Archiwum kategorii: Bez kategorii

Rosyjskie nekropolie (1)

Wiele setek tysięcy tych, których wczoraj wspominano w Rosji w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych, nie mają do dziś grobów. Już za życia zamienieni w numery – jako więźniowie Gułagu lub masy przymusowych przesiedleńców – po śmierci tym bardziej nie mogli liczyć na upamiętnienie na nieludzkiej ziemi.

Redakcja „Nowej Gaziety” od lat w dodatku „Prawda Gułagu” zamieszcza relacje, artykuły, dokumenty, wywiady dotyczące zbrodni popełnionych w czasach stalinowskich. W sierpniowym numerze znalazłam wstrząsający reportaż z wyspy Nazim na rzece Ob. Mieszkańcy pobliskiej wioski na prawym brzegu Obu nazywają Nazim wyspą śmierci. Wyspę wolą omijać.

Na początku lat trzydziestych przywieziono na wyspę Nazim wielki transport skazańców (byli to głównie wyłapywani na ulicach miast ludzie, którzy nie mieli przy sobie dokumentów). Bez jedzenia. Bez dachu nad głową. Już pierwszej nocy zamarzło dwieście osób. „Wyspa wyła – pisze Paweł Worobjow. – Wycie słychać było w wiosce, ale miejscowi już byli nastawieni do więźniów nieprzychylnie – mieli bowiem obiecane, że za każdego pojmanego uciekiniera dostaną worek mąki. Wśród przetrzymywanych na wyspie zdarzały się przypadki kanibalizmu”. Po miesiącu z sześciu tysięcy pozostały dwa. Wywieziono ich. Dokąd? – nie udało się ustalić. Potem na wyspę przywożono kolejne transporty. Ostatni udokumentowany transport: 1942, Niemcy nadwołżańscy. Na zdjęciu ilustrującym publikację widać jeden drewniany krzyż – jeden dla wszystkich zagłodzonych i zastrzelonych tysięcy ofiar stalinowskiego reżimu, którzy na zawsze pozostali na wyspie Nazim. Żadnego znaku nie ma natomiast w pobliskim Jarze Kołpaszewskim. Autor publikacji przekazuje relację lekarki miejscowego szpitala: „W 1979 roku na plaży nad rzeką Ob wypłynął trup, miał poczerniałą twarz, w dziwnym ubraniu, z przestrzeloną potylicą. Zaczęto badać sprawę, okazało się, że w budynku pobliskiego posterunku milicji dokonywano swego czasu masowych egzekucji, a rozstrzelanych warstwami układano w rowach, przesypując czymś. Z powodu suchości trupy mumifikowały się. A kiedy po latach rzeka podmyła brzeg, mumie zaczęły wpadać do wody, nurt porywał je, płynęły w dół rzeki, od wody puchły do normalnych rozmiarów. Niezwłocznie podjęto działania, teren ogrodzono na polecenie sekretarza komitetu obwodowego partii […], przypłynęły trzy duże statki, zakotwiczyły tuż przy brzegu; na całą moc włączono potężne wirniki. W ciągu trzech dni wykopano 50-metrowy dół, tysiące zmumifikowanych zwłok spłynęło do Obu. Miejscowej ludności powiedziano, że to rozstrzelani dezerterzy. Ale trupy płynęły rzeką, ludzie je widzieli – wśród ciał były kobiety i dzieci. To też dezerterzy? Najprawdopodobniej rozstrzelano tu zesłanych przymusowych przesiedleńców. Tylko według oficjalnych danych na początku lat 30. próbę ucieczki podjęło 27 tys. Wielu złapano […] to zapewne ich ciała zamieniły się w mumie…”

Brzmi przerażająco. Więcej niż przerażająco. Prace nad ustaleniem miejsc spoczynku ofiar stalinizmu postępują, powoli, ale postępują. W obwodzie woroneskim na przykład prace nad ustaleniem listy rozstrzelanych rozpoczęły się już w 1989 roku, w latach gorbaczowowskiej głasnosti. W ciągu trzech lat prac poszukiwawczych w terenie i w archiwach udało się ustalić lokalizację 24 zbiorowych mogił, w których spoczęły ciało 924 rozstrzelanych.

Takich dołów śmierci jest w Rosji wiele. Ile? – Memoriał sukcesywnie sporządza listy takich tragicznych miejsc. Nie bez przeszkód – archiwa są w Rosji nadal szeroko zamknięte, a na wielu dokumentach z okresu stalinowskiego nadal figuruje pieczeć „Sowierszenno Siekrietno”. Dwa lata temu, zapoczątkowując publikację zeszytów „Prawda Gułagu” wskazano, że w Rosji nie ma narodowego pomnika ofiar stalinowskiego terroru (są jedynie obeliski, ustanowione na ogół jeszcze za Gorbaczowa, w czasie pierwszej fali odkłamywania historii). Stowarzyszenie Memoriał postawiło za cel stworzenie takiego pomnika, a także muzeum poświęconego tragicznemu doświadczeniu terroru państwowego.

Taki pomnik mógłby stanąć np. w Butowie, Rosyjskiej Golgocie – poligonie strzeleckim NKWD, gdzie rozstrzelano co najmniej 20 tys. osób (w tym ponad tysiąc Polaków, m.in. Brunona Jasieńskiego). Trzy lata temu poświęcono w Butowie cerkiew pod wezwaniem Nowych Męczenników Rosyjskich. Na terenie poligonu ustawiono kilka tablic przypominających o tragicznej historii tego miejsca.

Dzień Pamięci Ofiar Represji Politycznych

30 października w Rosji wspomina się ofiary reżimu totalitarnego. Ile ich jest? Do dziś dokładnie nie wiadomo.

Wczoraj organizacja Memoriał przeprowadziła w centrum Moskwy na placu Łubiańskim akcję „Przywracanie imion”, podczas której przez dwanaście godzin odczytano nazwiska pięciu tysięcy ofiar stalinizmu. Organizatorzy przypomnieli, że tylko w latach 1937-1938 (kiedy fala represji była największa) rozstrzelano 700 tysięcy ludzi; machina masowego mielenia domniemanych wrogów systemu i kultu Stalina skruszyła kości milionów – w więzieniach i gułagach, akcjach rozkułaczania, deportacjach całych narodów.

W zeszłym roku prezydent Miedwiediew wystąpił z ważnym oświadczeniem: jednoznacznie potępił stalinowskie represje. Po tym oświadczeniu nastąpiła pewna korekta oficjalnej linii: odstąpiono od galwanizowania Stalina jako narodowego herosa, potępiono zbrodnie, nie zyskują oficjalnej odgórnej aprobaty filipiki komunistów podtrzymujących kłamstwo katyńskie. To szalenie ważny krok w dobrym kierunku. Ale czy wystarczający? Czy to już wszystko? Czy za tym pójdzie coś więcej? Czy Rosjanie są gotowi, by uświadomić sobie bezmiar zbrodni nieludzkiego systemu, czy są gotowi zrezygnować z historycznych mitów na rzecz rzetelnego upamiętnienia historii? Czy mimo upływu lat wspomnienia są jeszcze zbyt świeże i jeszcze jest za wcześnie, by wypchnięte ze świadomości traumy przywrócić zbiorowej pamięci, należycie ocenić, zważyć, zrekompensować krzywdy?

W tym roku obchody Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych były więcej niż skromne. Poza akcją Memoriału w Moskwie w kilku rosyjskich miastach odbyły się wiece, poświęcone pamięci ofiar. Kilka dni temu premier Putin w obecności kamer telewizyjnych spotkał się z wdową po Aleksandrze Sołżenicynie, Natalią Sołżenicyną, która przedstawiła skróconą i uproszczoną wersję dzieła męża „Archipelag Gułag”. Wersja przeznaczona jest dla szkół (choć „Archipelagu” nie ma na liście lektur obowiązkowych – książka jest jedynie rekomendowana jako lektura uzupełniająca).

Tragiczny musical i cisza

74 procent Rosjan uważa, że władze ukrywają prawdę o zamachu na Dubrowce. Od pamiętnych wydarzeń minęło osiem lat.

Przypomnę: 23 października 2002 roku terroryści wtargnęli na scenę teatru na moskiewskiej Dubrowce podczas przedstawienia musicalu „Nord Ost”, opanowali budynek, wzięli zakładników – widzów i artystów, łącznie 912 osób, przekazali żądania polityczne – wycofanie wojsk z Czeczenii, przerwanie działań wojennych. 26 października o świtaniu rozpoczął się szturm budynku, wszystkich terrorystów – 52 osoby, w tym kobiety – zastrzelono na miejscu, wszystkich zakładników uwolniono, niestety nie wszyscy owo uwalnianie przeżyli – od rzekomo nieszkodliwego gazu, którego użyto podczas szturmu, zginęło 130 zakładników.

Władze szturm uznały za swój niepodważalny sukces. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości. Ani co do natury zamachu, ani co do przebiegu szturmu. Nie wyjaśniono nawet elementarnych kwestii – kto podjął decyzję o szturmie, kto decyzję o zastosowaniu tajemniczego środka usypiającego, dlaczego nie było odpowiedniej opieki medycznej dla poszkodowanych, dlaczego wyposażone we wszystkie niezbędne przepisy i instrumenty służby specjalne „nie zauważyły” przygotowań do zamachu na taką skalę, dlaczego zastrzelono na miejscu zamachowców (przecież oni też zapadli w sen po wpuszczeniu gazu, można ich było związać, zatrzymać, a potem przesłuchać – taki zamachowiec to przecież kopalnia informacji). Za tę tragedię nikt nie poniósł odpowiedzialności. Poza zabitymi strzałem w głowę, a więc milczącymi terrorystami.

Po zamachu prezydent Putin wprowadził kontrolę władz nad mediami. Przez lata krewni ofiar domagali się wypłaty rekompensat, bezowocnie. W końcu złożyli skargę w trybunale ds. praw człowieka w Strasburgu. „Nie ma na świecie władzy, która z chęcią ujawniałaby prawdę o strasznych zamachach terrorystycznych, katastrofach i o wszystkich tych wydarzeniach, które stawiają pod znakiem zapytania kompetencje rządzących – pisze w internetowej „Gazecie.ru” Siemion Nowoprudski. – Ale w cywilizowanych krajach funkcjonują mechanizmy, pozwalające dochodzić prawdy: niezależne media, śledztwa parlamentarne, wybory, które pozwalają zmienić kłamliwą lub milczącą w ważnych sprawach władzę. W Rosji takich mechanizmów brak, dlatego władza może sobie bezkarnie pozwolić na łgarstwa i milczenie”.

Nowoprudski pisze też o stanie zdrowia tych zakładników, którym udało się przeżyć „atak gazowy”. „Choroby, na które cierpią dziś byli zakładnicy, są związane z urazem mózgu – na skutek paraliżującego gazu zaburzeniu uległa praca układu oddechowego i krwiobiegu, dwanaście osób całkowicie ogłuchło, wielu znacznie pogorszył się wzrok, niektórzy stracili pamięć. Niemal wszyscy chorują na nerki, wątrobę, żołądek. W nieoficjalnych rozmowach lekarze przyznają, że choroby zakładników są efektem użycia tego jakoby nieszkodliwego gazu. Niektóre kobiety opowiadały, że wymuszano na nich podpisanie deklaracji, że przez pięć lat nie zajdą w ciążę. Członkowie organizacji społecznej, do której należą ofiary „Nord-Ostu”, twierdzą, że wywierane są na nich naciski, nie mogą np. wynająć lokali, w których miałyby się odbyć akcje poświęcone pamięci ofiar. Rząd ofiarom nie pomaga”.

Na próżno dziś w państwowych rosyjskich mediach szukać wiadomości o losach ofiar zamachu, o ich problemach ze zdrowiem i nie tylko (krótkie wzmianki o zorganizowanej przez grupę „Nord-Ost” dorocznej panichidzie zamieściły tylko dwie gazety – „Nowaja Gazieta” i „Nowyje Izwiestia”). Kaganiec nałożony po zamachu na media – szczególnie media elektroniczne – jest szczelny. Ludzie deklarują w sondażach ośrodków badania opinii publicznej, że nie wierzą władzy w sprawie wyjaśnienia okoliczności zamachu na Dubrowce, a jednak nie domagają się zerwania tego kagańca. Co więcej – w innych sondażach, w których badany jest poziom zaufania i sympatii dla władz, ludność masowo popiera swojego szeryfa (a właściwie dwóch szeryfów): według najnowszego sondażu, działania prezydenta akceptuje 76 procent, a premiera 77 procent.

Robocza wizyta w Kijowie

Puder? Nie, prawdziwi maczo nie używają pudru. Nie, niemożliwe. Lifting? Nie, prawdziwi maczo nie poddają się liftingowi. To niemożliwe. Botoks? Nie, prawdziwi maczo nie stosują botoksu. Niemożliwe. Ale skoro to nie puder, nie lifting i nie botoks – to co? Co się stało z twarzą premiera Putina?

Dzisiaj podczas kolejnej demonstracyjnie roboczej wizyty w Kijowie rosyjski premier wyglądał jak złote maski z muzeum w Salonikach. Miał nienaturalnie uróżowaną i wyklepaną twarz, o fakturze dziwnie podobnej do faktury oblicza swego włoskiego przyjaciela Berlusconiego.

Rozmowy w Kijowie były, jako się rzekło, robocze. Część rytualna – z prezydentem Janukowyczem z udziałem delegacji i z możliwością krótkiego sfilmowania przez ekipy telewizyjne. Część z premierem Azarowem – na osobności, w cztery oczy, w warunkach ścisłej konspiracji. Nie wiadomo, o czym rozmawiali premierzy, w depeszach zapowiadających wizytę mówiło się o sprawach gazowych. Po rozmowach komunikat wydano skąpy, bez żadnych szczegółów. Tyle że smutna i poszarzała twarz premiera Azarowa po dwugodzinnym spotkaniu (planowano, że będzie trwało 40 minut) z Władimirem Władimirowiczem wyglądała tak, jak gdyby musiał się tego gazu nawdychać.

Order dla zdemaskowanego szpiega

Niezrównany Mark Bernes swoim aksamitnym głosem zaśpiewał w filmie „Tarcza i miecz” ckliwą piosenkę „Od czego zaczyna się Ojczyzna” – „S czego naczinajestia Rodina”. Film opowiadał o niezwykłych dokonaniach radzieckich funkcjonariuszy wywiadu, służących podczas II wojny pod znakiem „tarczy i miecza” (na emblemacie KGB i wcześniejszych wcieleń ponurego komitetu widniały dumnie te właśnie atrybuty). W radzieckiej kinematografii, także literaturze i publicystyce, obowiązywał żelazny podział na razwiedczikow – naszych chłopaków z wywiadu, którzy mężnie, z nieludzkim poświęceniem walczyli z wrogiem wyłącznie szlachetnymi metodami – oraz na agentów obcych wywiadów, postępujących podstępnie, bez zasad, przebiegle. O razwiedczikach nigdy nie mówiło się agent, o agentach – nigdy razwiedczik.

Lista wykonawców pieśni „S czego naczinajetsia Rodina” wydłużyła się ostatnio o głośne nazwiska. Premier Władimir Putin śpiewał ją podczas niedawnego spotkania z grupą zdemaskowanych agentów, pardon, razwiedczikow, którzy w charakterze „śpiochów” zostali przed laty zainstalowani przez Rosję w Stanach Zjednoczonych, a których latem tego roku ujawnionych i wyłapanych przez podstępnych amerykańskich agentów odesłano w jednej paczce do Moskwy. Mimo oczywistej wpadki, w Rosji zostali przyjęci z honorami przez najwyższych urzędników państwowych – wpierw premiera, a ostatnio i prezydenta. Zapewniono im dożywotni wikt i opierunek. Mało tego – 18 października zostali oni nagrodzeni przez Dmitrija Miedwiediewa wysokimi odznaczeniami państwowymi. Uroczystość odbyła się, a jakże, na Kremlu. Anonimowe, dobrze poinformowane źródła, na które powołują się rosyjskie media skąpo informujące o tej wzruszającej uroczystości, twierdzą, że „razwiedcziki otrzymali nagrody w pełni zasłużenie, jako że postawione zadania wykonali, a powodem ich krachu była zdrada”.

Jakie to były zadania? O tym anonimowe źródła na razie dyskretnie milczą.

Główna bohaterka tej afery szpiegowskiej roku, Anna Chapman, przez znawców sekretów damskiej bielizny uważana za pociągające wcielenie Maty Hari, nie zamierza stać w cieniu i zadowalać się wyłącznie splendorem obficie spływającym z politycznych wysokości, a próbuje robić osobistą karierę. Nie, już nie jako szpieg (w tej dziedzinie jest już spalona po wiek wieków), ale modelka oraz doradca Fondserwisbanku ds. innowacji.

Kawaler wysokiego odznaczenia państwowego Anna Wasiljewna Chapman zagadkowo uśmiecha się do publiczności z okładki ostatniego numeru czasopisma dla mężczyzn „Maxim”. Z dumą prezentuje tajną broń rosyjskiego wywiadu z lekka tylko przysłoniętą skąpym kompletem bielizny (w środku numeru można znaleźć cały zestaw fotek o silnym zabarwieniu szpiegowskim). Widać rosyjski wywiad nie ma już nic do ukrycia.

Jeden z rosyjskich satyryków po zapoznaniu się z fotosami z „Maxima” zadał prezydentowi pytanie, gdzie mianowicie Dmitrij Anatoljewicz przyczepił dzielnej „razwiedczice” zasłużony order – może koło fikuśnej czerwonej różyczki, zdobiącej szpiegowskie desusy na jednym ze zdjęć. A może raczej powinien go przypiąć do podwiązki podtrzymującej szpiegowskie pończoszki? Wytworzyłaby się wtedy spontanicznie taka nowa świecka tradycja – „order podwiązki” dla nie tylko zdemaskowanych, ale i pikantnie roznegliżowanych rosyjskich szpiegów.

Zamach na parlament

O poranku w stolicy Czeczenii, Groznym grupa bojowników uderzyła na zespół budynków rządowych, napastnicy – mimo silnej ochrony – wdarli się do siedziby parlamentu i wysadzili w powietrze. Są ofiary śmiertelne. Według wiadomości z czeczeńskiego MSW, podawanych wieczorem przez agencje informacyjne, akcja została zorganizowana na bezpośrednie polecenie nowego lidera czeczeńskich bojowników Husejna Gakajewa, który w ten chciał zademonstrować siłę.

Kilka tygodni temu doszło do ataku oddziału bojowników na Centoroj – doskonale chronioną rodzinną wioskę prezydenta Ramzana Kadyrowa – i to w czasie, gdy przebywał w niej sam Kadyrow.

Te spektakularne wydarzenia podrywają wiarygodność zapewnień władz i w Moskwie, i w Groznym, że Czeczenia jest stabilna, a Kadyrow w pełni panuje nad sytuacją. Czeczenia, podobnie jak pozostałe republiki Kaukazu Północnego, w szczególności wschodnia część, jest obszarem wysoce niestabilnym, wręcz rozsadnikiem niestabilności.

Od mniej więcej czternastu lat kolejni namiestnicy Czeczenii – i ci w mundurach, i ci w cywilu, i rosyjscy, i miejscowi z rosyjskiego nadania – zapewniali, że podziemie, partyzanci, bojownicy, terroryści, czy jak tam ich jeszcze nazywano, to zmarginalizowana siła na wykończeniu, że wystarczy jeszcze jedna operacja specjalna, jeszcze jedna zasadzka, jeszcze jedna zaczystka i finito – problem zostanie rozwiązany. Nie został. Sytuacja z biegiem lat tylko coraz bardziej się gmatwa i staje się coraz bardziej dramatyczna. Mimo że część walczących podczas wojny z Rosją czeczeńskich partyzantów przeszła pod sztandary Kadyrowa, spokoju pod kaukaskimi oliwkami nie ma. Czeczenia stała się samodzielnym bytem, zyskała znacznie więcej swobody i niepodległości niż za czasów Dudajewa i Maschadowa, ale władza – czy, jak mówią znawcy tematu, dyktatura – Kadyrowa, cieszącego się pełnym zaufaniem Kremla, też nie jest ani gwarancją bezpieczeństwa w regionie, ani lojalności regionu wobec metropolii.

Według niepotwierdzonych informacji, na początku października nowy lider walczących Czeczenów Gakajew – wbrew woli dotychczasowego lidera Imaratu Kaukaz, Dokku Umarowa – został obrany liderem czeczeńskich komendantów. We władzach Imaratu Kaukaz nastąpił rozłam. Szef czeczeńskiego rządu na wygnaniu Ahmed Zakajew ogłosił o rozwiązaniu emigranckiego rządu i o przejściu pod komendę Gakajewa. Jako argument przytoczył fakt, że rząd istniał jako alternatywa wobec Imaratu Kaukaz, któremu nie podlegał, skoro jednak powstał narodowy rząd Czeczenii z Gakajewem na czele, rząd na wygnaniu stracił rację bytu.

Podobno kadyrowowcy podejrzewają, że to Zakajew zorganizował napaść na Centoroj i pragną się zemścić. Kadyrow oświadczył, że chciałby, aby proces ściganego międzynarodowym listem gończym szefa czeczeńskiego rządu na uchodźstwie Ahmeda Zakajewa odbył się w Czeczenii: „Sąd powinien odbyć się tu, bo [Zakajew] swoich przestępstw dokonał właśnie tu. Jestem przekonany, że musi on zostać wydany Rosji. Znajdziemy na to dowody, jest ich bardzo dużo. Tacy ludzie powinni zostać przykładnie ukarani”. Akurat dziś prokuratura generalna Rosji ogłosiła, że wystawiono kolejny list gończy za Zakajewem, a sąd zaocznie podjął decyzję o aresztowaniu.

Rejent Milczek nad Moskwą

Po długich rytualnych korowodach prezydent Miedwiediew wyznaczył mera Moskwy. Formalnie potrzebne jest jeszcze zatwierdzenie kandydatury mera w ciągu dziesięciu dni w Mosgordumie, czyli moskiewskim parlamencie, ale nie spotkałam w doniesieniach i komentarzach cienia wątpliwości co do tego, że kandydatura zostanie klepnięta.

Kandydatem jest Siergiej Sobianin (typowałam go w rozważaniach nad możliwym następcą Jurija Łużkowa w poprzednich postach poświęconych zmianie warty w moskiewskich władzach). Wicepremier, zaufany człowiek klanu.

Za ciekawostkę można uznać mały prztyczek związany z nominacją. Otóż państwowa telewizja rosyjska – wierna, lojalna, wazeliniarska do bólu – wypuściła wczoraj w przestrzeń informację o decyzji prezydenta w sprawie powołania Sobianina, po czym tę informację skwapliwie zdementowała. Po paru godzinach już nie tylko telewizja Rossija, ale wszystkie kanały i agencje podały, że szczęśliwym wybrańcem jest jednak Sobianin. Po co ta gra w „powołany-niepowołany”? Przypomina to trochę sytuację, jaka towarzyszyła nerwowym tańcom elity wokół wyznaczania następcy Putina w 2008 roku. Też wtedy wypuszczano próbne balony o nominacjach i namaszczeniach, a potem przecieki dementowano. Z tym że wówczas dementi nie obalano. A dementi o nominacji Sobianina okazało się nieprawdziwe. Widocznie wewnątrz aparatu do ostatniej chwili toczyła się zażarta walka o nominację, przedwczesne wypuszczenie, a potem zdementowanie informacji o Sobianinie miało zapewne być sygnałem, że jego pozycja nie jest i nie będzie mocna, że w łonie korporacji rządzącej ma on i przeciwników. A może to był przypadek i nie należy się w tym dopatrywać kolejnej teorii spiskowej.

Sobianin nie jest człowiekiem Miedwiediewa (chociaż był szefem jego sztabu w plebiscycie, nazywanym wyborami prezydenta Miedwiediewa w 2008 r., ale wykonywał tę robotę z nadania Putina). Wielu komentatorów – zwłaszcza zachodnich, którzy hodują w gołębich sercach przekonanie, że „młodszy” z członków rządzącego duumwiratu wybija się na niepodległość i zagraża potędze „seniora” – wyrażało nadzieję, że bój o fotel mera Moskwy będzie dla Miedwiediewa szansą na uzyskanie większego pola do gry o władzę. Nawet jeśli choć przez chwilę tak było, nawet jeśli Miedwiediew naprawdę chciał posadzić w niegustownym pałacu na Twerskiej (siedziba władz Moskwy, naprzeciwko pomnika księcia Jurija Dołgorukiego) swojego człowieka, to wygląda na to, że mu się nie udało.

Kim jest nowy mer? Trochę rarogiem w stadzie czekistowskich jastrzębi. Nie pochodzi z Petersburga (jest z dalekiego Chanty-Mansyjska), nie pracował z Putinem w petersburskim merostwie, nic nie wskazuje na to, by służył w KGB. Przypisuje mu się wybitne talenty organizatorskie i biznesowe. Faktycznie coś go musi wyróżniać, skoro z powodzeniem przez lata piastował różne wysokie funkcje (był m.in. szefem prezydenckiej kancelarii za Putina, jest szefem aparatu rządu premiera Putina i zarazem wicepremierem), choć nie spełnia większości wymienionych wymagań przynależności do rządzącej korporacji.

Jego wyróżniającą cechą jest brak umiejętności publicznej wypowiedzi. W telewizji jest tylko pokazywany, nie słyszymy jego głosu. Pamiętam tylko dwa jego wystąpienia. Pierwsze sprzed dwóch lat mniej więcej, kiedy też mówiło się, że Sobianin jest typowany na jakiś wysoki stołek i trzeba było pokazać ludowi, że nie jest niemową: podczas jednej z niezliczonych narad w sprawie ważnej Sobianin, zajmujący w wysokim zastępstwie miejsce u szczytu stołu prezydialnego, odczytał z kartki tekst o niczym. Drugie – z niedawnego forum międzynarodowego, mającego poprawić wizerunek Rosji (kiedy już toczyły się boje o schedę po Łużkowie): Sobianin wydał z siebie wtedy przed kamerami telewizyjnymi hasło „Rosja musi być wielka”. I nawet się uśmiechnął do kamery.

Zatem skoro Sobianin nic ciekawego przez kilka lat działalności na wysokich stanowiskach publicznie nie powiedział, to można założyć, że jest niezły w grach kuluarowych.

Łużkow kochał wiece, przemawiał ze swadą, śpiewał na organizowanych przez siebie masowych imprezach dla moskiewskiej publiczności, udzielał wywiadów, jednocześnie trzymał za twarz podległy biznes, a wieczorami pisał opowiadania i eseje, które potem z lubością publikował w finansowanej przez merostwo prasie. Po następcy Łużkowa trudno się spodziewać eksplozji temperamentu. Aliści niektórzy dziennikarze z Tiumenia (Sobianin był w gubernatorem jednego z najważniejszych „naftowych” obwodów Rosji – obwodu tiumeńskiego w latach 2001-2005, prasa pisała wtedy, że został nim dzięki wsparciu Romana Abramowicza i błogosławieństwu Władimira Putina) wspominają go jako kompetentnego i otwartego na kontakty z mediami urzędnika, inteligentnego, ciekawego rozmówcę, który adekwatnie potrafił ocenić sytuację. Z drugiej jednak strony wśród nielicznych cytatów z ówczesnych wypowiedzi Sobianina można znaleźć taki: „Ja nie uważam, że dziennikarz u nas może być wolny z definicji, nasza prasa nie może być wolna”. Jakkolwiek na stanowisku gubernatora był przez niektórych postrzegany jako charyzmatyczny lider, to już na szczeblu federalnym Sobianin nie dał się nikomu poznać jako taki. Na razie to człowiek-zagadka, Rejent Milczek.

Czy Sobianin jest tylko człowiekiem skutecznie pilnującym interesów Putina podczas prezydentury Miedwiediewa i – co ważniejsze – w okresie poprzedzającym kolejny zakręt polityczny („problem 2012”), czy ma własne ambicje polityczne, czy tylko lojalnie służy władzy najwyższej?

I jeszcze jedno: wpływowa gazeta „Kommiersant” przeprowadziła w zeszłym tygodniu wirtualne wybory mera Moskwy. Wygrał je adwokat Aleksiej Nawalny (45 proc. głosów), który popularność zyskał jako obrońca praw mniejszościowych udziałowców wielkich przedsiębiorstw. Drugie miejsce zajął kandydat „przeciwko wszystkim” (13 proc.). Kandydat Sobianin został sklasyfikowany na siódmym miejscu z niespełna 3 proc. poparcia.

Muchy odleciały

Kilka lat temu wzburzony niemożnością dogadania się z Alaksandrem Łukaszenką ówczesny rosyjski prezydent Władimir Putin stwierdził, że należy oddzielić muchy od kotletów: muchi otdielno, kotlety otdielno. Uczeni w piśmie talmudyści rozszyfrowali ten uroczy kalambur jako wykładnię nowych stosunków w ramach Państwa Związkowego Białorusi i Rosji. Putin zapowiedział koniec ery tłuczenia kieliszków o marmurowe podłogi Kremla (tak zamaszyście wyrażał w 1996 roku radość z zawarcia unii z Moskwą młody, pełen werwy polityk z Mińska, który miał wtedy nadzieję, że dwupaństwowym tworem rosyjsko-białoruskim będzie rządził on na zmianę z carem Rosji). Tak więc tamta „musza” formuła głosiła rozdział politycznej części dealu rosyjsko-białoruskiego od gospodarczej. Putin był wtedy – w roku 2002 – tak niezadowolony ze stanu stosunków rosyjsko-białoruskich, że przedstawił Łukaszence alternatywę: albo Białoruś wchodzi na prawach kolejnego podmiotu do Federacji Rosyjskiej, albo państwa zawierają realną unię, bez dopłat dla białoruskiej gospodarki, budują współpracę na zasadzie rynkowej (czyli znów tłumacząc ten „polityczny talmud”: chodziło o dostęp dla rosyjskich przedsiębiorców do smacznych kąsków białoruskiej gospodarki) itd. Przez te parę lat relacje Mińska i Moskwy przeżywały różne wzloty i upadki, ale postulatów Putina nie udało się zrealizować (choć Rosja ma już dużo więcej udziałów w białoruskiej gospodarce niż przed ośmioma laty).

Moskwa dociska, ale Łukaszenka ciągle wierzga. Ostatnio urządził kilkugodzinne bicie piany, w obecności dziennikarzy skarżył się na złe stosunki z rosyjskim tandemem, na politykę informacyjną rosyjskich władz, które w telewizji pokazują filmy szkalujące Łukaszenkę („strumienie kłamstw!!”), zdradzał sekrety zakulisowych nacisków Kremla wobec wykluczonych ostatnio regionalnych polityków (m.in. mera Moskwy Łużkowa) oraz w sprawie bezpardonowych nacisków w sprawie uznania niepodległości Abchazji i Osetii Południowej, zapowiadał, że Mińsk poszuka nowych partnerów i sojuszników.

Wczoraj odbył się kolejny akt sztuki w politycznym Teatrzyku Zielona Gęś. Tym razem przedstawiono monodram prezydenta Miedwiediewa, odegrany w wideoblogu (prezydent lubi nowinki techniczne), w którym „młodszy car” przywoływał pana Łukaszenkę do porządku. Zwrócił uwagę, że kampania wyborcza Łukaszenki (wybory mają się odbyć 19 grudnia) jest antyrosyjska, że kiedyś białoruski prezydent straszył naród Ameryką i Europą, a teraz straszy Rosją. Napomniał, żeby prezydent Łukaszenka zajął się sprawami wewnętrznymi i wyjaśnił sprawy zaginięcia dziennikarzy i polityków na Białorusi. Z tego niemiłego wideo-listu komentatorzy wysnuli wniosek, że to 234 poważne ostrzeżenie ze strony Moskwy pod adresem Łukaszenki i jasny sygnał, że Moskwa może nie uznać wyników grudniowych wyborów i wtedy pozycja Łukaszenki – polityka, którego legitymacji nie uznaje Zachód – będzie nie do pozazdroszczenia.

Sekretarz prasowa Miedwiediewa zapewniła, że kontakty polityczne z Mińskiem się nie zmienią, ale na skutek antyrosyjskiej retoryki Łukaszenki zmienił się stosunek do samego Łukaszenki. Moskwa po raz kolejny pokazuje swój firmowy trik w stosunkach z postradzieckimi partnerami: temu panu ręki nie podajemy (tak było z Juszczenką, tak jest z Saakaszwilim), narody kochamy, a niegrzecznym politykom pokazujemy figę z makiem.

Tak czy inaczej formuła much w duecie z kotletami wyczerpała się – rosyjskie muchy na razie odleciały i teraz będą obserwować, co dalej.

Siedemnasta rocznica czarnego października

Czasu minęło niewiele, a tyle się zmieniło. Dziś nie pamięta się i też nie przypomina już o tamtych dramatycznych wydarzeniach, czołgach na ulicach Moskwy, niepewności, czy „czerwono-brunatny”, jak mówiła oficjalna propaganda, parlament obali prezydenta. A przecież polała się krew. To było naprawdę niedawno – siedemnaście lat temu. Historycy współczesności mówią, że wtedy w Rosji skończyła się młodziutka demokracja, że Jelcyn, strzelając do zbuntowanego wiceprezydenta i parlamentu, podeptał elementarne zasady demokracji.

Ale po kolei. Październik 1993, Rosja na kolejnym politycznym zakręcie. Wszystko się wali i wszystko się tworzy, jeszcze nie wiadomo, co do kogo należy i kto tu właściwie rządzi. Rządzić chce Jelcyn i rządzić chce Rada Najwyższa – parlament, który jest po trosze reliktem postsowieckim, a po trosze antyjelcynowską trybuną. Na czele Rady Najwyższej stoi bardzo ambitny polityk – Rusłan Chasbułatow, Czeczen, ma za sobą poparcie wiceprezydenta Aleksandra Ruckiego. Jelcyn pod koniec września decyduje się na radykalne cięcie: podpisuje dekret o rozwiązaniu Rady Najwyższej, wybranej jeszcze za czasów ZSRR, chce rozpisać nowe wybory. Natrafia na opór. Jego zastępca – generał Ruckoj stwierdza, że dekret Jelcyna jest niezgodny z konstytucją i zaczyna tworzyć paralelne struktury władzy, sam ogłasza się jedynym prawowitym prezydentem.

W pierwszych dniach października konflikt na linii prezydent-parlament osiągnął stan wrzenia, doszło do użycia broni. Według oficjalnych danych zginęło 157 osób.

3 października zwolennicy Rady Najwyższej szturmem zajęli budynek merostwa, a następnie ruszyli do siedziby telewizji (niektórzy byli uzbrojeni, a na czele kolumny szli generał Albert Makaszow i nacjonalista Aleksandr Barkaszow, zagrzewający do walki). Jelcyn ogłosił stan wyjątkowy, do Moskwy ściągnięto wojska. 4 października zaczął się ostrzał budynku parlamentu, po kilku godzinach zgromadzeni w budynku (kilka tysięcy ludzi) poddali się. Chasbułatow i Ruckoj zostali aresztowani.

„Politycy, którzy uważali, że konfrontacja z parlamentem pozwoli przeprowadzić liberalne reformy, zaszczepić w kraju demokrację, zostali odsunięci, a do władzy zbliżyli się generałowie, którzy dowodzili operacją 3-4 października, którzy nie bali się przelać krwi” – mówi Aleksandr Czerkasow, obrońca praw człowieka.

Czarny październik był ważną cezurą, progiem, przez który przestąpiła władza, która w obronie swoich interesów była w stanie użyć siły. Może gdyby nie było tego października, to nie byłoby też potem wojny w Czeczenii. Ale przez próg użycia siły już przestąpiono. I jeszcze jedno: wydarzenia, które miały miejsce w październiku 1993, szybko owinięto w bawełnę. Jelcyn i jego ludzie nie lubili przypominać o tych tragicznych dniach, śledztwo przeciwko organizatorom buntu toczyło się jakoś na marginesie głównego nurtu, po cichu, zamknięto je już w lutym 1994. Buntownicy zresztą też specjalnie nie ucierpieli, dość szybko wyszli z aresztu i zeszli ze sceny politycznej (Chasbułatow próbował jeszcze potem zaistnieć w Czeczenii, ale bez powodzenia).

Być wyspiarzem

Rosyjscy oligarchowie mają nową pasję: wyspy. I nie chodzi tym razem o ulubione rajskie wyspy, które są jednocześnie rajami podatkowymi, przez które można przepuścić dowolne ilości niezbyt czystego szmalu, ale o „czisto konkrietnyje” wyspy, które stały się ostatnio własnością bogaczy (choć miłość do wysepek w rodzaju Jersey czy Wysp Dziewiczych bynajmniej rosyjskim bogaczom nie przeszła).

Jak donosi tygodnik „Sobiesiednik”, wyspy zakupili Roman Abramowicz (od wielu lat, najbogatszy Rosjanin, człowiek, o którym mówi się, że jest sakiewką Kremla), Wiktor Wekselberg (to ten, który wkupił się swego czasu w łaski Putina, patriotycznie nabywając na głośnej aukcji jaja Faberge, a obecnie zaufany człowiek Miedwiediewa ds. rosyjskiej Doliny Krzemowej, czyli projektu Skołkowo), Oleg Deripaska (car cementu, któremu w szczytowym momencie ostatniego kryzysu gospodarczego Putin w upadającym miasteczku Pikalowo kazał podpisać papiery o ratowaniu cementowni-żywicielki miasteczka, a potem kazał oddać długopis; jak widać, poniewierka z długopisem na oczach całej Rosji i okolic opłaciła się – interesy Deripaski mimo kryzysu mają się całkiem nieźle).

„The Wall Street Journal” uściśla, że Abramowicz kupił nie tyle wyspę, ile wspaniałą posiadłość na karaibskiej wysepce Saint Barts (Saint Barthelemy) za jedyne 89 mln dolarów, należącą w przeszłości do rodziny Rockefellerów. Natomiast o nabyciu wyspy Abramowicz nadal myśli – był wymieniany w czołówce pretendentów do nabycia greckiej wyspy Scorpios, która ostatecznie zakupił Armani. Według niepotwierdzonych informacji Abramowicz zrekompensował sobie to drobne greckie niepowodzenie nabywając wyspę, a właściwie wysepkę Świętego Stefana w Czarnogórze (to maleńkie cacuszko, połączone z lądem drogą-mostem).

Wekselberg dostał wyspę w prezencie na pięćdziesiąte urodziny – sprezentowana wyspa położona jest na Adriatyku nieopodal Dubrownika.

Co roku na sprzedaż i wieczystą dzierżawę wystawianych jest około trzystu wysp i wysepek – przed rosyjskimi oligarchami otwiera się więc świetlana wyspiarska przyszłość. O ile koniunktura się nie zmieni.