Archiwum kategorii: Bez kategorii

Procenty, procenty

Od czegoś trzeba zacząć. Władze Rosji postanowiły od dziś zacząć bezwzględną walkę z plagą alkoholizmu. Koncepcja rządu, zatwierdzona przez premiera Putina, przewiduje, że w ciągu dziesięciu lat spożycie alkoholu w Rosji zmniejszy się o połowę, a nielegalna produkcja alkoholu zostanie w ogóle zlikwidowana.

Według danych agencji federalnej Rospotriebnadzor, w Rosji jest ponad dwa miliony alkoholików, statystyczny Rosjanin wypija osiemnaście litrów czystego spirytusu rocznie. To dwukrotnie przekracza normę ustanowioną przez Światową Organizację Zdrowia jako granicę, poza którą następuje trwałe zniekształcenie genomu danego narodu. Sto tysięcy ludzi rocznie umiera z powodu nadużywania alkoholu. W Rosji pije się mocne trunki – i legalną wódkę, i przeróżne wynalazki. Rządzący Rosją duet abstynentów jakiś czas temu doszedł do wniosku, że dalej tak być nie może: wieczne smarowanie kosztuje za drogo całą gospodarkę, przy takim poziomie spożycia nie uda się żadna ogłaszana z najwyższych trybun modernizacja ani inne koncepcje rozwoju.

Powody do walki z plagą zatem są. To nie ulega kwestii. Na razie jako środek zaradczy wprowadzono regulowane najniższe ceny wódki – półlitrowa butelka kosztuje od Nowego Roku co najmniej 89 rubli. O innych sposobach walki na razie nie wiadomo.

Wedle rządowej koncepcji, w pierwszym etapie – do 2012 roku – poziom spożycia ma spaść o 15% oraz znacznie zmniejszyć się udział mocnych trunków w strukturze spożycia (obecnie wódka to połowa produkcji alkoholu). Do 2020 roku Rosjanie mają już wypijać 55% alkoholu mniej niż dziś. Za nielegalny obrót alkoholu ma być wprowadzona odpowiedzialność karna.

Realizacja koncepcji może stać się ciekawym zjawiskiem społeczno-politycznym. Czy Rosję czeka równie barwna kampania jak amerykańska prohibicja w latach 20. i 30.? Szlachetna w założeniu akcja odzwyczajania ludzi od alkoholu doprowadziła wtedy w Stanach z jednej strony do niezwykłej aktywizacji podziemia mafijnego, z drugiej – do powstania fortun tych, którzy zarabiali na szmuglu (majątku dorobił się wtedy m.in. ojciec późniejszego prezydenta Kennedy’ego). Policja ścigała, szmuglerzy szmuglowali, a ci, którzy chcieli się napić – pili.

Czy odgórnie wprowadzane administracyjne zakazy poskutkują w Rosji? Wątpiących jest legion.

Słuchaj, brachu

Od kilku lat na stronie internetowej vladimir.vladimirovich.ru można czytać humoreski Mr. Parkera (w „cywilu” Maksima Kononienki). Ich głównym bohaterem jest Władimir Władimirowiczä. Zbieżność imienia i imienia odojcowskiego z premierem Rosji nie jest oczywiście przypadkowa.

Postać W.Wä mówi slangiem z elementami „fieni” (gangsterskiego żargonu), zwraca się do rozmówców per „brachu” (bratello), scenki dotyczą spraw bieżących lub pływają w wielkim oceanie abstrakcji. Czasem mikrodialogi z życia najwyższych sfer są lekkie i zabawne, czasem niekoniecznie. Czasem są hermetyczne i wysublimowane. Czasem niezrozumiałe. Czasem dla władzy łagodne, a czasem ostre. Czasem „lecą Monty Pythonem”, a czasem snują się na podobieństwo bajek ludowych. Dawno na tę stronę nie zaglądałam, a gdy zajrzałam dziś, znalazłam taki ostatni wpis.

„Wtorek, 5 stycznia 2010.
Pewnego razu Władimir Władimirowiczä Putin i prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Anatoljewicz Miedwiediew pili metyl.

– Widzę cię – mówił Dmitrij Anatoljewicz, nalewając trzecią kolejkę. – A ty mnie?

– I ja cię widzę – odpowiedział Władimir Władimirowiczä. – Pijemy dalej.

I rzeczywiście dalej pili”.

Rzeka trędowatych

Aleksiej Bałabanow ma zamiłowanie do turpizmu. Turpizm w jego filmach niejedno ma imię. W niedawno nakręconym „Ładunku 200” brzydota podkreśla rozkład rozsypującego się Związku Radzieckiego, w „Bracie” ma z kolei odcień chuligański. Brzydota w „Rzece” jest na swój sposób urzekająca. Dziewiętnastowieczna kolonia trędowatych w tajdze, w odległej Jakucji, kilkoro ludzi i ich pełne napięcia relacje. Krótkie sekwencje, szkicowo zarysowane sytuacje, narrator pomiędzy kolejnymi obrazami dopowiada, co się wydarzyło. Akcja zaklęta jest więc bardziej w słowie opowieści narratora niż w nakręconych z udziałem aktorów (naturszczyków) ujęciach. Film nie tylko opowiada dramatyczną historię, ale sam dramat „przeżył”: w połowie zdjęć zginęła w wypadku samochodowym odtwórczyni jednej z głównych ról znakomita Tujara Swinobojewa. Stąd te dopowiadane przez narratora łączniki, które Bałabanow dopisał podczas montażu.

Surowe warunki bytowania w odludnej okolicy, ubóstwo na granicy przetrwania, straszliwa choroba tocząca twarze bohaterów kontrastuje z niezwykłą urodą pejzażu jakuckiej tajgi. Warto obejrzeć ten film choćby ze względu na plastyczną kompozycję kadru – wysublimowaną, oszczędną i doskonałą.

Scenariusz powstał na podstawie opowiadania polskiego pisarza Wacława Sieroszewskiego „Na dnie nędzy”. Do kolonii przypadkiem trafia zdrowa dziewczyna – trudniąca się myślistwem i kradzieżami, zakochuje się w jednym z młodych mężczyzn, dotkniętych trądem, oczekuje jego dziecka. Ta miłość doprowadza do tragedii. Bałabanow perfekcyjnie buduje napięcie narastające w tej zamkniętej, dusznej przestrzeni emocji i uczuć, zatopionej jednocześnie w bezmiarze przestrzeni syberyjskiej przyrody. Sieroszewski napatrzył się na urodę syberyjskiej tajgi podczas dwunastoletniego zesłania (jako etnograf prowadził badania wśród Jakutów, jego prace doceniło rosyjskie środowisko naukowe, dzięki czemu mógł powrócić do Królestwa Polskiego), Bałabanowowi udało się przełożyć to literackie urzeczenie na język filmu.

Niedokończone filmy mają w sobie jakąś tajemnicę, zagadkę. Ileż nowych pytań stawia choćby „Pasażerka” Munka prze to, że zabrakło w niej sekwencji współczesnej. Jak napisał jeden z krytyków, takie filmy balansują na cienkiej granicy bytu i niebytu.

W „Rzece” Bałabanowa warto się zanurzyć. Koniecznie.

Święta, święta i po świętach

Wyznawcy prawosławia obchodzą Boże Narodzenie. Wieczór 6 stycznia, kończący czterdziestodniowy ścisły post nosi piękną nazwę soczelnik. Przed pójściem do cerkwi na wieczorne nabożeństwo, gdy na niebie błyśnie pierwsza gwiazdka, spożywa się kutię (zwaną także socziwo lub koliwo) – gotowaną pszenicę utartą z makiem, bakaliami i roztopionym miodem. W niektórych rosyjskich wsiach zachowano do dziś miejscowe tradycje specjalnych wypieków – okolicznościowych pierniczków i ciasteczek. Przed ikonami zapala się świece. Stół do wieczerzy na soczelnik należy nakryć śnieżnobiałym obrusem, pod nim umieścić pęczek sianka i podać dwanaście potraw. Dania mięsne (w tym tradycyjne pieczone prosię) spożywa się dopiero 7 stycznia.

Tradycje te nie są w Rosji powszechne, nierzadko – w ogóle nie są znane.

Rosjanie mają już za sobą obchody najważniejszego święta – Nowego Roku, z choinką, prezentami, szampanem, rodzinną biesiadą i życzeniami. Boże Narodzenie jest w Rosji raczej przywróconym po okresie socjalistycznej bezbożności świętem religijnym niż tradycyjnie głównym wydarzeniem w kalendarzu rodzinnym czy państwowym. Tradycje rozmyły się przez lata ateizacji, niektóre przystosowano do świeckiego noworocznego rytuału.

Główne uroczystości religijne odbywają się w Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, liturgii przewodniczy patriarcha Moskwy i całej Rusi. Nabożeństwo począwszy od 1992 r. odwiedzają przedstawiciele najwyższych władz, chcąc podkreślić ważność odrodzenia religijnego kraju po upadku komunizmu, uroczystość jest transmitowana przez telewizję. W tym roku na główne obchody przybył prezydent z małżonką. Premier Putin, który od kilku lat odwiedza na Boże Narodzenie któryś z ośrodków poza stolicą, pojechał do Sieliszcz pod Kostromą. Telewizja nadała też specjalne wystąpienie patriarchy Cyryla z okazji świąt.

Według szacunków, podanych przez MSW, w nabożeństwach bożonarodzeniowych w cerkwiach całego kraju wzięło udział łącznie około trzech milionów osób, w 10-milionowej Moskwie – 135 tysięcy. Rosjanie świętują od 31 grudnia przez wiele dni Nowego Roku (w tym roku – do 10 stycznia). Boże Narodzenie nie jest punktem kulminacyjnym tego okresu ogólnej zabawy i radości, choć z każdym rokiem rośnie wiedza o zapomnianych bożonarodzeniowych tradycjach i potrzeba wzmocnienia duchowego komponentu ogólnokrajowego świętowania.

Z biegiem lat, z biegiem dni

Wstriecza Nowogo goda – powitanie Nowego Roku nie może obejść się jak Rosja długa i szeroka bez dwóch obowiązkowych komponentów: obejrzenia w telewizji wielkiego, kultowego filmu Eldara Riazanowa „Ironia sudby” (w wersji polskiej „Szczęśliwego Nowego Roku”) i spożycia sałatki Olivier. Musi być jeszcze choinka, prezenty i szampan o północy – to oczywista oczywistość.

Rok stary ma prawo się skończyć, a rok nowy zacząć dopiero wtedy, kiedy jasnowłosa Barbara Brylska w Riazanowskiej komedii długimi palcami przebiegnie po strunach gitary i zaśpiewa głosem Ałły Pugaczowej piosenkę do wiersza Mariny Cwietajewej „Mnie nrawitsia, czto wy bolny nie mnoju” („Podoba mi się”), kiedy w ekranu padnie zaklęcie „Kakaja gadost’, kakaja gadost’ eta wasza zaliwnaja ryba” (Co za paskudztwo ta pani ryba w galarecie), kiedy bohaterowie w finale połączą się węzłem miłosnym, duszeszczipatielnym i wprowadzającym cały kraj w odpowiedni nastrój.

Sałatka Olivier nosi nazwisko swego twórcy – kucharza Luciena Oliviera, który w latach 60. XIX wieku prowadził słynną restaurację „Ermitaż” na placu Trubnym w Moskwie. „Prasałatka” zawierała obowiązkowo trufle, jarząbki, szyjki rakowe, jaja na twardo i ziemniaki, potem składniki zmieniały się wraz ze zmianami w zaopatrzeniu. W epoce ogólnego egalitaryzmu niegdyś elitarna sałatka wyższych sfer zbłądziła pod strzechy, trufle i szyjki rakowe pozostały na kartach książek kucharskich, miejsce subtelnych jarząbków zajęła kura lub kurczak. Zacny kucharz Olivier pozostał jednak patronem tego kulinarnego dzieła wszech czasów. Moskwa pamięta o mistrzu patelni, który podarował Rosji niezrównaną sałatkę – grób Luciena Oliviera na cmentarzu Wwiedieńskim jest zadbany i odwiedzany.

Żaden inny film, żadne inne kulinarne wynalazki i nowinki z biegiem lat nie są w stanie zepchnąć z noworocznego piedestału „Ironii” i Oliviera. Jest w nich jakaś zadziwiająca magia.

Szanowni Państwo! Życzę udanego powitania Nowego Roku i wielu dobrych przeżyć w całej jego rozciągłości.

Pietrik Pan

Filtry oczyszczające wodę – wybitny wkład niejakiego Wiktora Pietrika w naukową skarbnicę ludzkości – rzucają na kolana coraz szersze kręgi. Środowisko rosyjskich uczonych, polityków i komentatorów podzieliło się: jedni nazywają Pietrika genialnym naukowcem, „rosyjskim geniuszem”, inni – oszustem i chałturnikiem, który wykorzystuje dobre stosunki z politykami, by wyciągnąć kasę i zrobić karierę.

Jeśli Państwo jeszcze nie znacie nazwiska Wiktor Pietrik, to najwyższy czas je poznać.  W dobie wyznaczonej przez prezydenta Rosji innowacyjności, modernizacji i innych nanotechnologii dokonanie przełomowych odkryć jest w cenie. Nie można się zatem dziwić, że uwagę świata mediów i środowiska naukowego, z członkami Akademii Nauk włącznie, przykuły pionierskie wynalazki Wiktora Iwanowicza Pietrika w dziedzinie oczyszczania wody, konstrukcji baterii słonecznych, chemii izotopów itd. Na stronie internetowej www.goldformula.ru , na której długo- i siwowłosego uczonego Pietrika nazywa się „geniuszem XXI wieku”, można przeczytać pochwalne artykuły o wielkim nieprzemijającym dziele uczonego oraz zobaczyć zdjęcia Wiktora Iwanowicza z prezydentem USA George’em Bushem seniorem (który, jak informuje nasz wybitny uczony na swej stronie, zwrócił się do niego z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemów ekologicznych) czy merem Moskwy Jurijem Łużkowem.

Klub dziennikarzy piszących na tematy naukowe zażądał od przewodniczącego Rosyjskiej Akademii Nauk, by przeprowadzić ekspertyzę naukowych dokonań Pietrika, który każe się tytułować „akademikiem”, a którego nazwiska próżno szukać wśród doktorów i profesorów nauk przyrodniczych (jeśli chodzi o tytuły naukowe, to wiadomo jedynie, że ukończył wydział psychologii Leningradzkiego Uniwersytetu, a więc jest być może magistrem psychologii, później próbował się uczyć „na fizyka”, ale coś z tymi studiami nie wyszło). Dziennikarze zwracają uwagę, że Pietrik jest jednym z podwykonawców państwowego programu „Czysta woda”. Jego partnerem jest przewodniczący Dumy Państwowej Borys Gryzłow, który jest, jak się okazało, nie tylko twórcą znakomitych bonmotów (np. „Parlament to nie jest miejsce do dyskusji”), ale zdradza ambicje naukowe. Kolejny z programów ekologicznych, który ma uratować świat, „Czyste powietrze dla miast świata” opłaciła rządząca partia „Jedinaja Rossija”. Zainteresowania pana Pietrika są zaiste godne człowieka renesansu – ostatnio pracuje on nie tylko nad otrzymywaniem drogich metali (platyny), kamieni szlachetnych i półszlachetnych tajemniczą metodą własną za bezcen, ale i nad rozgryzieniem sekretu Stradivariusa i egipskich piramid.

Na stronie internetowej tego rosyjskiego Leonarda da Vinci próżno szukać wzmianki o tym, że w czasach minionych spędził on osiem lat za kratkami za oszustwa i machinacje (był sądzony z trzynastu artykułów kodeksu karnego). Piszą o tym tylko ci złośliwcy, którzy w przeciwieństwie do samego Pietrika i grona jego wielbicieli z Rosyjskiej Akademii Nauk i członków elity politycznej, nie wierzą w geniusz Pietrika ani cudowne właściwości jego żywej, błękitnej wody. Pietrik umie zadbać o swój wizerunek i interesy: w reklamówkach żywej wody występuje obok przewodniczącego Gryzłowa także Siergiej Kirijenko, szef agencji energii atomowej, która – jak twierdzą krytycy Pietrika – finansuje program „Czysta woda”. Zawistni krytycy przypisują Wiktorowi Iwanowiczowi także poparcie Cerkwi i Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Żyć nie umierać, i zbijać majątek na przepuszczonej przez jakieś podejrzane niby-węglowe filtry wodzie.

Każda epoka ma swego Caliostra. Jaka epoka – taki Caliostro.

Wazeliniarz roku

Wedle nowej świeckiej tradycji dziennik „Kommiersant” urządza pod koniec grudnia konkurs na największego podlizucha roku – czytelnicy mogą wybierać najbardziej wazeliniarską wypowiedź skierowaną pod adresem rządzących.

Z wielkiej obfitości pochwalnych dytyrambów na cześć rządzącego tandemu Putin-Miedwiediew w parze i indywidualnie redakcja dla ułatwienia wyłoniła czołówkę. Uwielbienie dla przywódców ogarnęło wszystkie grupy społeczne, ale na czoło konkursowych cytatów wysunęli się przedstawiciele kasty artystów, polityków i duchownych.

Oto kilka przykładów. „Kiedy pytają mnie, co myślę o partii rządzącej, odpowiadam: tam, gdzie Putin – tam wszystko jest w porządku. Uważam, że niekoniecznie trzeba należeć do partii, ale skoro Putin tam poszedł, to i ja całą duszą tam jestem” – Jurij Baszmet, muzyk.

„Jedyne, czego Putinowi brakuje, to być Czeczenem. Pozostałe pozytywne cechy już ma” – Ramzan Kadyrow, prezydent Czeczenii. „Zawsze się za niego [Miedwiediewa] modlę. Za niego i za Putina. Ze wszystkich władców od początku XX wieku są mi – poza Mikołajem II – najbliżsi, najsympatyczniejsi. Władcy są albo posyłani narodowi za grzechy, albo jako błogosławieństwo Boże. Myślę, że nasi dzisiejsi przywódcy są właśnie błogosławieństwem” – ihumen Siergij (Rybko), proboszcz cerkwi Zesłania Ducha Świętego w Moskwie. „Putin jest na pewno ważniejszy od Alaksandra Łukaszenki. Dla mnie to on w ogóle jest osobowością numer jeden na kuli ziemskiej” – Michaił Bojarski, aktor. „Jeśli popatrzeć na naszego prezydenta, to on jest wyrazistym młodym, pięknym sportsmenem. Wszystkie moje wychowanki z zachwytem wpatrują się w Dmitrija Miedwiediewa. Dla mnie jest ogromnym szczęściem, kiedy nasze dzieci i ja śpiewamy hymn Rosji stojąc na podium [na zawodach sportowych]. I ja wiem, że hymn ten grają także na cześć prezydenta naszego kraju” – Irina Winer, główny trener reprezentacji Rosji w gimnastyce artystycznej. „Putin jest uroczy, dlatego mu wierzę” – Borys Mojsiejew, piosenkarz.

Są jeszcze ody, hymny, piosenki dla dzieci, rysunki i wiersze. Do wyboru, do koloru. Ja też uważam, że trener klubu „Tęcza” ciągle się zamęcza, a wredne ludzie to jeszcze wtykają mu szpilki – to nie ludzie, to wilki. I wszyscy razem: łubu-dubu…

 

Szanowni Państwo! Życzę wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia!

To idzie młodość

Na koniec Roku Młodzieży w Rosji rozdano nagrody dla najlepiej zapowiadających się przedstawicieli młodego pokolenia „PRORYW”.

Na wiec z udziałem osiemnastu tysięcy młodych ludzi z osiemdziesięciu podmiotów Federacji Rosyjskiej przybył witany owacyjnie prezydent Miedwiediew. Prezydent wręczył grupie inżynierów główną nagrodę (pomniejsze nagrody w mniej znaczących kategoriach wręczali inni politycy i ludzie mediów, nagrodzono i bohaterskie czyny, i dziennikarstwo, i osiągnięcia naukowe).

Prezydent wezwał musującą i rwącą się do dzieła młodzież do „zbudowania silnego i potężnego państwa”.

„Macie już wszystko. Bierzecie udział w rozwoju kraju. Najważniejsze, aby nasze państwo stało się silne i potężne. Mamy surowce – to świetnie, że je mamy. To jednak nie wszystko. Mamy rakiety – to doskonale, że je mamy, bo pozwalają nam zachować naszą potęgę. Ale to nie najważniejsze – najważniejsze to rozwijać kraj z pomocą mądrej i nowoczesnej ekonomii. […] Państwo powinno się zmieniać – powinno się zmieniać pod wpływem waszych wymagań” – przemówił Miedwiediew.

Słowa prezydenta o rakietach wywołały spontaniczny, entuzjastyczny ryk najlepszych synów i cór Federacji Rosyjskiej. Ryk zagłuszył słowa o potrzebie mądrej i nowoczesnej ekonomii i potrzebie wpływu młodzieży na przekształcenia w państwie. Ale po co komu ekonomia, skoro mamy rakiety.

Drugi wybuch patriotycznego entuzjazmu młodzieży (choć już nie tak głośny jak w przypadku rakiet) wywołały słowa polarnika i deputowanego Dumy Państwowej Artura Czilingarowa: „Arktyka jest nasza! Hurra!”, który wręczał nagrodę dzielnej brygadzie polarników, którzy zatknęli na biegunie północnym rosyjską flagę. Ze sceny padły zapewnienia, że flaga zawieziona na Arktykę pięknie się prezentuje.

Cała uroczystość odbywała się w formie wrzasku: wrzeszczeli prowadzący i wręczający nagrody, wrzeszczała znakomita większość laureatów, no i wrzeszczała publiczność – trzydzieści sześć tysięcy płuc, osiemnaście tysięcy gardeł – to zaiste siła. I rakiet nie trzeba.

Młodzież (nie tylko tę zgromadzoną wczoraj w kompleksie „Olimpijski” w Moskwie) przez ten rok – a i wcześniej również – ćwiczono na prokremlowskich obozach nad jeziorem Seliger i innych imprezach na miejscu i na wyjeździe. Młodzieżówka proputinowska niedawno pięknie się odznaczyła, protestując pod domem dziennikarza Aleksandra Podrabinka, gdy ten śmiał napisać, że weterani wojny to nie tylko ci, co walczyli na froncie, ale i ci, co wykonywali egzekucje na swoich i że w związku z tym nie wszystkim należy się cześć i chwała.

W czasie ostatniej bezpośredniej linii z premierem Putinem przedstawicielka młodzieży, patrząc przywódcy ufnie w oczy, zapytała: „Jakie cele stoją przed dzisiejszą młodzieżą? Władimirze Władimirowiczu, proszę nam powiedzieć, jaką Rosję mamy zbudować, jaką przyszłość naszego kraju pan widzi”. Jednym słowem: czekamy, aby wódz poprowadził nas ku świetlanej przyszłości.

Młodzież jest różna – tak jak ludzie wszystkich kategorii wiekowych są różni. Są tacy, którzy nie potrzebują żadnych odgórnych wytycznych, czym się mają zająć. Są tacy, którzy dystansują się od rzeczywistości, kontestują, oponują, walczą z niesprawiedliwością. Ale dziwnym trafem w telewizji na okrągło pokazuje się, a w prasie opisuje się rozentuzjazmowane tłumy uwielbiające rządzący tandem i na każde hasło z góry reagujące gromkim okrzykiem „Hurra!”.

Niedawno Rosja obchodziła nowe święto – Dzień Bohaterów Ojczyzny. W związku z tym świętem przeprowadzono badania opinii, kogo Rosjanie uważają za największego bohatera narodowego. Badani w kategorii wiekowej 20 lat za bohatera uznali Ilję Muromca (postać z bajek – wielki, dobrze zbudowany, szlachetny i przenikliwy olbrzym, który zabija wszelkie smoki i inne potwory, czyni dobro i w ogóle działa w imię dobra), drugie miejsce zajął Sasza Bieły (to z kolei postać z filmu – kultowego serialu „Brygada” o bandytach).

Słowo o reformie Jegora

Znowu pożegnanie. Odszedł twórca reformy rynkowej czasów wielkiego przełomu, odważny ekonomista i wizjoner Jegor Gajdar. Nagle, niespodziewanie, w wieku zaledwie 53 lat.

Przez demokratów i reformatorów w Rosji żegnany jest z żalem, należnym szacunkiem i nawet patosem. Przez szerokie kręgi społeczeństwa i dziś bezrefleksyjnie uważany za sprawcę nieszczęść i zawalenia się wspaniałego radzieckiego systemu sprawiedliwości społecznej.

Wczoraj późnym wieczorem stacja telewizyjna „Pierwyj Kanał” przypomniała marcową rozmowę Jegora Gajdara w znakomitym cyklu wywiadów prowadzonych przez Władimira Poznera. Przytaczane w programie wypowiedzi przechodniów, którzy mieli możliwość zadać pytanie Gajdarowi, obracały się wokół tego powszechnego po dziś dzień w rosyjskim społeczeństwie wyrzutu: „Czy może pan, drogi Jegorze Timurowiczu, spać spokojnie, wiedząc, że pozbawił pan oszczędności miliony ludzi, że skazał ich pan na nędzę?”. Wyraźnie poruszony (choć nie zaskoczony) Gajdar odpowiadał: „Na posiedzeniach rządu radzieckiego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych najczęściej używanym słowem było słowo „katastrofa”. Radzieckiej gospodarki nie było. To już nie był czas na reformy – reformować radziecką gospodarkę można było pod koniec lat siedemdziesiątych, ale wtedy nic nie zrobiono. To był czas, kiedy trzeba było ratować kraj przed krwawą wojną domową, przed głodem. I to nam się udało. Na początku lat dziewięćdziesiątych w rządzie siedzieli ludzie, którzy mieli dobrze po sześćdziesiątce, przez całe życie robili karierę, zajmowali się tylko planowaniem. Ale w tej sytuacji nie wiedzieli, co robić. I dlatego dopuścili nas, trzydziestolatków. W skarbie państwa – zero rezerw, Rosja musiała prosić o pomoc finansową międzynarodowe instytucje finansowe. I chodziło nie tylko o kredyty, ale o pomoc humanitarną. Taką pomoc, jaką dostają najbiedniejsze kraje świata”.

Ludzie, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych stracili oszczędności całego życia, uważali i – jak widać – nadal uważają, że dobytku pozbawił ich Gajdar i jego reformy, a nie uprzednia zapaść niewydolnego systemu. „Tych pieniędzy dawno nie było. Istniały tylko na papierze. Wszystkie rezerwy zostały już wydane” – tłumaczył Gajdar w programie Poznera. Trzeba było kolosalnej odwagi, żeby na tych ruinach po omacku szukać mimo wszystko drogi wyjścia, bez przemocy. „Gdyby nie Gajdar, w Rosji doszłoby do krwawej łaźni i bałkańska wojna po rozpadzie Jugosławii przy tej rosyjskiej wersji zdałaby się zabawą dzieci w piaskownicy” – napisał w pożegnalnym tekście Ilja Milsztejn z internetowych „Grani”.

Krytycy rosyjskiej transformacji podnoszą, że w wyniku reform Gajdara doszło do niesprawiedliwej prywatyzacji, która pozwoliła zgromadzić w rękach nielicznych szczęśliwców ogromne fortuny. Sam Gajdar w cytowanym wywiadzie nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi na ten zarzut. „Oczywiście można było wszystko zrobić inaczej, ale wtedy pole do działania było takie, jakie było”. Gajdar został wicepremierem w 1991 roku, w 1992 p.o. premierem, jego gabinet nazywano „rządem kamikadze”. Przeprowadził terapię szokową, uwolnił ceny, potem próbował opanować hiperinflację. Puste półki sklepowe zapełniły się towarami. „Gajdar zrobił rzecz niebywałą: nauczył nas wszystkich – od ministra do tragarza – liczyć pieniądze” – mówił o swoim premierze prezydent Borys Jelcyn. Prywatyzację na dobrą sprawę robili już inni, kiedy Gajdar przestał być premierem.

„Na to, że reformy będą zabójcze dla jego kariery politycznej, Gajdar był przygotowany – kontynuuje Milsztejn. – Odnosił się do tego z filozoficznym spokojem, znał losy innych reformatorów w Rosji. To była cena za humanitarne, bez wielkich represji i milionowych ofiar wyjście ze skazanego na zagładę systemu w stronę wolnego rynku. Przez ostatnie dziesięć lat obserwował, jak jego sukcesy wykorzystują dranie. Władza służb specjalnych sprywatyzowała Gajdarowskie reformy, odrzucając główny jej składnik: wolność. […]  Niewdzięczność plus niewiedza – dominujące w społeczeństwie oceny wysiłków Gajdara – są jak pretensje uratowanego topielca, że ratownik wyciągał go z wiru za włosy i teraz z tego powodu niedoszłą ofiarę boli głowa. Żeby ludzie mogli w pełni ocenić i docenić reformy Gajdara, musi się zmienić sam kraj, który do tej pory bardziej czci krwawego tyrana, który wymordował miliony, kraj, który wychwala katów, a przeklina zbawców”.

W wielu pożegnalnych tekstach o Jegorze Gajdarze powtarza się stwierdzenie, że Gajdar uratował Rosję, która go nie zrozumiała i nadal nie rozumie.

Człowieku, nie jedz bez sensu

Na weekend temat lżejszy – albo, jak kto woli – cięższy: walka z nadwagą i otyłością. Rosjanie też borykają się z problemem nadmiernej wagi ciała, czasopisma o tematyce społecznej prowadzą stałe rubryki z poradami dla tych, którzy z problemem nie potrafią sobie poradzić sami, działają poradnie, w których można zasięgnąć opinii specjalisty. W Internecie można znaleźć tysiące stron poświęconych dietom i zachęt do stosowania tajemniczych preparatów zapewniających, że z nadwagą można sobie poradzić  łykając zielone kapsułki. Na pragnieniu pozbycia się zbędnych kilogramów zarabiają też niezliczeni hochsztaplerzy. Kilka lat temu głośna była sprawa rozprowadzania w Moskwie cudownego środka z Chin czy Mongolii, który faktycznie „cudownie” odchudzał w krótkim czasie, ale okazał się… larwami tasiemca.

Szanowanym autorytetem w dziedzinie leczenia otyłości jest moskiewski lekarz – doktor Anatolij Wołkow, autor ciekawej teorii. Zdaniem doktora Wołkowa, człowiek współczesny oduczył się odżywiania. Tymczasem klucz do sukcesu leży w poznaniu swojego organizmu, jego potrzeb i możliwości. „Większość ludzi uważa, że dieta to doraźny sposób na poprawę stanu zdrowia. Czyli że dietę można stosować przez jakiś czas, a potem powrócić do dawnych nawyków. To zgubne myślenie – mówi doktor w wywiadzie dla tygodnika „Ogoniok”. – Gatunek ludzki utracił możliwości adaptacyjne. Organizm musi sobie dać radę ze stałym przeciążeniem, pracuje nieprzerwanie w trybie obrony koniecznej i błyskawicznie traci zasoby. Człowiek, który we współczesnym mieście nie zwraca uwagi na sygnalizację świetlną, długo nie pożyje. To samo dotyczy jedzenia. Nie słuchamy naszego organizmu, jego potrzeb, wrzucamy do  środka to, co wydaje się nam pożyteczne, w ilościach, które wydają się nam odpowiednie, a częściej takie, do jakich się przyzwyczailiśmy. Proszę popatrzeć, jak obżerają się dziś klienci restauracji. Wstają od stołu tak najedzeni, że aż im się w oczach ciemno robi. Jedzenie istnieje w oderwaniu od potrzeb organizmu, a w ciągu ostatnich dwustu lat jedzenie
zaczęło odgrywać zupełnie absurdalną rolę: stało się wskaźnikiem określającym status społeczny konsumenta”.
Ale z drugiej strony istnieje moda na odchudzanie. Wielu ludzi myśli nie o jedzeniu, a o zdrowiu. Doktor Wołkow wyjaśnia: „Schudnąć można na dwa sposoby. Pierwszy: pozbawić człowieka możliwości jedzenia pewnych produktów. Ale to nie zawsze jest zdrowe. Na przykład ktoś ma wielką ochotę zjeść kawałek słoniny, ale się powstrzymuje i zjada chudą gotowaną wołowinę, której nie znosi. Tymczasem niechęć do jedzenia mięsa może oznaczać obniżenie funkcji pęcherzyka żółciowego, a kawałek słoninki bardzo by pomógł w uregulowaniu pracy tego organu. Więc na
dłuższą metę nie jest to dobry sposób. Drugi sposób: pozwolić organizmowi prawidłowo funkcjonować. Organizm jest zdolny do samoregulacji, trzeba mu tylko dostarczyć energii. A zatem zapewnić odpowiednie produkty, zgodne z jego systemem immunologicznym. Nie truć organizmu, a oczyścić. Dietetyka powinna na dobrą sprawę badać konkretny organizm i dobierać każdemu indywidualnie odpowiednią dietę”. Doktor Wołkow w swojej słynnej klinice opracowuje indywidualne kuracje, uczy swoich pacjentów jeść. Mówi, że sposób odżywiania należy dobrać tak, jak dobiera się obuwie: na miarę potrzeb i możliwości. Główny problem polega na tym, że ludzie „nie lubią rozstawać się się ze swoimi ukochanymi nawykami. O wiele prościej jest przez tydzień żywić się wyłącznie warzywami (a potem wrócić do obżarstwa) niż zmienić styl życia. A to konieczne, bo właśnie styl życia doprowadził do problemów. Niektórzy zaczynają to rozumieć. Moi pacjenci jedzą tyle posiłków, ile potrzebują. Uczę ich czytać w organizmie. Pacjenci obserwują, po jakim jedzeniu czują się ociężali, a po jakim jest im lekko. I stopniowo sami dochodzą do wniosku, jak zestawiać posiłki, co wyeliminować. Najważniejsze to uświadomić sobie własne potrzeby. I rozróżniać, czy organizm chce pić czy jeść. Zwykle jest tak, że organizm chce pić, a dostaje bułeczkę albo kurczaka z ziemniakami. Podstawowa zasada, której uczę: jeśli ci się wydaje, że chce ci się jeść, najpierw napij się wody. Druga zasada: jeść różnorodne produkty i nigdy się nie obżerać. I zasada trzecia: na zawsze pożegnać się z wszelkimi dietami”
.