Archiwum kategorii: Bez kategorii

Zima patriarchy

Aleksander Sołżenicyn skończył 89 lat.

Jego wstrząsający „Archipelag GUŁag” w latach 70. zmusił Zachód do weryfikacji sądów o ZSRR. Jego Nagroda Nobla za utwory poświęcone ofiarom stalinizmu (m.in. „Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza” oparty na własnych doświadczeniach obozowych) była mocnym ciosem, burzącym fałszywą idyllę breżniewowskiego porządku. Jego listy kierowane z obczyzny do władz ZSRR piętnowały oportunizm i kłamstwa. Jego pobyt w Stanach Zjednoczonych skłonił go do stwierdzenia, że „demokracja to kult przeciętności”, a Zachód to cywilizacja tchórzy; przeciwstawiał mu wyidealizowaną Rosję – pognębioną i zniewoloną przez komunizm, ale w istocie swej dobrą, chrześcijańską, antykomunistyczną. Jego powrót w 1994 r. do Rosji był początkiem rozczarowania – przede wszystkim Sołżenicyna wobec Rosji (która po obaleniu komunizmu nie okazała się uosobieniem czystości), ale także wielu Rosjan wobec Sołżenicyna. On nie rozumiał tego, co zastał w ojczyźnie, a Rosjanie nie rozumieli tego, co on mówi o ojczyźnie – wyimaginowanej krainie duchowej wyższości i szczęśliwości.

Zaszył się w Troice-Łukowie. Z rzadka odzywa się i pokazuje publicznie. Przyjął Nagrodę Państwową od Władimira Putina. Prezydent odwiedził go w Troice-Łukowie, spacerował z nim po parku, omawiał ważne sprawy państwowe. Książki Sołżenicyna – za których czytanie w ZSRR można było dostać kilkuletni wyrok więzienia – dziś są w Rosji drukowane bez przeszkód. Wydawnictwo „Wriemia” kontynuuje trzydziestotomowe wydanie dzieł wszystkich pisarza.

Czy jednak Rosjanie nadal czytają i słuchają Sołżenicyna? Zdania są podzielone – jedni czytają jego „stare” książki z zachwytem, ale traktują je wyłącznie jako pomnik literacki minionej epoki bez odniesienia do rzeczywistości za oknem, inni cenią literaturę, ale przeklinają jego archaiczny nacjonalizm, „staroobrzędową” ideologię, jeszcze inni odrzucają i pisarstwo, i poglądy. Dyskusję wywołała jego ostatnia książka „Dwieście lat razem” o stosunkach Żydów i Rosjan – jedni posądzali go o gorliwy semityzm, inni o równie gorliwy antysemityzm. W tym roku telewizja nadała serial oparty na motywach znakomitej książki „W kręgu pierwszym”, więc znowu przypomniano jego nazwisko szerszej publiczności.

W oficjalną ideologię władz, w której próbuje się zlepić w jedno i sowieckie mity wielkości, i carskie mity wielkości, i jeszcze marzenia o zachodnim dostatku, męki Sołżenicyna, załamującego ręce nad hańbą Ojczyzny (to słowo zawsze pisane przez niego wielką literą), się nie mieszczą. „Jakież to męczące uczucie odczuwać hańbę za swoją Ojczyznę. W czyich spoczywa Ona obojętnych lub śliskich rękach? Przez kogo jest bezmyślnie lub z pobudek materialnych kierowana?” Takie słowa nie pasują do wczesnokapitalistycznego optymizmu uczty za petrodolary, jaka odbywa się dziś w Moskwie i kilku bogatszych rosyjskich miastach. Sołżenicyn stoi z boku. „Nie o takiej Rosji marzyłem” – powiedział w okolicznościowym wywiadzie dla telewizji państwowej.

Rada rejsu w wioskach Potiomkina

Z przemiłym uśmiechem na licu kandydat na prezydenta Rosji Dmitrij Miedwiediew złożył dzisiaj rytualny ukłon w stronę patrona i zaproponował Putinowi objęcie posady szefa rządu po wyborach. Putin na razie nic nie odpowiedział (czyżby był zaskoczony tą śmiałą propozycją?). Gdyby władcy Rosji znali „Rejs” Piwowskiego, może przypomnieliby sobie inżyniera Mamonia, który sam zaproponowany w wyborach do rady rejsu przez kolegę, natychmiast zrewanżował mu się zgłoszeniem jego kandydatury. Łapka w łapkę.

 

Poza przedstawicielami zmarginalizowanej rosyjskiej opozycji nikt nie poczuł się dotknięty tym, że prezydent bezceremonialnie wyznaczył następcę. Jeden z liderów Sojuszu Sił Prawicowych Borys Niemcow powiedział, że to procedura poniżająca godność narodu rosyjskiego. Natomiast nadworni komentatorzy na wyprzódki rzucili się akceptować wspaniały wybór prezydenta Putina oraz jeszcze wspanialszy i jakże przenikliwy wybór Miedwiediewa. W przyszłym tandemie Miedwiediew-Putin (który z nich będzie realnie rządził? o ile to taki właśnie tandem będzie rządził) dostrzeżono gwarancję utrzymania stanu obecnej szczęśliwości (zwłaszcza utrzymania stanu własności). Niektórzy bardziej odważni komentatorzy podnosili, że „liberalny” Miedwiediew to lepsze wyjście niż przedstawiciel drapieżnego klanu siłowików, że Zachód go „kupi” (przecież wszystko odbędzie się zgodnie z konstytucją i demokratycznymi wymogami), a na krajowym podwórku jakoś powoli da się sprawy ułożyć, bo Miedwiediew nie będzie pożerał przeciwników na śniadanie.

Jeszcze bardziej odważni wskazywali, że to Miedwiediew sam może być rzucony na pożarcie, bo w najbliższych dwóch latach Rosję czeka poważny kryzys systemowy, z którym salonowy prawnik Miedwiediew sobie nie poradzi. Propagandowy balonik rosyjskiego sukcesu nadmuchany petrodolarami może zostać zgnieciony przez brutalną inflację i inne przykre konsekwencje braku reform w rosyjskiej gospodarce, opartej niemal wyłącznie na dobrej koniunkturze w sferze surowców energetycznych – przestrzegają antyputinowskie kassandry.

 

Z czym do tej pory poradził sobie Miedwiediew? Podobno w czasach pracy Putina w merostwie Petersburga swoją wiedzą prawniczą pomógł mu w wyplątaniu się z jakichś zabagnionych interesów. Potem nieźle poradził sobie z nadzorowaniem Gazpromu.

Gorzej było z projektami narodowymi. W założeniu miały one zreformować i poprawić stan opieki medycznej, mieszkalnictwa, rolnictwa i edukacji. Polegały natomiast na jednostkowych pokazowych akcjach, mających poprawić wizerunek władzy troskliwie dbającej o zwykłego człowieka. Takie narodowe wioski potiomkinowskie imienia Miedwiediewa. Miedwiediewa trzeba było nieustannie pokazywać w telewizji, żeby ludzie go kojarzyli. Zatem kilka razy w tygodniu organizowano pokazową jego wizytę w placówce służby zdrowia, na budowie czy w chlewiku. Na przykład kupowano karetki pogotowia dla szpitala w Twerze albo Putywlu. Miedwiediew tam jechał, zakładał biały fartuch i z troską pochylał się nad nowo nabytym sprzętem. Telewizja to pokazywała. A jak tylko karetki wyjeżdżały na ulice, odpadały im drzwiczki, a pacjenci lądowali na trotuarze (przypadków tych nie pokazywano już rzecz jasna w telewizji ani nie opisywano w centralnej prasie). Od takiej wizyty nie poprawiała się sytuacja w służbie zdrowia nawet w losowo wybranym szpitalu, a cóż dopiero w całym sektorze.

No ale w końcu nie po to robi się wielkie akcje propagandowe, żeby ludziom żyło się lepiej. Znacznie ważniejsze jest bezproblemowe przeprowadzenie operacji „Sukcesor”. I wcale jeszcze nie jest powiedziane, że znamy wszystkie jej elementy.

Pomazaniec na fasadzie

Po Moskwie krążył ostatnio taki dowcip: „2 marca 2008 roku odbyły się wybory prezydenta Rosji, „za” głosowało 80 procent wyborców. Dzień później ogłoszono nazwisko wybrańca”. Dziś okazało się, że Putin jednak podjął męczącą decyzję wcześniej i wszem wobec ogłosił nazwisko kremlowskiego pomazańca na niespełna trzy miesiące przed planowanym głosowaniem.

Został nim Dmitrij Miedwiediew, prawnik z Petersburga, pierwszy wicepremier, nadzorujący Gazprom i projekty narodowe. Postać znana, wylansowana w pocie czoła przez posłuszne media w ciągu ostatnich dwóch lat. I jednocześnie postać bez wyrazu, niesamodzielna, lojalna wobec Putina, któremu zawdzięcza karierę. A więc postać obliczona albo na dłuższe trwanie „dwuwładzy”, kiedy formalnie prezydentem jest Miedwiediew, a faktycznie nadal rządzi Putin i jego otoczenie, albo tylko na okres przejściowy (jeżeli Putin zamierza wrócić na szczyty władzy wcześniej niż po upływie czterech lat – Miedwiediew prawdopodobnie skróci kadencję i „ustąpi” mu miejsce na tronie). Czy taki plan się uda? Wygląda na to, że duża część rosyjskich elit zgadza się na zaproponowaną przez Putina obsadę personalną tronu. Miedwiediew daje wiarygodne gwarancje utrzymania się członków „korporacji – Federacji” u żłobu. Niezadowoleni na pewno są i jest ich niemało (choćby „frakcja” zgrupowana wokół ambitnego Siergieja Iwanowa, drugiego wicepremiera, któremu też prorokowano karierę następcy). Co teraz zrobią? Pogodzą się z przegraną czy podejmą walkę?

Kluczem do sukcesu Miedwiediewa była jego bezbarwność i posłuszeństwo wobec patrona. Miedwiediew do tej pory nie wykazywał żadnych własnych ambicji politycznych. Był idealnym wykonawcą poleceń. Czy tak będzie zawsze? Nie wiadomo. Stuprocentowych gwarancji powodzenia planu i stuprocentowych gwarancji bezpieczeństwa nie może Putinowi dać nikt, nawet ktoś, kto jest połączony z nim polityczną pępowiną.

Prezydent ma w Rosji władzę potężną. Miedwiediew był prezentowany do tej pory jako łagodny, zeuropeizowany, wykształcony menedżer nowego typu. Choć należy do wąskiego kręgu współpracowników Putina, nie wywodzi się z KGB. Otrzymywał zadania pilnowania interesów grupy rządzącej (m.in. w Gazpromie) i dobrze się z nich wywiązywał. Jeśli brał udział w wojnach podjazdowych kremlowskich koterii o wpływy w najbardziej dochodowych sektorach, to robił to dyskretnie. O sektorze siłowym, kwestiach bezpieczeństwa, strategii, wielkiej polityki raczej się nie wypowiadał (miał tylko pamiętne wystąpienie podczas tegorocznego zjazdu bogaczy w Davos, kiedy zapewniał Zachód o przywiązaniu do demokracji, liberalizmu i wolnego rynku).

Jeśli Miedwiediew pozostanie przy swoim wizerunku ludzkiego władcy ds. socjalnych, gdzie w takim razie będzie realna siła? Kto faktycznie będzie zawiadywał państwem? Gdzie będzie tylne siedzenie, na którym ma zamiar zasiąść Putin, by sięgać do steru? Komu służyć będzie armia wyższych i niższych urzędników przyzwyczajona do jednego cara? Czy Putin pozostanie carem, a Miedwiediew będzie kimś w rodzaju szambelana? Czy Miedwiediew będzie miał w ogóle coś do powiedzenia? A może to Putin lada moment nie będzie miał nic do powiedzenia? I jeszcze jedno: czy dzisiejsze ogłoszenie nazwiska pomazańca jest ostateczną decyzją Kremla, kogo Rosjanie mają wybrać w marcu na prezydenta? Takie pytania można mnożyć w nieskończoność.

Poznaliśmy dziś nazwisko kremlowskiego kandydata na prezydenta, ale odpowiedzi na pytanie, kto i jak będzie rządził Rosją po wyborach, nadal nie znamy.

Miszki Putina

Prezydent Putin jakoś nie cieszy się ze zwycięstwa w głosowaniu, cieszyć się więc muszą za niego w pocie czoła inni. Aktywiści proprezydenckich młodzieżówek „Nasi” i „Miejscowi” od dwóch dni balują za państwowe pieniądze w okolicach placu Czerwonego w Moskwie (mieszkańcy Moskwy klną na czym świat stoi, bo centrum Moskwy – i tak zwykle zakorkowane – stało się jednym wielkim korkiem), a dziś postanowili zorganizować jeszcze pożyteczną zabawę dla młodszych kolegów – tysiąca dzieci w wieku 8-15 lat z młodzieżowego ruchu „Miszki” (Misie). Imprezka na placu Błotnym odbyła się pod hasłem „Dziękujemy Putinowi za naszą stabilną przyszłość” . Dziwnie podobne to hasło do stalinowskiego „Dziękujemy Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo”. Wdzięczne dzieci postanowiły poprosić obiekt swej wdzięczności, prezydenta Putina, aby stanął na czele ich ruchu i został nie tylko liderem narodowym, ale jeszcze naczelnym Misiem Rosji.

Pomysłodawcy ruchu w wypowiedzi dla agencji TASS oznajmili, że „Miszki” są potrzebne, aby w przyszłości zrealizować osławiony plan Putina (tymczasem nadal trwają poszukiwania, gdzie znajduje się ów plan), „taka polityka młodzieżowa – wychowanie młodzieży w duchu patriotyzmu, wsparcie dla młodych talentów, edukacja – są nieodzowne, aby Rosja stała się światowym liderem”.

„Miszki” mają już swoją strukturę: drużynowy, który zorganizował dziesięć imprez z udziałem dzieci, otrzymuje tytuł „Niedźwiedź Wędrujący” (taki, który nie zapada w sen zimowy); drużynowy, który stworzył „jaczejkę” z dziesięciu podwórek, zostaje „Białym Niedźwiedziem”. Najwyższy w hierarchii jest „Niedźwiedź Brunatny” (czy ze względu na kolor koszuli?) – czyli, wedle słów aktywistów, megasuperniedźwiedź, który potrafi załatwić ważne problemy dzieci, np. zbudować plac zabaw.

Tak, plac zabaw jest rzeczywiście w dzisiejszej Rosji najważniejszą instytucją, wszyscy lubią się bawić i wszyscy się bawią, i nie zwracają uwagi, czy oczko już wypadło temu Misiu.
Należy przypuszczać, że prezydent Putin zgodzi się na oddolną inicjatywę „Miszek” i poprze ich starania. Prezydent Putin bardzo kocha dzieci. Kiedyś podczas spaceru po Kremlu w porywie pozytywnych uczuć pocałował w goły brzuszek chłopczyka Nikitę. Zdjęcia z tego pokazu czułości obleciały cały świat. Miłość prezydenta do dzieci objawia się też w popieraniu narodowego programu demograficznego. Dzieciom, którym już uda się przyjść w Rosji na świat (co wcale nie jest takie łatwe, zważywszy, że w 2006 roku dokonano tam 1 mln 407 tys. aborcji  przy liczbie urodzeń 1 mln 425 tys.), rzeczywiście trzeba pomagać, budować dla nich żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale, karmić, odziewać, obuwać, a przede wszystkim kochać. O tym jednak szalejący po Moskwie aktywiści młodzieżówek nie myślą i nie mówią. Po prostu dziękują komu trzeba za szczęśliwą młodość.

The day after

Pierwsza fala euforii po głosowaniu 2 grudnia opadła, zaczęły się remanenty. I dziwne rzeczy ukazały się oczom zdumionej publiczności.
Najpierw prezydent Putin powiedział parę słów do mikrofonu podczas gospodarskiej wizyty w zakładach imienia Ławoczkina: zmęczonym głosem zdawkowo podziękował za udział w głosowaniu, sztywno wyraził zadowolenie z wysokiej frekwencji. I koniec. Gratulacji dla zwycięzcy, partii Jedinaja Rossija, nie było. Prezydent w ciągu jednego dnia zapomniał najwidoczniej, że startował z listy tej partii i wyprężał muskuły na rzecz jej wygranej. Zresztą chyba zapomniał o tym już w wieczór wyborczy. Kiedy w zwycięskim sztabie strzelały korki od szampana, prezydent nie pofatygował się na spotkanie z towarzyszami walki wyborczej. Jednym cięciem odciął tymczasową pępowinę, łączącą go z kamratami, którzy teraz potrzebni mu będą tylko do tego, aby posłusznie przegłosować odpowiednie akty prawne.
Spodziewanego oficjalnego wystąpienia powyborczego nie było, choć władca tak lubi mowy tronowe na tle trójkolorowego sztandaru. Putin u Ławoczkina sprawiał wrażenie niezadowolonego z obrotu spraw. Nie można się dziwić – czeka go tytaniczny wysiłek podjęcia decyzji, co dalej. A podejmować decyzji Putin nie znosi.
Nie lubi też, gdy Zachód zagląda mu do garnków. Tymczasem Zachód krytycznie ocenił przebieg niedzielnego głosowania. Z negatywną oceną wystąpili 3 grudnia szefowie misji międzynarodowych obserwatorów z ramienia Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE i Rady Europy. Rosyjski MSZ wywalił przygotowaną wcześniej amunicję: zachodni obserwatorzy byli tendencyjni i gołosłowni. O wiele lepiej sprawili się obserwatorzy z WNP i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Ci przynajmniej wiedzą, jak obserwować, żeby nie zobaczyć. Ludzie z krajów rządzonych przez takich koryfeuszy demokracji jak Łukaszenka czy Islam Karimow (Uzbekistan) wiedzą, o co chodzi w prawdziwym procesie wyborczym, bo znają stare stalinowskie credo: „Nieważne, jak kto głosuje, ważne, jak kto liczy głosy”. W szeregu „pożytecznych idiotów”, jak w ZSRR nazywano naiwnych ludzi z Zachodu, wysławiających walory socjalizmu, odznaczył się były poseł na Sejm z ramienia Samoobrony, Mateusz Piskorski, który podczas konferencji prasowej transmitowanej przez rosyjską telewizję państwową, zachwycał się – o ile dobrze zrozumiałam jego osobliwie koszmarny rosyjski – „gorącą linią”, na którą mogą dzwonić wyborcy i zgłaszać uchybienia w głosowaniu. Rosyjskie media przedstawiały Piskorskiego jako obserwatora i „polskiego eksperta”, bez wskazywania, jaką organizację reprezentował (czy w ogóle jakąś reprezentował?). Kiedyś Piskorski wsławił się tym, że uwiarygodniał jako obserwator wybory w samozwańczym Naddniestrzu (wyborów nikt poza samym Naddniestrzem i Piskorskim nie uznał). Jako kolejny zachwycony obserwator wystąpił niejaki Ali Fadelu z Zachodniej Sahary, który pochwalił, że w rosyjskich komisjach wyborczych dają głosującym długopisy, a nie ołówki, których ślad łatwo można zetrzeć.
Takich obserwatorów można pokazać w rosyjskiej telewizji – wpisują się w ogólny tumult zachwyconej propagandy. Gorzej z tymi, którzy zarzucają fałszerstwa przy urnie czy szykanowanie opozycji. Tych się unika. Lepiej pokazywać ładne obrazki, zwłaszcza takie, które podobają się władzom.
Telewizja rzeczywiście mocno wsparła w kampanii wyborczej Putina i partię Jedinaja Rossija – prezydent zajął 80 procent czasu antenowego w programach informacyjnych i pokazywany był wyłącznie pozytywnie. Pozostali koncesjonowani uczestnicy wyścigu mogli liczyć co najwyżej na zauważenie lub neutralne oceny. Uczestnicy niekoncesjonowani – Sojusz Sił Prawicowych czy Jabłoko, nie mówiąc już o głośno protestującym Garrim Kasparowie, który choć nie startował, to manifestował niezadowolenie z Putina – byli przedstawiani wyłącznie negatywnie.
Teraz prokremlowskie młodzieżówki zbierają się na wiecach w centrum Moskwy, by dać wyraz poparciu dla władz i zapobiec „kolorowej rewolucji”. Opozycja też się zbiera, ale siły porządkowe zaraz niwelują jej wysiłki. W razie większej ruchawki młodzi putinowcy z przyjemnością pomogą nalać opozycji oleum do głowy. Trzeba jakoś odpracować duże ilości darmowego piwa.

 

Legitymacja Monomacha

Głosowanie, które odbyło się w Rosji 2 grudnia i które formalnie było wyborami do Dumy Państwowej, miało pomóc kremlowskim strategom i prezydentowi Putinowi w podjęciu decyzji, co dalej robić z problemem sukcesji władzy. W marcu 2008 roku powinny się odbyć wybory prezydenckie, w których Putin – jak chce konstytucja – po zakończeniu drugiej kadencji nie może już wystartować.

Ale czy to głosowanie cokolwiek rozstrzygnęło? Czy dało prezydentowi jakiekolwiek gwarancje bezpieczeństwa i podpowiedziało jedyny właściwy scenariusz postępowania? Wygląda na to, że nie, że hamletyzowanie Putina jeszcze się nie skończyło, że na Kremlu trwa męczący proces decyzyjny.

 

Wynik głosowania był zapowiadany, żadna niespodzianka nie utrudniła życia władzom. Może tylko trochę przesadzili z gorliwością szefowie niektórych republik, raportując o niewiarygodnie wysokiej frekwencji (np. Inguszetia – 98 proc., Kabardyno-Bałkaria – 94 proc.), czyniąc farsę wyborczą zabawną – a może tragiczną – ponad miarę. Średnią frekwencję wyliczono na poziomie 60 proc. Sterowana demokracja ma swoje sterowane wybory – zauważył Borys Sokołow, komentator jednej z gazet internetowych. – Toteż ich wynik nie jest ciekawy jako rezultat swobodnego wyboru elektoratu (głosowanie na pewno nie było wolne, komisje wyborcze skorygowały wynik w odpowiednim kierunku), a jako indykator tego, jaką Dumę chce mieć Kreml. Dylemat, czy wpuścić dwie czy więcej partii, został rozwiązany na korzyść wariantu z większą ilością ugrupowań, aby nie denerwować zbytnio Europy i Ameryki. Ma się rozumieć, wpuszczone zostały tylko te partie, które były całkowicie bezpieczne dla partii władzy.

Tak więc partia władzy – Jedinaja Rossija, której listę wyborczą otwierał Putin, zdobyła 64 proc. głosów. Pozostałe przystawki – druga wykreowana przez Kreml partia Sprawiedliwaja Rossija, mocno przez Kreml wyciszeni komuniści, którzy nie zaryzykują wychylania się wbrew woli władcy oraz grający zawsze zgodnie z interesami Kremla Żyrinowski i jego LDPR – po około dziesięć. Teraz ta maszynka do głosowania, której przycisk znajduje się w administracji prezydenta, przegłosuje każdą ustawę czy zmianę w konstytucji, o ile taka będzie wola Kremla.

64 proc. to 315 foteli w Dumie. Konstytucyjna większość. Ale z drugiej strony to o siedem punktów procentowych mniej, niż zdobył w wyborach prezydenckich w 2004 roku prezydent Putin. Więc nie jest to wynik zwalający z nóg.

A głosowanie uczyniono przecież plebiscytem poparcia dla prezydenta. Pod takimi hasłami mobilizowano – czasem prośbą, czasem groźbą – wszystkich, którzy mają prawo głosu. Dobry wynik miał poszerzyć pole manewru dla Putina, który ciągle nie wie, jak rozwiązać podstawową łamigłówkę: przekazać władzę przy jednoczesnym jej zachowaniu. Jaki użytek będzie można zrobić z tego propagandowo rozdmuchanego balonu popularności? Trudno dziś o jednoznaczną odpowiedź. Nic jeszcze nie jest przesądzone.

Przed wyborami lansowano propagandowo ideę, że Putin powinien zostać „narodowym liderem” – duchowym i moralnym strażnikiem ludzi sprawujących władzę, czuwającym, by ci, którzy objęli po nim stery rządów, realizowali posłusznie wyznaczoną przez niego linię, nazwaną ogólnikowo „Planem Putina”. Głośno rozpychający się w społecznej świadomości ruch „Za Putina” agitował, aby Putin mógł zająć taką pozycję. W ostatnich dniach przed wyborami proprezydencki ruch dziwnie wyciszono, sam Putin też przestał powtarzać mantrę o „narodowym liderze”. Czy to oznacza, że Kreml zrezygnował z tego ryzykownego wariantu (ryzykownego, bo pozycja „narodowego lidera” jest łatwą do zgniecenia wydmuszką, w konstytucji nie ma zapisu o prerogatywach „narodowego lidera”, w sytuacji buntu elit Putin jako ajatollah nie ma żadnych narzędzi, by stać się arbitrem ponad sczepionymi w zwarciu buldogami)? Bardzo możliwe, że na razie pomysł z „narodowym liderem” wisi na ścianie wśród innych branych pod uwagę wariantów.

Co dalej? Trzeba poczekać przynajmniej kilka dni na decyzję Putina, czy przyjmie mandat parlamentarny czy z niego zrezygnuje. To trochę rozjaśni sytuację, jeśli chodzi o kolejne etapy skomplikowanej i niebezpiecznej operacji Sukcesja (głosowanie 2 grudnia było jej elementem, wcale nie najważniejszym i niczego na razie nie przesądziło). W grze ciągle jest kilka równoległych scenariuszy. Problem Putina polega jednak na tym, że żaden z tych scenariuszy nie jest doskonały, każdy niesie dla niego ryzyko. A jego „urządza” tylko plan, który da mu mocne gwarancje osobistego i majątkowego bezpieczeństwa.

A trzeba jeszcze dodać, że w trakcie kampanii wyborczej Putin mocno rozgrzał tych, którzy jeszcze nie wyleczyli kompleksów po utracie imperium (a imię ich legion). To niebezpieczna zagrywka i dla samego Putina. Ostra antyzachodnia retoryka, odcinanie się od demokracji jelcynowskiej, piętnowanie chaosu tamtej epoki i stylu bogacenia się oligarchów rozbudziło znowu wiele apetytów i nadziei. Z jednej strony wzrosły oczekiwania, że jednak nastąpi rozprawa z niesprawiedliwą prywatyzacją lat 90. (a na to Putin nie może sobie przecież pozwolić, bo gmach jego władzy stoi na układzie oligarchicznym), z drugiej – wyraźnie euforię wywołuje perspektywa odzyskania przez Rosję pozycji mocarstwa, z którym wszyscy się liczą i którego wszyscy się boją  – nieważne, czy to możliwe, czy nie i jakimi środkami ową potęgę się zdobędzie (a zapowiedź wojowania z resztą świata to też niebezpieczny trick – Putin nie może sobie pozwolić na zerwanie z Zachodem, bo jednym z ważnych filarów gmachu jego władzy są interesy robione z zagranicą).

W studiu wyborczym pierwszego programu rosyjskiej telewizji po ogłoszeniu wstępnych wyników w niedzielny wieczór dyskutanci – politycy, politolodzy, ludzie kultury – zachłystywali się zwycięstwem Putina, który potrafił przekonać Rosjan, że jest im dobrze i obiecał, że niebawem Rosja znajdzie się w pierwszej światowej lidze. Podczas tego programu zostało dobitnie sformułowane zamówienie społeczne wobec człowieka, który będzie rządzić Rosją (wczoraj za idealnego kandydata zgodnym chórem uważano Putina, ale obsada personalna może ulec zmianie): Rosja musi być wielka. Kto będzie mógł spełnić te marzenia, tego pokochamy. Temu damy legitymację i czapkę Monomacha.

Cisza przed… ciszą?

Za dwa dni, 2 grudnia, w Rosji odbędzie się głosowanie. Ostatnie sondaże ogłoszone, ostatnie mowy wygłoszone.

Głosowanie dotyczy formalnie wyłonienia 450 deputowanych do Dumy Państwowej. We wczorajszym programie „1 Kanału” rosyjskiej telewizji odbyła się burzliwa dyskusja rosyjskich politologów i dziennikarzy, co w istocie odbędzie się 2 grudnia: wybory parlamentarne czy referendum poparcia dla Władimira Putina, który stanął na czele listy wyborczej partii „Jedinaja Rossija” i wzywa do oddania głosu właśnie na tę listę, co będzie jednoznaczne z poparciem jego kursu (cokolwiek miałoby to znaczyć, bo sam „narodowy lider” konkretów na stół nie wyłożył). Dyskusji przysłuchiwali się widzowie w studiu. W głosowaniu po zamknięciu dyskusji 72 proc. widzów uznało, że będzie to referendum poparcia dla Putina, 28 proc. – że wybory do parlamentu. Widzowie doszli do wniosku, że wyborów nie będzie – będzie plebiscyt. Parlamentu też nie będzie – będzie kieszonkowy przyrząd do przyjmowania ustaw dyktowanych przez Kreml.

„Parlament to nie jest miejsce do prowadzenia dyskusji” – oznajmił niedawno przewodniczący Dumy Borys Gryzłow (partia „Jedinaja Rossija”). No a wybory to nie jest sposób na wybieranie – można by uzupełnić to cenne spostrzeżenie. (Gwoli uzupełnienia – kandydaci na deputowanych z szeregów partii „Jedinaja Rossija” nie brali udziału w debatach telewizyjnych z udziałem przedstawicieli innych partii (ani w ogóle w żadnych debatach); wyborca de facto nie miał więc skąd się nawet dowiedzieć, kto startuje z tej listy i co zamierza w Dumie robić. Widocznie nie tylko parlament nie jest miejscem do dyskutowania – kampania wyborcza to też nie czas i nie miejsce na prowadzenie dyskusji).

Prezydent Putin agitował, by do urn pomaszerowało jak najwięcej ludzi, gdyż głosowanie to zdecyduje o przyszłości Rosji. „Jeśli wygramy w grudniu, to wygramy i w marcu” – stwierdził w przemówieniu do zwolenników. Nie bardzo wiadomo, co miałoby to znaczyć. Kto mianowicie miałby zostać tym marcowym zwycięzcą? W marcu Rosjanie powinni oddać głos na prezydenta. Ale to dopiero w marcu. Teraz mamy przełom listopada i grudnia. I na razie wszyscy wstrzymują oddech, bo czekają, kogo wskaże w charakterze kandydata na prezydenta Putin (jeśli wskaże). Wynik głosowania 2 grudnia ma mu dać dodatkowy materiał do przemyślenia w tej kwestii. 

Po co Putin namawia ludzi, by poszli do urn? Frekwencja z formalnego punktu widzenia nie ma znaczenia – głosowanie będzie ważne, nawet jeśli zagłosuje dziesięć osób, gdyż podczas trwającego przez ostatnie cztery lata procesu „usprawniania” ordynacji wyborczej zniesiono próg wymaganej frekwencji. Natomiast „dla ułatwienia” podniesiono do siedmiu procent próg wyborczy dla startujących partii; zniesiono też okręgi jednomandatowe, aby broń Boże nie dostał się do Dumy jakiś niezależny deputowany, który chciałby może w parlamencie dyskutować. Nie przewiduje się tworzenia bloków wyborczych. Głosy oddane na partie, które nie przekroczyły progu, przypadają zwycięzcy. Jednym słowem – ordynacja służy wielkim i silnym.

Z ostatnich sondaży wynika, że „Jedinaja Rossija” na pewno przekroczy siedmioprocentowy próg (i zdobędzie 62-65 proc. głosów), pozostałe partie balansują na granicy progu. Parlament w takim razie faktycznie nie będzie miejscem do prowadzenia dyskusji, bo o czym dyskutować ma monolit? „Nikt nie jest przeciw, wszyscy są za” – śpiewa prezydent Putin w przeboju prześmiewczych rosyjskich raperów.

Być może 2 lub 3 grudnia dowiemy się, jakie będą kolejne etapy operacji specjalnej „Sukcesja”. Wysoka frekwencja i dobry wynik „Jedinej Rossii” pozwolą Putinowi powiedzieć, że ma legitymację społecznego poparcia. I że już wie, jak rozwiązać problem 2008.

A może jeszcze wcale niczego się na temat sukcesji władzy nie dowiemy.

Przepraszam, dlaczego tu biją?

Na tydzień przed wyborami parlamentarnymi, które kremlowscy inżynierowie dusz przekształcili w plebiscyt poparcia dla kursu prezydenta, mocarny lider, kreowany na narodowe polityczne bóstwo, Władimir Władimirowicz Putin postanowił wziąć pod obcas uczestników Marszy Niezgody. Dlaczego?

Czyżby kilkuset inteligentów i kilkunastu działaczy opozycyjnych partii, pozbawionych możliwości przekroczenia wysokiego, siedmioprocentowego progu wyborczego zagrażało podstawom rosyjskiego tronu? Dlaczego brutalnie pacyfikuje się pokojowe demonstracje przeciwników władz?

To już nie pierwsza spałowana manifestacja „Innej Rosji” – przedtem też kilka razy pokazowo chłopcy-zomowcy (w Rosji zwani omonowcami) rozpędzali protestujących, przemawiając im do świadomości pałami i aresztowaniami. Może to kolejna poglądowa lekcja, jak zostaną potraktowani ci, którym nie podoba się w kraju szczęśliwego putinizmu. Może chodzi o to, aby na następną manifestację przyszło już mniej chętnych?

W putinowskiej Rosji dawno nastąpiło pomieszanie pojęć. Wedle obowiązującego rozumowania, ten, kto krytykuje władze, w istocie krytykuje państwo. Władza równa się państwo. A zatem ten, kto występuje przeciwko władzy, ten niszczy państwowość rosyjską, ten nie jest patriotą i automatycznie zmienia się w sprzedawczyka i zdrajcę.

Putin próbuje pokazać swoim potencjalnym wyborcom, że wynik jego rządów jest jednoznacznie pozytywny, że wszyscy są zadowoleni i że wszyscy go popierają. Wszyscy! Niech nikt nie zmąci tego święta! Nikt nie ma prawa do refleksji ani protestu.

 

Sekretarzom generalnym KPZR też przeszkadzało wszelkie wolnomyślicielstwo. Osiem osób, które wyszły na Plac Czerwony w sierpniu 1968 roku, aby zaprotestować przeciwko interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, stanowiło śmiertelne zagrożenie dla monolitu socjalistycznej sowieckiej szczęśliwości. Protestujący zostali natychmiast zatrzymani, zanim jeszcze rozwinęli plakat, a potem przez długie lata byli prześladowani za poglądy.

Na podobnej zasadzie dzisiaj ci, którzy protestują na ulicach (w podtekście komentarzy posłusznych dziennikarzy, oficjeli i samego Putina plącze się myśl, że to są wynajęci za zachodnie pieniądze zawodowi zadymiarze, którzy chcą wzniecić kolorową rewolucję), też stanowią śmiertelne zagrożenie dla rozdętego propagandowo, wirtualnego uwielbienia dla „narodowego lidera”.

 

Jednak nadal ciśnie mi się na usta pytanie, dlaczego Putin – skoro czuje się tak silny, taki bezalternatywny, taki wielbiony – tłucze na ulicach opozycję? Po co aż tak ostro? Ta opozycja nie stanowi realnego zagrożenia dla wszechwładzy Kremla. A może to świadczy o tym, że „narodowy lider” wcale nie jest przekonany ani o swej sile, ani o powszechnym uwielbieniu? I na wszelki wypadek niszczy w zarodku wszystko, co mogłoby się rozplenić i przekształcić w niebezpieczną chorobę oprotestowania jego legitymacji władzy?

Putin ciągle plącze się w zeznaniach i miota. Wiele wskazuje na to, że najważniejszy dziś polityczny dylemat w Rosji: co z Putinem po zakończeniu drugiej kadencji, nie znalazł jeszcze rozwiązania.

Na razie biją.

Muskuły za 2,5 bln rubelków rocznie

 

Podczas tegorocznych prezydenckich wakacji Władimir Władimirowicz defilował po Ałtaju z nagim torsem, prezentując lekko przywiędłą, ale ciągle jeszcze foremną muskulaturę dżudoki. Na rosyjskich forach internetowych zachwytom nad seksapilem głowy państwa nie było końca. Podczas wczorajszego rytualnego spotkania z wyższymi hierarchami wojskowymi prezydent skrytykował te kraje NATO, które „grają muskułami w pobliżu granic Rosji”. Czyżby Putin obawiał się, że muskuły sąsiadów przyćmią jego muskulaturę? Aby do tego nie dopuścić, Rosja przeznacza coraz więcej pieniędzy na zbrojenia. W budżecie przewidzianym na trzy najbliższe lata w rubryce siły zbrojne figuruje kwota 7,5 bln rubli (kurs dolara wynosił dziś w Moskwie 24 ruble za 1 USD), z każdym rokiem kwoty na obronność będą krocząco rosnąć, stopniowo zwiększać się będą też zamówienia państwowe na uzbrojenie. Władze zapowiadają podniesienie wydatków na rozwijanie sił jądrowych.

Widocznie te wskaźniki i dane poprawiają humor prezydentowi Putinowi, bo wczoraj z trybuny grzmiał, że Rosja odpowie adekwatnie na bezczelność natowskich sąsiadów – lada moment wyjdzie z traktatu CFE, a ponadto utrzyma dyżur bojowy lotnictwa strategicznego i współpracę wojskową z Chinami w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy.

Kiedy jednak zszedł z tych wysokich koturnów na ziemię, nie było już tak optymistycznie. Najpierw pochylił się nad losem bezdomnych wojskowych, którym państwo ciągle nie może zbudować mieszkań („musimy wybudować mieszkania godne rosyjskich oficerów”, oni nie mogą dłużej mieszkać „w tych śmierdzących norach”), a potem malowniczo przeczołgał na oczach całej generalicji i admiralicji pewnego generała odpowiedzialnego za niedobudowanie jednego szpitala wojskowego na 105 łóżek. Potem prezydent zamknął się w ścisłym gronie najwyższych stopniem na tajną naradę. Nie wiadomo, o czym rozmawiali – o czasach pokoju, jakże niełatwych dla wojska czy o planach wojny przeciwko sąsiedzkiej muskulaturze.

Ile waży Kamaz poparcia?

Histeria dotycząca pozostawienia na moskiewskim tronie Władimira Putina rozkręca się na całego. Do wyborów parlamentarnych, które zamieniono w plebiscyt poparcia dla narodowego lidera, pozostały dwa tygodnie. Aż strach pomyśleć, co jeszcze przez ten czas wymyślą zwolennicy pozostawienia Putina dożywotnio na stolcu umiłowanego przywódcy. Wczoraj wozili głosy poparcia wielkimi ciężarówkami Kamaz do Tweru, gdzie spontanicznie odbył się zjazd założycielski ruchu „Za Putina”. Według aktywistów ruchu, już jakieś siedemdziesiąt procent ludności uważa Putina za narodowego lidera. Ruch organizuje „putingi” (mityngi poparcia Putina) w całym kraju – jedne na ulicach, inne w pomieszczeniach. Te uliczne są jakieś żywsze, bo zima już w Rosji i żeby wytrwać w poparciu, trzeba dla rozgrzania zmarzniętych członków trochę podskakiwać. Za bardzo nie można, bo kto za bardzo podskakuje, tego zaraz przywołuje się do porządku. Zagraniczni dziennikarze na przykład zdecydowanie za bardzo podskakują, więc odmawia się im akredytowania na uroczystościach organizowanych w pomieszczeniach. W stolicy Tatarstanu Kazaniu kilka dni temu odbył się niemrawy puting w teatrze. Na scenie trybuna, na trybunie trybun – adwokat Paweł Astachow. Mówi długo i dla podkreślenia wagi słów wykonuje bardzo proputinowskie ruchy dłonią swą. „Nareszcie mamy kogoś, komu można zaufać – kończy wywód, zawiesza głos. – Komu można bez wstydu podać rękę. Czy podalibyście mu rękę?” Sala uśpiona monotonią zgodnego z linią i bazą przemówienia nie rozumie, o co chodzi, jak uczeń wyrwany niespodziewanie do odpowiedzi na nudnej lekcji. Astachow cokolwiek spłoszony powtarza: „Czy nie wstydzilibyście się podać ręki Putinowi?” Sala na wszelki wypadek podnosi do góry trójkolorowy sztandar i wymachuje hasłami „Plan Putina”.

Rzeczywiście trudno się oprzeć takiemu entuzjazmowi własnego narodu.

Jedna z niezależnych stron internetowych przypomniała na marginesie pewną anegdotę z życia Józefa Stalina.

„Nie wiecie? – spytał Stalin z udawanym zdziwieniem, wpatrując się w Mironowa. – A może jednak wiecie, ile waży całe nasze państwo, ze wszystkimi zakładami przemysłowymi, maszynami, armią, z całym uzbrojeniem i flotą?

Mironow i wszyscy obecni ze zdziwieniem popatrzyli na Stalina, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

– Pomyślcie i odpowiedzcie – upierał się przy swoim Stalin.

Mironow uśmiechnął się, bo myślał, że Stalin chce zażartować. Ale Stalin najwyraźniej wcale nie zamierzał się śmiać. Patrzył na Mironowa z całą powagą.

– No pytam was, ile waży nasze państwo?

Mironow zmieszał się. Odczekał chwilę, nadal żywiąc nadzieję, że Stalin zaraz obróci wszystko w żart, ale Stalin patrzył mu prosto w oczy i czekał na odpowiedź. Mironow wzruszył ramionami i jak uczeń na egzaminie powiedział nieśmiało:

– Tego nikt nie wie, Józefie Wissarionowiczu. To muszą być jakieś astronomiczne wielkości.

– Więc czy jeden człowiek może się przeciwstawić naciskowi takiej astronomicznej wagi? – surowo spytał Stalin.

– Nie – odpowiedział Mironow”.