Archiwum kategorii: Bez kategorii

Śmiech i polityka

Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie. – mówi Horodniczy w finale genialnego „Rewizora” Gogola.

A z czego dzisiaj śmieją się Rosjanie? Ostatnia dekada to okres bujnego rozwoju telewizyjnej satyry – formaty oparte na amerykańskich wzorcach zostały wzbogacone o rodzime produkty, np. zmodyfikowany nieśmiertelny program KWN – Kłub wiesiołych i nachodcziwych (co luźno można by przetłumaczyć jako Klub pomysłowych wesołków), nadawany w godzinach największej oglądalności konkurs dla amatorskich, przede wszystkim studenckich, kabaretów. Po dekadzie lat 90., kiedy królował humor polityczny, kolejne syte dziesięciolecie zostało odsunięte od polityki. Zlikwidowano sztandarowy kabarecik polityczny w telewizji NTW pt. „Kukły”, w którym tydzień w tydzień lalki przedstawiające najważniejszych polityków z kraju i zagranicy w prześmiewczy sposób komentowały najważniejsze wydarzenia, a także parodiowały głównych aktorów sceny politycznej oraz bezlitośnie kpiły z granych przez siebie bohaterów. Ale prezydentowi Putinowi ten rodzaj humoru ewidentnie nie odpowiadał i „Kukły” zostały w przyspieszonym tempie zdjęte z anteny w 2002 roku i dotychczas nie powróciły. Pierwyj Kanał od czasu do czasu nadaje coś na kształt satyry politycznej w programie „Mult licznosti” (gra słów, kojarząca się z „kultem licznosti”, czyli jednostki, i cząstką multi-, czyli czymś animowanym lub wielorakim, wielogłosowym). Ostrze krytyki jest tu przytępione, gdy rzecz dotyczy umiłowanych przywódców Federacji Rosyjskiej. Natomiast szpile satyry skrzą się niczym lancet, gdy w programie wykpiwany jest prezydent bratniej Gruzji lub do niedawna rządząca na Ukrainie pomarańczowa para Wiktor Juszczenko-Julia Tymoszenko. A czasem „po garach” dostanie prostoduszny kołchoźnik Alaksandr Łukaszenka.

Próbą – czasami udaną – satyrycznej reakcji na wydarzenia polityczne jest pisany od ładnych kilku lat przez Maksima Kononienkę, pseudonim Mister Parker, cykl krótkich scenek z życia Władimira Władimirowicza TM [trade mark]. Bohater Kononienki jest trochę zagubiony w rzeczywistości, kieruje się w życiu specyficznym kodeksem „poniatij”, „on sam i otoczenie zwracają się do siebie przyjaźnie per „bratełło” [brachu], wszystkie przedmioty ozdobione są dwugłowym orłem, a Władimir Władimirowicz TM ma osobisty składzik, w którym trzyma sakralne przedmioty: nogę Szamila Basajewa, rękę Rusłana Giełajewa, kij Asłana Maschadowa, igłę ze śmiercią Kościeja i pistolet, z którego zastrzelono Igora Talkowa” – piszą dziennikarze tygodnika „Russkij Rieportior”.

Dzisiaj z okazji 1 kwietnia prezydent Miedwiediew spotkał się z aktorami z popularnego projektu komediowego TV „Comedy Club”. Śmiechom i dokazywaniom nie było końca. „Comedy Club” to przedstawiciel raczkującego w Rosji popularnego na Zachodzie gatunku stand-up comedy. Format szybko dojrzewa i zaczyna mieć własne pomysły i osiągnięcia.

1 kwietnia to Dień Duraka, święto śmiechu, dowcipu, „numeru”. I właśnie robienie sobie numerów, wpuszczanie w maliny, wystrychiwanie na dudka jest ważnym komponentem tego dnia. Lew Rubinstein w swoim najnowszym felietonie wspominał dawny numer jednego ze swoich studenckich kolegów, sympatycznego Pawła czy Saszy. Było to w latach 70. Paweł poinformował w trybie konspiracyjnym kilkoro znajomych, że w pewnej podmoskiewskiej miejscowości również w warunkach konspiracji zostanie wyświetlony specjalnie dla nich film Felliniego „Osiem i pół”. To był okres wielkiego głodu zachodniej kultury w ZSRR, toteż przedstawiciele młodej inteligencji runęli na umówioną stacyjkę jak w dym. Czekają godzinę, półtorej, dwie. Pawła nie ma. Ktoś wreszcie skojarzył, że to 1 kwietnia i żadnego Felliniego spragnieni widzowie nie obejrzą. Ktoś poszedł do pobliskiego sklepiku po płyny, pozwalające zdjąć stres, po kilku wybitnych epitetach pod adresem sprawcy zamieszania wszyscy wyluzowali i drogę powrotną elektriczką spędzili na miłej zabawie, podsyconej zakupionymi płynami.

Czy dziś można liczyć na takie finezyjne dowcipy? Kto wie. Aż 63 procent Rosjan deklaruje, że zrobi swoim bliskim czy kolegom primaaprilisowy żarcik. Niektórym własnej inwencji nie staje, więc zwracają się do firm organizujących takie przedsięwzięcia. Na koniec przytoczę jeszcze wyniki badań socjologicznych na temat, z czego można, a z czego nie należy się śmiać: 30 proc. orzekło, że nie wolno się śmiać z terroryzmu, 18% – z religii, 14% – z dzieci, rodziców, bliskich krewnych, 7% – z przynależności narodowej, tylko 1% badanych uznał, że nie wolno śmiać się z polityki i władzy. 25% uznało, że można śmiać się ze wszystkiego.

Duet na dwa głosy

Zawarta w tytule tautologia dotyczy sensacji ostatnich dni – sprzecznych wypowiedzi Miedwiediewa i Putina w sprawie Libii i burzy komentarzy, jakie te wypowiedzi spowodowały. Prezydent Miedwiediew zaakceptował przyjęcie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji 1973 w sprawie wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Libią i dopuszczającej powietrzne ataki Zachodu na cele w Libii w celu ochrony ludności cywilnej, a premier Putin publicznie uznał rezolucję za ułomną, ponadto porównał ingerencję USA i Francji do wyprawy krzyżowej i potępił użycie siły w stosunku do suwerennego państwa. Podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa Rosja – wbrew dotychczasowej praktyce w podobnych głosowaniach – wstrzymała się od głosu (podobnie jak ChRL, Brazylia i Indie).

Dwugłos w jednogłośnym do tej pory tandemie? Dialog za pośrednictwem mediów, chwytających w lot niecodzienne nutki w wypowiedziach tandemu, miał ciąg dalszy. Miedwiediew uznał, że słownictwo w rodzaju „wyprawy krzyżowe” jest nieadekwatne i takie porównania niczemu nie służą, a mogą nawet doprowadzić do zderzenia cywilizacji. Dzisiaj w Lublanie pan premier łagodził: „Jesteśmy sobie bliscy, to prezydent dobiera odpowiednie wyrażenia, aby opisać oficjalne stanowisko państwa na arenie międzynarodowej”. Rzecznik premiera oświadczył, że Miedwiediew wyraził oficjalne stanowisko Moskwy, a premier wypowiedział po prostu swoje zdanie. Dodajmy: zdanie w istocie swej antyamerykańskie, a taka postawa podoba się dużej części rosyjskiego społeczeństwa, dla którego główną osią światowego konfliktu nadal, nieodmiennie, mimo oczywistych zmian w rozkładzie sił jest spór rosyjsko-amerykański o prymat nad światem.

Od wczoraj komentatorzy próbują dociec, co to wszystko znaczy, czy w tandemie jednak zaczyna pękać przedwyborcza struna?

Zdarza się, że w śpiewającym lub grającym duecie ktoś fałszuje. Ale duet pozostaje duetem mimo to. Zresztą nawet jak obie strony fałszują. Można by zadać pytanie, czy gdyby pan Putin był na miejscu Miedwiediewa, wydałby rosyjskiej delegacji w Radzie Bezpieczeństwa polecenie zawetowania rezolucji? Zapewne dobrałby inne słowa, aby rzecz uzasadnić, ale decyzja byłaby taka sama. Po co wetować, wchodzić w ostry spór z Ameryką? Czy w ten sposób Rosja miałaby szansę odbudować utracone dawne wpływy w regionie? Wydaje się, że wręcz przeciwnie. Zresztą sprawa rezolucji RB ONZ była omawiana podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, wtedy zapadła decyzji – w obecności i Miedwiediewa, i Putina. To co – ktoś się potem pomylił? Trudno uwierzyć.

Sensacja w rozjechaniu się rządzącego tandemu w kwestii oceny rezolucji RB ONZ jest cokolwiek dęta.

Miedwiediew już wielokrotnie wypowiadał się przy różnych okazjach inaczej niż Putin, ba, nawet mówił krytycznie o systemie stworzonym przez Putina (choćby w swoim sztandarowym tekście programowym „Rosjo, naprzód”), ale to nie oznaczało zasadniczej zmiany w realnej polityce Rosji – ani wewnątrz, ani na zewnątrz. To nie Miedwiediew ma rozstrzygające słowo w wytyczaniu głównej linii. I nadal nie ma własnego zaplecza polityczno-gospodarczego, które mogłoby go wbrew woli Putina i ekipy posadzić na kremlowskim tronie po fasadowych wyborach 2012. Kluczowe jest tu stwierdzenie „wbrew woli Putina i ekipy”. Bo jeśli taka wola będzie, to kto wie.

Czy Rosja zmieni politykę wobec Japonii?

Wracam do pytania, które postawiłam w poprzednim wpisie – czy w zaognionych w ciągu ostatnich kilku miesięcy stosunkach rosyjsko-japońskich ma szanse nastąpić pozytywny przełom? Oficjalna reakcja władz Rosji wobec tragicznych wydarzeń w Japonii była naturalna i ludzka – wyrazić współczucie, zaoferować pomoc. Duża część Rosjan postąpiła też właśnie tak – odniosła się do wydarzeń w sąsiedniej Japonii ze współczuciem i ofertą pomocy. Zbierane są pieniądze, wysyłana pomoc humanitarna, w Japonii pracują rosyjscy ratownicy. Premier Putin zaproponował, by przyjąć japońską reprezentację narodową w dżudo, która w trudny czas kryzysu mogłaby trenować w Rosji (japońska federacja dżudo jednak podziękowała). Prezydent Miedwiediew wczoraj ponownie zapewnił, że Rosja gotowa jest wysłać pomoc humanitarną, lekarstwa itd., a ponadto zaproponował, aby na Syberii i Dalekim Wschodzie, w mało zaludnionych obszarach stworzyć dla Japończyków miejsca pracy, a osoby poszkodowane umieścić w rosyjskich sanatoriach.

Wczoraj Pierwyj Kanał – pierwszy program rosyjskiej telewizji państwowej – zmienił wczoraj wieczorną siatkę. Piątkowy wieczór jest w tej stacji na ogół poświęcony rozrywce przez bardzo małe r. Tym razem po głównym wydaniu programu informacyjnego „Wriemia” nadano film-reportaż o katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Japonii i jego jeszcze bardziej tragicznych skutkach. Autorzy filmu skupili się na zrelacjonowaniu wydarzeń w kolejnych dniach po trzęsieniu ziemi – niebywałym rozmiarze zniszczeń, niebezpieczeństwie skażenia radioaktywnego na skutek awarii w elektrowni jądrowej Fukushima, życiu codziennym w Tokio i na terenach najbardziej zrujnowanych przez kataklizm. Akcent położono na bohaterską postawę mieszkańców Japonii, ich solidarności, wielokrotnie podkreślano dyscyplinę, panującą wśród poszkodowanych, pokazano akcje rozdzielania żywności, pracę wolontariuszy, dramatyczną walkę o zapobieżenie skutkom awarii w elektrowni atomowej. Minuta ciszy, podziw dla mężnego narodu w obliczu apokaliptycznej klęski. Podobnie jak na mnie, tak pewnie na wielu widzach w Rosji film ten zrobił wrażenie. Może dlatego, że schodził z poziomu ostrej polityki na poziom zwykłego człowieka.

Pomyślałam, że to dobry prognostyk – skoro ręcznie sterowana stacja telewizyjna nadaje w godzinach największej oglądalności zamiast „Śpiewów pod lodem” poważny film o tragedii Japończyków, to znaczy, że może kiełkuje wola złagodzenia twardego stanowiska Kremla wobec wschodnich sąsiadów.

Ale zaraz potem przeglądając stronę internetową rozgłośni „Echo Moskwy” trafiłam na taki głos słuchacza: „w minioną niedzielę oglądałem na kanale telewizyjnym Rossija-1 [to po Pierwom Kanale druga najpopularniejsza państwowa telewizja w Rosji] program „Specjalny korespondent”. Zaczęło się wszystko dość przyzwoicie, ale nie trwało to długo. Byłem w szoku. Jak myślicie, jak powinna się zachować telewizja w stosunku do kraju, gdzie zginęły tysiące, a poszkodowanych są miliony? Wyrazić solidarność i współczucie. I unikać spornych tematów wywołujących konfrontację. Ale jak się okazało, zupełnie inne podejście zaprezentowali goście programu dzielnej komsomołki Marii Sittel w oficjalnej telewizji. Im dalej, tym gorzej – nienawiści było w programie coraz więcej. O japońskiej tragedii ani słowa. Wszystko sprowadzało się do antyjapońskiej histerii! Tokio oskarżano o brudną grę mającą doprowadzić do odebrania Rosji Kurylów. Deputowany z partii Jedinaja Rossija przeklinał Japończyków za próbę „przepisania” historii i wzywał do wzmacniania militarnego wschodnich rubieży przed zakusami USA i Japonii. Reżyser Bortko [wyreżyserował m.in. seriale „Bandycki Petersburg” i  „Mistrz i Małgorzata”, które nadawała swego czasu i polska telewizja] nazwał Japonię wrogiem, poparł politykę Stalina (…) Już dawno w telewizji nie widziałem podobnego oburzającego ciemnogrodu”.

Nie oglądałam tego programu, dlatego cytuję widza, który miał tę wątpliwą przyjemność. Okazało się, że tv Rossija-1 nie jest jedynym rosyjskim medium, które w tak drastyczny sposób zareagowało na japońską tragedię. Prezentująca prokremlowskie poglądy gazeta „Izwiestia” np. napisała piórem pani Jeleny Jampolskiej: „Nie należy wyolbrzymiać rosyjskiej żądzy krwi. Nikt się u nas nie cieszy z cierpień Japończyków. To nie euforia, to emocjonalne rozgorączkowanie, wywołane bliskością cudu, ewidentnego i groźnego. Łzy żalu wylewane nad poszkodowanymi nie mogą zaćmić nam wzroku i świadomości na tyle, byśmy nie dostrzegli oczywistych rzeczy: Bóg strzeże Rosję od zewnętrznych napaści. Broni od żądań, które przekraczają granicę tego, co rozumne i stają się czystą chucpą. Nie zaleca się poniżania Rosji. Dowody na to są na tyle oczywiste, że aż dreszcze człowiekowi przechodzą. Dlaczego dreszcze? Ano dlatego że naszą ziemię potrafią zniesławiać nie tylko obcokrajowcy. My sami gotowiśmy dać im w tym sprzeciwiającym się Bogu dziele sto punktów awansem. Wiadomo, jakie tragedie spadały na nasz kraj, kiedy władze i naród traciły wiarę, strach, szacunek dla korzeni. Nie wszyscy tracili, ma się rozumieć. A cierpią wszyscy. Niewinni, aby przywrócić rozum winnym. Mówiąc o Japończykach i Polakach, pomyślmy też o sobie”. Nic dodać, nic ująć.

Ale jeszcze dalej poszedł „dważdy utomlonnyj sołncem”, reżyser Nikita Michałkow, odziany w szaty wszechwiedzącego patriarchy i jedynego prawidłowego nosiciela rosyjskiej duszy oraz szczęśliwego posiadacza wiedzy o prawidłowej rosyjskiej państwowości, przepojony prawdą i mesjanizmem do granic możliwości. Podczas wystąpienia w Domu Kino w Moskwie oznajmił: „Popatrzcie, co się dzieje w Japonii. Chodzi nawet nie o wiarę, a o wewnętrzną bezbożność (…). Ciągłe poniżanie otaczającego świata doprowadza do tego, że Pan Bóg mówi: „Ludzie, co wy robicie?”. I zsyła biednym Japończykom tsunami i dziewięciostopniowe trzęsienie ziemi”.

Pan Jerzy Waldorff mawiał: „na starość Pan Bóg lubi trzepnąć człowieka po głowie albo po nogach. Wobec mnie był miłosierny – trzepnął po nogach”.

Wróćmy z dalekiej podróży po ciemnogrodzie. Chciałam na koniec przytoczyć jeszcze z drugiego bieguna myślenia opinię szefowej moskiewskiego Centrum Carnegie Lilii Szewcowej, która na swoim blogu emocjonalnie i ostro pisze: „Wiele musimy zmienić w naszych relacjach z Japonią. Jeszcze tydzień temu Rosja straszyła, że wykorzysta Mistrale do obrony przed Japonią spornych wysp. Dzisiaj, kiedy Japonia zademonstrowała światu przykład moralnej wyższości, Kreml nie może powrócić do polityki pogróżek. Teraz nawet nasze społeczeństwo, gotowe żyć w „oblężonej twierdzy”, nie będzie uważać Japończyków za wrogów. A zatem potrzebna jest inna polityka. Co do putinowskiej ekipy i jej umiejętności strategicznego myślenia – to wszystko jest dla nas jasne. A zatem teraz musimy postarać się wykuć nową opinię publiczną w kwestii stosunków rosyjsko-japońskich. Wiem, że to, co teraz powiem, wywoła może nawet rozdrażnienie moich czytelników. Rosja powinna przeprosić Japończyków. Rosja ma z Japonią swoją „katyńską tragedię”. W sierpniu 1945 roku ZSRR wypowiedział wojnę Japonii (która notabene na nas nie napadała) i wziął do niewoli około 600 tysięcy japońskich jeńców wojennych (większość z nich dobrowolnie złożyła broń na rozkaz cesarza). Japończycy w ZSRR na długie lata (do 1956 roku) stali się bezpłatną siłą roboczą. Budowali kanały, drogi, pracowali w kopalniach uranu. Dziesiątki tysięcy z nich nie przeżyło. (…) Bez zmierzenia się z tym tematem nie stworzymy podstaw wzajemnego zaufania [z Tokio]. Na początek może przynajmniej pomożemy znaleźć miejsca spoczynku japońskich „internowanych”, jak sami siebie nazywali…”

Łagodniej po tragedii?

Zaraz po tragicznym trzęsieniu ziemi i tsunami w Japonii prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew jako jeden z pierwszych polityków zgłosił akces pomocy ofiarom kataklizmu. W rejony najbardziej poszkodowane wyprawiono wykwalifikowanych rosyjskich ratowników wyposażonych w specjalistyczny sprzęt do rozbijania betonu i wyszukiwania rannych pod gruzami. Pomoc w obliczu niebywałych rozmiarów zniszczeń niezbędna, gesty prezydenta Miedwiediewa – odruch współczucia i chęć niesienia pomocy normalne i ludzkie.

W ciągu ostatnich paru miesięcy, a szczególnie kilku ostatnich tygodni stosunki rosyjsko-japońskie uległy znacznemu zaostrzeniu na tle niezażegnanego od wojny konfliktu terytorialnego o cztery wyspy z archipelagu Kurylów. Tokio uważa te wyspy za rdzennie japońskie, obecność Rosjan od momentu zajęcia wysepek w ostatnich dniach wojny przez Armię Czerwoną – za okupację. Moskwa i Tokio wymieniały się gniewnymi oświadczeniami. Przedstawiciele najwyższych władz Rosji po raz pierwszy w historii odwiedzali Kuryle. I to z częstotliwością niewidzianą nigdy wcześniej na tym zapomnianym zdawać by się mogło „końcu świata”, z którego po rozpadzie ZSRR wyjechała większość osiedlonej tu w latach powojennych rosyjskiej ludności. Zostały jednostki wojskowe i ci, którzy nie zdołali przedostać się „na matierik”. Wizyty rosyjskich polityków (z prezydentem Miedwiediewem włącznie) na Kurylach spotykały się z coraz bardziej stanowczymi protestami coraz bardziej rozdrażnionej strony japońskiej, która za każdym razem podkreślała niezmienność swojej pozycji: „Kuryle są japońskie!”. Moskwa zapowiedziała ze swej strony unowocześnienie jednostek wojskowych stacjonujących na wyspach. Japończycy urządzali demonstracje pod rosyjską ambasadą w Tokio, doszło nawet do aktu spalenia rosyjskiej flagi. Odpowiedzią strony rosyjskiej było zorganizowanie pod ambasadą Japonii w Moskwie happeningu ze sceną wychłostania osoby „grającej” Japonię.

Szykowano kolejne akcje, mające podkreślić niezmienność stanowisk obu stron: Moskwa chciała zaakcentować, że Kuryle w całości należą do niej, Japonia, że nie odstąpi Rosji ani piędzi rdzennie japońskiej ziemi. Ze strony rosyjskiej między innymi planowano desant na Kurylach młodzieżówki „partii władzy”, Młoda Gwardia, pod wodzą słynnej zdemaskowanej „Maty Hari”, Anny Chapman, która próbuje robić teraz karierę polityczną. Młodzieżowcy mieli zrealizować film dla Japończyków, by przekonać ich, że Kuryle pod rosyjską administracją kwitną. Po kataklizmie w Japonii z wyjazdu na szczęście zrezygnowano, co więcej – członkowie młodzieżówki złożyli wieniec pod ambasadą Japonii w Moskwie. Gdzie notabene Rosjanie masowo składają kwiaty. Prowadzona jest też zbiórka pieniędzy i darów dla poszkodowanych za pośrednictwem organizacji charytatywnych i pomocowych, m.in. Rosyjskiego Czerwonego Krzyża.

W wielu komentarzach medialnych pojawiają się porównania: po katastrofie smoleńskiej i adekwatnej reakcji rosyjskich władz nastąpił przełom w lodowatych stosunkach Rosji z Polską. Czy polepszenie stosunków Rosji z Japonią w obliczu tragedii też będzie możliwe? „Japonia to nie Polska” – rozwiewa złudzenia Tatiana Stanowaja w internetowej gazecie „Politcom.ru”. Jej zdaniem, Rosja podejmuje wysiłek, aby wesprzeć Japonię i słowem, i czynem. Zaproponowano m.in. nadprogramowe dostawy skroplonego gazu. „Rosyjscy politycy nawet nie ukrywali, że tragedia może pomóc w rozwiązaniu głównego problemu stosunków dwustronnych – sporu terytorialnego, zaostrzonego w ostatnim czasie z inicjatywy Kremla”. Tokio przyjęło pomoc Rosji. Ale nie natychmiast. Odpowiedzi udzielono dopiero dzień później. Następnie ambasador Japonii w Rosji oświadczył w wywiadzie dla agencji Interfax, że „tragiczna sytuacja, w której znalazła się Japonia z powodu trzęsienia ziemi, nie wpłynie na rozwiązanie sporu terytorialnego. To zupełnie inny temat”.

Po katastrofie smoleńskiej – kontynuuje wywód Stanowaja – doszło do korekty polityki Moskwy wobec Polski, co zaowocowało zmiękczeniem stanowiska Rosji wobec sprawy katyńskiej, uregulowaniem sporów gazowych, ogólnie znacznie zmniejszyło napięcie. „I nawet pomimo rozbieżności stanowisk w sprawie wyników śledztwa dotyczącego okoliczności tragedii pod Smoleńskiem, można powiedzieć, że szansa na normalizację stosunków została wykorzystana maksymalnie. Natomiast w stosunku do Japonii o żadnej korekcie stanowiska Rosji w sprawie sporu terytorialnego być nie może. Czy Rosja zrezygnuje z dozbrojenia Kurylów? Czy rosyjskie władze zrezygnują z wizyt i grania na nerwach Japończykom? Raczej nie. A Japonia może jeszcze zaostrzyć retorykę, napięcie może więc jeszcze bardziej wzrosnąć. Obecna tragedia nie tylko nie sprzyja rozwiązaniu sporu, ale nawet wzmacnia animozje”.

Mało to pocieszające. Spór o Kuryle ma już ponad 65 lat. Jak długo jeszcze potrwa?

Handlarze śmiercią, handlarze życiem

Czy nastąpi kolejna w ostatnich miesiącach wymiana szpiegów pomiędzy Rosją a USA? „Wymiana szpiegów” nie jest w tym wypadku precyzyjnym określeniem, gdyż ewentualnie miałoby dojść do przekazania Stanom Andrieja Chłyczowa, świeżo skazanego na karę 18 lat pozbawienia wolności za szpiegostwo na rzecz USA, natomiast Moskwie Stany miałyby przekazać „handlarza śmiercią” Wiktora Anatoljewicza Buta, który w amerykańskim areszcie czeka na proces, oskarżony o konszachty z kolumbijskimi organizacjami terrorystycznymi i kartelami narkotykowymi, ale szpiegiem de facto nie jest.

„Wrzutę” dotyczącą rzeczonej wymiany uskuteczniła agencja Interfax, powołując się na anonimowe źródło w bliżej niesprecyzowanej instytucji. Wszystko jest zatem napisane na razie palcem na wodzie. Ale skąd to nagłe wzbudzenie w rosyjskich mediach cokolwiek uśpionego tematu procesu Wiktora Buta? Proces ma się odbyć za kilka miesięcy (pierwszą rozprawę wyznaczono na wrzesień). But od czasu do czasu skarży się na złe warunki w celi, jego żona Ałła gorliwie podaje to do publicznej wiadomości, podkreślając, że jej mąż jest chory na gruźlicę. Wiktor Anatoljewicz skraca sobie czas oczekiwania na proces, śpiewając strażnikom więziennym rosyjskie piosenki. Ostatnio przemknęła informacja, że bronić go będzie nie przydzielona z urzędu amerykańska prawniczka, a mówiący po rosyjsku Albert Dajan. Dajan był w lutym w Moskwie i tam zyskał podobno zapewnienie, że znajdą się sponsorzy, którzy zapłacą jego wysoką gażę.

Zachodnia prasa zastanawiała się wielokrotnie, dlaczego Moskwa szuka sposobów, aby wyzwolić Buta z amerykańskiego domu niewoli. Z wielu delikatnych powodów Rosja nie chce dopuścić, aby sąd nad Butem odbywał się w USA. Najczęściej pojawiające się domniemania powodów tych starań wskazują na nieformalne powiązania handlującego bronią Buta z wysoko postawionymi rosyjskimi politykami, ponadto wielu ekspertów twierdzi, że But bardzo dużo wie o dostawach rosyjskiej broni w różne świata strony. A Amerykanie chętnie by się o tych kanałach dostaw dowiedzieli jak najwięcej (szczególnie tych do Iranu i Wenezueli). W czasie przesłuchań Buta będzie o tym zapewne mowa. Według ekspertów wypowiadających się dla BBC, to, co miałby do powiedzenia But, mogłoby obciążyć nie tylko Rosję, ale także Ukrainę, Białoruś, Kazachstan, niektóre kraje Europy Środkowej. Oczywiście, wszelkie nieprzyjemne sekrety mogłyby wyjść na jaw, gdyby But zechciał w zamian za miłe koncesje współpracować ze śledztwem. O tym na razie nie było mowy, podsądny zachowywał się wobec amerykańskiej Temidy powściągliwie i nie wykazywał chęci współpracy. Oznajmił nawet, że odrzucił zgłoszoną przez stronę amerykańską propozycję: niższy wymiar kary w zamian za współpracę.

Kiedy zapadł wyrok w drugim procesie Chodorkowskiego-Lebiediewa, w rosyjskiej prasie pojawiły się „wrzuty”, sugerujące, że dojdzie do wymiany: dwaj panowie z Jukosu pojadą do USA, a za nich zostanie dostarczony do Moskwy Wiktor Anatoljewicz But. „Wrzuta” omawiana była skwapliwie przez media, zwłaszcza internetowe, choć zapewne nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Być może teraz też zresztą nic z tego nie wyjdzie.

Powróżyć z fusów. Przymiarka trzecia

Szarady sukcesyjne w Rosji można rozwiązywać kilkoma metodami. Dywagacje na ten temat układają się wokół pytania, czy grupa trzymająca władzę wystawi w fasadowych wyborach 2012 Putina czy Miedwiediewa. Ponieważ jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie brak, mnożą się opinie kół zbliżonych do najwyższych pięter władzy – jedne wbijają publiczności do głowy, że to Miedwiediew będzie doskonałym carem na następną kadencję, drugie nie wyobrażają sobie innego rozwiązania jak powrót Putina na Kreml. Kilka takich opinii przytoczyłam w poprzednich odcinkach.

Próby przeniknięcia, co dzieje się za przyciemnianymi szybkami służbowych mercedesów i bmw (rosyjskie władze nie jeżdżą „czlenowozami” rodzimej produkcji), są miłą zabawą towarzyską. Pamiętajmy jednak, że poza tym miłym aspektem towarzyskim w grę wchodzi już nie tak miły, a wręcz bardzo brutalny aspekt biznesowy sukcesji władzy. Otoczenie premiera – uprzednio prezydenta – Putina, składające się z kolegów z resortu służb specjalnych, członków „Koopieratiwa Oziero” i znajomych z petersburskiego merostwa, w latach jego rządów przeszło znaczące przemiany. Dla większości ważniejsze niż polityka jest robienie konkretnych biznesów. Może zatem warto przyjrzeć się pod tym kątem kolejnej warstwie fusów, czyli ostatnim spektakularnym transakcjom zawieranym pod najwyższymi auspicjami.

Dwie najważniejsze to alians rosyjskiej państwowej firmy naftowej Rosnieft’ i BP i sprzedaż przez Gazprom 9,4 procent akcji firmy gazowej Novatek.

Rosnieft’ wymieniła się akcjami z BP: 9,5 proc. akcji Rosniefti za 5 proc. akcji BP, suma transakcji – 7,8 mld dolarów. Dlaczego BP wybrało akurat Rosnieft’? Czy dlatego, że odpowiadający za kompleks naftowy wicepremier Igor Sieczin jest czułym patronem tej firmy i doskonałym negocjatorem, który potrafi każdego przekonać do swoich racji? A może dlatego, że to była wybiegająca daleko w przyszłość profetyczna transakcja, mająca podreperować kondycję brytyjskiego kolosa, który wyłożył się koncertowo na katastrofie w Zatoce Meksykańskiej, a Rosniefti pozwalająca zalegalizować wreszcie aktywa przejęte od upadającego Jukosu? A może chodziło o coś innego. Obserwatorzy wskazują, że naturalnym partnerem Brytyjczyków w Rosji jest joint venture TNK-BP, które miało „prawo pierwszej nocy” do tych akcji. Dlaczego zatem nie ta firma stała się partnerem BP tylko Rosnieft’? Poza tym konsorcjum AAR grupujące rosyjskich współwłaścicieli TNK-BP szybko złożyło skargę na BP w arbitrażu w Londynie i sąd nakazał wstrzymanie transakcji. „Faktyczni właściciele Rosniefti Putin i Sieczin odnieśli się do decyzji sądu dość obojętnie – to nie nasza sprawa, niech sami to wyjaśnią – pisze w rozważaniach na temat biznesowych kuluarów rosyjskiej władzy politolog Stanisław Biełkowski. – Czym zakończy się sprawa? Może Rosnieft’ wykupi TNK-BP. […] Wikileaks ujawnił, że akcja z wykupem akcji TNK-BP planowana była już w 2008 roku, ale przeszkodził kryzys. Wtedy kupcem miał być Gazprom, nie Rosnieft’. Jeśli wziąć pod uwagę obecną kapitalizację TNK-BP, to 100 procent akcji może być sprzedane za 45 mld dolarów. Skąd Rosnieft’ weźmie tyle kasy? Z rosyjskiej państwowej kieszeni, no bo skąd. BP otrzyma wymarzoną gotówkę, a Rosnieft’ podniesie kapitalizację kosztem budżetu państwa”.

Teraz drugi casus. W grudniu 2010 roku Gazprom sprzedał 9,4 procent akcji firmy Novatek. Za jedyne 1,87 mld dolarów, przy czym wartość giełdowa wynosiła 3,21 mld. Cuda w tej budzie. Jednym słowem: Gazprom „okradł sam siebie na sumę 1,35 mld dolarów – kontynuuje wywód Biełkowski. […] Głównymi beneficjantami gazpromowskiego samoograbienia są nominalni właściciele Novateku Giennadij Timczenko i Leonid Michelson. (Timczenko podaje do sądu każdego, kto publicznie stwierdzi, że jest on bliskim przyjacielem Putina). Jedyne wytłumaczenie, jakie wydali z siebie panowie z Gazpromu, to: bardzo potrzebowaliśmy pieniędzy, dlatego sprzedaliśmy za bezcen. Transakcja została zawarta w ten historyczny czas – ironizuje Biełkowski – gdy Władimir Putin znaczącą ochłódł w stosunku do poprzedniego faworyta, Gazpromu, a ogromnie ocieplił się w stosunku do Novateku. Niedawno ostro napomniał Gazprom, czemu nie dopuszcza innych eksporterów gazu do swoich rurociągów, choć przez lata umacniał monopol Gazpromu. Ale widocznie sytuacja się zmieniła. Gazprom przekazuje Novatekowi swoich klientów. Liberalna społeczność nie wiedzieć czemu stwierdziła, że wszystkie gry wokół Novateku oznaczają przygotowanie Putina do powrotu na Kreml. Moim zdaniem – podkreśla Biełkowski – jest odwrotnie. Skoro premier stawia krzyżyk na Gazpromie i lobbuje interesy prywatnej firmy, to nie świadczy to o dalekosiężnych politycznych planach. To raczej znaczy, że Putin przemieszcza punkt ciężkości swoich interesów do Novateku. Wykorzystując do wzmocnienia Novateku środki państwowe. Bo w przededniu rozgrywki 2012 znacząco nasilają się wysiłki kluczowych przedstawicieli elity rządzącej na rzecz wypompowania środków z państwowych funduszy rezerwowych, które topnieją w oczach: w ciągu dwóch lat fundusz rezerw ministerstwa finansów zmniejszył się o 122 mld dolarów – ze 137 do 25 mld. A zatem dla finalnego cash out bardziej przydatny będzie uśmiechnięty prezydent, od którego nic nie zależy, a więc Miedwiediew”.

Ale są i inne interpretacje. Sukcesyjna telenowela będzie miała niewątpliwie jeszcze wiele odcinków. Bo to dopiero wszystko się zaczyna…

Powróżyć z fusów. Przymiarka druga

Po wyborach 2012 roku tandem nie przetrwa, formuła nie będzie już przydatna w nowym układzie biznesowo-politycznym – taką tezę w rozważaniach nad możliwym rozwojem sytuacji w Rosji na progu cyklu wyborczego stawia ekspert moskiewskiego Centrum Carnegie, Nikołaj Pietrow. 

Układanka przedwyborcza dopiero się kształtuje, wszystko jest jeszcze możliwe. Sprzeczne sygnały przedostające się do prasy (forujące Miedwiediewa bądź zapewniające, że to jednak Putin wybierze się w wyborach) raczej zamazują sytuację, niż pozwalają postawić jasną prognozę. Te dywagacje nie są jednak pozbawione sensu. Pozwalają przyjrzeć się tym procesom, które dotyczą sprawowania władzy i sposobom rozwiązania problemu sukcesji w sytuacji, gdy władza nie odwołuje się do woli społeczeństwa wyrażającej się w głosowaniu, a dokonuje wyboru wewnątrz ścisłego grona „elity rządzącej”.

 „W Rosji istnieją poważne tarcia pomiędzy poszczególnymi strukturami [najostrzejsze chyba można było obserwować na początku rządów tandemu pomiędzy aparatem Putinowskiego rządu i kancelarią prezydenta Miedwiediewa, które pokazują, że toczy się walka, że panuje pewna nieokreśloność” – twierdzi Nikołaj Pietrow. W ciągu trzech lat przedstawiciele wielkiego biznesu wyrobili sobie modele postępowania i kanały komunikacji z władzą, istnienie tandemu stwarza pewne możliwości manewrowania pomiędzy formalnym i realnym liderem. „Ale manewrowanie pomiędzy członkami tandemu to jedno, a sytuacja, gdy okazuje się, że Miedwiediew staje nie tylko formalnym, ale i realnym liderem – to drugie. To zasadniczo inna konfiguracja. Podobnie jak dwanaście lat temu elita postawiła Putina na miejscu prezydenta, tak i teraz na główne miejsce Miedwiediewa może postawić tylko Putin lub elita polityczna. Miedwiediew tego miejsca sam nigdy nie zajmie”.

Większość ekspertów jest zdania, że jeśli nie uda się wypracować polubownego rozwiązania wewnątrz grupy trzymającej władzę, to może dojść do konfliktu w łonie tej grupy. Jak mówi Olga Krysztanowska, specjalista „od elit” z Rosyjskiej Akademii Nauk, kompromis będzie polegał na tym, który z członków tandemu zgodzi się odejść bez wojny i zająć jakieś ważne stanowisko [w organizacji międzynarodowej]. „Jeśli Putin pozostanie premierem, to będzie oznaczać jedno – teraz jest on na pozycji technicznego premiera [jak wszyscy rosyjscy premierzy przed nim] i nie podejmuje najważniejszych decyzji, a prezydent zyskuje pełnię władzy, jak to było za czasów prezydentury Putina. Miedwiediew wtedy wzmacnia swoją pozycję, a władza Putina zostanie znacząco zredukowana. Dla niego taka sytuacja jest dalece niekomfortowa. Może zatem przewodnictwo w jakiejś prestiżowej międzynarodowej organizacji to nie jest złe wyjście” – konkluduje Olga Krysztanowska, powtarzając znaną od dawna, a reanimowaną ostatnio tezę o wypchnięciu Władimira Władimirowicza z galer na wygodną szalupę w MKOl czy Narodach Zjednoczonych.

O tym, czy Putin ma apetyt na pozostanie u steru, można jeszcze powróżyć z fusów, przyglądając się ostatnim spektakularnym przepływom finansowym, aktom kupna-sprzedaży aktywów pomiędzy firmami należącymi do osób z bliskiego kręgu pana premiera. Ale o tym – w kolejnym odcinku.

Powróżyć z fusów. Przymiarka pierwsza

Putin w przyszłym roku obejmie stanowisko przewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego – to jeden z wariantów rozwiązania „problemu 2012”, jaki omawiają rosyjskie media. Z dnia na dzień nasila się fala spekulacji dotyczących dalszych losów członków panującego tandemu w sezonie wyborczym 2011-2012. Zbliża się dzień, kiedy urbi et orbi trzeba będzie oznajmić, jaka jest wola najwyższych czynników, czyli kto z woli grupy trzymającej władzę zostanie namaszczony na kolejną kadencję prezydencką. Potem zesłana z góry propozycja rozwiązania najtrudniejszego z trudnych problemów władz Rosji – sukcesji – zostanie dodatkowo obudowana dekoracjami w spektaklu z braku lepszego określenia zwanego wyborami. Różnych, często sprzecznych ze sobą sygnałów jest co niemiara. Ale po kolei.

Wersja o zajęciu przez Putina jakiegoś ważnego stanowiska w organizacji międzynarodowej – czy to w MKOl, czy to w ONZ – nie jest nowa. Podobne rozważania eksperci snuli i na progu 2008 roku – wtedy też niejasna była sytuacja z sukcesją władzy. Putin kończył drugą kadencję prezydencką, zgodnie z konstytucją miała to być jego ostatnia kadencja. Bój toczył się więc wówczas o to, kto będzie jego następcą (wchodziło też w grę rozwiązanie tzw. trzeciej kadencji). Putin wybrał jednak inny wariant: oddając fotel prezydencki, nie oddał władzy, stał się premierem, od którego wszystko zależy, prezydent również. Teraz sytuacja jest inna. Rozważania kręcą się wokół możliwości pozostania na kremlowskim tronie Dmitrija Miedwiediewa, który może sprawować urząd przez drugą kadencję (o ile taki właśnie będzie konsensus w grupie trzymającej władzę) albo powrotu Władimira Putina, który może zaczynać z „czistogo lista”, czyli wybrać się znowu na dwie, tym razem już sześcioletnie kadencje.

Cechą rosyjskiej odmiany demokracji, zwanej przez kremlowskich ideologów „suwerenną”, jest m.in. to, że wybory polegają na dokonaniu wyboru w wąskim gronie. Powiedział o tym publicznie premier Putin: siądziemy z Dmitrijem Anatoljewiczem, pogadamy i zdecydujemy, który z nas wystartuje w wyborach. To znaczy zdecydują, na kogo będzie mógł oddać w plebiscycie głos elektorat, pozbawiony możliwości wysuwania własnych kandydatów, spoza ustalonego na górze grona (figuranci i kandydaci techniczni też wystartują, aby nadać aktowi wyborczemu niezaprzeczalnej powagi).

Powodem do intensywnego spekulowania o „trudoustrojstwie” (czyli miejscu pracy) Władimira Władimirowicza po 2012 roku stała się zbliżająca się wizyta wiceprezydenta USA Joe Bidena w Moskwie (9 marca). Dzisiejsza „Niezawisimaja Gazieta” snuje przypuszczenia (powołując się na zaufane źródła zbliżone do odpowiednich kół), że Biden spotka się z Miedwiediewem i tym samym da sygnał, że Waszyngton popiera właśnie Miedwiediewa. A jeśli chodzi o Putina, to Waszyngton myśli o stołku dla niego w MKOl. Putin jest usportowiony, ma doświadczenie w lobbowaniu przyznawania Rosji wielkich imprez sportowych (np. bardzo skutecznie potrafił się dogadać z księciem Albertem w sprawie igrzysk w Soczi), a zatem: dlaczego nie?

Ale co zrobić w takim razie z tą częścią otoczenia Putina, która interesami i życiem całym związana jest personalnie z Putinem i tylko na nim mocuje swą moc biznesową, a zatem popiera rozwiązanie polegające na powrocie Putina na Kreml? Źródło gazety nie widzi problemu, Amerykanie łatwo sobie poradzą i szybko złamią ich opór: „Wystarczy nie wydać wiz Jurijowi Kowalczukowi, Arkadijowi Rotenbergowi czy Giennadijowi Timczence. A jeśli to nie poskutkuje, to trzeba będzie zamrozić ich aktywa w zagranicznych bankach”. Ekspert z moskiewskiego Centrum Carnegie Nikołaj Pietrow studzi te zapały. Po pierwsze – Stany nie mają za bardzo instrumentów wpływu na sytuację sukcesyjną w Rosji, a już tym bardziej Joe Biden nie jest tą osobą, z której zdaniem Kreml mógłby się w tym względzie liczyć. Tego rodzaju „wrzuty” (o poparciu Białego Domu dla Miedwiediewa) pochodzą z tych części elit, które są zainteresowane wysunięciem Miedwiediewa na wybory w 2012. Chodzi o wyrobienie w opinii publicznej przekonania, że Miedwiediew to „lepszy wariant” niż Putin. „Kampania prowadzona jest w tym celu, aby zasugerować, że na Kremlu wszystko już postanowiono i że kandydatem będzie Miedwiediew”. Ale realne sygnały są inne: „Miedwiediew wypowiedział wiele słusznych słów choćby w sprawie procesu Michaiła Chodorkowskiego i Płatona Lebiediewa. Czy coś z tego wyszło? W historii z lasem w Chimkach Miedwiediew próbował zademonstrować jakieś liberalne podejście, ale po kilku miesiącach zwłoki, pomimo protestów ekologów, władze powróciły do starego wariantu. A więc znowu nic. Jest jeszcze reforma milicji, która ani z Miedwiediewem nie ma nic wspólnego, ani z reformą”. A zatem Miedwiediew nie wykazał własnej woli politycznej. Czy stać go na samodzielne ruszenie w bój?

Ciąg dalszy – w następnym odcinku.

Syn synowi

Bank Moskwy – fundament finansowego imperium eksmera stolicy Jurija Łużkowa – przechodzi w ręce banku WTB. Bank Moskwy hojnie wypłacał firmie żony Łużkowa kredyty nawet w trwożny czas kryzysu, kiedy banki odsyłały z kwitkiem większość chętnych. To dzięki wsparciu tego banku rozkwitł biznes Jeleny Nikołajewny Baturinej, dziś zwijany w popłochu i bez specjalnej nadziei na uratowanie. Bank Moskwy powstał 15 lat temu, założony przez Łużkowa i bliski krąg jego współpracowników, służył jako tzw. ręczny bank władz Moskwy – obsługiwał większe i mniejsze przedsięwzięcia w mieście, a przy okazji nie zapominał o prośbach firmy Inteco, należącej do małżonki pana Łużkowa.

W piątkowy wieczór widzowie telewizji NTW mogli poznać schematy rządzące tym miłym towarzysko-biznesowym układem. W kolejnym horrorze politycznym „Dieło w kiepkie” przedstawiono kulisy płynnych przepływów z ręki do ręki. Jeden telefon, jedna rozmowa i już kredyt przyznany – mówią autorzy komentarza. Bankiem Moskwy zawiadywał Andriej Borodin, o którym autorzy demaskatorskiego filmu mówili: „mer Łużkow traktował go jak syna”. W redakcyjnym komentarzu internetowa „Gazeta.ru” słusznie zauważa: „Sam temat syna/synów wygląda w tym demaskatorskim kontekście dwuznacznie. Gdyż właśnie bank WTB słynie z tego, że jest trampoliną w karierze synów osób o znanych nazwiskach. Jako wiceprezes pokazał swe talenty m.in. syn eksdyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Dmitrij Patruszew, a syn obecnego dyrektora FSB Denis Bortnikow jest szefem zarządu WTB Północny Zachód. Ale nie czas teraz na analogie, asocjacje i aluzje. Trzeba brać kasę po Łużkowie i to w te pędy”. Zero sentymentów, to tylko pieniądze.

Sposób przejęcia banku „po Łużkowie” i pozostawienie go pod kontrolą odpowiednich synów pokazuje, że same schematy działania raczej się nie zmienią – zmienić się mogą osoby, zaś zadania i ręczne sterowanie bankiem – bez zmian. To też swego rodzaju lekcja poglądowa dla wszystkich udzielnych władców regionów, którzy podobnie jak Łużkow, tyle że w mniejszej skali, zarządzają miejscowymi układami. Jeszcze raz zacytuję komentarz „Gazety.ru”: „Utrata stanowisk pociąga za sobą radykalną (lub całkowitą) utratę aktywów przez krewnych i przyjaciół naczelnika, który wypadł z łaski. Taka zasada rządziła w monarchiach starożytnego Wschodu, oczywiście w dzisiejszych czasach nie odrąbują głowy, można nawet liczyć na to, że z ostatkami pieniędzy będzie można wyjechać do Austrii (o ile Austriacy wpuszczą). Ale dążenie do odebrania wszystkiego, nieuznanie cudzych praw własności, powtórzenie raz za razem wzlotów i upadków poprzedników – to społeczny instynkt, zapisany w podświadomości rosyjskiej nomenklatury. Zmienia się retoryka, zmieniają się kolejne uroczyście ogłaszane programy rozwoju kraju, a odwieczny instynkt działa jak działał. Zwykły człowiek może sobie pomyśleć: to tylko gry wielkich ludzi, może i oni mają coś z tego, ale moich interesów to nie narusza. Ale taki porządek oznacza, że bank nie jest instytucją, która w walce konkurencyjnej dba o maksymalnie tanie kredyty dla tych, którzy o nie występują, że policja to nie instytucja powołana, by bronić obywateli, a metro nie ma na celu przewozu ludności [ostatnio wylano dyrektora stołecznego metra za duże nadużycia]. Te instytucje mogą oczywiście również i tym się zajmować. Ale nie to jest w ich działalności najważniejsze, a to, że te instytucje są tymczasową biurokratyczną własnością, podlegającą eksploatacji w interesach klanów, które w danej chwili mają ją w dyspozycji. I doskonale wiedzą, że to nie będzie trwać wiecznie. Trzeba więc wycisnąć z tego, ile się da i w odpowiednim czasie się zmyć”.

We wspomnianym filmie „Dieło w kiepkie” (to nawiązanie do powiedzonka „dieło w szlapie [kapeluszu]”, co znaczy mniej więcej: wszystko dobrze się skończyło) Jelena Baturina w eleganckiej sukni wiruje w tańcu w ramionach małżonka, wbitego we frak podczas jakiegoś balu z czasów świetności. Twarz najbogatszej kobiety w Rosji jaśnieje szczęściem. Dziś „dorogaja Jelena Nikołajewna” w wywiadzie dla internetowej gazety „Biznes-sekrety” mówi rozżalona, że Moskwa jest obecnie miastem pod okupacją. Nad firmą Inteco zebrały się gradowe chmury.

Kaukaz coraz bardziej niespokojny

Kolejny dzień nadchodzą z Kaukazu Północnego wieści przypominające wojenne kroniki. Tydzień temu w leżącej na zachodzie regionu, dotychczas względnie spokojnej, republice Kabardyno-Bałkarii doszło do serii zamachów. Zastrzeleni zostali turyści z Moskwy, pod kolejkę linową podłożono bombę, pod hotelem w jednej z miejscowości turystycznych zaparkowano samochód wypełniony materiałami wybuchowymi (który na szczęście udało się cudem namierzyć i unieszkodliwić), zginął w zamachu naczelnik jednej z wiosek. Kilka dni wcześniej prezydent Miedwiediew na szczycie w Davos namawiał zachodnich inwestorów do współpracy, zapraszał na Kaukaz Północny, który zgodnie z rządowym planem ma stać się wspaniałą strefą turystyczną. Rzeczywiście tereny wokół Elbrusu są wymarzonym miejscem zimowego wypoczynku – cudowne widoki, powietrze jak kryształ, śnieg i słońce, stoki dla początkujących i zaawansowanych. Brakuje infrastruktury na europejskim poziomie, mimo to turyści z centralnej Rosji przyjeżdżali tu chętnie na narty i wspinaczkę. Czy po zamachach z zeszłego weekendu, kiedy ofiarą zuchwałego napadu bojowników padli turyści, nadal będą przyjeżdżać? Czy z Zachodu napłyną inwestycje? Można założyć, że właśnie o taki efekt chodziło terrorystom – zdestabilizować sytuację, pokazać władzom federalnym, że żadne ich – choćby i najwspanialsze – plany nie mają najmniejszych szans na realizację, bo w regionie rządzi emir północnokaukaski, a nie prezydent Federacji Rosyjskiej.

W tym tygodniu bojownicy, najprawdopodobniej właśnie podporządkowani Emiratowi Kaukazu Północnego (dążący do oderwania regionu od Rosji i utworzenia państwa islamskiego), przeprowadzili kilka kolejnych groźnych akcji, tym razem w stolicy republiki Nalczyku i okolicach. Dokonano próby wysadzenia stacji benzynowej, z granatników ostrzelano siedzibę Federalnej Służby Bezpieczeństwa, podłożono bombę w resortowym sanatorium FSB oraz ostrzelano z broni palnej posterunki milicji na drogach. Od jakiegoś czasu w doniesieniach agencji informacyjnych powtarzają się zapowiedzi, że do zwalczania podziemia islamskiego na Kaukazie Północnym utworzone zostaną oddziały „antywahabickie” złożone z młodych ludzi, którzy chcą spokoju, nie chcą przystać do bojowników, chcą z nimi walczyć. Dziś pod domem rodzinnym jednego z podejrzanych o dokonanie zamachów zdetonowano granat. Nikt nie ucierpiał. Przypuszcza się, że to właśnie akcja „antywahabitów”, mająca na celu zastraszanie rodzin ludzi podejrzanych o terroryzm.

Prezydent republiki dziś zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą władz. W programach informacyjnych centralnych stacji telewizyjnych pokazywane są reportaże z Kabardyno-Bałkarii: po ulicach jeżdżą transportery opancerzone, chodzą żołnierze i funkcjonariusze w kamizelkach kuloodpornych i hełmach, patrolują ulice, niektóre zamykają dla ruchu.

Władze federalne natomiast ustami prezydenta Miedwiediewa zapowiedziały, że nie odstąpią od planu przekształcenia Kaukazu Północnego w strefę turystyczną, a terroryści zostaną wyłapani i spotka ich zasłużona kara.

Jeden z internetowych komentatorów doniesień z Kaukazu zacytował z przekąsem fragment programu „partii władzy” Jedinaja Rossija sprzed ośmiu lat: „Czeczenia i cały Kaukaz Północny staną się turystyczną Mekką całej Rosji. – Owszem, Kaukaz stał się Mekką, ale na pewno nie turystyczną”.