Archiwum kategorii: Bez kategorii

Najlepsze życzenia

Szanowni Czytelnicy!
W ten świąteczny czas niech wszystko, co dobre, będzie z Wami. Życzmy sobie tego, co lubimy – politykom polityki, gospodarzom gospodarki, leniom lenistwa, myśliwym myślistwa, a kolędnikom kolędy. Wszystkim nam krzepkiego zdrowia i bezkolizyjnego omijania przeszkód.
Dzieciątko się narodziło, wszystek świat uweseliło, radujmy się, weselmy się na to Nowe Lato.
Wesołych Świąt !!!

Seans w kinie „Wolność”

Ustawa amnestyjna, przyjęta w dwudziestą rocznicę konstytucji, o kilka miesięcy skróciła wyroki uczestniczkom skandalizującego nabożeństwa punkowego – członkinie zespołu Pussy Riot Maria Alochina i Nadieżda Tołokonnikowa wyszły dziś na wolność.
Obydwie z mety oświadczyły, że zamierzają poświęcić się działalności na rzecz obrony praw człowieka, w pierwszym rzędzie pomagać tym, którzy siedzą.
Alochina powiedziała, że gotowa była siedzieć do końca wyroku. „Gdyby nie to, że amnestia jest przymusowa, to nie wyszłabym z kolonii. Ta amnestia nie jest aktem humanitaryzmu, a akcją PR” – oznajmiła. I dodała jeszcze, że gdyby miała taką możliwość, to dokończyłaby punk-modlitwę „Bogurodzico, przegoń Putina”. Nic nie wskazuje na to, że w miejscu odosobnienia skruszała. Wręcz przeciwnie. Tołokonnikowa z kolei jeszcze siedząc w kolonii karnej w Mordowii wysłała list z opisem warunków pobytu i pracy w łagrze. List opublikowały światowe media. Sprawa zrobiła się głośna, bo Tołokonnikowa wyciągnęła na światło dzienne kilka grzechów głównych systemu penitencjarnego. Prowadziła głodówkę, protestując przeciwko temu, jak jest traktowana. Zyskała tylko tyle, że z Mordowii przeniesiono ją do Kraju Krasnojarskiego (przy czym wieziono ją przez kilka dni, nie informując rodziny, dokąd mianowicie). Zaraz po wyjściu Tołokonnikowa zadeklarowała, że będzie domagać się zwolnienia naczelnika mordowskiego oddziału Federalnej Służby Więziennictwa, „w przeciwnym razie nic się nie zmieni i ludzi będą tu zabijać i fizycznie, i moralnie”. „Uwięzienie uczyniło mnie silniejszą. Nie wiem, czym można zastraszyć człowieka, który odsiedział dwa lata” – podsumowała odsiadkę. Też nie skruszała. Co więcej, wezwała, by zbojkotować igrzyska w Soczi i rosyjskie ropę i gaz. Chyba prezydent Putin nadal nie będzie się chciał z nią przyjaźnić. A ona z nim.
Pod amnestię nie podpadł partner biznesowy Chodorkowskiego, Płaton Lebiediew (kończy odsiadkę w maju 2014). Skomentował wydarzenia ostatnich dni: „Jestem bardzo rad za wszystkich tych, którzy wyszli na wolność na mocy amnestii. Bardzo się cieszę z powodu Michaiła. W Rosji wszystko jest możliwe – i wsadzić kogoś bezprawnie, i wypuścić”.
Wczoraj Chodorkowski odbył dwie konferencje prasowe w Berlinie – jedną dla wąskiego, drugą dla szerokiego kręgu dziennikarzy. Sensacji nie było. Chodorkowski wypowiadał się ostrożnie, ważąc każde słowo. Potwierdził część wcześniejszych spekulacji o zawarciu ugody z władzami. W skrócie: rezygnacja z uprawiania polityki w zamian za wolność.
Fantastyczne są okoliczności towarzyszące jego uwolnieniu. O drugiej w nocy „zek numer jeden” został zerwany z pryczy przez naczelnika kolonii karnej. Naczelnik oznajmił, że Chodorkowski ma jechać do domu. Zgodnie z regułami gatunkowymi politycznego thrillera szpiegowskiego, do domu jednak nie pojechał. Pod bramą kolonii w Siegieży czekał na niego samochód, który ekspresowo dostarczył go na plac, gdzie czekał śmigłowiec. Śmigłowiec poleciał do Pitra. W Pitrze niewyspany Michaiła Borysowicz został zapakowany do prywatnego samolotu niemieckiego biznesmena. Po drodze pono dowiedział się, że nie poleci do Moskwy, tylko do Berlina. Poleciał. Nazajutrz do stolicy Niemiec doleciała rodzina. Z kilku źródeł zostały wypuszczone wieści, że swoje uwolnienie Chodorkowski zawdzięcza „tajnej niemieckiej dyplomacji”. Zabrzmiało ciekawie, znowu zgodnie z wymogami gatunku powieści szpiegowskich. Najciekawsze jest to, w jaki sposób i w jakim celu dobijano targu o wolność dla Chodorkowskiego. Pytań jest multum. Ułaskawienie Chodorkowskiego nosi znamiona operacji specjalnej. Tajna umowa – komunikat prezydenta o ułaskawieniu rzucony od niechcenia przez ramię – uwolnienie z kolonii – wszędzie gotowe konie pocztowe, by trojka wioząca ważnego zeka dojechała gdzie trzeba – dokumenty podróży w porządku. Po co to wszystko?
Niedawno rosyjska telewizja wyemitowała serial Walerija Todorowskiego „Odwilż” o wegetariańskich czasach – latach sześćdziesiątych, Chruszczowowskim poluzowaniu, które po antyludzkiej zimie stalinizmu zdawało się wiosną swobody. Serial został zilustrowany muzycznie wpadającą w ucho piosenką „Ach, kak ja była wlublena, i czto tiepier’ – ja dumała, eto wiesna, a eto ottiepiel” (Ach, jakże byłam zakochana i co teraz – myślałam, że to wiosna, a to odwilż). Przez media przetoczyła się dyskusja, czemu tak modna jest dziś w Rosji nostalgia po tych czasach i czy można znaleźć jakieś analogie z czasami dzisiejszymi. Czy teraz – to szczególnie nasiliło się w związku z amnestią i ułaskawieniem Chodorkowskiego – mamy do czynienia z wiosną czy tylko z krótkotrwałą odwilżą? Odwilż to w meteorologii niebezpieczna pora, łudzi, że będzie ciepło, w każdym razie cieplej. Czasem zwiastuje nastanie wiosennych roztopów, a czasem jest tylko przerwą przed kolejnym atakiem mrozów.
Amnestia może być związana z chęcią poprawy wizerunku prezydenta Putina, któremu zależy na dobrej atmosferze wokół igrzysk w Soczi. Ale Duma pracuje zgodnie z planem: przyjmuje kolejne ustawy, świadczące o politycznych przymrozkach. W ostatnich dniach np. znany skądinąd najbardziej radioaktywny deputowany Dumy Andriej Ługowoj zgłosił projekt ustawy, zgodnie z którą mają być blokowane strony internetowe, na których zostaną zamieszczone komunikaty o zwoływaniu niesankcjonowanych zgromadzeń publicznych. 20 grudnia Duma przyjęła ustawę w drugim i trzecim czytaniu. Ja dumała, eto wiesna, a eto daże nie ottiepiel.

Chodorkowski na wolności

Pierwsze hausty świeżego powietrza swobody już stały się udziałem Michaiła Chodorkowskiego. Machina biurokratyczna zadziałała z prędkością światła: ledwie wczoraj o 16.10 czasu moskiewskiego prezydent Putin powiedział, że ma zamiar ułaskawić „zeka numer jeden” (http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/12/19/chodorkowski-ulaskawiony/), a już dziś o godz. 12.20 Michaił Borysowicz opuścił kolonię karną w karelskiej Siegieży. O godzinie 16.57 czasu moskiewskiego agencja RIA Nowosti podała, że Chodorkowski wyleciał do Niemiec, gdzie na leczeniu przebywa jego matka. Marina Chodorkowska wyraziła zdziwienie, że „Misza dokądś poleciał”, bo ona przebywa pod Moskwą.
„Kierując się zasadami humanitaryzmu, postanawiam: ułaskawić skazanego Chodorkowskiego Michaiła Borysowicza, zwalniając go z dalszego odbywania kary pozbawienia wolności” – brzmi suchy tekst prezydenckiego dekretu, który stał się główną sensacją polityczną końca roku.
Z doniesień prasy (m.in. „Kommiersanta”) wynika, że niedawno miało miejsce tajemnicze zakulisowe spotkanie Chodorkowskiego z wysłannikami tajnych służb. Rozmówcy mieli poinformować więźnia o złym stanie zdrowia mamy, Mariny Chodorkowskiej, cierpiącej na chorobę nowotworową i o perspektywach „trzeciego procesu”, podczas którego MBCh mógłby znów być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Wszystko wskazuje na to, że strony osiągnęły ugodę. O spotkaniu nie wiedzieli ani adwokaci, ani rodzina Chodorkowskiego (stąd ich wczorajsze bezbrzeżne zaskoczenie decyzją prezydenta). „Nie ma wątpliwości, że wypuszczenie MBCh na wolność zostało obwarowane warunkami z obu stron: […] Putin zażądał, by Chodorkowski trzymał się z dala od polityki i nie dochodził swoich praw do [odebranego] majątku przed europejskimi sądami, a MBCh domagał się zapewne uwolnienia innych uczestników sprawy Jukosu i gwarancji, że w stosunku do niego samego nie będzie już nowych prześladowań” – napisał Siergiej Aleksaszenko.
Zawarto pakt o nieagresji. Władza, osobiście Putin, pokazuje swoją łagodniejszą twarz, wypuszczając Chodorkowskiego, by mógł się spotkać z chorą matką. Widmo „trzeciego procesu” znika z horyzontu, przynajmniej na razie. A Chodorkowski znika ze sceny politycznej. On sam zresztą sygnalizował już wcześniej, że po wyjściu na wolność chce się poświęcić rodzinie i ewentualnie działalności społecznej.
Feliksowi Dzierżyńskiemu przypisuje się autorstwo sloganu: „Czekista powinien mieć czyste ręce, gorące serce i chłodny umysł”. Serce czekisty dziś – w Dniu Czekisty (jak się w slangu określa branżowe święto tajnych służb) – pokazało, że potrafi być ludzkie.
Przed igrzyskami w Soczi prezydent Putin stara się ocieplić swój wizerunek i wybić z rąk oponentów argumenty o przetrzymywaniu więźniów politycznych. Do Soczi klimat w Rosji zapewne złagodnieje. Co będzie później – zobaczymy.
Dziś najważniejsze jest to, że Chodorkowski wyszedł na wolność. To świetna wiadomość.

Chodorkowski ułaskawiony?

Doroczny rytuał w stylu bizantyjskim: spotkanie Władimira Putina z dziennikarzami krajowymi i zagranicznymi odbywa się zwykle pod koniec grudnia i jest swoistym podsumowaniem roku w polityce. Dzisiejsza konferencja prasowa trwała ponad cztery godziny. Pan prezydent był w stanie odpowiedzieć na każdy temat – od stanu użytków rolnych w obwodzie kurgańskim, przez Iskandery nad Bałtykiem po szyty właśnie w prokuraturze „trzeci proces” Michaiła Chodorkowskiego. W związku z ogłoszoną kilka dni temu amnestią temat zwolnienia „zeka numer jeden” znów w Rosji powrócił – odpowiednie sformułowanie zapisów ustawy amnestyjnej pozwoliłoby wypuścić Chodorkowskiego na wolność bez dodatkowych procedur. Zamiast tego jednak pojawiły się doniesienia prokuratury o przygotowywaniu kolejnego procesu, w którym Chodorkowski miałby być oskarżony o wypranie 10 mld dolarów za granicą. Na pytanie dziennikarki opozycyjnej gazety na temat tego możliwego „trzeciego procesu” prezydent odpowiedział wymijająco: „Nie wnikam w szczegóły. Jako człowiek patrzący na to z zewnątrz, bez zagłębiania się, nie widzę specjalnych perspektyw dla tej sprawy. Nie rozumiem, na czym miałoby to polegać. Żadnego zagrożenia nie dostrzegam”. To była świetna okazja, żeby rozwinąć temat Chodorkowskiego, więzionego od dziesięciu lat. Prezydent wszelako ograniczył się tylko do takich ogólnikowych sformułowań. Bombę odpalił dopiero po konferencji.
„Co do Chodorkowskiego, to już mówiłem, że Michaił Borysowicz powinien był zgodnie z prawem napisać odpowiedni papier [prośbę o ułaskawienie]. On tego nie robił, ale teraz całkiem niedawno napisał taki papier i zwrócił się do mnie z prośbą o ułaskawienie. Spędził w koloniach karnych ponad dziesięć lat, to poważna kara. On powołuje się na okoliczności o charakterze humanitarnym, ma chorą matkę i ja uważam, że można podjąć decyzję i w najbliższym czasie zostanie podpisany dekret o ułaskawieniu” – powiedział już po zakończeniu konferencji prezydent Putin.
Sekretarz prasowy prezydenta Dmitrij Pieskow potwierdził tę informację. Powiedział, że Chodorkowski, składając wniosek, przyznał się do winy, jeśli chodzi o inkryminowane mu przestępstwa – informuje portal Slon. Ale dokumentu nie pokazał i nie zapowiedział, że pokaże.
Co ciekawe, adwokaci Chodorkowskiego i jego oficjalny przedstawiciel nic nie wiedzieli o wniosku o ułaskawienie i nie słyszeli, by ich klient miał taki zamiar. Żona Inna Chodorkowska ani mama Marina Chodorkowska też o wniosku nic nie wiedziały. Później oznajmiono, że wszelkie komentarze adwokatów do czasu ich spotkania z Chodorkowskim są nieważne, usunięto je ze strony internetowej. Jeden z adwokatów Wadim Kluwgant podkreślił, że głowa państwa może ułaskawić danego więźnia bez wniosku z jego strony. Zgodnie z procedurą, wniosek o ułaskawienie więzień może skierować również bez pośrednictwa adwokatów – za pośrednictwem służby więziennej do komisji ds. ułaskawień jednostki administracyjnej, w której znajduje się kolonia karna (w tym wypadku – komisja Republiki Karelii). Ale przedstawiciel komisji w Karelii powiedział, że o ułaskawieniu dowiedział się z telewizji.
Po tych wątpliwościach, czy wniosek faktycznie został napisany przez Chodorkowskiego, głos zabrał sekretarz Pieskow, który zapewnił, że na Kremlu jest wniosek z jego [Chodorkowskiego] podpisem. A prezydent podpisze go niebawem.
Zadziwiająca rzecz. Pomiędzy pytaniem o „trzeci proces” Chodorkowskiego a niespodziewanym oświadczeniem Putina, że ma w ręku wniosek o ułaskawienie od Michaiła Borysowicza i że zamierza go wkrótce podpisać, minęło może piętnaście, może dwadzieścia minut. Przez ten czas otrzymaliśmy dwa diametralnie różne komunikaty w sprawie przyszłości Chodorkowskiego. Prezydent zmienił zdanie? Nagle podjął decyzję? Sam? A Chodorkowski napisał wniosek? Nie napisał? O co chodzi?
Partner Chodorkowskiego, Płaton Lebiediew, który też został skazany w dwóch procesach razem z Chodorkowskim, wniosku w sprawie swojego zwolnienia nie składał. Potwierdził to dziś jego adwokat. Chodorkowski przez dziesięć lat, jakie spędził za kratami, wielokrotnie komunikował, że nie wystąpi o ułaskawienie, bo to oznaczałoby przyznanie się do winy, a on czuje się niewinnie prześladowany.
Władimir Putin najwidoczniej przed igrzyskami w Soczi chce poprawić swój wizerunek w świecie. Zwolnienie Chodorkowskiego byłoby zdecydowanym plusem. W setkach, tysiącach komentarzy, jakie leją się teraz szerokim strumieniem przez agencje i media internetowe, większość wyraża wielką radość z powodu zwolnienia Chodorkowskiego. Dmitrij Miedwiediew będąc prezydentem, powiedział, że wolność jest lepsza niż brak wolności. Na pewno tak.
Wyrok orzeczony w drugim procesie Chodorkowskiego dobiegnie końca w sierpniu 2014 roku.

Wiatr z kierunków wschodnich

Miłosierna zniżka cen na gaz i obietnica rozciągniętego w czasie wykupywania przez Rosję obligacji państwowych Ukrainy za łączną sumę 15 mld dolarów. Takie ustalenia zapadły wczoraj w Moskwie podczas wizyty ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza. Oferta doraźnie ratująca polityczne życie Janukowyczowi i podłączająca kroplówkę znajdującej się na skraju przepaści ukraińskiej gospodarce. O przystąpieniu Ukrainy do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu, jak głosi oficjalny komunikat, wcale nie rozmawiano. Co w zamian za tę rosyjską hojność? Tego właśnie nie wiemy.
Cena rosyjskiego gazu dla Ukrainy od kilku lat była niebotyczna, jak dla najgorszego wroga. Niezreformowana gospodarka ukraińska dusiła się od tego, dusiła i byłaby się udusiła chociażby z powodu niewykonalnych spłat zadłużenia, gdyby nie nagła łaskawość gazowego sąsiada. Chociaż nie wiem, czy nagła czy wykalkulowana właśnie na ten moment, kiedy cofnięcie decyzji o paskarskich cenach będzie miało dodatkowy polityczny wymiar i sens.
Co Rosja spodziewa się otrzymać za tę łaskawość? To główne pytanie, które dziś zadają sobie komentatorzy. Według spekulacji portalu „Politcom.ru” Rosja będzie mogła wreszcie posiąść (przynajmniej częściowo, może w połowie) swój „mroczny przedmiot pożądania”, czyli system ukraińskich rurociągów. Taktyka duszenia okazała się skuteczna wobec Białorusi (dwa lata temu 50% Biełtransgazu stało się własnością Rosjan), może się okazać skuteczna i wobec słabej w tym momencie ukraińskiej gospodarki. Przejęcie kontroli nad ukraińską gazrurką zmniejszyłoby problemy z bezpieczeństwem dostaw rosyjskiego gazu na Zachód. To oczywiście tylko hipoteza. O ewentualnej transakcji nie było ani słowa. Ponadto Rosja czyni starania, by zbudować South Stream, który szerokim łukiem ominąłby Ukrainę i stwarzane przez nią problemy z tranzytem. Ale ten rurociąg też trzeba dopiero zbudować i jeszcze pokonać przeszkody prawne, stawiane przez Komisję Europejską. Jeżeli rurociąg powstanie, Ukraina znacznie straci jako partner tranzytowy Rosji.
Wśród kart, które leżą na stole (choć niekoniecznie rozgrywane były teraz w Moskwie), jest rosyjska Flota Czarnomorska stacjonująca na Krymie i współpraca przemysłów zbrojeniowych.
Rosyjscy komentatorzy pienią się dziś obficie, próbując dociec, dlaczego Putin tak beztrosko rzucił Ukrainie koło ratunkowe warte 15 mld dolarów. To pieniądze pochodzące z Funduszu Dobrobytu Narodowego, należącego do obywateli Rosji, zapewniającego pokrycie deficytu funduszu emerytalnego. Zdziwienie cokolwiek teatralne – Putin może rzucić dowolną kwotę z dowolnych funduszy, jak tak mu się spodoba. Duma go nie ogranicza, rząd go nie ogranicza. To po pierwsze. A po drugie, wcale nie wiadomo, jaka będzie ta kwota. Wykup ukraińskich obligacji ma następować stopniowo. Pieniądze miałyby trafiać do Kijowa porcjami. Do czasu wyborów prezydenckich, zaplanowanych na marzec 2015 roku. Kroplówka, żeby pacjent przeżył. I może miał szansę zawalczyć o reelekcję.
Może faktycznie Janukowycz tak rozmawiał z Rosją, by była ona skłonna ratować przed rozeźlonym Majdanem jego polityczną skórę. I to był jego cel jedyny. A Rosja postawiła warunki, które będą dyscyplinować Janukowycza. Krok w stronę Europy zaowocuje wstrzymaniem kroplówki. Cena na gaz będzie przecież ustalana co kwartał, a wykup obligacji też nie będzie jednorazowy, a porcjowany. Do końca roku Kijów otrzyma 3 mld dolców. Co do reszty – to się zobaczy.
Ukraińska opozycja jest przekonana, że prezydent zawarł w Moskwie diabelski pakt. Że Rosja etapami będzie przymuszać Ukrainę do Unii Celnej. Możliwe, że taki jest strategiczny plan Moskwy. Dla Putina i jego ekipy wypłynięcie Kijowa na europejskie wody jest nie do pomyślenia. Bo bez ukraińskiej perły czapka Monomacha nie będzie miała odpowiedniego ciężaru gatunkowego. Ba, może nawet całkiem straci rację bytu.
Rozwija tę tezę Lilia Szewcowa z moskiewskiego Centrum Carnegie w wywiadzie dla „Le Nouvel Observateur”: „[Putin] uważa, że zawrócenie Ukrainy pod skrzydła Moskwy zapewni przetrwanie jemu i jego klanowi. Ostatnio zaczął zdawać sobie sprawę, że stosowanej przez lata strategii utrzymania się u władzy – represje, propaganda – może nie wystarczyć. Podobnie jak inni carowie stara się znaleźć rozwiązanie wewnętrznych problemów poprzez politykę zagraniczną. Dwa lata temu włączył starą płytę: oblężona przez zewnętrznych wrogów Wielka Rosja powinna się bronić. Jak? Stać się jeszcze większa. Bez Ukrainy zbudowanie reinkarnacji Związku Radzieckiego – Unii Eurazjatyckiej się nie powiedzie. A zatem przeszkodzenie w zbliżeniu Kijowa z UE jest głównym celem dzisiejszej strategii Putina. Kiedy Obama i zachodni liderzy okazali słabość i niepewność w kwestiach Syrii i Iranu, Kreml zrozumiał, że może rozegrać swoją kombinację, niczym nie ryzykując. Reakcja Zachodu, w tym UE, była bardzo słaba. Myślę, że teraz Putin pójdzie jeszcze dalej”.
O ile cyrkulacja wschodnia na Ukrainie się utrzyma. A co do tego pewności nie ma. Są tylko chłodne kalkulacje.

Rosja dziś

„Jeśli zamierzacie uprawiać sabotaż, to nie odpowiada to moim planom. Praca w agencji musi się wiązać z miłością do Rosji” – powiedział na spotkaniu z podwładnymi Dmitrij Kisielow nowy szef nowej struktury informacyjnej „Rossija Siegodnia”, powstającej na gruzach agencji RIA Nowosti. Przez ostatni tydzień temat powołania tego nowego zbrojnego ramienia ministerstwa prawdy nie schodzi z pierwszych stron rosyjskich gazet. Ale po porządku.
Była państwowa agencja informacyjna RIA Nowosti. Na jej czele stała Swietłana Mironiuk, menedżerka, umiejętnie lawirująca pomiędzy Scyllą lojalności a Charybdą przyzwoitości. Na skutek zakulisowych gier pomiędzy kilkoma osobami z otoczenia prezydenta Putina agencję zlikwidowano (chodziły słuchy, że wywalenie Swietłany Mironiuk kończy wielkie sprzątanie po Miedwiediewie, który pod koniec swojej kadencji, hłe, hłe, kadencji, stanął murem za Mironiuk). Jak twierdzą obserwatorzy, zamiana RIA Nowosti nowym tworem pozostaje w ścisłym związku z ponownym podziałem rynku medialnego i reklamowego. W tych dniach poinformowano, że bracia Kowalczukowie (najwierniejsi z wiernych pretorianie Władimira Putina związani z nim przez kooperatywę Oziero) zakupili holding medialny Profmedia. Wraz z kontrolowanym przez nich Gazprom-Media stworzy to wielką strukturę kontrolującą większość stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych oraz poczytnych tytułów prasowych. „Putin lubi monopole” – komentuje Julia Łatynina. Można by dodać: lubi mieć wszystko pod kontrolą.
Zdawać by się mogło, że rosyjskie media mają tak ciasno założony kaganiec, że niewiele da się w nim jeszcze mocniej przykręcić. A jednak. Okazuje się, że władza jest niezadowolona. Głównie z tego, że sama wygląda w przekazie medialnym niezbyt atrakcyjnie (choć obsługujący Kreml dziennikarze robią wszystko, by zawinąć towar w błyszczące papierki), że w mediach pojawiają się głosy krytyczne, pokazywane są zjawiska negatywne itd., a to stwarza wrażenie, że władza nie jest piękna i nieomylna. Trzeba coś z tym zrobić. Zmienić władzę? O, nie! Zmienić sposób tworzenia jej wizerunku.
Na miejsce zlikwidowanej RIA Nowosti powstanie zatem wzmiankowana „Rossija Siegodnia”. Ma ona za zadanie, jak powiedział Kisielow, „przywrócenie sprawiedliwego stosunku do Rosji jako ważnego państwa świata kierującego się dobrymi zamiarami”. Od zeszłego roku prezydent Putin kładzie większy nacisk na rozwijanie wpływów „miękkiej siły”. Czyli eksport rosyjskich interesów „poprzez przyciąganie sympatii do Rosji na gruncie jej osiągnięć nie tylko w sferze materialnej, ale także duchowej”. Prezydent Putin na zeszłorocznym spotkaniu rosyjskich ambasadorów podkreślał, że wizerunek Rosji za granicą jest wypaczony, bo „nie jest tworzony przez nas”. No to teraz będzie „tworzony przez nas”. I to przez nie lada fachową siłę. I to wcale niemiękką. Dmitrij Kisielow od dawna cieszy się zasłużoną sławą kremlowskiej tuby, propagandysty tropiącego i gromiącego spiski „mirowoj zakulisy” przeciwko Rosji i Putinowi. Wsławił się kilkoma głośnymi wypowiedziami, m.in.: „Uważam, że karanie gejów za propagandę homoseksualizmu grzywną to za mało. Należy zakazać im oddawania krwi, spermy, a ich serca w razie wypadku samochodowego należy zakopywać w ziemi albo spalić”. Ostatnio widzowie kanału „Rossija” dowiedzieli się od Kisielowa, że w Kijowie zwolennicy eurointegracji „barbarzyńsko zniszczyli” choinkę noworoczną ustawioną na Majdanie, że demonstranci mają „pustkę w oczach”. A podsycanie Euromajdanu przez Polaków, Litwinów i Szwedów (sic!) to ich zemsta na Rosji za przegraną bitwę pod Połtawą z czasów Piotra I. Ciekawe podejście. Na pewno bardzo poprawi wizerunek Rosji w świecie.
„Trzeba mieć chorą wyobraźnię, żeby Dmitrija Kisielowa uczynić twarzą Rosji na eksport. Z drugiej strony – wszystko stało się bardziej logiczne i w pewnym sensie uczciwsze. Putinowska Rosja z twarzą i propagandowym językiem Kisielowa to czysta prawda” – tak Natalia Geworkian zrecenzowała to posunięcie kadrowe Kremla.
Anton Oriech w internetowym „Jeżedniewnym Żurnale” skomentował: „Oni [władza] karmią się ciągle wyobrażeniami z czasów Breżniewa, uważają, że w świecie będą wiedzieć o nas tylko to, co my sami pozwolimy im się dowiedzieć, tylko to, co sami im opowiemy. Agencja Kisielowa ogłosi, że Rosja jest dobra i świat nie będzie miał żadnej sposobności, aby odkryć prawdę. W dobie otwartych granic, internetu i innych kanałów przekazywania informacji oni powołują firmę, która będzie tworzyć jakiś idealny obrazek, w który wszyscy będą musieli uwierzyć”.

Biedni ludzie

„Oni tupyje”, oni są tępi. To lejtmotyw firmowego monologu satyryka Michaiła Zadornowa. Kim są ci tępi „oni”? Wiadomo, Amierikosy-pindosy. Ich tępota przejawia się – o czym szeroko Zadornow opowiada w monologu – w tym, że nie potrafią kombinować. Tacy prostoduszni, postępują wedle instrukcji, trzymają się procedur. Co innego my – pełni inwencji, zaradni, każdego wyprowadzimy w pole, za przykładem Iwana Susanina i innych spryciarzy.
Zadornow ma ogromną widownię, na jego koncerty przychodzą tysiące, transmisje tych koncertów w telewizji oglądają miliony. Trzeba przyznać, że artysta ma dar przekonywania. Jego programów naoglądali się najwidoczniej rosyjscy dyplomaci pracujący w Nowym Jorku w konsulacie i przedstawicielstwie Rosji w ONZ.
Tydzień temu okazało się, że 49 dyplomatów (11 z nich nadal pracuje w USA) w ciągu ostatnich dziewięciu lat nacięło amerykański budżet na 1,5 mln dolarów, wyłudzając pieniądze na ubezpieczenie medyczne. Fałszowali dane dotyczące zarobków i podszywali się pod biednych ludzi, którym program Medicaid pomaga płacić za usługi medyczne. Jednocześnie wzbogaceni na tępocie prostodusznych Amerykanów rosyjscy dyplomaci robili drogie zakupy, np. u Swarovskiego i Tiffany’ego. Żyje się raz.
Rosyjski MSZ zareagował na upublicznienie tych danych natychmiast. Wiceminister spraw zagranicznych agencji Interfax powiedział, że Rosja też ma określone pretensje do zachowania amerykańskich dyplomatów w Moskwie, jednak informacji o tym nie podaje do wiadomości ogółu. Poradził amerykańskim kolegom, by w podobnych wypadkach korzystali z kanałów dyplomatycznych. A poza tym – to nieładnie śledzić dyplomatów, którzy powinni cieszyć się nietykalnością.
Strona amerykańska liczy na to, że Moskwa pozbawi jedenastu pozostających jeszcze w Nowym Jorku dyplomatów immunitetu lub odwoła ich z placówek i nakaże powrót do kraju.
O skandalu napisały niemal wszystkie amerykańskie gazety, w Rosji – tylko opozycyjne media, przeważnie internetowe. Sprawę rozwałkował Aleksiej Nawalny, który w tej materii czuje się jak ryba w wodzie. „Nowaja Gazieta” skomentowała rzecz następująco: „Jeżeli odrzucić patos i zapomnieć, że dyplomaci to ludzie reprezentujący za granicą politykę, interesy i prestiż swego kraju, to mamy do czynienia z realnym problemem bytowym. […] Rosyjscy dyplomaci nie mają w USA ubezpieczenia medycznego i sami płacą za leczenie. W przedstawicielstwie Rosji przy ONZ działa punkt medyczny, zapewniający podstawowe usługi medyczne. Ale bardziej przy skomplikowanych przypadkach chorych kieruje się do amerykańskich szpitali. W odróżnieniu od Rosjan pracownikom większości akredytowanych w Nowym Jorku zagranicznych placówek pracodawca opłaca kompleksowe ubezpieczenie medyczne, obejmujące członków rodziny. Wychodzi na to, że gdybyśmy my, rosyjscy podatnicy, opłacali ubezpieczenie naszym dyplomatom, to skandalu by nie było?”.
Trudno powiedzieć. Dzisiaj telewizja CNN poinformowała, że podejrzewani o wyłudzenie pieniędzy rosyjscy dyplomaci mogli być pod obserwacją amerykańskich służb, gdyż mogli zajmować się szpiegostwem. Z tym że służby nie mają na to w rękach niezbitych dowodów.
W praktyce dyplomatycznej jeżeli jakiś kraj usuwa ze swego terytorium dyplomatów drugiego kraju, to ten drugi kraj na ogół odpowiada pięknym za nadobne. Można się zatem spodziewać dalszego ciągu tej historii. Wątek szpiegowski daje szerokie pole do popisu.
*
Dwa dni temu napisałam, że szykowana w Rosji amnestia nie obejmie Pussy Riot i aktywistów Greenpeace. Dziś już więcej wiadomo o wniesionej przez Putina do Dumy ustawie – amnestia dotyczyć będzie 20-25 tysięcy osób. Także osób skazanych z art. 213 kk (chuligaństwo). A zatem teoretycznie i Tołokonnikowa (ostatnio została przewieziona z kolonii karnej w Mordwie do kolonii karnej w Kraju Krasnojarskim), i Alochina, i załoga Arctic Sunrise, i część targanych za udział w demonstracji 6 maja mogą wyjść na wolność. Na razie nazwisk nie znamy, znamy dzisiejsze komentarze przewidujące optymistycznie, że ci więźniowie i aresztowani zostaną wypuszczeni z rąk rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Część spekulacji dotyczy jeszcze jednego ciekawego przypadku – czołgany od roku po różnych prokuratorskich dywanach były minister obrony Anatolij Sierdiukow, wobec którego kilka dni temu wszczęto sprawę karną z art. 293 (niedbalstwo), też może skorzystać z amnestii.
A Chodorkowski nie wyjdzie.

Cień wielkiej kraty

Szykuje się amnestia. Za kilka dni dwudziestolecie konstytucji – z tej okazji pewne kategorie więźniów mogą wyjść przedterminowo na wolność. Według doniesień prasy amnestia ma być „szeroka”. Ale nie obejmie ani dziewczyn z Pussy Riot, ani więźniów 6 maja (uczestników demonstracji w przeddzień zaprzysiężenia Putina na obecną kadencję, którym przypisuje się spowodowanie zamieszek i czynną napaść na policjantów), ani czekających na proces działaczy Greenpeace, ani Nawalnego (skazanego na wyrok w zawieszeniu), ani Chodorkowskiego.
Drugi wyrok Chodorkowskiego kończy się w sierpniu przyszłego roku (na stronie internetowej khodorkovsky.ru odliczane są dni odsiadki, które więzień ma już za sobą: 3697 i te, które zostały do końca wyroku: 259). Wczoraj media podały, że wobec Chodorkowskiego toczą się jakieś kolejne śledztwa. Zastępca prokuratora generalnego Aleksandr Zwiagincew powiedział w wywiadzie dla agencji Interfax, że „wobec Chodorkowskiego i kilku innych osób toczą się postępowania karne, mające dobrą perspektywę sądową”.
Obrońcy Chodorkowskiego nie dysponują żadnymi informacjami o nowych postępowaniach w stosunku do ich klienta. Adwokat Wadim Kluwgant przypomniał, że grupa śledcza pracująca nad sprawą Chodorkowskiego i Lebiediewa powstała jedenaście lat temu. Jego zdaniem, do tej pory zajmuje się ona fabrykowaniem spraw karnych w stosunku do Chodorkowskiego. „Jeżeli została podjęta decyzja, by nadal prześladować Chodorkowskiego, to możemy się spodziewać wszystkiego. Jak już nie będzie można wydłubać niczego nowego ze starej sprawy Jukosu, to być może podejrzane wydadzą się zarobki Chodorkowskiego w kolonii karnej”.
Prokurator oznajmił, że w interesach śledztwa żadnych komentarzy dawać nie będzie. Znalazł się wszelako jakiś anonimowy informator, który uchylił rąbka tajemnicy: chodzi o wypranie za granicą 10 mld dolarów, jakoby wykradzionych przez Chodorkowskiego i grupę jego współpracowników. To jedna ze spraw „wydzielonych” z głównej sprawy Jukosu wszczętej w 2003 roku.
Kilka tygodni temu, kiedy stuknęło dziesięć lat od momentu, kiedy ekswłaściciel Jukosu stracił wolność, wielu komentatorów zastanawiało się, czy Chodorkowski stanowi jeszcze zagrożenie dla Putina. Pisałam o tym w poście: http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/10/25/jeden-dzien-michaila-borysowicza/). I wielu twierdziło, że już nie. Zwłaszcza że sam „zek numer jeden” deklaruje od jakiegoś czasu, że po wyjściu z więzienia nie zamierza zajmować się polityką. Ale widocznie Kreml w te zapewnienia nie wierzy.

Kilka godzin w Soczi

Znowu było tajemniczo – prezydent Janukowycz w drodze z Pekinu do Kijowa zawitał do Soczi, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem. Podobnie jak po dwóch poprzednich spotkaniach obu panów prezydentów w październiku i listopadzie i tym razem wydano króciutki ogólnikowy komunikat: rozmawiano o relacjach handlowych i gospodarczych. Strona ukraińska dopowiedziała jeszcze, że tematem rozmów było przygotowanie przyszłego porozumienia o strategicznym partnerstwie.
Z Pekinu ukraiński prezydent nie wiezie skrzyń pełnych złota. A to oznacza, że pole poszukiwań zbawczego deszczu pieniędzy dla pogrążonej w kryzysie ukraińskiej gospodarki pozostało wąziutkie. Ukraińska prasa w przeddzień wizyty w Soczi spekulowała, że brzytwą dla tonącego Janukowycza będzie 12 mld dolarów rosyjskiego kredytu i nowy kontrakt pomiędzy Gazpromem i ukraińskimi prywatnymi firmami (należącymi do Dmytro Firtasza, Serhija Kurczenki i Ihora Bakaja) na dostawy 10 mld metrów sześciennych gazu po cenie 210-220 dolarów za tysiąc metrów już od 1 stycznia 2014 roku. Obecnie Ukraina płaci za rosyjski gaz dużo wyższą stawkę, a właściwie nie płaci, bo nie ma z czego, rosną zaległości, które też są przedmiotem zakulisowych rozmów i prasowych spekulacji. Czy wszystkie te spekulacje mają sens, pewnie dowiemy się niebawem. To dobre warunki dla strony ukraińskiej. Ale co Rosja chce w zamian? Tego nie wyjawiono. Wojna nerwów na gazowym froncie trwa – codziennie wydawane są wzajem sobie przeczące komunikaty. Raz w eter wydostaje się zapewnienie, że Gazprom daruje Ukrainie zaległe płatności lub przynajmniej je sprolonguje, to zaraz potem płynie zapewnienie, że nic takiego nikt nikomu nie przyrzekał.
Jeżeli przecieki na temat rozmów gazowych z prywatnymi firmami się potwierdzą, to powstanie ciekawy układ. Ihor Bakaj jest bliskim współpracownikiem Wiktora Medwedczuka, szarej eminencji z czasów prezydentury Leonida Kuczmy i kuma prezydenta Putina. Młody zdolny (27 lat) Serhij Kurczenko należy do bliskiego otoczenia prezydenta Janukowycza i jego syna Ołeksandra. Dmytro Firtasz jest zawsze i wszędzie tam, gdzie gaz pachnie dolarami, jego przynależność do tej czy innej grupy biznesowo-politycznej jest od lat przedmiotem dyskusji. Schemat pozwoli się pożywić krewnym i znajomym Królika. Ta grupa na pewno nie będzie popierać europejskich dążeń Ukrainy, skoro karmić ją będzie inna ręka.
Tymczasem Majdan szykuje się do weekendu, manifestantów przybywa (zwoływane jest zgromadzenie ludowe), wewnętrzne służby porządkowe zamieniły plac w warownię. Sąd w Kijowie dał demonstrującym pięć dni na opuszczenie Majdanu. Na razie nie widać, by ktokolwiek myślał o zwinięciu protestu. W dzisiejszym wywiadzie dla Radia Swoboda pisarka Oksana Zabużko z niepokojem przestrzegała przed możliwymi kolejnymi prowokacjami. Jej zdaniem w Kijowie miesza ręka Kremla, który chce „zawrócić marnotrawną Ukrainę w sferę Putinowskich wpływów. Przysłali tu profesjonalnych prowokatorów. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy nie jest zdolna do organizowania tego rodzaju prowokacji. […] Moskwa prowadzi zmasowaną kampanię informacyjną: że w Kijowie są pogromy, w Kijowie jest krew itd. Do sukcesu tej operacji potrzebna jest krew. Celem jest podział kraju. Mam nadzieję, że to się nie uda. Ukraina to nie Rosja. […] Dziś na Ukrainie nie jest już możliwe wykluczenie społeczeństwa z polityki, jak to się dokonało na Białorusi czy w Rosji. Ale koordynacji pomiędzy elitami a społeczeństwem nie ma”.
Jeden z liderów mityngującej na Majdanie opozycji, Arsenij Jaceniuk z Batkiwszczyny wezwał prezydenta Janukowycza do ujawnienie treści rozmów z Putinem. Nie wygląda na to, by mógł cokolwiek wskórać. Opozycja ma znacznie słabszą pozycję przetargową po przegraniu w parlamencie głosowania w sprawie odwołania premiera Azarowa. Ale broni nie składa.

Człowiek ze złotym pistoletem

Działo się to 3 grudnia, późnym popołudniem, w ścisłym centrum Moskwy, w budynku przy ulicy Ochotnyj Riad, czyli w siedzibie Dumy Państwowej. A co się mianowicie działo? Przyjęto kolejną ustawę? Zapewne jakąś przyjęto – Duma teraz przyjmuje ustawę za ustawą. Ale to nie o ustawę chodzi. Czy w takim razie chodzi o merytoryczną debatę na ważny temat, poruszający społeczeństwo i elity? Nie, takich debat w Dumie nie ma od czasu, gdy przewodniczący izby Borys Gryzłow powiedział, że parlament to nie jest miejsce do dyskusji. Więc co?
Jeden deputowany z ramienia Jednej Rosji spotkał się z drugim deputowanym z ramienia Jednej Rosji. I miast ramię przy ramieniu z ramienia wspólnej partii działać w słusznej sprawie, zaczęli się banalnie bić. Zdawać by się mogło, cóż takiego – jeszcze jedna bójka w parlamencie. Po wyczynach Władimira Wolfowicza Żyrinowskiego, który nawet kobiety na sali plenarnej okładał pięściami i targał za koafiury, potyczka dwóch panów w średnim wieku to „małe miki” i nie warto na to zwracać uwagi. Niemniej zwrócono. Z co najmniej dwóch powodów. Powód pierwszy – spod marynarki jednemu z uczestników wypadł złoty pistolet. Powód drugi – powód owej bitki. Od razu nasuwa się klasyczna hipoteza: cherchez la femme. Tym razem niezupełnie, choć pamięć o wojowniczych kobietach odegrała w tej historii ważną rolę. Ale po kolei.
Musimy się cofnąć aż do roku 1819 i przenieść do czeczeńskiej wioski Dadi-jurt. Wojska dowodzone przez generała Jermołowa we wrześniu ww. roku okrążyły auł, w którym schronienie znajdowali okoliczni rozbójnicy. Czeczeni bronili się zaciekle, mimo to Jermołow dysponujący dobrze wyszkolonym i wyposażonym wojskiem zdobył wioskę, kazał ją zrównać z ziemią, wziął co najmniej 140 kobiet i dzieci do niewoli. Tyle dokumenty historyczne i wspomnienia samego Jermołowa, dalej zaczyna się legenda. Kiedy rosyjscy żołnierze przechodzili z jeńcami rzekę Terek, kobiety rzuciły się na nich i pociągnęły za sobą w spienioną głębinę, topiąc siebie i prześladowców. 14 września tego roku prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow w tym miejscu z wielką pompą odsłonił pomnik ku czci Czeczenek, które brawurowo zemściły się na najeźdźcach.
To był precedens – na obszarze Federacji Rosyjskiej dotychczas nie stawiano pomników tym, którzy zabijali rosyjskich żołnierzy. Tak w każdym razie napisał w interpelacji deputowany Aleksiej Żurawlow, który poprosił prokuratora generalnego o wyjaśnienie, czy Kadyrow stawiając kontrowersyjny pomnik nie dopuścił się złamania art. 282 kk, przewidującego ściganie za „rozniecanie nienawiści”. Odsłonięcie pomnika nazwał antyrosyjską akcją.
W tych samych ławach poselskich, w których zasiada deputowany Żurawlow, zasiada również deputowany Adam Delimchanow. Postać znana. I to nie tylko w Czeczenii, skąd pochodzi, ale także szerzej. Delimchanow jest bliskim krewnym Ramzana Kadyrowa (Kadyrow w jednym z wywiadów powiedział, że Delimchanow może zostać jego następcą), od 2007 r. zasiada w Dumie, obecnie zajmuje fotel przewodniczącego komitetu ds. Federacji i polityki regionalnej. W rankingu pięciuset rosyjskich miliarderów zajął (w roku 2011) 314. pozycję.
W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej był kierowcą jednego z najbardziej znanych dowódców polowych, Salmana Radujewa. Po drugiej wojnie zalegalizował się, służył „przy Kadyrowie” jako jeden z jego zaufanych ochroniarzy, potem dowodził tzw. naftowym pułkiem (ochrona obiektów petrochemicznych), w 2006 r. został wicepremierem w rządzie Czeczenii ds. resortów siłowych. Przypisuje mu się dowodzenie akcją, podczas której na ulicy Moskwy został zastrzelony Mowładi Bajsarow, dowódca oddziału „Goriec”. Policja Dubaju w 2009 r. ścigała Delimchanowa jako podejrzanego o dokonanie zamachu na Sulima Jamadajewa (Jamadajew był czołowym przedstawicielem klanu wojującego z klanem Kadyrowa; prasa pisała, że Kadyrow kolejno „odstrzeliwuje” swoich wrogów – faktycznie w krótkim odstępie czasu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach trzech braci Jamadajewów, dwaj pozostali przy życiu bracia pojednali się z Kadyrowem). Delimchanow nazwał podejrzenia dubajskiej policji bredniami wyssanymi z palca i odmówił współpracy.
I oto w budynku Dumy spotykają się Żurawlow, uważający generała Jermołowa za bohatera, i Delimchanow, uważający generała Jermołowa za oprawcę i zabójcę dzielnych czeczeńskich niewiast. Padają ostre słowa: „- zabierz te swoje donosy z powrotem, – nie wsadzaj nosa w nasze sprawy, – a co? Czeczenia nie jest terytorium Rosji?”, następnie ciosy, złoty pistolet teatralnie wypada z kieszeni Delimchanowa na miękkie parlamentarne wykładziny. Żurawlow równie miękko i teatralnie ląduje w szpitalu z pokiereszowaną twarzą i wybitymi zębami.
A potem następuje ciekawy dalszy ciąg. Przewodniczący Dumy Siergiej Naryszkin stwierdza, że komisja etyki nie będzie rozpatrywać tej sprawy – wnioski, jego zdaniem, powinny raczej wyciągnąć organy ścigania. A te jakoś nie rwą się na Ochotnyj Riad. Naryszkin nie wyraził cienia zdziwienia, że deputowany wniósł na teren Dumy zakazaną tam przecież broń palną. Dalej – też jak w bajce: obaj krewcy deputowani oświadczają, że konflikt został wyczerpany i że zamierzają nadal pracować dla dobra społeczeństwa. Ramzan Kadyrow wyraził przypuszczenie, że żadnej bójki nie było, może Żurawlow się pośliznął. No tak, dla niektórych to faktycznie śliska nawierzchnia. Trzeba się umieć ślizgać, żeby nie zostać wyślizganym.
„W historii z bójką deputowanych charakterystyczna jest reakcja Naryszkina – pokazuje jak w soczewce, jak rosyjskie władze zachowują się, gdy stronami konfliktu są swoi, czyli politycy lojalni, należący do grona wybranych. W takiej sytuacji najlepiej dystansować się od konfliktu, skrytykować obie strony” – napisała w komentarzu na Politcom.ru Tatiana Stanowaja. Najważniejsze, żeby żadnemu włos z głowy nie spadł. Jeden zęby stracił, no to już trudno, ale dalej – cicho sza. Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało. I wilk Jermołow syty, i czeczeńskie dziewczęta uczczone przez Kadyrowa.
A co się stało ze złotym pistoletem? O tym agencje milczą.