Archiwum kategorii: Bez kategorii

Punkt siedzenia

Niedawno pisałam o fatalnych warunkach przetrzymywania aresztantów w aresztach śledczych w Moskwie. Jednak nie wszyscy aresztanci i więźniowie skarżą się na byt. Okazuje się, że w Rosji można siedzieć tak, że proszę siadać. Oczywiście cele z tapczanami, dywanami i akwarium nie są dla wszystkich.

Do prasy trafiło ostatnio kilka barwnych opisów usług, jakie świadczy na rzecz wybrańców Federalna Służba Więziennictwa (FSIN). W wołgogradzkiej kolonii karnej nr 12 (IK-12) strażnicy urządzili luksusowe apartamenty dla mafijnych bossów, których spotkało takie nieszczęście, że trafili za kratki. Pokoje były wyposażone w klimatyzację, wygodne meble, plazmę, sprzęt stereo, lodówki, a także ikony lub portrety legendarnych mafiosów (w wypasionej jadalni dla kryminalnych VIP-ów wisiało zdjęcie nieżyjącego od dwudziestu lat Wasilija Babuszkina, ps. Wasia Brylant, cieszącego się wielką estymą wśród „bratków”, w innym pomieszczeniu – zdjęcie legendy, Wiaczesława Iwańkowa, ps. Japończyk). W jednym z pokoi używanych przez uprzywilejowanych więźniów znaleziono noże i telefony komórkowe, czyli rzeczy zakazane „na zonie”.

To nie jedyny przykład takich praktyk. Latem w Internecie zamieszczono fotoreportaż z balu z okazji urodzin jednego z mafiosów w areszcie śledczym w Sierpuchowie k. Moskwy. Towarzystwo bawiło się przy suto zastawionym stole, alkohol lał się strumieniami. Kilka lat temu głośna była sprawa imprezki, jaką urządził w moskiewskich Butyrkach (areszt śledczy) młody mafioso Siergiej Sibiriak, koledzy „z wolności”, którzy bez przeszkód nawiedzili kompana, tak się rozkręcili, że zaprosili za kratki również koleżanki z branży kupczenia ciałem za pieniądze.

W wywiadzie dla dziennika „Moskowskij Komsomolec” jeden z byłych więźniów, zamożny biznesmen Andriej powiedział: „nazywamy zakłady karne strefą nieograniczonych możliwości, za pieniądze można tu robić wszystko – pić, sprowadzać kobiety, kręcić interesy, dobrze jeść, a nawet chodzić do restauracji czy latać na weekendy za granicę”. Takie życie kosztuje. Ile? Dużo. Za każdą usługę trzeba zapłacić. Są i inne formy „rozliczeń”: „Przychodzą do mnie zastępcy naczelnika i mówią: trzeba kupić trzy komputery. No to kupuję. Połowa sprzętu w kolonii kupiona jest za moje pieniądze”. Kilka lat odsiadki kosztowało Andrieja, jak sam twierdzi, około 5 milionów rubli. Odbywających karę w kolonii w Klincach, gdzie cytowany więzień siedział przez jakiś czas, we wszystkie potrzebne rzeczy zaopatrywał pobliski kołchoz „Pierwszy Maja”: telefony komórkowe, papierosy, alkohol, proszę bardzo. Do trzystu litrów samogonu dziennie – twierdzi były zek Andriej. Kiedyś naczelnika kolonii o mało nie zranili – rzucona butelka strąciła mu czapkę z głowy.

W zakres nieoficjalnych usług FSIN wchodziło towarzyszenie przez wyznaczonych strażników w wyprawach VIP-zeka „na wolu” – w interesach, do dobrej knajpy, zobaczyć się z rodziną, z przyjaciółmi. Andriej twierdzi, że raz nawet wyjechał za granicę odwiedzić przyjaciela. Wrócił, nie opłacało mu się wiać.

Byli i tacy więźniowie, którzy się nie opłacali – jedni dla zasady, inni dlatego, że nie mieli kasy. Ci musieli poddać się rygorom, bo we wzorcowej kolonii pod Briańskiem panował wzorcowy porządek – mówi Andriej.

Andriej z wyrozumiałością tłumaczy porządki panujące w zakładach FSIN: „Oni (funkcjonariusze FSIN) są zakładnikami tej sytuacji. Pieniędzy z budżetu dostają tyle, co kot napłakał, a wymagania stawia się im wysokie. Bez finansowej pomocy zeków nie można się obejść. Wszystko trzyma się na osadzonych biznesmenach. Ale aby ci biznesmeni dobrowolnie łożyli duże pieniądze (lwia część których ląduje oczywiście w prywatnych kieszeniach), muszą mieć stworzone odpowiednie warunki odbywania kary. Taki jest nasz system. Mam znajomego, który mieszka w Miami, a oficjalnie jest więźniem jednej z rosyjskich kolonii karnych. Przyjechał, wręczył milion dolarów i tyle go widzieli. To było kilka lat temu. Ale to jego historia, nie będę jej opowiadał…”.

Swoją historię do opowiedzenia będzie miał teraz naczelnik kolonii pod Briańskiem, w której siedział Andriej. Wybuchł bowiem skandal i naczelnika aresztowano, toczy się śledztwo. Śledztwo ma też wyjaśnić, czy Andriej faktycznie wyjeżdżał w trakcie odbywania kary w kolonii (zwłaszcza czy wyjechał za granicę), czy to tylko miła bajka dla dziennikarzy, żeby zrobić sobie PR.

Niepewność galernika

Wynik wyborów nie jest pewny, wszystko w ręku prostego człowieka – premier Putin we wczorajszej rozmowie z szefami trzech najważniejszych rosyjskich stacji telewizyjnych zasiał niepewność co do rezultatów marcowego głosowania, zwanego w oficjalnych kręgach wyborami prezydenckimi. Bo przecież kandydat Putin może przegrać, nieprawdaż? Z kim? No, właśnie…

Po ogłoszonej 24 września na zjeździe „partii władzy” Jednej Rosji decyzji o przesiadce w rządzącym tandemie – Putin na prezydenta, Miedwiediew dla odmiany na premiera – w rosyjskiej telewizji co parę dni odbywają się rytuały, mające wbić do głowy potencjalnemu elektoratowi, że tak będzie najlepiej. Miedwiediew wytłumaczył na niedawnym spotkaniu ze zwolennikami, że nie zdecydował się na ubieganie się o reelekcję, gdyż premier Putin cieszy się większą estymą w społeczeństwie i to jemu słusznie należy się prezydentura. To samo powtórzył podczas rozmowy z tymi samymi szefami czołowych kanałów telewizyjnych 30 września: Putin przyniesie więcej pożytku krajowi, a poza tym w tandemie tak już sobie postanowili, że nie będą rozpychać się łokciami. „Urzędujący prezydent” (określenie Władimira Putina) był w tych wypowiedziach szczery i przekonujący do bólu. Stanisławski postawiłby mu z przekonaniem pałę z aktorstwa.

W rozmowie premiera z „telewizjonszczikami”, którzy w uniżonych pozach skwapliwie potakiwali kandydatowi Putinowi, potok słów bez treści lał się wartko. Żadnych raf, żadnych podwodnych kamieni, żadnych podchwytliwych pytań, żadnej dziennikarskiej dociekliwości. Putin był dość znudzony tą dworską etykietą. Przecież już wszystko wiadomo – wracam na galery, o co chodzi. Komentatorzy wyciągnęli w Internecie fragment, w którym Putin wypomina szefowi NTW Kulistikowowi jego zawodową przeszłość. „Pan obecnie kieruje jednym z największych mediów – ogólnokrajową telewizją NTW, a swego czasu, jeśli mnie pamięć nie myli, pracował pan w Radiu Swoboda… A kiedy pracowałem w organach KGB ZSRR, Radio Swoboda było uważane za część CIA USA. A pan tam pracował, a teraz stoi pan na czele rosyjskiej stacji telewizyjnej, czyż nie jest to oznaka liberalizmu?”.

W tymże Radiu Swoboda skomentował ów ciekawy fragment Ilja Milsztejn: „Jeśli dla Miedwiediewa demokracja to przede wszystkim modernizacja, a także walka z prawnym nihilizmem, to rzeczy dość ważne, ale jednak abstrakcyjne, to Putin jest bardzo konkretny. Putin widzi człowieka na wylot, z jego teczką personalną. I zaprasza, by wszyscy wraz z nim cieszyli się z takiego liberalnego paradoksu: wczoraj pracowałeś na wroga, a dziś służysz Ojczyźnie i Gazpromowi. W przekładzie z czekistowskiego to zapewne nazywa się dialektyką”. A poza tym, jak mówi stare eskimoskie przysłowie, w niektórych profesjach nie ma szans być byłym – pozostają nawyki, sposób myślenia, mentalność.

A co do niepewnych wyników elekcji, to cztery lata temu podczas operacji „Następca” po Moskwie krążył taki dowcip. Po ogłoszeniu wyników do Miedwiediewa dzwoni mama: Synku, tak się denerwowałam, drżałam z niepewności, czy cię wybiorą. – Mamo, błagam cię, chociaż ty sobie odpuść i nie mów bzdur.

Dwunastu indyferentnych ludzi

Ława przysięgłych w procesie handlarza bronią Wiktora Buta składa się z dwunastu osób, które nic nie mogą wiedzieć o podsądnym, ta niewiedza ma zapewnić ich całkowitą bezstronność. Skład ławy skompletowano nie bez trudu. W Nowym Jorku ruszył proces rosyjskiego „handlarza śmiercią”.

Przysięgli nie mogą być źle lub dobrze nastawieni do oskarżonego, muszą być względem niego jak tabula rasa. Tymczasem w Stanach But cieszy się jak najgorszą sławą. Nawet jeśli ktoś nie czyta gazet i nie ogląda telewizji, która nie tylko informuje na bieżąco o Bucie, ale jeszcze daje obfity back ground o jego szerokiej działalności na niwie wszystkich siedmiu grzechów głównych, to mógł obejrzeć film z Nicolesem Cage’em. Po tym filmie na pewno nie będzie żywił ciepłych uczuć do oskarżonego. Po starannych przymiarkach ławę udało się jakoś skompletować. Sędzia zobowiązała przysięgłych, aby w czasie trwania procesu nie poszukiwali wiadomości o podsądnym w Internecie.

Wiktor But staje przed amerykańskim sądem oskarżony o nielegalny handel bronią z południowoamerykańską organizacją FARC uznawaną przez USA za terrorystyczną (oficjalne sformułowanie oskarżenia: „spisek w celu pozbawienia życia obywateli USA”), co jest zagrożone karą dożywocia. Oskarżony nie przyznaje się do winy, twierdzi, że ma jedynie samolotową firmę przewozową, a nie obwoźny kramik z rakietami ziemia-ziemia. W marcu 2008 roku But został rozpracowany przez agentów amerykańskiej agencji do walki z narkotykami DEA i aresztowany w Tajlandii, gdzie spędził dwa lata w uroczym zamknięciu. W tym czasie trwały intensywne zabiegi o jego ekstradycję do Stanów, jak również równie intensywne zabiegi rosyjskiej dyplomacji o przekazanie Buta w ręce rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Ostatecznie w ubiegłym roku latem sąd apelacyjny orzekł o ekstradycji Buta do USA.

Wiktor But zjawił się na sali rozpraw w nowojorskim sądzie w ciemnym garniturze w prążki. To zasadnicza odmiana w wyglądzie – przez ostatnie trzy lata Wiktor Anatoljewicz pokazywał się (a właściwie był pokazywany) w pomarańczowym mundurku więziennym.

Pierwszym świadkiem w procesie jest jeden z agentów biorących udział w akcji rozpracowania Buta i zakupie kontrolowanym w Tajlandii. Obserwatorzy ostrzą sobie zęby na zeznania Andrieja Smuljana – byłego współpracownika Buta, który po aresztowaniu poszedł na współpracę ze śledztwem. Prasa od dawna spekuluje, jakie tajemnice może wyjawić w Stanach But. Mówi się o jego powiązaniach z wysokimi szarżami w strukturach władzy (wskazuje się na znajomość z wicepremierem Igorem Sieczinem z czasów wspólnej służby w Mozambiku).

W ciągu roku on umrze

„Chciałem zapomnieć o tym koszmarze. To piekło, gdzie zwykli ludzie przychodzą do pracy i czynią zło. I nic z tego powodu nawet nie odczuwają, żadnych wyrzutów sumienia. Gdyby po mojej sprawie coś się zmieniło, to i Siergiej Magnitski może by żył, świeć Panie nad jego duszą. Należałoby tym ludziom [służbie medycznej w więziennictwie] uniemożliwić czynienie zła. To, co się dzieje w więzieniach, jest w ogóle poza zasięgiem, tam ręka rękę myje, jeden drugiego kryje. Oni cały czas tylko myślą o jednym: jak uniknąć odpowiedzialności, tworzą jakieś papiery. Kiedy siedziałem, przychodzili do mnie ludzie i mówili: „Sieczin przykazał: on żywy stąd nie wyjdzie” [Igor Sieczin wicepremier odpowiedzialny za energetykę, przez wielu komentatorów wskazywany jako autor „operacji Jukos”]. […] Kiedy wyszedłem, też cały czas straszyli. Nie da się tak żyć. Terroryzują ludzi, którzy ze mną pracują, nawet do mojego lekarza przyszli. Powiedzieli mu: wypuściliśmy go, bo on ma umrzeć w ciągu roku. Mojego kierowcę dwa razy aresztowano pod pozorem, że przejechał przechodnia i uciekł z miejsca wypadku, tymczasem jego samochód stał przez tydzień w garażu. Moi rodzice ciągle się boją, że znowu mnie wsadzą i nigdy nie wypuszczą ” – to fragmenty wywiadu Wasilija Aleksaniana, byłego wiceprezesa koncernu Jukos. Aleksanian zmarł 3 października tego roku w wieku 39 lat. Zwlekał z opublikowaniem wywiadu, żeby nie zaszkodzić swoimi ostrymi opiniami kolegom z Jukosu, którzy nadal odsiadują wyroki. Dzisiaj tygodnik „The New Times” zdecydował się na publikację.

Menedżer firmy Jukos Wasilij Aleksanian (już po aresztowaniu Michaiła Chodorkowskiego) został 1 kwietnia 2006 r. wiceprezesem Jukosu, a już 6 kwietnia został aresztowany pod zarzutem oszustw. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Twierdził, że namawiano go do składania fałszywych zeznań obciążających Chodorkowskiego, on konsekwentnie odmawiał. W areszcie Matrosskaja Tiszyna był poddawany szykanom. Zachorował na AIDS, gruźlicę, niemal stracił wzrok. Został wypuszczony za kaucją pod naciskiem opinii publicznej – w 2007 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał traktowanie aresztowanego za nieludzkie i zalecił przeniesienie go do miejskiego otwartego szpitala, zalecenie zostało wykonane, ale Aleksanian został przykuty do łóżka kajdankami, kajdanki zdjęto mu dopiero po interwencji członków prezydenckiej Izby Obywatelskiej. W 2010 r. sąd w Moskwie umorzył postępowanie wobec Aleksaniana z powodu przedawnienia.

Sprawa Aleksaniana odbiła się szerokim echem w rosyjskiej opinii publicznej. Jak zwykle ostra w swoich sądach Julia Łatynina w audycji w rozgłośni Echo Moskwy powiedziała: „Trzymali Aleksaniana za kratkami, dlatego że odmawiał składania zeznań na Chodorkowskiego, był zakładnikiem. Aleksaniana aresztowano po tym, jak zgodził się stanąć na czele Jukosu, a właściwie tych resztek, które z Jukosu pozostały. Przy czym nie sam z siebie podjął taką decyzję, a dogadał się z częścią siłowików. Nie ma w tym nic złego, że się dogadał. Biznes to sztuka dogadywania się. Ale okazało się, że z siłownikami nie ma się co dogadywać. Aresztowali go i jeszcze doszli do błędnego wniosku, że skoro człowiek próbuje się z nimi dogadać, to znaczy, że w więzieniu wszystko im powie. Ale co innego dogadywać się, żeby uratować resztki firmy, a co innego zdradzić przyjaciół. I dlatego Aleksanian umarł. Popieram inicjatywę, żeby nazwiska ludzi, winnych przedwczesnej śmierci Aleksaniana, wpisać na „listę Magnitskiego”. Trzeba zrobić analogiczną „listę Aleksaniana”. Widzimy, że jedyne, co działa na tych ludzi [którzy są związani ze sprawą zmarłego w areszcie śledczym adwokata Magnitskiego, oskarżonego o wydumane przestępstwa po tym, jak odkrył wielkie przewały dokonywane przez wysokich funkcjonariuszy MSW, aresztowanie miało być środkiem „zmiękczającym” wobec Magnitskiego, na którego naciskano, by wycofał zeznania w sprawie przekrętów; ciężko choremu Magnitskiemu odmawiano pomocy medycznej; „lista Magnitskiego” nakłada sankcje na osoby winne śmierci adwokata – wjazd na terytorium UE i USA i aresztowanie kont bankowych; lista obejmuje ok. 60 nazwisk] to pozbawienie ich możliwości wyjazdu do ich willi na Lazurowym Wybrzeżu czy do banku w Szwajcarii. I obawiam się, że takie listy będą coraz dłuższe, aż strach pomyśleć, kto jeszcze może się na nich znaleźć i czyje nazwisko będzie rozpoczynać tę listę”.

Dziś rosyjskie media opisują sprawę kolejnej śmierci w moskiewskim areszcie: zmarł na zawał serca dyrektor szkoły Andriej Kurojarow, aresztowany pod zarzutem łapownictwa (Kurojarow nie przyznawał się do winy, twierdził, że został aresztowany bezpodstawnie). Adwokat Kurojarowa twierdzi, że rodzina dowiedziała się o śmierci jego klienta z gazet, funkcjonariusze nie powiadomili krewnych. „Wszystko przed nami ukrywają, kręcą” – mówi adwokat, który próbuje wyjaśnić, czy Kurojarowowi okazano pomoc medyczną. Obrońcy praw człowieka zapowiadają wniosek o wszczęcie niezależnego śledztwa. Lew Ponomariow z ruchu „O prawa człowieka” poinformował, że w moskiewskich (tylko moskiewskich) aresztach śledczych przebywa 80 tys. aresztowanych, w ostatnim roku zmarło pięćdziesięciu aresztantów. Jedną z najważniejszych przyczyn śmierci aresztowanych jest, zdaniem Ponomariowa, fatalny poziom opieki medycznej.

Żartem w tandem

Dowcipy o ostatnich kombinacjach na rosyjskich szczytach władzy pojawiły się jeszcze tego samego dnia, kiedy ogłoszono je na zjeździe „partii władzy” Jednej Rosji. „Niezawisimaja Gazieta” zaprezentowała zestaw najnowszych kawałów politycznych.

+ Teraz nie wiadomo, czy „Naprzód Rosjo!” (tytuł manifestu Dmitrija Miedwiediewa, w którym zapowiadał on modernizację kraju) oznacza przodem do przeszłości czy tyłem do przyszłości.

+ Autorzy Encyklopedii Rosyjskiej muszą w trybie pilnym przemieścić wyrażenie „suma nie zmienia się z powodu zmiany miejsc elementów działania” z działu „Matematyka” do działu „Humor”.

+ Miedwiediew zwalnia Kudrina (wicepremiera, ministra finansów). Kudrin: Muszę się naradzić z premierem. Miedwiediew: Co pan! Na co pan sobie pozwala! Kto jest prezydentem? Ja! Ja jestem prezydentem! To ja się naradzę z premierem.

+ Luty 2012. Plakat na ścianie komisji wyborczej: „W niedzielę, 4 marca, odbędą się wybory prezydenta Federacji Rosyjskiej W.W. Putina”.

+ Dzień dobry, dodzwoniłeś się do prezydenta Federacji Rosyjskiej. Jeśli chcesz porozmawiać z Dmitrijem Anatoljewiczem Miedwiediewem, wybierz „2”.

+ Breżniew: „Nasza gospodarka powinna być oszczędna”

Gorbaczow: „Nasza gospodarka powinna być”

Jelcyn: „Nasza gospodarka powinna”

Putin: „Nasza gospodarka”.

Miedwiediew: „Gospodarka?”.

Trochę bardziej zgryźliwy jest Mr. Parker w swoim najnowszym „vladimir.vladimirovich.ru”:

Pewnego dnia Władimir WładimirowiczTM odwiedził swój przyszły kremlowski gabinet, w którym siedzi na razie jeszcze prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Anatoljewicz Miedwiediew. Dmitrij Anatoljewicz siedział jakiś markotny.

– Ciągle przeżywasz? – uśmiechnął się Władimir WładimirowiczTM – daj spokój. Zobacz, Obama też nie będzie kandydował…

– A co ma do tego Obama – wymamrotał prezydent. – Myślałem, wszyscy myśleli, że będzie piąty IPhone, a oni zaprezentowali czwarty. Przykro.

W tym momencie do gabinetu wszedł zastępca prezydenckiej kancelarii Władisław Jurjewicz Surkow.

– Można? – zapytał Władisław Jurijewicz.

– Władzio! – ucieszył się Władimir WładimirowiczTM. – Wejdź.

– Na razie to jeszcze mój gabinet – rzucił w przestrzeń prezydent. – I to na razie zastępca szefa mojej kancelarii.

– Sorka – rozłożył bezradnie ręce Władimir WładimirowiczTM – to z przyzwyczajenia.

Władisław Jurjewicz podszedł do biurka i postawił na nim skrzyneczkę.

– Cóż to? – spytał prezydent.

– Postawił mi pan zadanie opracowania systemu politycznego odpowiadającego wyzwaniom współczesności. Opracowałem zgodnie z poleceniem.

Władisław Jurjewicz otworzył skrzynkę. Władimir WładimirowiczTM i Dmitrij Anatoljewicz zajrzeli niepewnie do środka. Na błękitnej safianowej poduszeczce leżały dwie platynowe kostki. Na polach jednej były wygrawerowane portrety Władimira WładimirowiczaTM, na drugiej – Dmitrija Anatoljewicza.

– Niezłe – powiedział Władimir WładimirowiczTM. – Co będziemy z tym robić?

– Rzucać – odparł Władisław Jurjewicz. Wyjął kostki ze skrzynki i rzucił na blat.

Na jednej wypadł Władimir WładimirowiczTM, na drugiej – Dmitrij Anatoljewicz.

– Ja też chcę – upomniał się Dmitrij Anatoljewicz. Rzucił. Na jednej kostce wypadł Dmitrij Anatoljewicz, na drugiej – Władimir WładimirowiczTM.

– Genialne! – wykrzyknął Władimir WładimirowiczTM. – Ja też chcę rzucić.

Władimir WładimirowiczTM wziął kości, rzucił. Na jednej kostce wypadł Władimir WładimirowiczTM, na drugiej Dmitrij Anatoljewicz.

– To ja już pójdę – powiedział Władisław Jurjewicz i wyszedł z gabinetu. W gabinecie nadal było słychać stukot rzucanych kości”.

Jakie fajne urodziny

Pieniędzy od Najwyższego się nie liczy, a tym bardziej się nie kontroluje. A jak się okazało, prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow wierzy w boskie pochodzenie pieniędzy zasilających budżet tej republiki wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej. „Allah nam daje. Nie wiem. Skądś te pieniądze się biorą” – powiedział w rozmowie z Rosyjską Służbą Informacji. Tymczasem nawet małe dzieci wiedzą, że te pieniądze płynące hojnym szerokim strumieniem do Groznego, pochodzą z federalnego budżetu. Federalny program rozwoju Kaukazu, federalne programy rozwoju regionalnego – jest kilka kanałów, którymi te pieniądze płyną i jest ich dużo. Moskwa płaci Groznemu wysoką daninę. Ale to nie wszystkie pieniądze, które zasilają Czeczenię. „Systemowo płacą czeczeńscy biznesmeni – odprowadzają pieniądze na konta fundacji imienia Bohatera Rosji Achmeda Kadyrowa, założonej w celach dobroczynnych oraz dla odbudowy Groznego ze zniszczeń wojennych” – napisał tygodnik „Kommiersant-Dieńgi”. Pieniądze z tej fundacji pozwalają prezydentowi Czeczenii na bezstresowe życie na wysokim poziomie. Prezesem fundacji jest matka Ramzana, Ajmani Kadyrowa.

Wczoraj były 35 urodziny Ramzana Kadyrowa. Łaskawy władca zakazał pod groźbą administracyjną składania mu życzeń. Zakaz ośmieliła się złamać tylko Hillary Swank, która w stylu Marilyn Monroe zaśpiewała mu na scenie „Happy birthday, Mr. President”. Bo na imprezę przyjechały do Groznego gwiazdy ekranu. Nie, proszę nie pomyśleć, że była to imprezka urodzinowa Kadyrowa – świętowano dzień miasta. Poza Swank do Groznego przybyli i inni gwiazdorzy (choć zapowiadana Shakira nie pojawiła się). Ich honoraria pozostały tajemnicą.

Kadyrow nie stroni od luksusu. Jak informowała niedawno turecka gazeta, Ramzan Kadyrow wraz ze świtą spędził tydzień w Antalyi w rozkosznym pięciogwiazdkowym Mardan Palace. Jeździł Rolls Royce Phantom Cabrio (2 mln dol.), pływał w wielkim basenie, w którego centrum znajduje się akwarium z rekinami, korzystał z łaźni, w której wszystkie detale wykończenia pokryte są złotem; dla świty Kadyrowa udostępniono 50 numerów hotelowych (17 tys. dolarów za dobę każdy); sam prezydent zamieszkał jak na prezydenta przystało w prezydenckich apartamentach, z salą kinową, trzema sypialniami i basenem (bez rekinów).

Ale wróćmy do prozy życia. Znawca Kaukazu, ekspert z moskiewskiego Centrum Carnegie Aleksiej Małaszenko w audycji Radia Swoboda poświęconej Kadyrowowi i Czeczenii powiedział: „Postaci Kadyrowa nie można postrzegać tylko w czarno-białych tonach. Czeczenia została odbudowana, Kadyrow rzeczywiście bardzo dużo włożył sił w tę odbudowę. Jest liderem narodu. Ale pod jego adresem jest mnóstwo pretensji dużego kalibru. Po pierwsze, jest okrutny – i w stosunku do swoich, i w stosunku do obcych. Wiemy o wielkiej liczbie porwań, o wprowadzonej przezeń praktyce zakładników. Wiemy o podpaleniach domów jego przeciwników. Poza tym zrobił jedną rzecz bardzo niebezpieczną. On, laicki polityk, jest inicjatorem nie tylko islamizacji, ale wręcz szariatyzacji Czeczenii, co może pociągnąć za sobą negatywne skutki. Społeczeństwo podzieliło się. Ci, którzy mają 40 lat i więce,j nie przyjmują tego totalnego islamu. A młodzież się islamizuje. I sam Kadyrow od czasu do czasu mówi językiem fundamentalistów. […] Kadyrow stworzył w Czeczenii totalitarny reżim, naruszył nakazy czeczeńskiej kultury politycznej, która oparta jest na konsensusie, a nie na prawie buta i knuta. […] Ramzan mówił, że Putin powinien być wiecznym liderem Rosji, wiecznym prezydentem. On pierwszy zorganizował w swojej republice stuprocentowe poparcie dla Putina. To logiczne. Ramzan to w pewnym sensie alter ego Putina. Ta sama ambicja, ten sam autorytaryzm. Dla Ramzana Putin to latarnia morska. Putin łamie prawo i wsadza Chodorkowskiego, to dlaczego Ramzan nie może tego samego zrobić ze swoimi przeciwnikami?”.

Dwa pytania do premiera

Zachar Prilepin jest nadzieją rosyjskiej literatury. Młody, a już zaprawiony w bojach (przeżył traumę Czeczenii), Rosję zna od prowincjonalnej podszewki, a nie stołecznych salonów, pisze obiecującą prozę (bardzo lubię jego opowiadania). Wczoraj został zaproszony na spotkanie grupy pisarzy z premierem Putinem. Poszedł, choć – jak pisał w blogu – miał wątpliwości. Wiele osób w środowisku uważa, że chodzenie na marketingowe spotkania z władzą uwłacza wolności twórczej i dla higieny osobistej należy ich unikać. Ale Prilepin poszedł.

I zadał dwa pytania. Pytanie pierwsze dotyczyło słynnej, nagłośnionej w zeszłym roku przez blogera Aleksieja Nawalnego afery z dziwnym „przepadkiem” czterech miliardów dolarów przy okazji realizacji projektu budowy rurociągu Wschodnia Syberia – Ocean Spokojny. Z ujawnionych przez Nawalnego (i wywieszonych przezeń w Internecie) dokumentów wynika, że firmie Transnieft’ budującej rurociąg te cztery miliardy „gdzieś się zapodziały”. Prilepin zapytał, a Putin odpowiedział, że jego zdaniem podczas budowy rurociągu nie doszło do żadnych przestępstw, można mówić tylko o marnotrawstwie, przy czym rzecz dotyczy firmy komercyjnej, a nie państwowej. „Gdyby tam dokonano przestępstwa, to zapewniam was – tam dawno ludzie siedzieliby za kratkami”. Jednym słowem, premier zapewnił, że w Transniefti żadnej korupcji nie było. Nawalny zaraz po opublikowaniu odpowiedzi Putina, na swoim blogu ponownie wywiesił wszystkie dokumenty, świadczące o przekręcie (zob. http://www.echo.msk.ru/blog/navalny/816018-echo/).

Drugie pytanie dotyczyło powiązań Putina i jednego z najbogatszych biznesmenów (23. miejsce na liście najbogatszych Rosjan „Forbesa”) Giennadija Timczenki, współwłaściciela firmy Gunvor, naftowego tradera. Putin oznajmił, że nie ma nic wspólnego z biznesem Timczenki. „Wszystko, co dotyczy jego interesów, to jego prywatna sprawa. Nigdy się w to nie wtrącałem i nie zamierzam się wtrącać. Mam nadzieję, że i on nie będzie wściubiać nosa w moje sprawy. On [Timczenko] pracował ze swoimi przyjaciółmi i kolegami w firmie Kiriszynieftieorgsintiez. Kiedy zaczęła się prywatyzacja, oddzielili swoją część, która zajmowała się eksportem ropy i produktów naftowych i założyli prywatną firmę. To było na początku lat 90. [firma Gunvor powstała w 1997 r.]”. Putin podkreślił, że, owszem, znają się z Timczenką z okresu pracy w Petersburgu, ale nie łączą ich więzy bliskiej przyjaźni. Prilepin chciał jeszcze wiedzieć, dlaczego Timczenko jest obywatelem Finlandii (i płaci podatki w Helsinkach, a firmę ma zarejestrowaną w Szwajcarii, gdzie stale mieszka, choć handluje przecież rosyjską ropą). Odpowiedź Putina była godna światłego władcy: to wynik braku bezwizowego ruchu osobowego z Europą, a jak się prowadzi wielki biznes, to trzeba sobie zapewnić swobodę ruchu. 90 procent rosyjskich biznesmenów ma „zielone karty”, ale to ukrywa i tylko jeden Timczenko miał odwagę przyznać się do obcego obywatelstwa.

Relacjonująca spotkanie premiera z pisarzami gazeta „Grani” i portal Slon.ru przypomniały pokrótce historię, jak Timczenko wypierał się przyjaźni z Putinem. Gunvor przez całe lata była cicha jak ten dym. W 2007 roku w brytyjskiej Guardian ukazał się artykuł „Putin, walka o władzę na Kremlu i majątek 40 mld dolarów”, w którym rosyjski politolog Stanisław Biełkowski twierdził, że do Putina należy 75% Gunvoru – firmy założonej przez przyjaciela Putina, Giennadija Timczenkę. Następnego dnia dyrektor firmy napisał dementi: do Putina nie należy ani jedna akcja Gunvoru. Rok później Financial Times zamieścił artykuł o biznesie Gunvoru, w którym przeanalizowano zaangażowanie biznesowe firmy i niedwuznacznie wskazywano, że swoje sukcesy firma zawdzięcza Putinowi. Timczenko napisał list, w którym zapewniał, że kolportowane przez prasę pogłoski o jego przyjaźni z Putinem są mocno przesadzone. W raporcie „Putin. Korupcja” w 2010 r. Borys Niemcow i Władimir Miłow (współprzewodniczący opozycyjnej Partii Wolności Narodowej) wspominają, że Timczenko był współzałożycielem słynnej firmy Bajkalfinancegroup, przez którą Rosnieft’ wessała Jukos Chodorkowskiego. „To skandaliczna jednodniowa firma. A Putin mówił, że jej założycielami są znani energetycy. Jednego z nich znaleźliśmy. To Giennadij Timczenko” – powiedział Niemcow. 2 lutego 2011 r. Timczenko wygrał z Niemcowem i Miłowem proces o zniesławienie i o podanie nieprawdy o jego przyjaźni z Putinem.

„Ha! Timczenko sam z siebie jest taki bogaty [Gunvor ma ponad 50 mld dolarów rocznych obrotów, osobisty majątek Timczenki oszacowano na 4 mld]” – skomentował odpowiedź premiera bloger Aleksiej Nawalny. A Prilepin na swoim blogu napisał, że program telewizyjny stacji „Moskwa-24”, w którym miał wystąpić, nagle, bez podania przyczyn, zdjęto z anteny. „Widocznie gniazdko im się zepsuło” – ironizuje Prilepin.

Rada rejsu płynie w dal

Już wszystko jasne: premier Putin niebawem przestanie być premierem, a prezydent Miedwiediew przestanie być prezydentem.

Szok? Koniec epoki? Na razie się nie zanosi. To tylko znowu oczekiwana zmiana miejsc – Dmitrij Anatoljewicz stanie na czele rządu, a Władimir Władimirowicz wróci na Kreml. I będzie rządził długo i nieszczęśliwie.

Na dzisiejszym zjeździe partii Jedinaja Rossija (Jedna Rosja) padły deklaracje o poparciu dla tego rozwiązania. Szczęśliwi delegaci do utraty czucia oklaskiwali przywódców, którzy też na znak zgody i ogólnego zadowolenia padli sobie w ramiona. Miedwiediew będzie „jedynką” na liście wyborczej Jednej Rosji w grudniowym głosowaniu wyłaniającym skład Dumy, a następnie jedynym kandydatem w marcowym akcie przy urnie będzie Putin. Putin łaskawy, rozdający w zjazdowym przemówieniu podwyżki pensji i emerytur. „Oni chcą rządzić dożywotnio” – napisała niedawno Lilia Szewcowa z moskiewskiego centrum Carnegie. Nic nie wskazuje na to, by miała się pomylić.

A oni ćwiczą

O rosyjskiej armii media (i rosyjskie, i zachodnie) zwykły pisać w tonie prześmiewczo przerażonym: fala, zwyrodnialstwo, wybuchające magazyny z bronią, łapówkarstwo, złodziejstwo, demoralizacja, konserwy dla psów w ramach wyżywienia dla żołnierzy, stare odeszło, nowe nie przyszło, sprzęt się sypie, żołnierze tracą morale, zresztą każdy młody człowiek patrzy tylko, jak się od zaszczytnej służby w armii wymigać itd. O różnych barwach koszarowego życia, nieludzkich warunkach służby w „gorących punktach”, licznych przegięciach, przestępstwach, o samowolce, a także o niedzisiejszej, nie uwzględniającej głównych zagrożeń doktrynie wojennej czy wiecznych niedociągnięciach w planach modernizacji napisali wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek do czynienia z tematyką wojskową w publicystyce. Telewizyjne reportaże z wojskowych „obszczeżytij”, czyli domów mieszkalnych, w których dostają lokum zawodowi żołnierze i oficerowie, można pokazywać pod wspólnym tytułem „Jak hartowała się stal” – grzyb na ścianie, wspólna kuchnia i łazienka z poobijanymi miednicami i obtłuczoną glazurą, wszędzie suszące się pranie. Do tego niski żołd, niepewny byt, redukcje.

Wszystkie opisane zjawiska istnieją i niewątpliwie psują wizerunek armii rosyjskiej. Ale, właśnie, jest jedno zasadnicze „ale”: regularnie odbywające się od lat ćwiczenia armii rosyjskiej w różnych formułach „sojuszniczych” – przede wszystkim z Białorusią i pozostałymi krajami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ).

Armia, żeby być armią, musi ćwiczyć. To aksjomat.

Dwa lata temu przy naszej granicy odbyły się ćwiczenia rosyjsko-białoruskie Zapad-2009. Z wielkim rozmachem przeprowadzone, na dodatek z oprawą medialną porównywalną do oprawy ślubu księcia Williama. Dzisiaj czytam w „Niezawisimej Gazecie” sprawozdanie z ćwiczeń Centr-2011. Zaczęły się 19, potrwają do 27 września. Prezydent Miedwiediew w twarzowej panterce dowodzi. Generał Makarow ze sztabu generalnego przekazuje dane: „ćwiczenia odbywają się na przestrzeni 4,5 tys. km „po frontu” i tyleż w głąb – jednym słowem od Uralu do Pamiru. Bierze w nich udział 12 tys. żołnierzy i oficerów, 50 samolotów i śmigłowców, do tysiąca jednostek sprzętu bojowego, a także dziesięć okrętów flotylli kaspijskiej, jednostki i pododdziały armii naszych sojuszników z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Uczestników i sprzęt dostarczono 116 pociągami”. Jaki jest scenariusz ćwiczeń? „Etapy przeprowadzenia operacji specjalnych w zakresie lokalizacji konfliktów zbrojnych w rejonie kryzysu, wspólne działania wojsk lądowych i morskich we współdziałaniu z lotnictwem, kompleksami obrony przeciwlotniczej, regionalnymi jednostkami OMON i SOBR (jednostki specjalne)”. Każda z brygad ma wykonać od piętnastu do osiemnastu zadań. Trochę to enigmatyczne dla laika, ale te dane dają jako takie wyobrażenie o rozmachu przedsięwzięcia.

Jak pisze „Niezawisimaja”, ćwiczenia mają pokazać, na ile efektywne są reformy. Centr-2011 kończą cykl pomniejszych letnich ćwiczeń z udziałem wojsk Kazachstanu, Kirgizji i pozostałych uczestników OUBZ. Ćwiczyła marynarka wojenna na Pacyfiku, ćwiczyła obrona przeciwlotnicza. Komentujący ćwiczenia w rosyjskich mediach wojskowi podkreślali, że skoncentrowanie uwagi w ćwiczeniach Centr-2011 na Azji Środkowej nie jest przypadkowe – wiąże się z rosnącymi zagrożeniami na tym kierunku, spodziewanymi po wycofaniu sił sojuszniczych z Afganistanu i Iraku.

A więc ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia. Czy wszystkie udane? Czy to może tylko fikcja literacka? Tego nikt nie ujawnia. Oficjalnie prezydent jest zachwycony.

Co będą ćwiczyć w przyszłym roku? Po niedawnym spotkaniu sekretarza OUBZ Nikołaja Bordiuży z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką komentatorzy zwrócili uwagę, że coraz bardziej przyciśnięty do ściany Bat’ka wystąpił z propozycją reformy organizacji. „Chodzi nie tylko o użycie kolektywnych sił operacyjnego reagowania na wypadek ingerencji innych państw [na terytorium państw należących do OUBZ], ale o interwencję innych państw wewnątrz OUBZ. To będzie znaczne poparcie dla krajów, wchodzących w skład OUBZ. Dlatego że frontem nikt na nas nie pójdzie, nie zaatakują nas zbrojnie, natomiast jeśli chodzi o dokonanie przewrotu konstytucyjnego – wiele osób przestępuje z nogi na nogę” – oświadczył Łukaszenka po rozmowach z Bordiużą.

Czy to już prośba o bratnią pomoc?

 

Ballada o krótkim romansie

Miliarder Michaił Prochorow kilka miesięcy temu z fanfarami w głównych wydaniach programów informacyjnych został „zaprzynależniony” do partii Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa lub, jeśli wolicie, Sprawa Prawicy). Partia od kilku lat koczuje swoim niezdecydowanym taborem po obrzeżach sceny politycznej, z rzadka przydając się Kremlowi w charakterze dowodu na to, że w Rosji istnieje jakiś system partyjny, na dodatek zróżnicowany. Ów dziwny twór partyjny przechodził różne fazy przymiarek do przemieszczenia się bliżej środka sceny politycznej, ale bez powodzenia – nie było w partii ani wyrazistych postaci, ani pomysłu na to, czym ta partia ma być. Władzy specjalnie potrzebna nie była – kieszonkowe koncesjonowane partie i partyjki, które już są, to są, dekoracje stoją, aktorzy znają role, po co się w ogóle ruszać. Ale wygląda na to, że jakiś czas temu komuś ważnemu zachciało się zmienić te trochę nudne i zakurzone dekoracje przed nudnym i zakurzonym spektaklem pod tytułem „Wybory do Dumy”. Może. Dość że główny kremlowski inżynier dusz, kardynał Richelieu rozdający karty partyjnej klienteli Władisław Surkow pono wyraził chęć ożywienia martwego projektu partii Prawoje Dieło. Zaprosił pono Prochorowa i zaproponował, żeby ten stanął na czele partii i zrobił z niej okno wystawowe rosyjskiej suwerennej wielopartyjności. Prochorow z błyskiem w oku zabrał się do „rozkrutki” projektu. Otwarte drzwi studia telewizyjnego głównych stacji, dziennikarze proszący o wywiady, spotkania na uczelniach, szumne zapowiedzi walki o współudział w rządzeniu państwem. Niechciana (przez władze) partia ma w Rosji ciężkie życie – odnośne instancje jej nie rejestrują albo zakazują działalności pod różnymi pretekstami, liderów do telewizji nie dopuszcza się wcale, utrudnia się wynajęcie sali na zgromadzenia, czasem tłucze się przykładnie zwolenników organizujących pikiety i wiece, o pieniądzach nie ma mowy itd. Prawoje Dieło i jej nowo upieczony lider nie miały żadnego z tych problemów.

Prochorow dzielnie opowiadał pustkę, z wdziękiem mylił podstawowe pojęcia w polityce, zapowiadał, że na razie jest „drugą partią władzy” (a nie opozycją), ale niebawem będzie „pierwszą partią władzy”, która weźmie odpowiedzialność za kraj; jestem za, a nawet przeciw. Ale na ekranie telewizora prezentował się ładnie – wysoki, przystojny, doskonale ubrany. Umiał trzymać mikrofon, zawsze miał przygotowane jakieś cytaty z literatury, jakiś rozluźniający żart. Wydawało się, że ma już zagwarantowane swoje kilka procent w imitowanych wyborach. Na zjeździe partii 14-15 września miały zapaść decyzje kadrowe i być przyjęta strategia przedwyborcza. I nagle – o masz, zjazd wyślizgał Prochorowa! Delegaci przegłosowali, że przewodniczącym zostanie niejaki Dunajew. No i tyle, proszę państwa. Do widzenia, Michaile Dmitrijewiczu. Pieniądze? Ach, tak, pan dał swoje prywatne pieniądze na kampanię, na partię. Nie ma się o co spierać, jakieś kilkaset milionów rubli zaledwie. Dobrze, dobrze, zwrócimy.

Frycowe zapłacę, proszę bardzo, ale będę walczył! – zacietrzewił się Prochorow, któremu nagle spadły z oczu łuski i dostrzegł, i wypowiedział głośno, że zasiadł do kart z szulerem. Surkow pociąga za sznurki w teatrze marionetek, a to nieuczciwa gra – tak powiedział.

O co chodzi? Niektórzy mówią, że o pieniądze. Ale tym razem chodzi, jak się zdaje, nie tylko o nie. Może Prochorow uwierzył w to, że faktycznie może sam o czymś zdecydować (choćby o tym, kto będzie startował z list jego partii w wyborach, zaprosił nawet publicznie do startu z jego listy Ałłę Pugaczową). A może ta pierwsza niewinna próba samodzielności była już wystarczającym sygnałem dla „kremladzi”, by ukrócić samowolkę bogacza. To jedna strona, może mniej ważna. O drugiej stronie mówią ci, którzy lepiej znają kremlowską kuchnię. Formowanie list wyborczych jest w tej chwili najważniejszym zadaniem ludzi obsługujących grupę trzymającą władzę. A w tej grupie są podgrupy, które ze sobą rywalizują i dlatego przy tych listach dzieją się różne ciekawe rzeczy. W Dumie musi zasiąść określona liczba deputowanych, którzy posłusznie będą działać i głosować, realizując zamiary władzy. Za sznurki przy tworzeniu list pociąga poza Surkowem Wiaczesław Wołodin, wierny pretorianin Putina, który, jak wieść gminna niesie, wykreśla ludzi Surkowa z listy Jednej Rosji (na razie pierwszej i jedynej „partii władzy”) i wpisuje tam swoich ludzi. Prawoje Dieło miało być zapasowym rezerwuarem „listy Surkowa” i zapewnić wprowadzenie do Dumy co najmniej 35 posłów. Ale Prochorow też chciał umieścić na swoich listach swoich ludzi. No i powstała „nieprzyjemnościunia”, jak mawiał Wiech. Surkow postanowił pozbyć się Prochorowa i na zjeździe posłuszne Surkowowi myszy zjadły Popiela bez dania racji. Ale generalnie i tak cały projekt się zawalił i Surkow przegrywa w walce z Wołodinem.

Jak to było i kto kogo wystrychnął na dudka? Może się tego nigdy nie dowiemy, a może w pośredni sposób coś sobie wywnioskujemy w grudniu po akcie przy urnie i podaniu wyników tej specoperacji. Przy sprawie lansowania i zatapiania Prochorowa można było trochę podejrzeć, jak działają kucharze kremlowskiej kuchni, te zabiegi, te przedbiegi.