nie określono, jak daleko jeszcze do tego „niebawem”. Szef komisji ds. obrony Dumy Państwowej, niegdyś ważny generał Władimir Szamonow wyraził przekonanie, że do końca roku rosyjskie siły na pewno pozostaną w Syrii. Poza tym nawet po zakończeniu działań zbrojnych w Syrii pozostanie rosyjska baza wojskowa (Chmejmim) wraz z samolotami. Rosja planuje też pozostanie w porcie Tartus i modernizację tego obiektu.

Rosyjska machina propagandowa jednoznacznie pokazuje Syrię jako zwycięski pochód Rosji – pogromcy światowego terroryzmu. Rosyjscy politycy z wyższością mówią: „nasi partnerzy” współodpowiedzialni za sytuację w Syrii są nieodpowiedzialni. No, może da się rozmawiać jedynie z Iranem i Turcją, a i to nie zawsze i nie o wszystkim. USA są wskazywane jako źródło zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa. Gdy niedawno zginął w Syrii rosyjski generał, Rosja sugerowała, że winę za to ponoszą Stany Zjednoczone. Rosyjski MSZ oskarża też stronę amerykańską o „czynienie przeszkód w dostarczaniu do Syrii pomocy humanitarnej”.

Teraz przez rosyjską propagandę mocno lansowana jest teza o bliskiej godzinie zwycięstwa i nastania pokoju pod wspaniałymi i w pełni legalnymi rządami Baszara Asada. Choć sytuacja jest od uregulowania daleka – eksperci mówią np. o możliwości rozpalenia się nowego konfliktu w związku z nierozwiązaną kwestią kurdyjską. Rosyjscy telewidzowie niemal codziennie mają okazję obejrzeć migawki z ataków powietrznych na cele w Syrii, opatrywane emfatycznymi komentarzami o sukcesach w likwidacji terrorystów z Państwa Islamskiego. Jak pokazuje ostatnie badanie opinii z września br., połowa Rosjan chciałaby jednak zakończenia operacji, za kontynuacją jest 30%. Ciekawe jest to, że aż 56% badanych powiedziało, że nie śledzi, co się dzieje w Syrii, 26% w ogóle nie ma o tym pojęcia (Centrum Lewady https://www.levada.ru/2017/09/05/srednij-telezritel-protiv-uchastiya-rf-v-vojne/).

Ekstaza Sznura i kandydat na prezydenta

18 października. Blisko, coraz bliżej 18 marca 2018 roku. Na ten dzień wyznaczono wybory prezydenta Putina Władimira Władimirowicza, ur. 1952. Sam najważniejszy kandydat jeszcze zwleka z jednoznaczną deklaracją zamiaru wystartowania. Pytany o to wprost, skromnie się uśmiecha i mówi, że jeszcze nie zdecydował, jeszcze nie wie, powie w ostatniej chwili. Zza kremlowskich kulis sączą się czasem mętne enuncjacje, świadczące o zmaganiach koterii, nierozstrzygniętym konkursie pomysłów na hasło wyborcze i kształt kolejnej kadencji najważniejszego kandydata.

Trwa też festiwal kandydatur na kontrkandydata dla najważniejszego kandydata. O prawo do udziału w wyborach walczy najważniejsza, najbardziej wyrazista persona rosyjskiej opozycji pozasystemowej, Aleksiej Nawalny. Organizuje na prowincji sztaby wyborcze, jeździ po Rosji, agituje. Przed niedawnymi demonstracjami 7 października (w urodziny Putina), których głównym hasłem były uczciwe wybory, prewencyjnie został zapuszkowany do aresztu na trzydzieści dni. Protesty mimo braku lidera jednak się odbyły, choć nie osiągnęły takiego zasięgu jak te z marca tego roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/). W Moskwie manifestacje miały przebieg spokojny – marsz przeszedł główną arterią miasta aż w pobliże Kremla, uczestniczyła głównie młodzież. W Petersburgu natomiast doszło do szarpaniny demonstrantów z policją, brutalnych zatrzymań. Nawalny nie ma dostępu do telewizji, wykorzystuje głównie media społecznościowe i agitację uliczną, aby wypowiedzieć swoją prawdę i dotrzeć do świadomości ewentualnych wyborców. Władze wstawiają mu ciągle kij w szprychy, nękają jego samego i jego zwolenników zaangażowanych w akcje antykorupcyjne. Na Nawalnym ciąży wyrok w sfingowanym procesie o malwersacje finansowe. To wystarczający pretekst, by pozbawić go biernego prawa wyborczego. I z ostatnich przecieków z Kremla wynika, że decyzja co do dopuszczenia Nawalnego do startu, zapadła: Niet! Czy to ostateczna decyzja, czy tylko kolejny balon próbny wypuszczony przez inżynierów dusz, którzy głowią się nad scenariuszem najważniejszego spektaklu? Nie ma jasności w temacie Marioli.

Ale jeżeli nie Nawalny, to kto? Putin w swoich wyborach jednak nie może wystartować sam jeden, musi mieć tło, na tej fasadzie trzeba kogoś jeszcze umieścić. Wiecznie startujący kontrkandydaci – komunista Ziuganow czy coraz bardziej odklejony Żyrinowski – to najwidoczniej za mało, by nabrać wiatru w żagle na kolejną kadencję i włożyć legitymację władzy w sztywne okładki.

W ostatnich dniach w Moskwie huczało od plotek, że Putin spotkał się sam na sam z Ksenią Anatoljewną Sobczak, córką Anatolija Sobczaka, mentora Putina z czasów petersburskich. Ksenia Anatoljewna od lat lansuje się w różnych formatach – jest niebanalną dziennikarką, prowadziła kontrowersyjne obyczajowo programy telewizyjne, robiła ciekawe wywiady prasowe, w antyputinowskich demonstracjach 2011-2012 podążała w pierwszych szeregach, kręciła z jednym z liderów partii opozycyjnej, została usadzona (podczas rewizji w jej mieszkaniu znaleziono pełne szuflady pieniędzy niewiadomego pochodzenia, najprawdopodobniej pochodzących ze zbiórki, forsę skonfiskowano, a podobno dopiero niedawno zwrócono), wyszła za mąż (ale nie za tego opozycyjnego lidera), urodziła dziecko, powróciła do życia publicznego. Celem spotkania Kseni z Putinem według jednej wersji był wywiad z „wujkiem Wową”, jak Ksenia Anatoljewna w dzieciństwie nazywała Putina, a według drugiej – omówienie propozycji Kremla, by zgłosiła swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich. Znana z telewizji, prężna, młoda i gotowa. Dziś zapowiedziała, że coś ważnego ogłosi w TV Dożd’. Czy to będzie deklaracja wyborcza? Zaraz się przekonamy.

Na pełen zestaw kandydatów nie czekał Siergiej Sznurow, „Sznur”, lider legendarnej grupy Leningrad. Już dziś opublikował klip swej najnowszej piosenki „Kandydat” (można go obejrzeć na Youtube: https://www.youtube.com/watch?time_continue=5&v=Q1J5lUKnD4I). A wczoraj na Instagramie zamieścił wierszyk, pełen firmowych wulgaryzmów, o tym, jakie to ciężkie życie ma Władimir Putin jako prezydent. Ani sobie na wódeczkę z kumplami nie wyskoczy, ani panienek nie wydzwoni, wszędzie wiszą kamery, które wszystko widzą, tylko polowanie i ryby, czasem Sieczin wpadnie, czasem Szojgu. I tyle ma z życia Putin. „Żal mi go” – filozoficznie podsumowuje enfante terrible rosyjskiej estrady (https://snob.ru/selected/entry/130260).

Moc cudownej wody

10 października. Dzisiaj w Moskwie w wieku 82 lat zmarł wielki sowiecki i rosyjski czarodziej Allan Czumak. Szczyt jego niebywałej popularności przypadł na czas pierestrojki i pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych. Związek Sowiecki się walił, ludzie poszukiwali drogowskazów, wielu znajdowało ukojenie skołatanych nerwów w bajaniach telewizyjnych parapsychologów. Słynne „odin, dwa, tri” Anatolija Kaszpirowskiego nie było jedyną modlitwą o powstrzymanie osypujących się ścian imperium i przywrócenie spokojnego rytmu zawiedzionych serc. Allan Czumak miał własny sposób: zapraszał do teleodbiorników tych, którzy cierpieli – na duszę, na serce, na nerki. Podczas seansów leczących jakoby choroby układu krążenia, rozstroje nerwowe, niedoczynność tarczycy, wzmacniających układ odpornościowy i zabliźniających rany wykonywał płynne ruchy rękami. Uzdrowiciel kreślił w powietrzu kółka, pętelki, linie proste i niezupełnie. W prawo, w lewo, w dół i w górę, po przekątnej, miękko i faliście. Seanse trwały kilka minut, w ciszy, Czumak kazał zamykać telewidzom oczy i zrelaksować się. Taki seans miał przynieść ulgę i wyleczenie.

Oglądać tego widowiska nie sposób bez serdecznego śmiechu od ucha do ucha (popatrzcie Państwo sami – zachowało się wiele nagrań, np.: https://www.youtube.com/watch?v=wLxccU81j2Y). Tymczasem te popisy zyskały Czumakowi szerokie rzesze wielbicieli, a właściwie wyznawców, którzy święcie wierzyli, że uzdrowiciel wysyła przez telewizor fale o właściwościach nadprzyrodzonych, ma władzę nad schorzeniami, z którymi lekarze nie są w stanie sobie poradzić. Seanse nadawano codziennie rano. Czumak wspominał, że w ciągu miesiąca do telewizji przyszło sześć milionów listów z podziękowaniami za wyleczenie z przewlekłych schorzeń, na które nie było lekarstwa.

Największą sławę Allan Czumak zyskał seansami „ładowania” wody. Instrukcja była prosta: trzeba było postawić pod telewizorem pojemnik z wodą. Czumak wykonywał przed kamerą sekwencję firmowych płynnych ruchów, a woda (a także kremy, maści i inne żele) po seansie nabierały niezwykłych cech, zyskiwały moc. Posiadacz „naładowanej” wody mógł tę moc wykorzystać wedle własnych potrzeb (gdybyście Państwo chcieli sobie „naładować” wodę, to służę uprzejmie: https://www.youtube.com/watch?v=sa-Pk7drX6A). Po przyjęciu ustawy ograniczającej działalność ludzi parających się nietradycyjną medycyną zniknął z ekranów, ale nadal robił niezły biznes na sprzedaży cudownej wody oraz płyt ze swoimi seansami (jedna płyta „działała” przez rok, kopiowanie niszczyło cudowne właściwości). Chętnych przyjmował też na indywidualne seanse. Pacjenci przybywali tłumnie.

Mówił, że słyszy w głowie głosy. Te głosy instruowały go, jak ma postępować, aby przynieść ludzkości wyzdrowienie. „Wierzyłem im od pierwszego słowa, od pierwszego dźwięku” – relacjonował. To, co głosy mu mówiły, skrupulatnie spisywał, tworząc przydatne konspekty seansów i innych ratujących ludzkość czynności. Na podstawie doświadczenia i tego, co przynosiły mu głosy napisał kilka książek.

Wobec takich zjawisk jak Czumak i wiary w możliwości uleczenia przez hochsztaplerów medycyna nadal jest bezsilna.

O dwóch takich, których nie ma

6 października. Upiorne oblicze wojny ukazało się w historii dwóch Rosjan – 38-letniego Romana Zabołotnego i 39-letniego Grigorija Curkanu. Pod koniec września przez media przetoczyła się wiadomość, że obaj dostali się do niewoli w Syrii, wpadli w ręce Państwa Islamskiego. Następnie w sieci opublikowano krótki filmik, przedstawiający jeńców – obszarpanych i pobitych. Jeden z nich mówi, kim są, gdzie się znajdują i w czyich rękach. Ministerstwo Obrony Rosji pospieszyło z zapewnieniem, że z jeńcami nie ma nic wspólnego, że nie są oni żołnierzami rosyjskiej armii. Rzeczniczka MSZ deklarowała, że jej resort sprawdza dane. A rzecznik Putina zdystansował się: Kreml nie może się zajmować takimi rzeczami, a poza tym – czy to wiarygodna wiadomość? Wczoraj deputowany Dumy oświadczył, że jeńcy najprawdopodobniej nie żyją. Państwo Islamskie na razie nie potwierdziło faktu egzekucji.

Zabołotny i Curkanu nie są oficjalnymi żołnierzami rosyjskiej armii na oficjalnym żołdzie, na oficjalnej liście kadr. Ale Rosja wojuje nie tylko oficjalnymi bagnetami. W kocioł wielu konfliktów rzuca najemników. O dwóch jeńcach wiadomo, że zaciągnęli się do tzw. grupy Wagnera. Prywatnej armii świadczącej usługi brudne i niewygodne. Na przykład na wschodzie Ukrainy. Albo w Syrii. Konotacje z Kremlem tej grupy stały się już dawno tajemnicą poliszynela (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/21/grupa-wagnera-na-kremlu/).

Zabołotny został wysłany do Syrii w maju br. po dwumiesięcznym szkoleniu w obozie treningowym grupy Wagnera w pobliżu Molkino w Kraju Krasnodarskim na południu Rosji. Curkanu był w Syrii (z przerwami) od września 2013 roku. W składzie bojowych grup Wagnera brali udział w walkach o Dajr az-Zaur. Tam też dostali się do niewoli. Opozycyjna „Nowaja Gazieta” zasugerowała, że szczególnie ostre walki o to miejsce związane są dążeniem do objęcia kontroli nad tamtejszymi polami roponośnymi. „Po wyzwoleniu tych terenów z rąk Państwa Islamskiego złoża przypadną rosyjskiej firmie EuroPolis. […] Firma w maju otworzyła biuro w Damaszku i rozpoczęła ożywioną działalność w Syrii, podpisała umowy z syryjskim rządem. Euro Polis to firma afiliowana ze znanym petersburskim biznesmenem Jewgienijem Prigożynem”.

Faktycznie Prigożyn to znana postać. Nazywany jest „ulubionym kucharzem Putina”. Panowie znają się z burzliwych czasów petersburskich. Putin lubi pono balować w jego lokalach gastronomicznych, Prigożyn z kolei obsługuje interesy władz, utrzymując „fabrykę trolli”. (O Prigożynie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/). Czy w Syrii ma obiecane kolejne konfitury? Bardzo ciekawe. Ale to temat na inną rozprawkę. Teraz wróćmy do losu „wagnerowców”. Zabołotny i Curkanu nie są jedynymi ofiarami wojny w Syrii z ramienia grupy Wagnera. W sierpniu br. petersburska Fontanka publikowała listę strat: http://www.fontanka.ru/2017/08/19/050/. W oficjalnych mediach rzecz jasna władze się z takimi wiadomościami nie afiszują. Wagner przywozi trumny z „ładunkiem 200” dyskretnie. Ale tym razem mamy do czynienia z wyjątkowym wypadkiem. Zabołotny i Curkanu zostali wzięci do niewoli, ich apel został opublikowany przez oprawców. Zwykle celem takich filmików jest poruszenie władz danego kraju, by móc otrzymać za to jakieś zyski polityczne lub wymusić haracz. Tak czy inaczej władze kraju, z którego pochodzą jeńcy, podejmują działania w celu ich uwolnienia, opinia publiczna woła o sprawiedliwość itd. „Ważne, że ludziom grozi śmierć, i jeśli mają oni choć cień szansy, by przeżyć, to mogą liczyć tylko na to, że rosyjskie władze podejmą akcję w celu ich uratowania. Choćby poprzez publiczne wypowiedzi oficjalnych czynników, tajną dyplomację, efektywne działania służb specjalnych. A skoro nie da się im pomóc, to wypadałoby choćby wyrazić współczucie wobec tych, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, są bici, zostaną straceni. Tym bardziej ciężko słuchać oświadczeń ministerstwa obrony Rosji, które jak zwykle nie poznaje swoich żołnierzy, nie ma o nich pojęcia” – napisał Ilja Milsztejn na opozycyjnym portalu Grani.ru. No, właśnie – ich-tam-niet (ich-tam-nie-ma). Psom wojny ci, którzy ich wysłali w bój, odmawiają praw ludzkich.

Jeden z komentatorów rosyjskiej sceny politycznej Arkadij Babczenko po skandalach z potajemnymi pogrzebami rosyjskich żołnierzy walczących na wschodzie Ukrainy, od których oficjalne władze Rosji tchórzliwie się odżegnywały, z sarkazmem przerobił głośny propagandowy slogan „Rosja swoich nie zostawia” na bliższe życiu „Rosja cię zawsze zostawi w potrzebie, synku”.

Sad Pamięci w Butowie

29 września. Butowo było w latach trzydziestych poligonem strzeleckim NKWD. W czasie Wielkiego Terroru stało się miejscem kaźni tysięcy ofiar stalinizmu. W latach 1937-1938 rozstrzelano tu 20 762 osoby. Ich nazwiska zostały wyryte na wielkiej kamiennej płycie w Sadzie Pamięci, jaki właśnie otwarto w kompleksie memorialnym Butowo.

Dziś Butowo to dzielnica Moskwy. Pod koniec lat trzydziestych było jeszcze poza obrębem miasta. Gdy masowe egzekucje przerwano tu w 1938 r., na terenie poligonu urządzono miejsce wypoczynku dla wyższych oficerów NKWD. Oprawcy wypoczywali dosłownie na kościach swoich ofiar.

W latach dziewięćdziesiątych, gdy ujawniono straszną historię tego miejsca po latach milczenia, zaczęto prowadzić prace archiwalne nad odtworzeniem listy ofiar. Miejsce to uznano za pomnik historii, co zapobiegło budowie na terenie poligonu nowych osiedli mieszkaniowych.

Na uroczystość otwarcia 27 września przyszedł tłum ludzi, wielu z nich poszukiwało wykutych w kamieniu nazwisk swoich bliskich. Dotykali je palcami, gdy odnaleźli. Imię, nazwisko, rok urodzenia.

Biskup Juwenaliusz poświęcił memoriał, uderzył w dzwon, w kazaniu podkreślił, że ofiary zostały unicestwione bezprawnie (skazywały ich w trybie przyspieszonym tzw. trójki NKWD).

Tablica z nazwiskami ofiar ma formę rowu, do którego zrzucano ciała rozstrzelanych. To robi niesamowite wrażenie.

„Ważne jest, by zrozumieć, jaką Rosję straciliśmy w tych ludziach” – powiedział dyrektor memoriału Igor Garkawy. Na poligonie Butowo rozstrzelano wojskowych, w tym carskich generałów, duchownych, lekarzy, pisarzy, aktorów, malarzy. Przedstawicieli sześćdziesięciu narodowości. Dzięki temu, że nazwiska ofiar zostały wyryte na ścianie memoriału, wydobyto tych ludzi z czeluści niepamięci, przywrócono brutalnie odebraną godność. Przestali być anonimową statystyczną jednostką w morzu wielkich liczb. Każde z tych nazwisk to oddzielny los, indywidualna tragedia, wielki ból, niepowetowana strata.

Otwarcie memoriału to znaczący krok w przywracaniu pamięci o ogromie zbrodni stalinizmu. Choć w tym samym momencie w rosyjskich miastach odsłaniane są też popiersia Stalina.

Tu można obejrzeć film z uroczystości w Butowie: https://www.svoboda.org/a/28762609.html

Selfie z przedramieniem

27 września. Trochę pili. Nawet więcej niż trochę. Pewnego dnia ze świeżo poznaną kobietą biesiadowali sobie przyjemnie na łonie natury. Najpierw było miło, a potem zaczęło im się dymić z łbów. Od słowa do słowa – wybuchła awantura. Dmitrij zabił nową znajomą. Ciało pociął. Część zabrał ze sobą, część pozostawił na miejscu zbrodni. Zrobił sobie kilka fotek telefonem komórkowym.

Trochę wypili. Nawet więcej niż trochę. Więc Dmitrij niedokładnie pamięta, co się działo. Zgubił komórkę. Jego żona Natalia też niewiele pamięta. Wrócili do pokoju w bursie należącej w przeszłości do miejscowej szkoły lotnictwa wojskowego, w której Natalia pracowała jako pielęgniarka (według innych danych – jako kucharka).

Zgubiony telefon znaleźli robotnicy pracujący nieopodal miejsca, gdzie odbyła się feralna biesiada. Nic nadzwyczajnego – stary samsung z pękniętym ekranem. Znalazca zajrzał do galerii zdjęć, mając nadzieję zobaczyć tam zdjęcia właściciela. Zobaczył. I natychmiast pobiegł na policję. Na fotkach mężczyzna w średnim wieku pozował z głową (według innej wersji – ze skalpem) i innymi częściami ciała kobiety. Policja momentalnie zidentyfikowała właściciela. Dmitrij Bakszejew, zatrzymany zaraz potem, tłumaczył, że fragmenty ciała znalazł w lesie i przyniósł do domu, gdzie zrobił sobie na pamiątkę zdjęcia. Natalia została zatrzymana za współudział. Nie stawiała oporu.

To nie scenariusz kolejnej części „Milczenia owiec”, tylko rekonstrukcja wydarzeń, jakie miały miejsce w ostatnich dniach w Krasnodarze na południu Rosji. Policja informuje prasę niechętnie, zasłaniając się dobrem śledztwa. Opisywane przez gazety okoliczności są sprzeczne. Nie potwierdzono dotąd sensacji, które kolportuje krasnodarska prasa, że małżonkowie Dmitrij i Natalia Bakszejewowie od 1999 roku zamordowali trzydzieści osób. A ich ciała zjedli.

Sami domniemani kanibale mieli opowiedzieć policji o swoich „osiągnięciach” w dziedzinie marynowania ciał ofiar. Upiorne przetwory pono przetrzymywali w lodówce. Według niektórych publikacji, w pokoju Bakszejewów w bursie znaleziono słoiki i pakiety z zamrożonymi kawałkami mięsa. Eksperci mają zbadać, czy to ludzkie szczątki.

W Krasnodarze aż huczy od opowieści o miejscowym Lecterze i jego małżonce. Sąsiedzi kilkakrotnie próbowali wykwaterować Bakszejewów z bursy. „Śmierdziało koło ich pokoju środkami dezynfekcyjnymi i niemytymi ciałami. Natalia była kłótliwa, a Dmitrij spokojny”. No i trochę pili. Nawet więcej niż trochę. Dużo więcej niż trochę.

Natalia i Dmitrij Bakszejewowie mają już w rosyjskiej Wikipedii własne hasło. Ich przypadek wstrząsnął nie tylko Krajem Krasnodarskim, ale całą Rosją. To jedna z tych historii, które pozostają w społecznej świadomości na długo. Rosja zna niejeden wstrząsający przypadek seryjnego zabójcy, maniaka, patroszącego swe ofiary. Sztandarowym przykładem przywoływanym za każdym razem, gdy mowa o maniakalnych mordercach, jest Andriej Czikatiło, który zamordował kilkadziesiąt osób, w tym dzieci.

Śledztwo w sprawie domniemanego kanibalizmu toczyć się będzie zapewne długo, do sprawdzenia jest cała masa szczegółów. Na marginesie tej sprawy pada wiele pytań – o sprawność operacyjnych działań policji, która zapewne nic by nie wykryła, gdyby nie to, że ktoś znalazł zgubiony przez sprawcę telefon komórkowy czy o patologie trapiące społeczeństwo i ich zgubne skutki. Na internetowych forach dyskusyjnych w komentarzach dotyczących sprawy Bakszejewów zwraca uwagę często powtarzający się postulat, aby znieść obowiązujące w Rosji moratorium na wykonywanie kary śmierci.

Pomnik Kałasznikowa i Schmeissera

23 września. W dawnych sowieckich czasach był taki popularny dowcip. Iwan zatrudnił się w zakładach produkujących wózki dziecięce. Urodziło mu się dziecko, chciał zaoszczędzić, więc codziennie wynosił części z zakładu, by w domu w cichości złożyć z nich wózek. Ale mimo starań o wózek, zawsze wychodził mu karabin. Historia, którą za chwilę opowiem, świadczy o tym, że w dzisiejszych czasach w Rosji nawet z części, które po złożeniu powinny dać karabin, wychodzi jakiś bubel.

Kilka dni temu w Moskwie z wielką pompą, honorami wojskowymi i orkiestrą odsłonięto pomnik „wielkiego konstruktora”, inżyniera Michaiła Kałasznikowa. Inżynier podarował ludzkości automat swojego imienia, aby pod każdą szerokością geograficzną każdy – nawet ten, kto nie potrafi obchodzić się z bronią palną – mógł bez frasunku strzelać i zabijać. Przeciwko wysławianiu tego, który wymyślił idealną machinę śmierci, protestował pewien młody człowiek (https://www.svoboda.org/a/28751291.html). Został niezwłocznie zatrzymany za plakat „konstruktor broni to konstruktor śmierci”. Pojedyncza pikieta, nie ma się czym martwić.

Obecny na uroczystości odsłonięcia pomnika minister kultury Władimir Miedinski wypowiedział zdanie frazes, który odbił się szerokim echem po rosyjskich mediach: Kałasznikow to kulturowy symbol Rosji (dosłownie powiedział: to kulturowy brend, marka). Dziennikarz Anton Oriech przyznał mu rację: „Tak, to marka naszej kultury, symbol Rosji. Nie jedyny, są jeszcze wódka, matrioszka i niedźwiedź”.

Na autora rzeźby przedstawiającej konstruktora Kałasznikowa z ukochanym dziełem swego życia w dłoniach, niejakiego Salawata Szczerbakowa spływały z początku same splendory. Wypowiadający się masami w radiu i telewizji zachwyceni odbiorcy nachwalić się nie mogli, jakiż to piękny pomnik stworzył, jak stolicę przyozdobił, jak znakomicie uwiecznił w kamieniu ten błysk geniuszu, bez którego Rosja nie byłaby Rosją. Na tych, którzy śmieli publicznie krytykować pomnik (i za niski poziom artystyczny, i za wysławianie broni, która masowo zabija), zwolennicy Kałasznikowa i jego dzieła wylewali hektolitry wściekłej piany. (Tu można obejrzeć zdjęcia: https://www.gazeta.ru/social/photo/stg_44_on_kalashnikov_monument.shtml).

Kilka dni po odsłonięciu rzeźby (którą umieszczono pod wielkim biurowcem, nazywanym w Moskwie popularnie Mordorem) do całego galimatiasu wywołanego zażartą dyskusją doszedł nowy skandal. Jak napisał Iwan Dawydow na portalu „Snob”: „Historyk wojskowości Jurij Paszołok […] uważnie obejrzał postument, na którym wyobrażone zostały słynne kałachy, a także rysunek konstrukcji najpopularniejszego na świecie automatu. I dostrzegł, że to, co umieszczono na cokole, nie jest kałasznikowem. Tylko niemieckim StG-44. Tu kilka słów wyjaśnienia. StG to dzieło sławnego Hugo Schmeissera, który był w sowieckiej niewoli i pracował w zakładach produkujących broń [w Iżewsku]. Od wielu dekad toczy się dyskusja między specjalistami: czy Michaił Kałasznikow zapożyczył od Hugo Schmeissera konstrukcję swego znamienitego automatu? W każdym razie – AK-47 [kałasznikow] i StG-44 są do siebie z wyglądu podobne. Zostawmy ten spór historykom i specjalistom od broni strzeleckiej. Tu chodzi o coś innego. Dla patrioty historia o kradzieży Schmeisserowi pomysłów to podeptanie świętości, wraże knowania i obraza jednego z największych symboli naszej potęgi. I oto w Moskwie pojawia się pomnik twórcy tej naszej potęgi, który trzyma w ręku największy z symboli naszej potęgi”. I co się okazuje? Że na postumencie ulubieniec publiczności Salawat Szczerbakow umieszcza dzieło Schmeissera. „Czyż to nie sabotaż? Gdyby coś takiego wydarzyło się w 1947 roku, kiedy Michaił i Hugo tworzyli sławę rosyjskiego oręża, nadworny rzeźbiarz Salawat Szczerbakow już by wypluwał zęby razem z krwią na podłogę jednego z gabinetów na Łubiance”.

W dzisiejszych czasach Szczerbakow nigdzie krwią nie pluje. Za to na prawo i lewo usprawiedliwia się: „Och, pomyliłem się, bo ściągnąłem projekty z Internetu, to Internet zawiódł”. Pomyłkę Internetu postanowiono jak najszybciej usunąć. W piątek robotnicy przystąpili do odpiłowania z pomnika nieszczęsnego StG-44. Jeżeli ktoś pomyślał, że to już koniec paranoicznych przygód pomnika Kałasznikowa, to się pomylił. Robotnicy zostali mianowicie zatrzymani przez policję pod zarzutem wandalizmu i dostarczeni na posterunek.

Miało być patetycznie, patriotycznie, wzniośle i ku pokrzepieniu serc. A wyszło, jak wyszło. To znaczy nie wyszło. Jak napisał Anton Oriech, „nawet to, jedyne to, w czym byliśmy tacy świetni, nawet tego nie potrafiliśmy złożyć do kupy”. Zamiast kałasznikowa wyszedł Sturmgewehr.

Dzwonnik z równoległej rzeczywistości

19 września. To trwa już dziesiąty dzień z rzędu. W rosyjskich miastach – mniejszych, większych i tych całkiem dużych – dzień w dzień rozlegają się dziwne telefony. Tajemniczy informatorzy ściszonym głosem donoszą, że kino, centrum handlowe, ratusz, szkoła, lotnisko, dworzec itd. są zaminowane. Odpowiednie służby biegną do jakoby zaminowanego obiektu, ewakuują setki, a czasem tysiące ludzi. Po czym okazuje się, że bomby nie ma. Uff, co za ulga.

Przebieg dziwnej plagi można prześledzić na przykładzie Wołgogradu (http://v1.ru/text/news/344960180436992.html). „12:15. Pięć minut temu przez megafony w naszej galerii rozbrzmiał komunikat, że mamy się ewakuować. Wpierw poprosili o wyjście klientów, potem obsługę. Przez megafon nowy komunikat: Tylko bez paniki. Ochroniarz biegał od sklepu do sklepu i poganiał, żeby szybciej wychodzić. 12:27. Rośnie liczba centrów handlowych i rozrywkowych, o których poinformowano w anonimowych telefonach, że są w nich podłożone bomby. Na miejsce przybywają służby ratownicze. 12:35. – Siedziałem w kinie – relacjonuje uczestnik. – Przybiegła bileterka, kazała wychodzić. Wokół galerii stoi policja, wozy straży pożarnej. 12:36. Ewakuacja studentów i wykładowców uniwersytetu medycznego w Wołgogradzie. Mówią, że to planowa akcja. 12:46. Klienci ewakuowani z galerii Europa poszli coś przekąsić do pobliskich namiotów, do budynku galerii wkroczyli funkcjonariusze MCzS (ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych)”. Spływają meldunki z innych dzielnic – też ewakuacja, wokół obiektów policja, MCzS, strażacy. Obiekty sprawdzają funkcjonariusze z psami. Nic, spokój, cisza. Ludzie trochę psioczą, ale rozchodzą się po domach. Luzik. „Sytuacja w mieście jest spokojna” – mówią oficjalne czynniki. Elektrownia pracuje bez zmian, administracja też.

Podobne akcje miały miejsce m.in. w Jekaterynburgu, Permie, Irkucku, Moskwie, Petersburgu, Ufie, Nowosybirsku, Krasnojarsku, Rostowie nad Donem. O co chodzi? Kilka dni temu w Internecie pojawiło się wyznanie wysoko postawionego mundurowego, że telefony o podłożonych bombach i ewakuacje to po prostu ćwiczenia. Wpis długo nie powisiał, został szybko zdjęty. Gazety zaczęły nieśmiało drążyć temat, który niby jest, a jakoby go nie było. Oficjalne instytucje, które powinny zajmować się przypadkami terroryzmu, milczały lub bąkały coś pod nosem. Gdzieś przemknęła bokiem informacja, że Federalna Służba Bezpieczeństwa nakazuje trzymać gębę na kłódkę. Jakoby dla dobra śledztwa.

Niemniej RBK, powołując się na anonimowe źródło w MSW, pisze: „Za masowymi telefonami o podłożonych bombach może stać międzynarodowa grupa hakerska. FSB wszczęło śledztwo z art.207 (terroryzm telefoniczny). W wyniku ataków w Rosji ewakuowano z zaminowanych obiektów ponad 200 tys. ludzi”. Rozpatrywana jest wersja, że hakerzy napisali specjalny program, pozwalający kierować alarmy na wybrane obiekty infrastruktury. Na podstawie analizy alarmu dotyczącego szkół w Moskwie śledczy doszli do wniosku, że zidentyfikowane jako „telefony z Brukseli” alarmy mogły być sterowane za pośrednictwem IP-telefonii, a ich źródło znajduje się na Ukrainie. Co należało dowieść.  Do mediów wyciekła też wersja, jakoby za atakami stoi Państwo Islamskie. Bo niby dlaczego nie?

Były deputowany Dumy, eksfunkcjonariusz służb specjalnych Giennadij Gudkow przedstawia własną interpretację: „Władze przygotowują atak na Internet, na wszystkie serwisy, które są zaszyfrowane i nie są kontrolowane przez władze. To może zakończyć się tym, że napiszą nową ustawę i powiedzą, że ta kontrola jest potrzebna, aby zapewnić bezpieczeństwo ludności”.

Socjolog Jakow Kostiukowski zauważa: „Rosyjskie społeczeństwo trudno jest rozkołysać. Kiedy w Moskwie wybuchły domy [we wrześniu 1999], to wtedy ludzie autentycznie się bali, wszyscy o tym rozmawiali. Ale o tych obecnych telefonach nikt nie mówi, nikt nie reaguje. Nie ma ani strachu, ani w ogóle nic, jak gdyby nic się nie stało”.

Faktycznie dziwne te ćwiczenia/niećwiczenia.