Archiwum kategorii: Bez kategorii

Kto strzelał do pułkownika?

Sześcioma strzałami w centrum Moskwy na Komsomolskim prospekcie 10 czerwca został zabity pułkownik Jurij Budanow.

W 2003 roku został skazany za zgwałcenie i zabójstwo młodej Czeczenki Elzy Kungajewej (2000 rok). Przez jednych został obwołany prawdziwym patriotą Rosji, działającym twardo w myśl praw wojny, dla innych był zbrodniarzem wojennym, a jego przestępstwo – symbolem łamania praw człowieka w czasach czeczeńskiej wojny. Dla wszystkich – symbolem tej wojny, która, jak widać, ciągle trwa i zbiera żniwo. Zabójstwo pułkownika spowodowało szok w społeczeństwie. W centrum Moskwy wprowadzono dodatkowe patrole policyjne, władze obawiają się demonstracji nacjonalistów.

Komentatorzy mówią: to zemsta. Tradycyjna kaukaska zemsta na mordercy. Śmierć za śmierć, oko za oko, ząb za ząb. Stosunki Kremla i Czeczenii – pokrętne, nieprzejrzyste, oparte na umowie Putin-Kadyrow, a jednocześnie wstrząsane ciągłymi skandalami – po zabójstwie pułkownika staną się jeszcze bardziej napięte. Znowu się zacznie dyskusja, kto wygrał czeczeńską wojnę, czym jest dla Rosji Kaukaz Północny, a w szczególności Czeczenia. Bo faktycznie, ta wojna nadal trwa – i nie są to tylko porcjowano co jakiś czas informacje o udanych rajdach rosyjskich służb, ścigających ciągle czynnych partyzantów w lasach i górach, ale też nierozliczone zbrodnie tamtej wojny.

Inni komentatorzy mówią: Budanow już jakiś czas był na wolności (wyszedł w 2009 roku „po UDO”, czyli warunkowo przed terminem), żył bez mała w ukryciu, nie afiszował się, a został zabity nieoczekiwanie właśnie teraz – w przededniu kampanii wyborczych do parlamentu i prezydenckiej. Komitet Śledczy nie wyklucza, że zabójstwo ma na celu destabilizację sytuacji w kraju.

A może zabójstwo pułkownika nie miało związku z jego zbrodnią wojenną w Czeczenii? Śledztwo trwa. Dzisiaj podano do wiadomości, że eksperci znaleźli na miejscu zbrodni ślady pozwalające ustalić DNA sprawców. Czy tym razem uda się wykryć zabójców i ich zleceniodawców?

Zacytuję Aleksieja Waszczenkę, który w Radiu Swoboda mówił: „Zabójstwo Budanowa jest rezultatem złej polityki rosyjskich władz wobec Kaukazu. To także wyzwanie rzucone rosyjskiemu społeczeństwu. Owszem, Jurij Budanow popełnił zbrodnię w Czeczenii. Ale po odbyciu kary w obliczu prawa był czysty. Państwo rosyjskie nie było w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa. W Moskwie regularnie dochodzi do głośnych zabójstw na zamówienie, w których widać „kaukaski ślad”, […] żadne z nich nie zostało wyjaśnione. Co dzieje się dziś w Czeczenii? Ramzan Kadyrow nie ukrywa, że porządek społeczny opiera się na szariacie. Rosyjskie prawodawstwo, konstytucja – to rzecz drugorzędna. A rzeczy pierwszorzędne to szariat, prawo do zemsty. […] Myślę, że szef Czeczeńskiej Republiki Ramzan Kadyrow będzie zadowolony, że pułkownika Budanowa nie ma już wśród żywych. Dlaczego tak myślę? Dlatego że wiem, że w Czeczenii nie przeprowadzono żadnej pracy, aby uspokoić sytuację, przekonać społeczeństwo wzburzone historią z Jurijem Budanowem. Wręcz przeciwnie – przedstawiciele miejscowych władz przez cały czas twierdzili, że wcześniej czy później ten człowiek – zgodnie z tradycyjnymi czeczeńskimi obyczajami dostanie za swoje. Powtarzam: podobne rzeczy dzieją się w Moskwie regularnie. Ale skoro Kadyrow jest przyjacielem Putina, to znaczy, że wszystko mu wolno?”.

Czy wyspy szczęśliwe uznały niepodległość Abchazji?

Separatystyczna prowincja Gruzji, Abchazja została uznana za niepodległe państwo w sierpniu 2008 roku przez Federację Rosyjską po wojnie pięciodniowej. Potem w ślady Rosji poszły ochoczo Nikaragua, Wenezuela i Nauru. W zeszłym tygodniu powstało zamieszanie z powodu wiadomości, a potem dementi, a potem znowu potwierdzenia i kolejnego dementi, że niepodległość Suchumi uznał archipelag wysp szczęśliwych w pobliżu Australii – Vanuatu. Według rozrywkowego rankingu najszczęśliwszych społeczeństw właśnie obywatele Vanuatu (a jest ich około dwustu tysięcy) uznają się za najszczęśliwszą nację. Widocznie do szczęścia brakowało im tylko uznania niepodległości Abchazji. I oto MSZ Abchazji ogłosił 1 czerwca, że władze Vanuatu uznały niepodległość Abchazji. Tylko Abchazji, a nie również Osetii Południowej – drugiej separatystycznej gruzińskiej prowincji, z którą, jeśli chodzi o uznawanie niepodległości Abchazja chodzi w parze. Trochę się to uznanie w związku z tym wydało dziwne, ale kto się zna na tajnikach polityki zagranicznej Vanuatu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Rosja już zdążyła wyrazić niezmierną radość z powodu dopełnienia szczęśliwości wysp Vanuatu, a tu Vanuatu mówi ustami swego przedstawiciela w ONZ Donalda Kalpokasa, że o żadnym uznaniu niepodległości Abchazji nie może być mowy. Gruzińska telewizja Rustawi-2 nadaje 3 czerwca wypowiedź Kalpokasa, który dodaje, że Vanuatu uznaje integralność terytorialną Gruzji (a więc nie może jednocześnie uznawać niepodległości jednej z jej prowincji). Abchaski MSZ przysięga, że to nieporozumienie, że odpowiednie dokumenty zostały podpisane 23 maja. Ale na razie nikt tych dokumentów nie widział. Komentatorzy na forach internetowych zauważyli, że widocznie w charakterze premiera Vanuatu w domniemanych rozmowach z premierem Abchazji wystąpił Wielki Kombinator – Ostap Bender, bohater nieśmiertelnego dzieła „Dwanaście krzeseł” Ilfa i Pietrowa. To rzeczywiście numer w jego stylu.

W Vanuatu trwają teraz tygodniowe wakacje, ludzie szczęśliwi balują, urzędy są zamknięte, więc trudno się dobić u oficjalnych czynników jasnej odpowiedzi na pytanie, kto kogo uznawał i za co.

Lustruje u nas Gruzin

Rosyjscy parlamentarzyści gniewnie zareagowali na przyjęcie przez gruzińskich parlamentarzystów ustawy lustracyjnej. Dlaczego?

Zgodnie z ustawą byli funkcjonariusze KGB i GRU oraz osoby pełniące wysokie funkcje we władzach partii komunistycznej i Komsomołu nie mogą sprawować urzędów w kancelarii prezydenta, rządzie, sądownictwie, zajmować stanowisk rektorów wyższych uczelni, szefów stacji TV itd. Byli kagebiści mogą natomiast startować w wyborach do parlamentu, pod warunkiem że złożą oświadczenie o współpracy (a zatem mogą prowadzić działalność polityczną). Ustawa jest wzorowana na podobnych aktach przyjętych w Niemczech, Czechach, Polsce, na Litwie.

„Nie bardzo wiadomo, dlaczego deputowani rosyjskiej Dumy Państwowej jęli rwać włosy z głowy w histerycznym wyrazie wielkiego oburzenia wobec postanowień gruzińskiego parlamentu. Gdyby w Rosji opublikować taką informację [o niegdysiejszej współpracy z KGB], to szanse na otrzymanie mandatu deputowanego wzrosłyby do co najmniej 110 procent. Dlatego że w Rosji organy wyrastają wprost z ludu, a operacja ich ujawnienia zajmie wieki – ironizuje na łamach „Nowej Gaziety” Leonid Florientjew. – W zasadzie można od biedy zrozumieć wegetatywną nerwową reakcję deputowanego Charitonowa, który krzyczał o zdradzie ojców i dziadów, ten wybitny działacz Partii Agrarnej dopiero niedawno wyrwał się naprzód w wytężonej intelektualnej rywalizacji z marchewką. Należy też wyrozumiale odnieść się do utraty samokontroli ze strony deputowanego Griszankowa – na jego korzyść przemawia okoliczność łagodząca: w 1991 roku ukończył on wyższe kursy KGB w Tbilisi”. Dalej komentator podpowiada, że w Rosji należałoby koniecznie przeprowadzić lustrację, tyle że nie w celu wyeliminowania byłych współpracowników tajnych specsłużb, a w celu uporządkowania kwestii kadrowych. „W Rosji wszystkie, tym bardziej państwowe stanowiska, a także funkcje kierownicze w zarządach największych przedsiębiorstwach obsadzane muszą być na podstawie lustracji: osoby, które uprzednio nie były funkcjonariuszami służb specjalnych, donosicielami czy ewentualnie komsomolskimi aktywistami, nie mają prawa piastować żadnych urzędów. Gdyby ustawa lustracyjna wprowadzała takie zasady, to przyjęto by ją z wielkim entuzjazmem głosami 95 procent deputowanych i jeszcze każdemu obywatelowi dołożono by po lustrze”.

Wielu rosyjskich komentatorów, którzy zareagowali mniej histerycznie niż wyżej wymienieni deputowani, odniosło się do gruzińskiej lustracji z wielką rezerwą, uznając, że jest ona przede wszystkim antyrosyjska, niektórzy wysuwali przypuszczenie, że przyjęcie ustawy wynika z osobistej niechęci prezydenta Saakaszwilego do Władimira Putina (tak na marginesie – niechęć jest obopólna, wszelkie poczynania Saakaszwilego są na szczytach władzy w Moskwie odbierane jako antyrosyjskie, trudno w tej sytuacji o obiektywną ocenę zarówno z jednej, jak i z drugiej strony).

Gruzińska ustawa lustracyjna jest częścią Karty Wolności, która zawiera też zapisy o wyrugowaniu radzieckiej symboliki z życia publicznego. W ten sposób Gruzja próbuje odejść od tradycji Sowietów. Może to właśnie dlatego taki gwałt podniesiono w Dumie (i nie tylko) – Rosja ciągle nie odchodzi od tej tradycji, co więcej: liczne jej elementy mają się świetnie, podlegają mutacji i adaptacji do współczesnych warunków i wymagań.

Ten wygra, kto lepiej nakłamie

Dziennikarze „Nowej Gaziety” prowadzą ranking największych kłamstw i kłamstewek, jakich dopuszczają się wysocy urzędnicy i osoby publiczne. W dzisiejszym wydaniu przedstawiono pięć kandydatur do tytułu „kłamstwa maja”. Czytelnicy mogą głosować przez Internet.

Historia pierwsza. Ideologia czy odebranie „migałki” [koguta na dachu samochodu, który pozwala na omijanie korków], czyli spór Nikity Michałkowa z Ministerstwem Obrony.

Informacja o tym, że znany reżyser, jeden z głównych przedstawicieli ideologii państwowotwórczej Nikita Michałkow wszedł w spór ze społeczną radą resortu obrony, przedostała się do mediów nieoczekiwanie dla samego bohatera tej opowieści. Michałkow twierdził, że sam zwrócił się do ministra z prośbą o zwolnienie z obowiązków z powodu ideologicznych rozbieżności. Rozstanie z radą oznaczało utratę przywileju korzystania z „migałki”. Michałkow skrytykował resort m.in. za nieodpowiednią jego zdaniem organizację defilad z okazji 9 maja. Tymczasem przedstawiciele ministerstwa stwierdzili, że Michałkow obraził się na ministra, gdyż ten zgodnie z rozporządzeniem o zmniejszeniu liczby „migałek” odebrał ją Michałkowowi.

Przywileje dygnitarzy, korzystających z dobrodziejstwa „migałek” od wielu miesięcy są przedmiotem ostrego protestu zwyczajnych użytkowników ruchu ulicznego. Samochody z „migałkami” nie tylko wymuszają przejazd na zatkanych do granic możliwości moskiewskich ulicach, ale dopuszczają się innych wykroczeń. Zresztą jak donieśli czujni blogerzy, Michałkow i bez „migałki” jeździ teraz jak szalony, nie przejmując się przepisami drogowymi.

Historia druga. Cud w Charkowie – liczbę wiernych, którzy przybyli na nabożeństwo odprawiane przez patriarchę Moskwy i Całej Rusi Cyryla, powiększono ośmiokrotnie.

Uroczysta liturgia z udziałem patriarchy odbyła się podczas jego wizyty duszpasterskiej w Charkowie 8 maja. Na oficjalnej stronie internetowej Patriarchatu Moskiewskiego poinformowano o przybyciu 40 tys. wiernych. Zdaniem obecnych na nabożeństwie dziennikarzy, przyszło nie więcej niż 5 tys. Autorka zdjęcia z wydarzenia przyznała się, że dzięki obróbce komputerowej zwiększyła liczbę obecnych. Kilka ukraińskich mediów opublikowało tę informację o komputerowym rozmnożeniu wiernych, ale publikacje zostały zdjęte ze stron internetowych, w odpowiedzi na cenzurę blogerzy zamieścili na swoich blogach dokładne informacje o zastosowaniu fotoshopu w relacjach z wizyty Cyryla. Przedstawiciele charkowskiej eparchii uznali doniesienia o dodawaniu wiernych na uroczystości za wierutne kłamstwo.

Cyryl często przyjeżdża na Ukrainę, starając się z całą mocą podkreślić jedność terytorium kanonicznego patriarchatu moskiewskiego. Rosyjskie media przykładają ogromną wagę do relacji z podróży patriarchy po Ukrainie, podkreślając entuzjazm, z jakim patriarcha jest witany przez wiernych. Kiedyś Wojciech Młynarski śpiewał: „Przyszło mało, a pokazać trzeba dużo”. Jak widać, piosenka po latach nadal jest aktualna.

Historia trzecia. Pierwyj Kanał rosyjskiej telewizji przez kilka dni międlił rzekomą sensację o innych okolicznościach śmierci Osamy bin Ladena niż te, które podali Amerykanie.

W głównym wydaniu programu informacyjnego głównego kanału rosyjskiej telewizji pokazano eks-agenta amerykańskiego wywiadu, z pochodzenia Czeczena, który oznajmił, że Osama zmarł śmiercią naturalną prawie pięć lat temu. Agent Bercan Yashar, wedle jego słów, sam też poznał bin Ladena w 1992 roku, gdy ten był z wizytą w Groznym.

Dzieci już były po dobranocce i poszły spać, a szkoda – posłuchałyby sobie jeszcze przed snem baśni z tysiąca i jednej nocy w wykonaniu czołowego rosyjskiego dziennikarza, którzy bez słowa komentarza pozwolił swemu dziwnemu rozmówcy wciskać ten kit.

Historia czwarta. Dochody deputowanych Dumy Państwowej.

W maju deputowani spełnili obowiązek opublikowania swoich dochodów za 2010 rok. „Nowaja Gazieta” zestawiła deklaracje m.in. z listą Forbesa. Najbogatszymi wybrańcami ludu są członkowie „partii władzy” Jedna Rosja, w parlamencie zasiada kilku miliarderów. Tymczasem oficjalne uposażenie miesięczne deputowanego wynosi ok. 2 mln rubli rocznie. Jedno z szokujących zestawień: Aleksandr Skorobogat’ko w rankingu miliarderów figuruje z majątkiem wartym 1,7 mld dolarów (w roku 2010 zwiększył stan posiadania o 600 mln dolarów), tymczasem w deklaracji wskazał kwotę 2,1 mln rubli (rubli, nie dolarów).

Bardzo ciekawe byłoby przestudiowanie deklaracji o majątkach żon rosyjskich polityków. Ogólna tendencja jest taka, że wysoko postawiony urzędnik (czy deputowany) jest, zgodnie z deklaracją, biedny jak mysz kościelna, za to małżonki pływają w dolarach, willach, fabryczkach itd. jak pączki w maśle.

Historia piąta. Reakcja kancelarii prezydenta na publikację „Nowej Gaziety” w sprawie przewał przy rekonstrukcji Grobu Nieznanego Żołnierza w parku Aleksandrowskim w Moskwie.

W materiale prasowym przedstawiono dokumenty, świadczące o przekręcie na kwotę 91 mln rubli. Początkowo wydział gospodarczy kancelarii prezydenta nie zechciał skomentować sytuacji. Potem zaś jeden z urzędników oskarżył gazetę o oszczerstwo.

Ciekawa jestem wyników głosowania. A na którą z tych miłych historii Państwo oddaliby swój głos?

Wspólnota apostoła Putina dni nieskończonych

Matka Fotinia sześć lat temu założyła w miejscowości Bolszaja Jelnia w obwodzie niżnonowogrodzkim wspólnotę wyznawców Władimira Putina. [Pisałam o tym kuriozum swego czasu na blogu]. Wedle jej nauk premier jest wcieleniem apostoła Pawła. „Paweł najpierw był żołnierzem rzymskim i prześladowcą chrześcijan – naucza matuszka – dopiero gdy doznał objawienia, zaczął głosić Ewangelię. Putin w czasie służby w KGB też zajmował się bezbożnymi rzeczami, ale gdy został prezydentem, zstąpił nań Duch Święty i zaczął mądrze rządzić ludem Bożym. Ciężko mu, ale przecież wykonuje dzieło Boże”.

Przez lata nie było słychać o sekcie, modlącej się do portretów Władimira Władimirowicza vel Szawła-Pawła. Wiadomo było tylko, że do wspólnoty przyjeżdżają współwyznawcy z całego kraju. Matuszka wydała kilka broszurek, w których doradzała wiernym, jak odpędzić wiedźmy, leczyć oddechem czy żyć w zdrowiu dzięki magicznym praktykom i talizmanom. Teraz znowu zainteresowanie mediów wzrosło. Może w kontekście przedwyborczym. Matuszka Fotinia, w przeszłości Swietłana Frołowa, karana za oszustwo, okazuje się świetnie zorientowana w politycznym kalendarzu i dziś udzielając wywiadu agencji Reutera głosi, że Putin jest przyszłością Rosji. „To postanowione z woli Bożej” – zapewnia.

Sekretarz prasowy premiera Dmitrij Pieskow odżegnuje się od jakichkolwiek powiązań z matką Fotinią i jej wspólnotą: „Premier jest po prostu najpopularniejszym człowiekiem w Rosji, ma wielu zwolenników”.

Fotinia znaczy biała, jasna – matuszka nosi białe szaty, przypominające habit. Widocznie dla podkreślenia świetlistości własnej i obiektu kultu każe śpiewać jego adeptom hymn sekty, radziecki przebój piosenki dziecięcej „Zawsze niech będzie słońce”. Internetowi forumowicze nie pozostawiają na Fotinii i jej sekcie suchej nitki: „To kolejna spec-operacja przedwyborcza”, „Czekistka Fotinia robi swoje”.

 

I znów na Front

Spokojnie, nic się dzieje, wszystko jest pod kontrolą, a właściwie powinno być. Władimir Putin nie lubi niespodzianek. Polityczne poletko musi więc być zawczasu dokładnie zagrabione. Na ostatnich wyborach regionalnych w marcu jego partia Jedna Rosja odniosła zwycięstwo, owszem. Ale chyba coś było nie do końca tak, jak przewidywał przewidywalny scenariusz, bo przed grudniowym aktem przy urnie, kiedy elektorat ma głosować na deputowanych do Dumy Państwowej, następują pewne przetasowania.

Wczoraj pisałam o litościwym uśpieniu partii Sprawiedliwa Rosja, która przez ostatnie pięć lat pełniła rolę alternatywnej partii nomenklaturowej, co miało imitować wielopartyjność i dawało możliwość tym, którzy nie chcieli głosować na Jedną Rosję, oddać głos na kogoś innego, ale też „swojego”. Czy podobną rolę ma odegrać najnowszy projekt – partia Prawoje Dieło? To znaczy partia już istnieje od 2008 roku, została z błogosławieństwem Kremla powołana jako prawicowy projekcik liberalny. Jej trzech liderów o nazwiskach, które niewiele mówią, nie urodziło przez te trzy lata żadnej inicjatywy. Kremlowscy inżynierowie dusz najwidoczniej doszli do wniosku, że projekt wymaga reanimacji i nowej twarzy. Twarz znaleziono – młodą, przystojną, spoza polityki. W czerwcu ma się odbyć zjazd partyjki, na której zostanie zatwierdzona kandydatura nowego przewodniczącego. Ma nim zostać Michaił Prochorow. Trzeci na liście najbogatszych Rosjan. Najlepsza partia w Rosji (co za gra słów), ciągle stanu wolnego. Autor projektu produkowania jo-mobile – rosyjskiego małolitrażowego samochodu oraz autor jednego z najgłośniejszych skandali obyczajowo-politycznych przed kilku laty (został zatrzymany w słynnym kurorcie Courchevel w towarzystwie licznych dam niezbyt ciężkich obyczajów), kilka miesięcy temu wystąpił z inicjatywą znaczącego wydłużenia tygodnia pracy.

O nowym partyjnym projekcie traktuje kolejny wierszyk Dmitrija Bykowa w interpretacji Michaiła Jefriemowa „Wujek Stiopa, miliarder”:  http://www.echo.msk.ru/programs/citizen/777547-echo/ (nawiązanie do znanego wszystkim radzieckim dzieciom wierszyka Siergieja Michałkowa o wujku Stiopie, milicjancie). Na giełdzie scenariuszy chodzi m.in. taki: Prawoje Dieło dostaje podczas grudniowego aktu przy urnie kilkanaście procent, wchodzi do Dumy, po marcowej imitacji wyborów prezydenckich Prochorow zostaje premierem. Czy to możliwe? Teoretycznie jak najbardziej tak. Żadnych obiekcji, może poza jedną: Prochorow ma 204 cm wzrostu.

Równolegle do zabiegów wokół partii Prawoje Dieło toczy się batalia o front. Widocznie premier Putin nie może bez walki i bez militarystycznych skojarzeń. Postanowił powołać Ogólnorosyjski Front Narodowy. Wspólny Front z Putinem tworzą zwartym frontem organizacje przedsiębiorców, weteranów wojny afgańskiej, kremlowskie młodzieżówki, emeryci, liga kobiet, związki zawodowe. Jednym słowem – koryfeusze życia politycznego. I społem mają „rieszat’ problemy”.

Po co Putinowi nowy front w starym stylu? Przecież i tak jest nacliderem. Przez te lata, kiedy przesiadł się w mniej wygodny fotel premiera, nikt nie zagroził jego pozycji samca-alfa.  Czy frontową inicjatywę można potraktować poważnie? Julia Łatynina w „Nowej Gazecie” z przekąsem napisała: „Utworzenie Frontu Narodowego to groźny ryk szefa: „Ja tutaj rządzę. Może jeszcze ktoś nie dosłyszał?”. Inna sprawa, że groźny ryk brzmi jakoś żałośnie. Organizacja nazywa się Ogólnorosyjski Front Narodowy. Z kim walczą wierni Putinowi emeryci, budowlańcy i weterani? Z Chodorkowskim, który siedzi w więzieniu [w tym tygodniu oddalono apelację i niepokorny oligarcha za chwilę znowu zasili szeregi zeków gdzieś na świeżym syberyjskim powietrzu]? Z Miedwiediewem? Z krwawym reżimem w USA? I o co walczą? O prawo szefa do zbudowania sobie dwieście trzynastego pałacu? O to, by jego znajomi mogli nie przestrzegać przepisów ruchu drogowego i rozjeżdżać ludzi? O to, by oszuści mogli sobie kupić willę w Dubaju? Gdzie będzie znajdować się filia Frontu Narodowego? W kantonie Zug, jak jadowicie zażartował Aleksiej Nawalny”. W kantonie Zug porejestrowane są różne ciekawe firmy, należące do ludzi, którzy nie chcą przyznawać się do znajomości z premierem.

Więc wszyscy na front. Wszystko dla frontu. Pełna mobilizacja, wszystkie głosy do urny. I co jeszcze? A na razie to wszystko.

Rosja jest tylko Jedna

W tym tygodniu amatorzy życia partyjnego w Rosji mieli okazję pożegnać się z obrońcą chochołów piżmowych, wieloletnim przewodniczącym partii Sprawiedliwa Rosja i przewodniczącym izby wyższej rosyjskiego parlamentu Siergiejem Mironowem. Sprawiedliwa Rosja powstała w 2006 roku jako „lewa nóżka” partyjnego dekorum na rosyjskiej scenie politycznej. Miała imitować pluralizm partyjny do spółki z zajmującą poczesne miejsce w sztucznym partyjnym landszafcie – Jedną Rosją. Na czele Jednej Rosji stanął sam Władimir Władimirowicz Putin (choć jej członkiem nie został – palił, ale się nie zaciągał), wiadomo więc było, gdzie świeci słońce i która partia jest ważniejsza.

Mironow był lojalny wobec Putina w każdym calu. Jego idealnie opływowe polityczne kształty pasowały zresztą do każdej konfiguracji. Formalnie jako przewodniczący Rady Federacji był trzecią osobą w państwie, faktycznie nie miał samodzielnej pozycji. Zasiadał, przewodniczył, spotykał się, przecinał, firmował obśmiewane nawet przez zwykle poważnych komentatorów projekty w rodzaju ochrony zagrożonego gatunku chochołów piżmowych, czyli wychucholi. Nie wiadomo, ile tych zwierzątek Sprawiedliwa Rosja ochroniła, wiadomo natomiast, że sama partia była projektem dętym i nieskutecznym, nawet jak na mizerne wymagania partyjności w Rosji. Próbowała się przydawać, pokrzykiwać na Jedną Rosję, której zarzucała żarłoczność i bezpardonowość. Ale pomysłów na program czy choćby jakieś wyraziste hasło – jak na lekarstwo. Taka bezbarwna nomenklatura, zawsze druga w kolejce. Raz tylko, niedawno, z parlamentarnej trybuny członek władz partii wystąpił z ostrzejszym pytaniem w obecności premiera Putina, wszyscy się trochę zdziwili prawdomówności i animuszowi mówcy, ale zaraz potem wzruszyli ramionami i wrócili do swoich zabawek. No bo kogo może obchodzić skarga pantoflarza na krewkie poczynania połowicy wymachującej wałkiem?

No i pewnego pięknego dnia okazało się, że Mironow musi odejść. Musi to musi. Nikt z towarzyszy partyjnych nawet nie spytał, „a dlaczego, drogi Siergieju Michajłowiczu, kochany nasz przywódco, dlaczego odchodzicie, wychuchole będą płakać”. Mironow przestał być spikerem Rady Federacji, wcześniej ustąpił z przewodniczenia partii Sprawiedliwa Rosja, będzie tylko szeregowym deputowanym. Notowania partii momentalnie spadły poniżej progu wyborczego. Można powiedzieć, że nie ma już Sprawiedliwej Rosji. Projekt został dyskretnie zatopiony. Na życzenie góry powstał i na życzenie góry odchodzi w niebyt. Niektóre wróble ćwierkały, że Sprawiedliwa Rosja mogłaby się stać zapleczem partyjnym Dmitrija Miedwiediewa, gdyby prezydent zechciał rozwinąć działalność polityczną. Ale dziś wygląda na to, że te nadzieje płonne – jeśli w ogóle ktokolwiek je miał – rozwiały się na wietrze. Wróble ćwierkały jeszcze, że Mironowa nie cierpi Władisław Surkow, główny inżynier dusz Kremla, który przygotowuje „wyborcze” operacje specjalne.

Dziś Mironow pisze w blogu, że jako swe zadanie widzi walkę z korupcją, gdyż prezydent i premier sami sobie z tą hydrą nie poradzą. On gotów jest do tej walki stanąć, fuknąć groźnie na partię władzy – Jedną Rosję, która w dążeniu do wygrania wyborów nie przebiera w środkach, a już na pewno nie walczy z korupcją. Należałoby życzyć panu Mironowowi powodzenia w tym szlachetnym zamiarze. Z korupcją w Rosji walczą wszyscy, to i on się przyda.

Ale wróćmy do życia partyjnego. Przecież brak Sprawiedliwej Rosji nie może zatrzymać wartkiego prądu przemian – spin-doktorzy już mają wstępnie upichcone nowe danie. Na czele skleconej jakiś czas temu kolejnej dyspozycyjnej partii Prawoje Dieło ma stanąć miliarder (trzecie miejsce na liście najbogatszych Rosjan) biznesmen i playboy Michaił Prochorow. Ale o tej odsłonie życia partyjnego w Rosji – w kolejnym odcinku.

Speedypremier.ru. Człowiek jak wszyscy

Coraz większą popularnością cieszy się internetowy komiks „Człowiek jak wszyscy”, którego bohaterami są człowiek w dżudoce, łudząco podobny do premiera Władimira Putina oraz człowiek w niedźwiedziej skórze, jego „nanopomocnik”, łudząco podobny do Dmitrija Miedwiediewa. Fabuła komiksu dostępnego pod: superputin.ru (wersja rosyjsko- i angielskojęzyczna) zaczerpnięta jest z amerykańskiego filmu „Speed”, zawiera jednak wątki z rosyjskiego życia społeczno-politycznego.

Akcja komiksu rozgrywa się w Moskwie wiosną 2011 roku „na rok przed końcem świata”. Człowiek w białej dżudoce ratuje autobus, pod który Al-Kaida podłożyła bombę. Do autobusu dostaje się wielki niedźwiedź, okazuje się, że to sam Miedwiediew. Dzięki jego doskonałej znajomości nowinek technicznych bombę udaje się na czas rozbroić. Autobus jedzie dalej i trafia na korek, wtedy tandem ratujący autobus przed terrorystami postanawia skorzystać z należnej im „migałki” – koguta, który daje przywilej objeżdżania korków na zatłoczonych ulicach. Na przeszkodzie stają jednak zombi z niebieskimi wiaderkami na głowach, to nawiązanie do akcji protestacyjnych przeciwko przywilejom samochodów dygnitarzy. Zombi domagają się wolności dla Chodorkowskiego, przywrócenia wyborów gubernatorów itd. Potem drogę zagradza autobusowi „tłusty troll” – wielki zawodnik sumo, który dowodzi zombi w niebieskich wiaderkach. Kim jest troll? Nie wiadomo, komentatorzy podpowiadają, że to może być Aleksiej Nawalny – bloger, który rzucił odważne wyzwanie Kremlowi. W komiksie ogrywane są też elementy zapożyczone z kultowego serialu radzieckiego „Siedemnaście mgnień wiosny” – słynne teczki personalne bohaterów. Teczka człowieka w dżudoce wygląda tak: „pseudonim: Człowiek jak wszyscy, charakter: nordycki, supermoc: wszyscy go uważają za swego”. A skoro supermoc jest z nim, to chyba wszystko jasne. Miedwiediew jest określony jako „gnom wychowany przez niedźwiedzie”. Sytuację ratuje niezawodny i niewidzialny Sieczin (wicepremier Igor Sieczin).

Twórca komiksu, 25-letni Siergiej Kalenik mówi w wywiadzie dla „FaceNews”, że jego „SuperPutin” już w ciągu kilku pierwszych godzin dostępu zebrał stutysięczną publiczność. Serwer padł, ale teraz już ponownie można oglądać dzieło rysowników daskunst i zashtopik. Kalenik zapewnia, że nie stoi za tym pomysłem żaden odgórny zleceniodawca – to prywatna inicjatywa grupy entuzjastów. „Wysłałem też komiks prezydentowi Miedwiediewowi na Twitter, ale nie było żadnej reakcji. Chciałem trochę ożywić martwe polityczne pole”.

Blogerzy potraktowali popularny internetowy komiks z rezerwą, podejrzewają, że palce maczał w tym przedsięwzięciu główny ideolog Kremla Władisław Surkow. Komiks faktycznie mobilizuje uwagę internetowej publiczności i przypomina o zbliżających się wyborach. Tylko czy faktycznie Kremlowi jest już teraz potrzebna mobilizacja elektoratu w momencie, kiedy na szczytach nie zapadła decyzja odnośnie „problemu 2012”, polityczna kobra trwa w najlepsze, intryga to jest podsycana, to znów zasypywana piaskiem.

Ciąg dalszy komiksu o przygodach superherosa, niezłomnego człowieka w białej dżudoce ma nastąpić niebawem.

Trwoga i nadzieja

Taki tytuł – nawiązanie do tytułu artykułu Andrieja Sacharowa – ma międzynarodowa konferencja w Moskwie poświęcona spuściźnie tego genialnego fizyka i dysydenta. Dziś mija dziewięćdziesiąta rocznica jego urodzin.

Laureat Pokojowej Nagrody Nobla (1975), współtwórca bomby wodorowej, naukowiec, który przewidział powstanie Internetu, obrońca praw człowieka, zaciekle zwalczany przez władzę radziecką za głoszone poglądy, z których najbardziej przeszkadzał ten najprostszy: „polityka musi być moralna”. Autorytet. Obrońca praw człowieka Siergiej Kowalow nazwał go „arystokratą rozumu”.

Był bardzo młody, kiedy zafascynowany fizyką jądrową poświęcił swój wybitny talent w służbie „miłującego pokój” Kraju Rad. Jako kierownik zespołu pracującego nad supertajnymi projektami jądrowymi miał prawo do przywilejów, ułatwiających życie. Nigdy nie chciał z nich korzystać. Odnosił ogromne sukcesy na polu nauki. W latach 60. Sacharow próbował wykorzystać swoje uprzywilejowane położenie, które dawało mu dostęp do wysokich urzędników państwowych, by wskazać błędy systemu, podpowiedzieć drogę wyjścia. Tymczasem „odwilż” początku tej dekady coraz bardziej wyziębiała się, system kostniał, o dialogu można było zapomnieć. Po interwencji w Czechosłowacji w 1968 ostatecznie stało się jasne, że nowej „odwilży” nie będzie. To był punkt zwrotny w życiu Sacharowa.

W latach 70. Sacharow otwarcie i głośno występuje w obronie tych, których prawa są gwałcone – więźniów sumienia, skazanych na karę śmierci, występuje z krytyką interwencji w Afganistanie.

Domagał się wolności. Mówił: „Wolność myśli jest jedyną gwarancją obrony przed zakażeniem ludzi masowymi mitami, które za sprawą nieuczciwych hipokrytów i demagogów mogą doprowadzić do krwawej dyktatury”. Władze nie mogąc go uciszyć ani przekupić, wysyłają go z Moskwy, odtąd ma mieszkać w mieście Gorki, pozostaje pod ścisłą kontrolą KGB. Izolacja miała osłabić siłę jego głosu. Nie osłabiła. Miała złamać. Nie złamała. Krytykowany przez reżimowych radzieckich krytyków Sacharow cieszył się wielkim autorytetem w środowiskach dysydenckich, a także na Zachodzie. Przeprowadzał głodówki protestacyjne, zajmował stanowisko w najważniejszych sprawach politycznych, nie dał się zepchnąć na margines. Z zesłania mógł powrócić dopiero po siedmiu latach, w 1986 r., kiedy do władzy doszedł Gorbaczow i ogłosił pierestrojkę, głasnost’ i otwarcie na świat. Sacharow popiera Gorbaczowa, jego pierestrojkę. Angażuje się w politykę, zostaje deputowanym ludowym. Bierze udział w pamiętnym I Zjeździe deputowanych ludowych (maj-czerwiec 1989). Umiera nagle w grudniu 1989 r.

Nad dziedzictwem Sacharowa obradują dziś w Moskwie rosyjscy i zagraniczni obrońcy praw człowieka, naukowcy, publicyści, politycy. Jak dzisiaj odczytywane są jego idee? Wolność (lepsza niż brak wolności) jest chętnie używanym w przemówieniach dzisiejszych władców Rosji hasłem, ale czy to hasło napełnia się treścią czy jest puste „jako cymbał brzmiący”? W Rosji są więźniowie sumienia, prawa obywatelskie są naruszane, podobnie jak wolność mediów. Na pytanie, czemu dziś Andriej Sacharow poświęciłby najwięcej uwagi, odpowiedział jego współpracownik, cytowany już powyżej Siergiej Kowalow. Konstytucja – Sacharow przywiązywał ogromną wagę do ustawy zasadniczej. „Nasza władza nie ma legitymacji społecznej. W Rosji nie ma wyborów, to nie władza z wyboru, a władza, która sama siebie wyznacza – a zatem w myśl konstytucji nie ma legitymacji. Nasza konstytucja nie jest warta papieru, na którym ją napisano. Nie działa w żadnym z istotnych punktów, w żadnej z ważnych norm. Nie ma podziału władzy. Nie ma parlamentu pochodzącego z wolnych wyborów, deputowani nie są wyłaniani w rezultacie politycznej konkurencji. Nie ma sądownictwa. A jeśli nie ma niezależnych sądów, to nie ma sposobu, by kontrolować władzę i zakres jej kompetencji. A skoro nie ma sposobu, by pokazać władzy, gdzie znajdują się granice jej kompetencji, to w miejsce wymiaru sprawiedliwości pojawia się samowola władz”.

Inny z uczestników konferencji Michaił Fiedotow z prezydenckiej komisji ds. praw człowieka podkreśla: „ważne jest to, by uwolnić ludzi od stereotypów totalitarnego myślenia. Sacharow był wolnym człowiekiem. Jego przykład to przykład absolutnej wolności człowieka w zniewolonym społeczeństwie”.

Jeden z komentatorów forum Radia Swoboda napisał mniej oględnie niż Fiedotow: „Sacharowa wsadziliby dzisiaj, tak jak w ZSRR, polityka rządzących czekistów to powrót do stalinizmu z tą tylko różnicą, że teraz tyrani zaczęli jeszcze i kraść”. Inny komentator cytuje samego Sacharowa: „Mam nadzieję, że nastąpi ewolucja społeczeństwa pod wpływem postępu technicznego i ekonomicznego. […] Nasze społeczeństwo jest porażone apatią, obłudą, mieszczańskim egoizmem, skrywanym okrucieństwem. Większość przedstawicieli klasy wyższej trzyma się swoich jawnych i niejawnych przywilejów, prawa człowieka, postęp są im dalece obojętne”. Dalej komentator, podpisujący się jako Alber Komb, pisze: „Ruch obrońców praw człowieka powinien mieć swoje oddziały w każdym mieście, w każdej wsi. Ludzie powinni postępować uczciwie i mówić głośno o niesprawiedliwości, powinni domagać się przestrzegania prawa, inaczej ci, którzy czują się panami Rusi, wdepczą cię w podłoże. Oczernić człowieka i wszcząć przeciwko niemu śledztwo – proszę bardzo. Jeśli nie masz możnych krewnych i znajomych – nic cię nie broni. Mieszkam w Mordwie, zetknąłem się z masą takich przypadków niesprawiedliwości. Z uczciwego człowieka mogą zrobić przestępcę, wzywając na świadków kłamców, których krewni pracują w organach ścigania. Nasze społeczeństwo przegniło, wszyscy są zadowoleni z tego stanu rzeczy, kiedy wszyscy są powiązani niewidzialnymi nićmi i ignorują prawa człowieka. Doszliśmy do ściany. Sacharow na zesłaniu też stał przy ścianie, mimo to poszukiwał wyjścia. My też nie możemy czekać z założonymi rękami. Przemiany na pewno zajdą, jeśli ludzie sami przestaną wspierać korupcję i będą żyć w prawdzie”.

Niewiele, a tak dużo. Słowa Andrieja Sacharowa z artykułu „Trwoga i nadzieja” brzmią dziś bardzo aktualnie.

Bez Wieni

O jego twórczości napisano więcej niż napisał on sam, wliczając podania, życiorysy i wypracowania szkolne. To, co napisał, było zaskoczeniem, odlotem, jednocześnie tragiczną prawdą i rozpaczliwą ucieczką od niej. Mija dwudziesta pierwsza rocznica śmierci Wieniedikta Jerofiejewa, oryginalnego piewcy człowieka zaplątanego w przygodę z alkoholem. Przygodę, która jest pryzmatem, przez który widzi się całą resztę trzeźwego i nietrzeźwego świata i władcą, w którego rękach spoczywa los spożywającego.

Najliczniejsze grono wielbicieli ma zasłużenie „Moskwa-Pietuszki” – niezrównany poemat prozą o największych głębiach, filozoficzna rozprawa o człowieczej kondycji, wielkości i małości, upodleniu i sprzeciwie wobec rzeczywistości, a jednocześnie to przewodnik po stadiach upojenia, odmianach kaca, ludzkim życiu zamkniętym w buteleczce, a właściwie we flaszce. To się żadną miarą nie mieściło w poetyce socjalizmu, który już niebawem – jak zapowiadali pogrążający się w geriatrycznym marazmie przywódcy ZSRR – miał stać się komunizmem. A w komunizmie każdy miałby według potrzeb, z tym że potrzeby Wieniczki nie mogłyby być spełnione, gdyż ustrój ogólnej szczęśliwości nie przewidywał szczęśliwości indywidualnej, a zatem na przykład zapewnienia jej sobie poprzez spożywanie koktajlu „Łza komsomołki” (lawenda – 15 g, werbena – 15 g, woda kolońska „Las” – 30 g, lakier do paznokci – 2 g, płyn do płukania ust – 150 g, lemoniada – 150 g, składniki należy mieszać przez 20 minut gałązką wiciokrzewu; koktajl wypity w dwóch porcjach na przemian odbiera dobrą pamięć i zdrowy rozsądek).

Książka (właściwie książeczka) napisana w 1970 roku oficjalnie w całości drukiem ukazała się dopiero w latach pierestrojki w 1989 r. (rok wcześniej cenzura nie wytrzymała i okroiła pierwszą publikację „M-P”, która ukazała się na łamach periodyku, o którego istnieniu szeroka publiczność nie miała pojęcia: „Trzeźwość i Kultura”). Przedtem poemat Jerofiejewa „chodził w samizdacie”, odpisach odręcznych, nieliczni szczęśliwcy mogli się cieszyć wydaniem zagranicznym. Zachodni slawiści zachwycili się Jerofiejewem, jeszcze zanim czytelnicy w kraju mieli szanse przeczytać jego poemat i sztuki teatralne. W 1990 roku ukazał się w wychodzącym na Zachodzie rosyjskojęzycznym czasopiśmie „Kontinient” obszerny wywiad z Jerofiejewem (dostępny w Internecie: http://www.moskva-petushki.ru/articles/interview/sumasshedshim_mozhno_byt_v_ljuboe_vremja/). Jerofiejew swoim jedynym niepowtarzalnym stylem opowiada w nim o swoim życiu – o represjonowanym w roku urodzenia najmłodszego synka, Wieniczki (1938) tatku, niefrasobliwym zawiadowcy stacji, który przeklinał życie w ZSRR i za to został skazany na piętnaście lat łagru, o dzieciństwie spędzonym w związku z tym w domu dziecka; ciemno, zimno, niemiłość, walka o byt – „słuchy chodziły po Moskwie w latach pięćdziesiątych, że z dzieci gotują mydło, a w Murmańsku mówili, że w mięsie sprzedawanym na bazarku są ludzkie paznokcie”, o żądzy wiedzy, która uczyniła z Jerofiejewa filozofa i erudytę (został usunięty z uniwersytetu, ale czytać już umiał, więc czytał i czytał, i czytał), o pisaniu i przebijaniu się z pisaniem, o życiu takim sobie zwykłym – „popijam, babki, dzieciarnia, coś tam piszę”. I o wódce, wódeczce.

Jakże on się wzruszająco potrafił pochylić nad pijaczkiem bożym, współczuł z nim każdą cząsteczką swego krwiobiegu, wzmocnionego procentem.

Dojechał do swoich Pietuszek, raju wszystkich ludzi dobrej woli, w maju 1990 roku.