Archiwa tagu: Rosja

P-Day

Czy lądowanie w Normandii Władimir Putin może zaliczyć do udanych? Z jednej strony tak:  uroczystości 70-lecia najsłynniejszej operacji desantowej aliantów poświęcone zostały głównie jego osobie. Światowe media koncentrowały się na tym, z kim się spotkał Władimir Władimirowicz, kto mu podał rękę, a kto nie podał, gdzie go ustawiono na wspólnym zdjęciu, z kim zjadł kolację i co powiedział w przelocie prezydentowi Ukrainy, któremu notabene na razie nie pogratulował zwycięstwa w wyborach. Ale z drugiej strony jednak nie: Putin został w pstrej politycznej orkiestrze usadzony przy oddzielnym pulpicie, nie powierzono mu zagrania partii pierwszych skrzypiec, co najwyżej czynele, choć istniała obawa, że Putin złapie za głośne talerze i jak to ma w zwyczaju zagłuszy brzmienie innych instrumentów.  

O co chodziło z tym zaproszeniem dla Putina na obchody D-Day? O nowe otwarcie po Krymie? O potwierdzenie, że z Putinem może/chce rozmawiać cały świat, że nie ma mowy o izolacji, nowej zimnej wojnie, a może tylko chodziło o przedstawienie Putinowi warunków Zachodu i możliwych konsekwencji agresywnej polityki Moskwy wobec Ukrainy? Czy to była próba nawiązania dialogu? Odpuszczenia krymskiego grzechu? Sprawdzenia, na ile kwestia rosyjska dzieli USA i Europę? Rozmiękczenia różnic, rozmiękczenia twardego stanowiska w sprawie sankcji? Dużo tych pytań. Może o odpowiedzi na nie byłoby łatwiej, gdybyśmy znali protokoły rozmów Putin-Cameron, Putin-Merkel, piętnastominutówki Putin-Poroszenko. Ale ich nie znamy. Wszystko zostało starannie zawinięte w dyplomatyczną bibułkę okrągłych komunikatów.

W przeddzień zjazdu w Normandii patriotyczni komentatorzy w Rosji rwali z głowy resztki włosów: po co Putin jedzie do gniazda wroga, narażając się na afronty. Politolog Siergiej Markow rozpaczał, że Amerykanie chcą zwabić Putina do Francji, by go porwać i w Waszyngtonie przekabacić. W przeddzień rocznicy D-Day w Brukseli odbył się szczyt G7, zamiast planowanego uprzednio G8 w Soczi. Kreml demonstracyjnie lekceważy to forum, z którego został wyproszony po aneksji Krymu, ale to zdecydowanie uderza w prestiż kraju i w ambicje rosyjskiego przywódcy, jest ewidentną stratą, nie tylko wizerunkową. Na spotkaniu ustalono, że Rosja powinna przestać mieszać na Ukrainie i uznać prezydenturę Poroszenki. To jasne przesłanie. Tymczasem Władimir Władimirowicz w wywiadzie dla francuskich mediów powiedział równie jasno: Rosja nie jest uczestnikiem ukraińskiego konfliktu. Ergo – nie ma o czym gadać, wszystkie te sankcje Zachodu są niesprawiedliwe. O co ten zaoczny targ? Nie zostało to jasno sformułowane. Czy jeżeli Putin nadal będzie jątrzył na wschodzie Ukrainy, to Zachód wprowadzi kolejną transzę sankcji? Jakich sankcji? Gdzie jest ta kolejna amerykańska „czerwona linia”, o której mówił nieprecyzyjnie prezydent Obama? W komunikacie końcowym po spotkaniu G7 też nie zostało to precyzyjnie sformułowane: kolejne sankcje mogą zostać wprowadzone, „ o ile wymagać tego będzie sytuacja”. Tymczasem wygląda na to, że ani Francja, ani Niemcy nie chcą nic stracić w intensywnej wymianie gospodarczej z Rosją. Targ toczyć się będzie zatem i wewnątrz nieskonsolidowanego w tej sprawie Zachodu. Co dalej z Mistralami, co dalej z niemieckimi stoczniami, co dalej z gazem?

Drugi front otworzył tymczasem minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który w Moskwie wyłożył zasadnicze oczekiwania: Rosja uważa się za pełnoprawny światowy biegun siły i domaga się uznania tego przez Zachód, a co za tym idzie – zaniechania przezeń nacisków i działań w bezpośredniej bliskości granic Rosji mających na celu pozbawienie jej wpływów na tym obszarze. Przy czym pełnej izolacji nie chce, ale w swoją kaszę (czytaj: b. ZSRR) dmuchać sobie nie da. I niech partnerzy na Zachodzie wezmą to łaskawie pod uwagę. „Obecny kryzys powinien stać się swego rodzaju odświeżającą burzą, która pozwoli – choć być może nie od razu – przenieść stosunki z zachodnimi partnerami na zdrowsze i uczciwsze podstawy. Oznaczać to będzie mniej męczących dyskusji o poszukiwaniu wspólnych wartości, a więcej wzajemnego poszanowania prawa drugiej strony do odmienności,  więcej […] wzajemnego uznania dla interesów” – oświadczył Ławrow. No i jeszcze #Krymnasz, wiadomo. To jasny sygnał: uznajcie, Zachodzie, prawo do naszej wyłącznej strefy wpływów na obszarze postradzieckim, do naszych wewnętrznych zamordystycznych porządków, łyknijcie aneksję Krymu i naszą politykę wobec wschodu Ukrainy i całej Ukrainy bez wprowadzania kolejnych sankcji. Wygląda na to, że jednak te zachodnie sankcje z punktu widzenia Kremla nie są pożądane; oficjalnie Moskwa mówi, że nie są dolegliwe, ale to nie do końca tak.

Na razie Rosji nie udało się osiągnąć swoich celów w odniesieniu do Ukrainy. Jesienią ubiegłego roku wydawało się, że Janukowycz zgodnie z instrukcjami centrali w Moskwie zawrócił Ukrainę z drogi do Brukseli. Ale Euromajdan i wszystko, co nastąpiło potem, zmieniło kierunki politycznych wektorów. Wczoraj Poroszenko w mowie inauguracyjnej jasno potwierdził proeuropejski kurs Kijowa, 27 czerwca ma być podpisana umowa stowarzyszeniowa z UE. Można śmiało założyć, że Rosja broni nie złoży.

Niech stanie się Stalingrad

Na spotkaniu z weteranami podczas uroczystości 70-lecia lądowania w Normandii prezydent Władimir Putin oświadczył, że nie ma nic przeciwko przemianowaniu Wołgogradu w Stalingrad. Należy tylko przeprowadzić referendum, a „jak powiedzą mieszkańcy, tak zrobimy”.

Niektórzy mieszkańcy Wołgogradu już od dawna rwali się, by zmienić nazwę miasta. Na czas obchodów rocznicy bitwy stalingradzkiej na sześć dni w roku przywraca się nazwę związaną z nazwiskiem umiłowanego wodza, który z miłością wymordował kilkadziesiąt milionów obywateli. Nieokiełznany neopatriota Nikołaj Starikow, który w związku z Krymem przeżywa kolejny Sturm und Drang Periode, zbierał podpisy pod petycją w sprawie przywrócenia miastu imienia Stalina.  

A wokół przywrócenia kultu samego wodza władze Rosji chodzą już od dawna, oswajając postać, dopatrując się pozytywów w ponurej epoce ponurego tyrana. Do podręczników została wpisana sławetna formuła, że Stalin był efektywnym menedżerem. Relatywizacja zła wyrządzonego przez krwawego satrapę i stworzony przezeń morderczy system wlewała się do świadomości społecznej przez kroplówki medialne.

A zatem Wołgograd stanie się zapewne niebawem znów Stalingradem. Czy to oznacza, że i sam Stalin powróci na puste cokoły? Bułat Okudżawa śpiewał: „A przecież mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym górują cokoły, na których nie stoi już nikt”. Czy Putin utuli ten żal poety? Nowi bardowie śpiewają inne pieśni, pieśń o Putinie i Stalingradzie jest już gotowa od kilku lat. „A w czystym polu systemy Grad, za nami Putin i Stalingrad”:

http://www.youtube.com/watch?v=sHB_C2eqrrE

A o innych ciekawych aspektach wizyty Putina w Normandii – następnym razem.

Fake nasz powszedni

Nie wierzycie własnym oczom? Nie wierzycie własnym uszom? To znaczy, że jesteście na wojnie informacyjnej.

Ukraińsko-rosyjski kryzys toczy się równolegle na kilku poziomach: działania zbrojne, działania dyplomatyczne, działania propagandowe. Obserwatorzy wydarzeń na Ukrainie stąpają po polu minowym: co jest „wbrosem diezy” (świadomą wrzutką do przestrzeni publicznej nieprawdziwej informacji), a co opisem tego, co naprawdę się wydarzyło?

Rosyjscy telewidzowie podczas codziennych seansów nienawiści do reszty świata mają okazję dowiedzieć się o „kijowskiej juncie”, zbrodniach Prawego Sektora (w statystyce rosyjskich mediów Prawy Sektor zajął jedną z czołowych lokat wzmiankowania, wyprzedzając nawet partię Jedna Rosja), szczęściu na Krymie, walkach na wschodzie Ukrainy. Wiadomości o tym, co dzieje się w Doniecku czy Ługańsku, trzeba brać pod światło kilkakrotnie. Jedna strona mówi jedno, druga strona – drugie. Zresztą, tych stron na dobrą sprawę jest więcej, bo oprócz kremlowskiej tuby i oficjalnych dementi z Kijowa jeszcze i zuchy z „patriotycznego rosyjskiego zaciągu”, grasujący po obwodach donieckim i ługańskim grają na własną modłę. Zaczynają dawać wyraz niezadowoleniu bezczynnością Moskwy, kłócą się między sobą, dzielą terytoria i mylą ślady, rozpowszechniając nieprawdziwe wieści. Trwają walki. Giną ludzie. Wiarygodnej weryfikacji danych o ofiarach brak.

Dziennikarka Radia Swoboda Jelena Rykowcewa porównuje przekaz telewizyjny w Rosji i na Ukrainie: „łatwo jest powiedzieć: z obu stron propaganda, ale to nie tak. W rosyjskiej telewizji pokazany jest jeden punkt widzenia: że na Ukrainie panuje faszyzm, stanowisko Kijowa nie jest przedstawiane, nie ma Ukraińców, którzy brali udział w wyborach, zimą nie było normalnych ludzi na Majdanie, wiosną rosyjska telewizja nie spotkała ani jednej żywej duszy, która chciała, by Krym pozostał przy Ukrainie, dzisiaj nie ma ani jednego człowieka w Doniecku czy Ługańsku, który byłby przeciwny działaniom separatystów, który chciałby normalnie żyć w swoim niepodzielonym kraju […]. W rosyjskiej telewizji prezentuje się wyłącznie bojowników „pospolitego ruszenia” i gorąco ich wspierających cywili, nie ma ukraińskich polityków, którzy prezentowaliby punkt widzenia odmienny od rosyjskiego, do studia zapraszani są wyłącznie ukraińscy komuniści, zwolennicy separatystów, liderzy Antymajdanu. Na miejscu rosyjskich widzów zastanowiłabym się, skąd się na Ukrainie wzięły te wszystkie proeuropejskie tendencje, Majdan, skoro wszyscy Ukraińcy popierają jeden punkt widzenia: rosyjski. Ukraińska telewizja prezentuje pluralizm poglądów – w programach informacyjnych i publicystycznych biorą udział przedstawiciele całego politycznego spektrum. […] Rosyjskie media ponadto zwyczajnie kłamią w żywe oczy. Proszę nie mylić kłamstwa z niesprawdzoną informacją – takich niezweryfikowanych wiadomości jest dużo po obu stronach. Chodzi o świadome powtarzanie kłamliwych informacji, które zostały setki razy zdementowane. Publiczność bierze je za czystą monetę. Dementi strony ukraińskiej nie są cytowane”.

Przy czym kłamstwa szyte są grubymi nićmi – jako ilustracja przypisywanych stronie ukraińskiej zbrodni służą obrazki z innych wojen czy katastrof. Zestawienie ostatnich fałszywek zamieściło na swojej stronie internetowej Radio Swoboda (http://www.svoboda.org/media/photogallery/25411127.html – uprzedzam, że zdjęcia są krwawe, zdecydowanie nie dla ludzi o słabych
nerwach). Fałszu dokonują nie tylko rosyjskie stacje telewizyjne, ale agencje
informacyjne. Na przykład RIA Nowosti ilustruje wiadomość o wykorzystaniu przez ukraińską armię nad Donieckiem śmigłowca z oznakowaniami ONZ zdjęciem śmigłowca z Wybrzeża Kości Słoniowej z 2011 roku. Wiadomościom o rzekomym masowym mordowaniu przez ukraińską armię ludności cywilnej płonącego po „nalotach” Słowiańska towarzyszą fotografie zrobione w 2013 roku w Kanadzie podczas katastrofy pociągu wiozącego cysterny z paliwem. Zdjęcie leżącej w kałuży krwi kobiety rzekomo zastrzelonej w Doniecku (opatrzone hasztagami #SaveDonbassPeople i #DestroyKievJunta) zrobiono w Wenezueli. Pozbawione głowy zwłoki chłopca, który jakoby zginął podczas ostrzału Słowiańska, zostały sfotografowane w Arabii Saudyjskiej. „Info” o bestailstwie Ukraińców rozpowszechnia w internecie stowarzyszenie Rosja-Wielkie Mocarstwo, apelując jednocześnie do „matek zachodniej Ukrainy”, by nie odwracały wzroku i przyjrzały się uważnie, co ich synowie wyprawiają na wschodzie. I tak dalej. „Powiedzcie tym idiotom [w rosyjskich mediach], że w Google jest możliwość wyszukiwania materiałów ilustracyjnych” – sarkastycznie podsumowuje bloger Andriej Malgin. Kłamstwo ma krótkie nóżki. Ale nie zapominajmy, że nie wszyscy używają Google’a i nie wszyscy dociekają, czy
to, co pokazuje telewizja, jest prawdą czy kłamstwem.

Tropieniem rosyjskich fake’ów zajmuje się na Ukrainie grupa dziennikarzy, która publikuje rezultaty swoich dochodzeń na stronie internetowej http://www.stopfake.org/. Nazbierało się dużo materiału.

Czy ludzie w Rosji wierzą w to, o czym trąbią propagandowe trąby? Rosyjski socjolog Aleksiej Lewinson w wywiadzie dla „Nowej Gaziety” mówi: „Nie wolno zwalać wszystkiego na media, że to niby ludzie są dobrzy, a prasa im mózgi przemyła i dlatego dobrzy ludzie zaczęli myśleć tak źle. […] To, co robi telewizja, to w znacznym stopniu odzwierciedlenie opinii społecznej. To nie znaczy, że chcę z telewizji zdjąć odpowiedzialność. W telewizji wszystko jest na jedno kopyto, nie ma stacji, która prezentowałaby inny punkt widzenia. […] Stan świadomości Rosjan znalazł się w głębokiej zapaści. Trudno będzie się z tej jamy wydostać. Przez ostatnie kilka miesięcy masa ludzi – przede wszystkim polityków i dziennikarzy, ale też zwykłych ludzi – wypowiedziała na głos takie rzeczy, pozwoliła sobie na takie rzeczy, na które wcześniej nie było przyzwolenia. Ta gorączka kiedyś spadnie i co wtedy?”.

Ale na razie gorączka jest wysoka i nie spada, wręcz przeciwnie. Na łamach najbardziej poczytnej rosyjskiej gazety „Komsomolskaja Prawda” wypowiada się dziś na przykład jeden z przywódców separatystów: „Na wschodzie Ukrainy wojują natowscy snajperzy”. Ktoś ich widział? Nieważne. Premier Miedwiediew mówi: ukraińskie władze kłamią, twierdząc, że ukraińscy uchodźcy nie napływają masowo do Rosji (na części terytorium obwodu rostowskiego nawet wprowadzono stan wyjątkowy w związku z rzekomym napływem fali uciekinierów). Putin nakazał swojej administracji udzielenie pomocy uchodźcom, których podobno przybywa po tysiąc dziennie. Ukraińska służba graniczna twierdzi, że ruch przez granicę z Rosją ze strony Ukrainy jest w normie. I że uchodźcy z Doniecka, owszem, zwracają się o przyznanie statusu uchodźcy, ale nie w Rosji, a w Polsce. Nie ma jednak mowy o tysiącach – według oficjalnych danych od początku marca w Polsce o status uchodźcy zwróciło się około dwustu mieszkańców Ukrainy.

Z szacunkiem, bez depeszy z gratulacjami

Bardzo ostrożnie, ważąc po aptekarsku każde słowo, wypowiadają się wysokie czynniki polityczne w Rosji na temat niedzielnych wyborów prezydenckich na Ukrainie.

Ukraiński prezydent elekt Petro Poroszenko oświadczył, że jest gotów do spotkania z prezydentem Rosji nawet w pierwszej połowie czerwca. W tej samej wypowiedzi podkreślił, że uważa Krym za ukraińskie terytorium i zamierza wystąpić do międzynarodowych trybunałów w sprawie aneksji półwyspu przez Federację Rosyjską. Rzecznik prezydenta Rosji, Dmitrij Pieskow indagowany przez dziennikarzy w sprawie możliwego spotkania Putin-Poroszenko, zaznaczył: „jest za wcześnie, by o tym mówić. Prezydent [w przeddzień wyborów] przedstawił swoje stanowisko w sprawie [ukraińskich] wyborów. Podkreślił, że z szacunkiem odnosi się do wyboru narodu ukraińskiego. Na razie nic się w tej sprawie nie zmieniło”. Telegramu z gratulacjami dla Poroszenki na razie Kreml nie wysyłał. Może ma uraz po tym, jak dziesięć lat temu wielokrotnie słał gratulacje do Wiktora Janukowycza po sfałszowanych wyborach, których nikt nie uznał (odbyła się „trzecia tura” wyborów, którą wygrał pomarańczowy Wiktor Juszczenko).

Jednym słowem, wiemy, że nic nie wiemy. Przed wyborami przedstawiciele Moskwy wielokrotnie mówili, że uznanie wyborów na Ukrainie „zależy od…”. Nie bardzo było wiadomo, od czego konkretnie zależy. Teraz też nie wiadomo. Minister spraw zagranicznych Ławrow, mistrz ezopowych sformułowań, powiedział: „bezpośrednie kontakty między Moskwą i Kijowem istnieją, nigdy nie przestawały istnieć, będziemy gotowi z uwzględnieniem tego, że odbyło się głosowanie, którego wyniki szanujemy, wypracowywać pragmatyczny, równoprawny dialog […] na podstawie obowiązujących porozumień”. Ławrow podkreślił, że dialog z Kijowem może się odbywać, ale bez pośredników z UE i USA. No tak, bez świadków, wicie, rozumicie.

Bardzo pragmatycznie zabrzmiał szef kremlowskiej administracji Siergiej Iwanow: Jesteśmy gotowi na to, by sądzić się z Ukrainą o Krym, ale może wpierw pogadamy o długu wynoszącym 3,5 mld dolarów? A premier Dmitrij Miedwiediew „czisto konkrietno” pojechał na Krym, gdzie rozwiązuje problemy półwyspu, obiecał unowocześnić legendarny obóz pionierów Artek i przeprawę promową przez Cieśninę Kerczeńską.

Wahania pomiędzy szacunkiem a uznaniem udzieliły się też Radzie Federacji. Senator Andriej Kliszas oznajmił: „To, jak zostały zorganizowane wybory, nie pozwala mówić o prawomocności wybranego prezydenta, bo trzeba wziąć pod uwagę, że kraj obecnie znajduje się w warunkach wojny domowej”. O sytuacji na wschodzie Ukrainy – trochę niżej. Teraz jeszcze słów parę o obliczu rosyjskich mediów w kontekście ukraińskich wyborów.

Te wybory wykazały prawdziwą (cóż za kalambur) naturę rosyjskiej propagandy. Przez ostatnie miesiące politrucy srebrnego ekranu w codziennych seansach nienawiści twierdzili, że na Ukrainie trwa bal nacjonalistów. Prawy Sektor był przedstawiany jako wszechobecny smok o milionach odrastających głów, knujący krwawe antyrosyjskie intrygi. Słynna „wizytówka Jarosza” (znaleziona rzekomo na miejscu jednej z prowokacji na wschodzie Ukrainy) urosła do rangi symbolu: Prawy Sektor rosyjska propaganda dostrzegała wszędzie i wskazywała jako głównego winowajcę wszelkich bied. To był też główny powód, by rozbudzać nienawiść do Ukrainy, cierpiącej pod jarzmem „prawosieków” i „benderowców”. Tymczasem i przywódca radykalnie nacjonalistycznej Swobody Ołeh Tiahnybok, i lider Prawego Sektora Dmytro Jarosz osiągnęli w wyborach mizerne rezultaty (około jednego procenta). Jak to teraz rosyjskiej publiczności wytłumaczyć? Gdzie się podziali ci wszyscy rzekomi faszyści? – pyta bloger Andriej Malgin.

Zwraca uwagę, że na zwycięstwo Poroszenki rosyjska telewizja zareagowała spokojnie, bez dyżurnych epitetów – złagodzenie retoryki było ewidentne. Koncertową wtopę zanotował 1 Kanał. W niedzielny wieczór w programie informacyjnym Wriemia natchniona kapłanka propagandowego ogniska Irada Zejnałowa opowiadała z charakterystycznym zapałem, że Jarosz zdobył 37 procent głosów (miał wyprzedzić Poroszenkę, który według tego zestawienia zdobył ok. 29 procent). Następnego dnia stacja przepraszała widzów za pomyłkę, powołując się na to, że została wprowadzona w błąd na skutek „hackerskiego ataku na stronę Centralnej Komisji Wyborczej Ukrainy”. Przy czym sama ukraińska CKW nic o ataku hackerskim nie mówiła – dane o 37-procentowym wyniku Jarosza zobaczyli tam tylko dziennikarze 1 Kanału. Podobno dementi nie dociera nawet do połowy zainteresowanych, można założyć, że widzowie 1 Kanału żyją w świadomości, że Jarosz trzyma się mocno. Rządowa „Rossijskaja Gazieta” pouczyła czytelników, że Ukraińcy nie mieli wyboru, za nich już i tak zdecydował Departament Stanu USA. Wybory to w ogóle jakaś dzikość – w rosyjskich warunkach nie do pomyślenia, nieprawdaż?

Tymczasem w obwodzie donieckim trwa operacja antyterrorystyczna. Ideolog neoimperialnej Rosji Aleksandr Dugin bez owijania w bawełnę wzywa: „Putin, wprowadź wojska #putinvvedivoiska”. Wtórują mu „neopatriotyczni” publicyści Jegor Chołmogorow i Dmitrij Olszanski: „Jeśli Putin dziś podda Donbas, gdzie zaczęła się zaczistka z zastosowaniem lotnictwa bojowego, to w ciągu dwóch lat USA i UE zmuszą go do oddania Krymu Ukrainie. […] A jeśli (chociaż tego nikt się już nie spodziewa) Putin wprowadzi do Donbasu siły pokojowe, to zapisze się w historii Rosji jako największy mąż stanu na przestrzeni stuleci, a Rosja wróci do trójki największych mocarstw światowych”. „To, co dzisiaj się dzieje, niezależnie od politycznych i narodowych sympatii, to publiczne i demonstracyjne upokorzenie Putina przez Ukraińców” – podżega Olszanski. Nieposkromiony pisarz i rewolucjonista Eduard Limonow otwarcie wzywa do włączenia samozwańczych Ługańskiej i Donieckiej republik ludowych do Federacji Rosyjskiej. „Wybory na Ukrainie, która rozpadła się już na trzy części, oczywiście, nie są prawomocne – orzeka Limonow. – Chociaż, zobaczycie, USA i UE je uznają. […] Obwody ługański i doniecki trzeba przyłączyć do Rosji, póki Ukraina nie jest jeszcze w NATO. Trzeba przyłączyć je natychmiast!”.

Minister Ławrow i prezydent Putin wezwali do zatrzymania operacji antyterrorystycznej, prowadzonej przez ukraińskie siły. List do Poroszenki wystosował patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wezwał w nim do powstrzymania przelewu krwi.

Gorzki smak czekolady Roshen

Krym nie będzie jadł czekoladek produkowanych przez firmę Roshen. Mieszkańcom zaanektowanego przez Rosję półwyspu mógłby zaszkodzić polityczny komponent, zawarty w cukierkach firmy Petra Poroszenki – najpoważniejszego kandydata w wyborach prezydenckich na Ukrainie. Czekoladki Poroszenki od dawna stały kością w gardle rosyjskim władzom. Słodycze padły ofiarą zeszłorocznej wojny handlowej Rosji z Ukrainą, a po upadku Janukowycza, w marcu tego roku znajdująca się w Rosji (w Lipiecku) jedna z fabryk słodkiego holdingu została skutecznie zmuszona do zawieszenia działalności. Wczoraj sąd w Moskwie odrzucił apelację w sprawie aresztowania kont firmy Roshen w Rosji, 2,4 mld rubli pozostaną zamrożone. Teraz w Rosji i na Krymie patriotycznie będzie zakąszać rosyjskimi cukierkami „Zorza polarna” i „Miszka na Siewierie”. Na pewno mają wszystkie komponenty na miejscu. Za swoistą odpowiedź na zakazy dotyczące ukraińskich czekoladek w Rosji można uznać żart „Lwowskiej pracowni czekolady”, która wypuściła na rynek czekoladową figurkę podobną do Władimira Putina (http://rus.newsru.ua/pict/big/448348.html).

Tymczasem w Rosji trwają szeroko zakrojone przymiarki do przechodzenia na rodzimą produkcję, nie tylko cukierniczą. MSW zobowiązało swoich funkcjonariuszy wszystkich rang do rezygnacji z korzystania z elektronicznych gadżetów produkcji zachodniej. Pod resortowy paragraf podpadły telefony komórkowe, smartfony, tablety i inne urządzenia, które mogą służyć do namierzania użytkownika lub podsłuchu. Czy zostaną zastąpione te zwyrodniałe produkty Zachodu? Tego w rozporządzeniu podpisanym przez wiceministra nie ma.

Czarną przyszłość ma przed sobą w Rosji GPS. Wicepremier Rogozin, znany z patriotycznej gorliwości, zapowiedział, że stacje GPS w Rosji zostaną niebawem wyłączone. Czy to oznacza, że Rosjanom będzie musiał wystarczyć rodzimy odpowiednik GLONASS? Nie ma jeszcze jasności w temacie Marioli (choć karykaturzyści mają już wyrobioną opinię: http://politicana.ru/wp-content/uploads/2014/05/GPS-закрыли-но-у-нас-будет-развернута-система-Крымнасс-т.е.-Глонасс….jpg).

Członkowie rosyjskiej elity politycznej muszą być w tym względzie rozdarci jak sosna u Żeromskiego. Z jednej strony na wyprzódki występują z kolejnymi patriotycznymi inicjatywami, sukcesywnie zawężającymi zakres kontaktów z Zachodem i kontrolę nad społeczeństwem, z drugiej – sami korzystają z niezaprzeczalnych uroków gnijącej zachodniej krainy. Jednym z najpilniejszych rzeczników nowej fali neoimperialnej szowinistycznej gorączki jest wiceprzewodniczący Dumy Państwowej, Siergiej Żelezniak. Kartę ma wspaniałą: pod obrady Dumy wniósł kilka projektów ustaw, przykręcających śrubę, m.in. o agentach zagranicznych, cenzurowaniu internetu, wprowadzeniu kar pieniężnych za udział w zgromadzeniach, wymyślił, że należy w rosyjskich kinach wprowadzić kwotowe ograniczenia na amerykańskie filmy. Odznaczył się na froncie walki z korupcją, obcymi wpływami, zgnilizną opozycji. Rwie się do odpowiedzi nawet nie pytany, regularnie występuje w programach publicystycznych i informacyjnych o największej oglądalności, do marynarki przymocowuje wielką wstęgę św. Jerzego, tropi zachodnie podstępy, wyklina banderowców i generalnie opowiada same krzepiące serce prawdziwego patrioty rzeczy. Oto garść cytatów: „Jestem przekonany, że urzędnik nie może być związany zobowiązaniami z innymi państwami, gdyż wtedy staje się zależny […] od oczekiwań władz innych państw”. „Jest niezwykle ważne, aby wartości, miłość do ojczyzny, patriotyzm formowały się od dzieciństwa i były nieodłączną częścią procesu wychowania obywatela. Patriotyzm powinien stać się priorytetem w kształtowaniu uczuć patriotycznych młodego pokolenia. Nie można być patriotą tylko przez kilka godzin na dobę”.

Okazuje się jednak, że można. W każdym razie Siergiej Żelezniak może. Niezmordowany Aleksiej Nawalny swego czasu wygrzebał, że patriotyczny deputowany Żelezniak kształci swoje piękne córy w Szwajcarii i w Anglii (http://navalny.livejournal.com/761818.html) i to nie byle gdzie, a w prestiżowych szkołach. Za czesne trzeba słono zapłacić. Zbyt słono, by stać było na to skromnego wybrańca narodu. Dzisiaj współpracownicy Nawalnego (który od pewnego czasu znajduje się w areszcie domowym) opublikowali w internecie nowe dane (http://alburov.ru/2014/05/zheleznyaha/). Z dokumentów pozyskanych na Cyprze wynika, że pan Żelezniak zachowywał się na wyspie całkiem niepatriotycznie: w minionych latach zarabiał na nieruchomościach i jachtach. O tych dochodach skromnie zmilczał w oświadczeniu majątkowym. Zapomniał też o niezłej furze. Gdybyście państwo chcieli zgadywać, jaka to marka, proszę zapomnieć o ładach i żiguli. Pieniądze z tych tajnych transakcji, jak twierdzą ludzie Nawalnego, sprytny patriotyczny deputowany ukrył w Liechtensteinie. „Gdyby w Dumie zorganizowano specjalne zawody olimpijskie o miano najbardziej załganego deputowanego, to wiceprzewodniczący Siergiej Żelezniak byłby w czołówce” – napisał bloger Ałburow, który ujawnił cypryjskie znaleziska.

Zielone ludziki liczą głosy

Na czas głosowania w tak zwanych referendach w sprawie niepodległości obwody doniecki i ługański na wschodzie Ukrainy przeniosły się w przestrzeń kosmiczną, gdzie panuje próżnia, zakrzywia się czasoprzestrzeń, a proste zasady arytmetyki i geometrii euklidesowej tracą sens. W tej referendalnej przestrzeni działają za to świetnie proste zasady kłamliwej propagandy i nieskomplikowane rebusy przeprowadzanej przez Kijów operacji antyterrorystycznej, która niby jest, a jakoby jej nie było.

Prezydent Putin na kilka dni przed zaplanowanym na 11 maja referendum z pewną taką nieśmiałością zaproponował zielonym ludzikom z Doniecka i Ługańska, aby odsunąć referendum w czasie. A zielone ludziki, których w przeciwieństwie do krymskiej odmiany tego gatunku prezydent Rosji jeszcze nie uznał za swoje dzieci, odparły grzecznie, że owszem, prezydenta szanują, ale swoje wiedzą i referendum zrobią. Władimir Władimirowicz trzy noce z rzędu nie spał, bił się z myślami, jak tę oczywistą potwarz skwitować i… Nic nie zrobił. Chyba im wybaczył, prawda? Teraz się zastanawia, co zrobić, jak zostaną ogłoszone oficjalne wyniki „referendum”. Tymczasem zielone ludziki z marszu oznajmiły, że chcą mu się wprowadzić do domu. To znaczy nie do willi w Nowo-Ogariowie czy do pałacu w Gielendżyku, ale do Federacji Rosyjskiej.

Praw fizyki pan nie zmienisz – mówił bohater jednego z popularnych skeczy kabaretowych. Praw arytmetyki też nie. To znaczy, tak się mogło wydawać jeszcze do 11 maja. Bo w dniu głosowania proste działania arytmetyczne jak dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie zostały przez panów w gustownych panterkach wyrzucone do kosza. Bilans musiał wyjść na sto, a nawet dwieście. I wyszedł.

Bloger Andriej Malgin zestawił kilka liczb: „Frekwencja w obwodzie donieckim – 75%, 2,6 mln głosów obliczono w ciągu dwóch godzin, co daje wynik 364 karty do głosowania na sekundę. Zuchy! Do księgi rekordów Guinnessa. Ciekawe, na jakiej podstawie obliczyli frekwencję, skoro nie mieli list wyborców. Wielu dziennikarzy opowiadało, że na słowo honoru można było dostać w komisji kilka kart, a potem udać się z nimi do innego lokalu i znowu zagłosować. W obwodzie ługańskim to samo: 95% mieszkańców regionu zagłosowało za niepodległością. Ale najlepiej było w Mariupolu: cztery lokale wyborcze, 344 tys. wyborców, żeby referendum było ważne, musiałoby zagłosować co najmniej 50%, a zatem 172 tys., co daje 43 tys. ludzi na lokal, 3500 na godzinę, 60 osób na minutę, jedną osobę na sekundę… Według agencji Interfax, prawie 90% mieszkańców zagłosowało za oddzieleniem od Ukrainy. Oficjalny protokół będzie gotowy za tydzień. Czyli policzyli te setki tysięcy głosów w ciągu dwóch godzin, a protokół będą rysować przez tydzień”.

Referenda były wygodnym narzędziem do rozpruwania szwów państwa ukraińskiego. Prezydent Putin może teraz oznajmić: proszę, ja chciałem po dobroci, bez awantur, bez referendum, ale separatyści na wschodzie są samodzielni, a ja za pełnoletnie dzieci odpowiedzialności nie ponoszę. Po referendum oni stali się uprawomocnioną siłą polityczną, powinni zostać uznani za stronę i dopuszczeni do rozmów z udziałem Kijowa, Moskwy, USA i UE na temat uregulowania kryzysu – to nieskomplikowana rachuba Moskwy. Zresztą, to był rosyjski postulat jeszcze przed rozmowami w Genewie, wtedy jednak delegacji z Doniecka i Ługańska nie było.

Większość moskiewskich komentatorów uważa, że życzenie przyłączenia się do Federacji Rosyjskiej wypowiedziane z entuzjazmem przez donieckie zielone ludziki nie zostanie spełnione w takim blitz tempie, jak to miało miejsce w przypadku Krymu. Może w ogóle nie zostanie spełnione (gdie dieńgi, Zin?, jak śpiewał Wysocki). Niby-wojna będzie pełzać, przynajmniej do 25 maja, aby uniemożliwić przeprowadzenie wyborów prezydenckich na Ukrainie.

Z Rosji napływać będzie natomiast pomoc. Oczywiście wyłącznie humanitarna. Leżący niedaleko granicy z Ukrainą Briańsk ofiarnie zbiera od mieszkańców rzeczy dla walczącego Słowiańska. Miejscowa gazeta „Briansk Today” donosi (http://bryansktoday.ru/201405099251/society/Bryantsy-sobirayut-prodovolstvie-dya-Slavyanska.html): w punkcie zbiórki przyjmuje się „ekwipunek (mundury, buty wojskowe, kamizelki wojskowe z kieszeniami [na amunicję, środki łączności itd.], nakrycia głowy, płaszcze), środki indywidualnej obrony (kaski, rękawice, maski z filtrem), ciepłą odzież, śpiwory, namioty, lekarstwa (przeciwgrypowe, na oparzenia, bandaże, plastry, insulina). Ponadto środki łączności (telefony komórkowe, radiostacje), latarki i baterie do nich. Żywność o długim okresie przechowywania (herbata, kawa, kasza, konserwy, makaron, drożdże i in.)”. Briańsk spieszy z bratnią humanitarną pomocą – szlachetna paczka bez wojskowych podkutych buciorów i radiostacji nie ma sensu. Wzrusza troska o dostarczenie zielonym ludzikom drożdży. O naczyniach do nastawiania zacieru nic w gazecie nie było, ale może to się rozumie samo przez się.

Requiem dla Europy, czyli Rosja nie chce Kiełbasy

Konkurs piosenki Eurowizji był w tym roku wyjątkowo rozpolitykowany. Rosyjskie popisy militarne na wschodzie Ukrainy odcisnęły swoje piętno na reakcjach publiczności – po jednej i po drugiej stronie. Występ rosyjskiego duetu sióstr Tołmaczowych został chłodno przyjęty przez publiczność, widzowie w kopenhaskim studiu podczas zliczania głosów witali gwizdami i pomrukami niezadowolenia każdy werdykt przyznający rosyjskiemu duetowi punkty. Piosenka „Shine” w wykonaniu dwóch zgrabnych młodocianych blondynek (rocznik 1997) nie wpadała w ucho, nie przyciągała uwagi oprawą, nie zapadała w pamięć. Mimo to zajęła siódme miejsce, głównie dzięki głosom z Białorusi, Azerbejdżanu i innych zaprzyjaźnionych republik.

Nie byłoby o czym pisać, gdyby nie wybuchowa reakcja gości zaproszonych do studia telewizyjnego Rossija-1. Bezpośrednio po ogłoszeniu wyników głosowania dali oni upust emocjom na najwyższym poziomie. Po pierwsze wyprowadziło rosyjskich komentatorów z równowagi niepodważalne zwycięstwo Conchity Wurst. Po drugie – dopiero siódma lokata rosyjskich reprezentantek, które ani chybi powinny wygrać. Powinny wygrać, bo niosły światu tytułowy blask. – To nowa wersja piosenki „Zawsze niech będzie słońce” – przekonywał jeden z dyskutantów. – Oto prawdziwe zwycięstwo. Pokazaliśmy Europie prawdziwe wartości – podsumował inny.

Wróćmy do tematu Conchity Kiełbasy. Kulminacja programu nastąpiła już w pierwszych minutach. Uprzedzam, że to nie jest widowisko dla ludzi o słabych nerwach: http://www.youtube.com/watch?v=O8xv8GEKwjI#t=359 (Nawiasem mówiąc, już nieźle było w programie po półfinale, które rosyjskie bliźniaczki przeszły: http://www.youtube.com/watch?v=eoc1DySBqu8

Uczestnicy dyskusji przekrzykiwali się, wstawali z miejsc, wygłaszali płomienne aforyzmy. Przodował pobudzony Władimir Żyrinowski, po raz pierwszy od dawna ubrany w firmową malinową marynarę. – Europa zgniła! Tam już nie ma mężczyzn i kobiet! […] Niepotrzebnie wyzwoliliśmy Austrię! […] To płomienie piekła, to płomienie apokalipsy. Tam nie tylko młodzież jest brodata!

Basował mu prowadzący Borys Korczewnikow, gwiazda serialu „Kadeci”: – To pogrzeb Unii Europejskiej, requiem dla Europy.

Na tym tle wyróżnił się gwiazdor estrady Filip Kirkorow (autor piosenki prezentowanej przez rosyjskie bliźniaczki w konkursie), który wezwał do poszanowania werdyktu i osoby Conchity Wurst.

„Grupy obywateli” w Rosji i na Białorusi już na długo przed konkursem protestowały przeciwko Kiełbasie. Do telewizji wysyłano listy, domagające się odmowy transmisji konkursu Eurowizji, by nie propagować „sodomii”. Znany z nietolerancji deputowany petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego Witalij Miłonow wzywał, by w ogóle nie wysyłać rosyjskiej reprezentacji na konkurs: „udział transwestyty i hermafrodyty Conchity Wurst na jednej scenie z naszymi piosenkarkami to propaganda homoseksualizmu i duchowej zgnilizny”.

Opinie komentatorów internetowych pod informacjami na temat konkursu nie są tak jednolite jak zapalczywe reakcje gości programu Rossija-1. Na przykład na stronie rozgłośni Echo Moskwy (http://www.echo.msk.ru/blog/echomsk/1317630-echo/) można przeczytać: „Cudowna Conchita! Cudowna piosenka! Cudowna Europa!”. A zaraz obok: „Hańba Euro-sodomii! Niedługo będą wygrywać brodaci zoofile i nekrofile. Wstrętne!” czy „Oto zobaczyliśmy prawdziwe oblicze Europy”. Są i wpisy sięgające do historii udziału Rosji w konkursie Eurowizji: „mieliśmy już Pierdiuczkę [chodzi o występ Wierki Sierdiuczki, czyli ukraińskiego komika Andrija Danyłki w niewieścim przebraniu, który w 2007 r. reprezentował na konkursie Ukrainę] z głosem skończonej …damy trzęsącej silikonowymi cycuszkami, mieliśmy Biłana [Dima Biłan wygrał konkurs w 2008; o jego domniemanej odmiennej orientacji seksualnej piszą masowo rosyjskie tabloidy] czy Tatu [sugerujące podczas śmiałych występów łączącą je miłość lesbijską]”. Są też komentarze nawiązujące do ujawnionego ostatnio z dużą siłą zamiłowania Rosjan do parad wojsk z wyrzutniami rakiet na czele – pokaz siły podczas uroczystości z okazji Dnia Zwycięstwa robi wrażenie, to fakt. Użytkownik anser napisał: „Należałoby wprowadzić wojska do Europy i zmienić wyniku konkursu”. Reakcja na ten wpis: „Wy się śmiejecie, a zaraz po ogłoszeniu wyników na Twitterze pojawił się rysunek, przedstawiający Putina patrzącego na Conchitę i zapowiadającego rozpoczęcie III wojny światowej”. Fiona ironizuje: „tylko nie rozumiem, dlaczego Putinistan jeszcze bierze udział w Eurowizji. Zróbcie sobie własny konkurs. Ze wszystkimi krajami, które dają 12 punktów za gaz, zawsze będziecie wygrywać”.

Tegoroczny konkurs Eurowizji miał jeszcze jeden ciekawy odcień. Rosyjscy komentatorzy zwracali szczególną uwagę na rywalizację pomiędzy reprezentacjami Rosji i Ukrainy. Maria Jaremczuk z Ukrainy zajęła szóste miejsce z 113 głosami, siostry Maria i Anastazja Tołmaczowe były siódme z 89 głosami. W rosyjskich mediach atmosfera wokół tej rywalizacji była podgrzewana przed konkursem, po konkursie temat wyciszono. Głosy z Krymu zostały zaliczone przez kierownictwo konkursu jako głosy z Ukrainy.

Pieśni do użytku wewnętrznego

Rosja rozśpiewana, Rosja roztańczona. Patriotycznie rozśpiewana, bo takie mamy czasy. Na kulturalnym froncie zmiany, zmiany, zmiany. Na topie – pieśni ku czci zagarnięcia Krymu i wielkiego wodza, który bez jednego wystrzału go zagarnął.

Do napisania tego felietonu zainspirowała mnie publikacja portalu Colta.ru pióra Denisa Bojarinowa: http://www.colta.ru/articles/music_modern/2946, zawierająca krótki przegląd aktualnej rosyjskiej pieśni patriotycznej. Zaczyna patriotyczną listę przebojów song zespołu Niebieskie Berety: http://muz4.me/show_song_9M2lqxOMQdZaoRDZUhBdBDQtiGPRkMu91FqWLnBgv9U=.html (żeby odsłuchać, należy po wejściu na wskazany portal nacisnąć niebieską strzałkę po prawej stronie). Zespół powstał w latach osiemdziesiątych w kręgu „afgańców”, w cytowanej pieśni Berety gorzko śpiewają o losie żołnierza, który ma przelewać krew – zawsze, w każdych czasach tylko tyle i aż tyle, ale z drugiej strony wyrażają dumę z tego, że Rosji boi się cały świat. To centralny punkt odnawiania się imperialnych sentymentów: boją się, więc jest dobrze, wszystko na swoim miejscu.

Tańcująca alternatywa dla poważnych bojowników frontu machizmu to wokalistka (no, powiedzmy) Gluko’Za: http://www.youtube.com/watch?v=GMNBudOfVXw: „Tańcz, Rosjo, płacz, Europo, mam najładniejszą, najładniejszą, najładniejszą -upę” – śpiewa Gluko’Za, filuternie pokazując przy tym publiczności wzmiankowaną część ciała ze wszystkimi czterema literami. Nowy typ broni biologicznej, jak się patrzy. Głównie patrzy, słucha – niekoniecznie. Młodociane wydanie żeńskiej odmiany rosyjskiego patriotyzmu to Waria Striżak: http://www.youtube.com/watch?v=Eu2Yq-qUw5Y albo http://www.youtube.com/watch?v=XnVQe662ngk. Blondyneczka z gimnazjum śpiewa patriotyczne hymny całkiem profesjonalnie. „Nie ma wspanialszego kraju niż Rosja, Rosjo, zdobywaj nowe szczyty”. Klipy też są profesjonalne, zrealizowane w stylu a la wielkoruskie wydanie Nikity Michałkowa. Nie wiadomo, kto daje kasę na te realizacje, które muszą kosztować niemało.

Oddzielny gatunek stanowi niezwykle popularny piosenkarz Stas Michajłow. Samouk, brzdąkający na gitarze, mający melodramatyczną duszę i apelujący do czułych zakątków serc niewieściej części narodu. Ta część narodu też ma swoje patriotyczne uniesienia, niekoniecznie korespondujące z wizją Gluko’Zy. Dania serwowane przez Michajłowa są dla nich w sam raz, tu nie trzeba mieć najładniejszej -upy, tu trzeba wierzyć, że Ruś wstaje z kolan, a tchórzliwi wrogowie pierzchają pod naporem rosyjskich patriotów, którzy w boju umierają z uśmiechem na ustach: http://www.youtube.com/watch?v=7oDTcQj4N2Q.

W przeglądzie rosyjskich hitów patriotycznych nie może zabraknąć Igora Rastieriajewa, harmonisty, który z wysoka patrzy na europę (mała litera jest wyrazem stosunku wykonawcy do rzekomych europejskich przyjaciół) i zaklina, by Rosjanie w żadnym razie nie stali się tacy, jak europa:  http://www.youtube.com/watch?v=usx0utmEJzw.

Prezydent Putin najbardziej lubi słuchać jednak patriotycznego balladowego rocka grupy Lube (Rastorgujew i spółka występowali na putinowskich koncertach inauguracyjnych i na koncercie z okazji przyłączenia Krymu pod murami Kremla). „„Za Ciebie, Ojczyzno-Matko” http://www.youtube.com/watch?v=liej39Qvfmc, najnowszy wyrób, odwołuje się do wszystkich duszeszczipatielnych motywów, które znamy z poprzednich przebojów, jak choćby (znów na czasie) „Nie walaj duraka, Amierika”: http://www.youtube.com/watch?v=4wuq1EE8ymc.

Wybuch patriotycznych uczuć, jaki nastąpił w Rosji po aneksji Krymu, znalazł wyraz także w muzyce. Za twórczość wzięli się nie tylko artyści estrady, ale i deputowani. Na przykład deputowany obwodowej dumy z Astrachania Andriej Iwancow śpiewa z towarzyszeniem towarzyszy walki i pracy uczuciową pieśń „Krym”, o tym, jak stęskniony półwysep nareszcie wpada w równie stęsknione ramiona Rosji: http://www.youtube.com/watch?v=p98LUWRA7Rk. Ciekawe, dlaczego nie wysłali ich na konkurs Eurowizji.

Na koniec przeglądu – deser. Pieśń o Putinie, właściwie nabożna inwokacja do Putina „Dawaj, wpieriod, Władimir Putin”. Pieśń powstała dwa lata temu. Wtedy miała taką oprawę wizualną: https://www.youtube.com/watch?v=RNFaHppNrXc. Putin zadumany nad dokumentami, roześmiany w towarzystwie druga Silvio, innych polityków Zachodu i WNP, wyciągający ręce do amerykańskiej sekretarz stanu, wypoczywający na jachcie lub jedzący skromny posiłek w traktierni z żoną Ludmiłą Aleksandrowną, ściskający dłoń Aleksandra Sołżenicyna. W 2012 roku na fali protestów ulicznych powstała prześmiewcza wersja klipu (dwa lata temu Putin dla dużej części społeczeństwa był hersztem bandy oszustów i złodziei vel partii jedna Rosja): https://www.youtube.com/watch?v=U7zmP9_De_s. Ale kolejna fala wydarzeń nakazała napisanie nowego scenariusza. Władimir Slepak, patetyczny autor i wykonawca pieśni politycznie zaangażowanej, uznał za stosowne nagrać nową wersję pieśni i podłożyć ją pod nowe obrazki: olimpiada w Soczi, koncert „Krym w moim sercu”, Władimir Putin bijący w cerkiewny dzwon, dzielący się przemyśleniami z żołnierzami, na tle bojowych orderów, bez Ludmiły, ale za to wzmocniony botoksem. Co więcej, infantylny żeński chórek z wykonania 2012 został zamieniony na złowrogi i męski chór: https://www.youtube.com/watch?v=zKav3p2q4jw.

Dialog. Jednak dialog

Na wschodzie Ukrainy „zielone ludziki” proklamują, prowokują, prorokują. „Rosyjska wiosna” wszelako ciągle się nie udaje w wydaniu ograniczonej operacji specjalnej. Ograniczonej do ograniczonych działań siłowych i szytych grubymi nićmi prowokacji. Rosyjskie samoloty naruszają więc przestrzeń powietrzną Ukrainy. A rosyjska armia ćwiczy znów w odległości kilku kilometrów od granicy z Ukrainą. Straszy? Jątrzy? Dyscyplinuje? Czy szykuje się do skoku? Czy nadal będzie prowadzić hybrid warfare – wojnę hybrydową, najnowszy wynalazek Władimira Putina, chcąc zerwać wybory prezydenckie na Ukrainie?

W swoich nieustannych zabiegach dyplomatycznych przedstawiciele Moskwy podkreślają, że Rosja nie jest stroną w konflikcie na Ukrainie. Zdaniem rosyjskiej dyplomacji, to konflikt wewnętrzny, a Rosja może być obserwatorem, rozjemcą, doradcą. Ruki swobodnyje. Obserwuje sytuację pod specyficznym kątem widzenia. Widzi to, czego nie ma, nie widzi tego, co jest. Ogłoszoną przez Kijów operację antyterrorystyczną mającą na celu wyparcie z okupowanych budynków „zielonych ludzików” nazywa wręcz zbrodnią. „Armia ukraińska przeprowadza operację karną, popełnia zbrodnię wobec własnego narodu” – mówi prezydent Putin. Widocznie zapomniał już, bo to dawno było, że sam poszedł wielką armią na Czeczenię. Operacja antyterrorystyczna na Kaukazie Północnym, terytorium krnąbrnym i ciągle buszującym w wojennym zbożu, trwa zresztą do dziś. Kilka dni temu podano, że „siły specjalne zlikwidowały w Dagestanie terrorystkę samobójczynię”, wcześniej w trakcie operacji antyterrorystycznej zlikwidowano pięciu bojowników. Ale to sukces rosyjskich służb specjalnych i nic poza tym, żadnych analogii. Żadnych. Nie, nie, to nie są podwójne standardy, w rozumieniu Moskwy podwójne standardy to wyłączna domena zdradliwego i tchórzliwego Zachodu.

Ciekawe pytanie zadaje w swoim blogu Marat Gelman: „Gdy na Majdanie trwał protest, 38 procent mieszkańców obwodu donieckiego chciało przyłączyć się do Rosji. Teraz 18 procent. Spytałem, dlaczego tak się dzieje. Otrzymałem odpowiedź: mieszkańcy oglądają te same programy, co i w Rosji, ale w odróżnieniu od Rosjan wiedzą, co naprawdę się dzieje”. A skoro mówimy o programach rosyjskiej telewizji, to zwróciłam uwagę na pewien fragment zajmującego talk show „Politika” (1tv). Prowadzący Piotr Tołstoj zaprosił do studia m.in. uczestników wydarzeń we wschodnich regionach Ukrainy. Jeden z nich opowiadał o takim epizodzie: „podchodzi mężczyzna i coś mówi po ukraińsku, a ja po ukraińsku nie bardzo rozumiem”. Mieszkaniec Ukrainy. Nie rozumie po ukraińsku najprostszych rzeczy. Rosja jako jeden z argumentów wyciąga złe traktowanie języka rosyjskiego na Ukrainie. Jak uchował się od ukrainizacji ten mieszkaniec wschodu Ukrainy? Jakim językiem się posługiwał? Syngaleskim?

Ułaskawiony w zeszłym roku Michaił Chodorkowski chce się posługiwać nawet w sytuacji tak rozognionego konfliktu językiem dialogu. Ponownie wybrał się do Kijowa, gdzie zorganizował dwudniowy kongres „Ukraina – Rosja: dialog” – symboliczną akcję solidarności rosyjskiej i ukraińskiej inteligencji na rzecz poszukiwania dróg przeciwdziałania wojnie informacyjnej i propagandzie państwowej. Podsumowaniem dyskusji o sytuacji na Ukrainie, ze szczególnym uwzględnieniem wschodnich regionów, roli Cerkwi, mediów, statusie języka rosyjskiego, była rezolucja „O odrodzenie i rozwój współdziałania kulturalno-intelektualnego”. Z rosyjskiej strony do dialogu w zorganizowanym przez Chodorkowskiego forum przystąpili, jak to określił jeden z uczestników, weteran radzieckich dysydentów Aleksandr Daniel, „odszczepieńcy, narodowi zdrajcy i żydobanderowcy. Nasi ukraińscy przyjaciele powinni zdawać sobie sprawę, że my wszyscy razem bardzo mało możemy, ale każdy z nas z osobna może bardzo dużo. Nowa epoka, która zaczęła się pod koniec lutego, to nie epoka zbiorowej odpowiedzialności, w Rosji to epoka indywidualnej odpowiedzialności, każdy odpowiada za siebie, za to, co robi”.

Siergiej Kowalow, który ze względu na stan zdrowia nie mógł dotrzeć do Kijowa, wystosował list. List znacznie mniej optymistyczny niż wiele głosów na kongresie, wyrażających nadzieję, że można się dogadać, że inteligencja stanowi siłę mającą coś do powiedzenia. Kowalow uważa, że podział w łonie inteligencji, jaki nastąpił na linii stosunku do aneksji Krymu i polityki Kremla wobec Ukrainy, jest świadectwem bezsilności tych, którzy są przeciw władzy. Zacytuję fragment: „Niestety nie chodzi tylko o mizernych wychowanków KGB. Mamy takie władze, na jakie zasługujemy. Ponad siedemdziesiąt procent ludzi, którzy z entuzjazmem witają aneksję Krymu i kurs Putina na granicy nowych ingerencji, to usprawiedliwienie dla poczynań władz. […] Władze są wychwalane też przez niemałą grupę ludzi cieszących się autorytetem. Wydaje się, że ta część rosyjskiej inteligencji nie zdaje sobie sprawy, jak wielki wnosi wkład w nadchodzące krwawe wydarzenia. Wydaje się, że i w samej Rosji napełnią się więzienia, wydaje się, że znajdą się ci, którzy poprą rządy twardej ręki. Naród, który jest gotów znosić przemoc, sam staje się gwałcicielem. To nasza wina. Pozostaje mi tylko powiedzieć przyjaciołom, z którymi dzieliłem więzienny chleb: wybaczcie nam”.

Gorzko.

Forsa, forsa, wielka, mała

Najpierw o swoich ubiegłorocznych dochodach poinformował Barack Obama – we wspólnym oświadczeniu podatkowym z małżonką wykazał dochód 481 tys. dolarów (o 127 tys. dolarów mniej niż w poprzednim roku), z czego 59 tys. państwo Obamowie przeznaczyli na cele charytatywne. Kilka dni później deklarację wypełnił i opublikował prezydent Władimir Putin. W 2013 roku WWP zarobił 3,67 mln rubli (łatwo przeliczyć na dolary: dzisiaj kurs dolara w Rosji wynosił 36,1 rubli). A więc prawie pięć razy mniej niż lokator Białego Domu. Ba, nawet mniej niż premier Dmitrij Miedwiediew, który według oficjalnie podanych danych zarobił 4,26 mln rubli. O kwotach przeznaczanych przez władców Rosji na cele charytatywne żadnej wzmianki nie spotkałam. Natomiast dzisiaj pojawiła się wzmianka o nowym dekrecie prezydenta: sobie i Dmitrijowi Anatoljewiczowi Putin podniósł uposażenia 2,6 razy; „w celach zapewnienia gwarancji socjalnych osobom, piastującym odpowiednie urzędy państwowe”. Nawet wtedy jednak rosyjski prezydent nie prześcignie pod względem wysokości dochodów amerykańskiego partnera. No cóż, regionalne mocarstwo to tylko regionalne mocarstwo.

W deklaracji majątkowej prezydent Rosji wymienił, jak i rok temu, dwa mieszkania: o powierzchni 153,7 metra kwadratowego i 77 metrów oraz działkę i garaż. Prezydent rozliczał się z fiskusem sam, to znaczy bez małżonki. Niedawno agencje doniosły, że dopiero teraz orzeczono rozwód państwa Putinów, o którym ogłosili oni urbi et orbi już w ubiegłym roku.

Ale cóż tu porównywać się z zamorskim kolegą, skoro nawet na własnym podwórku prezydent Rosji nie wygląda w myśl opublikowanych deklaracji na krezusa. Więcej od szefa zarobili Siergiej Iwanow, kierujący prezydencką kancelarią (11 mln) i jego zastępca Wiaczesław Wołodin (14 mln). Mało tego – rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow wykazał w deklaracji dochody wyższe niż zwierzchnik: 9 mln rubli, a jego żona – 5 mln. Żony wysokich rosyjskich urzędników państwowych w ogóle wyjątkowo są zdolne, jeśli chodzi o biznes i inne rodzaje działalności przynoszących duże zarobki. Na przykład żona kierownika wydziału administracji prezydenta Olega Morozowa zarobiła w ubiegłym roku 84 mln rubli, podczas gdy mąż – zaledwie 7 mln (też więcej od prezydenta zresztą).

Kiedy słucha się wystąpień deputowanych i senatorów w rosyjskim parlamencie lub mediach, można wyciągnąć wniosek, że bardzo nie lubią oni Zachodu, jego zgniłych wartości, jego obłudy itd. Z różnych trybun padają ostatnio wezwania do ograniczenia, wręcz zerwania współpracy, bojkotu towarów, wygnania z Rosji McDonaldsa, wprowadzenia zakazu sprzedaży coca coli. Choć jak się bliżej przyjrzeć wybrańcom rosyjskiego narodu, to jeżdżą mercami i BMW, a nie ładą, noszą wyroby Armaniego, a nie zakładów odzieżowych z Iwanowa, kwasu chlebowego też chyba na co dzień nie piją. Z majątkowych deklaracji ministrów, deputowanych, senatorów wyziera wielka miłość do zagranicznych nieruchomości: wille w Hiszpanii, mieszkania w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Włoszech, apartamenty w Bułgarii, a ponadto jachty. Niektórzy z wysoko postawionych polityków zostali wpisani na czarne listy, sankcje obejmują m.in. zakaz wjazdu do krajów zachodnich – nieruchomości pozostały więc na Lazurowym Wybrzeżu, a właściciele muszą się kontentować perspektywą spędzania wakacji w ojczyźnie. Przy czym krajowe posiadłości członków ekipy rządzącej nie wyglądają na kawalerki w chruszczowce. Mistrz teatru marionetek, typowany na autora akcji „rosyjska wiosna” na wschodzie Ukrainy, Władisław Surkow mieszka w osiedlu willowym Jezioro Łabędzie – dwuhektarowe włości z dwoma domami należą oficjalnie do jego połowicy, zdolnej bizneswoman. W niedostępnej cytadeli w podmoskiewskim Szulginie mieszka doradca prezydenta ds. Ukrainy Siergiej Głazjew (też jest na czarnej liście). Posiadłość tę dwa lata temu kupiła żona Głazjewa, Oksana. Rynkowa wartość samej działki Głazjewów, jak informuje skrupulatnie Newsru.com, wynosi około 100 mln rubli, a na działce stoi jeszcze przecież spory dom, też wart miliony. Tymczasem Głazjew wykazał w deklaracji dochód 4 mln rubli.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu majątku Władimira Putina. Dwa mieszkania i garaż – tyle wiemy oficjalnie. A o domniemanych majętnościach WWP pisano od ładnych paru lat. Już w 2007 r. osobisty majątek Putina wyceniano na 40 mld dolarów. Prezydent miał zarabiać na akcjach Gazpromu i kompanii Gunvor. Jej – do niedawna – współwłaściciel Giennadij Timczenko typowany był przez niektóre tytuły prasowe na „opiekuna” puli należącej do Putina. Ci, którzy publikowali te dane, twierdzili, że musi to być prawda, gdyż nigdy nikt nie pozwał ich do sądu za podawanie tych danych i nie zarzucił kłamstwa.

Giennadij Timczenko został objęty amerykańskimi sankcjami po aneksji Krymu przez Rosję. Przypomnę, że na dzień przed ogłoszeniem listy szczęśliwie pozbył się akcji Gunvoru. A kilka dni temu opowiadał w rosyjskiej telewizji, że zawczasu zdążył wytransferować środki do Rosji i „są one teraz bezpieczne w rosyjskich bankach”. Zapewnił, że będzie inwestował w Rosji. To takie patriotyczne. Przypomnę jeszcze, że wykazane w deklaracjach pensje od marca prezydent przekazuje na konto w banku Rossija, objętym sankcjami Zachodu. Też w patriotycznym geście.