Archiwum kategorii: Bez kategorii

Urodziny szpiega

Dziś kolejne (nie powiemy które) urodziny obchodzi Anna Chapman, znana jako „agent 90-60-90”. Najpopularniejszy w Rosji dziennik „Komsomolskaja Prawda” zachęca czytelników do składania na stronie internetowej gazety życzeń agentce, ale czytelnicy jakoś szczególnie się nie kwapią. Wśród „komentów” można wyróżnić dwie kategorie. Jedna to życzenia ogólnowojskowe szczęścia i powodzenia, druga – to powątpiewania, czy naprawdę są powody do rozgłosu i specjalnych życzeń, skoro mamy do czynienia „tylko z agentką, która zaliczyła wpadkę”.

Anna Chapman lansuje się gdzie może. Przede wszystkim politycznie: ma zagrzewać do boju patriotycznie nastawioną młodzież, wchodzi do wysokich rad przybudówek młodzieżowych „partii władzy” Jedinaja Rossija, a ostatnio gazety pisały, że szykuje się do startu w wyborach parlamentarnych. Anna Wasiljewna nie zasypia też gruszek w popiele, jeśli chodzi o karierę medialną. Prowadzi program telewizyjny w stacji REN TV (Tajemnice świata z Anną Chapman). Udziela wywiadów. Pod koniec ubiegłego roku Pierwyj Kanał rosyjskiej telewizji państwowej poświęcił jej długi ponadgodzinny program Andrieja Małachowa „Pust’ goworiat”, podczas którego peanom na cześć bohaterki nie było końca. Skąd powód zachwytu? Czy to niefortunny koniec kariery szpiegowskiej, po którym agentka została wyrzucona z USA? Tak na marginesie – gdy tylko Anna Wasiljewna postawiła stopę na rodzinnej ziemi, zaraz chciała wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii – ojczyzny eks-małżonka, z tym że Brytyjczycy manewrem uprzedzającym wyminęli tę rafę, ogłaszając, że nie chcą pani Anny u siebie widzieć, pozbawiają ją obywatelstwa, zezwoleń na pobyt itd. Małżonek też okazał się zresztą nielojalny i niegodny – wywiesił w Internecie fotki superszpiega w stroju dalece niekompletnym. Anna więc chcąc nie chcąc została w Rosji, w której też zaczęła się prezentować w stroju niekompletnym na łamach pisemek dla mężczyzn spragnionych widoków cielesnego i zdemaskowanego do gołych pośladków szpiega.

Podczas programu „Pust’ goworiat” Anna Chapman (została przy nazwisku niegodnego eks-małżonka, chociaż jej panieńskie, rdzennie kozackie nazwisko – Kuszczenko – brzmi śpiewnie, swojsko, a przecież odcięcie się od wiarołomnego pana Alexa Chapmana mogłoby być znakomitym motywem patriotycznym) nie błysnęła ani intelektem, ani dowcipem, ani wiedzą. Trudno było się zorientować widzowi programu, na czym polega ten fenomen zdemaskowanej agentki, która teraz windowana jest na szczyty kariery politycznej i nie tylko, odznaczana medalami otrzymywanymi z rąk prezydenta, nagradzana tytułem honorowego obywatela Wołgogradu (skąd pochodzi) itd. W programie podkreślano, że Anna Wasiljewna urodziła się w dniu szczególnym – 23 lutego jest obchodzony w Rosji jako Dzień Obrońcy Ojczyzny (dawniej Dzień Armii Czerwonej, do dziś nieoficjalnie obchodzony jako Dzień Mężczyzny). Jako bojownik niewidzialnego frontu Anna Chapman obchodzi dziś więc zapewne nie tylko swoje prywatne urodziny, ale i urodziny armii.

Przyleć choćby na latającym dywanie

Gdzie jest pułkownik Kaddafi? Może w drodze do Wenezueli, a może nie do Wenezueli. Doniesienia z Libii są wstrząsające – Kaddafi strzela do tłumu, zginęło kilkaset osób. A protesty nasilają się mimo to. Trudno cokolwiek potwierdzić na sto procent. Umiłowany przywódca Dżamahiriji wykonał na wszelki wypadek głębokie zanurzenie.

Wczoraj w charakterystycznym teatralnym stylu pułkownika Kaddafiego zaprosił do Moskwy wiceprzewodniczący Dumy Państwowej Władimir Żyrinowski, szef Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji. „Proponuję panu, by się pan przeniósł na stałe do Moskwy, zapraszam pana szczerze, jak drogiego gościa”. Reakcja Kaddafiego na to serdeczne zaproszenie Żyrinowskiego nie jest znana.

Kaddafi był nie tak dawno „drogim gościem” rosyjskiej stolicy – w listopadzie 2008 roku przybył z oficjalną wizytą, mającą potwierdzić znakomite stosunki obu krajów i zdecydować, czy warto z Rosjanami robić gazowe interesy. Komentatorzy ekscytowali się wtedy, że pozwolono mu w parku Tajnickim w kompleksie Kremla rozbić tradycyjny beduiński namiot, który ekstrawaganckiemu pułkownikowi służy za przenośną rezydencję podczas podróży. Co więcej, pułkownik Kaddafi przyjmował w namiocie pana Putina i specjalnego gościa – francuską piosenkarkę Mireille Mathieu występującą akurat w Moskwie z koncertami. Kilka miesięcy wcześniej Władimir Putin wpadł na herbatkę do namiotu pułkownika w Trypolisie, darował Libii długi i zainteresował się, jakie możliwości „rozwoju współpracy” miałby w piaskach pustyni rosyjski Gazprom. We flirty z przywódcą Dżamahiriji wdawali się wtenczas na wyprzódki również inni politycy z wielu krajów, uprzednio przez wiele lat nakładających sankcje na Libię za wspieranie terroryzmu (bodaj największe sukcesy na tej niwie osiągnęli Silvio Berlusconi i Tony Blair).

Podczas tamtych wizyt rosyjsko-libijskich sprzed trzech lat prasa pisała o możliwych kontraktach na rosyjską broń. Czy do konkretnych porozumień doszło – nie wiadomo. Ze współpracą gazową było lepiej, ale też na niezbyt dużą skalę. Dziś z Libii próbuje się ewakuować grupa kilkuset Rosjan, pracowników Gazpromu.

Żyrinowski, który zawsze okazywał sympatię Kaddafiemu, namawiał go wczoraj do odejścia, bo jego czas minął: „Niech pan zrezygnuje z bezpłodnych prób stłumienia woli narodu”.

Czy Żyrinowski mówił prywatnie, półprywatnie czy półoficjalnie? To polityk o niesprecyzowanej pozycji – z jednej strony mówi emocjonalnie, nielogicznie, pod włos „oficjałce”, z drugiej strony – nigdy nie spotkało go za śmiałe, nieraz niepoprawne politycznie, nieraz obrazobórcze wypowiedzi nic złego, zero reprymendy od najwyższych czynników. Wydaje się więc, że Żyrinowski, odgrywający z powodzeniem rolę dworskiego błazna, wypuszcza balony próbne z przyzwoleniem Kremla. Żyrinowski wydaje się niezatapialny – jest obecny w rosyjskiej polityce od początku lat 90., zawsze przydatny, choć pozornie nieobliczalny.

Na razie ani Putin, ani Miedwiediew nie wypowiadali się na temat ewentualnego ugoszczenia krwawego tyrana w Moskwie. Na temat patetycznego zaproszenia wystosowanego przez Żyrinowskiego zresztą też nie. Natomiast dziś podczas narady Narodowego Komitetu Antyterrorystycznego we Władykaukazie prezydent Miedwiediew nieoczekiwanie oznajmił, że w Rosji niemożliwe jest powtórzenie „egipskiego scenariusza”. Być może była to zaoczna odpowiedź kilku zachodnim politykom, którzy przestrzegali Kreml przed podobnym rozwojem wypadków (m.in. senator John McCain wypalił kilka dni temu: „Myślę, że te wydarzenia nie ograniczą się tylko do Bliskiego Wschodu. Wiatr przemian wieje i nie wiadomo, gdzie jeszcze zawieje. Ja bym się na miejscu pana Putina nie czuł się tak pewnie, gdybym siedział na Kremlu z całą kliką z KGB”).

Krab na galerach

Pod koniec drugiej kadencji prezydenckiej Władimir Putin wypowiedział zdanie, które potem wielokrotnie cytowano: „Harowałem jak niewolnik [kak rab] na galerach”. Naród ten aforyzm przeinaczył po swojemu: zamiast „kak rab”, zaczęto z ironią wymawiać „kak krab”.

Motyw kraba na galerach wykorzystał pisarz i publicysta Dmitrij Bykow w szybkim poemacie politycznym poświęconym wywiadowi Natalii Wasiljewej. Bykow zatytułował swój utwór „Poeta i obywatel”, czerpiąc z tradycji zaangażowanej społecznie poezji Niekrasowa. Wiersz z emfazą wyrecytował w internetowej telewizji „Deszcz” znany aktor Michaił Jefriemow. Można to obejrzeć na youtube. 

Natalia Wasiljewa – asystentka sędziego Wiktora Daniłkina, który orzekał w drugim procesie Michaiła Chodorkowskiego – w zeszłotygodniowym wywiadzie dla „Gazety.ru” i wspomnianej już powyżej telewizji „Deszcz” oznajmiła, że jest przeświadczona, iż Daniłkin nie napisał ani sentencji wyroku, ani nie zdecydował o wymiarze kary (zgodnie z przepisami, wyrok może napisać osobiście wyłącznie sędzia prowadzący proces). Według słów Wasiljewej, wyrok został napisany w wyższej instancji – Mosgorsud, czyli w moskiewskim sądzie miejskim, a Daniłkin go tylko na polecenie z góry odczytał. Przez cały czas podczas trwania procesu na sędziego wywierano presję, a sędzia bardzo to przeżywał, bo to uczciwy człowiek, wypił morze kropli nasercowych, gdyż naciski góry były bardzo silne, a on to bardzo źle znosił, był przybity. Tyle wywiad.

Po wypowiedzi Wasiljewej w rosyjskim internecie huczało jak w ulu. Choć z drugiej strony – czy to naprawdę była aż taka sensacja? Wasiljewa powiedziała na głos to, o czym wszyscy od dawna szeptali: że proces Chodorkowskiego był procesem zrealizowanym na zamówienie polityczne. Ale powiedzieć na głos coś, o czym nawet wszyscy wiedzą, ale boją się mówić, to w Rosji akt obywatelskiej odwagi. Bykow w poemacie napisał: „Natasza Wasiljewa uratowała nas od hańby”. Wasiljewa powiedziała, że nie może już dłużej uczestniczyć w systemie, że ją te praktyki zakulisowych nacisków na „najbardziej humanitarny sąd na świecie” mierżą.

Michaił Chodorkowski w dzisiejszym wywiadzie dla tygodnika „Kommiersant Włast’” potwierdził słowa Wasiljewej. Jego zdaniem, Daniłkin nie napisał wyroku sam, a odczytał przygotowany tekst, „podobny do protokołu politycznej rozprawy”. Według Chodorkowskiego, wyrok został napisany przez kilka osób, które nie uczestniczyły w procesie i że to można udowodnić. Dalszy ciąg może być więc bardzo ciekawy, jeśli adwokaci eks-oligarchy pociągną ten wątek.

W wywiadzie dla „Kommiersanta” Chodorkowski stwierdził też, że jeśli w wyborach „wystawi się” Putin, to będzie oznaczać, że próba spokojnego przekazania władzy nie powiodła się. Powrotu Putina na Kreml, zdaniem skazańca, znaczna część społeczeństwa nie zaakceptuje: „nie można ciągle demonstracyjnie cofać się w przeszłość”.

Podobna myśl przewija się w poemacie Bykowa: „wszyscy jesteśmy dziś przygnieceni krabami z ciężkich kremlowskich galer”.

Oświadczenie Wasiljewej stało się natchnieniem poetów, ale nie pociągnęło za sobą na razie żadnych reakcji instancji wskazanych w wywiadzie jako łamiące prawo. Przedstawicielka Mosgorsuda bąknęła wprawdzie, że to wszystko nieprawdziwa nieprawda, że to prowokacja, ale na tym koniec – żadnych kroków prawnych, mających obalić/potwierdzić słowa asystentki sędziego.

Wywiad Wasiljewej okazał się inspiracją nie tylko dla poetów, ale także prozaików. Wadim Zajdman napisał krótki utwór prozą z gatunku political fiction „Nie mogę milczeć” o tym, jak asystentka prasowa prezydenta Miedwiediewa Natalia Timakowa udzieliła nieoczekiwanie wywiadu w radiu, a w nim opowiedziała, jak to jej szef musiał się we wszystkich sprawach konsultować z wyższą instancją, że go te wieczne naciski dużo kosztowały, że przeżywał, był przygnębiony i pił dużo kawy, a ręce mu się trzęsły. Po tym sensacyjnym wywiadzie rzecznik prasowy premiera oznajmił, że to prowokacja, a Timakowa niebawem wszystko odwoła.

Blog hydraulika

Nie tak dawno Francuzi straszyli dzieci widmem polskiego hydraulika, który pożre francuski rynek pracy. Potem okazało się, że polski hydraulik nie jest taki straszny i nawet coś potrafi. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, czym wykazał się rosyjski hydraulik – Wiaczesław Sołdatienko jest najsławniejszym rosyjskim blogerem.

Mieszka w Rydze, pisze pod nickiem „pesen net”, książkę „Hydraulik, jego kot, żona i inne drobiazgi” wydał pod pseudonimem Sława Se. Książka momentalnie stała się bestselerem.

Pisze urocze drobiazgi (cząstka tytułu książki nie jest przypadkowa) z życia codziennego, które czyta czterdzieści tysięcy użytkowników dziennie. Są trochę sentymentalne, do bólu szczere i bawią po pachy.

„Trzeźwy Dziadek Mróz – to hańba i brak szacunku dla dzieci. Pojawić się w takim trzeźwym stanie na choince to szczyt nieodpowiedzialności. Rok temu Dziadek Mróz przyszedł jak trzeba pijany w deskę, podarował dzieciom wulkany zabawy i szczęścia. Nadeptywał im na nóżki, opowiadał jakieś koszmarne dowcipasy. Uszczypnął wychowawczynię. Pod okiem śliwa. Malcy bali się go troszkę i jednocześnie kochali bezgranicznie. A w tym roku przyszedł jakiś nakrochmalony sztywniak. No i choinka była do bani. Brodaty robot”.

Albo: „W młodości pracowałem jako muzyk. Byłem wtedy cudownie nieżonaty i nosiłem atrapę obrączki. Wielu muzyków tak robi – dla seksualnego bezpieczeństwa. Nasz basista nie nosił i co wieczór dziewczyny dorywały go nawet w toalecie i zmuszały do tych rzeczy. Najpierw basista się cieszył, ale potem zachorował na jakieś świństwo i rozczarował się co do miłości.

A teraz jestem dorosły, śpię na rozkładanym łóżku, jestem koszmarnie nieżonaty i nie umiem gotować. To znaczy – co znaczy „nie umiem gotować”. W moich garnkach można napotkać żywnościowe emanacje trzech rodzajów: warunkowo jadalne, niejadalne i barszcz. Ale za to moje córeczki są szczupłe. Czasem dla odmiany kupuję w delikatesach sznycle. Można z nich robić okłady na siniaki. Albo wsadzić do lodówki. Lodówka, w której są sznycle, wygląda jakoś tak dostojniej, jak róg obfitości nie przymierzając. Sznycle zmieniają kolor – od poniedziałku do soboty. Młodzieży podoba się ten fenomen”.

Albo: „Lalka spotkała na ulicy przyjaciela Iwana, który szedł z ojcem w niewiadomą siną dal.

– Cześć, Iwan – wrzasnęła Lala tak przyjaźnie, że z pobliskiego drzewa zwaliła się wrona.

– Cześć, Lalka! – krzyknął Iwan, ale jakoś bez wyrazu.

– Tato, to jest Lalka, która cały czas pluje i pokazuje język – przedstawił nas Iwan tatusiowi. Ojciec Iwana popatrzył na nas spode łba, głównie na moje usta, jak gdyby stąd właśnie spodziewał się nieprzyjemności.

– Laleczko, czy naprawdę plujesz i pokazujesz język? – spytałem głośno i fałszywie. Czasem lubię przy ludziach sprawiać wrażenie przyzwoitego człowieka. Lalka odpowiedziała mi spojrzeniem, że uważa mnie za tchórza. Prawdziwy przyjaciel na moim miejscu sam pokazałby wrogowi język i jeszcze dla pewności splunąłby w jego stronę.

W ten oto sposób dowiedziałem się, że moja córka dorosła i że jest pełna kobiecej dumy, której potrafi bronić, spluwając obficie.

Przypatrując się dzisiaj rano, jak kot drapie się tylną łapką pod paszką, myślałem o pozostałych kobietach z mojej rodziny. Wszystkie są dumne i ślinę mają zawsze w pogotowiu, i jeszcze zawsze pod ręką mają różne przydatne sprzęty domowe w rodzaju żelazka. I prędzej podrapią się nogą pod paszką, niż pozwolą mężczyźnie zdecydować o czymś ważnym – gdzie postawić szafę, jaką drogą pojechać, czy ta śmietana skwaśniała czy nie, czy już się rozwieść czy jeszcze dać sobie szansę.

Mężczyźni w naszej rodzinie mogą się wykazać tylko w takich drobiazgach jak walka z kryzysem i wybory prezydenta”.

I tak dalej. Wdzięk i dowcip, i dobrze przyswojone lekcje literatury rosyjskiej. Trochę Zoszczenki, trochę Dowłatowa, ale bez dekadencji. Dużo siebie.

W wywiadzie dla tygodnika „Itogi” Wiaczesław Sołdatienko wyznał, że już nie pracuje jako hydraulik: „Nie jestem fanem rękodzieła, na widok zardzewiałych rur łzy nie cisną mi się do oczu, cóż, praca i tyle. Ale kiedy nie masz możliwości, żeby zarabiać na życie w przyjemny sposób rysowaniem czy śpiewaniem, to nieźle jest znaleźć sobie zajęcie, które nie trzepie ci nerwów, chodzi o to, żeby normalnie pracować i nie zrywać się z krzykiem po nocach, jak to czasem bywa z bankierami czy milicjantami. I żeby nie było szkoda rzucić tego w odpowiednim momencie. Teraz jestem blogerem. To znaczy jeśli wziąć pod uwagę kryterium włożonego w to przedsięwzięcie wysiłku i czasu, to najbardziej jestem właśnie blogerem. Jak każdy zajadły użytkownik internetu jestem nałogowcem, oderwać się nie mogę. Teraz już i tak jest lepiej, wcześniej to nawet na spacer nie mogłem spokojnie wyjść, pół godziny na dworze wydawało mi się egzekucją, grzybobranie – bezsensownym ciężkim przeżyciem. Byłem pochłonięty tylko internetem i moim blogiem – wszystko inne było nieważne. Jakie tam grzyby, jaki spacer – skoro można pisać. Wszystko, co odrywa od pisania, drażni, denerwuje. Wiem, jestem fanatykiem. Nie ma dla mnie nadziei”.

Pierwszy bez Romana

Pierwyj, czyli Pierwszy Kanał rosyjskiej telewizji ma największy zasięg i największą oglądalność w kraju. Stacja nadaje najpopularniejszy dziennik – „Wriemia”, który podaje codziennie doskonale przeżutą papkę na temat dokonań najwyższych władz partyjnych i państwowych, cieszące się wzięciem plastikowe seriale, na ogół kiepskie programy  rozrywkowe i uczesaną publicystykę. W stacji (nie tylko tej) obowiązuje czarna lista z nazwiskami osób wysoce niepożądanych w studiu i na ekranie (czy muszę dodawać, że to osoby, które nie lubią władzy, zresztą z wzajemnością). O tym, kto może zostać dopuszczony przed czujne oko kamery, decyduje dyrekcja w porozumieniu… No, to kuluary, a więc nie wiadomo, w porozumieniu z kim. W gorących czasem dyskusjach w programach publicystycznych dozwolony jest pluralizm poglądów: może wystąpić deputowany z frakcji komunistycznej, wypowiedzieć się poseł z partii Sprawiedliwaja Rossija, a podważyć jego argumenty przedstawiciel związków zawodowych. Do debaty Wałęsa-Miodowicz jeszcze jednak daleko.

Osobą nadzorującą Pierwyj Kanał był od lat Roman Abramowicz, zwany sakiewką Kremla, od lat okupujący czołowe pozycje na listach bogaczy, znany jako właściciel klubu Chelsea Londyn i najdłuższego jachtu. Osoba zaufana Władimira Putina. Władimir Putin wierzy w hipnotyczną moc ekranu telewizora, jest entuzjastą tego medium i najwyraźniej jest przekonany (nie bez racji, jak widać), że kto ma dostęp do telewizji, ten ma władzę. Czyli w rosyjskich warunkach – kto redaguje „Wriemia”, ten ma władzę. Pan premier ma dostęp. Czy redaguje „Wriemia”? Na pewno jest głównym aktorem tych miłych dla oka PR-owskich spektakli. Państwo ma 51 procent akcji Pierwszego. Państwo płąci, państwo wymaga. Niedawno premier przechodził koło siedziby Pierwszego z tragarzami i zajrzał na chwilę na zebranko redakcyjne. „Chciałem złożyć życzenia Konstantinowi Lwowiczowi [Ernstowi – dyrektor stacji] z okazji urodzin” – uzasadnił nagłe gospodarskie pojawienie się w telewizji. Wprawdzie nie był to dokładnie dzień urodzin Ernsta, ale przecież nie będziemy czepiać się szczegółów: takie dobre życzenia na pewno zachowały pierwszą świeżość do właściwego dnia. Nie od dziś wiadomo, że pańskie oko konia tuczy, a takiego telewizyjnego konia trzeba tuczyć, zwłaszcza przed sezonem wyborczym, nawet jeśli to wybory tylko fasadowe.

W tym tygodniu podano do wiadomości, że Roman Abramowicz odstąpił swoje udziały w Pierwszym (kupione swego czasu za bezcen od Borysa Bieriezowskiego, który popadł wtedy w niełaskę) Jurijowi Kowalczukowi. 25 procent za jedyne 150 mln dolarów (zdaniem speców od rynku mediów – to jak za darmo). Jurij Kowalczuk, główny udziałowiec banku Rossija i właściciel dwóch stacji telewizyjnych, kilku gazet i portali internetowych, jest opisywany przez media jako bliski przyjaciel Władimira Putina. Bliższy niż Abramowicz? Tej bliskości zmierzyć niepodobna. Zresztą, za próbę określenia stopnia bliskości przyjaźni z premierem można trafić nawet przed oblicze sądu (co ostatnio przećwiczyli autorzy raportu „Putin. Itogi” Borys Niemcow i Władimir Miłow, którzy w tym opracowaniu określili właściciela firmy Gunvor Giennadija Timczenkę mianem „przyjaciela Putina”, a pan Timczenko pozwał Niemcowa do sądu i kazał się przepraszać za takie określenia, aprzede wszystkim za sugestię, że gigantyczny majątek Timczenki spuchł dzięki tej bliskiej przyjaźni; ale to temat na inną opowieść). Wróćmy do smacznego pakietu akcji telewizji. Może jednak Abramowicz – człowiek jeszcze Jelcynowskiej familii – nie jest tak bliski jak Jurij Kowalczuk? Jak napisał Witalij Portnikow: „On [Putin] nie jest przeciwko familii, ale jeszcze nie wie, czy klan weteranów go poprze [w 2012 – roku wyborczym]. I nie chce ryzykować, musi trzymać palec na pilocie. Właśnie dlatego czyni faktycznym właścicielem kanału człowieka, któremu może zaufać i którego biznes jest związany przede wszystkim z przyszłą rolą Putina w państwie. Czy to oznacza, że Pierwszy się zmieni? Oczywiście, że nie – nikt nie jest zainteresowany takimi zmianami, władze chcą, żeby wszystko zostało po staremu […] Po co zmieniać, skoro wszystko jest znakomicie. Abramowicz odstąpił Pierwszy nie dlatego, że władza chce zmian, a dlatego, że władza nie chce żadnych niespodzianek”.

Nieznani sprawcy

Film „Chodorkowski” miał być zaprezentowany na berlińskim festiwalu filmowym. Premierę wyznaczono na 14 lutego. W nocy z 3 na 4 lutego nieznani sprawcy dokonali włamania do studia filmowego Lala Films w Berlinie, w którym trwały prace nad filmem, wyłamali pięcioro drzwi, zabrali kilka komputerów z montażowni. Na dysku jednego z nich zapisana była finalna wersja 100-minutowego filmu Cyrila Tuschi o byłym właścicielu koncernu naftowego Jukos, szykowana na Berlinale. Reżyser, który pracował nad filmem przez kilka lat, ogłosił, że zdoła zrekonstruować film: „Będziemy pracować ze wszystkich sił, ale pokażemy film na festiwalu. Nie mam pojęcia, kto to mógł zrobić. Studio wygląda jak po wybuchu bomby”. W jednym z wywiadów Tuschi powiedział, że trzy tygodnie temu skradziono mu w hotelu komputer, na którego dysku znajdowała się niedokończona wersja filmu.

Film przedstawia sylwetkę najsłynniejszego więźnia putinowskiej Rosji od pierwszych kroków stawianych przezeń w Komsomole do dziś. „Opowiadam się za uwolnieniem Chodorkowskiego. Chciałem pokazać siłę i sprzeczności tego człowieka. W czasie pracy nad filmem kilkakrotnie zmieniałem opinię o Chodorkowskim.  Obecnie występuję w jego obronie, ale to nie znaczy, że uważam go za pozytywnego bohatera. Albo negatywnego. Pracując nad filmem, starałem się wniknąć w całą złożoność – deklaruje Tuschi. – To szekspirowska tragedia. Dramat osobowości, człowieka ze skromnej radzieckiej rodziny, który stał się najbogatszym człowiekiem w Rosji, a następnie trafił do więzienia – szekspirowski zwrot akcji. Dlaczego trafił za kratki? Czy popełnił jakiś błąd? Dlaczego dobrowolnie pozwolił się wsadzić do więzienie? Próbuję postawić te pytania i znaleźć na nie odpowiedź”.

W wywiadzie dla tygodnika „Kommiersant Włast’” Tuschi mówił: „Okazało się, że wszyscy tu grają w jakiegoś super-pokera. Ludzie Chodorkowskiego też. I wiele rzeczy, które naiwnie uważałem za najważniejsze, np. prawa człowieka, to w tej grze tylko instrument, aby osiągnąć cel, niewidoczny cel. Okazuje się, że strona występująca w obronie Chodorkowskiego i strona, oskarżająca go, jakimiś niewidzialnymi nićmi są ze sobą powiązane”. Zdaniem Tuschi, Chodorkowski i Putin są w pewnym sensie podobni, to ich mecz. „Jest co najmniej dziesięć powodów, dlaczego Chodorkowski siedzi w więzieniu. Jeden z nich to archaiczny męski spór. Putin fotografuje się z gołym torsem na koniu, a Chodorkowski swego czasu zajmował się kulturystyką. To podobne typy. Gdyby, załóżmy, Chodorkowski i Putin byli kobietami, to sprawy nie zaszłyby tak daleko”.

Prace nad filmem toczyły się przez pięć lat w Moskwie, Petersburgu, Kałudze, Czicie, w Strasburgu i Berlinie, Nowym Jorku, Tel Awiwie i Londynie. Tuschi napotykał co rusz trudności finansowe. Jedna z niemieckich fundacji np. odmówiła reżyserowi pomocy w finansowaniu przedsięwzięcia, otwarcie argumentując: „boimy się, że ambasada Rosji będzie niezadowolona i będziemy mieli problemy”. Tuschi ze zdziwieniem konstatował, że wiele osób nie chce z nim rozmawiać – i to zarówno ze strony władz, jak i zwolenników Chodorkowskiego. „Mimo trudności, mimo że w filmie nie ma wypowiedzi ważnych dla sprawy osób – pisze „Kommiersant Daily” – reżyserowi udało się stworzyć bardzo przekonujący dokument – ten film nie czyni Chodorkowskiego ani świętym, ani zbrodniarzem, a pokazuje złożony, nieuproszczony portret człowieka, który wpierw żył według zasad, rządzących w danym czasie, a potem postanowił te zasady zmienić”.

Nerw wieku

Wczoraj nie mogłam się oderwać od telewizora. To zdarza mi się nader rzadko, bo za telewizją nie przepadam i oglądam tylko tyle, ile muszę. Ale wczoraj 1 Kanał – pierwszy program rosyjskiej telewizji państwowej prawie cały program – od godziny 11 do 21 – poświęcił Władimirowi Wysockiemu, no i nie mogłam się oderwać. Były filmy z udziałem Wysockiego, wywiady, wspomnienia, Hamlet i oczywiście piosenki. 25 stycznia minęła 73 rocznica urodzin aktora, pieśniarza, poety.

Znakomity reżyser Eldar Riazanow z taktem i wyczuciem w czteroczęściowym programie wspomnieniowym poświęconym Wysockiemu (zrealizowany w 1987 roku, siedem lat po śmierci barda) dyskretnie pokazał dramat, złożoność, niepowtarzalność osobowości artysty. Rozmawiał z matką, macochą, ojcem, żonami, synami, kolegami z teatru. Każde z nich miało piękną opowieść o Wysockim. Riazanow odwiedził miejsca, związane z Wysockim – ulica Pierwsza Mieszczańska, Bolszoj Karietnyj pierieułok (miejsca znane z jego słynnych piosenek), ulica Mała Gruzińska, Taganka, wreszcie cmentarz Wagańkowski.

Wysocki cały składał się z kipieli – kipiało w nim wszystko. Wspominają jego przyjaciele – koledzy z teatru: jakieś „gastroli” (występy gościnne), piąty występ tego dnia; „Wołodia, może przyhamuj, jesteś zmęczony, piąty koncert, daj spokój, może skróć, może w ogóle odpuść, może na pół gwizdka”. Na pół gwizdka? O, nie, nigdy. Piąty koncert? To co? Przecież ta publiczność przyjdzie po prostu na koncert, tym ludziom też się należy normalny występ. I Wołodia „wykłada się” bez reszty, nakręca się jeszcze bardziej niż podczas czterech poprzednich koncertów. Ze sceny trzeba go znosić…

Stanisław Goworuchin, reżyser najbardziej znanego filmu z udziałem Wysockiego „Gdzie jest Czarny Kot” („Miesto wstrieczi izmienit’ nielzia”), opowiadał, że Wysocki nie znosił dubli. Kiedy kręcili jakąś scenę, to Wysocki angażował się bez reszty w pierwszy dubel, a gdy reżyser zarządzał powtórkę, Wysocki grał gorzej, w trzecim dublu – jeszcze gorzej. „Nie, nie interesuje mnie to już, już to zagrałem, ile razy można powtarzać” – niecierpliwił się, nudził czymś, co trzeba powtórzyć. Zawsze był „do przodu”. W jednej ze swoich sztandarowych piosenek pisał o swoich koniach narowistych i wiecznie rwących w oszalałym tempie naprzód.

Rola Hamleta w spektaklu Jurija Lubimowa w Teatrze na Tagance była osią teatralnego życia Wysockiego. Kiedyś dowiedział się podczas jednego z wyjazdów, że pod jego nieobecność w teatrze odbywają się próby z innym aktorem, który miał być ewentualnym zmiennikiem Wysockiego w tej roli. Wysocki obraził się śmiertelnie. „Hamlet to moja rola. To ja”. Hamlet z gitarą, w wyciągniętym czarnym swetrze, zachrypnięty, zagubiony, samotny, niezrozumiany. Ostatni raz Wysocki zagrał Hamleta 18 lipca 1980 roku. Był już wtedy na granicy życia i śmierci, w krótkich przerwach, kiedy schodził ze sceny, lekarz robił mu w kulisie zastrzyk pobudzający.

Marina Vlady, trzecia żona Wysockiego, zrobiła o nim spektakl „Przerwany lot”, dwa lata temu pokazała go w Moskwie. Wzbudził kontrowersje, bo Marina zdecydowała się mówić o sprawach bardzo trudnych, osobistych, między innymi o nałogu, który zabił Wołodię. Jej monolog nie pozwala pomnikowi zbrązowieć. W wywiadzie dla dziennika „Rossijskaja Gazieta” mówiła: „Dla Rosji był nerwem wieku. Był niezwykłym człowiekiem, pobudzał do myślenia, dawał impuls. Był, jak sam pisał, z tych, którzy chodzą po ostrzu brzytwy i ranią do krwi swoje bose dusze. Wysocki niósł ze sobą i samym sobą powiew wolności, zarażał nią otoczenie. Temu zawdzięcza swoje niesamowite powodzenie. […] Wcale nie był próżny ani zarozumiały, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Był skromny i silny. Był poetą, aktorem, bardem, kompozytorem, miał dar Boży. Był prostolinijny, a jednocześnie potrafił być sprytny. Kiedy zaczynał pić, to było coś strasznego. Wymyślał jakieś niesamowite uniki, sztuczki, żeby tylko dorwać się do tego przeklętego trunku. Ale o tym wszyscy wiedzą. Pisałam o tym i opowiadałam. W książce, w spektaklu niczego nie owijam w bawełnę, nie ukrywam, mówię szczerze. Ale wcale nie było tak, jak piszą niektóre podłe gazetki, które smakują szczegóły tej historii na swój perfidny sposób. […] Wołodia nigdy nie widział swoich wierszy wydanych drukiem. A więc go nie było, nie istniał. Strasznie to przeżywał. Kiedy zdawał sobie sprawę z całej tej sytuacji, wpadał w szał. I musiał się napić, zagłuszyć ból wódką… Mój spektakl traktuje o naszym życiu, a to nasze życie było wspaniałe. I miłość, i sztuka. Na szczęście mogliśmy trochę razem pojeździć po świecie, spotkaliśmy niezwykłych ludzi. Nie możemy jednak zapominać, że ówczesne władze uważały Wołodię za zagrożenie”.

Riazanow w cyklu o bardzie przypomina, że gdy Wysocki zmarł, trwały igrzyska olimpijskie w Moskwie i pożegnania z artystą nie przyjechał utrwalić na taśmie filmowej żaden operator radzieckiej telewizji – wszyscy byli zajęci zawodami olimpijskimi. Zdjęcia, które znamy, to dzieło zagranicznych korespondentów. Pod Teatrem na Tagance, w którym wystawiono trumnę z ciałem Wysockiego, stały tłumy (choć gazety nie informowały o uroczystości). Ludzie, tysiące ludzi, nieprzeliczony tłum stał w milczeniu, zgromadzeni wypełniali dosłownie każdy centymetr sześcienny przestrzeni – stali na chodnikach, trawnikach, jezdni, na balkonach, na dachach okolicznych domów. Te kadry robią niesamowite wrażenie.

Sam Wysocki też robi niesamowite wrażenie – to, co mówi, jak mówi, jak śpiewa. Życie rwie do przodu, jak nienasycone życiem konie Wysockiego, to jego podkręcenie cały czas czuje się i w coraz bardziej przyspieszonym pulsie teraźniejszości. Kiedy ogląda się program Riazanowa o Wysockim z nie tak odległego przecież roku 1987, słucha ludzi, wspominających jeszcze dawniejsze czasy, widać jednak ten wielki dystans, jaki dzieli dziś od tamtego wczoraj. Inny kraj, inni ludzie, inna miara sukcesu, inne oczy. Ale krzyk Wysockiego o powietrze, o miłość, o wolność – to wieczne, to pozostanie.

Wojna w awangardzie protestu

Kilkakrotnie zakpili sobie z władzy. Pokazali Federalnej Służbie Bezpieczeństwa „malarski gest Kozakiewicza”. Prowokują, protestują, podbechtują, ale przede wszystkim wyśmiewają nadętą oficjalną propagandę i wskazują na patologie istniejące w relacjach społeczeństwa i władzy. Artgrupa Wojna nie pozostawia nikogo obojętnym. Dla jednych to zwykli chuligani, którzy przekraczają normy społeczne i obyczajowe dla zgrywy, dla innych – przedstawiciele awangardowego nurtu sztuki ulicznej: konceptualnego akcjonizmu.

Władze nie mają jednak poczucia humoru (zwłaszcza na swój temat) i zaczęły ścigać członków grupy. Za co? Zgodnie z prawniczymi formułami – za chuligaństwo. Ale zważywszy na stosunkowo niewielką szkodliwość społeczną uszkodzeń, jakich podczas ich akcji doznają przedmioty martwe znajdujące się w przestrzeni publicznej i na zajadłość organów, które na ogół na takie pospolite czyny nie zwracają uwagi, można podejrzewać, że bardziej chodzi o politykę. Bo Wojna uprawia politykę, czyli wkracza na teren, zastrzeżony w Rosji wyłącznie dla grupy trzymającej władzę. Dwóch liderów grupy – Oleg Worotnikow (pseudonim Wor) i Leonid Nikołajew (Lonia Poj*b) – od ponad dwóch miesięcy czeka w areszcie na proces po akcji „Przewrót pałacowy”. Akcja polegała na przewróceniu na bok kilku służbowych samochodów milicyjnych. Według wykonawców, miał to być protest przeciwko samowoli organów ścigania i dętej reformie zainicjowanej przez prezydenta, która głównie polega na przemalowaniu szyldu z „milicja” na „policja” bez uszczerbku dla „układu”. Czyn Nikołajewa i Worotnikowa uznano za groźny ze względów społecznych, popełniony z pobudek „nienawiści do grupy społecznej” (art. 213, zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu). Sąd nie wyraził zgody na wyjście aresztantów za kaucją i przedłużył areszt do 14 lutego.

Los artystów poruszył słynnego artystę sztuki ulicznej, Banksy’ego, który za pośrednictwem swojej strony internetowej zbiera fundusze na pomoc uwięzionym braciom, zorganizował aukcję swoich prac – dochód z niej przeznaczył na wyżej wzmiankowany cel. Norwegia wypuściła znaczek pocztowy z wizerunkiem Wojny, dochód ze sprzedaży również zasila konto grupy, pieniądze mają być przeznaczone na pomoc prawną.

Artgrupa Wojna działa od 2006 roku. Tworzą ją ludzie różnych profesji, przeważnie pozartystycznych. Szokują od początku. Używają wulgaryzmów, urządzają orgie, mówią głośno: „nie lubimy tej władzy”. Są czystą żywą nieformalnością, wymykają się więc definicjom. Sami siebie określają jako lewaków. Niestandardowo protestowali przeciwko fasadowym wyborom prezydenta Miedwiediewa w lutym 2008 (orgia w Muzeum Biologii), przeciwko polityce migracyjnej i zakazom zorganizowania parady równości w Moskwie (performance w supermarkecie polegał na odegraniu egzekucji gastarbeiterów i homoseksualistów), przeciwko rządowi Putina (na ścianie frontowej siedziby rządu wyświetlili laserem trupią czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami), przeciwko przywilejom dla służbowych samochodów urzędników (posiadanie „koguta” na dachu pozwala takim samochodom omijać korki na ulicach Moskwy; Lonia Poj*b z imitującym „koguta” błękitnym wiadrem na głowie biegał po dachach samochodów, w tym przebiegł się po dachu auta należącego do Federalnej Służby Ochrony, kremlowskiego BOR-u), przeciwko cenzurze, przeciwko samowoli milicji (poszły w ruch torty z kremem).

Bodaj najgłośniejsza była akcja z 14 czerwca ubiegłego roku (w urodziny Che Guevary), przeprowadzona w Petersburgu. W ciągu niespełna pół minuty członkowie grupy Wojna namalowali białą farbą na czarnym asfalcie mostu Litiejnego dorodnego fallusa. Gdy zwodzony most uniesiono do góry, malunek ukazał się nie tylko zdumionym oczom kierowców, ale także funkcjonariuszom Bolszogo Domu, jak nazywa się w Petersburgu siedzibę Federalnej Służby Bezpieczeństwa, znajdującą się tuż przy moście. Śmiech słychać było w całym kraju. I za granicą – wyczyn Wojny opisały z ukontentowaniem światowe media. Rosyjski Internet trząsł się ze śmiechu.

Ale po aresztowaniu dwóch liderów grupie jakoś zrobiło się nie do śmiechu. W niedawnym wywiadzie dla dziennika „Niezawisimaja Gazieta” jeden z twórców Wojny, jej główny ideolog Aleksiej Płucer-Sarno (pseudonim Płut) przyznał, że zdecydował się na emigrację.

Rozmowa jest bardzo emocjonalna: „Nie ja jeden nie mogę mieszkać w Rosji. Według oficjalnych statystyk, ojczyznę opuszcza co roku 100 tysięcy Rosjan. Milion w ciągu ostatniej dekady – milion najlepszych, najbardziej energicznych ludzi. […] Nie można zbyt długo wytrzymać w tym prawicowo-radykalnym piekle, w którym dochodzi do świadomego unicestwiania narodu i kultury. Władza pożąda petrodolarów, za wszelką cenę, a naród jej w tym przeszkadza. […] Geniusze to koszmar dla dzisiejszej władzy. Władza potrzebuje pokornych niewolników. A ja rabem nie jestem. […]

Zbrodnia grupy Wojna polega na tym, że my faktycznie otwarcie nienawidzimy tej władzy. Nasza zbrodnia polega na tym, że chcemy szczęścia dla Rosji. Nasze akcje są artystyczne, pełne symboliki. Uprawiamy sztukę protestu, którymi zachwyca się cały świat. Grupa Wojna nikomu nie wyrządziła krzywdy”.

Tyle ideolog. A w środowisku krytyków sztuki trwa dyskusja, czy akcje Wojny należy zakwalifikować jako artystyczne przedsięwzięcia czy zwykłe protesty polityczne, z talentem ukryte pod płaszczykiem artystyczno-chuligańskiego performansu. „Wojna znajduje się w sytuacji pogranicznej. Ambicje artystyczne to jedno, a obiektywna treść i istota działań i liczenie się z tym, że poszczególne komponenty takich akcji wchodzą w kolizję z kodeksem karnym – to drugie – mówi krytyk Josif Baksztejn. – Niektórzy uważają, że skoro jesteś artystą, to masz prawo robić wszystko. Ale żadne społeczeństwo nie akceptuje tego. To problem artystów na całym świecie. Artysta nie jest zwolniony od odpowiedzialności. Sztuka istnieje w obrębie społeczeństwa, to zawsze akt obywatelski, rywalizacja systemów wartości. Inna sprawa to stan społeczeństwa obywatelskiego w danym kraju, na ile kraj jest gotów uznać inne systemy wartości, niezależne od zamówienia politycznego i kontekstu rozrywkowo-komercyjnego. Istnieje jeszcze obywatelski wymiar wartości artystycznych, które artysta formułuje i wystawia pod osąd. W tej dyskusji społecznej rodzi się pojmowanie tego, czym jest sztuka”. Członkowie grupy argumentują, że muszą uciekać się do działań szokujących: „Próby konstruktywnej obrony praw obywatelskich zakończyły się fiaskiem, wojna buntuje się przeciwko temu, że władza łamie prawo. Skoro sama władza nie przestrzega praw, to dlaczego ludzie mają przestrzegać?”

Dyskusja więc nadal trwa, a Wor i Lonia siedzą w areszcie za zbicie lusterka w służbowym samochodzie milicyjnym.

Wiecznie żywy

„Kamień na kamień, kirpicz (cegła) na kirpicz, umier nasz Lenin, Władimir Iljicz”. Wódz rewolucji bolszewickiej zmarł 21 stycznia 1924 roku. I do tej pory nie został pochowany – spoczywa w okazałym mauzoleum na placu Czerwonym w Moskwie. Jego świetnie utrzymana mumia przyciąga uwagę turystów odwiedzających Moskwę i niezmordowanych zwolenników ideologii wodza.

Od czasu do czasu w Rosji wybucha dyskusja – jedna strona sporu twierdzi, że należy Lenina nareszcie wyciągnąć z mauzoleum i pochować w ziemi, jak Pan Bóg przykazał (w grę miałby wchodzić memoriał pod murami Kremla, gdzie spoczywają najbardziej zasłużeni działacze państwa radzieckiego, m.in. Józef Stalin, którego zabalsamowane ciało w latach 1953-1961 leżało na widoku publicznym obok mumii Lenina w mauzoleum, albo cmentarz w Petersburgu, gdzie znajduje się grób matki Lenina; ostatnio gazeta „Wiedomosti” zasugerowała, że Lenin może spocząć na nowym państwowym cmentarzu dla VIP-ów pod Moskwą). Druga strona – do upadłego broni miejsca spoczynku wodza w mauzoleum, a wszelkie rozmowy na temat przeniesienia zwłok uważa za oczywiste świętokradztwo. Borys Jelcyn w początkach swej prezydentury deklarował, że chce zrealizować dwa ważne, symboliczne cele: pochować w Petersburgu rozstrzelanych przez bolszewików członków rodziny carskiej (to mu się udało) i doprowadzić do pochówku w ziemi mumii Lenina (to, jak widać, mu się nie udało). Były zgłaszane pomysły, aby w sprawie likwidacji mauzoleum rozpisać ogólnonarodowe referendum.

W latach 90. modne było, szczególnie w zachodnich mediach, nadawanie reportaży z mauzoleum Lenina, drobiazgowe opisywanie procedur związanych z utrzymaniem mumii, epatowanie szczegółami z historii mumii (np. dramatyczna ewakuacja mumii w czasie wojny) itd. Teraz popularność pośmiertna wodza rewolucji nieco przygasła. Ale sam temat pochówku powraca. Wczoraj z wezwaniem do „wyniesienia ciała z mauzoleum” wystąpił deputowany frakcji putinowskiej partii Jedna Rosja Władimir Medinski: „To jakaś pogańsko-nekrofilska misja na naszym placu Czerwonym. Obecność Lenina jako centralnej postaci w nekropolii w samym sercu Rosji to rzecz nie do przyjęcia”. Opinię Medinskiego poparło kilku towarzyszy z partii. „Dziś mało kto rozumie, dlaczego w centrum stolicy leży ta mumia”.

Ale w obronie „szefa” wystąpili jak zwykle komuniści. „To prowokacja!! Partia władzy potrafi tylko zmieniać nazwy ulic, rozkopywać groby i burzyć pomniki” – grzmiał główny komunista Rosji Giennadij Ziuganow. Dzisiaj w sprawie Lenina wypowiedział się wysoki urzędnik Kremla: „obecnie podejmowanie decyzji w sprawie wyprowadzenia ciała Lenina z mauzoleum nie jest planowane”. Choć jeszcze wczoraj w kuluarach pojawiały się głosy innych urzędników, którzy podobno odnieśli się do idei „wyniesienia ciała” entuzjastycznie, miałby to być, wedle nieoficjalnych doniesień, „wizerunkowy projekt Miedwiediewa”.

No i na razie chyba tyle. Najwyraźniej jeszcze nie nastał ten dzień, kiedy decyzja w sprawie ostatecznego pożegnania się z mumią zostanie na rosyjskich szczytach podjęta. Chociaż badania opinii świadczą, że „w narodzie” szala się już przechyliła: 66 proc. badanych przez ośrodek WCIOM opowiedziało się za pochowaniem Lenina.

Świeżo upieczony tułacz

Jeszcze niedawno był panem życia i śmierci. Jego jowialna twarz pod daszkiem swojskiej „kiepki” wrosła w polityczny pejzaż Rosji, wydawało się, że jest nie do ruszenia, że będzie wiecznie rządził Moskwą i jej gigantycznymi zasobami. Latem tego roku mer Moskwy Jurij Łużkow miał jednak nieostrożność narazić się tym, których portrety zdobią ważne gabinety jak Rosja długa i szeroka. Podjął nawet walkę, rzucił rękawicę, no, może rękawiczkę. Ale przegrał z kretesem. Utracił stanowisko, a wraz z nim „kryszę” i wpływy.

Jego dwór, ci, którzy nieledwie kilka miesięcy temu sławili jego geniusz, rozpierzchli się w poszukiwaniu nowych gwarancji szczęścia. Łużkow został na arenie sam. Jak donosiły rosyjskie media, Łużkow opuścił swą rezydencję pod Moskwą: „Mer nie chce już dłużej mieszkać w posiadłości Mołodienowo, gdyż z całego ogromnego terytorium państwowej rezydencji władze Moskwy wydzieliły eksmerowi tylko jeden pawilon i pasiekę”. (Mała dygresja: mer był zawsze bardzo dumny ze swej pasieki, dla niej wrócił podczas morderczych upałów w Moskwie latem ub.r.; potem o tej akcji z przenoszeniem uli w bezpieczne, niezadymione miejsce było bardzo głośno, mówiono nawet, że właśnie to stało się kroplą, która przelała puchar cierpliwości władz zwierzchnich: oto Łużkow zamiast troszczyć się o miasto i jego mieszkańców, wietrzy się w austriackich Alpach, a wraca tylko po to, by ratować swoje ukochane pszczoły, tego za wiele!).

Przez ostatnie lata w rezydencji Mołodienowo mieszkał tylko Łużkow z rodziną, choć formalnie to obiekt do użytku również innych wysokich urzędników. W Mołodienowo są korty tenisowe, stajnia, cieplarnie, ptaszarnia, gospodarstwo pomocnicze, warsztaty, pracownie i laboratoria. Mianem „Nowyje Łużki” nazywano jeszcze jedną posiadłość mera położoną w obwodzie kałuskim: fermę o powierzchni, bagatelka, 12 tys. hektarów z wzorcową hodowlą krów. Mer prowadził tam eksperymenty w zakresie upraw kukurydzy. No i również tam hodował pszczoły. Idealny gospodarz. Pod jego ręką wszystkie te hodowle kwitły. Ale nowy mer Moskwy postanowił, że miasta nie stać na utrzymywanie obiektów poza granicami administracyjnymi i całe gospodarstwo przekazał bezpłatnie… obwodowi kałuskiemu.

Kilka dni temu zaczął się wokół b. mera dziwny ping pong. Najpierw Łużkow oświadczył, że nie opuści Rosji, chyba że ta się od niego odwróci. Po czym zaczęły napływać informacje o jego staraniach o pobyt stały na Łotwie. Aby móc ubiegać się o status rezydenta, Łużkow musiał wpłacić kilkaset tysięcy „zielonych” do kas łotewskich banków. Wpłacił. Ale władze Łotwy przypomniały sobie nieprzyjazne akty i wypowiedzi Łużkowa z czasów, kiedy z wielkoruskim przytupem krytykował on Łotwę. Okazało się, że za okrągłą sumkę zdeponowaną w łotewskim banku nie da się jednak kupić nowego statusu. Pani minister spraw wewnętrznych Łotwy zareagowała natychmiast: nazwisko Łużkowa zostało wpisane na listę osób niepożądanych na Łotwie. Zezwolenie na pobyt stały w kraju UE pozwalałoby Łużkowowi na swobodne przemieszczanie się po krajach strefy Schengen. W rozlicznych komentarzach prasowych podnoszono, że zapewne Łużkow chce się ukryć za granicą przed karzącą ręką rosyjskiej sprawiedliwości, która jaka jest, każdy widzi. To tylko denuncjacje prasowe, o ściganiu Łużkowa Temida na razie milczy (autor raportu „Łużkow. Itogi” Borys Niemcow twierdzi, że Łużkow powinien być z mety pociągnięty do odpowiedzialności za korupcję).

Tymczasem Łużkow nadal bada możliwości wyjazdu z Rosji. Dzisiaj z kolei austriacka prasa pisała, że jeśli Łużkow zechce się osiedlić w Austrii, to spotka go to samo, co na Łotwie.

Może zatem Anglia? Też problematycznie. Jakiś czas temu pojawiły się wzmianki, że żona Łużkowa, Jelena Baturina, najbogatsza kobieta Rosji, nabyła luksusową posiadłość w Londynie. Kiedy mer znalazł się jesienią w opresji, komentatorzy domniemywali, że rodzina Łużkowów przeniesie się do Zjednoczonego Królestwa. A Baturina procesowała się z gazetami, które pisały o jej posiadłości (ona twierdziła, że niczego nie kupowała). Po głośnej dymisji Łużkowa do Londynu przeniosły się dwie jego córki. Jakoby na naukę. A pod koniec roku na londyńskim lotnisku pani Baturina został poddana drobiazgowej kontroli, według komentatorów to był wyraźny sygnał, że brytyjskie władze nie życzą sobie na swoim terenie osób o wątpliwej reputacji z wątpliwymi kapitałami.

Wróble w rosyjskim internecie od dawna ćwierkają, że po upadku potężnego mera teraz szybko upadnie potęga biznesowa jego żony. Tym bardziej że chętnych do przejęcia intratnych biznesów budowlanych nie brakuje. Na razie Baturinej „różni ludzie” składają propozycje odstąpienia należącej do niej firmy Inteko za pieniądze nieadekwatnie niskie w stosunku do realnej kapitalizacji przedsiębiorstwa. Baturina miała odrzucić propozycje. Co dalej? Bardzo ciekawe.

Jeszcze ciekawsze jest to, że człowiek, który jeszcze do niedawna nie tylko sławił, ale i własnymi rękami budował system polityczno-gospodarczy w Rosji, teraz, po strąceniu z piedestału, stara się temu systemowi wymknąć.