Archiwum kategorii: Bez kategorii

Marsz zwycięstwa

I znów rzecz się dzieje w samo południe, w samym centrum Moskwy. Od placu Puszkina na Łubiankę (spory kawałek drogi) rusza wielotysięczny marsz protestu, nazwany przez organizatorów „Marszem zwycięstwa”. Szacunki co do liczebności marszu mają, jak to ostatnio w moskiewskich bajkach bywa, duży rozrzut. Organizatorzy mówią o 10-20 tysiącach, MSW – najwyżej o 3,5 tys. Zamieszczone w Internecie zdjęcia z manifestacji świadczą o dużej liczbie chętnych do niesienia hasła „Precz z prezydenckim samodzierżawiem” i wznoszenia okrzyków „To nasz Kreml”, „Pokonaliśmy Hitlera, pokonamy Putina” i „Rosja bez Putina”. Inicjatorami marszu byli tym razem komuniści z KPFR, reszta protestujących przyłączyła się na apel jednego z najaktywniejszych liderów protestu, radykalnego lewicowca Siergieja Udalcowa. Po marszu uczestnicy przeszli na plac Maneżowy pod murem Kremla, gdzie impreza rozkręciła się na nowo. Znowu tak zwani kosmonauci (tak protestujący określają członków oddziałów specjalnych policji, ubranych w wielkie czarne hełmy podobne kształtem do hełmów kosmonautów) zatrzymywali ludzi. Za co? To jasne – za śpiewanie piosenek z okresu wojny.

Nocą trwały zatrzymania tych, którzy spacerowali po Moskwie. Doktorzy mówią, że spacery to zdrowie, dziś w Moskwie nikt tak pewnie nie powie. Zatrzymano kilkaset osób, część wypuszczono, część nie. Udalcow i Aleksiej Nawalny dostali dzisiaj po piętnaście dni aresztu administracyjnego. Czy aresztowanie przywódców protestu osłabi nagły przypływ sympatii do spacerowania na świeżym powietrzu? Raczej się na to nie zanosi. 13 maja – z inicjatywy znanego pisarza Borysa Akunina – ma się odbyć marsz „od Aleksandra Siergiejewicza do Aleksandra Siergiejewicza” [od pomnika Puszkina do Gribojedowa na Czystych Prudach]. „Celem tego eksperymentu – napisał w blogu Akunin – jest przekonanie się, czy mieszkańcy Moskwy mogą swobodnie spacerować po mieście czy należy ubiegać się o specjalną przepustkę”. Akces do udziału w literackim spacerku zgłosiło już wielu ludzi pióra. Zresztą już na jutro wyznaczona jest na godzinę 19 kolejna zbiórka na Czystych Prudach. Po co? Żeby pospacerować.

Spacerownik moskiewski

Spacerowanie wokół pomnika Bohaterów Plewny w moskiewskim Kitaj-gorodzie zostało uznane za przedstawicieli najwyższych władz partyjnych i państwowych za zagrożenie dla bezpieczeństwa. Ludzie, którzy od wczoraj koczowali pod przypominającym gigantyczny dzwon pomnikiem, grali na gitarach, tańczyli i śpiewali, a także podsypiali na dywanikach i matach, zostali przez OMON wypchnięci z placu. Znowu zatrzymano wielu uczestników tego nowego gatunku protestu. Protestu, podczas którego nie wznosi się ani żadnych okrzyków o charakterze politycznym ani nie wywiesza antyrządowych haseł. „Naszym hasłem na dziś jest – my po prostu spacerujemy” – oświadczył jeden z liderów protestu Aleksiej Nawalny. (W ciągu ostatnich trzech dni został zatrzymany już trzykrotnie; zatrzymana dziś wieczorem Ksienia Sobczak, dziennikarka telewizyjna i lwica salonowa, angażująca się od jakiegoś czasu w politykę, przekazała treść swojej rozmowy telefonicznej z matką, panią senator Ludmiłą Narusową: „Mamo, wszystko w porządku! – Jak to w porządku, skoro jesteś na komisariacie. – Mamo, w naszym kraju właśnie to oznacza teraz „wszystko w porządku”).

Tak na marginesie: będąc w Moskwie kilka lat temu, podczas spaceru o wieczornej godzinie widziałam w tym charakterystycznym miejscu zgromadzenie o wiele bardziej agresywnych i potencjalnie niebezpiecznych ludzi: podpitych młodzieńców, głośno rozmawiających, a właściwie klnących, pijących piwo i wódkę, szukających zaczepki, plujących pod nogi, obrażających przechodniów. Śladu OMON-u wtedy nie zauważyłam. Ale to były inne czasy. Wróćmy do dziś.

Dziś w Moskwie padało i to rzęsiście. Mimo to OMON jeszcze polewał z polewaczek tych, których deszcz nie wypłoszył spod okien biur należących do kancelarii prezydenta. Dziś dopełniał się rytuał przesiadki członków tandemu – Dmitrij Miedwiediew został zatwierdzony przez Dumę na stanowisku premiera. Wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem. Duma podniosła ręce w wymaganej liczbie. Teraz jeszcze chwila napięcia: bo przecież do końca procedury kandydaturę Miedwiediewa musi jeszcze zatwierdzić podpisem prezydent Putin. A nuż nie podpisze… Wszystko się może zdarzyć, Dmitrij Anatoljewicz na pewno się denerwuje. Ach, nie, nim skończyłam pisać, okazało się, że dekret już podpisany. Wraca zatem stare ustawienie: prezydent – arbiter ponad wszystkimi i premier, który za wszystko przed prezydentem odpowiada i w razie jakichś potknięć – obrywa po głowie.

Wczorajsza bizantyjska inauguracja na Kremlu miała dalszy ciąg: z dala od oczu społeczeństwa Putin spotkał się z wybrańcami na bankiecie, podczas którego raczono się specjałami rosyjskiej kuchni. Ale wieczorem Putin objawił się jednak ludowi. Cały świat widział nie tylko ociekającą złotem kremlowską uroczystość, ale też pałowanych na ulicach Moskwy „niezadowolonych”. Trzeba było więc pokazać, że istnieje zdrowe jądro społeczeństwa rosyjskiego, które popiera nowego-starego prezydenta i przybywa tłumnie na imprezy z udziałem przywódcy. Putin zagrał mecz w hokeja w pałacu na Chodynce. Kanał telewizyjny Rossija-2, który w programie miał mecz mistrzostw świata w hokeju na lodzie, natychmiast czujnie przełączył się na Chodynkę. Mecz ów rozegrała drużyna dawnych gwiazd (Fietisow, Krutow and company) przeciwko drużynie amatorów, w składzie której zagrał Putin. Nawet strzelił gola. Z trybun przyglądał się temu drug Silvio (Berlusconi) w towarzystwie bella bionda.

Komentator internetowej gazety Grani.ru odnotował, że Putin na lodzie to nowość. „Dżudoka – tak, od dawna, narciarz, powiedzmy, pilot, czołgista, kierowca, nurek, wszystko już widzieliśmy, dziwne, że jeszcze nie uprawiał jazdy figurowej na lodzie. Chociaż dziś niczego nie można być pewnym”.

Białe miasto przeciwko Putinowi

Na kremlowskiej wieży Spaskiej biją kuranty, w Moskwie jest południe. W złoconych salach Wielkiego Pałacu Kremlowskiego zgromadził się dwór. Kadeci otwierają gigantyczne drzwi. Pojawia się w nich Władimir Putin w granatowym, dobrze skrojonym garniturze i czerwonawym krawacie. Kamera prowadzi go po purpurowym dywanie przez szpalery klaszczących dłoni – jedna sala, druga sala, wreszcie sala tronowa carów. Na podwyższeniu czeka ustępujący prezydent, krótki uścisk dłoni. Putin przysięga z ręką przyłożoną do konstytucji. Rozbrzmiewa hymn. Krótkie przemowy ustępującego i nowego prezydenta. Zapewnienia o przywiązaniu do demokracji, obietnice polepszenia poziomu życia obywateli. „Wszystko dla człowieka, wszystko dla obywatela”. Koniec uroczystości. Kamera znów prowadzi Putina przez wielkie kremlowskie sale ociekające złotem i purpurą, przez krótkie ułamki sekund łapie twarze gości, ociekające wazeliną. W stronę świeżo zaprzysiężonego prezydenta wyciągają się dłonie. Prezydent ściska niektóre z nich. Przez otwarte okna dobiega odgłos salw armatnich. Niemal zaraz po uroczystości na stronie internetowej prezydenta pojawiają się informacje o nowych dekretach, wyznaczających kierunki rozwoju kraju: w kilkuletniej perspektywie wszystko zmieni się na lepsze. W ciągu kilku minut osobisty katalog Dmitrija Miedwiediewa zniknął ze strony, pojawił się aktualny.

Kamera szybuje nad Kremlem, zagarnia panoramę ogromnego miasta. Ulice wokół murów Kremla są kompletnie puste. Zwykle zapełnione do granic możliwości o tej porze dnia arterie wymieciono ze względów bezpieczeństwa… Hm, czyżby już sam – wysoki przecież – mur Kremla nie dawał rządzącym poczucia bezpieczeństwa?

Protesty, które wczoraj odbyły się w Moskwie i zakończyły biciem i zatrzymaniami, dzisiaj miały ciąg dalszy. Z ulic w centrum Moskwy policja zwijała ludzi, mających przyczepione do ubrań białe wstążki. Tych, którzy nie mieli, też. W sumie znowu kilkaset osób. Policja miała za zadanie nie dopuścić protestujących przeciwko nowej prezydenturze Putina w pobliże placu Maneżowego (niedaleko Kremla). I rzeczywiście zadanie wykonała. Na Kremlu – inauguracja, a na ulicach Moskwy – demonstracja. Radio Swoboda zamieściło na swojej stronie internetowej filmik, na którym zestawiło dwa obrazki: przysięgę prezydenta, gwaranta praw obywatelskich i szykujące się do akcji zwarte szyki policji w czarnych kaskach, następnie do tej akcji przystępujące: http://www.svobodanews.ru/media/video/24573099.html

Wszystko idzie zgodnie z planem. Jutro w Dumie zostanie zatwierdzony premier Miedwiediew i wszystko pójdzie utartym szlakiem. Czy jednak na pewno pójdzie? Stara umowa społeczna, zgodnie z którą establishment polityczno-biznesowy rządzi, a społeczeństwo zajmuje się swoimi codziennymi sprawami i nie wtrąca się do polityki, straciła na aktualności. Część społeczeństwa po raz kolejny oznajmiła, że jednak chce się bawić w politykę oraz – a może przede wszystkim – patrzeć na ręce rządzącym. Protest nie tylko się nie wyciszył, ale zradykalizował. A działania władz pozostają bez zmian: uciszyć, utrudnić (pisałam wczoraj o atakach hackerskich, prewencyjnych zatrzymaniach itd., stare sprawdzone metody), w razie czego jeszcze mocniej przykręcić śrubę. Ale nie popuścić, ale nie ustąpić. Ten, kto ustępuje, jest słabeuszem, a takim władza wymyka się z rąk. Tymczasem Putin nie po to wygrał wybory, żeby mu się władza z rąk wymykała. Postawił na tradycyjne metody, konserwatyzm. Czy jednak rwący prąd życia nie wymusi zmian?

W przeddzień koronacji

Marsz, nazwany na wyrost marszem milionów – zorganizowana w Moskwie w przeddzień inauguracji kolejnej prezydentury Władimira Putina demonstracja przeciwników systemu – zakończył się szarpaniną i bijatyką z OMON-em. Zatrzymano 450 osób, w tym Aleksieja Nawalnego, Borysa Niemcowa i Siergieja Udalcowa. Prokurator generalny ogłosił, że bierze wyjaśnienie okoliczności incydentów na placu Błotnym pod osobistą kontrolę. Według uczestników manifestacji do przepychanek doszło, gdyż OMON blokował wejście na plac Błotny, gdzie miał się odbyć wiec. W relacjach podkreśla się, że interwencja sił porządkowych była brutalna. Po obu stronach są poszkodowani.

Od rana na strony internetowe kilku mediów, mających prowadzić relacje z demonstracji (m.in. gazeta „Kommiersant”, rozgłośnia Echo Moskwy), hackerskie krasnoludki dokonały skutecznych ataków. Do Moskwy nie wpuszczono kilku autokarów wiozących uczestników opozycyjnego marszu z innych miast. W czasie, gdy miał się zacząć marsz, zamknięto wyjścia z dziewięciu położonych w pobliżu miejsca zbiórki stacji metra. Przy wejściu na ulicę, przez którą miał prowadzić marsz, ustawiono zaledwie kilka „ramek”, w których funkcjonariusze sprawdzali uczestników, powstała długa kolejka i zrobiło się nerwowo. Jednym słowem, władza robiła co mogła, żeby marsz utrudnić.

Na Pokłonnej Górze zorganizowano natomiast „puting”. Tak jak to już było podczas zimowych demonstracji przed wyborami prezydenckimi – impreza na Pokłonnej była pomyślana jako przeciwwaga dla imprez organizowanych przez ruch białej wstążki. Organizatorzy liczyli na 50 tys. entuzjastów powrotu Putina na Kreml, ale przyszło kilka tysięcy (ciekawy jest rozrzut szacunków dotyczących liczby uczestników – Interfax pisze o kilkuset osobach, opozycyjne Grani – o najwyżej tysiącu, a policja informuje, że było 30 tysięcy; na marsz przeciwników Putina przyszło według różnych ocen – od 8 (dane policji) do 60, a nawet 100 tysięcy). Tym razem spęd na Pokłonnej miał formę koncertu muzyki pop, przerywanego przemówieniami prokremlowskich mówców.

Na Jakimance przy placu Błotnym było zdecydowanie mniej popowo i wesoło, zwłaszcza kiedy w ruch poszły omonowskie pały i gaz łzawiący, a w stronę stróżów porządku poleciały race i plastikowe butelki. Część uczestników postanowiła ogłosić siedzący strajk, co policja uznała za prowokację. Wiec na placu Błotnym nie odbył się. Zanim doszło do przepychanek i starć z policją, marsz był spokojny i – jak w czasach okołowyborczego karnawału – pełen kreatywności. Od poważnych haseł „Rosja bez Putina”, „Nie wpuścimy złodzieja na Kreml” do żartobliwych i prześmiewczych w rodzaju „Wolność dla czekistów i homoseksualistów”. Obok tradycyjnych okrzyków „Putin, narty, Magadan” pojawiła się wariacja „Czurow, narty, Azkaban” (przy okazji, kilka dni temu prezydent Miedwiediew, któremu wolność jest droższa niż brak wolności odznaczył przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej wysokim odznaczeniem państwowym Orderem Aleksandra Newskiego. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać).

Moskwa wygląda od kilku dni jak oblężone miasto – w centrum stoją niezliczone mniej lub bardziej opancerzone wozy policyjne. Część ulic jest zamykana (m.in. z powodu kilku prób wielkiej parady wojskowej szykowanej na 9 maja).

Jutrzejszej inauguracji nic nie może zakłócić. Bezpośrednią relację z uroczystości przeprowadzi sześć centralnych kanałów telewizji. „Jak zjazd KPZR. Widz przełącza z kanału na kanał, a wszędzie tylko Putin i Putin” – skwitował jeden z blogerów.

Twitter-spuścizna prezydenta Miedwiediewa

Odchodzący-zostający prezydent Dmitrij Miedwiediew przy każdej nadarzającej się okazji prezentował swoje niezwykłe zainteresowanie i przywiązanie do wysokich technologii, nowinek technicznych, Internetu i komputerów. Rosnąca w szybkim tempie rosyjska społeczność internetowa żywo komentowała na bieżąco prezydenckie wypowiedzi i akcje. Obwołano go najbardziej inspirującym „natchnieniem” dla twitterowych hashtagów.

Portal Slon.ru zrobił w ramach pożegnania z Miedwiediewem listę najpopularniejszych prezydenckich hashtagów. Numer jeden to hashtag #żałkij (żałosny), którym przerzucano się w Twitterze po niefortunnym spotkaniu Miedwiediewa ze studentami dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego w październiku zeszłego roku. To znaczy spotkanie było anonsowane jako spotkanie ze studentami, choć prawdziwych studentów przed oblicze Miedwiediewa nie puszczono, a w ławkach posadzono sprawdzonych parteigenossen z prokremlowskich młodzieżówek. Hashtag #żałkij spopularyzował bloger Aleksiej Nawalny (może dlatego prezydent ewidentnie pana Nawalnego nie lubi i stara się zlekceważyć jego działalność).

Kolejną pozycję na liście zajmuje hashtag #Władimiru. Zrodzony po spotkaniu Miedwiediewa i Baracka Obamy, podczas którego – czy to w sposób kontrolowany czy niekontrolowany – przez niewyłączone mikrofony słychać było, jak Dmitrij Anatoljewicz obiecuje, że przekaże „Władimiru” to, co usłyszał od amerykańskiego przywódcy: że po wyborach Obama będzie bardziej elastyczny w sprawie systemu obrony przeciwrakietowej. Wcale nie wiadomo, czy Dmitrij Anatoljewicz faktycznie to przekazał, bo w tym tygodniu Władimir Władimirowicz, nie czekając na wybory w USA i uelastycznienie Obamy, urządził w Moskwie spektakl pod tytułem „symulacja naszego otwieta Chamberlainu”, czyli prewencyjnego uderzenia po zachodnich systemach.

Trzeci na pudle był hashtag #Dorofiej. Tak ma na imię kot prezydenta, który rzekomo gdzieś przepadł. Pojawienie się informacji o zaginięciu puszystego kociego kastrata wywołało tsunami wpisów na Twitterze. Hashtaga użył sam prezydent, by zapewnić, że Dorofiej ma się dobrze i nigdzie nie zginął.

Niedawno pisałam o spotkaniu Dmitrija Anatoljewicza z grupą dziennikarzy telewizyjnych, podczas którego Miedwiediew użył pięknego słowa „fitiulka” [drobiażdżek] na określenie małego państwa, z którym nie powinno porównywać się Rosji (z kontekstu rozmowy wynikało, że chodzi o Gruzję). Czy muszę dodawać, że hashtag #fitiulka jeszcze tego samego dnia zrobił w Twitterze zawrotną karierę?

Ostatni w ścisłej czołówce jest hashtag zawierający wyrażenie nieparlamentarne, przeto jest częściowo wykropkowany: #baranjo…wrot”. Niejaki bloger Rykow wsławił się w szczycie demonstracji protestu wpisem: „Dzisiaj widać, że jeśli człowiek używa na blogu wyrażenia „partia oszustów i złodziei”, to znaczy, że jest „tępym baranem je…ym w ryj”. Niejaki Rykow chciał tym samym zdyskredytować opozycję, posługującą się inkryminowanym wyrażeniem „partia oszustów i złodziei” w odniesieniu do rządzącej partii Jedna Rosja. Efekt okazał się dokładnie odwrotny od zamierzonego. Co więcej: prezydent zamieścił ten wpis Rykowa na swoim Twitterze. Wybuchł skandal. Kancelaria prezydenta w przerażeniu wypuściła oficjalny komunikat, że ów wulgarny wpis trafił na prezydencki Twitter w wyniku niefortunnej „planowej zmiany hasła” przez jednego z pracowników. Po tym topornym oświadczeniu popularność hashtaga jeszcze wzrosła.

Na deser autorzy zestawienia informują, że obecnie na Twitterze wróble ćwierkają z hashtagiem #PrawitielstwoMiedwiediewaWOtstawku (GabinetMiedwiediewaDoDymisji).

 

 

Denis Łopatin – celna kreska karykaturzysty

Mieszka na Kamczatce, pochodzi z Mińska. Ma 35 lat. Od dziesięciu lat rysuje karykatury dla gazet, ilustracje do książek. Jest pierwszym rosyjskim laureatem prestiżowego World Press Cartoon. Denis Łopatin jest fantastycznym karykaturzystą. Sami popatrzcie, oceńcie i doceńcie: http://denis-lopatin.livejournal.com/ albo tu: http://caricatura.ru/art/lopatin/

Za granicą jest znany i nagradzany, w Rosji – znany (szczególnie tym, którzy hulają po Sieci), ale niepieszczony. Kilka razy musiał się tłumaczyć w sądzie ze swoich pomysłów. Miejscowi urzędnicy mają, jak się okazywało, poczucie humoru w innym miejscu.

Przed najnowszą wystawą, którą 26 kwietnia otworzono w Pietropawłowsku Kamczackim, z ekspozycji pani dyrektor muzeum zdjęła sześć karykatur Putina i Miedwiediewa. Można je obejrzeć tu: http://blog.imhonet.ru/author/vpratus/post/5773442/

Zwraca uwagę rewelacyjna karykatura przedstawiająca Romana Abramowicza i Borysa Bieriezowskiego. Oligarchowie trzymają w otwartych dłoniach małego chomiczka, zasadzającego się na kawałek serka. „Dyrektorka muzeum zobaczyła w zwierzaczku szczura, którego rysy przypominają pewną znaną osobę i wolała zdjąć pracę ze ściany. Tak na wszelki wypadek, żeby nic się nie stało” – napisał w blogu Igor Krawczuk.

Nie jestem liberałem

Prezydent Dmitrij Miedwiediew szuka swojego miejsca pod politycznym słońcem Federacji Rosyjskiej. Na ostatnim spotkaniu z „part-aktywem” Jednej Rosji, której ma zostać „numerem jeden”, oznajmił, że nie jest i nigdy nie był liberałem. Jednocześnie zapewnił, że pozostaje wierny wartościom konserwatywnym. Oraz dodał, że nie widzi sprzeczności pomiędzy zasadami rynku i  lewicową polityką socjalną. Jednym słowem – światopoglądowa kostka Rubika, dla każdego coś miłego.

Dokończę prezydencki wątek z poprzedniego wpisu, w którym zapowiadałam wywiad prezydenta dla dziennikarzy reprezentujących telewizje – od państwowych po internetową. Dziennikarze zadali kilka pytań, które można by zaliczyć do kategorii „niewygodne”. Dmitrij Anatoljewicz odpowiadał na luzie, czasem parskał nieopanowanym śmiechem w związku z replikami, które wydawały mu się dowcipne. Na luzie też podchodził do pytań problemowych, do spraw, wokół których trwają w przestrzeni medialnej najgorętsze dyskusje.

Reforma milicji-policji i ostatnie głośne sprawy ze stosowaniem tortur przez – zweryfikowanych już przecież w trakcie reformy – policjantów, wymuszanie zeznań, znęcanie się (najgłośniejsza sprawa – zgon jednego z zatrzymanych w Kazaniu po zastosowaniu drastycznych „środków przymusu”)? Prezydent odpowiada, że Rosja to nie jakaś „fitiulka [drobiażdżek], którą mi czasem przedstawiają w charakterze przykładu”, żeby wygonić jednego dnia wszystkich funkcjonariuszy i zrobić od nowa całkiem nową policję. Ta „fitiulka” to najprawdopodobniej Gruzja (prezydent uchylił się od odpowiedzi, że właśnie Gruzję miał na myśli), gdzie Saakaszwili od takiej drakońskiej czystki w MSW zaczął swoje urzędowanie. A Saakaszwili? „Saakaszwili – pusty dźwięk, zero. Ale on wcześniej czy później zejdzie ze sceny, a z każdym następnym liderem jesteśmy gotowi nawiązać stosunki”.

Aleksiej Nawalny i jego walka z korupcją (poprzez Rospilinfo i inne inicjatywy)? „Prosiłbym, żeby z nikogo nie robić ikony. Bo niektórzy z takich aktywistów rzeczywiście są bojownikami z korupcją, którzy robią to z pobudek altruistycznych, a dla innych to program polityczny, a czasami to w istocie awantura polityczna, kiedy za antykorupcyjną retoryką skrywa się chęć zbicia kapitału politycznego. Ja tego nie potępiam, dlatego że to jest walka polityczna, a nie filantropia”. Jednocześnie prezydent przyznał, że sztandarowe hasło jego prezydentury – walka z korupcją – znajduje się dopiero na początku drogi.

Chodorkowski? Musi poprosić o ułaskawienie.

Aresztowanie zespołu Pussy Riot za „punk-molebien” w świątyni Chrystusa Zbawiciela? „Uczestniczki tego, co zostało zrobione, otrzymały dokładnie to, na co liczyły. – Czyli więzienie? – pyta dziennikarz. – Popularność – odpowiada prezydent”.

Kolejna rotacja Putin-Miedwiediew, Miedwiediew-Putin? „Wszyscy powinni wyluzować, [nasz tandem] – to wszystko na długo”.

Prezydent zakończył nostalgiczną nutą: „Wolność jest lepsza niż brak wolności”.

Prezydent w trakcie wywiadu zapowiedział, że zgodnie z ustaleniami stanie na czele Jednej Rosji. I rzeczywiście – wczoraj jego słowo ciałem się stało. A dzisiaj do mediów przedostała się wiadomość, że wicepremier ds. innowacyjności Władisław Surkow będzie „kuratorem” Jednej Rosji i że już zajmuje się przygotowaniami do zjazdu. Zjazd odbędzie się 26 maja.

Surkow przez długie lata był na Kremlu „kuratorem” polityki wewnętrznej, w grudniu ub.r. przeszedł do pracy w rządzie. Teraz wraca, ma „pomóc Miedwiediewowi organicznie wpisać się w partię”. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Przesiadka coraz bliżej

Anglicy się nie żegnają i wychodzą, a prezydent Miedwiediew się żegna i nie wychodzi.

Już to wszystko wiemy – 24 września ubiegłego roku premier Putin zapowiedział, że w tandemie nastąpi oczekiwana zmiana miejsc: on przesiądzie się na fotel prezydencki, a kolega z rady rejsu, który był uprzejmy ten fotel grzać przez ostatnie cztery lata, zostanie premierem. Nie ma więc zaskoczenia w kolejnych zapowiedziach potwierdzających, że nastąpi ten anonsowany manewr oskrzydlający na szczytach władzy.

Wszelako na wczorajszym spotkaniu Władimira Władimirowicza z aktywem rządzącej partii Jedna Rosja (nazywanej przez rosyjski Internet i ruch białej wstążki „partią oszustów i złodziei”) zabrzmiała zapowiedź, którą można uznać za coś nowego w tym sztywnym pejzażu. Tandem gra w gorącego kartofla przerzucając się niewygodnym gadżetem, jakim stała się Jedna Rosja po nieudanych wyborach w grudniu ub.r. i serii wpadek wizerunkowych różnego kalibru. Bezpartyjny lider tej partii, Władimir Putin, zaanonsował wczoraj, że partię opuszcza. Jako prezydent nie powinien bowiem, powiada, być kojarzony z jakąkolwiek partią (Putin rzeczywiście nie chce być kojarzony z partią Jedna Rosja, która przeżywa trudne chwile). Na czele, zdaniem Putina, powinien stanąć ten, który prowadził partię do wyborów (Miedwiediew był numerem jeden na liście Jednej Rosji w grudniowych wyborach, ale nie przyczyniło się to do lepszego wyniku partii ani nie przysporzyło popularności samemu prezydentowi, który po 24 września mocno stracił w notowaniach).

Miedwiediew ostatnio żegnał się w ociekającej złotem Sali Gieorgijewskiej Kremla z całym ociekającym złotem establishmentem. Żegnał się, ale nie odchodził – będzie przecież premierem, przypomniał zebranym. W przeciwieństwie do „Choziaina” nie będzie jednak samodzielnym i samowładnym szefem gabinetu. Co więcej, przyjmuje na siebie niewdzięczną rolę lidera pikującej w dół Jednej Rosji. Żadne próby reanimacji mocy „partii władzy” nie dały rezultatu, Miedwiediewowi to pewnie też raczej zaszkodzi niż pomoże w karierze politycznej (wielu sceptycznych obserwatorów twierdzi, że ta kariera już się i tak skończyła we wrześniu zeszłego roku). Politolog z moskiewskiego Centrum Carnegie Andriej Riabow przewiduje, że w sytuacji kryzysu Jedna Rosja spełni rolę chłopca do bicia i winowajcy wszystkich nieudanych przedsięwzięć władzy. „Niewykluczone, że stary-nowy gospodarz Kremla zrzuci na Jedną Rosję odpowiedzialność za konieczne i niepopularne reformy, a następnie zjawi się jako zbawca ze swoim Frontem Narodowym, dziwnym bytem o nieokreślonym statusie prawnym, który ma zostać przekształcony w ruch społeczny”. Do opinii, że rząd Miedwiediewa będzie rządem przejściowym przychyla się też Gleb Pawłowski, do niedawna główny kremlowski guru, który obecnie jak sam mówi, „pracuje dla innych klientów”. A skoro o „innych klientach” Pawłowskiego teraz mowa, to Michaił Prochorow, który zdobył trzecie miejsce w wyborach prezydenckich, świetnie się zapowiadał i odgrażał, że sformuje partię, powiedział ostatnio, że może wcale żadnej partii sobie nie zrobi, a jedynie ruch społeczny. Same tajemnicze przymiarki.

Na jutro zapowiadana jest z wielką pompą rozmowa Dmitrija Miedwiediewa z kilkoma dziennikarzami z popularnych mediów, m.in. z internetowej telewizji „Deszcz”, w której ukazują się np. wywiady z osobami, dla których obowiązuje szlaban w stacjach telewizji państwowej. Rozmowa ma trwać półtorej godziny. O czym? Czy są jeszcze jakieś pytania do prezydenta?

Serce Rosji w rękach NATO

Kiedyś w tym mieście niejaki Ilja Uljanow (Uljanin) był szanowanym dyrektorem szkół guberni symbirskiej. Jego syn Aleksander został stracony za przygotowywanie zamachu na swego imiennika cara Aleksandra III. Młodszy syn Władimir znienawidził carat, przybrał pseudonim Lenin, wyjechał za granicę, skąd był przywieziony w odpowiednim momencie w zaplombowanym wagonie. Stanął na czele państwa, które nazwę miasta Symbirsk zmieniło z szacunku dlań na Uljanowsk.

I oto teraz w Uljanowsku, które nadal nosi dumne imię wodza rewolucji październikowej, od kilku tygodni trwają demonstracje i głodówki protestacyjne, pod pomnikiem wielkiego krajana na centralnym placu miasta stoją ludzie z plakatami urągającymi Putinowi. Dlaczego zawsze „błagonadiożne” miasto Lenina buntuje się przeciwko decyzjom władz? Czy to wpływ stołecznego bakcyla białej wstążki, który jak kornik gryzie stołowe nogi systemu? Nie, powód jest zupełnie inny.

Rosyjskie władze wyraziły zgodę, aby lotnisko Uljanowsk-Wostoczny mogło zostać wykorzystane przez NATO jako baza tranzytowa przy wycofywaniu w 2014 roku sił z Afganistanu. Mieszkańcy Uljanowska protestują przeciwko przekształceniu ich miasta „w bazę NATO” i za nic mają tłumaczenia władz z Władimirem Putinem na czele, że to żadna baza, a tylko punkt przeładunkowy. „Żadnej bazy NATO w Uljanowsku nie ma. Mówią o niej tylko idioci i prowokatorzy. Tranzyt natowskiego papieru toaletowego nie jest zdradą ojczyzny” – oznajmił ze swadą wicepremier Dmitrij Rogozin, znany z ciętego języka i swych konserwatywnych i antyzachodnich poglądów. Mimo to marsze, pikiety i wiece przeciwko „aksamitnej okupacji Rosji” nadal trwają. „Nie ma na Rusi zwierza straszniejszego niż NATO. Rosjanin ze swej natury jest apokaliptykiem i geopolitykiem” – pisze w komentarzu Siergiej Gogin.

Uczestnicy akcji protestacyjnych obawiają się, że do miasta wraz z cudzoziemcami napłynie fala szpiegów, a poza tym, że jak Iran zacznie strzelać rakietami w „Amierikosow”, to dostanie się ich sojusznikom też, nawet Uljanowsk może oberwać, a tu, tuż obok, instytut reaktorów jądrowych Dymitrowgradzie pracuje. Żywe są też obawy, że Amerykanie „za łapówki” wynajmą bazę na rok, a potem zostaną tu na zawsze i będą podszczypywać za dolary miejscowe krasawice.

Rosja znajduje się w niewygodnym rozkroku, jeśli chodzi o sprawę afgańską: z jednej strony obecność USA w regionie, tak blisko granic postradzieckich republik Azji Centralnej, jest niewygodna (wszelkie wzmacnianie wpływów w strefie, uznawanej przez Rosję za jej wyłączną strefę wpływów, jest dla Moskwy silnym alergenem), z drugiej strony – natowska misja jest stabilizatorem i skuteczną zaporą przed rozpełzaniem się zagrożeń w regionie. Teraz niewygodny rozkrok powstał w Uljanowsku. Podczas kampanii wyborczej Putin ostro „jechał” antyzachodnią retoryką, ludzie w Uljanowsku popierali takie postawienie sprawy. I oto teraz po wyborach okazało się, że Rosja dogaduje się z tym wrogiem paskudnym. Jak to? Przecież władza mówiła, że Zachód dybie na Rosję i chce jej zguby, a wpuszcza NATO na naszą ziemię. Do protestu zagrzewają komuniści. Giennadij Ziuganow oświadczył nawet, że „baza NATO w Uljanowsku to prezent od Putina dla Stanów za uznanie wyborów”.

Władze miasta wskazują na korzyści komercyjne płynące z wynajmu lotniska, a dyrektor Fundacji Badań nad Problemami Demokracji Maksim Grigorjew podkreśla, że jeśli nie będzie bazy w Uljanowsku, to tranzyt obsłuży Gruzja i to Saakaszwili na tym zarobi, nie Rosja.

Głodówka w Astrachaniu

Od 28 dni Oleg Szein i kilkoro jego zwolenników prowadzi głodówkę protestacyjną przeciwko sfałszowaniu wyborów mera Astrachania. Domagają się unieważnienia wyborów i rozpisania nowych. Wybory mera miasta odbywały się 4 marca wraz z wyborami prezydenckimi. Według podanych oficjalnie wyników, Szein wybory przegrał (zdobył 30 procent głosów) z kandydatem partii Jedna Rosja Michaiłem Stolarowem (60 procent). Sztab Szeina wskazując na liczne naruszenia oprotestował wyniki. Bezskutecznie – komisje wyborcze nie dopatrzyły się uchybień.

Szein w akcie desperacji 16 marca rozpoczął głodówkę. Początkowo nikt nie zwracał na protestujących uwagi – głodują, to niech sobie głodują. Za Stolarowem stał sztab, komisje wyborcze, partia wciąż jeszcze rządząca, choć powszechnie nazywana „partią oszustów i złodziei”. Szein należy do partii Sprawiedliwa Rosja – opozycji koncesjonowanej, mającej frakcję (klub) w Dumie Państwowej. Jej lider Siergiej Mironow, do niedawna wierny pretorianin putinowskiego „pionu władzy”, przewodniczący Rady Federacji, wypadł z łaski w ubiegłym roku, został oderwany od wygodnego federalnego fotela. Od tamtej pory partia Sprawiedliwa Rosja, stworzona w kremlowskiej próbówce równolegle z Jedną Rosję jako wyraz pluralizmu partyjnego i przez lata spełniająca bez szemrania wymagane rytuały, zaczęła wysyłać sprzeczne sygnały – niektórzy jej członkowie mówili głośno krytycznie o systemie, krytycznie o samym tandemie; jednocześnie partia pozostawała w kręgu układu sprawującego władzę. Niektórzy deputowani Sprawiedliwej Rosji zaplątali się mocno w protesty po grudniowych wyborach parlamentarnych (ale mandatów nie złożyli). A teraz akcja Szeina.

O głodówce z każdym dniem mówiono coraz więcej. Nie tylko w samym Astrachaniu, ale także w Moskwie. O proteście Szeina zaczęto pisać w centralnej prasie, sprawą zainteresowali się blogerzy. Wczoraj podczas wystąpienia Władimira Putina w parlamencie (podsumowanie roku działalności rządu) ze strony frakcji Sprawiedliwej Rosji padło pytanie o wybory mera Astrachania. Premier rozłożył ręce: „A dlaczego Szein nie zwrócił się w tej sprawie do sądu? Przecież ani prezydent, ani premier nie mają prawa unieważniać wyborów”. Święte słowa. Mironow oznajmił z trybuny parlamentarnej, że czekali na dowody – zapis z kamer wideo z lokali wyborczych. Dopiero teraz udało się wydębić te materiały z ministerstwa łączności i CKW. „Wiele razy mówiłem, że tylko wariaci zwracają się do sądu nie mając dowodów – powiedział Oleg Szein. – Potrzebne były rejestracje tego, co działo się w komisjach”. Nawiasem mówiąc, oglądanie tych materiałów zajmie sądowi dużo czasu. „Na własnej skórze poczułem, jak działają nasze sądy – rozwinął temat Szein w wywiadzie dla tygodnika „Russkij Rieportior”. – W 2009 roku podczas poprzednich wyborów mera była analogiczna sytuacja, wtedy postanowiliśmy działać stricte w ramach prawa. Okazało się, że pole mamy bardzo zawężone. W sądzie przesłuchano jedynie sześciu z 76 naszych świadków, sąd oznajmił, że reszta zeznań go nie interesuje, a następnie wydał werdykt, że wszystko podczas wyborów było zgodne z przepisami. Głodówka to bodaj jedyna szansa, aby tego znowu nie zamietli pod dywan”.

Zdaniem Szeina naruszeń dopuszczono się w 120 spośród 200 komisji: obserwatorów nie dopuszczano do liczenia głosów, w komisjach, w których głosy liczono elektronicznie, Szein dostał dużo więcej głosów niż w komisjach, w których głosy liczono ręcznie; w części komisji nie zarejestrowano liczenia głosów i podawania wyników.

„Dzięki powrotowi polityki, jaki nastąpił w Rosji w rezultacie masowych akcji protestacyjnych [po wyborach parlamentarnych w grudniu], wzrosło zapotrzebowanie na uczciwość w życiu politycznym. Głodówka Szeina i jego współpracowników to krok w tym kierunku – napisał Aleksiej Makarkin z Centrum Technologii Politycznych. – Ludzie gotowi są ryzykować własne zdrowie, aby wywalczyć sprawiedliwość. Początkowo ani władze, ani opozycja nie przywiązywały do tego wydarzenia większej wagi – przejdzie tydzień, najwyżej dziesięć dni i wszystko rozejdzie się po kościach. Wkrótce jednak miało się okazać, że [uczestnikom głodówki] nie chodzi o PR, o dekoracje z papier mache, a o realne ryzyko, na które poszli mieszkańcy Astrachania”.

Coś się zmieniło, coś się zmienia i będzie zmieniać – dojrzewają nowe formy protestu społecznego, pokojowe, ale radykalne. Astrachańska głodówka porusza serca i umysły. Blogosfera relacjonuje wydarzenia z dalekiego prowincjonalnego miasta na co dzień. Z wyrazami poparcia dla Szeina przybyli do Astrachania nie tylko jego towarzysze partyjni z Mironowem na czele, ale wielu aktywistów ruchu białej wstążki, m.in. Aleksiej Nawalny i Ilja Jaszyn.