Archiwum kategorii: Bez kategorii

Niewinni czarodzieje z Petersburga

23 maja. To nieprawda, to oczernianie Władimira Putina, mające na celu jego zdyskredytowanie w oczach rosyjskiego społeczeństwa. Ale to się nie uda!

Najpierw rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow, a potem wyższa szarża – szef Administracji Prezydenta Siergiej Iwanow wystąpili w popularnych mediach z komunikatami, że to, co zamierzają opublikować zachodnie gazety o aferach, w których miał niegdyś uczestniczyć Putin i osoby z jego bliskiego otoczenia, to wierutne bzdury.

Pieskow ujawnił, że Kreml otrzymał pewne materiały z redakcji „szanowanej londyńskiej gazety” z prośbą o skomentowanie podejrzeń i słuchów pod adresem Putina i jego współpracowników. Podobny zestaw pytań przyszedł z redakcji pewnej amerykańskiej gazety. To wydało się kremlowskim urzędnikom podejrzane. Nie spodobało się im również to, że pytania „zostały sformułowane w stylu prokuratorskim” (np. „Czy pan Putin był/jest udziałowcem firmy Gunvor?”). Zachodnich dziennikarzy interesowała działalność Giennadija Timczenki i wspomnianej w pytaniach jego firmy Gunvor, a także powiązania tychże z Putinem.

Siergiej Iwanow stwierdził, że nie wierzy w czyste intencje dziennikarzy, którzy interesują się tematem korupcji w Rosji. Jego zdaniem, ci dociekliwi pismacy mają za zadanie zdyskredytować rosyjskich polityków, ale posługując się niesprawdzoną informacją, dyskredytują sami siebie. Z Kremla wszelako żadnej sprawdzonej informacji nie otrzymają. Kreml na prawie wszystkie pytania odpowiedział twardym „Niet” (z wyjątkiem jednego, przy którym poza „Niet” dodano skąpą odpowiedź).

„Na czym ma polegać moje skorumpowanie, gdzie są moje olbrzymie dochody, gdzie moje domy w USA czy Wielkiej Brytanii?” – pyta teatralnie Iwanow w wywiadzie dla RT i dodaje, że również może poręczyć za uczciwość ludzi, bliskich prezydentowi Putinowi – ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, ministra obrony Siergieja Szojgu, dyrektora FSB Aleksandra Bortnikowa i doradcy prezydenta ds. obronności Nikołaja Patruszewa. Nie wiadomo, czy te świadectwa korupcyjnego dziewictwa kilku wymienionych osób zadowolą niewymienione z nazwy zachodnie redakcje. Nie wiadomo, dlaczego Iwanow poręczył za tych akurat parteigennossen, a nie innych (za Timczenkę nie ręczył).

To rzecz bez precedensu – rzecznik Kremla ani tym bardziej szef Administracji Prezydenta (w hierarchii ważnych urzędników – wielka szycha) nigdy wcześniej nie wykonywali tak spektakularnych akcji prewencyjnych wobec zapowiadanych publikacji zachodnich mediów na temat Putina.

„Prokuratorskie pytania” zachodnich redakcji dotyczyły głównie mętnych powiązań Władimira Putina z czasów jego pracy w merostwie Petersburga w latach dziewięćdziesiątych. To nie jest temat nowy. O machlojkach, wyprowadzaniu na lewo wielkich sum i niedotrzymywaniu umów przez Putina w czasach jego petersburskiej przygody z merostwem pisała między innymi deputowana petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego Marina Salje (zmarła trzy lata temu). W ostatnich dniach temat machinacji i podejrzanych powiązań znowu wypłynął w związku z procesem, jaki wytoczył Gazpromowi i ŁUKoilowi niejaki Maksim Freidson (Friejdzon), w dawnych latach noszący ksywkę „Maksim Orużejnyj” (Maksym od broni). Freidson – właściciel udziałów w kilku firmach – postanowił dochodzić swoich praw po latach, wskazując, że obie pozwane firmy gwałtem pozbawiły go udziałów w biznesie naftowym, korzystając z kryszy. Proces ma się toczyć przez sądem w Nowym Jorku. Próby dochodzenia sprawiedliwości w Rosji spaliły na panewce.

Dużo ciekawsze niż przedstawiane przez Maksima Freidsona zawiłe schematy przejmowania udziałów w firmach wydały się mediom jego wspomnienia sprzed lat z Petersburga. W wypowiedzi dla Radia Swoboda Freidson mówi: „Mieliśmy produkować broń dla policji […] W związku z tym programem spotykaliśmy się z Władimirem Władimirowiczem Putinem, który zajmował się kontaktami z zagranicą [oraz programami utylizacji broni i amunicji]. Zapłaciliśmy łapówkę. Pieniądze zwykle brał asystent Putina, Losza Miller [Aleksiej Miller, obecnie szef Gazpromu]. A Władimir Władimirowicz w sposób charakterystyczny dla funkcjonariuszy służb specjalnych w czasie rozmowy jedynie wypisywał na kawałku papieru sumę”. Kiedy projekt z bronią z różnych przyczyn nie wyszedł, Freidson zajął się biznesem naftowym. Wedle jego opowieści, przy rejestracji firmy dostarczającej paliwo dla samolotów i firmy wysyłającej produkty naftowe na eksport, również długo targowali się z Putinem o „dolę”. Freidson w tym biznesie współpracował z Giennadijem Timczenką, który „czesał kasę” za pilnowanie wspólnych przedsięwzięć. Całość wywodów Freidsona na stronie Radia Swoboda: http://www.svoboda.org/content/article/27031833.html

„Zapewne niebawem zobaczymy w prasie detaliczne, pełne treści publikacje dotyczące osobistego biznesu Władcy oraz tego, jak Jego Cesarska Wysokość popierał biznesy swoich bliskich przyjaciół” – pisze w komentarzu Siergiej Parchomienko z rozgłośni Echo Moskwy. „Teraz gazety, które przygotowują te publikacje, w ramach przygotowań do przyszłych spraw sądowych, zadają służbie prasowej Kremla pytania związane z wątkami, które zostały już opracowane i sprawdzone. W takich wypadkach najważniejsze jest to, że pytanie zostało zadane i że otrzymano formalne „tak” lub „nie” lub nie otrzymano żadnej odpowiedzi. […] Sama informacja już dziennikarzy nie interesuje – wszystko zostało już pozbierane i prześwietlone. Na Kremlu doskonale o tym wiedzą i zdają sobie sprawę, że nie uda się zdementować tej informacji ani zapobiec opublikowaniu materiałów. Dlatego mówią, że to wszystko jest niewiarygodne, zanim ktokolwiek będzie miał sposobność przeczytać materiał”.

Publikacja rozmowy na stronie Radia Swoboda wielkich sensacji nie przynosi. Czemu w takim razie tak mocno zareagował Kreml, wypuszczając kłęby dymu? Dlaczego zawczasu stara się odgrodzić rosyjskie społeczeństwo od zgubnego wpływu zachodnich publikacji? Czyżby Rosjanie na co dzień czytali w oryginale „Financial Times” i „New York Times”, a nie „Komsomolską Prawdę”, która raczej nie przedrukuje rewelacji zachodnich kolegów? Znowu prokuratorskie pytania…

PS z 24 maja: Radio Swoboda usunęło wywiad z Maksimem Freidsonem ze strony internetowej rozgłośni. Miał o to poprosić sam Freidson.

Hokej. Rosja na ławce kar

18 maja. Niepowodzenie rosyjskiej drużyny narodowej w hokeju na lodzie podczas zeszłorocznego olimpijskiego turnieju w Soczi było wielkim rozczarowaniem nie tylko dla kibiców, ale także najwyższych władz, które specjalnie przyjeżdżały kibicować hokeistom w przerwach pomiędzy naradami o metodach uspokojenia kijowskiego Majdanu. Nie otarło ogólnonarodowych łez nawet pierwsze miejsce całej reprezentacji narodowej w generalnej klasyfikacji medalowej igrzysk. W tegorocznych mistrzostwach świata w Pradze hokejowa sborna miała sobie olimpijską klęskę powetować. Nie bez wybojów (np. przegrany mecz grupowy z USA) Rosja doszła do finału, w którym zagrała z reprezentacją Kanady. I przegrała z wynikiem dalekim od marzeń 6:1.

Po syrenie kończącej spotkanie zgodnie z ceremoniałem odbywa się wręczenie medali, odegranie hymnu, przekazanie pucharu, zdjęcia, ogólna feta. Rosyjska drużyna odebrała swoje srebrne medale i… wyszła do szatni, nie czekając na dalszą część uroczystości: dekorację zwycięzców i hymn Kanady. Trybuny wygwizdały tę zaskakującą demonstrację przegranych.

Na lodzie zostało tylko siedmiu sprawiedliwych, m.in. Aleksandr Owieczkin i Jewgienij Małkin, którzy próbowali zatrzymać kolegów, opuszczających lodowisko. Hokeiści zeszli na polecenie trenera Olega Znaroka lub – wedle innej wersji podawanej przez media – kapitana drużyny Ilji Kowalczuka. Najstarsi górale nie pamiętają, by coś podobnego zdarzyło się podczas mistrzostw.

Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie Rene Fasel nie wierzył własnym oczom: „To, co zrobiła rosyjska drużyna, jest nie do przyjęcia. Podczas meczu mogą się dziać różne rzeczy, nawet bójki, ale okazanie braku szacunku wobec rywala po meczu – to rzecz niesłychana”. Władze IIHF zapowiedziały, że Rosja może zostać za tę demonstrację ukarana.

„Opuszczenie lodowiska przez rosyjską drużynę przed hymnem Kanady wpisuje się w logikę rosyjskiej polityki. Ciągle dopominając się szacunku dla naszych wartości i zwycięstw, coraz częściej zapominamy nie tylko o szacunku, ale nawet elementarnym takcie w stosunku do cudzych wartości i zwycięstw. Wyobraźmy sobie taką sytuację: w finale wygrywa Rosja, a Kanadyjczycy (Amerykanie, Czesi, Białorusini i in.) opuszczają lód, gdy grają rosyjski hymn. Jak zareagowałaby Rosja? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że przegranym przypomniano by wszystkie grzechy.[…] Słusznie by powiedziano, że cham nie gra w hokeja, że nie należy mieszać sportu i polityki, że nie umieć godnie przegrać to oznaka słabości, a nie siły” – napisała internetowa „Gazeta.ru” w komentarzu redakcyjnym.

Wysoka fala quasi-patriotycznej histerii najwidoczniej odbiera niektórym zdolność logicznego myślenia. Jak pisze Anton Oriech w swoim blogu, drużynę wysyłano jak na wojnę „naszego dobra z zachodnim złem. Przysięgi na grobie Charłamowa [legendarny hokeista ZSRR], wstęgi św. Jerzego, miłosne wyznania pod adresem opiekuna reprezentacji Rotenberga [w przeszłości sparing partner Putina w dżudo, obecnie przedsiębiorca cieszący się względami kremlowskiego dworu], codzienne narzekania na antyrosyjskie spiski sędziów”. I co? I wstyd. Chociaż srebrny medal to znakomity rezultat, zwłaszcza że rosyjska reprezentacja nie jest w cudownej formie.

Postawa rosyjskiej drużyny została skwitowana w sieciach społecznościowych tysiącami komentarzy. Jeden z użytkowników Twittera napisał: „Według doniesień, lodowisko kazał opuścić główny trener rosyjskiej sbornej Barack Obama”. Ale za najważniejszy komentarz można uznać depeszę agencji TASS: „Hokeistów wracających z mistrzostw świata nie wyjechał witać ani jeden kibic”. Kurtyna nader wstydliwie opada, jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Użytkownik używający nicku MickTacker w tekście „Trzy razy hańba” napisał, że przegrana Rosjan jest karą boga hokeja, który nie zdzierżył znęcania się nad duchem sportu w meczu weteranów hokeja w ramach tzw. Nocnej Ligi Hokeja (wymyślona cztery lata temu inicjatywa Putina dla zasłużonych gwiazd lodowego sportu i polityków). W meczu zagrali m.in. minister obrony Siergiej Szojgu i prezydent Władimir Putin. Putin strzelił osiem bramek. „Gdyby nie było obrońców i bramkarza, strzeliłby zapewne mniej” – skomentowali złośliwcy po obejrzeniu popisów głowy państwa.

https://www.youtube.com/watch?v=DzMDrBDs1DE

Minister obrony został uznany za najlepszego gracza tegorocznej Nocnej Ligi Hokeja. W nagrodę otrzymał skierowanie na wczasy na Krymie.

Jakie smutne wesele

17 maja. Lezginkę na ich weselu odtańczył sam prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow, moment składania podpisów pod aktem zawarcia małżeństwa w pałacu ślubów w Groznym zarejestrowała telewizja Lifenews, temat nie schodził z łamów gazet przez ponad dwa tygodnie i stał się hitem mediów społecznościowych w Rosji. Czemu los panny młodej, 17-letniej Hedy vel Luizy Gojłabijewej wydanej za 57-letniego (według innych źródeł – 46-letniego) Nażuda Guczigowa tak poruszył publiczność?

Zacznijmy od początku. Heda Gojłabijewa ze wsi Bajtarki rejonu nożaj-jurtowskiego w Czeczenii właśnie skończyła 17 lat. Pochodzi z niezamożnej wielodzietnej rodziny. Nażud Guczigow jest pułkownikiem policji, wszechwładnym szefem rejonowego urzędu spraw wewnętrznych, łączą go bliskie relacje z prezydentem Kadyrowem. Ma jednego dorosłego i dwóch nieletnich synów. Guczigow postanowił uczynić Hedę Gojłabijewą swoją żoną. Drugą żoną.

Najpierw przez prasę przetoczyły się wiadomości, że ani dziewczyna, ani jej rodzice nie wyrażają zgody na ślub. Siostra i koleżanki Hedy napisały o wymuszanym ślubie i oporze Gojłabijewów do Kadyrowa z prośbą o interwencję (Kadyrow trzy lata temu zakazał zawierania małżeństw z nieletnimi i porywania narzeczonych zgodnie z tradycyjnym kodeksem), ale ich wpisy w sieci społecznościowej zostały usunięte przez moderatorów. Rodzina zwróciła się więc do prasy z prośbą o pomoc. Do wsi przyjechała dziennikarka „Nowej Gazety” Jelena Miłaszyna (jej reportaż można przeczytać tu: http://www.novayagazeta.ru/columns/68304.html), napisała, że Guczigow nakazał otoczenie wioski pierścieniem policji, aby rodzina – która nie zgadza się na małżeństwo – nie mogła wywieźć narzeczonej poza granice republiki, narzeczona i jej krewni są zastraszani. Sam narzeczony zresztą plątał się w zeznaniach: raz mówił, że nie ma zamiaru się żenić z młódką, bo kocha swoją pierwszą i jedyną żonę, to znowu przyznawał, że faktycznie wystawił posterunki w Bajtarkach, żeby ptaszynka nie wymknęła się jego matrymonialnym zamiarom.

Wreszcie, jak to w czeczeńskich bajkach bywa, w sprawę wmieszał się Ramzan Kadyrow – wysłał swoich umyślnych do wsi, ci porozmawiali z członkami rodziny Gojłabijewów i dowiedzieli się, że i Heda-Luiza, i jej matka wyrażają zgodę na ślub. Na posiedzeniu władz republiki zdymisjonował ministra prasy za niedostateczną uwagę poświęconą zagadnieniu. I uciszył wszelkie dyskusje cytatem z Puszkina: „Każdy wiek ulega miłości”. Po tym oświadczeniu Kadyrowa nazbyt ciekawskiej dziennikarce „Nowej Gazety” poradzono, by dla swego bezpieczeństwa opuściła republikę, krewni Hedy stracili chęć rozmawiania z nią (http://www.novayagazeta.ru/columns/68367.html). Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, i narzeczony wreszcie się zdecydował, że jednak bardzo chętnie, czemu nie, i rodzina narzeczonej nie stała już okoniem, i nikt nie widział już w sprawie łamania prawa (przymuszanie do małżeństwa, wielożeństwo, ślub z nieletnią).

Po publikacji w „Nowej Gazecie” sprawą zainteresowano się również na szczeblu federalnym. Prawdziwy popis dał pełnomocnik ds. praw dziecka Paweł Astachow, urzędnik wsławiony m.in. walką z amerykańskimi ludożercami, którzy chcą adoptować rosyjskie dzieci i sprzeciwiający się zakładaniu w Rosji „okien życia”. Astachow – powołany, by stać na straży nieletnich – nie dostrzegł niczego niezgodnego z prawem w zawarciu małżeństwa przez niepełnoletnią i nawet spróbował usprawiedliwić ślub podstarzałego dżygita z młodą dziewczyną: „Na Kaukazie wcześniej następuje emancypacja <?> i dojrzewanie płciowe. Są miejsca, gdzie kobiety w wieku 27 lat są już pomarszczone i wyglądają na 50”. Nazwać reakcję na tę wypowiedź burzliwą, to nic nie powiedzieć: Twitter i FB eksplodowały tysiącami komentarzy. Astachow próbował się wycofać, wytłumaczyć, wreszcie zapowiedział, że wybierze się do Czeczenii, by wyjaśnić sytuację.

Jednak zanim się zdążył spakować i ruszyć w drogę, ślub już się odbył. I to z wielką pompą. Narzeczoną przywiózł do pałacu ślubów sam szef administracji prezydenta. Relację można obejrzeć tu: http://lifenews.ru/video/13065 (jakże smutna jest szczęśliwa panna młoda; znawcy czeczeńskich tradycji podkreślają: to, że panna młoda patrzy w podłogę, nie oznacza wcale, że jest nieszczęśliwa, tak po prostu chce czeczeńska tradycja, ale tym razem to nie do końca tak – dziewczyna ledwie trzyma się na nogach, prawie odmlewa), a także w Instagramie, w profilu Kadyrowa, z komentarzem prezydenta Czeczenii: https://instagram.com/p/2wIOM3iRiW/?taken-by=kadyrov_95. Ślub tysiąclecia, wedle Kadyrowa, przyćmił nawet królewskie zaślubiny Williama i Kate w Londynie. Już następnego dnia uważni obserwatorzy zauważyli, że ślubu udzielała nie urzędniczka stanu cywilnego (jak to przewidziane jest w przepisach), a dziennikarka radiowa Asia Biełowa (Tatiana Gładczenko). Jedna rzecz niezgodna z prawem więcej, jedna mniej – co za różnica.

Kadyrow nie po raz pierwszy demonstruje, że ma za nic prawo i konstytucję Federacji Rosyjskiej. Jego republika rządzi się swoimi prawami – to znaczy prawami, które ustanawia sam Kadyrow. Nie po raz pierwszy oglądamy sytuację, w której Kadyrow wręcz prowokacyjnie lekceważy prawo federalne, a potem wysyła czołobitną do Putina, zapewniając, że go kocha i jest mu wierny. I nic się nie dzieje, nikt się nawet nie zająknie, by go pociągnąć do odpowiedzialności. Personalny układ Kadyrow-Putin jest nadrzędną zasadą regulującą wszystko.

Tak było ostatnio, gdy federalni śledczy chcieli przesłuchać w charakterze świadka Rusłana Gieriemiejewa, jedną z najważniejszych osób w sprawie o zabójstwo Borysa Niemcowa – okazało się, że nie można wjechać do wioski, która jest bastionem Gieriemiejewa. Nie można, to nie można. Nikt nie wjechał, nikt Gieriemiejewa nie śmiał niepokoić, skoro za nim stoi jego patron. Podobnie rzecz się miała, gdy Kadyrow nakazał swoim ludziom z organów strzelać do funkcjonariuszy z innych regionów Rosji, którzy bez zgody czeczeńskich organów zechcą wjechać do Czeczenii i zatrzymać podejrzanych itd. Nikt nie ma wątpliwości, kto jest prawdziwym panem Czeczenii.

.

Śmierć po raz drugi

15 maja. Dwunastu gniewnych ludzi – ława przysięgłych sądu w stanie Massachusetts – po szesnastu godzinach narad orzekło, że Dżochar Carnajew jest winien zarzucanych mu czynów, czyli zorganizowania i przeprowadzenia zamachu terrorystycznego na uczestników maratonu w Bostonie dwa lata temu. Łącznie 30 zarzutów, z których 17 zagrożonych jest najwyższym wymiarem kary. Carnajew został skazany na karę śmierci. Wyrok ma zostać ogłoszony przez sędziego niebawem. Jak donoszą media, niektórzy z przysięgłych podczas ogłaszanie werdyktu płakało.

Zdaniem obrony, która już zapowiedziała apelację, Dżochar stał się ofiarą trudnych warunków, w jakich dorastał, złożonej sytuacji rodzinnej i przemożnego wpływu starszego brata Tamerlana, ekstremisty, zafascynowanego terrorem.

Rodzina Carnajewów pochodzi z Czeczenii, przez wiele lat mieszkała w sąsiednim Dagestanie, wcześniej w Kirgizji, gdzie urodził się Dżochar. O kolejach losu, które sprowadziły braci Carnajewów do USA, o okolicznościach zamachu, pisałam w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/04/20/czeczeni-w-bostonie/ i na łamach „Tygodnika Powszechnego”: http://tygodnik.onet.pl/swiat/kaukaz-zielonooki/y5v1t

W Rosji temat procesu Carnajewa nie znajdował się w centrum zainteresowania. Od czasu do czasu ukazywały się w mediach drobne wzmianki o toku rozprawy, zeznaniach świadków, poszczególnych etapach sądowego spektaklu. Jedynie Echo Moskwy na swej stronie internetowej zamieszczało regularnie sprawozdania z sali rozpraw.

Dżochar podczas procesu niemal przez cały czas milczał, zachowywał się tak, jak gdyby go to nie dotyczyło. Zaczął pękać kilka dni temu, gdy przed obliczem przysięgłych stanęli krewni – wtedy okazał emocje, nawet się rozpłakał. Natomiast gdy z rozdzierającymi relacjami występowali krewni ofiar wybuchu, siedział z pochyloną głową, nie słuchał, wyraźnie się nudził.

W Internecie można obejrzeć nagranie, na którym Dżochar pokazuje środkowy palec (https://www.youtube.com/watch?v=Vbk5ThYQJCM). Rzecz dzieje się trzy miesiące po zamachu, Dżochar Carnajew siedzi w areszcie. Nagranie wykorzystało w toku procesu oskarżenie: wulgarny gest Carnajewa miał dowodzić braku skruchy. Prokurator w słowie końcowym podkreślał szczególnie to, że oskarżony jest terrorystą, który nie żałuje swego czynu, skierowanego świadomie przeciwko Stanom Zjednoczonym jako „kara” za ich politykę w krajach islamskich.

Nadal nie wyjaśniono, czy Tamerlan Carnajew przechodził w 2012 roku szkolenia w Dagestanie w obozie radykałów, czy miało to wpływ na jego plany dokonania zamachu i czy dostał jakieś instrukcje odnośnie przygotowania Dżochara jako współpracownika, czy podjął tę decyzję samodzielnie. Prasa o tym pisała, ale stuprocentowego potwierdzenia nie uzyskano. Amerykańskie służby tłumaczyły swego czasu, że Tamerlan wyjechał ze Stanów i spokojnie wrócił, przecisnąwszy się przez sito kontroli dzięki temu, że jego nazwisko zostało zapisane w dokumentach inaczej niż w programie komputerowym (Carneyev/Tsarnaev), pomagającym w wyławianiu potencjalnych zradykalizowanych „bomberów”. W trakcie procesu obrona Dżochara Carnajewa sugerowała, że wycieczka Tamerlana do Federacji Rosyjskiej nie była przypadkiem – miało go tam rzekomo wysłać FBI jako agenta, który miał pozyskiwać informacje o zbrojnym podziemiu w Czeczenii. Czy tak było? Wyjaśnienie tych szczegółów wymagałoby współpracy amerykańskich i rosyjskich służb, tymczasem na to się nie zanosi. Dwa lata temu, gdy stosunki rosyjsko-amerykańskie nie były tak chłodne jak dziś, też nic ze współpracy nie wyszło. Teraz tym bardziej nie ma na co liczyć.

Raport Niemcowa o wojnie Putina

14 maja. Współpracownicy zastrzelonego 27 lutego opozycjonisty Borysa Niemcowa doprowadzili do końca zaczęte przez niego zbieranie informacji o aneksji Krymu i wojnie rosyjsko-ukraińskiej na wschodzie Ukrainy. Raport „Putin. Wojna” został opublikowany w Internecie. Zaraz potem strona, na której materiał zamieszczono, została zaatakowana przez tajemniczych hackerów w czarnym bucie. W kilku miejscach raport jest nadal dostępny (np. tu: https://openrussia.org/post/view/4803/).

Opracowanie nie zawiera rzeczy nowych – to uporządkowany zbiór publikacji i informacji z prasy i mediów społecznościowych, czyli źródeł otwartych. Tezy też są znane, przynajmniej tym, którzy nie ograniczają się do wdychania słodkawych wonności telewizyjnej propagandy: Rosja pogwałciła prawo, dokonując aneksji Krymu, cichcem, niehonorowo prowadzi wojnę na wschodzie Ukrainy, wysyłając tam sprzęt i wojska, na wojnie giną rosyjscy obywatele, co jest w Rosji tematem tabu, wojna drogo kosztuje. Już w pierwszym rozdziale autorzy wyjaśniają, skąd pomysł, by napadać na sąsiadów: aneksja Krymu, a potem wojna w Donbasie to sposób na podpompowanie rankingu politycznego prezydenta, który przed przełomowymi wydarzeniami roku 2014 tracił na popularności.

Zdaniem autorów opracowania operacja wojskowa na wschodzie Ukrainy kosztowała Rosję 1 mld dolarów, pociągnęła za sobą śmierć co najmniej 220 obywateli Rosji, walczących po stronie separatystów (według szacunków raportu na wschód Ukrainy przyjechało walczyć ok. 10 tysięcy najemników i ochotników z Rosji). Kolejne gigantyczne wydatki to pomoc uchodźcom w terenów objętych walkami (1,5 mld). Oddzielne wyliczenie dotyczy strat ekonomicznych. Łącznie wyszło tego 55 mld (wydatki na wojnę, straty wynikające z sankcji, antysankcji, nowych zobowiązań socjalnych, np. emerytury dla mieszkańców Krymu, deficyty wynikające z inflacji itd.). Zdaniem ekonomisty Siergieja Aleksaszenki te obliczenia są zaniżone: już same wydatki na sprzęt wojskowy czy dodatkowe ćwiczenia w obwodzie rostowskim (obwód przylegający do Ukrainy, w którym kilkakrotnie dokonywano koncentracji sił) musiały być dużo wyższe.

Publikacja raportu – na razie tylko internetowa – nie wywołała huraganu na rosyjskiej scenie politycznej ani nie stała się tematem społecznej debaty. Oficjalne media zresztą jej nie zauważyły. Sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow zapytany, co Kreml sądzi o tym zbiorze dokumentów, wymigał się od odpowiedzi: „Mamy teraz inne zadania. Pracujemy zgodnie z harmonogramem”. Natomiast media społecznościowe aktywnie dyskutowały o opracowaniu. Przypomniano między innymi, że raport, nad którym pracował Niemcow, był rozpatrywany jako jeden z motywów zabójstwa (Niemcow miał wedle tych enuncjacji dotrzeć do informacji kompromitujących władze), że zaraz po jego śmierci śledczy opieczętowali mieszkanie i biuro Niemcowa, i skonfiskowali komputery i dokumentację. Nie wiadomo, czy pracujący nad raportem współpracownicy zabitego mieli dostęp do całości jego zbiorów.

Współpracownicy Niemcowa walczą o to, by w Moskwie jedną z ulic nazwać imieniem Niemcowa, władze miasta wykręcają się ze wszystkich sił.

Raport ma się ukazać też w wersji papierowej. Opozycjoniści zapowiadają, że będą rozdawać książkę (a właściwie broszurę, raport ma 65 stron) na ulicach, w metrze, rozsyłać pocztą itd., tak by dotrzeć do jak największej liczby ludzi. „Naszą grupą docelową jest audytorium telewizji, ludzie, którzy na co dzień są karmieni nieprawdą”. Jak ktoś lubi tak jeść, to na menu raportu może nawet nie spojrzeć, a cóż dopiero spożyć owoców z drzewa wiadomości.

Na razie jednak nie wiadomo, czy w ogóle dojdzie do wysokonakładowego wydania papierowego. Partia RPR Parnas otworzyła rachunek bankowy, na którym mają być zbierane pieniądze na to zbożne dzieło. Ale już następnego dnia system PayPal zablokował konto, tłumacząc, że aktualnie nie ma możliwości, by w Rosji realizować operacje związane ze zbieraniem pieniędzy na działalność partii politycznych i na cele polityczne. Pozostała jeszcze platforma „Yandex.Dieńgi”. Na razie zbierają.

Na 28 maja zapowiedziano opublikowanie wersji angielskojęzycznej.

Dzień Zwycięstwa. 2015. Dogrywka

10 maja. Dziesięć lat temu podczas obchodów 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej trybuna na placu Czerwonym w Moskwie wyglądała inaczej. Przyjechali przywódcy krajów koalicji antyhitlerowskiej, przyjechał kanclerz Niemiec. Koło prezydenta Putina (z małżonką Ludmiłą) siedzieli prezydent Bush, prezydent Chirac, kanclerz Schroeder. Nikt im nie wpinał w klapy wstęgi św. Jerzego. O roli Chin, Mongolii i Indii w wojnie w przemówieniach nie było ani słowa.

Proszę popatrzeć na to zdjęcie: https://twitter.com/maryel2002/status/597086220703834113

Obiektyw nie objął jeszcze jednego ważnego gościa, który był na trybunie w Moskwie w 2005 roku: prezydenta Ukrainy. W tym roku w świątecznym przemówieniu prezydenta Putina nawet nie padło słowo Ukraina. W żadnym kontekście.

Analiza „zawartości” trybuny honorowej jest ciekawym przyczynkiem do charakterystyki dzisiejszej Rosji. Odmówiono zaproszeń wielu weteranom wojny, którzy chcieli przyjechać z różnych stron wielkiego kraju. „Plac Czerwony nie jest z gumy” – pouczył weteranów z waszecia sekretarz prasowy Putina, Dmitrij Pieskow.  Znalazło się natomiast miejsce dla szefa klubu motocyklowego Nocne wilki, Aleksandra Załdostanowa. Siedział w towarzystwie kogoś w mundurze obwieszonym licznymi orderami (https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10204651575541721&set=a.1476998677356.2065138.1005390413&type=1&theater). Dmitrij Wrubel, autor słynnego graffiti na murze berlińskim z pocałunkiem Breżniewa i Honeckera „wzasos”, w swoim FB nazwał to zdjęcie „fotografią dnia”. Oficjalny podpis agencji TASS pod fotką brzmi „Lider motoklubu Nocne wilki i weteran w czasie defilady na placu Czerwonym”, okazuje się jednak, że weteran jest przebierańcem. To niejaki Władimir Koczetow, tytułujący się generałem wojsk kozackich, urodzony w 1935 roku, w 1945 miał dziesięć lat. Koczetow ma tytuł weterana, owszem, ale weterana pracy (ветеран труда). Okazało się to jednak wystarczającą legitymacją do pojawienia się na uroczystościach i pobrzękiwania fałszywymi odznaczeniami. Najważniejszy jest fake.

Na trybunę załapał się też wielki przyjaciel prezydenta Putina, Steven Seagal. Twitterowi żartownisie zaraz się ucieszyli, że uroczystość zakończyła się sukcesem, bo Seagal nikogo nie zabił ani nawet nie powalił ciosem karate.

Inne oficjalne zdjęcia z trybuny można obejrzeć na stronie TASS: http://tass.ru/obschestvo/1958788

Nie tylko w Moskwie świętowano Dzień Zwycięstwa. Oryginalnością błysnął prezydent Czeczenii, Ramzan Kadyrow: w Groznym wzięto Reichstag. Częścią obchodów była rekonstrukcja walk o Berlin ze szturmem Reichstagu,  zatknięciem tam sztandarów zwycięstwa na płonącej kopule i rzucaniem zdobytych niemieckich sztandarów pod nogi Ramzana Kadyrowa, ustrojonego w galowy mundur. Następnie ulicami czeczeńskiej stolicy przeszły kolumny „niemieckich jeńców”. Uroczystość Kadyrow relacjonował osobiście w mediach społecznościowych. Miejscowy oddział Federalnej Służby ds. Kontroli nad Obrotem Narkotyków poszedł w stronę sakralizacji uroczystości: zgodnie z nakazami islamu zostało złożone w rytualnej ofierze zwierzę. Obrzędem tym czeczeńscy bojownicy z „narkotą” chcieli oddać cześć wszystkim tym, którzy oddali życie w trudnych momentach dziejów narodu czeczeńskiego. Ta dedykacja zabrzmiała dwuznacznie, jeśli zważyć, że podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Czeczeni zostali przez Stalina deportowani (luty 1944) za kolaborację z Niemcami. Jaką treścią można napełnić Dzień Zwycięstwa w republice, która ucierpiała nie od okupanta, a od swoich?

Rosyjska telewizja od wielu dni grzała silniki, pokazując reportaże z ogarniętego radosną przedświąteczną podnietą Doniecka. Ludzie przychodzący na próbne przemarsze kolumn z wojskiem cieszyli się, że będą nareszcie obchodzić Dzień Zwycięstwa u siebie, po swojemu, klaskali czołgom i armatom, okrytym bojową sławą w boju z „faszystami”, czyli kijowską juntą. 9 maja ulicami miasta przedefilowało kilka czołgów, haubic, zestawów Grad. Ozdobą kolumny byli weterani wojny, nie, nie II wojny światowej, a wojny w Donbasie – Motorola i Giwi w zaskakujących mundurach, przy orderach (m.in. za wzięcie Krymu). Ludzie krzyczeli znane rosyjskie hasło „Спасибо деду за победу” (Dzięki dziadowi za zwycięstwo). Jakiemu dziadowi? Za jakie zwycięstwo?

Defiladę w Doniecku przyjmował Aleksandr Zacharczenko, tak zwany lider tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej w tak zwanym mundurze tak zwanego pułkownika. Niewątpliwym sukcesem Zacharczenki było to, że w stanie wskazującym na spożycie napojów wyskokowych w ilości niepomiernej wszelako nie spadł z trybuny (jego heroiczną walkę można obejrzeć na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=pIpXmlBCiSY).

Dzień Zwycięstwa. 2015

9 maja. Przez plac Czerwony w Moskwie przemaszerowały równe kolumny wszystkich rodzajów wojsk Federacji Rosyjskiej, przemówił prezydent Putin (wojna była straszną lekcją, Europa nie od razu zauważyła zagrożenie faszyzmem, pamiętamy o wkładzie naszych sojuszników), orkiestra odegrała najsłynniejszą pieśń Wielkiej Wojny Ojczyźnianej „Wstawaj, strana ogromnaja” oraz inne melodie wojennych lat (m.in. „Artilleristy, Stalin dał prikaz”; bez wychwalania Stalina już się nie da), goście na trybunie honorowej uścisnęli dłonie gospodarzy. Przez ostatnie tygodnie odbywał się festiwal deklaracji, kto przyjedzie, kto nie przyjedzie. Przywódcy USA i większości państw UE nie przyjechali, bojkot uroczystości jest efektem awanturniczej polityki Putina wobec Ukrainy. Głównym gościem na placu Czerwonym był lider Chińskiej Republiki Ludowej, posadzony po prawicy Putina. Znamienne.

Publicysta Oleg Kaszyn napisał: uroczystości w Moskwie to „nie defilada poświęcona pamięci o ofiarach i bohaterach wojny, a parada lojalności do Putina i jego państwa”. Trafne spostrzeżenie. Kaszyn dalej pisze: Putin świętuje swoje zwycięstwo w wojnie, którą toczy z całym wrogim światem. „W 1945 roku Władimir Putin pokonał wszystkich – Obamę, Angelę Merkel, i opozycję w Rosji, i gejów, i Pussy Riot, i Gruzję, i trzy kraje bałtyckie, i nawet Polskę, i w ogóle wszystkich na świecie, bo cały świat to wrogowie Rosji. A Rosja ma tylko jednego przyjaciela. To sam Władimir Putin i tylko on jest w stanie pokonać wrogów” – ironizuje Kaszyn. (Całość artykułu tu – http://kashin.guru/2015/05/07/9may/)

Obchody siedemdziesięciolecia Zwycięstwa podporządkowano w Rosji celom bieżącej polityki. Nastąpiła – według określenia liberalnych publicystów – „okupacja pamięci” przez władze lub „rejderskie wrogie przejęcie pamięci o wojnie”. Eksperyment z pamięcią pamięć zabił, pozostawił użytkową makatkę. To nie pierwszy eksperyment, mamy do czynienia z kolejną transformacją obowiązującego podejścia do wydarzeń sprzed 70 lat. Przez pierwszą dekadę po wojnie Stalin wolał unikać świętowania, wyciszając poczucie niesłychanych strat w narodzie i obawiając się wzrostu znaczenia dowódców wojskowych. Świętem państwowym (wolnym od pracy) 9 maja stał się dopiero za czasów Breżniewa, który budował własny mit wielkiej wojny (никто не забыт), pamięć o wojnie (właściwie jej wypreparowanej interpretacji) miała być sworzniem łączącym naród radziecki i zapewniać dobre samopoczucie supermocarstwu. Za czasów Gorbaczowa dopuszczono mówienie o ciemnych stronach wojny. Po rozpadzie ZSRR 9 maja pozostał jedynym pozytywnym świętem, plastrem na rany po utracie statusu supermocarstwa. Czasy Putina to walka o „jedyne słuszne” potraktowanie wojny jako niepodważalnego sukcesu rosyjskiego oręża, narracja usprawiedliwiająca Stalina i jego zbrodnicze postępowanie (narracja propagowana także przez samego Putina, w czasach, gdy jeszcze jeździł na Zachód i okolicznościowo przemawiał). Znowu powróciło nazewnictwo: Wielka Wojna Ojczyźniana, a nie II wojna światowa, podkreślające wyjątkowość i odrębność radzieckiego wkładu.

W ostatnim roku nastąpił jeszcze jeden istotny zwrot. Władze wykorzystują pamięć o wojnie do wspierania własnej polityki. „Zwycięstwo [w wojnie] ma usprawiedliwić rosyjską agresję na Ukrainie: aneksję Krymu, wojnę w Donbasie, zimną wojnę z Zachodem ” – pisze historyk Siergiej Miedwiediew. A ukraiński publicysta Witalij Portnikow dodaje: Rosyjskie społeczeństwo „nie sprzeciwia się już militarystycznej propagandzie.[…] Zwycięstwo w wojnie traktowane jest przez wspierających obecny reżim Rosjan nie jako zapewnienie trwałego pokoju, a jako fundament rewanżu”.

Symbolem nowego podejścia jest wstążka św. Jerzego, swoista lojalka wobec Putina. Trzy paski ciemnobrązowe, dwa paski pomarańczowe – wstęga Orderu św. Jerzego, ustanowionego w XVIII wieku, przeznaczonego dla osób, które wyjątkowo odznaczyły się na polu boju. Mniej więcej dziesięć lat temu nieoczekiwanie wstęga została wylansowana jako nowy symbol pamięci o wojnie i jej bohaterach (w latach ZSRR pojawiała się incydentalnie na pocztówkach z okazji Dnia Zwycięstwa, głównym symbolem był Sztandar Zwycięstwa – czerwony sztandar Armii Czerwonej). Zrazu nie miała takiego wartościującego znaczenia, zresztą większość ludzi początkowo w ogóle nie wiązała tych barw z wojną.

Od roku wstęga jest symbolem poparcia dla putinowskiej wizji historii i polityki, wzięcia Krymu i przeciwstawienia się Zachodowi i jego wartościom. Symbolem stygmatyzującym i dzielącym społeczeństwo na tych, co popierają wodza i tych, co niekoniecznie. Zacytuję jeszcze raz Siergieja Miedwiediewa: „Z symbolu żałoby i pamięci wstęga stała się symbolem bratobójczej wojny, znakiem separatystów. Propaganda wytworzyła w umysłach ludzi wirtualną kontynuację Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w postaci wojny w Donbasie, w której Ukraińcy zajęli miejsce „faszystów”, zwyrodnialcy w rodzaju Motoroli stali się bohaterami-wyzwolicielami, a zajęcie Debalcewa w 2015 roku porównywane jest do operacji wojskowych II wojny. […] Dzień Zwycięstwa obecnie niesie nie pokój, a wojnę, zaklęcie „Żeby tylko nie było wojny” już nie działa. […] Po Rosji jeżdżą tysiące samochodów z ohydną naklejką na tylnej szybie: sierp i młot gwałcą swastykę, a nad tym napis: „1941-1945. Możemy powtórzyć”. Entuzjasta Noworosji publicysta Jegor Chołmogorow wprost tłumaczy, jak należy podchodzić do wstęgi i tego, co ona symbolizuje: „Wiążąc nas z przeszłością wstęga otworzyła nam drogę ku epickim wydarzeniom współczesności, stając się symbolem aktualnej walki naszego narodu o swoją godność, swoje prawa i swoją jedność. Z nią stawiano na Krymie opór przewrotowi na Majdanie, z nią walczyli i ginęli członkowie pospolitego ruszenia (ополченцы). Dlaczego z taką wściekłością odżegnują się od wstążki nasi wrogowie i nawet nasi byli przyjaciele? Dlatego że to symbol silnych Rosjan, to nie suchy symbol bezpiecznej przeszłości, a przesycony zapachem prochu symbol teraźniejszości. Rosjanin ze wstążką św. Jerzego to Rosjanin, który gotów jest walczyć i zmusić, by się z nim liczono”.

Dla większości jednak to – bez zagłębiania się w filozofię – po prostu znak przynależności do narodu zwycięzcy (wczoraj i dziś), a czasem powód, żeby się bawić i nic więcej. Radosna fiesta „koloradów” (jak nazywani są przez przeciwników zwolennicy proputinowskiego wzmożenia, od barw wstęgi, przypominających kolory stonki, czyli „żuka kolorado”) związana z imperatywem uczczenia 70-lecia Zwycięstwa zasługuje na oddzielne opracowanie. Każdy putinowiec czuł się w obowiązku zaznaczyć, jak mocno wspiera przywódcę i podpisuje się pod hasłem „Спасибо деду за победу”. Można było w banku otrzymać specjalną kartę kredytową ku czci Dnia Zwycięstwa, w klubie fitness dostać odpowiednią zniżkę i wstęgę, zjeść mielone mięso nazwane „Farszem zwycięstwa”; ulice, sklepy, parki – wszystko udekorowane okolicznościowymi napisami itd. W sieciach społecznościowych można znaleźć liczne przykłady rocznicowych idiotyzmów: https://twitter.com/adagamov/status/596431963482886144, https://twitter.com/adagamov/status/596339292718391296, https://twitter.com/riarip/status/596684425498382336, http://avmalgin.livejournal.com/5440595.html, http://www.colta.ru/articles/society/7234, http://avmalgin.livejournal.com/5437930.html

Błotny bilans

6 maja. Trzy lata temu Władimir Putin powrócił na Kreml po eksperymencie z chwilowym przekazaniem fotela prezydenta Dmitrijowi Miedwiediewowi. Został wybrany w marcu, przysięgę składał 7 maja 2012 roku. A w przeddzień nowej koronacji na fali protestów odbyła się w Moskwie demonstracja (pisałam o tych wydarzeniach: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/05/06/w-przeddzien-koronacji/ oraz http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/05/07/biale-miasto-przeciwko-putinowi/).

Demonstracja została brutalnie rozgoniona. 6 maja 2012 roku należy uznać za początek nowej polityki Kremla – nastąpił zwrot przez rufę. Od głoszonych przez Miedwiediewa haseł modernizacji i kontrolowanej tolerancji wobec tych, którzy nie popierają władz rękami i nogami, w stronę konserwacji władzy putinowskiej kleptokracji nafaszerowanej imitacją wartości (w języku Putina духовных скреп).

Putinowi bardzo nie podobał się ruch białej wstążki i organizowane na placu Błotnym pokojowe demonstracje liberalnej inteligencji przeciwko jego trwaniu na tronie, fałszowaniu wyborów, zagarnianiu przez rządzących całej sceny politycznej i gospodarczej. I jak widać z trzyletniej perspektywy, nie zamierzał tego protestu tolerować. Nie zamierzał tolerować tego, że ktokolwiek może podważyć jego legitymację władzy. Obrażony odwrócił się do najbardziej aktywnej części społeczeństwa tyłem, pokazał „kuźkinu mat’” i rozpoczął systematyczne tępienie tego, co nieśmiało wyrosło na politycznym poletku w czasie, gdy był nie prezydentem, a premierem. Zwrócił się w stronę biernej, ale wiernej większości, której przypadły do gustu nawiązania do ZSRR i czasów paternalistycznego cara batiuszki, który ma zawsze rację, i zapewnienia, że Rosja jest wielka itd.

A potem włączono akcelerator „Krymnasz”, który zasłonił wszystko inne i stał się fundamentem nowej umowy społecznej: „ja wam Krym, wy mi poparcie”. Rankingi Putina wzleciały pod niebo. Jak wskazuje w analizie „Trzy lekcje protestu” Kiriłł Rogow, jednym z filarów nowej legitymacji Putina jest przemoc. A także, dodajmy, społeczne przyzwolenie na jej stosowanie wobec wrogów. Tych zewnętrznych i tych wewnętrznych. „To niesamowite, ale tak jest: obecne 85% poparcia [dla Putina] to efekt stosowania przemocy. Nie są one wyłącznie efektem przemocy, ale bez przemocy nie byłyby możliwe – pisze Rogow. – Jeżeli wyobrazimy sobie, że z jakiegoś powodu putinowscy prokuratorzy i śledczy, a także wynajęci bandyci przestaną nagle wszczynać śledztwa, szykanować aktywistów i blogerów, bić obserwatorów w lokalach wyborczych, zamykać strony internetowe i odbierać licencje stacjom telewizyjnym, to za pół roku opozycja stanie się głównym nurtem, a reżim zacznie trzeszczeć w szwach. I nie pytajcie mnie, gdzie się podzieją wszystkie „Krymnasz” – najprawdopodobniej pójdą tam, skąd przyszły”.

Optymistycznie i pesymistycznie zarazem. Optymistycznie, bo zakłada możliwość zmian. A pesymistycznie, bo ten czynnik przemocy w rękach reżimu, który nie zamierza rozstawać się z „kormuszką”, a także wygodnymi instrumentami zwalczania sprzeciwu (i chętnie po nie sięga), może jeszcze długo umożliwiać trwanie putinowskiej ekipy. Ale zapamiętajmy słowo kluczowe „przemoc”.

Wróćmy do ruchu białej wstążki. Co z niego zostało po trzech latach? Paweł Aptiekar w dzisiejszej gazecie „Wiedomosti” pisze: „Obecnie aktywni mieszkańcy miast, będący jądrem protestu 2011-2012, są zastraszeni i zdemoralizowani. Straciwszy wiarę w możliwość pokojowej ewolucji, jedni skoncentrowali się na wychwytywaniu błędów władzy, inni – jak Michaił Chodorkowski – na próbach sforsowania blokady informacyjnej [Chodorkowski planuje uruchomienie rosyjskojęzycznej telewizji, mającej stanowić przeciwwagę dla propagandowych państwowych stacji], jeszcze inni pogodzili się z tym, co się stało, lub udają, że się pogodzili i żyją codziennym życiem. Opozycja jest zdemoralizowana, a w oczach większości jeszcze i zdyskredytowana. Mobilizacyjna, imperialna narracja [władz] wyparła na margines wszelkie dyskusje o konieczności reformowania życia społecznego i gospodarki”.

Reżim przez te trzy lata z zastosowaniem wymiaru sprawiedliwości (sprawiedliwości, mój Boże) rozprawił się z uczestnikami demonstracji 6 maja 2012 roku. Jak pisze w bilansie Jegor Skoworoda, oskarżono 33 osoby (niektórych w tym czasie nie było na demonstracji), oskarżenie dotyczyło uczestnictwa w nielegalnym zgromadzeniu i użycia siły wobec funkcjonariuszy policji. Sprawy uszyto grubymi nićmi. Kilkanaście osób skazano na kilkuletnie wyroki pozbawienia wolności (https://medium.com/@Rus2Web/это-нужно-знать-10-пунктов-о-болотном-деле-9c93ab4ff7a9?xrs=RebelMouse_fb&1430901657).

Przez tych, którzy trwają w oporze wobec putinizmu, zorganizowana została akcja „Jeden dzień – jedno nazwisko”. W krótkich filmikach opozycjoniści opowiadają o tych, którzy siedzą. (Tutaj jedno z tych nagrań: https://www.youtube.com/watch?v=YHbbbkiu3P8&feature=youtu.be).

Zdjęcia z demonstracji 6 maja 2012 roku można zobaczyć m.in. tutaj: https://www.flickr.com/photos/varfolomeev/sets/72157629979955649/

Łabędź wszech czasów

5 maja. Gdy odchodzi geniusz, otwiera się wieczność. Maja Plisiecka, wielka primabalerina, niezłomny człowiek. Wrażliwość, talent, mistrzostwo, swoboda, dusza. Odeszła 2 maja w wieku 89 lat. Do wieczności.

Nawet dla tych, którzy nie interesują się baletem, była kimś – wielką gwiazdą, najwspanialszym łabędziem z baletu Czajkowskiego, jaki kiedykolwiek umierał na scenie. W licznym gronie fantastycznych rosyjskich mistrzów baletu miała wyjątkową pozycję. Specjaliści mówili o idealnej harmonii jej ruchów. Tkała swoje role z ekspresji i emocji, którymi porażała i zarażała widzów. Poeta Andriej Wozniesieński nazwał ją „Cwietajewą baletu”.

Tańczyła nie tylko klasykę, nie tylko partie w „Jeziorze łabędzim”, „Don Kichocie”, „Rajmondzie”. Chciała poczuć nerw wieku, uwielbiała awangardę. Jej „Carmen-suita” była jak bomba (1967). Ten jednoaktowy balet powstał specjalnie dla niej. Kompozytor Rodion Szczedrin (prywatnie – mąż) oplótł swoją nowoczesną orkiestracją kompozycję Bizeta, kubański choreograf Alberto Alonso przełożył tragiczną miłość operowej Carmen na ekspresyjny język tańca. Minister kultury ZSRR Jekatierina Furcewa nie chciała początkowo wyrazić zgody na pokazanie spektaklu w Moskwie – za dużo erotyzmu, a przecież w Związku Radzieckim, jak powszechnie wiadomo, seksu nie było. Plisiecka we wspomnieniach napisała, że ten spektakl był hymnem wolności. Jakże zatem mógł się taki hymn spodobać władzom socjalistycznego molocha? A trzeba jeszcze przypomnieć, że Plisiecka w 1966 roku podpisała list działaczy kultury do genseka Breżniewa przeciwko rehabilitacji Stalina (to był jedyny polityczny list, jaki kiedykolwiek podpisała). W końcu, dzięki uporowi Plisieckiej, udało się przekonać odpowiednie czynniki. Furcewa zaproponowała, żeby spektakl odwołać pod pozorem choroby primabaleriny; Plisiecka zapowiedziała, że powie wszem wobec, że to Furcewa zakazuje grać i jeszcze ją namawia do kłamstwa i oznajmiła, jeśli nie będzie mogła zatańczyć tego przedstawienia, to odejdzie z teatru Bolszoj. Zadziałało (podobno zadecydowało to, że w projekcie wziął udział Alonso – tancerz z Kuby, socjalistycznej wyspy wolności). Plisiecka zatańczyła Carmen 132 razy. Każdy gest, każde drgnienie dłoni, każda wystudiowana poza naładowana energią, szaloną namiętnością, pasją życia, swobody i miłości.

Nie było łatwo. Nawet wtedy, gdy miała już pozycję niekwestionowanej gwiazdy sceny baletowej, nie wypuszczano jej za granicę. Pierwsze występy za żelazną kurtyną to był dopiero 1959 rok. Była jedną z tych, którzy odbudowywali zerwane mosty pomiędzy ZSRR i Zachodem.

Plisiecka od wczesnej młodości nauczyła się walczyć. Jej ojciec, Michaił Plisiecki był dyplomatą i działaczem politycznym, kierował w latach trzydziestych XX wieku radziecką koncesją węglową na Spitsbergenie, był tam konsulem generalnym. W 1937 roku został aresztowany za szpiegostwo, a rok później stracony (zrehabilitowany w 1956). Matka, Rachela Messerer-Plisiecka, była aktorką filmu niemego, po urodzeniu dzieci odeszła z zawodu. Po aresztowaniu męża została zesłana do Kazachstanu do akmolińskiego obozu dla żon zdrajców ojczyzny. Maja uczyła się wtedy w szkole baletowej. Przed skierowaniem jej do zakładu dla dzieci zdrajców ojczyzny uchroniła ją ciotka, siostra Racheli Sulamit Messerer, znakomita baletnica, która ją zaadoptowała.

Ci, którzy poznali Maję Plisiecką osobiście, wspominają o niezwykłej dyscyplinie, harcie ducha, żelaznej logice myśli. Codziennie – ćwiczenia przy drążku, pływanie w jeziorze, surowa dieta („всю жизнь сижу не жрамши”, mówiła żartobliwie, odpowiadając na liczne pytania, jak się jej udaje zachować formę). Oficjalnie odeszła ze sceny w 1988 roku, ale jeszcze na jubileuszu siedemdziesięciolecia (1995) zatańczyła swoje popisowe partie. I to jak! Niezapomniany spektakl.

Zagrała rolę księżnej Betsy w ekranizacji „Anny Kareniny” Aleksandra Zarchi. Scena, w której spaceruje po parku trzymając na smyczy dwa piękne charty i tłumacząc bezlitośnie Wrońskiemu, że w obecnej sytuacji, gdy Anna odeszła od męża, nie może jej u siebie przyjmować, jest szalenie wysmakowana, zapada w pamięć. A więc miała też talent aktorski. We wspomnieniach napisała, że w młodości marzyła o karierze aktorskiej, ale trafiła do szkoły baletowej i z baletem związała się na resztę życia.

Od 1991 roku mieszkała na stałe za granicą. Wiele czasu spędzała na Litwie (miała litewskie obywatelstwo) i w Niemczech (gdzie zmarła na zawał serca).

20 listopada, w dniu dziewięćdziesiątych urodzin wielkiej primadonny odbędzie się w moskiewskim teatrze Bolszoj (z którego odeszła przed laty w atmosferze skandalu) wieczór poświęcony jej pamięci. Wedle życzenia zmarłej jej prochy mają być rozrzucone nad Rosją. Ale dopiero po śmierci męża.

Piękne zdjęcia Mai Plisieckiej można zobaczyć m.in. tu: https://meduza.io/galleries/2015/05/03/harakter-eto-i-est-sudba

A tu filmy: https://meduza.io/feature/2015/05/03/posle-aysedory-32-minuty-vyhodila-na-poklony

Kosmos lata

30 kwietnia. Pewien trzyletni chłopczyk oznajmił ostatnio swojej cioci, iż wie ponad wszelką wątpliwość, że „kosmos lata”. Dlaczego? To proste – „bo może”! Na miejscu rosyjskich speców od kosmosu co prędzej skonsultowałabym się z tym trzylatkiem, który intuicyjnie wyczuł istotę kosmosu. Bo Rosja ma z kosmosem i okolicami ostatnio trochę problemów. Zaczynając od prowadzących strajk głodowy budowniczych nowego, wielce wyczekiwanego kosmodromu Wostocznyj, którym od dawna nie wypłaca się pensji. Pieniądze najwyraźniej krążą gdzieś w kosmosie, choć akurat problem z zaległościami w wypłacie uposażeń jest przyziemny i do gwiazd mu daleko.

W zeszłym tygodniu w okolicach wioski Zabołotje w obwodzie archangielskim coś spadło z nieba. Agencja TASS poinformowała, że to eksperymentalna rakieta wystrzelona z kosmodromu Plesieck. Próba się nie udała, ważąca 9,5 tony rakieta po dziesięciu minutach lotu wykonała popisowe salto mortale i gruchnęła o matkę Ziemię. Minęło kilka godzin i oto agencja Interfax doniosła, że kosmodrom Plesieck kategorycznie wypiera się, jakoby wystrzelił jakąkolwiek rakietę, tym bardziej balistyczną. Rakietowe Wojska Strategiczne też odżegnały się od tego, że miały z tą kosmiczną katastrofą coś wspólnego. Wyglądało na to, że jakiś marzyciel mieszkający w pobliżu kosmodromu chciał – jak bohater starego polskiego filmu – zdobyć pieniądze, kobietę i sławę i zaczął budować sobie na podwórku pojazd kosmiczny, tylko w ostatniej chwili coś mu nie wyszło.

Cóż, zdarza się na najlepszych kosmodromach. Tylko dlaczego wokół tego wydarzenia mamy taką mgławicę Andromedy? Może ktoś wystrzelił, może nie wystrzelił, badania trwają, po mediach tłuką się sprzeczne komunikaty. Ale to i tak kwiatuszki w porównaniu z tym, co przytrafiło się Progressowi.

Bezzałogowy statek transportowy Progress miał dostarczyć na Międzynarodową Stację Kosmiczną 2,5 tony ładunku: paliwo, tlen, żywność, aparaturę, a także – i temu akurat towarzyszyła w rosyjskich mediach największa pompa – kopię sztandaru zwycięstwa, zatkniętego w pokonanym Berlinie w maju 1945 roku. Zgodnie z planem Progress wystartował 28 kwietnia z kosmodromu Bajkonur. I jak to w bajkach robotów bywa, wszedł na zbyt wysoką orbitę, po czym w podskokach urwał się „na gigant”, stracił ochotę do gadania z Ziemią, a na MKS nie miał szans się dostać. Kosmos lata.

Znów zacytuję agencję Interfax: „Analiza orbit […] świadczy o tym, że przy oddzieleniu się statku od trzeciego członu nastąpiła eksplozja”. W centrum kontroli lotów zapanowała panika. Rosjanie najbardziej zatrwożyli się tym, że na MKS nie dotrze sztandar. A tu zaplanowany jest seans łączności z Ziemią 9 maja w siedemdziesiątą rocznicę zwycięstwa, przecież rosyjscy kosmonauci nie mogą wystąpić z pustymi rękami. Kable agencji informacyjnych grzały się „w temacie sztandaru” przez kilka godzin, aż w końcu ktoś sobie przypomniał, że analogiczny egzemplarz flagi zawieziono już na MKS w lutym. Uff. Że wart 2,5 mld rubli statek kręci się teraz gdzieś w przestrzeni kosmicznej jak bączek, to nieważne, najważniejsze, że w Dzień Zwycięstwa rosyjska załoga stacji będzie miała czerwoną płachtę.

Jeszcze w połowie kwietnia, kiedy zaczęły się pojawiać informacje o planie wystrzelenia Progressu, służba prasowa Roskosmosu zakomunikowała, że na federalny program kosmiczny z budżetu państwa wydzielono wprawdzie 2 bln rubli, ale fundusze – z uwagi na sytuację gospodarczą – obcięto o 10% w ramach ogólnych cięć. Kosmos lata. I loty obniża, choć zajmujący się podbojem kosmosu wicepremier Dmitrij Rogozin nadal zapewnia, że Rosja wyśle kosmonautów na Księżyc, i na tym się nie będzie oszczędzać. Najwyżej znowu obetnie się na oświatę i kulturę.

Urwanie się Progressu z orbity było jednym z najobficiej komentowanych w rosyjskich mediach – tradycyjnych i społecznościowych – tematów tygodnia. Dziennikarz, poeta, aktywista Roman Osminkin stwierdził, że ostatnie niepowodzenia Rosji na orbicie to wynik wszechogarniającej korupcji, która czyni cały system niewydolnym. W FB napisał: „Statek kosmiczny to miliardy z budżetu. […] I oto teraz te pieniądze spłoną sobie w atmosferze, składając się w ofierze żarłocznemu bogu Korupcji. „On utonął” – powiedział Putin na początku swojego piętnastolecia o okręcie Kursk z kilkuset marynarzami na pokładzie, którzy gotowi byli zginąć za ojczyznę, ale nie za chciwość swoich zwierzchników. „On spłonął” – powie pod koniec swego piętnastolecia o statku kosmicznym Progress, popiół z którego posypie się na nasze głowy. Te szczątki Progressu to aż nazbyt piękna metafora końca epoki, nazywanej postradzieckim okresem historii Rosji”.

No właśnie, a co ze szczątkami statku? Blogosfera miała dziś używanie: przewidywano, że kawałki Progressu spadną na Ziemię 9 maja, na plac Czerwony, na główną trybunę,  a sztandar przykryje całą tę hucpę. Specjaliści jednak na razie podchodzą do zagadnienia z ostrożnością – mówią, że niepodobna przewidzieć, gdzie spadną szczątki ani nawet kiedy. Zdaniem ekspertów większość fragmentów statku spłonie w atmosferze, a na powierzchnię Ziemi mogą spaść jedynie jakieś supermocne części z tytanem.

Lot nieszczęsnego Progressu można śledzić tu: http://www.n2yo.com/?s=40619