Archiwa kategorii: Bez kategorii

Spleśniała wdzięczność

27 lutego. Takich historii nie opowiada się Rosjanom w telewizyjnych programach informacyjnych i publicystycznych. Rosyjska telewizja jest nieustannie zajęta aktywnością prezydenta, zaniepokojona ponad miarę sytuacją przedwyborczą na Ukrainie i upojona doniesieniami o mocy rodzimego oręża, którym można z łatwością zaatakować terytorium Amierikosów-Pindosów.

Ale takie historie się dzieją. Ciągle się dzieją.

Historia pierwsza. Kilka dni temu uczeń ósmej klasy Daniił Mielnik ze wsi Klimowo w obwodzie briańskim w europejskiej części Federacji Rosyjskiej wracał ze szkoły. Zobaczył, że małe dzieci wbiegły na cienki lód na rzece, pod jednym z dzieci lód się załamał, berbeć wpadł do wody. Daniił wskoczył i z poświęceniem uratował tonącego. Po pewnym czasie skontaktowała się z nim przedstawicielka partii LDPR (Władimira Żyrinowskiego) i zapewniła, że partia chciałaby wyrazić wdzięczność za uratowanie młodego życia. I wyraziła. Daniił otrzymał paczkę, a w niej gadżety z symboliką partii, przybory szkolne i wojskową rację żywnościową. Widocznie dla wzmocnienia patriotycznego ducha. „Kiedy zajrzałem do opakowania racji żywnościowej, włosy stanęły mi dęba” – napisał Daniił w mediach społecznościowych. Paczka zawierała bowiem spleśniałe specjały. „Dziękuję partii LDPR za podarunki! Proszę sobie wyobrazić, jak ja się czuję, otrzymawszy takie dowody wdzięczności”. Gdy sprawa nabrała rozgłosu, miejscowi parteigenossen Władimira Żyrinowskiego próbowali jeszcze na dobitkę obciążyć matkę Daniiła odpowiedzialnością za wyżej wzmiankowany rozgłos.

Szczodrość władz partyjnych i państwowych w Rosji niejedno ma imię. Niedawno zasłużona emerytka w obwodzie włodzimierskim została obdarowana przez władze zestawem pogrzebowym. W mieście Bolszoj Kamień w Kraju Nadmorskim (Daleki Wschód) małżonkowie, którym urodziły się trojaczki, zostali uhonorowani przez władze miasta pamiątkową tablicą z miniaturą płaskorzeźby ku czci poległych żołnierzy. Najwidoczniej tak na dobrą wróżbę. Co roku, gdy zbliża się Dzień Zwycięstwa, mnożą się materiały prasowe i telewizyjne o rozlicznych podarunkach dla weteranów wojny. Od wielu lat władze obiecują, że każdy weteran zostanie obdarowany zgodnie z potrzebami, każdy będzie godnie mieszkał, jadł i leczył się. Gdyby te obietnice faktycznie były spełniane, to weterani powinni żyć jak w raju. Tymczasem co rusz wychodzą na jaw jakieś afery. A to weteran sam mieszka w rozwalającej się chacie, nie ma opału, nie ma co jeść. A to w ramach pakietów podarunkowych frontowcy otrzymują przeterminowany olej, puszkę szprotek i uścisk dłoni prezesa, który właśnie zbudował sobie siódmą willę nad pobliskim jeziorem.

Historia druga. Karelia. Deputowany miejscowej legislatury Igor Niekin napisał czerwoną farbą na gigantycznej zaspie: „Putin, pomóż uprzątnąć tę kupę!”. Władze zareagowały natychmiast. Nie, nie ruszyły z łopatami, aby śnieg usunąć z ulicy. Uznały akcję Niekina za „próbę zdyskredytowania władzy”. Deputowany utrzymuje, że chciał po prostu zwrócić uwagę władz na to, że góra śniegu zalega na środku ulicy i nikt nie ma najmniejszej ochoty na jej uprzątnięcie, tymczasem w zeszłym roku zalegający śnieg, gdy wiosną się rozpuścił, zatopił pobliskie domy. Administracja zareagowała momentalnie, donosząc na deputowanego na policję, że dopuścił się czynu chuligańskiego, umieszczając na zaspie wielki napis. Śledztwo trwa.

To dzisiejsze doniesienia. Podobne historie dzieją się co dzień. Ciąg dalszy nastąpi niestety już jutro.

Biały proszek na Zielonym Przylądku

9 lutego. Dwunastu rosyjskich marynarzy płynęło statkiem „Eser” pod panamską banderą z Ameryki Południowej do Maroka. Jeden z nich, najprawdopodobniej starszy oficer, zachorował i zmarł. Postanowiono zawinąć do najbliższego portu – stolicy Republiki Zielonego Przylądka, Praia. Tam na pokład wkroczyła policja, powiadomiona przez Maritime Analysis and Operations Centre i znalazła 9,5 tony kokainy.

Marynarzy zaaresztowano pod zarzutem kontrabandy narkotyków, choć zarzekali się, że nie mają pojęcia o białym ładunku, który przewoził ich statek.

„Eser” został zbudowany 34 lat temu, początkowo nosił imię „Święta Helena”. Do 2013 roku pływał pod niemiecką banderą. Od sześciu lat właścicielem statku jest turecka firma, armatorem zaś panamska Step Shipping Corp. Kto wynajął statek i załadował kontenery z narkotykami? Nie bardzo wiadomo. Jak pisze „Nowaja Gazieta”, w rejestrach figurują jakieś ewidentnie wymyślonenazwiska: Haluk Buzluk i Huseyin Turkmen.

Minął tydzień. Na stronie internetowej rosyjskiej ambasady w Praia ukazała się skąpa wzmianka o konsularnej pomocy dla aresztowanych marynarzy. I już. Żadnych komunikatów rosyjskiego MSZ, żadnych zwyczajowych krzyków gadających głów w codziennych politycznych talk show w telewizji, że „naszych biją” i niewinnych w ciurmie zamknęli. W mediach społecznościowych wyliczano, że wartość zarekwirowanego narkotyku – około półtora miliarda dolarów – wystarczyłaby na długi czas na pokrycie wydatków na szpitalnictwo.

Zatrzymanie tak ogromnej partii kokainy na statku z rosyjską załogą zainteresowało wielu komentatorów. Rok temu miał miejsce gigantyczny skandal, gdy w ambasadzie Rosji w Argentynie odkryto walizki wyładowane kokainą, które miały być wyprawione samolotem do Europy jako bagaż dyplomatyczny (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/02/25/niedyplomatyczna-poczta-dyplomatyczna/). Wtedy chodziło o prawie czterysta kilogramów. Teraz wpadło 9,5 tony. To jedna z największych wpadek handlarzy narkotyków w historii.

Igor Ejdman, mieszkający od lat w Niemczech rosyjski socjolog, znawca kremlowskich praktyk, nie ma wątpliwości, że w przemyt zamieszane są wysokie rosyjskie czynniki. „Kontrabanda kokainy to jedna ze specjalizacji putinowskiego klanu jeszcze z czasów bandyckiego Petersburga lat dziewięćdziesiątych. Ludzie w mundurach zajmują się tym nadal. To oręż wojny hybrydowej wobec europejskich elit politycznych i biznesowych” – napisał na swoim profilu w FB.

Natomiast zdaniem Artioma Krugłowa (rozmowa na stronie Radia Swoboda: https://www.svoboda.org/a/29758933.html), to kokaina kartelu Kinahana, wożącego narkotyki z Ameryki Południowej do Europy i zbywającego je europejskim gangom. A rosyjska narodowość marynarzy jest przypadkowa (zwykle statki z narkotykami obsługują tureccy bandyci). Krugłow twierdzi natomiast, że ochroniarzami Kinahana są Rosjanie, ludzie wywodzący się z GRU.

Senator wypadł z łaski

2 lutego. To była scena jak z politycznego thrillera. Poranne obrady izby wyższej rosyjskiego parlamentu, Rady Federacji. Przewodnicząca Walentina Matwijenko otwiera posiedzenie. Senatorowie przygotowują się spokojnie do drzemki. Ale nie zdążają nawet umościć się w fotelach, gdy Matwijenko ogłasza nieoczekiwanie zamknięcie posiedzenia. To oznacza, że transmisja z sali obrad nie będzie dostępna dla prasy. Na sali tymczasem dzieją się rzeczy nadzwyczajne. Pojawiają się prokurator generalny Czajka i przewodniczący Komitetu Śledczego Bastrykin. Część senatorów ostatecznie budzi się z zawodowej śpiączki, część łapie za serce, część przygotowuje sobie w głowach mowę obrończą. Czajka wyczytuje jedno nazwisko: Rauf Araszukow. Najmłodszy senator, lat 32. Ale już wielce zasłużony, znany przedstawiciel znanego rodu z dumnej północnokaukaskiej Karaczajo-Czerkiesji. Araszukow zrywa się z miejsca i wbiega schodami na górę, ku wyjściu. Walentina Matwijenko przywołuje go do porządku (jak donoszą media „lodowatym głosem”): A dokąd to? Araszukow zostaje i poddaje się rytuałowi zatrzymania.

Wiozą go do aresztu śledczego Lefortowo, gdzie pan senator oznajmia, że uprzejmie dziękuje za darmowe więzienne zupy, jeść tego nie zamierza. A co zamierza? Zamierza się bronić. Na razie idzie mu niesporo. Na przesłuchaniu zaczyna od tego, że domaga się tłumacza, gdyż, jak twierdzi, nie włada w wystarczającym stopniu językiem rosyjskim. A zarzuty wobec niego są nieliche: zlecenie dwóch zabójstw. Dla uzupełnienia obrazu dodam, że senator reprezentował w Radzie Federacji partię władzy Jedna Rosja. A zabójstw dokonano dziewięć lat temu (dawne czasy, gdy Araszukow „udzielał się” w ustalaniu podziału władzy w rodzimej Karaczajo-Czerkiesji).

Równolegle rozgrywa się sponiewieranie ojca senatora, Raula Araszukowa, gazowego bossa, któremu przedstawiono zarzut sprzeniewierzenia 20 mld rubli (według innych źródeł – 10 mld, według jeszcze innych – 30 mld).

Nagranie z rewizji u Araszukowa jest hitem rosyjskich internetów, kupa pieniędzy, złoto, brylanty, imponująca kolekcja białej broni: https://echo.msk.ru/blog/day_video/2362337-echo/

Co się nagle stało, że cichy senator, który ani razu nie zabrał głosu w ciągu półtora roku trwającej kadencji, spokojnie sobie biegał z telegwiazdą Tiną Kandełaki dla nabrania linii (bez widocznych rezultatów), nie wadził nikomu, nagle wpadł w oko najwyższych federalnych czynów służących Temidzie? Internetowy portal Ura.ru podaje wersję, że dzielni dżygici z Czerkiesji nadepnęli na odcisk Ramzanowi Kadyrowowi (https://ura.news/articles/1036277434). Araszukow senior rządzi regionalnym gazem na Kaukazie Północnym. Kadyrow chciał anulować długi mieszkańców Groznego za gaz (9 mld rubli), a firma Gazprom Mieżriegiongaz (gdzie Raul Araszukow jest doradcą) tej przyjemności mu odmówiła. Do tego doszły jeszcze jakieś rozgrywki klanu Araszukowów w rodzimej republice. Kuzyni Kadyrowa i Araszukowa, dzielący pokojowo biznes drogowo-komunikacyjny, poróżnili się. No i teraz będzie rozliczenie.

Casus Araszukow wiele mówi o stanie rosyjskich elit – jak się robi kariery, jak się kariery łamie. Senatorem zostaje młody zdolny syn gazowego bossa po sześciu klasach szkoły podstawowej, który nie zna rosyjskiego, za to dobrze się bawi w towarzystwie artystów i polityków. Dopiero po dziewięciu latach biorą go za klapy pod zarzutem zlecenia zabójstw. I dopiero w tym momencie wszystkie do tej pory szczelnie otaczające Araszukowa juniora osoby dostrzegają jego wady. Araszukow senior też był dobrze znany i w Karaczajo-Czerkiesji, i w Moskwie. Dostał ordery od patriarchy Moskwy Cyryla. Patriarcha też nagle przejrzał na oczy, że odznaczył niegodną osobę i Ordery Św. Daniela Araszukowowi odebrał.

„Aresztowanie klanu Araszukowów nie jest przypadkowe ani nie jest akcją PR. To skutek zaostrzenia walki pomiędzy kryminalnymi grupami we władzach regionalnych i federalnych – pisze Igor Ejdman. – Walka toczy się o zawiadywanie pieniędzmi, o dorwanie się do możliwości bogacenia się ze środków pochodzących z surowców i z budżetu państwa. W tej walce federalni (putinowscy czekiści i ich partnerzy) wygrywają. […] W Gazpromie federalni (Miller i spółka) najwidoczniej postanowili odciąć ludzi z Kaukazu, Araszukowów, od rzeki pieniędzy. Bo pieniędzy jest coraz mniej, federalnym zaczyna nie wystarczać”.

Kreml patrzy na Wenezuelę

26 stycznia. „Rosja nie będzie bronić Nicolasa Maduro, gdyż jako jedyny prawowity prezydent Wenezueli nie wymaga [z naszej strony] obrony” – to słowa ambasadora Rosji przy ONZ. Czy rzeczywiście? Reuter, a za nim wiele światowych mediów, podał informację, że do Caracas przybyło kilkuset Rosjan, najprawdopodobniej najemników z „grupy Wagnera” lub innych prywatnych firm wojskowych, którzy mają chronić sojusznika Kremla. Ambasada Rosji w Caracas zdementowała te doniesienia.

Kilka słów o tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach w odległej Wenezueli. Kraj od wielu miesięcy pogrążony jest w głębokim kryzysie. Regularnie dochodzi do wielotysięcznych protestów. Do fatalnej sytuacji gospodarczej doszedł jeszcze potężny kryzys polityczny. Przed trzema dniami na fali kolejnego wielkiego protestu przewodniczący parlamentu Juan Guaido ogłosił, wobec braku legitymacji władzy Nicolasa Maduro (parlament nie uznał legalności jego inauguracji poza parlamentem po sfałszowanych wyborach), że jest jedynym prawowitym prezydentem do czasu rozpisania nowych demokratycznych wyborów, złożył przysięgę. Guaido uznały niemal wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej, a także USA i Kanada, przedstawiciele UE dali Maduro osiem dni na ogłoszenie nowych wyborów prezydenckich, jeżeli to nie nastąpi, Bruksela uzna Guaido. Minister spraw zagranicznych Wenezueli nazwał to stanowisko ultimatum, które władze jego kraju mogą tylko odrzucić.

Rosyjskie media miały gotową wersję: to kolejny plan złowieszczego Waszyngtonu, aby pozbawić władzy prawowitego prezydenta, który nie jest po myśli USA. A Wenezuela ma prezydenta i nowego nie potrzebuje. Dziś powtarzano, że Wenezuela ma także armię, która jednoznacznie popiera Maduro, więc spoko. Maduro ogłosił, że żadnych nowych prezydentów nie uznaje, choć generalnie jest gotów „spotkać się z tym chłopczyną [Guaido] nawet o trzeciej w nocy”. Zaapelował do Rosji, aby w razie czego stała się pośrednikiem w ewentualnych rozmowach.

Kreml zachowuje na razie kamienną twarz pokerzysty. Władimir Putin zadzwonił do Maduro i zapewnił, że nadal uważa go za prezydenta i swojego kumpla. Sekretarz prasowy Putina zakomunikował, że władze Rosji śledzą rozwój wydarzeń w Wenezueli, a próbę uzurpowania władzy uznają za pogwałcenie prawa międzynarodowego. Pytanie dziennikarza, czy Rosja udzieli Maduro azylu, uznał za „nie na miejscu”. Zaraz w mediach społecznościowych pojawiły się przypuszczenia, że drug Nicolas niebawem dołączy do druga Wiktora [Janukowycza] w Rostowie. Pojawiły się też spekulacje, ile Moskwa umoczy w razie przegranej swojego pupilka, bo przecież koncern Rosnieft’ jest mocno zaangażowany w interesy naftowe w Wenezueli, zaraz też podsumowano, że rosyjskie kredyty – ok. 17 mld dolarów – zapewne w tej sytuacji będą nie do odzyskania. Większe i bardziej dolegliwe skutki mogą mieć zawirowania na rynku ropy wywołane sytuacją w Wenezueli. Moskwa wypłaciła Wenezueli kredyty również na zakup broni. Na Kremlu może więc panować niepewność.

Jak to w rosyjskich bajkach dyplomatycznych bywa na scenę zostali wypuszczeni przez Kreml harcownicy. Na przykład wiceminister spraw zagranicznych Riabkow zaczął zawodowo straszyć Stany Zjednoczone, aby nie śmiały wykorzystać w Wenezueli scenariusza militarnego. Przypomniał, że Wenezuela jest sojusznikiem Rosji i Rosja będzie „stać z nią w jednym szeregu”.

Igor Jakowienko w internetowym „JŻ” napisał: „Oświadczenia Putina i jego otoczenia, że wydarzenia w Wenezueli to rezultat zewnętrznej ingerencji, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a jedynie są odbiciem tych procesów, które dokonują się w głowach tych ludzi. Boliwariańska rewolucja, rozpoczęta przez Chaveza, a kontynuowana przez Maduro, doprowadziła kraj, będący światowym liderem, jeśli chodzi o zasoby ropy naftowej (18% światowych zasobów, dla porównania Arabia Saudyjska – 16%, Rosja – 5,3%) do inflacji wynoszącej 800% i do tego, że dziesiątki tysięcy obywateli zmuszone są do zakupu podstawowych artykułów w sąsiedniej Kolumbii”. Zdaniem Jakowienki, Rosja będzie szła w zaparte, a poparcie Maduro może ją drogo kosztować. Już kosztuje, bo akcje Rosniefti spadają. Zobaczymy.

Na koniec wywód Gleba Kuzniecowa, w którym wyjaśnia on kulisy wenezuelskiej polityki. „Kluczową postacią [w Wenezueli] jest nie Maduro, a Diosdado Cabello, związany z Chavezem, potem z Maduro, od 1992 r., polityk, wice-, potem szef partii socjalistycznej, były wiceprezydent, były minister. I – jak spekulują media w Wenezueli – jeden z szefów kartelu narkotykowego Los Soles”. Cabello jest obecnie najważniejszym obrotowym, prowadzi zakulisowe rozmowy z politykami, a przede wszystkim wojskiem, urabia generałów, opowiada, że kontaktuje się z Guaido (co Guaido dementuje). „Cabello nie ma życia poza chavizmem, jest objęty amerykańskimi sankcjami za handel narkotykami i podejrzewany o organizowanie zamachu na senatora Marco Rubio – krytyka wenezuelskich władz. […] O ile Chavez popierał handel narkotykami ideowo jako metodę walki z USA i starał się raczej korzystać z usług FARC niż osobiście angażować się w trafik, to po jego śmierci wenezuelscy generałowie sami się zabrali za narkotykowy proceder. Dlatego generalicja będzie stać murem za Maduro, bo jest on gwarantem tego biznesu”. Nie ropa naftowa, a trafik narkotykowy jest dziś – jak twierdzi Kuzniecow – podstawą funkcjonowania elit kraju, fundamentem ich dobrostanu. I dlatego są słabe szanse na to, że w wenezuelskiej polityce coś się zmieni.

Córka poety

13 stycznia. Była jedyną spośród rodzeństwa, która pamiętała ojca. O swojej najstarszej córce Aleksander Puszkin w przeddzień jej chrzcin napisał: „Mała litografia z mojej osoby”. Współcześni, którzy znali Marię Puszkinę-Hartung, twierdzili jednak, że to mieszanka wybitnej urody matki, Natalii i egzotycznych rysów ojca zadecydowała o oryginalnej urodzie Marii. Lew Tołstoj, który poznał Marię w Tule podczas jednego z przyjęć, był pod tak wielkim wrażeniem jej uroku, że uwiecznił jej rysy w swojej słynnej bohaterce, Annie Kareninie.

Maria otrzymała staranne wykształcenie, biegle posługiwała się francuskim i niemieckim. Po ukończeniu szkół została frejliną carycy Marii Fiodorowny (żony Aleksandra II). W wieku 28 lat została żoną generała Leonida Hartunga. Przeniosła się pod Tułę, gdzie Hartung służył w carskich stajniach. Tam spędziła piętnaście szczęśliwych lat. Generał został pomówiony o sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy, zastrzelił się w sali sądu. Zostawił list pożegnalny, w którym twierdził, że niczego nie ukradł i że wybacza wrogom. Śmierć męża była wielkim ciosem dla Marii, przekonanej o jego niewinności.

Uczestniczyła w upamiętnianiu spuścizny ojca. Udzielała się jako opiekunka miejskiej czytelni w Moskwie (obecnie Biblioteka imienia Puszkina). Wiadomo, że po rewolucji zamieszkała w Moskwie, w wynajmowanym umeblowanym pokoju w Zaułku Sobaczym (zniknął z mapy miasta, gdy budowano Nowy Arbat). Żyła w nędzy. Krewni i znajomi wystarali się o rentę dla niej – komisarz oświaty Anatolij Łunaczarski osobiście zabiegał o środki. Zmarła z głodu w marcu 1919 r., nie doczekawszy tych pieniędzy. Spoczęła na cmentarzu Dońskim w Moskwie. Na nagrobku widnieje napis „Córka Poety”.

W ostatnich latach życia często przychodziła pod pomnik ojca na Bulwarze Twerskim. Siadała na ławeczce i godzinami siedziała w samotności, wpatrując się w sylwetkę Aleksandra Siergiejewicza.

(Korzystałam z publikacji http://www.izbrannoe.com/news/lyudi/zhizn-i-smert-marii-gartung-docheri-aleksandra-pushkina/, https://sadalskij.livejournal.com/589571.html , https://dear-madam-p.livejournal.com/105668.html , wzmianki w rosyjskiej Wikipedii).

Afrykańskie tajemnice kucharza Putina

11 stycznia. Wokół śmierci trzech rosyjskich dziennikarzy/filmowców w Republice Środkowoafrykańskiej unosi się wielki obłok nieprzyjemnych pytań. Czy na którekolwiek uda się znaleźć odpowiedź? Tak zakończyłam pisaną w sierpniu wzmiankę (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/08/01/ichtamniet-afryka-dziennikarze/) na temat tragicznej śmierci w niewyjaśnionych okolicznościach trzech rosyjskich dziennikarzy, którzy wybrali się do Republiki Środkowoafrykańskiej, aby dowiedzieć się, co tam robią rosyjscy najemnicy z tzw. grupy Wagnera. I oto teraz związane z Michaiłem Chodorkowskim centrum Dossier podaje do publicznej wiadomości materiały, w których próbuje odpowiedzieć na niektóre z tych nieprzyjemnych pytań. Materiały zostały opublikowane przez niektóre rosyjskie media opozycyjne (m.in. „Nowaja Gazieta”). Własną wersję wydarzeń przedstawił też dziś  – niejako wywołany do tablicy publikacjami Dossier – Komitet Śledczy, co zrelacjonowała rosyjska telewizja państwowa, kładąc główny akcent na winę Chodorkowskiego za śmierć dziennikarzy.

Dla przypomnienia: Orhan Dżemal, Aleksandr Rastorgujew i Kiriłł Radczenko pojechali pod koniec lipca 2018 r. do Republiki Środkowoafrykańskiej, realizowali tam zamówienie Centrum Śledczego finansowanego przez Chodorkowskiego. Mieli zebrać materiały na temat grupy Wagnera, związanej z tajemniczą postacią kremlowskiej kuchni, Jewgienijem Prigożynem, biznesmenem zwanym kucharzem Putina. Nazwisko Prigożyna pojawia się permanentnie w publikacjach mediów opozycyjnych i zachodnich dotyczących finansowania fabryki trolli, szkolenia najemników, a ostatnio także w kontekście rozmów na Kremlu delegacji polityków i wojskowych z Libii.

Rosyjska telewizja powtórzyła dzisiaj za Komitetem Śledczym to, co kilka miesięcy temu komunikował rosyjski MSZ: dziennikarze wybrali się do jednego z najbardziej niebezpiecznych krajów Afryki bez akredytacji i należytego zabezpieczenia: „Chodorkowski zaoszczędził na kosztach”. W drodze do celu ich podróży zostali napadnięci i ograbieni z drogiego sprzętu przez bandytów. Chodorkowski nawet nie zapłacił za sprowadzenie ich ciał do Rosji, musiał zapłacić MSZ. Tyle.

A co odkryło Dossier pod kierunkiem Siergieja Kaniewa (dziennikarza, który w obawie o własne bezpieczeństwo wyjechał kilka miesięcy temu z Rosji)? Według danych dziennikarskiego śledztwa Dżemal, Rastorgujew i Radczenko od momentu przylotu do Afryki byli pod kontrolą miejscowego żandarma, który koordynował swoje działania z podwładnym/podwładnymi Prigożyna i kontrolował kierowcę, który wiózł dziennikarzy. Dossier dotarło do bilingów z telefonów kierowcy i żandarma, wynika z nich, że ich rozmówcą był też Walerij Zacharow, doradca prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej ds. bezpieczeństwa, związany uprzednio ze strukturami Jewgienija Prigożyna (wiele szczegółów na temat bilingów, a także afiliacji Prigożyna można znaleźć na stronie Grani.ru: https://graniru.org/Politics/Russia/m.274629.html lub BBC: https://www.bbc.com/russian/news-46820833).

Dlaczego dziennikarze zostali zabici? „Nowaja Gazieta” wysuwa przypuszczenie, że mieli oni okazję podczas swojej podróży do Republiki Środkowoafrykańskiej dotrzeć do powiązań pomiędzy Prigożynem, wagnerowcami a firmami ciągnącymi zyski z eksploatacji bogactw naturalnych. A więc do spraw, które w założeniu osób w brudne interesy zaangażowanych powinny pozostać ukryte. Dużo szczegółów w artykule „Nowej Gaziety” https://www.novayagazeta.ru/articles/2019/01/10/79135-hronika-horosho-podgotovlennoy-smerti?fbclid=IwAR2maUUPH51FcICIwXIJfST5lk9E4wGW0_1Xa9rdhw3eT3MQ1CV0XJNg3JA

Bloomberg sugeruje, że Prigożyn jest osobą delegowaną przez Kreml do badania i przygotowywania afrykańskiego gruntu, jego ludzie pracują w kilkunastu krajach Czarnego Lądu. Chodzi o zbudowanie wpływów w miejscach, gdzie znajdują się złoża. Afrykańscy partnerzy Moskwy zapewne mogliby też kupować od niej broń i sprzęt. Osadzając się w Afryce, Rosja zyskałaby atut w globalnej rozgrywce z Zachodem. Kreml pracuje obecnie nad organizacją pierwszego szczytu Rosja-Afryka z udziałem pięćdziesięciu państw afrykańskich. Jak mawiał Siergiej Bodrow w programie z czasów pierestrojki „Wzglad”: wszystko dopiero się zaczyna.

Niech się spełni

31 grudnia. Nowy Rok pozostaje dla Rosjan najważniejszym świętem w roku, świętem rodzinnym, obchodzonym w kręgu najbliższych. Ani następujące tydzień później Boże Narodzenie, ani Wielkanoc, ani żadne ze świąt państwowych nie są w stanie konkurować z powitaniem Nowego Roku. W każdym domu ubiera się choinkę, a pod nią układa prezenty. Co w tym roku znajdą Rosjanie pod noworocznym drzewkiem?
Kilka tradycyjnych prezentów. Od telewizji dostaną obowiązkową emisję wiecznej komedii romantycznej Eldara Riazanowa „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem (w tym roku jest w siatce Pierwszego Kanału – stacji o największym ogólnokrajowym zasięgu). Od prezydenta Putina – zapewnienie, że Rosja jest świetnie uzbrojona i właśnie odpala w Amerykę nową rakietę, to znaczy w każdej chwili może odpalić, bo próba poligonowa się udała, a animacje komputerowe ładnie prezentują się na ekranie. Od rodziny i przyjaciół – kilka drobiazgów i sałatkę Olivier, bez której nie może się obejść żadna noworoczna biesiada.
W ubiegłych latach opisywałam na blogu tradycje kulinarne związane z Nowym Rokiem: wzmiankowaną wyżej sałatkę Olivier (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/12/31/z-biegiem-lat-z-biegiem-dni/), śledzika pod kołderką (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/12/31/sledzik-pod-kolderka/) czy rybę w galarecie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/12/31/zolty-pies-w-galarecie-czyli-wkraczamy-w-rok-2018/). Tym razem odejdę od stołu, aby zapoznać Państwa z tradycją wypowiadania życzeń, które mają się spełnić w Nowym Roku.
To nie są noworoczne postanowienia, choć zapewne bardziej praktyczni obywatele korzystają z okazji, aby wypowiedzieć właśnie takie życzenia mające poprawić ich życiową kondycję, w rodzaju: chciałbym/chciałabym schudnąć dwadzieścia kilo, jednocześnie codziennie jedząc torty czekoladowe na kolację. Ci lepiej zorganizowani, a może mający większe potrzeby, trenują wariant: dwanaście uderzeń zegara – dwanaście życzeń. Punktualnie o północy, gdy bije zegar na kremlowskiej wieży i cały kraj słucha miarowych uderzeń kurantów za pośrednictwem telewizji i radia, wypowiadają (lub tylko wymieniają po cichu w myślach) dwanaście życzeń. To program maksimum.
Ludowe obyczaje podpowiadają, jakich można użyć „wzmacniaczy”, aby życzenie obowiązkowo się spełniło. Jednym ze sposobów jest dosypanie do szampana popiołu pozyskanego z karteczki, na której przed północą zapisało się swoje marzenia, wraz z wybiciem północy karteczkę należy podpalić, a spopieloną skrzętnie zebrać i umieścić w kieliszku. Czy życzenie się spełni? Nauka milczy na ten temat, natomiast szampan lub inny napój z bąbelkami będzie miał posmak zgliszczy. Czego się jednak nie robi, aby zaczarować los. Można się wszelako obejść bez ognia, a poprzestać na pochyleniu głowy nad kieliszkiem z „igristym” i wypowiedzeniu skrytych pragnień. Półgłosem, w duchu lub głośno. Nieważne. Ważniejsza jest dalsza część obrzędu: szampana, któremu powierzyło się życzenia do spełnienia, należy kilkakrotnie przelać z jednego kieliszka do drugiego. Jeżeli przy tej operacji rozlało się parę kropel – życzenie się spełni, natomiast gdy rozlało się połowę zawartości (no, przecież ręce się trzęsą, wszak chodzi o najważniejsze w życiu sprawy), to sukces nie jest pewny.
W poradniku dla tych, którzy lubią w sylwestrową noc ułożyć sobie życie dzięki zaklęciom, jest jeszcze kilka murowanych sposobów na szczęście. Do kieliszka z szampanem należy włożyć przedmiot symbolizujący plan, który ma dojść w tym roku do skutku. Gdy zacznie bić zegar, trzeba się skupić: odliczyć jedenaście uderzeń, a wraz z dwunastym – wypić płyn, jednak przedmiotu przy tym nie połknąć. Trochę ryzykowny wariant, zwłaszcza jeśli symbol ma ostre kanty.
Z pomocą dla tych, którzy bardzo chcą, aby ich życzenie się spełniło, przychodzi Internet, np. tutaj można znaleźć skrupulatnie spisane porady: http://fortunagid.com/mechty/kak-zagadat-zhelanie-na-novyj-god albo tu: https://www.kp.ru/putevoditel/sovety-dlya-roditelej/kak-pravilno-zagadat-zhelanie-na-novyj-god/ Trudno uwierzyć, ale niektórzy podchodzą do tych pomysłów ze śmiertelną powagą i skrupulatnie stosują się do rad.
Szanowny Państwo! Życzę, aby w nadchodzącym roku wszystkie Państwa życzenia spełniły się w stu procentach! Szczęśliwego Nowego Roku!

Putin drwi z parafii stambulskiej

23 grudnia. Kilka lat temu utrwaliła się nowa świecka kremlowska tradycja: pod koniec roku Władimir Putin spotyka się z dziennikarzami na wielkiej konferencji prasowej. Dziennikarze z różnych stron Rosji i różnych stron świata zadają przewidywalne pytania i otrzymują przewidywalne odpowiedzi. Zwykle zdarza się w zalewie banału jakaś ciekawostka. W tym roku w czterogodzinnym monologu Putina na uwagę zasłużyła wypowiedź na temat zjednoczenia ukraińskich Cerkwi i emancypacji nowej Cerkwi od patronatu Moskwy.

Autokefalia ukraińskiego prawosławia wywołuje w Rosji niesłychane emocje, padają mocne słowa. Jeszcze przed soborem zjednoczeniowym (15 grudnia w Kijowie) patriarcha Moskwy Cyryl wysłał list do papieża Franciszka i głów innych wyznań, do sekretarza generalnego ONZ i przewodniczącego OBWE. Skarżył się w nim, że na Ukrainie dochodzi do łamania praw duchownych i wiernych należących do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego, do ingerencji władz w sprawy Cerkwi, zwracał uwagę na spodziewane ekspropriacje obiektów sakralnych należących do Cerkwi moskiewskiej obediencji, głównie niepokoił się o los Ławry Kijowsko-Peczerskiej i Poczajowskiej. Jeden z najważniejszych hierarchów moskiewskiej Cerkwi, metropolita Hilarion nazwał ukraiński sobór zjednoczeniowym „zbójeckim łżesoborem”, a jego uczestników – „judaszami”. Dwaj biskupi Cerkwi podległej Moskwie, którzy wzięli udział w soborze zjednoczeniowym w Kijowie, zostali obłożeni anatemą. W programach telewizyjnych dyskutanci codziennie krzyczą i z rozpłomienionymi oczyma dowodzą, że nowa ukraińska Cerkiew to raskolnicy, niegodziwcy i zdrajcy. No i jest jeszcze ręka Waszyngtonu w tym spisku, wiadoma to rzecz. Jeden z naczelnych kapłanów telewizyjnego putinizmu Władimir Sołowjow podenerwowany mówił o Filarecie (patriarcha kijowski) per „Miszka Denysenko”. Emocje sięgały zenitu. Z kolei zwolennicy oddzielenia ukraińskiej Cerkwi od moskiewskiego patronatu pisali w mediach społecznościowych: „Sobór zjednoczeniowy i tomos (potwierdzenie autokefalii, jego wręczenie przez patriarchę Konstantynopola zwierzchnikowi Cerkwi ukraińskiej przewidziane jest na 6 stycznia) są ważne dlatego, że oficjalnie i kanonicznie wyzwalają ukraińskich prawosławnych od służenia w Cerkwi utworzonej przez Józefa Stalina z naruszeniem wszelkich kanonów”.

Podczas konferencji prasowej Putin zapytany o wydarzenia w ukraińskim prawosławiu, odrzekł: „to przechodzi ludzkie pojęcie”. Na Ukrainie dochodzi mianowicie „do bezpośredniej interwencji władz państwowych w sprawy religijne”. Nową Cerkiew ukraińską Putin określił mianem „zjednoczonej Cerkwi raskolniczej podlegającej parafii stambulskiej”. Zapewnił, że Ukraińska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego była całkowicie niezależna, „jedyny związek [z Rosją] był duchowy”. No i, podsumował ze złośliwą satysfakcją, teraz Ukraina stanie się uzależniona od Turcji. A niepokój rosyjskiego prezydenta wywołuje jeszcze perspektywa walki o obiekty sakralne. Może nawet krwawa.

Możliwą eskalacją działań siłowych (w pobliżu Krymu i na Donbasie) straszył też kilka dni temu w wywiadzie prasowym minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. A teraz do tych „przestróg” dołączył sam Putin. Można założyć, że Rosja zrobi wszystko, aby pokrzyżować plany utworzenia nowej ukraińskiej Cerkwi. Moskwa liczy na to, że otrzyma wsparcie od innych Cerkwi autokefalicznych, które nie uznają nowej ukraińskiej Cerkwi. Stąd listy Cyryla i zabiegi cerkiewnej dyplomacji o spostponowanie kijowskich ambicji. A droga do samodzielności na pewno nie będzie łatwa (to odrębny temat, więcej o soborze zjednoczeniowym i nowej Cerkwi w komentarzu autorstwa Tadeusza A. Olszańskiego, dostępny na stronie OSW: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2018-12-17/historyczne-zjednoczenie-kosciolow-prawoslawnych-ukrainy).

Jeszcze na koniec ciekawe spojrzenie Aleksandra Sołdatowa na to, jakie znaczenie ukraiński sobór zjednoczeniowy będzie miał na sytuację w Patriarchacie Moskiewskim. Jego zdaniem, pozycja Cyryla, forsującego sprzeciw wobec autokefalii dla Ukrainy osłabnie. Być może wzrośnie pozycja Tichona (Szewkunowa), który „opracowywał plan udzielenia autokefalii dla Kijowa przez Moskwę, wychodząc z założenia, że Ukrainy i tak nie uda się utrzymać i że lepiej mieć tam sojusznika niż wroga. W rezultacie topornej polityki Cyryla ukraińska Cerkiew przeszła pod skrzydła Konstantynopola, który w chrześcijańskim świecie ma opinie nie tyle tureckiego, ile amerykańskiego patriarchatu. […] Na mapie światowego prawosławia Ukraina jest terytorium kluczowym – to właśnie zwierzchnictwo nad Ukrainą zapewniało Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej status lidera prawosławia, jeśli chodzi o liczbę parafii (20 spośród 30 tys.). Teraz RCP spadnie na drugie lub nawet trzecie miejsce”.

Ucieczka jogina

15 grudnia. Oficjalna propaganda głosiła: w Związku Sowieckim jest tak wspaniale, że ludziom do głowy nie przychodzi, aby kiedykolwiek opuścić ten raj. Wyjazdy za granicę były przywilejem zastrzeżonym dla nielicznej grupy. Pod szczególnym nadzorem znajdowała się dystrybucja dostępu do zgniłego Zachodu. Obywatele, którzy chcieliby wyjechać, ale, zdaniem decydentów, nie powinni (np. pracownicy utajnionych instytutów pracujących dla wojska albo ludzie mający krewnych za granicą), objęci byli klauzulą „niewyjezdnoj” (невыездной). Taki człowiek nie miał szans, aby oficjalną drogą otrzymać paszport zagraniczny, uprawniający do wyjazdu. Mógł składać wnioski w nieskończoność – skutek był zawsze ten sam: odmowa. A im więcej się wokół zagadnienia krzątał, tym większą przyciągał uwagę organów dbających o bezpieczeństwo państwa. Taki starający się stawał się automatycznie obiektem podwyższonego zainteresowania KGB. Niemniej niektórzy byli tak zdeterminowani, że mimo zakazów i obserwacji tworzyli nieprawdopodobne plany ucieczki. Nielicznym udawało się wcielić te plany w życie.

Legendą uciekinierów z sowieckiego raju stał się Stanisław (Sława) Kuriłow. Jak można przeczytać w rosyjskiej Wikipedii, urodzony w 1936 roku, dzieciństwo Sława spędził w Semipałatyńsku. Bardzo chciał pływać, ale matka obawiała się, że się utopi i zabraniała. Nadarzyła się jednak okazja: Sława pojechał na obóz pionierski, gdzie w końcu nauczył się pływać. Pływakiem musiał być od zarania świetnym, na tym obozie pionierskim założył się z kolegami, że przepłynie Irtysz. I przepłynął. W tym miejscu wielka rzeka ma około kilometra szerokości. Sława miał wówczas dziesięć lat. Umiejętności pływackie odegrały kluczową rolę podczas ucieczki.

Gdy miał piętnaście lat, tak go ciągnęło do wody, że uciekł z domu i w Leningradzie chciał się zaciągnąć jako majtek na okręt. Odmówiono mu. Skończył szkołę, poszedł na studia.

Kuriłow pracował jako oceanolog w Leningradzkim Instytucie Hydrometeorologicznym, udzielał się jako instruktor nurkowania głębinowego. Nie, nie był bojownikiem z władzą sowiecką ani dysydentem, obrońcą praw człowieka, wrogiem władzy ludowej. Był inteligentem, człowiekiem myślącym, ciekawym świata. Chciał ten świat poznawać. Tymczasem fakt, że jego siostra mieszkała w Kanadzie (wyszła za mąż za obywatela Indii, kilka lat mieszkała w kraju męża, po czym oboje wyjechali na stałe do Kanady), była dla władz wystarczającym powodem, by odrzucać wnioski Kuriłowa o wyjazd w delegację służbową za granicę.

Wysocki napisał kiedyś piosenkę „Спасите наши души, мы бредим от удушья”. Kuriłow poczuł się uduszony jak bohater pieśni barda z Taganki. Od wczesnych młodych lat ćwiczył jogę, posiłkując się podręcznikami dostępnymi w drugim obiegu. I obmyślał plan ucieczki. „Poczułem się jak więzień w tym kraju, a przecież tylko święty może kochać swoje więzienie. Niepodobna pogodzić się z tym, że urodziwszy się na tej cudownej błękitnej planecie, jesteś do końca życia zamknięty w komunistycznym państwie z powodu jakichś głupich idei” – to słowa Kuriłowa, które napisze już po udanej ucieczce.

Wpadł na pomysł zaiste niesamowity. Wykupił bilet na statek o znamiennej nazwie „Sowietskij Sojuz” – trasa rejsu przewidywała wypłynięcie z Władywostoku na Pacyfik, przecięcie równika i zawrócenie tą samą drogą do Władywostoku bez zawijania do portów. Dziwny rejs, prawda? Jak wyjaśnia autor tekstu o ucieczce Kuriłowa na portalu „Russkaja Siemiorka”, statek był zbudowany jeszcze przed II wojną światową i początkowo nosił imię „Adolf Hitler”; został zatopiony, a następnie podniesiony z dna i wyremontowany. Gdyby „Sowietskij Sojuz” zawinął do portu, zostałby aresztowany.

Statek zgodnie z planem wypłynął z Władywostoku 8 grudnia 1974 roku, nocą 13 grudnia znalazł się na wysokości Filipin. Stanisław Kuriłow wskoczył z pokładu statku wprost w topiel oceanu. W sztorm. Bez jedzenia, bez picia, bez snu przez dwie doby Sława niezmordowanie płynął (bardziej szczegółowy opis ucieczki można znaleźć m.in. tu: https://tvrain.ru/kurilov/). Wreszcie zobaczył ziemię. To była filipińska wyspa Siargao. Przepłynął bez odpoczynku ponad sto kilometrów, miotany zmiennymi prądami morskimi. Po latach Kuriłow wspominał, że ucieczka powiodła się tylko dzięki temu, że przez lata ćwiczył jogę, szczególną wagę przywiązując do ćwiczeń oddechowych, oczywiście również doskonalił umiejętności pływackie. W podróż zabrał ze sobą specjalne rękawiczki i płetwy. Bardzo się przydały. Nocą gdy już rozwiały się burzowe chmury, obserwował niebo, orientował się dzięki położeniu gwiazd. Nazajutrz na statku zorientowano się, że Kuriłowa nie ma na pokładzie. Zawrócono, zarządzono poszukiwania. Na szczęście dla uciekiniera – bez rezultatu.

Trafił na posterunek policji na Siargao. Został aresztowany, rok (według innych źródeł – pół roku) spędził w tamtejszym więzieniu. Cieszył się zaufaniem i przyjaźnią naczelnika więzienia, który zabierał go czasem „na rajdy”, czyli włóczęgę po barach. Dzięki staraniom siostry Sława mógł opuścić Filipiny i przenieść się do Kanady.

O wyczynie Kuriłowa zaczęły się rozpisywać zachodnie gazety, Głos Ameryki zrobił o nim audycję. Prasa sowiecka nic nie napisała. Po tym, jak uciekinier otrzymał obywatelstwo kanadyjskie, zaocznie skazano go w socjalistycznej ojczyźnie na karę 10 lat za zdradę.

O swojej ucieczce napisał książkę „Sam w oceanie”. Ukazała się w 1986 r. w Izraelu, dokąd Kuriłow przeniósł się w związku z zawarciem małżeństwa z obywatelką tego kraju. Fragmenty zostały zamieszczone w tygodniku „Ogoniok” w 1991 r., przedmowę do wydania książkowego napisał znakomity pisarz Wasilij Aksionow, który okrzyknął Sławę „bohaterem rosyjskiej inteligencji, który miał śmiałość nie słuchać podłej władzy”.

Zginął tragicznie 29 stycznia 1998 roku podczas nurkowania w Jeziorze Tyberiadzkim. Spoczął na cmentarzu niemieckiej wspólnoty templariuszy w Jerozolimie.