Archiwum kategorii: Bez kategorii

Dozwolone od lat osiemnastu

Wilk z kultowej kreskówki „Nu, pogodi” nie może być pokazywany dzieciom do lat osiemnastu. Dlaczego? Bo pali papierosa, a nawet niekoniecznie pali, ale wystarczy, że trzyma w pysku fachowo zagiętego „biełomora”. Według wchodzącej dziś w życie ustawy o ochronie dzieci przed informacjami szkodzącymi zdrowiu i rozwojowi, taki paskudny typ oddający się tytoniowemu nałogowi nie może być pokazywany w telewizji przed godz. 23, a w kinach na seansach bez ograniczeń wiekowych. Bo taki typ jest chodzącą reklamą palenia tytoniu. Młodzież takich typów, jak powszechnie wiadomo, w życiu w ogóle nie widuje, nie powinna zatem oglądać ich w telewizji, zwłaszcza na dobranoc. A nuż weźmie z nich przykład.

Rosyjskie dzieci nie będą więc znać filmu, na którym wyrosły starsze pokolenia? Tak można by wnioskować z wypowiedzi przedstawicieli najważniejszych kanałów telewizyjnych. Te wypowiedzi wywołały burzę. Deputowani, psychologowie, pedagodzy, artyści – wszyscy na wyprzódki komentowali możliwość odcięcia najmłodszych pokoleń od umiłowanych bohaterów. Jedni byli za, inni rysowali kółko na środku czoła. Oprócz Wilka „pod ustawę” podpada jeszcze sympatyczny krokodyl Giena. Mimo inteligentnej fizys i manier dżentelmena też nie nadaje się do wychowywania młodego pokolenia. A to dlatego, że pali fajkę. Ustawa zakazuje pokazywania przez media treści sympatyzujących z przestępcami, propagujących przemoc, palenie tytoniu, picie alkoholu czy zaprzeczających wartościom rodzinnym. Bardzo szczytny cel – dzieci należy chronić przed przemocą i wszelkimi wichrującymi psychikę rzeczami i zjawiskami. Tylko czy ta metoda jest odpowiednia i skuteczna?

Kilka tygodni temu, gdy Duma w rekordowym tempie przyjęła kilka ważnych ustaw postrzeganych jako przykręcenie śruby opozycji – m.in. o ściganiu za oszczerstwo czy nowelizację ustawy o zgromadzeniach publicznych – mówiono, że też ustawę o ochronie praw dzieci będzie można wykorzystywać do zamykania naruszających przepisy stron internetowych, w tym np. niepokornych stron opozycji. Wystarczy jakakolwiek treść podpadająca pod niejasne i rozciągliwe zapisy ustawy i „Pamelo, żegnaj”. Teraz zwrócono uwagę na absurdalne ograniczenia dotyczące emisji filmów dla dzieci. Astrid Lingren zresztą też, jak się okazuje, nie bardzo się nadaje dla milusińskich, bo niektóre wypowiedzi postaci z jej książek mogą być odczytane jako propaganda włóczęgostwa. W Rosji już jest pięć milionów biesprizornych dzieci, nowych nie należy zatem do tego namawiać. Choć one pewnie książek pani Lingren nie czytają.

Eksperci są zdania, że wprowadzane ograniczenia dotyczące telewizji, radia i gazet nie przyniosą efektów, skoro „inkryminowane” filmy są w wolnym dostępie w Internecie. W tym kontekście dziwi zakaz ministerstwa kultury Rosji odnośnie wyświetlania w kinach filmu „Klip” (w Polsce pokazany na tegorocznym festiwalu „Nowe Horyzonty”). Pierwszy taki zakaz od czasu upadku ZSRR, w którym bardzo wielu filmów i książek zakazywano na prawo i lewo. Głośny obraz serbskiej reżyserki Mai Milosz o bujnych nastolatkach eksperymentujących z narkotykami i seksem nie uzyskał zezwolenia na rozpowszechnianie w rosyjskich kinach. Dlaczego? Filmy rosyjskiej reżyserki młodego pokolenia Walerii Gaj Germaniki – „Wszyscy umrą, a ja nie” czy serial „Szkoła” – też w drastyczny sposób mówiły o młodym pokoleniu, jego grzechach powszednich i zmaganiu się z burzą hormonów. Można je było obejrzeć w telewizji i to nie bardzo późno w nocy. „Klip” zapewne nie zostałby dostrzeżony przez publiczność, w kinach studyjnych obejrzałoby go kilka tysięcy widzów i tyle. Dzięki zakazowi ministerstwa zechcą go pewnie ściągnąć z Internetu zastępy zachęconych w ten sposób widzów.

W darciu pierza wokół wycofania nieuczesanego Wilka z ekranów jest oczywiście dużo przesady, podobnie jak dużo przesady jest w odczytywaniu przepisów ustawy w kierunku totalnego wykastrowania filmów i książek z wątków rzekomo szkodliwych dla dzieci. Kilka lat temu polska telewizja publiczna chciała zakazać emisji „Czterech pancernych” jako serialu dla młodych polskich duszyczek szkodliwego, gdyż propagującego nieprawdziwe historyczne treści. Odpowiedzią publiczności był głośny śmiech i kolejne rekordy oglądalności w tych komercyjnych stacjach telewizyjnych, które nie dały się zwariować i film wyświetlały.

„O takich rzeczach [zakazie emisji „Wilka i zająca” przed godz. 23] poważnie dyskutuje się w kraju, w którym nie ma normalnej gospodarki, służby zdrowia i systemu edukacji, w którym jest cała masa bezdomnych dzieci, w którym władza i państwowa telewizja od dawna i w pełni świadomie rozmawia ze społeczeństwem językiem podwórka. W którym ta sama telewizja dla poprawy rankingów pokazuje trash. Powodów do zakazania tego czy innego dzieła jest mnóstwo – do wszystkiego się można przyczepić: od „Wojny i pokoju” do „Zbrodni i kary”. A tradycyjne rosyjskie bajki to jedna wielka propaganda seksu i to wyuzdanego, weźmy choćby „Królewnę żabkę”. W Rosji niestety nastała epoka bezsensownych histerycznych zakazów, które są efektem neurastenii władz” – podsumowuje Siemion Nowoprudski w internetowej „Gazecie.ru”. Jeszcze dobitniej pisze Julia Kalinina: „Zdrowiu i rozwojowi dzieci szkodę robi nie informacja, a rzeczywistość, która je otacza. Proszę poprawić rzeczywistość, a dzieciom niestraszna będzie informacja”.

No mercy

Karę dwóch lat kolonii karnej orzekł sąd w najgłośniejszym procesie ostatnich lat w Rosji – członkinie zespołu punkowego Pussy Riot zostały skazane za odśpiewanie pieśni własnego autorstwa „Bogurodzico, przegoń Putina” przed ołtarzem Świątyni Chrystusa Zbawiciela w lutym tego roku. Dwa lata za okrzyki określające patriarchę jako posłusznego woli prezydenta sługusa reżimu. Dwa lata. Mogło być z paragrafu „chuligaństwo” i siedem. Mogło być i trzy lata, jak prosił prokurator.

Trzy młode kobiety zostały uznane za zagrożenie dla społeczeństwa, dlatego muszą zostać odizolowane na tak długi czas. Sędzia orzekła, że w przeciwnym razie nie dojdą do rozumu. „Skazano nas z motywów politycznych, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie oczekiwałyśmy, że zostaniemy skazane, przecież nie popełniłyśmy przestępstwa” – powiedziała jedna ze skazanych Nadieżda Tołokonnikowa. „Nie zamierzamy prosić prezydenta o ułaskawienie” – zapowiada Jekatierina Samucewicz.

Proces Pussy Riot podzielił rosyjskie społeczeństwo. Już wcześniej ten podział był widoczny. Władimir Putin umiejętnie owe podziały podsycał i wykorzystywał w grze politycznej, zwłaszcza w okresie poprzedzającym wybory. Na wiec na placu Błotnym z udziałem liberalnie nastawionej inteligencji i sympatyków opozycji odpowiedzią było zorganizowanie przez władze wiecu na Pokłonnej Górze z udziałem pracowników sfery budżetowej i wielkich zakładów przemysłowych, popierających słuszną linię naszej partii i przywódcy. Teraz polaryzacja nastąpiła na styku: „bronię Pussy Riot” – „potępiam Pussy Riot”. Centrum Lewady przeprowadziło na gorąco badania opinii – prawie 45 proc. Rosjan uznało, że proces Pussy Riot był „obiektywny i bezstronny”, 35 proc. nie interesowało się procesem. Mocny głos zachodnich artystów, ujmujących się za prześladowanymi „puśkami” (jak nazywa się w rosyjskim Internecie dziewczyny z Pussy Riot), listy przedstawicieli rosyjskich środowisk twórczych do patriarchy, do prezydenta, protesty na ulicach, akcje poparcia – to na drugiej szali, ale bez szans na powodzenie. Nawet w samej Cerkwi nie było jednomyślności co do tego, jak potraktować akcję Pussy Riot. Diakon Kurajew uznał, że akcja nie powinna obrazić uczuć religijnych ludzi wierzących, bo została przeprowadzona w zapusty, kiedy dozwolone są wybryki, a Putin nie jest przecież świętością. Ale diakon Kurajew okazał się w mniejszości. Podobnie jak ci, którzy wzywali do okazania chrześcijańskiego miłosierdzia. Dzisiaj wysoka rada Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej wystosowała do władz apel o zgodne z prawem miłosierdzie wobec Pussy Riot, w nadziei, że w przyszłości wyrzekną się one świętokradztwa.

Głupi chuligański wybryk, prowokacyjny do granic – Świątynia Chrystusa Zbawiciela to jedna z najważniejszych rosyjskich cerkwi, estetycznie co najmniej wątpliwy. Ale czy to przestępstwo? Zbrodnia? Wykładnie ekspertów sądowych powołujących się na dawno zapomniane martwe zapisy soboru sprzed paruset lat, które miały być podstawą skazania, źle przygotowany prokurator, sędzia nie dopuszczająca obrony i świadków obrony do głosu – wszystko to porównywano do procedowania średniowiecznej inkwizycji. Władze wykorzystały drastyczny wyczyn punk-feministek do celów politycznych. Bo też, jak twierdzą same skandalistki z Pussy Riot, ich pieśń była akcją polityczną.

„Ten wyrok to część tej wysokiej tamy, jaką władza wznosi wobec zniżających się stale rankingów lidera i budzącej się świadomości miejskiej klasy średniej, nosiciela świeckiego, modernizacyjnego myślenia. Fundamentem tej tamy są ustawa o zgromadzeniach publicznych, przewidująca wysokie kary za wszelkie naruszenia drakońskich przepisów, ustawa o „zagranicznych agentach” i inne niespodzianki pierwszych miesięcy nowej kadencji starego prezydenta. Ten wyrok to sygnał, że represje będą trwać, również pod religijnymi sztandarami. Ten proces pokazuje, że państwo i Cerkiew połączyły się w ekstazie. Kto krytykuje Cerkiew, ten krytykuje państwo. I odwrotnie. Z uczuciami religijnymi nie ma to nic wspólnego” – napisał w komentarzu w „Nowej Gazecie” Andriej Kolesnikow.

W krótkim tekście blogu trudno zmieścić wszystkie aspekty tej sprawy, jest ich wiele i są skomplikowane. Splotło się mnóstwo wątków. Wiele pytań ciągle jeszcze zostaje. Będę do nich wracać. Kto zyska, kto straci, kto się przestraszy, jakie to będzie miało konsekwencje. Czy Rosja wpadnie w spiralę wewnętrznej wojny religijnej, która odwróci uwagę od innych problemów?

Zacytuję jeszcze głos Aleksieja Kudrina, byłego ministra finansów, człowieka przez wiele lat firmującego politykę finansową Putina. Kudrin odszedł z rządu po scysji z Miedwiediewem. Ciekawy głos, głos człowieka z autorytetem, który był we władzach, a teraz we władzach nie jest, ale próbuje znaleźć racjonalną drogę porozumienia społeczeństwa i coraz bardziej oddalającego się odeń Kremla.

„Wyrok w sprawie punk grupy Pussy Riot to nie tylko fakt w biografii trzech młodych kobiet. To kolejny cios wymierzony w wymiar sprawiedliwości, w zaufanie obywateli Rosji do sądów. Proces sądowy jawnie wypacza istotę postępku. W świeckim sądzie oskarżyciel z ramienia państwa za podstawę oskarżenia bierze tylko cerkiewne wywody, aby uzasadnić karę za przestępstwo. Ale nawet gdyby przyjąć argumentację oskarżenia, to należałoby czyn zakwalifikować jako „obrazę uczuć religijnych” i z paragrafu 5.26 skazać zań na tysiąc rubli grzywny. W świeckim państwie, jakim jest Rosja, nie ma i nie może być kar w procesie karnym za naruszenie pisanych i niepisanych norm Cerkwi. Wielu z nas nie może w żaden sposób poprzeć postępku Pussy Riot. Niezależnie od tego, jak się go ocenia, prześladowanie dziewcząt podzieliło społeczeństwo, pokazało antykonstytucyjne połączenie państwa i Cerkwi, osłabiło autorytet Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, spowodowało radykalizację nastrojów społecznych. Triumf bezsensownego okrucieństwa osłabia moralność bardziej niż jakiekolwiek prowokacyjne postępki”.

Ona utonuła

Mija dwanaście lat od zatonięcia okrętu podwodnego „Kursk”. Wypadek zdarzył się podczas ćwiczeń na Morzu Barentsa. Z oczami wbitymi w telewizory Rosjanie – a wraz z nimi reszta świata – przez wiele dni śledzili dramatyczny spektakl: czy ocalałych po wybuchu członków załogi uda się uratować. W rolach głównych w tym spektaklu wystąpiły ignorancja, kłamstwo, obłuda i stracone złudzenia. Spektakl nie zakończył się niestety happy endem – zanim zdecydowano się na formę pomocy (a przez wiele dni z podjęciem takiej niezbędnej decyzji zwlekano), wszyscy zginęli. Najwyższą cenę za błędy dowództwa, braki w wyszkoleniu, niechęć do współpracy z innymi krajami i wszystkie inne fatalne zbiegi okoliczności i wykalkulowane działania zapłaciła załoga dumy rosyjskiej Marynarki Wojennej – 118 marynarzy nie wróciło do domów.

Słowa „ona utonuła”, wypowiedziane przez młodego prezydenta Władimira Putina w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem Larrym Kingiem, stały się wyrażeniem doskonale określającym cyniczny stosunek władz do tego, co się stało w zimnych wodach Morza Barentsa. Świat zobaczył wtedy też Putina, który w końcu oderwał się od zasłużonego sierpniowego wypoczynku w Soczi i przybył do Widiajewa na spotkanie z rodzinami członków załogi „Kurska”, zobaczył też jego wizytę w domu jednego z oficerów – odrapane ściany zaniedbanego bloczydła, a potem jeszcze nietłumione emocje wyrywające się z oczu i gardeł zdesperowanych matek i żon. „Minęło dwanaście lat i nic się nie zmieniło – stare bloki bez remontu jak stały, tak stoją. Do zbudowanego na polecenie Putina aquaparku przyjeżdżają zamożni ludzie, ale miejscowi pracy tam nie dostali” – relacjonuje Jelena Wasiljewa z organizacji „Zapomniany pułk”. Zresztą, z rodzin ofiar tragedii „Kurska” dziś w Widiejewie nie pozostał prawie nikt – woleli opuścić przeklęte miejsce. „Wszystko, co można było uczynić dla rodzin ofiar, uczyniono – mówi ekspert w dziedzinie wojskowości Aleksandr Golc. – Wszyscy dostali mieszkania, dzieci otrzymały możliwość uczenia się. Nie mam informacji, aby dopuszczono się jakiejś niesprawiedliwości”.  

Na temat dramatu „Kurska” napisano tysiące tekstów publicystycznych, reportaże, nakręcono filmy, powstało kilka książek. Długie śledztwo pod auspicjami prokuratora generalnego wyjaśniało do najdrobniejszych szczegółów przyczyny wypadku. Rozwałkowywano różne wersje: od najważniejszej (wybuch przygotowanej do odpalenia torpedy na pokładzie „Kurska”) do „cudownych” (zderzenie z amerykańską jednostką). Zdaniem wielu publicystów niezależnych rosyjskich mediów, winowajcy czują się świetnie, żaden nie poniósł kary. Kto jest tym winowajcą? W materiałach prasowych powtarzają się konkretne nazwiska najwyższych dowódców Marynarki Wojennej, winnych zaniedbań, ukrywania prawdy, wprowadzania w błąd opinii publicznej i władz, wstrzymywania niezbędnej pomocy.

A pamięć? Rocznicę – przynajmniej na razie – odnotowały jedynie media, znajdujące się poza main streame: rozgłośnia Echo Moskwy, Radio Wolna Europa, Nowaja Gazieta. „Na wspominanie o Kursku w mediach znowu nałożono ciche tabu” – twierdzi murmański polityk Andriej Nizielski. Jak i na wiele innych tematów.

Zanim nastanie antyutopia

Do kalendarzowego czasu akcji antyutopii Władimira Wojnowicza „Moskwa 2042” pozostało jeszcze trzydzieści lat, tymczasem wiele z tego, co w przekrzywionym zwierciadle przedstawił proroczy satyryk, odnajdujemy w Moskwie już dziś. Też przekrzywione, ale bez ironicznego dystansu i przymrużenia oka. Moskorep – Moskiewska Republika, przedstawione w książce Wojnowicza karykaturalne państwo totalitarne – zbudowane jest na fundamencie sojuszu organów bezpieczeństwa, wszechwładnych i wszechobecnych, z rządzącą partią, bezalternatywną Komunistyczną Partią Bezpieczeństwa Państwowego, oraz z rządzącą religią, na czele której stoi patriarcha Zwiezdoniusz. Ta triada dopełniana jest jeszcze czujnością i ludowością. Za fasadą poprawności i układności systemu stworzonego przez przywódcę Moskorepu Genialissimusa w państwie-raju rządzą pełną gębą absurd i groteska.

 „Prawdę mówiąc, pisząc „Moskwa 2042” w latach osiemdziesiątych, miałem nadzieję, że te moje proroctwa się nigdy nie spełnią” – wyznaje Władimir Wojnowicz w wywiadzie dla Radia Wolna Europa. – „Gdy to pisałem, startowała pierestrojka, było dużo nadziei. Obecna rzeczywistość tymczasem zdaje się przewyższać to, co wymyśliłem. Sztandarem naszych czasów staje się głupota i podłość. Tego się nie spodziewałem. Przyjmowane są jakieś idiotyczne ustawy, odbywają się jakieś niewyobrażalne procesy, jak choćby sąd nad Pussy Riot. To jest mocniejsze niż jakakolwiek satyra”.

Tak, rzeczywiście wydarzenia przyspieszają. Wcielenie Genialissimusa, można by rzec, rządzi w Moskorepie już od dwunastu lat. Na progu jego kolejnej kadencji obserwujemy dążność do zbudowania jedności organów bezpieczeństwa, rządzącej partii, a teraz jeszcze i rządzącej religii. „To, co się dzieje wokół procesu Pussy Riot, cała ta atmosfera, to coś podobnego do „prawosławnego szariatu” – zauważa komentator „Nowej Gaziety” Andriej Kolesnikow.

Wyciąganie analogii z „Moskwą 2042” zapewne obecnym kremlowskim inżynierom dusz ani jego głównemu lokatorowi do gustu nie przypadnie – to utwór pełen dowcipu, lekkości, swobody. A to rzeczy z perspektywy Kremla niebezpieczne. Z władzy nie wolno kpić, władza źle znosi, a właściwie wcale nie znosi dowcipów na swój temat. Obśmianie tyrana, nadętej władzy, która nadal chce się stroić w pompatyczne piórka, choć dawno już wszyscy naokoło zrozumieli, że sakralne piórka bezpowrotnie z niej opadły, okazuje się fantastyczną bronią. Desakralizuje napompowaną fałszywą sakralność. Proces nad Pussy Riot to w dużym uproszczeniu (zastrzegam, bo w tym procesie zbiega się wiele różnych aspektów) również sąd nad poczuciem humoru w walce politycznej. Sygnał, że wybaczenia dla prześmiewców, szyderców, humorystów, kpiarzy, paszkwilantów nie będzie. Porzekadło „śmiech to zdrowie” traci tu na aktualności. Ale z drugiej strony – patrzcie Państwo, jak to jest: śmiechem można zabić, ale śmiechu zabić się nie da.

Bloger kontra czeski szpieg

Dajcie mi człowieka, a paragraf zawsze się znajdzie. To ponure powiedzenie przypisywane stalinowskiemu prokuratorowi Andriejowi Wyszyńskiemu zdaje się przeżywać renesans.

Komitet Śledczy dwoi się i troi, żeby wykopać powody do postawienia przed sądem jednego z najpopularniejszych blogerów i liderów ruchu protestu Aleksieja Nawalnego. Wszystkie ręce na pokład – kopać, grzebać, ryć. Kilka tygodni temu w mieszkaniu Nawalnego skonfiskowano komputery, z których wyciągnięto m.in. jego korespondencję. Korespondencja wyciekła do sfery publicznej, choć nic ciekawego ani tym bardziej kompromitującego w niej nie było. Nawalny był jakiś czas temu doradcą gubernatora obwodu kirowskiego Nikity Biełycha. To właśnie maile z gubernatorem zainteresowały śledczych, którzy bardzo chcieli się w nich doszukać znamion jakiegokolwiek przestępstwa. Na tapetę wzięto po raz któryś z rzędu kilkakrotnie umarzaną sprawę firmy Kirowles. Nawalny pisze o tym w swoim blogu tak: „Jak ukradłem cały las. Wszyscy już mają tego żartu o kradzieży przeze mnie lasu po dziurki w nosie, a on właśnie jest wcielany w życie. Dzisiaj usłyszałem zarzuty. Prowadzona jest przeciwko mnie kampania informacyjna: Ach, Nawalny, zmusił nieszczęsnego dyrektora Kirowlesa, Opalowa, żeby sprzedawał produkcję przez kontrolowaną przeze mnie firmę. I nagle okazuje się, że nie zmuszałem, nie torturowałem, nie zastraszałem, nie przymuszałem do podpisywania niekorzystnych kontaktów. Okazuje się, że [Opalow] jest moim wspólnikiem, członkiem grupy przestępczej, którą zorganizowałem i której przewodziłem. Straty z tego tytułu wyniosły 1,2 mln rubli”. I sam bloger, i liczni komentatorzy nie mają najmniejszych wątpliwości, że sprawa jest szyta. Chodzi o wyeliminowanie – i to w majestacie prawa przecież, a jakże – jednej z najważniejszych osób patrzących władzom na ręce i publikujących mocno niewygodne rzeczy z życia wyższych sfer. „Chodorkowski ukradł swoją ropę naftową, Nawalny ukradł cały las – oto podstawa oskarżenia” – pisze z niepokojem w komentarzu o „szyciu” sprawy Nawalnego Gazeta.ru.

Ostatnio Nawalny przedstawił na blogu niezbite dowody, że szef Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin, który ściga ostatnio „zagranicznych agentów”, czyli opozycjonistów, [zgodnie z nowelizowaną ustawą o NGOsach, te organizacje, które są finansowane przez zagranicę, mają mieć status „zagranicznego agenta”] ma mieszkanie w Czechach i prawo stałego pobytu w tym kraju. No i jeszcze jakieś niejasne powiązania z wywiadem być może. Bastrykin wyszedł z siebie. Na naradzie z podwładnymi w histerycznym tonie domagał się znalezienia wreszcie haka na Nawalnego.

„Zgódźcie się, drodzy państwo, to straszne: prowadzić śledztwo w sprawie zgromadzenia zagranicznych agentów na placu Błotnym i nagle usłyszeć, że to ciebie samego nazywają tymi strasznymi słowami – pisze o Bastrykinie Ilja Milsztejn w internetowej gazecie „Grani”. – I to na dodatek nie bez podstaw, jako że fakt posiadania przez Bastrykina prawa pobytu stałego w Czechach już potwierdził tamtejszy MSZ, a były szef czeskiego wywiadu wojskowego nazwał sytuację „wyjątkową”.

Bastrykin w usłużnej gazecie „Izwiestia” wyłożył w obszernym wywiadzie „wsiu prawdu-matku”. Owszem, Czechy, owszem, mieszkanie, owszem, biznes. Ale to wszystko pierwszej żony, byłej żony. A pozwolenie na pobyt stały to tylko po to, żeby poruszać się po Europie bez wiz. Pani Dulska nie brała pieniędzy od kokoty, której ze wstrętem i pogardą wynajmowała mieszkanie, tylko płaciła nimi podatki.

Ludzie czytają i słuchają, i myślą sobie to, co już dawno sobie myślą: że rosyjska wierchuszka na wszelki wypadek ma różne ciekawe, acz wstydliwie skrywane rzeczy za granicą, której tak nie lubi i którą tak pogardza. Takie zapasowe lotnisko. Może na wypadek, gdyby kiedyś taki Nawalny dorwał się do władzy. Strach pomyśleć, lepiej Nawalnemu wlepić dziesięć lat, niech posiedzi w łagrze i na drugi raz się zastanowi, czy wyciągać takie niemiłe sprawy panu śledczemu.

Miękka siła dwugłowego orła

Ma być kryzys, a w kryzysie dzieją się nieprzyjemne rzeczy. Rosja może w tym kryzysie ucierpieć, bo w dzisiejszym świecie wszyscy są ze sobą powiązani: jeżeli kryzys dotyka Europę czy generalnie cały Zachód, to Rosja też na tym traci. Przeto zwierajmy szyki, bez fałszywej skromności lansujmy za granicą nasze interesy, w tym produkcję przemysłu zbrojeniowego, śmiało sięgajmy po oręż protekcjonizmu. Niech miękka siła zatriumfuje. Na ruchomych piaskach żadne strategie nie mają sensu, trzeba reagować punktowo, na bieżąco. Na pierwszym miejscu nasi sojusznicy z Unii Celnej – Białoruś i Kazachstan, na drugim Ukraina, którą Moskwa chciałaby widzieć w tym pierwszym szeregu. Reszta – dalej.

To pokrótce streszczenie wystąpienia prezydenta Putina na zjeździe rosyjskich ambasadorów z 9 lipca. Takie zjazdy odbywają się w „pałacu kultury” na placu Smoleńskim (siedzibie MSZ) co dwa lata. Wystąpienie prezydenta przed tym gremium traktowane jest jako instrukcja działania dla rosyjskiej dyplomacji. W tegoroczne wystąpienie Putina dyplomaci wsłuchiwali się ze szczególną uwagą: jakie będzie stare-nowe otwarcie? Nowa redakcja doktryny polityki zagranicznej będzie gotowa nie wcześniej niż w grudniu tego roku, a tu trzeba działać. Ale jak? Czy według kursu, który dwa lata temu wyznaczył prezydent Miedwiediew, czy wieją jakieś nowe wiatry?

Trudno uciec od porównania tez wygłoszonych przez Putina z tym, co dwa lata temu proponował na poprzednim zjeździe ambasadorów Dmitrij Miedwiediew. Tamto wystąpienie ociekało wezwaniami do modernizowania, resetu, zachęcania Zachodu do dzielenia się z Rosją technologiami i kapitałami (też soft power, ale jednak w innej formule). Miedwiediew na pierwszym miejscu postawił rozwijanie stosunków z Zachodem i krajami Azji. Partnerzy z WNP – ledwie zmieścili się na pudle.

Lista priorytetów Putina wygląda inaczej: Białoruś, Kazachstan, Ukraina, potem potężniejąca Azja (Chiny, Indie), Ameryka Łacińska, Afryka, a dopiero potem UE i USA. Zdaniem Putina „wielowektorowość [ulubiony termin rosyjskiej dyplomacji ukuty przez eksministra spraw zagranicznych Jewgienija Primakowa, mający odczarować hegemonię USA po zimnej wojnie] wielowektorowość rozwoju świata, wewnętrzne problemy społeczno-gospodarcze osłabiają dominację „historycznego Zachodu”. To fakt. I chciałbym podkreślić, że to absolutnie nie cieszy”. Moskwa jest zaniepokojona niektórymi poczynaniami Waszyngtonu. „Obecnie w USA trwa kampania wyborcza. To gorący okres, kiedy wielka jest pokusa zarobienia dodatkowych punktów na mocnych słowach, wskrzeszenia dawnych stereotypów i fobii, z których dawno powinno się zrezygnować. Widzimy to, ale nie dramatyzujemy. Ale zamiana antysowieckiej poprawki Jacksona-Vanika na antyrosyjską ustawę [„lista Magnitskiego”] oraz stworzenie systemu obrony antyrakietowej w celu naruszenia równowagi strategicznej nie może nas nie niepokoić”. Co do Europy, to Rosja chciałaby zniesienia wiz (w celu polepszenia warunków prowadzenia biznesu). A w sferze dalekich planów – stworzenia strefy wolnego handlu od Atlantyku do Pacyfiku.

„Rosja nie ma w tej chwili o czym rozmawiać z Unią Europejską, dlatego że wewnątrz UE panuje teraz chaos, Europa pogrążą się w trzęsawisku kryzysu finansowego, z którego nie widać wyjścia” – rekapituluje Fiodor Łukjanow, naczelny czasopisma „Rosja w Globalnej Polityce”. – „Charakterystyczne dla Putina antyzachodnie nastawienie ma teraz inny charakter niż w okresie jego drugiej kadencji prezydenckiej. Wtedy był stroną atakującą: Zachód nie słucha Rosji i nie chce brać pod uwagę jej interesów, ale my zmusimy was do słuchania i brania naszego zdania pod uwagę. Teraz pobrzmiewają sceptyczne nutki: co wy wyrabiacie, wszystko idzie coraz gorzej i gorzej… Nie tylko w stosunku do Rosji, ale w ogóle. Putin stale przypomina Zachodowi, że wszystko jest wzajemnie ze sobą powiązane i każde działanie ma określone konsekwencje. Arabska wiosna przewróciła Bliski Wschód do góry nogami. Kwestia irańska zaostrza się. NATO dokonało kolejnej interwencji w celu zmiany reżimu. Afganistan jest nadal daleki od uspokojenia, rośnie napięcie w Azji, nie zmniejsza się polaryzacja wewnątrz amerykańskiej polityki. Ta niejasność, kłębowisko sprzeczności, kryzys – to główne zagrożenia dla Rosji. Winowajcami są, zdaniem Putina, czołowe mocarstwa światowe, które swoimi nierozsądnymi działaniami tylko pogarszają sytuację”.

Co zatem robić? Ponieważ sytuacja ciągle się zmienia, zamiast dalekosiężnych strategii należy stosować teorię małych kroków. MSZ ma pomagać ekspansji rosyjskich firm na rynkach zewnętrznych, uczyć się skutecznego lobbingu, pracować na rzecz poprawy wizerunku Rosji na świecie.

Tyle spotkanie w monumentalnym gmachu na placu Smoleńskim. A teraz do dzieła. Na porządku dziennym między innymi sytuacja w Syrii.

Kurs szybkiego czytania

Deputowani Dumy Państwowej czytają ostatnio na wyprzódki jak szaleni setki stron – w ciągu kilku dni w ekspresowym tempie w pierwszym, drugim i trzecim czytaniu przyjęli kilka ustaw, dotyczących pola działania organizacji pozarządowych, ludzi piszących i mówiących oraz przestrzeni internetowej. Parlament w Rosji, jak wiadomo, nie jest miejscem do dyskusji. Teraz okazuje się, że jest za to idealną czytelnią. Czytanie za czytaniem, głosowanie za głosowaniem. W jakiej sprawie? W sprawie zadań wagi państwowej? Bez wątpienia. W sprawie przywołania do porządku tych, którym się wydaje, że wszystko im wolno? Cóż, wprowadzane biegiem przepisy są ewidentnie próbą ograniczenia pola działania chętnych do kontestowania i protestowania, mają ich zniechęcić, utrudnić im życie, a w razie potrzeby stać się podstawą do szykanowania, nawet prześladowania niepokornych.

„Jeśli popatrzeć na ustawy, które w wielkim pośpiechu przyjmuje Duma, to można pomyśleć, że w Rosji buszuje w najlepsze rewolucja, a jedynym pilnym zadaniem państwa jest okiełznanie tego żywiołu. Czy naprawdę nie ma pilniejszych i ważniejszych spraw?” – pisze w komentarzu redakcyjnym internetowa „Gazeta.ru”. Widocznie nie ma. Trzeba było się spieszyć z przyjęciem tych regulacji, bo na jesień zapowiadane są kolejne protesty, no więc lepiej je wyhamować, nieprawdaż?

Po przyjętej w czerwcu w ekspresowym tempie ustawie o zgromadzeniach publicznych (wprowadzającej obostrzenia, kary i wysokie grzywny za najmniejsze uchybienia) tuż przed letnią przerwą przyszedł czas na ustawę regulującą działalność organizacji pozarządowych. W myśl przegłosowanej dziś ustawy NGOsy przyjmujące pieniądze na działalność z zagranicy i zajmujące się polityką zyskują status „zagranicznego agenta”. Te z organizacji, które są finansowane z zagranicy i zajmują się polityką, powinny zostać wpisane do rejestru organizacji pozarządowych wypełniających funkcje zagranicznego agenta. Jak się już będzie w tym rejestrze z przyjemną łatką Maty Hari na czole, to będzie można działać, proszę bardzo. Rejestrowe NGOsy, pełne zagranicznych agentów, będą jednak podlegać innym regulacjom niż organizacje nastawione na działalność dobroczynną czy religijną (np. zostaną objęte wnikliwą kontrolą finansów).

Owo dokręcanie śruby NGOsom to jeszcze chyba ciągle wysypka po nieuleczalnej dziecięcej chorobie lękowej rosyjskich władz, które od lat obawiają się pomarańczowej rewolucji na rosyjskim podwórku. Kremlowskie gadające głowy znowu zaczęły wyjaśniać, że wróg nie śpi, że czyha na prezydenta, że chce go obalić przy zastosowaniu pomarańczowych technologii politycznych, a przecież ani władze, ani zdrowe jądro narodu żadnych kolorowych rewolucji nie chcą. Przeto zagraniczni agenci powinni być pokazani palcem, zapisani w rejestrze i poddani wszechogarniającej kontroli.

W ostatnim dniu wiosennej sesji rosyjscy parlamentarzyści zajmowali się czytaniem jeszcze jednej ustawy, bez której państwo rosyjskie może się zawalić – w pierwszym i drugim czytaniu przyjęto ustawę, przywracającą odpowiedzialność karną za oszczerstwo (w dotychczasowej wersji oszczerstwo było naruszeniem kodeksu administracyjnego, teraz ma być ścigane na podstawie kodeksu karnego) oraz wysokie kary pieniężne. Pod siedzibą Dumy przez cały dzień odbywały się pikiety. Dziennikarze protestowali przeciwko przyjęciu rozmytych, ich zdaniem, sformułowań, czym jest owo ustawowe oszczerstwo, za które można iść do więzienia i płacić drakońskie kary. Przedstawiciele mediów stwierdzili, że wprowadzenie nowych obostrzeń jeszcze bardziej zaciśnie nałożony na media kaganiec. „Duma zlikwidowała dwa zawody: dziennikarza i komentatora prasowego” – napisał dziś popularny dziennik „Moskowskij Komsomolec”. Deputowany frakcji Sprawiedliwa Rosja, noszący białą wstążkę w klapie marynarki, Ilja Ponomariow próbował uzmysłowić kolegom deputowanym, że wprowadzeniem cenzury na popularne określenie rządzącej partii mianem „partii oszustów i złodziei” nie zbuduje się autorytetu władzy. „Ustawa o oszczerstwie to nie tylko rozprawa z prasą – komentuje Matwiej Ganapolski. – To cios wymierzony w ruch protestu. Ustawa o zgromadzeniach publicznych wydała się Jednej Rosji niewystarczającym ograniczeniem, gdyż demonstracja może się odbyć lege artis. Ale trzeba było jeszcze zamknąć usta protestującym. Chcesz nazwać Jedną Rosję z trybuny ogólnie znanym określeniem? Sto razy się zastanów, bo w przeciwnym razie staniesz przed rosyjskim sądem i będziesz musiał dowieść, że partia tym wcale nie jest”.

Autorzy projektu kolejnej ustawy do szybkiego czytania chcą wprowadzenia cenzury w Internecie, aby bronić dzieci przed zakusami pedofilów grasujących w globalnej sieci. Jeśli ustawa wejdzie w życie, odpowiednie czynniki będą mogły zamykać bez sankcji sądu strony internetowe zawierające materiały, uznane przez pełnomocnych urzędników za szkodliwe dla dzieci. Duma jeszcze ten projekt czyta, sprawa powróci zapewne po wakacjach. Czarny piątek w Dumie dobiegł końca.

„Rosja dryfuje w stronę autorytaryzmu, Putin przykręca śrubę – podsumowuje czarny piątek Gleb Pawłowski z Fundacji Efektywnej Polityki. – Władza może jednak z tymi zabiegami profilaktycznymi przedobrzyć. Lojalne NGOsy dostają po nosie bez żadnej przyczyny. Dziennikarzy straszy się ograniczeniami w Internecie, ograniczeniami w swobodzie wypowiedzi. Każdy taki proces będzie powodował burzę, radykalizował sytuację. Zbliżamy się do roku 2013, który – jak mówią zgodnie wszyscy eksperci – będzie rokiem globalnej burzy na całym świecie. Rosyjskie władze nie powinny szczerzyć groźnie kłów, zastraszając własne społeczeństwo. W tej sytuacji to niebezpieczne”.

Tragiczna powódź w Krymsku

W nocy z 6 na 7 lipca wysoka fala zmyła jedną trzecią 57-tysięcznego miasta Krymsk w Kraju Krasnodarskim na południu Rosji. Miasto pozostaje bez prądu, komunikacja jest utrudniona, pociągi nie kursują. Fala powodziowa dokonała dzieła zniszczenia w całym rejonie krymskim Kubania. Bilans tragedii nie jest jeszcze na dobrą sprawę znany. Agencje podają niepełne dane dotyczące zniszczeń. Najtragiczniejsze wiadomości dotyczą liczby ofiar śmiertelnych. Do tej pory stwierdzono śmierć 105 osób (w samym Krymsku 96). Ucierpiał też Gelendżyk – jeden z najbardziej popularnych kurortów na rosyjskim wybrzeżu Morza Czarnego.

Fala przyszła nagle o pierwszej w nocy (według innych doniesień – o trzeciej), wszyscy mieszkańcy spali, nie było żadnego komunikatu uprzedzającego o podniesieniu poziomu wody. W ciągu dnia padał deszcz, wieczorem się nasilił. Wystąpiła z brzegów spokojna na ogół rzeka Adagum. Jak pisze w swoim blogu Walerij Donskoj z lokalnego radia, „miejscami woda podnosiła się do poziomu trzech metrów, dostała się na wyższe piętra domów. Fala była tak silna, że ludzi wynosiło przez okna, porywało nawet wielkie ciężarówki Kamaz, nie mówiąc o samochodach osobowych. Według świadectw mieszkańców, pomoc nadeszła dopiero o godzinie piątej rano. Według nieoficjalnych danych wał wody o wysokości dwóch metrów pojawił się w ciągu pięciu minut. Setki domów nie nadają się do zamieszkania. Nie znamy jeszcze dokładnej liczby zaginionych, nie znamy skali zniszczeń. Do miejscowych szpitali zgłaszają się poszkodowani, jest wiele przypadków złamań. W 2002 roku Krymsk też ucierpiał na skutek fali powodziowej, ale wtedy poziom wody był znacząco niższy. Tym razem zatopiło nawet te ulice, które znajdują się w górnej części miasta. Większość mieszkańców jest zdania, że tak wysoka fala powstała na skutek otwarcia śluz na jednej z pobliskich tam”. Politycy opozycji, m.in. Siergiej Mitrochin z partii Jabłoko, domagają się wyjaśnienia, czy doszło do zrzucenia wody z pobliskiego zbiornika retencyjnego. Tymczasem władze Kraju Krasnodarskiego oficjalnie nie potwierdzają, że wysoka fala, miejscami dochodząca do siedmiu metrów, która zniszczyła Krymsk, mogła powstać na skutek spuszczenia wody z pobliskiego przepełnionego sztucznego zbiornika Niebierdżajewskiego. Ekolodzy z WWF nie stwierdzili, by, według ich wywiadu, mogło dojść do zrzucenia nadmiaru wody: „Wiem, że chodzą takie słuchy, ale nie mam danych, które by potwierdziły, że otwarto śluzy” – powiedział przedstawiciel WWF w Rosji agencji Interfax. Miejscowi ekolodzy ze stanicy Niebierdżajewskaja, znajdującej się w pobliżu zbiornika, potwierdzili natomiast, że śluzy zostały otwarte. W twittach i blogach mieszkańców pojawiły się też sugestie, że spuszczenie wody ze zbiornika Niebierdżajewskiego mogło nastąpić nie celowo, a na skutek uszkodzenia.

Gubernator obiecuje pomoc dla poszkodowanych, prezydent Putin obleciał objęte powodzią tereny śmigłowcem. Na miejsce przybyło trzech ministrów rządu federalnego. Minister ds. sytuacji nadzwyczajnych obiecał szybkie wypłaty zapomóg dla poszkodowanych.

Nieliczne zdjęcia, które można obejrzeć w Internecie, świadczą o wielkich zniszczeniach, woda nadal stoi na ulicach Krymska (http://www.newsru.com/russia/07jul2012/flood2.html). Szokujące. Wyrazy współczucia dla poszkodowanych.

Putin i synowie

Tak, wiem, że pan Putin nie ma synów, tylko dwie córki. Ale „Putin i synowie” to szyld hipotetycznej spółki, który można by z powodzeniem wywiesić nad wieloma instytucjami w Rosji. Korporacja Federacja zamierza być monarchią dziedziczną – grupa trzymająca władzę, krąg najbliższych współpracowników Władimira Władimirowicza sprawnie obsadza od jakiegoś czasu swoimi synami, dwudziesto-, trzydziestoletnimi, wysokie stanowiska menedżerskie i dyrektorskie w radach nadzorczych, bankach, korporacjach państwowych. Chodzi o to, żeby wszystko zostało w rodzinie.

Kilka miesięcy temu tygodnik „The New Times” zamieścił tabelę, podobną do gry planszowej, „Ich dom Rosja”. W kształt piramidy, której szczyt zajmuje Władimir Putin, wpisano schemat stanowisk, piastowanych przez ludzi Putina i członków ich rodzin. Banki, wielkie firmy naftowe, gazowe, media, rolnictwo, metalurgia itd., itd., itd. Czego się nie robi dla dzieci.

Syn szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa, Aleksandra Bortnikowa, Denis zajął miejsce w zarządzie jednego z największych rosyjskich banków WTB. Zdolnych synów ma również były dyrektor FSB, obecnie szef Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew – jego starszy syn Andriej niedawno objął stanowisko wicedyrektora rosyjsko-wietnamskiej spółki naftowo-gazowej Vietsovpetro, młodszy Dmitrij szefuje bankowi rolnemu. Młodszy syn byłego ministra obrony, byłego wicepremiera, obecnie szefa prezydenckiej kancelarii Siergieja Iwanowa, również Siergiej wykazał się talentem menedżerskim i w imponująco młodym wieku został wiceprezesem potężnego Gazprombanku, a niedawno objął także posadę prezesa firmy Sogaz. Starszy synuś, Aleksandr, też jest utalentowany – kilka lat temu spowodował wypadek ze skutkiem śmiertelnym (potrącił kobietę przechodzącą na pasach), ale nie poniósł za to żadnej kary (czyż to nie talent czystej wody?), niemniej chyba nie tylko rajdowe uzdolnienia sprawiły, że został wiceprezesem wielkiego państwowego banku WEB. Miejsca ustąpił mu Piotr Fradkow – syn Michaiła Fradkowa, ekspremiera i szefa Służby Wywiadu Zagranicznego. Piotr Michajłowicz objął odpowiedzialną posadę w agencji kredytów eksportowych i inwestycji, jednakże pozostał w WEB i dalej wypruwa sobie żyły w zarządzie.

Dalej: dyrektor Federalnej Służby Ochrony (polski odpowiednik BOR-u) generał Jewgienij Murow również odkrył w swoim synu Andrieju zdolności menedżerskie, chłopak został szefem holdingu MRSK (sieci elektroenergetyczne). Świeżo upieczony wicepremier, odpowiedzialny za odcinek przemysłu zbrojeniowego Dmitrij Rogozin też ma syna – Aleksiej Dmitrijewicz (ur. 1984) został właśnie dyrektorem zakładów produkujących proch, wcześniej był wicedyrektorem zakładów produkujących broń strzelecką.

Oddzielny rozdział można napisać i o korporacji zięciów.

„Państwo to my – mówią oni. I dodają: no i jeszcze nasze dzieci. Dzieci są oczywiście młodymi i zdolnymi menedżerami. I oczywiście są bardzo pracowite, podobnie jak naczelny niewolnik na galerach [Putin powiedział o sobie, że na prezydenckim stolcu harował jak niewolnik na galerach]. Nie wiedzieć czemu tak jakoś jest, że najzdolniejsze dzieci mają właśnie czekiści. I te dzieci pracują właśnie w tych miejscach, gdzie władza oznacza własność, a własność oznacza władzę. To się splotło na amen i nie zamierza się rozpleść – pisze ironicznie w komentarzu w internetowej „Gazecie.ru” Andriej Kolesnikow. – Taka prywatyzacja państwa przez rodziny nie jest nowością w historii dyktatur i plutokracji, głównie tych w tropikach i subtropikach i tych, które mają surowce. Ale w Moskwie taka koncentracja władzy, pieniędzy i nepotyzmu jest bezprecedensowa. To lepiej niż wszystkie inne oskarżenia rzucane pod adresem putinowskiego reżimu charakteryzuje obecną władzę”.

Podanie o spacerowanie

O pozwolenie na obchody urodzin chce oficjalnie wystąpić do władz weteranka ruchu obrony praw człowieka w Rosji, Ludmiła Aleksiejewa. W swoim blogu napisała: „20 lipca obchodzę 85 urodziny, jest co świętować. Przybędzie wielu gości, ponad dwieście osób. Ludzie będą przychodzić być może grupkami. Zgodnie z prawem [znowelizowaną ustawą o zgromadzeniach publicznych] przysługuje im policyjna asysta. Jako człowiek respektujący prawo, zamierzam zwrócić się z prośbą o przydzielenie takiej asysty. Niech [policjanci] dyżurują przy stacji metra i towarzyszą moim gościom do kawiarni „Pirogi” na Suchariewce, gdzie odbędzie się uroczystość. Dla bezpieczeństwa – bo przecież goście nie będą mieli na czole napisane, że idą na urodziny, może się komuś wydać, że to jakiś marsz i moi goście zostaną zatrzymani. Więc zamierzam zgodnie z przepisami złożyć wniosek. I dopiero potem obchodzić jubileusz! Jak szaleć, to szaleć”.

Nowe przepisy wprowadzone w ekspresowym tempie w przeddzień 12 czerwca (w Dzień Rosji odbyła się w Moskwie masowa akcja protestu) przewidują m.in. ograniczenia w możliwościach zorganizowania demonstracji oraz wysokie kary pieniężne dla uczestników nielegalnych zgromadzeń i dla tych, którzy podczas zgromadzeń mających zezwolenie władz spowodują szkody materialne. To kolejne „obrzydzanie cynaderką” stosowane przez władze, żeby zniechęcić ludzi do protestowania na ulicach.

Głos Ludmiły Aleksiejewej dołącza do całkiem już sporego chóru obywateli, którzy odwołując się do restrykcyjnych przepisów nakładanych przez znowelizowaną ustawę o zgromadzeniach, występują o pozwolenie na wykonywanie codziennych czynności. Mieszkaniec Jekaterynburga Rostisław Żurawlow wystąpił o możliwość „spaceru po bochenek” (można obejrzeć tu: http://www.youtube.com/watch?v=SbuTZPjkFZU&feature=player_embedded#!; filmik zebrał w ciągu paru dni prawie pół miliona odsłon). Najśmieszniejsze jest to, że Żurawlow wniosek złożył, a następnie o nim zapomniał, tymczasem został rankiem obudzony przez panów w mundurach (jeden był nawet  w stopniu majora), którzy zgłosili się, by go eskortować na ustalonej w urzędzie miasta trasie. Inni składają wnioski o możliwość przejścia ulicami w celu odebrania dzieci z przedszkola. Akcja sprawdzania, jak działa nowa ustawa, zaktywizowała wiele osób. Policja zgodnie z literą prawa towarzyszy wnioskodawcom w drodze do pracy trolejbusem numer trzy albo po zakupy główną ulicą miasta.

Protesty antysystemowe przyjmują coraz to nowe formy i nie zamierzają się skończyć. Wszystko w granicach prawa. Liga Wyborców chce skorzystać z przepisu przewidującego możliwość złożenia skargi przez obywateli w ciągu roku od wyborów. Dziś trafiło do presnieńskiego sądu rejonowego w Moskwie pierwszych 160 pozwów o rozpatrzenie przypadków naruszeń i fałszerstw wyborczych. Niebawem ruszy strona internetowa projektu „Wsie w sud” (wszyscy do sądu), z której będzie można pobrać formularze, zasięgnąć porady itd. Koordynator akcji Siergiej Parchomienko jest dobrej myśli: „Jeśli akcja będzie naprawdę masowa, to sądy nie będą mogły stosować jednej i tej samej formułki oddalenia pozwu pod pretekstem, że pieczątka jest niewyraźna. Sto tysięcy takich wymijających odpowiedzi na sto tysięcy obywatelskich pozwów odbije się szerokim echem”.

Władza metodycznie tępi zarodki protestu – przeprowadza rewizje w mieszkaniach liderów, aresztuje i przesłuchuje uczestników demonstracji 6 maja na placu Błotnym (protest przeciwko powrotowi Putina na Kreml, zorganizowany w przeddzień zaprzysiężenia nowego-starego prezydenta). Putin uważa nowe przepisy za tożsame z europejskimi normami.