Archiwum kategorii: Bez kategorii

Cywilizowany balet rozwodowy

Zanim jeszcze papiery rozwodowe wylądowały oficjalnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, małżonkowie Ludmiła i Władimir Putinowie poinformowali o zamiarze „zakończenia małżeństwa” telewidzów stacji Rossija 24, czyli cały świat.
„Prawie się nie widujemy, każde z nas ma oddzielne życie. To cywilizowany rozwód” – powiedzieli państwo Putinowie w przerwie spektaklu baletowego „Esmeralda”, który oglądali wspólnie w Wielkim Pałacu Kremlowskim. Już wspólne pojawienie się „na publikie” Ludmiły i Władimira Putinów było sensacją samą w sobie (ostatnio Rosjanie widzieli panią prezydentową rok temu podczas zaprzysiężenia męża), a tu jeszcze taki wystrzał! Ekipa telewizyjna, która przypadkiem akurat przechodziła z tragarzami, zapytała Putinów, jak im się podoba balet, a oni nagle wystąpili z bardzo osobistymi wynurzeniami o kryzysie w rodzinnym życiu. Było to tym bardziej zaskakujące, że prezydent zawsze bronił dostępu do swej prywatności jak twierdzy, uczynił swoje życie rodzinne tajemnicą za siedmioma pieczęciami, opryskliwie odpowiadał dziennikarzom, którzy dopytywali o żonę, o córki. A tu – bach!
Dlaczego państwo Putinowie postanowili się rozwieść na półtora miesiąca przed trzydziestą rocznicą ślubu? Bo Władimir Władimirowicz cały czas poświęca pracy, a Ludmiła Aleksandrowna nie lubi pokazywać się publicznie, ponadto nie lubi latać [ciekawe, przecież z zawodu jest stewardessą], no i dzieci wyrosły – tłumaczyli. Nieprzekonująco to zabrzmiało, choć z drugiej strony słuchy o tym, że małżeństwo prezydenta jest fikcją, hulały po Internecie od lat. Od czasu do czasu podgrzewane były jeszcze wrzutami o domniemanych związkach Putina z atrakcyjną sportsmenką Aliną Kabajewą albo fotografującą modelką Janą Łapikową.
Skoro syndrom pustego gniazda dopadł państwa Putinów już dawno, to czemu raptem zdecydowali się na oficjalny rozwód teraz? „Żeby nie frustrować wiernopoddanego ludu i nie prowokować ataków serca wśród załogi Urałwagonzawoda, można się było nie rozwodzić co najmniej do 2018 roku [końca obecnej prezydenckiej kadencji]” – snuje rozważania politolog Stanisław Biełkowski. No właśnie, pani Ludmiła mogła przecież nadal nie pojawiać się publicznie i nie latać prezydenckim samolotem, skoro się boi.
Więc dlaczego – dlaczego akurat teraz, kiedy Rosja po powrocie Putina na Kreml zasklepia się coraz bardziej w konserwatywnych wartościach? Wiadomość o rozwodzie pierwszej pary ewidentnie idzie pod prąd temu trendowi. Prawosławny aktywista Kiriłł Frołow określił wiadomość o zapowiadanym rozwodzie prezydenta jako „smutną”. Bo chociaż małżeństwo Putinów nie było pobłogosławione przez Cerkiew [w 1983 roku oficerowi KGB zapewne nawet przez myśl nie przeszło przysięganie przed ołtarzem w Cerkwi], to jednak para prezydencka to ludzie wierzący i decyzja o rozwodzie przeczy utrwalanej obecnie w Rosji prawosławno-patriotycznej ideologii budowanej na gruncie tradycyjnych wartości – podkreślił Frołow. Patriarcha Cyryl nie skomentował oficjalnie wiadomości o rozwodzie prezydenta, ale w przeszłości w wywiadach kilkakrotnie wypowiadał się przeciwko rozbijaniu rodziny. Coś tu się rozjechało. Bo z jednej strony wsparcie dla prawosławnych tradycji, a z drugiej – liberalna wolta z rozwodem. Kontrowersyjny pisarz, reżyser, dziennikarz Aleksandr Niewzorow uważa, że Putin nic sobie nie robi z opinii Cerkwi: „Władimir Władimirowicz działa równolegle, nie stykając się i nie przecinając ze wstecznictwem Cerkwi. Przecież cerkiewna ideologia, nie chcę jej nazywać wiarą, to nie element wewnętrznego życia człowieka, a instrument, którym Putin potrafi się świetnie posługiwać”.
Cherchez la femme – szemrzą w komentarzach media. Sekretarz prasowy Putina natychmiast ucina te spekulacje: w życiu Władimira Władimirowicza nie ma innej kobiety. Całe życie poświęca on pracy dla Rosji.
Socjologowie zastanawiają się, czy rozwód wpłynie na rankingi Putina. Większość jest zdania, że raczej nie. Rozwody są w Rosji stałym elementem społecznego pejzażu: blisko połowa zawartych małżeństw kończy się rozwodem. Inna sprawa, że od czasów Piotra I żaden z carów, genseków i prezydentów Rosji/ZSRR nie rozwodził się. Rankingi Putina i tak spadają – podkreślają inni komentatorzy. No i mogą spaść jeszcze bardziej po tej rozwodowej wieści. „Prezydent dużo ryzykuje – komentuje niemiecki dziennikarz Aleksander Rahr, zwykle bardzo przychylny Putinowi, autor kilku książek o nim. – Cerkiew raczej nie będzie tego głośno komentować. Ale ludzie nie odniosą się do rozwodu ze zrozumieniem. Rozwód głowy państwa zawsze jest ryzykiem, szczególnie w Rosji, gdzie osoba prezydenta uznawana jest za symbol nowej rosyjskiej państwowości”.
W rosyjskiej przestrzeni internetowej aż roi się od komentarzy, blogerzy piszą jeden przez drugiego, powstała już cała masa sytuacyjnych dowcipów. Pisarz Dmitrij Gubin wywodzi, że rozwód z Ludmiłą i symboliczne zaślubiny z Rusią oznaczają, że teraz już Putin zostanie na wieki: „Władimir Putin to małżonek dany nam na zawsze, dopóki śmierć nas nie rozłączy. To jego kardynalna decyzja. Nie możemy rozwieść się z Putinem”.
Może tak, może nie. Tak czy inaczej komunikat o prywatnym rozwodzie prezydenta może sygnalizować jakieś polityczne zmiany czy wydarzenia.

Jeniec z Kaukazu

Jeżeli twórcy cyklu filmów o Jamesie Bondzie będą poszukiwać rezydencji dla kolejnego adwersarza agenta 007, to powinni zainteresować się imponującym domostwem mera Machaczkały, stolicy północnokaukaskiej republiki Dagestan. Dom mera został zbudowany na skale (a właściwie na skalnym uskoku), nie na piasku. Kiedy w 1998 roku zamachowcy podłożyli tu bomby, dom ani drgnął, chociaż zawaliło się 29 sąsiednich budynków, zginęło 18 osób.
Umocnienia imponującego bunkra nie wystarczyły jednak, by pomóc właścicielowi uniknąć aresztowania. Mer Said Amirow został zatrzymany 1 czerwca m.in. pod zarzutem zorganizowania zabójstwa szefa wydziału śledczego jednej ze stołecznych dzielnic. Scena aresztowania też wyjęta żywcem z filmów akcji. Ulice wokół rezydencji mera zostały zamknięte dla ruchu, obstawione przez pojazdy opancerzone, z powietrza akcję Federalnej Służby Bezpieczeństwa ubezpieczały wojskowe śmigłowce. Jednym z nich przetransportowano zresztą aresztanta do Moskwy, widocznie obawiając się przewiezienia go samochodem (mogli go odbić jego ludzie – media pisały, że zatrudniał 150-osobową ochronę). Operację przeprowadzono w chwili, gdy całe miasto oglądało finałowy mecz o Puchar Rosji pomiędzy CSKA Moskwa i Anży Machaczkała. Mer też oglądał transmisję u siebie w domu.
Gdy po mieście rozeszła się wieść, że mer został wzięty w jasyr, niedowierzanie mieszało się ze smutkiem jednych i radością drugich. Amirow miał przydomek „Nieśmiertelny” – przeżył kilkanaście zamachów, w wyniku jednego został częściowo sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim. Merem Machaczkały jest od piętnastu lat. W 2012 roku został uhonorowany tytułem „Najlepszego mera Federacji Rosyjskiej”.
Jak księżyc Amirow ma jednak i ciemną stronę. Innym przydomkiem Amirowa jest „Krwawy Roosevelt” – z uwagi na wózek inwalidzki i udział w latach 90. w krwawej wojnie klanowej i nie tylko. W 1998 r. Amirow został merem Machaczkały, a rok później odznaczył się tym, że zebrał pospolite ruszenie, które wykurzyło z Dagestanu czeczeńskie oddziały Szamila Basajewa, za co spłynęła nań łaska Kremla.
Jego lojalność wobec federalnego centrum była wielokrotnie nagradzana. Amirow był jednym z założycieli regionalnej jaczejki Jednej Rosji, został szefem jej stołecznego oddziału. Podczas wyborów zawsze zapewniał partii rządzącej i prezydentowi wysokie rezultaty. Z drugiej jednak strony Machaczkała była miejscem krwawych zamachów dokonywanych przez islamskich radykałów.
Amirow, sam wywodzący się z chłopskiego rodu bez znaczenia w hierarchii społecznej, w ciągu ostatnich kilkunastu lat stworzył własny potężny klan, rządzący miastem. Jego synowie oraz bliżsi i dalsi krewni zajmują kluczowe stanowiska w mieście. O stopniu skorumpowania klanu krążyły legendy.
System klanowy to fundament, na którym opiera się życie społeczne Dagestanu. Aleksiej Makarkin z moskiewskiego Centrum Technologii Politycznych próbuje wyjaśnić zawiłości dagestańskich współzależności i powody zatrzymania Amirowa: „Moskwa zaczęła korygować swój stosunek do dagestańskich klanów. W dzisiejszej optyce to już nie jest czynnik stabilizujący, a raczej zjawisko przeszkadzające rozwojowi republiki. […] Kreml podjął więc zapewne decyzję o uderzeniu w jeden z najbardziej ambitnych dagestańskich klanów, by podważyć istniejący układ. Ponadto miejscowi siłowicy uważali, że Amirow maczał palce we wszystkich głośnych zabójstwach ostatnich lat. Amirowa podejrzewano też o związki z islamskim podziemiem zbrojnym. W Dagestanie nie sposób określić, gdzie kończy się lojalna elita, a zaczyna zbrojne podziemie. Obserwuje się od jakiegoś czasu niepokojącą tendencję – dokonywane przez ekstremistów przestępstwa nierzadko mają drugie dno: są dokonywane w interesach klanów”.
Splot interesów, wątków, konfliktów tworzy gordyjski węzeł nie do rozplątania. W komentarzach i prognozach podnoszone są jeszcze dwa aspekty. Po pierwsze. Dagestan jest republiką zamieszkaną przez kilkadziesiąt narodowości. Udział we władzach przedstawicieli poszczególnych narodowości wyznaczany jest według koronkowego klucza, mającego zapewnić parytet każdej z grup. Wyeliminowanie Amirowa zaburzy tę równowagę. Chwiejną i tak. Po drugie. Zbliżają się igrzyska olimpijskie w Soczi, położonym w sąsiedztwie Kaukazu Północnego. Tymczasem w Machaczkale i nie tylko ciągle coś wybucha, w strzelaninach giną ludzie itd. Niektórzy komentatorzy w usunięciu Amirowa widzą element operacji mającej na celu przejęcie kontroli nad sytuacją w republice w celu zapewnienia spokoju. Ramazan Abdułatipow jest człowiekiem Kremla, któremu postawiono zadanie oczyszczenia Dagestanu z radykałów i wspierających ich po cichu dygnitarzy. „Mam nadzieję, że Kreml przewidział, jakie będą konsekwencje wyrugowania Amirowa. Jeśli nie, to konflikt pomiędzy Dargijczykami i Awarami [dwa najliczniejsze narodowości zamieszkujące Dagestan] jest nieunikniony” – powiedział jeden z najwnikliwszych znawców Kaukazu w Rosji, Aleksiej Małaszenko.
Amirow został aresztowany na dwa miesiące. Do najważniejszych osób w państwie listy interwencyjne w obronie mera wystosowali członkowie sejmiku Machaczkały. Zdaniem obserwatorów, zda się to psu na budę – przecież owe najwyższe czynniki w Moskwie nie mogły nie wiedzieć o planowanej operacji zatrzymania Amirowa. Bez sankcji Kremla nikt nie odważyłby się na tak spektakularną akcję.

Larry King – małe wielkie sprostowanie

Temat pozyskania Larry Kinga – gwiazdy amerykańskiej żurnalistyki – przez kremlowską telewizję dla zagranicy RT z każdym dniem obrasta nowymi znaczeniami.
Po tym, jak dyrektorka RT Margarita Simonian roztrąbiła przez Twitter i nie tylko, że jej stacja zatrudniła w charakterze prowadzącego Larry Kinga, podniosła się fala krytycznych komentarzy wobec Kinga. Głównie zarzucano mu, że dał się pozyskać do współpracy propagandowej tubie Kremla pracującej na rzecz powiększenia armii „pożytecznych idiotów” na Zachodzie, z miłym uśmiechem omijającej zasady rzetelności dziennikarskiej. O niespodziewanym angażu Kinga pisałam w poprzednim poście „On utonuł?”( http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/05/30/on-utonul/).
Nestor klasyki wywiadu, dowiedziawszy się o tym, że został podwładnym Margarity Simonian, napisał na Facebooku, że – owszem – sprzedał telewizji RT (podobnie jak kilku innym stacjom telewizyjnym) prawa do transmisji swojego programu „Larry King Now”, ale nie zatrudnił się jako jej dziennikarz; sprzedaje rosyjskiej stacji gotowy program wyprodukowany przez jego studio, a nie specjalnie przygotowywany dla RT.
Jak mówią w Odessie, eto dwie bolszych raznicy. Informacja i jej interpretacja. Publikujące zjadliwe komentarze o decyzji Kinga podejmującego się pracy „u Putina”, amerykańskie gazety podpowiadały Kingowi, by choć jednym okiem, choć pobieżnie obejrzał arcydzieła wypaczania obrazu rzeczywistości i naginania wydarzeń „pod tezę” w wykonaniu dziennikarzy RT. Może obejrzał. A może przeczytał twity szefowej RT. No i zareagował.
Nadal niejasny wydaje mi się status drugiego anonsowanego programu Kinga – publicystycznego show o polityce. Dyrekcja RT twierdzi, że to ma być „exclusive” dla jej stacji. Czy to kolejne pobożne życzenie pani Margarity Simonian? Co przyniosą kolejne odsłony tego wciągającego medialnego spektaklu?

On utonuł?

„Mamy nowego kolegę, będzie prowadził u nas program publicystyczny. Tylko proszę nie mdleć” – napisała w Twitterze dyrektorka telewizji RT (d. Russia Today – angielskojęzycznej rosyjskiej telewizji rządowej), Margarita Simonian.
O tym, ilu pracowników nadającej na zagranicę kremlowskiej telewizji jednak zemdlało, gdy usłyszało nazwisko prowadzącego, światowe agencje milczą. A o omdlenie nie było trudno, bo nowy publicystyczny show będzie w proputinowskim okienku na świat prowadził amerykański dziennikarz Larry King. Legenda dziennikarstwa, tytan wywiadów, który przemaglował w swoim programie w telewizji CNN kilkadziesiąt tysięcy polityków, sportowców, artystów.
79-letni Larry King odszedł z CNN dwa lata temu, ładnie pożegnał się z widzami. Ale na emeryturze nie wytrzymał długo. W zeszłym roku zrealizował dla TV Ora 155 wywiadów w cyklu „Larry King Now”, dostępnych za pośrednictwem internetu. RT będzie transmitować kolejne wywiady Kinga z tego cyklu. Ponadto ma być realizowany drugi autorski program dziennikarza specjalnie dla RT.
Kiedy prezydent Putin pracował w KGB, do jego zadań w drezdeńskiej placówce należało werbowanie. Biografowie Putina gubią się w domysłach, czy dobrze mu szło na tym polu. Jako prezydentowi idzie mu niewątpliwie znacznie lepiej. Ileż znaczy choćby pozyskanie ekskanclerza Niemiec do obsługi rosyjskiej gazrury. Wiele atramentu wypisano o skuteczności czarów, jakie rosyjski prezydent roztacza przed wysokimi działaczami sportowymi, od których zależy przyznawanie organizacji igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata. Ostatnio pod urokiem Władimira Władimirowicza znalazły się gwiazdy kina – Gerard Depardieu i Steven Seagal. A teraz w siatkę programów proprezydenckiej telewizji wpadł tuz amerykańskiego dziennikarstwa, Larry King.
Panowie znają się od lat. U zarania swej prezydentury Mister Putin spowiadał się w programie Kinga z katastrofy podwodnego okrętu Kursk. Z tego wywiadu pochodzi jedna z najsłynniejszych fraz Putina. Na pytanie Kinga, co się stało z Kurskiem, Putin odparł lakonicznie: „Ona utonuła” (okręt podwodny to po rosyjsku „podłodka” – słowo rodzaju żeńskiego).
Zachodnie media komentują decyzję Kinga jadowicie. „Najbardziej znany dziennikarz telewizyjny USA uciekł do Rosjan” – pisze „The Times”. „The Washington Times” używa sobie na nestorze amerykańskiego dziennikarstwa w stylu kabaretowym, parodiując jego przyszły program dla propagandowej tuby Kremla. Najnowsze wydarzenia – głodówkę jednej z przebywającej w kolonii karnej uczestniczek zespołu Pussy Riot, sytuację w Syrii, śledztwo w sprawie zamachu w Bostonie – King miałby komentować tak: „Te dziewczęta z Pussy Riot powinny się zmusić do zjedzenia czegoś – sama skóra i kości. Syryjscy powstańcy – to straszne, niech ktoś pomoże Asadowi. Czy widzieliście już, jak Putin jeździ wierzchem na niedźwiedziu? Ten człowiek poskromił przyrodę… Słuchajcie, wszyscy mamy problemy, ale dziennikarze przecież powinni wiedzieć, kiedy lepiej się zamknąć. Amerykanie powinni uważniej przysłuchać się rosyjskiej tajnej policji w sprawie tych dwóch Czeczenów [którzy dokonali zamachu w Bostonie]. Nie, nikt mi nie mówił, że będą mi płacić akcjami Gazpromu”.
„Foreign Policy” zadaje Kingowi pytanie, czy chociaż raz oglądał RT. Zdaniem pisma, RT to propaganda „pod cienką woalką”, kanał, który znany jest z „propagowania polityki rosyjskich władz z tak bezwstydnym zaangażowaniem, że Fox News czy MSNBC rumieniłyby się ze wstydu”.
W Rosji angaż dla Kinga zauważyli blogerzy i skomentowali to wydarzenie żartobliwie: „Sukces Rosji to byłoby przejście Kandełaki do ABC [Tina Kandełaki – popularna prezenterka rosyjskiej tv], a w przypadku Kinga chodzi po prostu o forsę, czym się tu podniecać”. „Larry King w RT to co takiego jak Patricia Kaas w krasnodarskim cyrku”. „Zachód trzyma się tylko na entuzjazmie tych, których Kreml nie może kupić”.
Niedawno Larry King udzielił wywiadu rosyjskiemu tygodnikowi „The New Times” (antykremlowski, konserwatywny): „Zło mnie intryguje. Chciałbym na przykład spytać bin Ladena, dlaczego to zrobił. Co sprawiło, że postanowił pozostawić zamożny dom w Arabii Saudyjskiej, zamieszkać w jaskini i latami przygotowywać atak na Amerykę. […] Hitlera zapytałbym o jego dzieciństwo, o rodziców, o to, kiedy zaczął zajmować się polityką i dlaczego tak nienawidził Żydów. […] Stalinowi zadałbym podobne pytania. Dlaczego został komunistą? Z kogo brał przykład?”. Dalej mówił, że wolność słowa jest fundamentem demokracji. „Niepokoi mnie, że ludzi osadza się w więzieniu za ich polityczne poglądy, za to, co myślą”.
Piękne słowa, piękne ideały. Jak się to ma do serwilizmu kremlowskiej tuby? Pierwszy program Kinga na RT ma się pojawić już na początku czerwca.

Niemiec na placu Czerwonym

Kiedy dwadzieścia sześć lat temu wylądował wynajętą Cessną 172B na placu Czerwonym, Kraj Rad zamarł ze zdziwienia i przerażenia. Dziewiętnastoletni Mathias Rust z wrażego RFN, początkujący pilot małych awionetek, wyprowadził w pole potężną obronę przeciwlotniczą supermocarstwa atomowego i bez przeszkód dostał się pod mur Kremla, pod samo mauzoleum Lenina. Śmiał ośmieszyć uzbrojonego po zęby sowieckiego niedźwiedzia. Po Moskwie krążył dowcip: „- Mamy nowe lotnisko: Szeriemietjewo-3. – Gdzie się mieści? – Jak to gdzie: na placu Czerwonym!”
Rust został natychmiast po wylądowaniu aresztowany, stanął przed sowieckim sądem oskarżony o nielegalne naruszenie przestrzeni powietrznej. Wyrok był nadzwyczaj łagodny – cztery lata więzienia. Po roku Rust został zwolniony. Wrócił do rodzinnego Hamburga. W nielicznych wywiadach, jakich udzielał w ostatnich latach, podkreślał, że dokonał swego sławnego czynu wyłącznie w celach pacyfistycznych i z ideologicznych, czystych pobudek: „Chciałem wznieść most pomiędzy Zachodem i Wschodem, aby pokazać, jak wielu ludzi w Europie chce polepszenia stosunków z ZSRR”. „Miałem ideały, chciałem wiele uczynić dla pokoju i wolności. […] Chciałem aktywnie włączyć się w dzieło pierestrojki. Miałem nadzieję, że Gorbaczow mnie zaangażuje. Uważam, że przyczyniłem się do przyspieszenia pierestrojki”. Gorbaczow jednak Rusta nie zaangażował. Ale wykorzystał skandaliczny epizod, by pozbyć się z dowództwa armii zatwardziałych przeciwników nowych trendów politycznych. Stanowisko stracił minister obrony marszałek Siergiej Sokołow, wielce zasłużony weteran Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Gorbaczow dążył wtedy do ograniczenia wydatków na cele militarne, na które pogrążającego się w kryzysie ZSRR nie było stać. A wojskowe lobby konserwatystów sprzeciwiało się temu ze wszystkich sił, walcząc o utrzymanie uprzywilejowanej pozycji na sowieckim Olimpie.
Rust po powrocie do Niemiec odrzucił intratne propozycje napisania książki o swoim locie do Moskwy. Twierdzi, że nie chciał zarabiać na swoich ideałach.
Co niegdysiejszy bohater robi dziś? „Sam sobie finansuję [latanie]. Kilka lat temu wygrałem sporą sumkę w pokera. A teraz pracuję jako analityk w szwajcarskiej firmie finansowej”. Nadal poszukuje miejsca w życiu i stara się zrozumieć, jak jest urządzony świat.
Rosyjska telewizja w zeszłym roku, w ćwierćwiecze lotu Rusta poświęciła mu program: http://www.youtube.com/watch?v=YSCEMRXzdA0

Lonia Breżniew superstar

Serial z łezką już był – kilkuczęściowy obraz o ostatnich miesiącach rządów genseka Leonida Breżniewa nakręcono w 2005 roku. Teraz chyba czas najwyższy na musical lub majestatyczne oratorium. Nostalgia po czasach kwaśnego zastoju pod rządami biura geriatrycznego KPZR nie tylko nie wygasa, a wręcz rośnie w siłę.
W badaniach socjologicznych Centrum Lewady, w których Rosjanie mieli wskazać, którego z władców XX wieku w Rosji uważają za najlepszego, zwycięstwo odniósł Leonid Breżniew. Pozytywnie odnosi się doń 56%, negatywnie – 29%. Prawie tak samo dobre wyniki osiągnął wódz rewolucji październikowej Włodzimierz Lenin – odpowiednio 54 i 28%. Na pudło wskoczył jeszcze z niezłymi wynikami Józef Stalin. Za dobrego przywódcę uznało go 50% respondentów, za kiepskiego – 38%. Kolejną klęskę w rankingach popularności poniósł Michaił Gorbaczow – zebrał 21% głosów na tak i aż 66% na nie. Bliźniaczo słabe wyniki osiągnął Borys Jelcyn: 22% na tak, 64% na nie.
W powszechnej świadomości to Gorbaczow jest autorem „największej katastrofy XX wieku”, czyli rozpadu ZSRR, nie Breżniew. Rządy ukochanego Leonida Iljicza (1964-1982) kojarzą się dziś dużej grupie Rosjan ze spokojem i względną zasobnością. Ze zbiorowej pamięci wyparto marazm epoki Breżniewa, szczególnie ostatnich lat, kiedy przywódca był już zniedołężniały i stale dostarczał tematów do niewybrednych dowcipów. Kiełbasa doktorska (w różowej masie niewiadomego pochodzenia tkwiły kawałki białej słoniny), tania wódka Moskowskaja lub Pszenicznaja – to były dostępne w wielkich miastach specjały, po które prowincja przyjeżdżała tak zwanymi kiełbasianymi pociągami. Nieustające braki na rynku podstawowych produktów to był dzień powszedni. Specjały z zagranicy można było polizać przez szybę wystaw sklepów Bieriozka, o zagranicznych wyjazdach można było tylko pomarzyć. Z Afganistanu przyjeżdżały „czarne tulipany”. Ludzi o odmiennych poglądach albo wysyłano na banicję, albo wsadzano do psychuszek (ale o rządach Breżniewa mówiło się na świecie „socjalizm z bardziej ludzką twarzą”). Przemówienia genseka na uroczystościach były coraz krótsze. Nie miało to znaczenia, bo Breżniew mówił tak niewyraźnie, że i tak nikt nie rozumiał. Zero zmian, zero reform, zero ruchu – to były główne hasła. To znaczy hasła niewygłoszone publicznie. Bo oficjalnie obowiązywała propaganda sukcesu, zgody i miłości. Partia pod przywództwem Breżniewa zapewniała o równych prawach wszystkich obywateli, głosiła wyższość socjalizmu nad kapitalizmem i wyznaczała drogę w świetlaną przyszłość. Wieloletnia stagnacja, niepodejmowanie reform, przejadanie renty naftowej doprowadziły do zapaści gospodarczej. Miotanie się Gorbaczowa, nazwane przez niego pierestrojką, już nie powstrzymało upadku.
Zdaniem komentatora Rosbalt.ru, wyniki badań socjologicznych należy uznać nie tyle za świadectwo historycznych sympatii i antypatii Rosjan, ile za sukces propagandowej machiny Putinie na niwie „oświaty historycznej”. „Rosjanom konsekwentnie wpaja się, że po pierwsze Breżniew nie był takim przeciętniakiem, jak się to wydawało sowieckiej inteligencji, a po drugie – za jego czasów była stabilność. Stabilność, której dziś obecna władza w rzeczywistości obywatelom nie zapewnia, ale za to o niej ciągle mówi, podkreślając, że to główna wartość życia politycznego”. W przeciwieństwie do zmian, tym bardziej gwałtownych.
Opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” artykuł z 2011 roku, poświęcony przymiarkom Putina do powrotu na Kreml po tymczasowej prezydenturze Miedwiediewa, zatytułowałam „Breżniew naszych czasów” (http://tygodnik.onet.pl/31,0,69281,brezniew_naszych_czasow,artykul.html). Bo też trudno uciec od tej narzucającej się analogii. Czasy są oczywiście inne i uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne też są inne. Kiełbasy doktorskiej od lat nie widziałam w żadnym sklepie, dziś w Moskwie można zakupić kilkadziesiąt gatunków kiełbas z różnych stron świata, za granicę można wyjeżdżać, jeśli tylko się ma paszport zagraniczny (taki dokument ma zaledwie kilkanaście procent Rosjan), „czarne tulipany” z Afganistanu latają w innych kierunkach. To zresztą tylko czysto zewnętrzne aspekty. Podobieństwo polega na tej samej strategii trwania. Wiecznego trwania. Na niechęci do zmian. Na niechęci do odmiennych poglądów. Na niechęci do świeżego powietrza. Na zatkaniu kanałów komunikacji pomiędzy władzą i społeczeństwem. Na podejmowaniu decyzji w wąskim, hermetycznie zamkniętym gronie. Itd.
Witalij Portnikow (Grani.ru) zwraca uwagę na przemiany w świadomości: „Jeszcze niedawno Breżniew i narastający idiotyzm jego decyzji wydawał się śmieszny. A dziś już to ludzi nie śmieszy. Teraz mówi się, że to solidne i stabilne. Oznacza to, że władzom udało się dość dużej części społeczeństwa zaszczepić ideę nieprzemijalności i pozytywności zastoju, dowieść, że idiotyzm – to dobrze i że świetnie jest, gdy nic się nie zmienia, nie rozwija. Natomiast gdy gnije i się rozkłada – o, to jest właśnie prawdziwe życie. Ludzie zapomnieli o pustych półkach, Afganistanie i in. I zaczęli dzieciom opowiadać, że były takie czasy, kiedy w ogóle nie trzeba było nic robić, a pieniądze się dostawało i był szacunek do człowieka pracy. I jeszcze wszyscy się nas bali. To oznacza, że Putin może się spokojnie starzeć i tracić kontakt z rzeczywistością”. Breżniew naszych czasów będzie trwał. Parafrazując piosenkę Marka Grechuty, „niech żyją stare żądze, dopóki życie w nas się tli, dopóki są pieniądze”.

Socjologia z łatką zagranicznego agenta

Organizacje pozarządowe w Rosji znalazły się pod presją. W myśl ustawy, przyjętej pospiesznie w zeszłym roku przez Dumę, NGO otrzymujące środki finansowe z zagranicy i te, których działalność jest związana z polityką, mają obowiązek zarejestrować się w Ministerstwie Sprawiedliwości jako „zagraniczny agent”.
Kilka tygodni temu prokuratura przystąpiła do masowych kontroli NGO na okoliczność zgodności ich działań z ustawą o zagranicznych agentach. Przeprowadzono przeszukania w siedzibach organizacji pozarządowych, w wielu skonfiskowano komputery, zawierające bazy danych. Pod obcas wzięto stowarzyszenie Gołos, monitorujące przebieg wyborów czy Memoriał, zasłużony w dziele upamiętniania ofiar stalinizmu. Jak będzie wyglądać dalsza ich działalność – trudno na razie powiedzieć.
Teraz argusowe oko władz padło na Centrum Lewady – pracownię socjologiczną badającą nastroje społeczne w różnych obszarach. Prokuratura rejonowa wystosowała do Centrum Lewady ostrzeżenie. Socjologów upomniano, że powinni się zarejestrować jako zagraniczni agenci. Zdaniem prokuratury polityczna działalność Centrum Lewady polega na publikacji rezultatów badań socjologicznych, które wpływają na opinię publiczną. A to już wystarczy, by mówić o „działalności politycznej” wzmiankowanej w ustawie o zagranicznych agentach. Jeżeli Centrum Lewady nie zarejestruje się jako „zagraniczny agent”, będzie podlegać karze administracyjnej w wysokości od 300 do 500 tys. rubli.
Dyrektor Centrum, Lew Gudkow wyjaśnił, że kilka lat temu pracownia otrzymała granty z zagranicy, aby móc w warunkach kryzysu kontynuować rozpoczęte badania. Granty się już jednak skończyły. „Ostrzeżenie prokuratury faktycznie oznacza dla nas koniec działalności jako niezależnej socjologicznej pracowni badawczej, prowadzącej systematyczne badania opinii publicznej. Nie otrzymujemy finansowania z państwowej kasy, musimy zabiegać o inne środki. Poważną barierą w naszej przyszłej pracy [z etykietką „zagranicznego agenta”] będą z jednej strony reanimowany znów stary strach przed zagranicznymi agentami, charakterystyczny dla rosyjskich urzędników i inteligencji, a z drugiej strony obawa naszych partnerów biznesowych przed współpracą z instytucją, która ma problem z władzami”.
W gruncie rzeczy nie o granty czy grzywny tu chodzi. To element większej całości: władza w obawie przed samoorganizacją społeczeństwa prewencyjnie ogranicza pole działania wszelkich podmiotów, które mogą takiej samoorganizacji sprzyjać. Stąd duszenie trzeciego sektora.
Gudkow w wypowiedzi dla „Lenty.ru” rozwija temat: „Mamy do czynienia z kolosalnym naciskiem na społeczeństwo obywatelskie. […] Niebawem pod kategorie „zdrady państwa” czy „szpiegostwa” będzie podpadać choćby i działalność bankowa. To nowa faza w historii Rosji. I nie chodzi o masowe kontrole NGO, ale o nowe stadium polityki represji, reżimu autorytarnego. Gdzie są jego granice, na czym polegają jego wewnętrzne mechanizmy, jeszcze trudno orzec. Jako socjolog mogę powiedzieć, że społeczeństwo ma bardzo słabą odporność wobec takiego nacisku z góry. Dlatego ryzyko ustanowienia represyjnego reżimu – z izolacją i sankcjami – uważam za duże. Nie mówiąc już o wsadzaniu do więzień i rozprawach nad ludźmi o odmiennych poglądach”.
Socjologiczne badania nastrojów społecznych prowadzone przez Centrum Lewady zostały najwyraźniej uznane przez władze za poważne zagrożenie dla systemu. Liczni komentatorzy zwracają uwagę, że wypychając Centrum Lewady na margines, Kreml pozbywa się wprawdzie niewygodnego recenzenta, który pokazuje, ilu ludzi już wie, że król jest nagi, ale jednocześnie pozbawia się możliwości otrzymywania wiarygodnych danych o nastrojach w społeczeństwie.

Aleksiej Bałabanow in memoriam

Jego „Brat” zadawał ważne pytania o kierunkowskazy w okresie zamętu, „Ładunek 200” epatował zgnilizną i przyglądał się z niesmakiem rozpadowi systemu sowieckiego, „Rzeka” pokazywała rujnujące emocje na tle urzekających krajobrazów, „Palacz” zmagał się z prymitywizmem bandytyzmu i pazerności. Aleksiej Bałabanow – twórca niepokorny, samodzielny, oddzielny, autor kilkunastu niebagatelnych filmów zmarł wczoraj w wieku 54 lat w Petersburgu.
Należał do pokolenia wyrosłego i ukształtowanego w okresie marazmu sowieckiej gerontokracji, a potem przebudzenia pierestrojki. W pełni świadomości wszedł twórczo w okres wielkiego przełomu. Głos zabrał w latach dziewięćdziesiątych – próbował jako jeden z nielicznych nadać filmowy kształt gwałtownym przemianom w Rosji po upadku ZSRR. Nakręcony w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych „Brat” był jednym z najpopularniejszych obrazów tamtego czasu, przez wielu okrzyknięty został nawet filmem kultowym. Grający w nim główną rolę Siergiej Bodrow junior stał się po tym filmie sztandarem pokolenia, rosyjskim Jamesem Deanem. Co ciekawe, dziś przez wielu Rosjan film jest odrzucany jako typowe wypaczenie obrazu Rosji. Zadziwiająca jest ta przemiana świadomości. Ale to temat na inną okoliczność.
Bałabanow nie lakierował rzeczywistości, wręcz przeciwnie – wywlekał na światło dzienne brudy, bebechy, smrody, brzydką stronę ludzkiej natury. Był przeciwieństwem zakochanej w sobie, pełnej fanfaronady i samouwielbienia kultury popsy i glamouru, jaka rozpanoszyła się w nowej Rosji (zresztą, nie tylko tam). Firmowy znakiem Bałabanowa był wyrafinowany turpizm. Lubił skrajności, sytuacje, w których los mówi „sprawdzam”. Czerpał z tradycji wielkiej rosyjskiej literatury, stawiającej w centrum przeżycia małego człowieczka, skrzywdzonego, ale walczącego o swoją godność.
Z Emirem Kusturicą chciał nakręcić film o młodości Stalina.
W ostatnim zrealizowanym filmie „Ja też chcę” zagrał w epizodzie samego siebie. Zagrał przeczucie własnej przedwczesnej śmierci. Ostatnie słowa, jakie wypowiada filmowy bohater Bałabanowa, brzmiały „Chcę być szczęśliwy”.

Błękitny ognik w Witebsku

Niektórzy wynajmują na imprezy stolik, inni salę, jeszcze inni – zajazd czy pałac. Gazprom wynajął na firmową imprezę całe miasto. Jak szaleć, to szaleć. Od kilku dni w bratnim białoruskim Witebsku trwa festiwal Gazpromu Fakieł (Pochodnia).
Raz na dwa lata w ramach budowania więzi korporacyjnych odbywa się gazpromowski festiwal amatorskich zespołów artystycznych. Taka nowa świecka tradycja korporacyjna. Tysiąc trzystu wokalistów, tancerzy, artystów cyrku i estrady z trzydziestu sześciu filii Gazpromu (krajowych i zagranicznych) zaprezentuje na festiwalu swoje programy. Ponadto odbywają się imprezy towarzyszące dla pracowników Gazpromu.
Jak w laurkach na temat imprezy mówią i piszą oficjalne rosyjskie media – białoruskie miasto słynące z gościnności podejmuje kilka tysięcy gości w błękitnych koszulkach. „W Witebsku doszło do kolorowej rewolucji: całe miasto ustrojono w barwy Gazpromu. Wszędzie widać korporacyjne flagi i bannery reklamowe” – piszą gazety.
Już otwierając festiwal szef Gazpromu Aleksiej Miller był pewien, że będzie to bardzo udane przedsięwzięcie i zapowiedział, że Gazprom zostanie tu ze swoim festiwalem na dłużej. „Czuję się tu jak w domu” – zapewniał Miller. Odkąd Gazprom przejął białoruskie rury gazowe, o które prezydent Łukaszenka kruszył kopie od wielu lat, na pewno gazpromowcy czują się na Białorusi bardziej komfortowo. Sam prezydent nie pojawił się na uroczystości, choć zwykle zaszczyca odbywający się od lat w Witebsku festiwal „Sławianskij Bazar”. Wystosował jedynie dyżurną depeszę zapewniającą o niezłomnej przyjaźni między narodami Rosji i Białorusi. Łukaszenka jest ostatnio generalnie obrażony na świat po tym, jak z turnieju hokejowego w Soczi jego drużyna wypadła z powodu naruszenia regulaminu (zgodnie z przepisami w grupie World Cup +40 mogą brać udział wyłącznie amatorzy powyżej czterdziestego roku życia, tymczasem w składzie znaleźli się 37- i 33-letni synowie prezydenta; sam Bat’ka miał zagrać 10 maja, ale zanim do tego doszło, drużynę ukarano walkowerem, a urażony prezydent w ogóle do Soczi nie dojechał).
W mniej oficjalnych przekazach z imprezy Gazpromu nie jest tak różowo, pardon, niebiesko. „Festiwal korporacyjny Gazpromu mocno wstrząsnął mieszkańcami Witebska – pisze w relacji komentator Rosbaltu Maksim Szwejc. – Białorusini nie mogą dojść do siebie po tym, jak naocznie przekonali się, co robi z rozbawionymi gazpromowcami nadmiar środków i specyfika czy to nuworyszowskiej, czy to korporacyjnej kultury. Przez miasto przewalają się grupy nietrzeźwych kobiet i mężczyzn w gazpromowskich koszulkach. Goście czują się tu na pewno lepiej niż w domu. Choć miejscowym nie wolno pić piwa w miejscach publicznych, goście łamią ten zakaz wszędzie, a milicja patrzy na „błękitnych” z pobłażaniem. Podobno z góry przyszła instrukcja, żeby gości nie tykać. W sklepach spożywczych kolejki – przybysze kupują na potęgę alkohol. Mogą parkować, gdzie dusza zapragnie. Jeżdżą środkiem chodnika i jeszcze strofują przechodniów, że nie ustępują im z drogi. Białorusinów nieprzyzwyczajonych do kastowej czy majątkowej segregacji dziwi i denerwuje również to, że imprezy są wyłącznie dla gości”. Z jednym wszelako wyjątkiem – prezentem dla mieszkańców miasta ze strony organizatorów zlotu miał być koncert zespołów rockowych z Rosji, Mołdawii i Ukrainy. Jednak i ten okazał się dostępny tylko dla posiadaczy zaproszeń. Jak się okazało – dodatkowo i natura pomieszała szyki: w dniu koncertu nad miastem rozszalała się potężna burza, która sponiewierała uczestników i słuchaczy.
Rosyjscy turyści – nie tylko rozbawiony Gazprom – coraz chętniej odwiedzają bratnią Białoruś. Cicho, schludnie, tanio, można poszaleć i nie przejmować się ograniczeniami. Rosjanie wcale nie mają monopolu na taki luzik na obczyźnie. Łotwa po wstąpieniu do Unii (zresztą nie tylko Łotwa, Polska, a zwłaszcza Kraków, również) stała się ulubionym miejscem urządzania suto zakrapianych alkoholem wieczorów kawalerskich dla przybyszów z Anglii, którzy nie odmawiają sobie niczego, a miejscowych mają za nic.
A wracając jeszcze do osobliwości korporacyjnej kultury Gazpromu, to budowanie więzi jest jednym z deklarowanych celów giganta. Na liście firm, w których chcieliby pracować Rosjanie, Gazprom zajmuje od lat bezapelacyjnie pierwsze miejsce. Nie tylko z powodu udanych festiwali amatorskich zespołów folklorystycznych.

Wpadka trzeciego sekretarza

Karramba. Tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców wpadł wczoraj w Moskwie w sprawne ręce rosyjskiego kontrwywiadu. Szpieg posługujący się dla zmylenia wroga legitymacją trzeciego sekretarza ambasady USA na nazwisko Ryan Christopher Fogle próbował ponoć nakłonić do współpracy z Deszczowcami pewnego funkcjonariusza rosyjskich organów, który z kolei miał jakoby udawać opozycjonistę.
W pozyskaniu nowego współpracownika szpieg wspomagał się: kompasem (zapewne miał go po to, by się nie zgubić w drodze do Krainy Mypingów), planem Moskwy (w tym samym celu), dwiema peruczkami: blond i czarną (może nie wiedział, czy potencjalny agent woli blondynów czy brunetów, to duże niedopatrzenie ze strony beztroskiej CIA, że tego zawczasu nie ustaliła), trzy pary okularów słonecznych (szczególnie przydatnych nocą, gdy został zatrzymany), latarką, scyzorykiem i starym telefonem komórkowym. Chyba po drodze na spotkanie z werbowanym funkcjonariuszem wpadł na chwilę do muzeum szpiegostwa.
Wedle enuncjacji rosyjskich mediów, Don Pedro roztaczał – zresztą na piśmie, po rosyjsku, żeby nie było żadnej ściemy – wizje pokaźnego dofinansowania działalności ewentualnego agenta. Naiwny list w całości można przeczytać w Internecie: Kraina Deszczowców obiecała za „przekazanie, na wskazany adres na Gmailu, pożądanych informacji” okrągły milion dolarów (adresu na Gmailu wszelako nie wskazano). Czego miałyby dotyczyć tak drogocenne informacje – nie wiadomo. W każdym razie w liście o tym ani słowa.
Transmisję z zatrzymania tajemniczego Don Pedro angielskojęzyczna stacja telewizyjna Russia Today, finansowana przez Kreml, nadała szybko i sprawnie, informując o wszystkich detalach. Emisja szpiegowskiej telenoweli zbiegła się w czasie z rozpoczęciem przez ambasadora USA w Moskwie Michaela McFaula sesji „AskMcFaul” za pośrednictwem Twittera. Dziś ambasador rutynowo wylądował na dywaniku w rosyjskim MSZ, by się wytłumaczyć z działalności szpiega pod płaszczykiem dyplomaty.
Dziś podano do wiadomości, że w styczniu tego roku Federalna Służba Bezpieczeństwa już zdemaskowała jednego amerykańskiego dyplomatę (który też zresztą, jak Fogle, był trzecim sekretarzem). Bez hałasu został on wydalony z kraju. Tym razem wokół zatrzymania amerykańskiego agenta urządzono „Teatrzyk Zielone Oko”.
Na linii Moskwa-Waszyngton dzieją się teraz ważne sprawy. Sekretarz stanu w przeddzień Dnia Zwycięstwa przybył z przymilną wizytą. Moskwa zachowuje kamienną twarz pokerzysty, stawia swoje warunki (m.in. wyciszenia krytyki stanu swobód obywatelskich w Rosji). Amerykańskiej administracji najwyraźniej zależy na utrzymaniu osiągnięć resetu z pierwszej prezydentury Baracka Obamy. Na porządku dziennym stoi teraz sprawa Syrii. Przychylność Rosji w tej rozgrywce byłaby wielce pożądana. Ale ta przychylność ma swoją cenę. Czas pokaże, jak wypadły targi.
Nic nie jest oczywiste. Ujawnienie dziwnego szpiega w dwóch peruczkach jest kolejnym akordem w tej pełnej kakofonii kompozycji.