Którzy odeszli 2023, część 2

4 listopada. Poprzednią część wspomnień o tych, którzy odeszli w mijającym roku, poświęciłam w całości polityce. I w tej części wspomnień od polityki nie da się uciec.

Ale rozpocznę od ludzi kultury. Inna Czurikowa (ur. 1943) – aktorstwo najwyższej próby, i teatralne (do końca życia była związana z moskiewskim teatrem Lenkom), i filmowe. Wśród wielu ról, za które została obsypana nagrodami międzynarodowych festiwali filmowych, wyróżnię rolę Paszy Stroganowej w filmie „Początek” z 1970 r. (Pasza jest zwyczajną dziewczyną mieszkającą na prowincji, pracuje w fabryce, która ma ambicje prowadzić własną politykę kulturalną, m.in. kręci filmy z udziałem pracowników. Pasza wciela się na planie w postać Joanny d’Arc; film pełen jest ciekawych obserwacji obyczajowych, pokazuje bez patosu socrealizmu, prawdziwie życie ludzi sowieckich). I choć aktorka wykreowała potem jeszcze wiele wspaniałych ról, właśnie rola w „Początku” zajmuje w moim prywatnym rankingu pierwsze miejsce. Została pochowana na cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie.

Czurikowa swoje największe role zagrała w filmach wyreżyserowanych przez męża, Gleba Panfiłowa (ur. 1934) – wspomniany wyżej „Początek” był drugim z kolei (po „Trzeba przejść i przez ogień”) dziełem tego artystycznego duetu. Każdy kolejny film stawał się wydarzeniem. Warto wymienić choćby „Temat” z 1979 r. (odstawiony na półkę i skierowany do dystrybucji dopiero w 1987 r., m.in. z powodu pojawiającego się na marginesie wątku emigracji z ZSRS osób pochodzenia żydowskiego) czy ekranizację sztuki Maksyma Gorkiego „Wassa”. Panfiłow zmarł pół roku po śmierci żony, został pochowany również na cmentarzu Nowodziewiczym.

Napisałam na początku, że nie uda mi się uniknąć wątków politycznych, bo na kulturze Rosji z biegiem lat polityka kładła się coraz większym cieniem, by po wybuchu wojny z Ukrainą zdominować tę sferę, która powinna pozostawać zawsze obszarem swobody twórczej. Inna Czurikowa wielokrotnie zajmowała, jak to się mówi w Rosji „obywatelską pozycję”. To znaczy nie pozostawała obojętna wobec gwałcenia wolności przez coraz bardziej brutalny reżim – podpisywała petycje i protesty w obronie osób prześladowanych ze względów politycznych, m.in. w 2020 r. osobiście poręczyła za działacza Memoriału Jurija Dmitrijewa (oskarżonego o pedofilię), autora badań nad zbrodniami stalinowskimi w Karelii.
Po 24 lutego 2022 r. postawa ludzi kultury wobec wojny stała się ważnym wyróżnikiem (pisałam o tym m.in. tu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/03/27/dzien-teatru-teatru-wojny/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/05/06/finist-dzielny-sokol-zaaresztowany/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/05/16/z-maraton-z-kultury/). Środowisko artystyczne podzieliło się na tych, którzy aktywnie wspierają Putina i jego agresywną politykę, na tych, którzy położyli uszy po sobie i wolą się nie wychylać, i tych, którzy potępili inwazję. Przedstawiciele tej ostatniej grupy albo wycofali się z działalności, albo zostali wypchnięci poza nawias, albo wyjechali za granicę. W związku z szykującym się spektaklem pod roboczym tytułem „Wybory Putina” administracja prezydenta stara się pozyskać artystów sceny i estrady do lansowania głównego kandydata (raport o tym zamieścił portal Meduza: https://meduza.io/feature/2023/10/31/oni-gotovy-tebya-prostit; https://meduza.io/feature/2023/11/02/pravilnye-ispolniteli-s-pravilnym-patrioticheskim-posylom). Przewidywany jest system zachęt dla tych, którzy w początkowej fazie wojny występowali przeciwko niej – teraz może im być wybaczone, jeśli zaprzęgną się do putinowskiego rydwanu wyborczego.

To pieśń najbliższej przyszłości. Natomiast chciałabym wrócić jeszcze do wspomnień, zejść ze sceny teatralnej i ponownie wejść na scenę (około)polityczną. Robert Hanssen (ur. 1944) zmarł w czerwcu br. w więzieniu ADX Florence w stanie Colorado, gdzie odbywał karę dożywocia za szpiegostwo na rzecz Rosji. Był funkcjonariuszem FBI, w 1979 r., a potem regularnie od 1985 r. dostarczał sowieckiemu (potem rosyjskiemu) wywiadowi wojskowemu i cywilnemu pakiety informacji. O amerykańskim wywiadzie elektronicznym, o podwójnych agentach, funkcjonariuszach KGB, którzy współpracowali z USA, o pracy agentury przy ONZ, o szczegółach licznych operacji itd. Według wersji, którą ujawniono po procesie (2001-2002), Hanssen wiecznie potrzebował pieniędzy i to była główna motywacja jego współpracy z Rosjanami. Słynny sowiecki „pieriebieżczik” Oleg Gordijewski wskazywał jednak na to, że Hanssen przez długi czas oddawał rosyjskiemu wywiadowi nieocenione usługi, nie otrzymując za to wynagrodzenia. Niemniej w ciągu piętnastu lat zainkasował ponad milion dolarów. W młodości uczył się na dentystę, ale ostatecznie nie podjął pracy w tym zawodzie. Natomiast nabyta podstawowa znajomość języka rosyjskiego przydawała mu się widocznie przez długie lata. Według ujawnionych materiałów, Hanssen sam zadzwonił do ambasady ZSRS i zaproponował swoje usługi. Hanssen pomógł Sowietom w zebraniu materiałów dowodzących współpracy kilku funkcjonariuszy sowieckich (rosyjskich) służb specjalnych z amerykańskim wywiadem, m.in. Dmitrija Polakowa. Podczas śledztwa i procesu Hanssen współpracował z władzami, dzięki czemu uniknął skazania na karę śmierci. W słowie końcowym przeprosił za swe czyny. Karę odbywał w pojedynczej celi. W nekrologach, jakie ukazały się po jego śmierci w amerykańskiej prasie, określano go jako „jednego z najbardziej niebezpiecznych rosyjskich szpiegów”.

I jeszcze wspomnienie ze świata mody. W ZSRS mody w rozumieniu zachodnich trendów nie było. Społeczeństwo ubierało się w co mogło, wielkie fabryki odzieżowe szyły nieforemne ubiory dla mas. Jeśli ktoś miał ambicję ubierać się inaczej, szył sobie w miarę własnych możliwości odzież sam. Na wagę złota były dżinsy czy inne części garderoby przywożone z zagranicy. W latach 60. czy 70. wymiana handlowa była bardzo ograniczona, za granicę (choćby do demoludów) mogli wyjeżdżać nieliczni, większe ożywienie zapanowało w latach 80., ale to też nie był wielki rozmach, powodujący zmianę jakościową w stylu. Niemniej zwłaszcza druga połowa dekady przyniosła nowe tendencje – pierestrojka otworzyła i w dziedzinie mody nowe możliwości. Na tej fali wypłynął projektant, który od lat 60. próbował szczęścia w sowieckim zamkniętym światku – Wiaczesław Zajcew (ur.1938). W siermiężnych latach 60. próbował tego szczęścia bez szczególnego powodzenia: decydenci z ministerstwa przemysłu tekstylnego nie akceptowali jego pomysłów, zakłady produkowały kreton w kwiatki i z tego trzeba było szyć, a nie wymyślać nie wiadomo co. Na pomysły Zajcewa już wtedy – w latach 60. – zwrócili uwagę francuscy projektanci, musieli jednak poczekać na czasy przełomu. Do pierestrojki Zajcew jako syn zdrajcy (jego ojciec w latach wojny był w niewoli, za co po powrocie do ZSRS został skazany na 10 lat łagru) był pozbawiony możliwości opuszczania kraju. Wreszcie nadeszła sława – kolekcje Sławy Zajcewa zaczęły zdobywać nagrody na międzynarodowych pokazach. Zagraniczna prasa z lubością pisała, że dzięki poradom Zajcewa nowy wymiar w modzie prezentuje jego ważna klientka: Raisa Gorbaczowa, żona genseka. W ostatnich latach Zajcew chorował, spędzał czas głównie w domu we wsi Kabłukowo, gdzie zmarł w kwietniu br., został pochowany na miejscowym cmentarzu.

Zajcew nadał ton rosyjskiej modzie. Jego śladami podążali, czasem z dobrym rezultatem projektanci młodszych generacji. Należał do nich Walentin Judaszkin (ur. 1963). I chodziło nie tylko o ubieranie żon prezydentów – Judaszkin był doradcą modowym Swietłany Miedwiediewej. Judaszkin był dosłownie wszędzie – prowadził program w telewizji, projektował kostiumy dla gwiazd estrady, dla olimpijczyków, wreszcie – dla armii (za co spotkała go ostra krytyka), pokazywał swoje kolekcje w Rosji i za granicą. Nie stronił od świata polityki – dwukrotnie był mężem zaufania Władimira Putina podczas „wyborów” prezydenckich. Zmarł po wyniszczającej chorobie nowotworowej w wieku niespełna 60 lat. Został pochowany na cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie.

Którzy odeszli 2023, część 1

1 listopada. Wspominamy tego dnia ludzi, którzy odeszli, odwiedzamy groby Bliskich lub po prostu Lubianych. W dorocznej rubryce na 1 listopada na blogu wspominam tych, którzy zmarli w minionym roku w Rosji, zostawili ślad albo tylko pamięć – dobrą lub złą.

Nad okolicznościami jego tragicznej śmierci do dziś unosi się obłok znaków zapytania. Jewgienij Prigożyn, herszt Grupy Wagnera, treser psów wojny, zasłużony dla Kremla kucharz i restaurator, wykonawca ciemnych misji, wysyłający na bój (lub, jak wolą to nazywać niektóry, ubój) pod Bachmutem zebranych po łagrach wyrokowców, pod koniec czerwca tego roku – jak sam stwierdził – „odleciał”. Wzniecił bunt: swoich najemników wysłał z Rostowa nad Donem do Moskwy, aby zrobili tam porządek. Na skutek zakulisowych ustaleń (których treści na dobrą sprawę nie poznaliśmy do dziś) odstąpił od zamiaru wymiecenia nieudolnych dowódców wojskowych z ministerstwa obrony, co deklarował jako naczelny cel „marszu sprawiedliwości”. Potem odbyło się dziwne spotkanie na Kremlu: Putin przyjął wagnerowców i zaproponował polubowne wyjście z kryzysu spowodowanego buntem (pisałam o buncie Prigożyna na bieżąco m.in. na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/06/24/jednodniowy-pucz-prigozyna/ i w serwisie Rosyjska ruletka https://www.tygodnikpowszechny.pl/zakrety-i-poslizgi-prigozyna-co-dalej-z-szefem-grupy-wagnera-183987; https://www.tygodnikpowszechny.pl/putin-sie-przestraszyl-183840).

Dokładnie dwa miesiące po buncie Prigożyn, który ten czas poświęcił na ratowanie aktywów, a przede wszystkim Grupy Wagnera, przyleciał z Afryki do Rosji, aby negocjować kolejne ruchy. Samolot, na pokładzie którego leciał wraz z kilkoma osobami, spadł w okolicach Tweru. Wszyscy pasażerowie zginęli (https://www.tygodnikpowszechny.pl/prigozyn-zostal-wyeliminowany-z-gry-184419). Wokół okoliczności śmierci Prigożyna – podobnie jak wokół całego jego życia – narosło wiele pytań i legend. Władze pamięć o nim i jego niesławnym buncie starały się jak najszybciej zatrzeć.

„W czterdziestym dniu od ogłoszenia śmierci Prigożyna w wielu miastach Rosji odbyły się wydarzenia upamiętniające założyciela Grupy Wagnera. Nie miały charakteru oficjalnego. Ludzie przyszli z kwiatami i świecami na spontanicznie utworzone „memoriały” poświęcone Prigożynowi. W Moskwie wspominający zmarłego zebrali się w cerkwi Maksyma Spowiednika, kwiaty pod świątynią złożyły setki osób. Na cmentarzu w Petersburgu, gdzie został pochowany główny wagnerowiec, odprawiono nabożeństwo żałobne. Nieformalne rajdy samochodowe z symboliką Grupy Wagnera odbyły się w Kraju Krasnodarskim, Nowosybirsku i Samarze. Uczestnicy odwiedzili cmentarze, na których pochowano wagnerowców poległych na froncie.

W obwodzie twerskim w miejscu, gdzie spadł samolot Prigożyna, stanął skromny pomniczek: kamień z logotypem Grupy Wagnera i napisem „Krew, honor, sprawiedliwość, ojczyzna, odwaga, Grupa Wagnera”. Nie wiadomo, kto postawił obelisk. Zapewne wagnerowcy, wierni pamięci swego wodza” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/zmiany-w-grupie-wagnera-juz-jej-koniec-czy-dopiero-nowy-poczatek-184871).

Pytanie o przyczyny katastrofy lotniczej, w wyniku której zginęła wierchuszka Grupy Wagnera, ciągle jednak powracało. Na początku października, gdy Putin zjawił się na spotkaniu Klubu Wałdajskiego w Soczi i przez trzy godziny nawijał słuchaczom na uszy swój totalitarny makaron, znalazł sposobność, aby odnieść się do tych tajemniczych okoliczności.

Powiedział: – Zapewne wisi w powietrzu pytanie, a co się stało z kierownictwem prywatnej firmy wojskowej [Grupy Wagnera]. Szef Komitetu Śledczego ostatnio mi raportował, że w ciałach ofiar katastrofy lotniczej znaleziono fragmenty granatów ręcznych. Z zewnątrz samolot nie został niczym zaatakowany. To potwierdzony fakt – rezultaty ekspertyzy przeprowadzonej przez Komitet Śledczy [na paróweczkach?]. Niestety, nie zbadano, czy we krwi ofiar był alkohol i narkotyki. Chociaż wiemy, że po pewnych wydarzeniach [buncie wagnerowców] w siedzibie Grupy Wagnera w Petersburgu FSB znalazła nie tylko 10 mld rubli w gotówce, ale i 5 kg kokainy. Moim zdaniem, trzeba było przeprowadzić taką ekspertyzę, ale jej nie przeprowadzono.
„Jednym słowem: Prigożyn, Utkin i spółka lecieli samolotem, jak zwykle się narąbali wódą i poprawili kokainą. Wesołą zabawę na pokładzie postanowili sobie uprzyjemnić użyciem granatów ręcznych, które – co za dziwy! – wzięły i eksplodowały. Od tego wybuchu samolot wziął i się rozleciał. Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, badającego okoliczności katastrof samolotowych na obszarze postsowieckim ani brazylijskiego odpowiednika (samolot był produkcji brazylijskiej) nie dopuszczono do śledztwa. Nie poznamy zatem opinii biegłych, którzy mogliby ocenić, czy od wybuchu granatu ręcznego może się w samolocie urwać skrzydło.
Wersja, którą przedstawił Putin, nie trzyma się kupy. I o to właśnie chodzi. To nie eksperci mają sprawę badać i zabierać głos. To Putin o wszystkim decyduje. „Przedstawiając absurdalną, demonstracyjnie poniżającą dla wagnerowców wersję ich śmierci, w którą niepodobna uwierzyć, Putin dąży do tego, aby właśnie nikt w nią nie uwierzył. Na to jest obliczone jego wystąpienie: nikt nie uwierzy, ale wszyscy zrozumieją, jak trzeba – napisał w komentarzu na stronie „Echa” Władimir Pastuchow. – Chodzi o to, aby do społeczeństwa dotarło, że tak będzie z każdym [kto podniesie rękę na władzę i kto nastraszy Putina tak, jak nastraszył Prigożyn]” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/10/06/klub-waldaj-czyli-kabaret-skeczow-ponurych/).

Bo chodziło nie tylko o to, żeby zakryć przed oczami ciekawych prawdziwe okoliczności wypadku, ale przede wszystkim, aby poniżyć przed światem kogoś, kto śmiał nastraszyć Putina, podważyć jego nieomylność, zakwestionować majestat jego władzy.

Ciąg dalszy nastąpi.

Rosyjskie atomowe prawosławie

22 października. Patriarcha Cyryl konsekwentnie wspiera zbrodniczą politykę Putina. Od pierwszego dnia inwazji Rosji na Ukrainę każdą swoją wypowiedzią usprawiedliwia czynione na wojnie zło. Ale ostatnie wystąpienie podczas uroczystości jubileuszu 85-lecia znanego fizyka jądrowego Ilkajewa o tym, że rosyjska broń atomowa powstała dzięki wstawiennictwu patrona, świętego mnicha Serafima Sarowskiego, wysadziła przegrzane obwody. Słowa „atomowego” patriarchy zbiegły się w czasie z wyjściem Rosji z traktatu o zakazie prób z bronią jądrową.

„Gdyby nie praca Kurczatowa, Radija Iwanowicza [Ilkajewa] i ich kolegów, współbraci, to można zadać pytanie, czy w ogóle istniałby nasz kraj. Oni stworzyli broń pod patronatem Serafima Sarowskiego, gdyż wedle niewypowiedzianego zamysłu Boskiego ta broń powstawała w pustelni błogosławionego Serafima. Dzięki tej sile Rosja pozostała niepodległa i wolna”. To słowa patriarchy. Mowę o błogosławionej bombie atomowej duchowy przywódca rosyjskiego wojującego prawosławia wygłosił 18 października podczas uroczystości uhonorowania Ilkajewa orderem Sergiusza z Radoneża za wybitne zasługi itepe.

Kilka słów w przypisie: Ilkajew jest honorowym członkiem kierownictwa Rosyjskiego Federalnego Ośrodka Badań Jądrowych. Instytucja mieści się w starym klasztorze Sarowskim – który po rewolucji został odebrany Cerkwi (i do dziś nie został zwrócony, a w latach, gdy zakładano Ośrodek, zniszczono kilka obiektów sakralnych na potrzeby naukowców; obecnie trwa odbudowa i restauracja niektórych cerkwi). Sarow, za czasów sowieckich noszący kryptonim Arzamas-16, nadal pozostaje obiektem zamkniętym, co – jak pisze w „Nowej Gazecie. Europa” Lera Furman – „znacznie ogranicza rozwinięcie działalności przez klasztor, a tym bardziej pielgrzymowanie do miejsc kultu Serafima Sarowskiego (zmarł w 1833 r.), najbardziej znanego duchownego, związanego z tym klasztorem”.

Patriarcha Cyryl w swoim putinowskim zapędzie zaprzągł działającego w pierwszej połowie XIX wieku świętego mnicha Serafima do rydwanu współczesnej mocarstwowej polityki Rosji. Mimo że zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi swoimi wiernopoddańczymi wypowiedziami, wspierającymi zbrodnicze plany Putina, zdążył już wszystkich przyzwyczaić do myśli, że Cerkiew to duchowe skrzydło putinizmu, to jednak zachwyt nad sowiecką bronią jądrową i przypisywanie niebiańskiego patronatu jej powstaniu wychodzi na nowe orbity.

„Jeśli wierzyć Cyrylowi, to błogosławiony Serafim z niebios błogosławi zniszczeniu świątyń i przekazaniu klasztoru w ręce ludzi, którzy pracują nad stworzeniem broni, zdolnej do unicestwienia ludzkości, o czym niemal codziennie przypominają przedstawiciele władz Rosji, grożąc światu jej użyciem. […] Na miejscu historycznego prawosławia w Rosji skonstruowana została nowa narodowo-imperialna religia, pogańska, a częściowo nawet ateistyczna w swej istocie. Głównymi obiektami kultu są państwo-imperium, siły zbrojne i bezgrzeszny, nieomylny przywódca, a historyczne obrazy Boga i świętych pełnią jedynie służebną, wspomagającą rolę w obsługiwaniu głównych obiektów. Nie należy szczególnie wierzyć w słowo „prawosławna”, które jeszcze figuruje w oficjalnej nazwie Rosyjska Cerkiew Prawosławna – po rozpoczęciu „specjalnej operacji wojskowej” zrozumiały to inne pomiestne [lokalne] Cerkwie, z Patriarchatem Konstantynopola na czele. […] Następuje kuriozalna synteza Serafima Sarowskiego i sarowskiej bomby atomowej. A maksymą rosyjskiego atomowego prawosławia są słowa [wypowiedziane kiedyś przez Putina] „Po co nam świat, w którym nie będzie Rosji?” – pisze Furman.

Z ciemnych korytarzy ruskiego mira wyprowadza czytelników niesforny publicysta Aleksandr Niewzorow, mający w zwyczaju bezlitośnie kpić z putinowskiego patosu. Tym razem drwi z legendy o genialnych twórcach sowieckiej bomby atomowej. „Do tej pory wiadomo było, że „jądrowe tajemnice” wykradli [Ameryce] i przekazali ZSRS małżonkowie Rosenberg i Klaus Fuchs. Gdyby nie ta trójka złodziejaszków, to żadnej broni atomowej Sowieci by nie mieli. Bo własne opracowania sowieckich fizyków znajdowały się w fazie przedpotopowej. Rosenbergowie otrzymali w USA swoje krzesła elektryczne, a Klaus – wyrok [14 lat]. Ale patriarcha Cyryl nie wiedzieć czemu połączył tę grupę przestępczą z Serafimem Sarowskim, który w momencie wykradania dokumentów [Amerykanom] raczej nie miał możliwości poważnego wspierania złodziei. Obywatel Sarowski nie posiadał dostępu do prac projektu Manhattan i sekretów programu atomowego. Nie miał nawet amerykańskiej wizy”.

Żarty żartami, ale na dzień przed wygłoszeniem przez patriarchę wiekopomnych błogosławieństw dla rosyjskiej bomby jądrowej Duma Państwowa w pierwszym czytaniu przyjęła jednogłośnie za wyjście Rosji z traktatu o zakazie prób z bronią jądrową. Nazajutrz dokument przeszedł – również jednogłośnie – drugie i trzecie czytanie. Bez słowa dyskusji, bez słowa sprzeciwu.

Obława, obława, na adwokatów obława

18 października. W putinowskiej Rosji adwokat to zawód podwyższonego ryzyka. Mnożą się prześladowania wobec członków palestry, którzy podejmują się obrony więźniów politycznych i innych osób, które nie spodobały się władzom. Prawnicy są wpisywani na listę „agentów zagranicznych” lub w inny sposób pozbawiani możliwości komentowania wydarzeń. Władze posunęły się dalej: w ostatnim tygodniu armaty wytoczono przeciwko grupie adwokatów reprezentujących Aleksieja Nawalnego. Trzej z nich zostali aresztowani pod zarzutem udziału w organizacji ekstremistycznej.

Adwokaci Wadim Kobziew, Igor Siergunin i Aleksiej Lipcer zostali 13 października osadzeni w areszcie śledczym. Sąd uznał, że nie mogą pozostać na wolności i odpowiadać z wolnej stopy, gdyż „biorą udział w organizacji ekstremistycznej”. Na czym ma polegać inkryminowana działalność? Otóż, na przekazywaniu listów Nawalnego pisanych przez niego w łagrze „na wolność”, co pozwala mu nadal prowadzić działalność polityczną. Nawalny został wsadzony przez Putina do łagru pod sfingowanymi oskarżeniami. Co jakiś czas wymiar niesprawiedliwości „dosypuje” mu kolejne wyroki w kolejnych sfingowanych procesach (szykuje się następny). Nawalny jest w kolonii karnej o szczególnym rygorze nieustannie poddawany szykanom i karom, większość czasu spędza w karcerze (w ostatnim roku aż 200 dni!). Ale nawet siedząc w łagrze, zachowuje prawo do kontaktów z prawnikami. Za ich pośrednictwem przekazuje treści, które są następnie publikowane w jego profilach w mediach społecznościowych. Aresztowanie trzech adwokatów ograniczy kontakt ze światem „więźnia numer jeden”.

Przy okazji sprawy trzech adwokatów Nawalnego warto przypomnieć i o innych ich kolegach po fachu. Jak twierdzą dziennikarze pracujący w rosyjskich mediach emigracyjnych, w ciągu ostatnich dwóch lat na wyjazd z Rosji zdecydowało się kilkudziesięciu adwokatów, którzy byli obrońcami w procesach politycznych.

Wśród emigrantów znalazł się m.in. Iwan Pawłow, obrońca Iwana Safronowa i innych osób oskarżonych o zdradę stanu (o Safronowie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/09/06/dziennikarstwo-to-przestepstwo/). Drugi z obrońców Safronowa, Dmitrij Tałantow został aresztowany i przebywa w areszcie śledczym (ma odpowiadać za rozpowszechnianie fejków o armii). Wyjechał z kraju także Wadim Prochorow (obrońca Nawalnego i dwóch innych rosyjskich opozycjonistów: Władimira Kara-Murzy i Ilji Jaszyna). Władze planują wprowadzenie przepisów umożliwiających pozbawianie statusu obrońcy tych prawników, którzy wyjechali z kraju z przyczyn politycznych.

Olga Michajłowa, adwokat Nawalnego, która towarzyszyła mu w chwili, gdy po powrocie z leczenia z Niemiec został zatrzymany na lotnisku w Moskwie (i od tamtej pory na wolność nie wyszedł), obecnie przebywa na urlopie za granicą. Czy w tych okolicznościach wróci do kraju? Kolejny adwokat Aleksandr Fiedułow ogłosił, że nie zamierza wracać.

Jak sugeruje „Nowaja Gazieta”, Aleksiej Nawalny pozostanie bez obrońców, wśród rosyjskich adwokatów raczej nie znajdą się samobójcy, którzy zaryzykują, widząc, co dzieje się z aresztowanymi kolegami. Przedstawiciele władz dowcipnie poradzili Nawalnemu, żeby sam zajął się poszukiwaniem adwokatów, którzy będą go bronić w kolejnych procesach. Najbardziej humanitarny sąd świata na pewno wyjdzie więźniowi naprzeciw.

Poza efektem mrożącym dla całego środowiska prawniczego, podejmowane przez władze szykany wobec adwokatów Nawalnego mają jeszcze jeden cel: pozostawić jego samego na placu boju, „wprowadzić reżim absolutnej izolacji”, jak piszą komentatorzy „Nowej Gazety”. Czyli zamknąć mu usta, pozbawić możliwości wypowiedzi, kontaktu ze światem zewnętrznym.

Klub Wałdaj, czyli kabaret skeczów ponurych

6 października. Doroczne spotkanie Klubu Wałdaj, czyli zjazd wielbicieli Putina i jego morderczej polityki odbyło się w Soczi. Chlubą i ozdobą tego kółka adoracji prezydenta Rosji był sam prezydent, który wygłosił odczyt na tematy bieżące, a następnie odpowiadał na spontaniczne pytania z sali. Lansował się przez trzy godziny. Mimo że wylał hektolitry łgarstw, spotkał się z pełnym zrozumieniem uczestników.

To była dwudziesta z kolei sesja. Jej motto brzmiało: „Sprawiedliwa wielobiegunowość: jak zapewnić bezpieczeństwo i rozwój dla wszystkich”. Czyli hasło, które wymyślił jeszcze nieboszczyk Jewgienij Primakow (wieloletni dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego, potem minister spraw zagranicznych, przez chwilę też premier): postzimnowojenna koncepcja rosyjskiej polityki zagranicznej, przewidująca świat składający się z wielu biegunów. Krytycy koncepcji podnosili, że jest bezsensowna, bo na świecie są dwa bieguny i więcej raczej nie będzie. A jeśli w świecie ma być więcej niż dwa obozy, to nie mogą się nazywać „bieguny”. Nie muszę dodawać, że w roli głównego „bieguna”, najbardziej sprawiedliwego na świecie, Rosja obsadza siebie.

Mowa Putina obfitowała w liczne powtórki już dawno wygłoszonych tez. Zresztą mówca sam się do tego przyznawał. Np.: „Jak już wielokrotnie mówiłem, nie my zaczęliśmy tak zwaną „wojnę na Ukrainie”. My próbujemy ją zakończyć”. A kto zaczął? No, wiadomo: „reżim w Kijowie przy bezpośrednim wsparciu Zachodu”. Potem było znowu o pożądanym przez Moskwę „nowym porządku”, wykutym dzięki (zwycięskiej, a jakże) wojnie. Było rzecz jasna o zgniłym Zachodzie, zawalającym się pod ciężarem braku tradycyjnych wartości. Kolonializm się kończy, z czego Rosja jest zadowolona, bo sama – jakże by inaczej – nigdy nikogo nie skolonizowała.

Żaden passus z długiego wystąpienia Putina (całość dostępna na stronie Kremla: http://www.kremlin.ru/events/president/news/72444) nie wzbudził takiego zainteresowania jak słowa, które padły już po części oficjalnej, czyli w trakcie „dyskusji”, na sam koniec (widocznie Putin – podobnie jak Stirlitz – wiedział, że ludzie pamiętają tylko ostatni fragment wypowiedzi).

„Zapewne wisi w powietrzu pytanie, a co się stało z kierownictwem prywatnej firmy wojskowej [Grupy Wagnera]. Szef Komitetu Śledczego ostatnio mi raportował, że w ciałach ofiar katastrofy lotniczej znaleziono fragmenty granatów ręcznych. Z zewnątrz samolot nie został niczym zaatakowany. To potwierdzony fakt – rezultaty ekspertyzy przeprowadzonej przez Komitet Śledczy [na paróweczkach?]. Niestety, nie zbadano, czy we krwi ofiar był alkohol i narkotyki. Chociaż wiemy, że po pewnych wydarzeniach [buncie wagnerowców] w siedzibie Grupy Wagnera w Petersburgu FSB znalazła nie tylko 10 mld rubli w gotówce, ale i 5 kg kokainy. Moim zdaniem, trzeba było przeprowadzić taką ekspertyzę, ale jej nie przeprowadzono”.

Jednym słowem: Prigożyn, Utkin i spółka lecieli samolotem, jak zwykle się narąbali wódą i poprawili kokainą. Wesołą zabawę na pokładzie postanowili sobie uprzyjemnić użyciem granatów ręcznych, które – co za dziwy! – wzięły i eksplodowały. Od tego wybuchu samolot wziął i się rozleciał. Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, badającego okoliczności katastrof samolotowych na obszarze postsowieckim ani brazylijskiego odpowiednika (samolot był produkcji brazylijskiej) nie dopuszczono do śledztwa. Nie poznamy zatem opinii biegłych, którzy mogliby ocenić, czy od wybuchu granatu ręcznego może się w samolocie urwać skrzydło.

Wersja, którą przedstawił Putin, nie trzyma się kupy. I o to właśnie chodzi. To nie eksperci mają sprawę badać i zabierać głos. To Putin o wszystkim decyduje. „Przedstawiając absurdalną, demonstracyjnie poniżającą dla wagnerowców wersję ich śmierci, w którą niepodobna uwierzyć, Putin dąży do tego, aby właśnie nikt w nią nie uwierzył. Na to jest obliczone jego wystąpienie: nikt nie uwierzy, ale wszyscy zrozumieją, jak trzeba – napisał w komentarzu na stronie „Echa” Władimir Pastuchow. – Chodzi o to, aby do społeczeństwa dotarło, że tak będzie z każdym [kto podniesie rękę na władzę i kto nastraszy Putina tak, jak nastraszył Prigożyn]”.

Putin był wczoraj w Soczi bardzo z siebie zadowolony – gadał i gadał, a publiczność spijała słowa z jego ust, klaskała, kiwała główkami. To był ten rodzaj show, które Putin bardzo lubi – siedzieć na scenie, pleść głupoty, których nikt nie śmie przerwać czy podważyć, kąpać się w zachwyconych spojrzeniach zebranych. Dawne dworskie rytuały w postaci dorocznych konferencji prasowych czy „bezpośrednich linii ze społeczeństwem” odeszły do przeszłości. Są zbyt ryzykowne, zbyt trudne do skontrolowania, zawsze się może przywlec jakiś „nieodpowiedzialny” dziennikarz albo jakiś obywatel wyskoczyć z pytaniem o straty na froncie czy poruszyć inne niepożądane tematy. A publiczność gromadząca się w Klubie Wałdaj to sprawdzeni miłośnicy Putina, niosący po świecie kaganiec kremlowskiej propagandy, lobbujący interesy Rosji. Putin tym razem ze szczególną atencją powitał wnuka Charles’a de Gaulle’a, Pierre’a, który wyskakuje w portek, żeby dogodzić Putinowi, dwoi się i troi, aby Zachód zdjął sankcje itd. Nie on jeden.

Żaden z uczestników spędu nie był porażony tym, że dokładnie w czasie, gdy Putin brylował na błękitnej scenie klubu, rosyjska rakieta spadła na wieś Groza (Hroza) w obwodzie charkowskim i zabiła pięćdziesięciu uczestników stypy. A dokładnie pięćdziesięciu jeden. Pięćdziesięciu jeden!

Filmowiec Aleksandr Rodnianski napisał w komentarzu: „W filmie stosuje się tzw. równoległy montaż: na ekranie rozgrywają się równolegle dwie sceny. Taki montaż pozwala uwypuklić sens tego, co się dzieje. […] Występuje Putin. Twarz mu płonie z zadowolenia. Mówi coś o specjalnej operacji wojskowej, myli się, podaje nieprawdziwe dane, ale nikt z obecnych nie reaguje. Słuchają go. Putin mówi, że Rosja to samodzielna cywilizacja. Że cywilizacja to przede wszystkim ludzie, a nie terytoria. Równolegle widz widzi inny obrazek. Ukraińska wioska, mała, położona z dala od wszelkich wojskowych celów, zamieszkana przez spokojnych cywilów, w sumie około trzystu mieszkańców. I właśnie w tę wioskę uderza groźna, wyprodukowana za miliony petrodolarów rosyjska rakieta Iskander. Ludzka tragedia, bezbrzeżny smutek. […] Znowu na ekranie pojawia się klub Wałdaj, słyszymy słowa Putina: „Przed nami stoi zadanie zbudowania nowego świata”. Doskonale wiemy, jaki świat buduje Putin: popatrzmy na Grozę”.

Nowe święto państwowe

30 września. Rok temu Putin zwołał gauleiterów czterech odebranych Ukrainie prowincji i urządził na Kremlu uroczystość na okoliczność „zjednoczenia nowych terytoriów z Rosją”. Wojna trwa nadal, część tych podbitych ziem ukraińska armia odbiła, Rosja nadal nie kontroluje całego terytorium zagarniętych prowincji, mimo to Putin postanowił pompatycznie świętować rocznicę aneksji. Z jego inicjatywy ustanowione zostało nowe święto państwowe: Dzień „Zjednoczenia Donieckiej Republiki Ludowej, Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodu zaporoskiego i obwodu chersońskiego z Federacją Rosyjską”. Długie wyrażenie w cudzysłowie, bo realnie wszystkie zawarte w tytule święta słowa i nazwy należy traktować z daleko idącym dystansem – są wytworem putinowskich manipulacji i kłamstw.

Wygenerowany przez Kreml „prazdnik” trzeba było jakoś obejść. Wczoraj na placu Czerwonym odbył się więc dla przyjemności zachwyconych mas tzw. puting. Z estrady płynął na zgromadzoną publiczność (przeważnie młodą) strumień uznawanych za właściwe dla podniosłego charakteru uroczystości haseł i pieśni. Wystąpili weterani scen – np. świetny niegdyś aktor Władimir Maszkow, który patetycznie odegrał rolę patriotycznie wzruszonego putinisty (Maszkow regularnie wygłasza na oficjalnych uroczystościach chwytające za gardło i serce slogany). Smaku dodały wystąpienia Z-poetów, którzy masami tworzą grafomańskie rymowanki, pretendujące do roli wierszy. Ze sceny rozbrzmiał prawdziwy wiersz autorstwa XIX-wiecznego poety Aleksandra Puszkina, deklamujący go aktor Dmitrij Piewcow, zaangażowany putinista, poprzedził występ słowami skierowanymi do stolicy Polski, Warszawy – „która wtedy była częścią imperium rosyjskiego”. Wystąpiły też jakieś zespoły z „nowych terytoriów”, poprawnie i, a jakże, patriotycznie. Widzowie znieśli też mężnie pieśni w wykonaniu zawsze miernego, zawsze wiernego Nikołaja Baskowa i ledwie widocznej spod warstwy pudru i tuszu piewicy Larysy Doliny (też weteranka putinistka), tupiącego w rytm Olega Gazmanowa wraz z synem Rodionem (przebój Россия — в этом слове огонь и силa) i jeszcze wielu innych. Na deser podano główne młodzieżowe bóstwo, wokalistę Shamana. Prowadzący nieustannie podkreślali, że Rosja i nowe terytoria – to już mur, beton, na zawsze.
Co dziwne, koncertu nie transmitowała kremlowska telewizja, fragmenty można obejrzeć w mediach społecznościowych (https://www.youtube.com/watch?v=bHYJJQ5YFYQ; https://twitter.com/the_ins_ru/status/1707882479116308759), spodziewana jest retransmisja fragmentów.

Putin, który chętnie bierze udział w takich bombastycznych wiecach, tym razem nie przybył własną osobą na plac Czerwony. „Nie miał tego w planach” – powiedział jego rzecznik. Prezydent nagrał za to krótkie orędzie z podniosłej okazji „zjednoczenia z Rosją” zagarniętych ukraińskich terytoriów. Zaprezentował firmowe wykręcenie kota ogonem: bronimy naszych rodaków, narażonych na rządy bezprawnych władz Ukrainy. Wystąpił nie wiedzieć czemu w stroju żałobnym (http://www.kremlin.ru/events/president/news/72403).
Podpisanego rok temu na Kremlu dokumentu o włączeniu czterech nowych „podmiotów Federacji” nikt na świecie nie uznał, choć Putin przy każdej stosownej okazji (także w powyższym orędziu) podkreśla, że na „nowych terytoriach” przeprowadzono referenda w zgodzie z przepisami prawa międzynarodowego. Ale jakoś zapomina uściślić, że opiewane „zjednoczenie” jest bezpośrednim rezultatem pełnoskalowej agresji Rosji, złamania przez nią prawa międzynarodowego, pogwałcenia podpisanych przez Federację Rosyjską gwarancji bezpieczeństwa itd. Putin cieszy się z osiągnięć, zapowiada odbudowę zagarniętych ziem (czy trzeba dodawać, że nadejście ruskiego miru oznaczało dla ukraińskich miast i wsi zniszczenie, a często wręcz zrównanie z ziemią?).

Na koniec jeszcze jedno spojrzenie na scenę ustawioną na placu Czerwonym. Wiec-koncert odbył się pod znamiennym tytułem „Jeden kraj, jedna rodzina, jedna Rosja”. Tak, skojarzenie z hasłem pewnej narodowo-socjalistycznej partii nasuwa się samo.

Na tym balu nad balami

13 września. Codzienne wiadomości z frontu o atakach rakietowych, ofiarach, zniszczeniach spowszedniały – rosyjskie społeczeństwo zamknęło się już dawno w kokonie, nie widzi, nie słyszy, nie reaguje.

Wąska warstewka najbogatszych próbuje przeczekać złą passę. Krezusi nie wychylają się (to naczelna zasada przetrwania), a niektórzy korzystają z możliwości, jakie otwiera przed nimi wojna, zarabiają więcej niż za czasów pokoju. Ich rodziny nudzą się, już nie jeżdżą tak często na wakacje nad Morze Śródziemne, wybierając bardziej bezpieczne kierunki. Ale ile można czekać na zmianę politycznego klimatu? Trzeba gdzieś zaprezentować wybotoksowane usteczka, nową kreację zamówioną w topowym domu mody czy świeżo oszlifowane diamenciki z Antwerpii. Niedawno nadarzyła się taka okazja – Borys Rotenberg zorganizował w Carskim Siole koło Petersburga bal. Tak, prawdziwy bal. Bal marzeń dojrzewających córek putinowskiej elity.

Sala tronowa pałacu Katarzyny widziała niejeden bal, pod plafonem „Triumf Rosji” wirowały w tańcu eleganckie damy w ramionach najwyższych urzędników dworu, arystokratów, wybitnych dowódców wojskowych, zagranicznych gości. Do tej tradycji nawiązano również w putinowskiej Rosji: organizowano tu przeznaczone dla wybrańców koncerty i rauty.

Wojna wojną, a dwór chce się bawić. Prezydencka Fundacja Inicjatyw Kulturalnych popiera takie przedsięwzięcia. Tym bardziej gdy palce w organizacji macza Hans-Joachim Frey, były dyrektor opery drezdeńskiej. A obecnie dyrektor artystyczny Centrum Edukacji Sirius w Soczi.

Frey ongiś przeszczepiał na rosyjski grunt swoją koronną imprezę Drezdeński Bal, ale pandemia pomieszała szyki. Jak powiedziała o nim w audycji Radia Swoboda Anna Roze (https://www.svoboda.org/a/zamorskie-shuty-putina-anna-roze-o-petrovskom-bale/32571082.html): „Miłość do Rosji wybuchła we Freyu w rok aneksji Krymu – w marcu 2014 r. Frey został oficjalnym konsultantem dyrektora Teatru Bolszoj. Zostawił firmę w Austrii i zakotwiczył w Soczi […]. W 2018 r. był organizatorem wielkiego „Balu Piłkarskiego” w Teatrze Bolszoj na cześć mistrzostw świata. Wcześniej, w 2009 r. na Balu Drezdeńskim Frey odznaczył Putina saksońskim Orderem Wdzięczności. To zapewne stało się początkiem fascynacji Freya putinizmem. Wręczenie odznaczenia Putinowi wywołało w Niemczech falę protestów. Ale dla Freya wydarzenie to otworzyło nowe horyzonty. Zaprzyjaźnił się z wiolonczelistą Siergiejem Rołduginem (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/)”. W marcu 2022 r. organizatorzy Balu Drezdeńskiego zdecydowali o odebraniu orderu Putinowi i zerwali wszelkie kontakty z Freyem. „Za to Frey został uhonorowany w Rosji: w lipcu 2023 r. wręczono mu Order Przyjaźni. Na uroczystości Niemiec oznajmił, że jest po stronie Rosji i jest ogromnie wdzięczny Putinowi”.
Ale wróćmy na bal. Ten tegoroczny bal w Carskim Siole został nazwany I Balem Piotrowskim.

Jak napisała w relacji petersburska gazeta „Fontanka”, nie wszyscy z zaproszonych gości przyjechali (oczekiwano m.in. szefa Rosyjskich Kolei Państwowych i przedstawicieli włoskiego biznesu), ale większość przybyła i pełen lans się odbył. Przy stole Rotenberga siedzieli olimpijscy medaliści w dżudo (Borys Rotenberg, podobnie jak większość członków klanu, uprawiał w młodości sztuki walki), wicegubernator Petersburga Borys Piotrowski i saksofonista Igor Butman. Łącznie balować przyszło około 300 osób, w tym goście zagraniczni (głównie z Niemiec, przedstawiciele firm motoryzacyjnych, agencji nieruchomości, rolnictwa, a także burmistrz miasta Freiberg Sven Krüger). Burmistrz wystąpił nawet z krótkim przemówieniem, w którym wypowiadał się o Rosji w samych superlatywach i próbował znaleźć historyczne paralele, usprawiedliwiające zorganizowanie balu w czasie wojny. Niemieckie akcenty królowały również w programie artystycznym (no, powiedzmy): gościom przygrywał weteran estrady zespół Dschinghis Khan (po zespole został już chyba tylko szyld z lat 70-80., w składzie zaszły zmiany, a pod starą nazwą śpiewają jacyś wokaliści z Rosji). Swój stary szlagier „Moskau” solista wykonał w przebraniu z epoki Katarzyny, w koszmarnej peruce, na tle baletu wbitego niedbale w gorsety. Występy innych artystów, głównie rosyjskich i włoskich, zapowiadała miss Rosji z 2001 roku Oksana Fiodorowa.

Nie obyło się bez patosu: burmistrz Frey poprosił o chwilę ciszy i zadumy nad historią. Orkiestra zdetonowała motyw z filmu „Lista Schindlera”, a na ekranie pojawiły się kroniki z oblężonego Leningradu (gdzie Rzym, gdzie Krym). Borys Rotenberg wstał, a zaraz po nim – cała sala. Patriotycznie.

„Pornofilmy” na indeksie

10 września. Putinizm kręci bat na dysydentów z różnych materii. Jednym z narzędzi przymuszania do posłuszeństwa jest nadawanie statusu „agenta zagranicznego”. W każdy piątek ministerstwo sprawiedliwości ogłasza listę nowych „agentów”. Tym razem do spisu włączono między innymi solistę grupy „Pornofilmy” Władimira Kotlarowa.

W uzasadnieniu decyzji napisano: Kotlarow otwarcie popierał Ukrainę, prowadził działalność na rzecz formowania antyrosyjskich poglądów, utrzymywał kontakty z osobami prowadzącymi działalność terrorystyczną, a także rozpowszechniał niesprawdzone informacje o decyzjach władz rosyjskich.

Tak zakwalifikowano to, że grupa punk-rockowa „Pornofilmy” już na samym początku wojny potępiła rosyjską inwazję, zorganizowała kilka koncertów zbierając środki na pomoc dla uchodźców. Kotlarow otwarcie mówił, że wojna w Ukrainie to wielka tragedia (https://meduza.io/feature/2022/07/31/s-24-fevralya-nam-stalo-sovsem-ne-do-pesen; https://www.youtube.com/watch?v=ewS2nCnSHj4). Grupa miała problemy z organizowaniem koncertów w Rosji już przed agresją. Władzom nie podobały się społecznie zaangażowane teksty piosenek. Rock był kiedyś wrogiem władzy radzieckiej, teraz jest wrogiem Putina. Nic się nie zmieniło.

Oprócz Kotlarowa na listę wpisano nazwiska Olgi Podolskiej (niezależna deputowana z miasta Jefriemow; próbowała okazać pomoc rodzinie Aleksieja Moskalowa https://www.tygodnikpowszechny.pl/tato-nie-poddawaj-sie-o-wiezniach-politycznych-w-rosji-184131), dziennikarz Radia Swoboda Mumin Szakirow (Radio Swoboda też jest „agentem zagranicznym”), historyk i socjolog Nikołaj Mitrochin (za to, że „tworzył i rozpowszechniał materiały agentów zagranicznych; występował przeciwko specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie, popierał w swoich wypowiedziach ukraińską armię; prowadził działalność mająca na celu formowanie negatywnego wizerunku rosyjskiej armii, aktywnie współpracował z agentami zagranicznymi”). Listę nowych agentów zamykają dziennikarz Andriej Malgin i polityczka związana z partią PARNAS Natalia Pielewina.

Na liście ministerstwa sprawiedliwości figuruje 670 pozycji – to osoby fizyczne, instytucje, media, organizacje. Tydzień temu do zacnego grona dołączył laureat Pokojowej Nagrody Nobla, naczelny redaktor „Nowej Gazety” Dmitrij Muratow (https://www.tygodnikpowszechny.pl/putinizm-doskonali-narzedzia-politycznej-zemsty-184562).

Przypomnę jeszcze pokrótce, co oznacza status „agenta zagranicznego” (posiłkuję się zapisem http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/12/31/jeszcze-wiecej-zagranicznych-agentow/): „Pisała o tym Maria Domańska po nowelizacji przepisów w 2020 r.: „O ile przepisy obowiązujące od 2019 r. pozwalały objąć tym statusem dziennikarzy i blogerów, o tyle od 2021 r. jako „agenci” mogą zostać zakwalifikowani ludzie „zajmujący się polityką w interesach obcego państwa lub jego obywateli lub organizacji zagranicznej”. Osoby fizyczne o statusie „agentów” m.in. nie będą mogły być mianowane na urzędy w administracji państwowej i na szczeblu municypalnym. Drugą kategorią podmiotów, które będą mogły być objęte statusem „agenta”, są organizacje niezarejestrowane jako osoby prawne. Dotychczas taki mniej sformalizowany rodzaj działalności stanowił jedną z częściej wykorzystywanych furtek pozwalających omijać restrykcyjne przepisy wymierzone w „agentów”. Na wymienione powyżej podmioty zostaje nałożony obowiązek zgłoszenia się do rejestru „agentów zagranicznych” i składania regularnych sprawozdań do ministerstwa sprawiedliwości na temat swojej aktywności oraz rozliczeń finansowych, przy czym obciążenie z tego tytułu jest o wiele większe niż w przypadku osób i organizacji spoza tej listy. Istnieją też praktycznie nieograniczone możliwości nękania „agentów” przez organy kontrolno-nadzorcze. Środki masowego przekazu, w przypadku rozpowszechniania przez nie informacji na temat „agentów zagranicznych” lub materiałów przez nich przygotowanych, zobowiązano do każdorazowego wspominania o przypisanym danemu podmiotowi statusie „agenta”. W czasach Stalina stosowano kategorię „wroga ludu” – to było jak wyrok, wróg ludu wypadał na margines społeczeństwa, tracił wszystko, często także życie. Łatka „agenta zagranicznego” teraz zamyka jej posiadaczom drzwi, ustanawia podział na tych, co grają w drużynie błagonadiożnych i tych, co kombinują coś w interesach obcych państw, a więc są z definicji podejrzani. Trzeba się im przyglądać, a za każde uchybienie surowo karać”.

Na sam pogrzeb

30 sierpnia. W filmie Roberta Glińskiego „Niedzielne igraszki” jeden z bohaterów opowiada pozostałym dzieciom z podwórkowej paczki, że jedzie „na sam pogrzeb”. Czyli na pogrzeb Stalina. A kto wybrał się „na sam pogrzeb” Jewgienija Prigożyna? Trzydzieści kilka osób. Putin się nie wybrał.

Od kilku dni widać starania rosyjskiej propagandy i Kremla, aby temat katastrofy samolotu Prigożyna i jego śmierci co prędzej zamieść pod dywan. Prigożynowi jako człowiekowi uhonorowanemu tytułem Bohatera Rosji należał się pochówek z asystą wojskową. Widocznie na Kremlu uznano, że skoro Prigożyn już w ziemi leży, to nic mu się od państwa nie należy. Nie było salwy pożegnalnej.

Oficjalne media i służby wykonały ogromną pracę, aby nie tylko nie nagłośnić, ale wręcz maksymalnie wyciszyć to, kiedy, gdzie i w jakim trybie odbędzie się pogrzeb Prigożyna. „Ciszej nad tą trumną” – mówi bezgłośnie Putin.

„Jak tylko ciało Prigożyna opuściło 28 sierpnia kostnicę w Twerze, dalsze informacje co do rytuałów pogrzebowych zaczęto starannie ukrywać” – pisze „Nowa Gazeta. Europa”. Na oczach zdumionej publiczności rozegrała się gra terenowa polegająca na myleniu tropów, wpuszczaniu fejków do przestrzeni informacyjnej, odwracaniu uwagi i zamiataniu śladów. A wszystko po to, aby na pogrzebie Prigożyna nie zebrały się tłumy, aby nie doszło do niepotrzebnych z punktu widzenia Kremla manifestacji, aby nie zadawano przy tej podniosłej okazji niewygodnych pytań.

„Na kilku cmentarzach w Petersburgu [bo że Prigożyn zostanie pochowany w rodzinnym mieście, nie było wątpliwości] 29 sierpnia przez cały dzień znajdowały się wzmocnione patrole policji, RosGwardii i OMON-u. O miejscu pogrzebu nie informowały ani struktury związane z Prigożynem, ani rodzina, ani władze Petersburga, ani władze Rosji” – napisał w reportażu korespondent Radia Swoboda. Próbowano stworzyć wrażenie, że „sam pogrzeb” odbędzie się na Cmentarzu Serafimowskim (co ciekawe, tu znajduje się grób rodziców Putina). Policji było co niemiara, sprawdzano dokumenty ludzi, którzy pojawili się na cmentarzu, zablokowano okoliczne parkingi, rozstawiono wykrywacze metali. Przez media społecznościowe rozpuszczano wieści, że Prigożyn zostanie pochowany 30 sierpnia. Kilkudziesięciu mężczyzn, którzy przybyli na Cmentarz Serafimowski z naręczami czerwonych goździków, po pewnym czasie pustego oczekiwania rozeszło się.

Pogrzeb bliskiego współpracownika Prigożyna, Walerija Czekałowa, który też zginął w katastrofie od Twerem, odbył się na Cmentarzu Północnym. O pogrzebie Prigożyna nadal nikt nie informował. Minęło kilka godzin niepewności. Wreszcie służba prasowa Prigożyna zamieściła lakoniczny komunikat: „Pożegnanie z Jewgienijem Wiktorowiczem odbyło się w zamkniętym formacie. Ci, którzy chcieliby go pożegnać, mogą się wybrać na Cmentarz Porochowski”. Odbyło się. Tyle.

Na tym cmentarzu pochowany jest Wiktor Prigożyn, ojciec herszta wagnerowców. Przez cały dzień cmentarz był zamknięty dla odwiedzających.

Jak pisała „The Moscow Times”: na uroczystości obecnych było 20-30 osób. Wśród nich nie było nikogo w mundurze. Ceremonia trwała około 40 minut. Agencja TASS podkreśliła, że na cmentarzu obecni byli tylko członkowie najbliższej rodziny. O skromnym, zamkniętym dla szerokiej publiczności rytuale też miała podobno zdecydować rodzina. Nie było przewidzianej przez prawodawstwo celebry: Bohaterom Rosji (a Prigożyn dorobił się gwiazdki) na pogrzebie powinna towarzyszyć kompania honorowa, orkiestra, salwa. A tu nic.

Na grobie Prigożyna bok wieńców ze świeżych kwiatów i fotografii postawiono oprawiony w ramkę tekst ostatniej zwrotki wiersza Josifa Brodskiego „Martwa natura” (https://literatura.wywrota.pl/wiersz-klasyka/42745-josif-brodski-martwa-natura.html).

Sympatycy Prigożyna w wielu miejscach w Rosji zorganizowali spontaniczne memoriały. Ludzie przynoszą kwiaty, wieńce, flagi, wstęgi (na Twitterze opisałam jedno z takich miejsc pamięci, w Moskwie: „ludzie wspominają herszta wagnerowców jako człowieka kojarzonego ze zwycięstwem, człowieka czynu. „Wierzyłam mu”. „Nie przyjmuję do wiadomości jego śmierci”. „Był inspiracją dla wielu osób”: https://twitter.com/labuszewska/status/1696424613297684509).

Na koniec jeszcze mały dopisek. Jak informuje DW, Rosja nie dopuściła przedstawicieli Brazylii do śledztwa w sprawie katastrofy samolotu Prigożyna. Jego Embraer był produkcji brazylijskiej, dlatego brazylijska komisja ds. badania wypadków lotniczych CENIPA zgłosiła chęć udziału w śledztwie. Rosja z rozbrajająca szczerością poinformowała, że „na ten moment” nie przewiduje międzynarodowych procedur w toku wyjaśniania przyczyn.

Powtórzę: Sic transit gloria russkij mundi.

Kondolencje od prezydenta

25 sierpnia. „Prigożyna znałem od dawna, jeszcze z lat 90., to był człowiek o skomplikowanym losie” – tak Władimir Putin zaczął krótką notę wspomnieniową poświęconą głównemu hersztowi Grupy Wagnera. Jewgienij Prigożyn (najprawdopodobniej) zginął w dziwnej katastrofie lotniczej pod Twerem 23 sierpnia. Opisałam ten wypadek w Rosyjskiej ruletce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/prigozyn-zostal-wyeliminowany-z-gry-184419?overridden_route_name=entity.node.canonical&base_route_name=entity.node.canonical&page_manager_page=node_view&page_manager_page_variant=node_view-panels_variant-0&page_manager_page_variant_weight=-10


Putin poruszył temat, który odbił się szerokim echem w Rosji i na świecie, dopiero po upływie doby. I wybrał półoficjalną okazję: rozmowę z Denysem Puszylinem z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej. Podczas spotkania obecne były kamery telewizyjne, które zarejestrowały wypowiedź prezydenta. Złożył on kondolencje rodzinom ofiar katastrofy: „To zawsze tragedia”. Wypowiedź została skonstruowana zgodnie z zasadami prawdy hybrydowej. Putin nie powiedział wprost, że Prigożyn nie żyje, że zginął w tej katastrofie, ale mówił o nim wyłącznie w czasie przeszłym: „Popełniał w życiu wiele poważnych błędów, ale i osiągał założone cele. I dla siebie, i wtedy, gdy prosiłem go o to dla wspólnej sprawy, jak to było w ostatnich miesiącach”. To był utalentowany biznesmen, który pracował poza granicami Rosji.

„Jeżeli na pokładzie znajdowali się dowódcy Grupy Wagnera – a wstępne dane o tym mówią – to chciałem zaznaczyć, że to ludzie, którzy wnieśli istotny wkład w naszą wspólną sprawę walki z neonazistowskim reżimem na Ukrainie. Pamiętamy o tym i nie zapomnimy” – kontynuował wywód Putin i zakończył stwierdzeniem, że śledztwo na pewno wyjaśni wszystkie okoliczności katastrofy. No tak, na pewno.

Wczorajsze deklaracje o braterstwie broni z wagnerowcami nie pasują do słów, jakie Putin wypowiedział pod ich adresem dwa miesiące wcześniej. W wystąpieniu telewizyjnym nazwał ich wtedy zdrajcami. Jak mówi popularne rosyjskie powiedzonko: „słów w piosenki nie wyrzucisz”. Co zostało powiedziane, tym bardziej przed kamerą, pozostaje w archiwach.

Gdy samolot Prigożyna spadł na ziemię, prezydent bawił (i bawił się) na imprezie w Kursku z okazji 80.rocznicy bitwy na Łuku Kurskim: (https://www.youtube.com/watch?v=Uq3Mp2EhOQo). Przemawiał i wręczał nagrody i odznaczenia „nowym bohaterom”, czyli uczestnikom specjalnej operacji w Ukrainie. Nie mogłam się opędzić od narzucającego się skojarzenia, może wręcz zbyt oczywistego, z finałową sekwencją filmu „Ojciec chrzestny”: Michael Corleone przed ołtarzem wyrzeka się ducha złego, trzymając do chrztu swego siostrzeńca, a w tym czasie jego siepacze rozprawiają się z wrogami (zdrajcami, którzy sprzeniewierzyli się mafii).

Media społecznościowe przypomniały też w tym kontekście fragment wywiadu Putina (z 2018 r.), w którym na pytanie dziennikarza: – Czy potrafi pan wybaczać? – Władimir Władimirowicz odpowiada: – Tak, ale nie wszystko. – A czego pan nie wybacza? – Zdrady.
Mafijny kodeks dyktatora za zdradę przewiduje karę. Nie ma przebaczenia. Może być tylko zwłoka (proszę wybaczyć ten kalambur).

Politolożka Tatiana Stanowaja w Telegramie przytacza słowa Aleksieja Diumina (gubernator obwodu tulskiego, niegdyś osobisty goryl Putina, przez wielu obserwatorów lansowany na następcę, w czasie buntu Prigożyna odegrał najprawdopodobniej zakulisową rolę negocjatora): „Można wybaczyć błędy, a nawet tchórzostwo, ale zdrady – nigdy. Zdrajcami oni nie byli”. Stanowaja komentuje: „Dziwne i wewnętrznie sprzeczne oświadczenie. Może być bardziej zrozumiałe, jeżeli popatrzeć na to jak na taki zaoczny spór z prezydentem, a nawet jak na apel do niego. Diumin jak gdyby zgadza się, że tak: zdrajcom należy się śmierć, ale jednocześnie zaprzecza, że Prigożyn był zdrajcą. To rzecz subiektywna. Ale odczucia takich ludzi jak Diumin można zrozumieć: oni uważają, że takie postaci jak Prigożyn, pomimo błędów, nie zasługują na taką śmierć”. Zacytuję jeszcze jeden komentarz Stanowej, wydaje mi się ciekawy, łączący kilka istotnych wątków: „Niezależnie od tego, jakie były przyczyny katastrofy samolotu, wszyscy będą widzieć w tym akt zemsty. A Kreml nie będzie temu specjalnie przeszkadzać [tak na marginesie – rzecznik Putina cały w pąsach zaprzeczał dziś, że Kreml miał cokolwiek wspólnego z katastrofą – AŁ]. Z punktu widzenia Putina, a także wielu siłowików, śmierć Prigożyna powinna być lekcją dla potencjalnych chętnych do wzniecania buntów. Prigożyn przestał być Putinowi potrzebny po buncie. Chodziło tylko o to, czy Prigożyn przeżyje. Po buncie przestał być partnerem władzy i w żadnych okolicznościach nie miał szans, by przywrócić sobie ten status. Również nie zostało mu wybaczone. Był potrzebny jeszcze przez jakiś czas, aby bezboleśnie zakończyć demontaż Wagnera w Rosji i wyprowadzić resztki na Białoruś pod nowe dowództwo. […] Żywy, pełen werwy, radości i nowych pomysłów Prigożyn był zagrożeniem dla władzy i ucieleśnieniem politycznego upokorzenia Putina. Dla znacznej części konserwatywnej społeczności Prigożyn zasłużył na śmierć. Nawet ci, którzy z nim sympatyzowali, bunt potępili, uważając, że to osłabia władzę w warunkach wojny”.

Sic transit gloria russkij mundi.

Ciąg dalszy nastąpi.