Przynajmniej na razie. Chodzi o słynny pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, który od 1958 do 1991 roku stał na placu Łubiańskim w Moskwie pod siedzibą KGB. Majestatyczna sylwetka twórcy Czeki najwidoczniej tak mocno wrosła w ten plac i w serca niektórych, że jego przedłużająca się nieobecność spokoju im nie daje. Od czasu do czasu powstaje turbulencja i podnoszą się krzyki, by pomnik znów postawić na Łubiance pod umiłowaną instytucją Feliksa Edmundowicza, która obecnie nosi nazwę Federalna Służba Bezpieczeństwa.
Przedstawiająca wyniosłego czekistę rzeźba dłuta Jewgienija Wuczeticza od 1991 r., kiedy w porywie wolności po zduszeniu sierpniowego puczu została zdemontowana, przebywa na zasłużonym odpoczynku w Muzeonie – muzeum pod gołym niebem nad rzeką Moskwą przy Wybrzeżu Krymskim. Stoi tam w towarzystwie Leninów i Breżniewów, sierpów i młotów. Ostatnio – już po raz szósty w ciągu ostatnich czternastu lat – moskiewska duma miejska rozpatrywała sprawę przywrócenia Feliksowi starego adresu. Zdecydowano jednak, aby pomnik pozostawić w parku. Po co grzebać się w przeszłości i ryzykować polaryzację w społeczeństwie – brzmiało wyjaśnienie. Moskiewscy deputowani uznali, że może jeszcze kiedyś Feliks powróci na Łubiankę, gdy to nie będzie wywoływało takich emocji. Postanowili sypnąć groszem, aby Feliksa wyremontować.
Kiedy spojrzy się na mapę Rosji, można dojść do wniosku, że nie ma równości wśród Feliksów Dzierżyńskich stojących na cokołach. W Orle pięknie prezentuje się złocisty Feliks siedzący w niedbałej pozie, z nogą założoną na nogę, również złocisty Feliks pręży pierś w Kisłowodzku. Biały jak anioł Feliks stoi w Sorsku (Chakasja). A jeszcze w Krasnodarze, Dzierżyńsku, Nowosybirsku, Ufie, Petersburgu (jeden zdemontowano, ale dwa zostawiono), Niżniewartowsku i in. W Wołgogradzie Feliks stoi sobie nadal spokojnie, z ręką w charakterystycznym geście wyciągniętą w stronę zakładów produkcji traktorów. Druga statua Dzierżyńskiego w tym mieście, stojąca na podwórcu siedziby miejscowych wydziałów MSW i FSB, pod koniec listopada 2013 roku przeżyła niemiłą przygodę. Pomnik wyrżnął o metalowe ogrodzenie, zwalił się na chodnik i pękł na dwoje. Feliksa najprawdopodobniej rzucił na plecy gaz: w pobliżu na tymże podwórcu znajdował się wieczny ogień, zasilany gazem; władze miasta obiecały, że po remoncie pierwszy czekista wróci na miejsce.
W 2012 roku postawiono pomnik Dzierżyńskiego w Tiumeniu. Pomnik powstał w 1980 r., przez piętnaście lat stał pod wydziałem spraw wewnętrznych w Gołyszmanowie (miasto niedaleko Tiumenia), w 1995 r. został zdemontowany i spoczął w garażu. A półtora roku temu pomysł ponownego postawienia pomnika wprowadziła w czyn rada miejscowych weteranów.
„Każdy pomnik działacza politycznego przeszłości – to aktualny głos sprawujących władzę. A podejście do historii [i ocena postaci historycznych] stale się zmienia. Ten, kto dla jednych jest wielkim mężem stanu, dla innych jest oprawcą. Szczególnie dotyczy to Rosji, […] u nas nie ma ‘bezspornych’ polityków w rodzaju Nelsona Mandeli. […] Jak chcecie budować prawosławne carstwo na gruncie tradycyjnych wartości, to zdemontujcie mumię polityka, który zmarł już prawie sto lat temu, pochowajcie Lenina po chrześcijańsku w Petersburgu, jak on sam chciał, obok matki” – wskazuje na brak konsekwencji w traktowaniu postaci historycznych Siemion Nowoprudski (Gazeta.ru).
Wydaje się, że do starych sporów o stare pomniki dojdą nowe spory o nowe pomniki. W czasach ZSRR ich nazwisk albo nie wypowiadano wcale, albo wypowiadano z pogardą, to byli wrogowie. Mowa o białych generałach, z którymi walczył m.in. Feliks Edmundowicz Dzierżyński. Kołczak, Denisow i Denikin zostaną upamiętnieni w spiżu.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
Kto został na lodzie
Niełatwe jest życie mistrzów sportu. Po tym, jak wczoraj wycofał się z zawodów olimpijskich łyżwiarz Jewgienij Pluszczenko, w Rosji rozpętała się burza. Komentarze i łzy lały się i leją ze wszystkich stron. Łyżwiarstwo figurowe i hokej – to najważniejsze dyscypliny, w których Rosja liczy – i nie bez podstaw – na olimpijskie medale. W oczach rozentuzjazmowanych i oczekujących zwycięstwa kibiców ich pewniak zawiódł. Po raz pierwszy od 1984 roku w tej konkurencji Rosja nie zdobędzie medalu olimpijskiego.
Powiedzieć, że Jewgienij Pluszczenko jest mistrzem, to nic nie powiedzieć. To jeden z gigantów łyżwiarstwa figurowego, brylant czystej wody, artysta w swoim niełatwym rzemiośle, multimedalista, przez ostatnie kilkanaście lat zdobywał tytuły mistrzowskie. Soczi to jego czwarte igrzyska olimpijskie. Kilka dni temu w turnieju drużynowym zdobył tu już swój czwarty z kolei medal olimpijski. Złoty. Wydawało się, że wrócił do dobrej formy po operacji kręgosłupa. Wypełnione po brzegi trybuny olimpijskiego lodowiska, no i miliony kibiców przed telewizorami wczoraj oczekiwały od niego jednego: medalu z najszlachetniejszego kruszcu w indywidualnym turnieju solistów.
I oto podczas rozgrzewki, tuż przed wykonaniem programu krótkiego, Pluszczenko niefortunnie wylądował przy skoku, złapał się za plecy i… oznajmił jurorom, że się wycofuje z uwagi na odnowienie kontuzji. „Tym razem ból okazał się silniejszy ode mnie. Usłyszałem wewnętrzny głos: Żenia, to koniec, nie dasz rady” – powie potem rozgoryczony łyżwiarz. Po konsultacji z trenerem poinformował, że kończy karierę.
No i się zaczęło. Dla części publiczności udział Pluszczenki w igrzyskach to był bohaterski czyn sam w sobie – po tylu kontuzjach, operacjach! Na dodatek już przecież dał Rosji w Soczi jeden złoty medal w drużynie. Odczepcie się od Żeni. Krytycy przypominają natomiast niezbyt czysty sposób, w jaki Pluszczenko został zakwalifikowany na zawody olimpijskie. Zgodnie z regulaminem Rosja miała przyznane tylko jedno miejsce.
Ale po kolei. W 2013 roku Pluszczenko w podobny sposób jak wczoraj w Soczi wycofał się z udziału w mistrzostwach Europy w Zagrzebiu, tyle że nie na samym początku, a po programie krótkim (zajmował wtedy drugie miejsce), w zeszłorocznych mistrzostwach świata Jewgienij nie brał udziału. Potem na mistrzostwach Rosji przegrał z wschodzącą gwiazdą 18-letnim Maksimem Kowtunem. Na mistrzostwa Europy Pluszczenko nie pojechał, Kowtun był tam piąty. Kowtun w ubiegłym roku był „sprawcą” tego, że Rosja mogła wysłać do Soczi tylko jednego zawodnika. W 2013 r. na mistrzostwach świata zajął dopiero siedemnaste miejsce. W łyżwiarstwie obowiązuje system określania liczby startujących reprezentantów danego kraju według tabeli rang. Jeśli reprezentant kraju zajmuje odległe miejsce na zawodach mistrzowskich, to na kolejne mistrzostwa jedzie tylko jeden zawodnik, jeśli dobre miejsce – to federacja ma prawo wysłania większej liczby zawodników. Dlatego walka o prawo do występu na prestiżowych zawodach olimpijskich była tak ważna. I niejednoznaczna.
Rosyjska federacja łyżwiarska określiła zasady doboru na Soczi: miejsca na mistrzostwach Rosji i mistrzostwach Europy. Następnie działacze te zasady obeszli. Pluszczenko nie spełniał żadnego z kryteriów: przegrał z Kowtunem mistrzostwo kraju i nie pojechał na mistrzostwa kontynentu. Co zatem robi federacja? W połowie stycznia organizuje nadzwyczajny „kontrolny przejazd” dla Pluszczenki. W Nowogorsku przy pustych trybunach w obecności zaledwie kilkorga ekspertów Pluszczenko zdaje ten egzamin. Dostaje przepustkę do Soczi. Czysto? Można mieć wątpliwości. Zakulisowo? Na pewno, skoro nikt nie mógł obejrzeć programu Pluszczenki. Wielu komentatorów snuje ponadto rozważania, czy scenariusz z wycofaniem się z indywidualnego konkursu nie był ukartowany. Pluszczenko miał, według tej interpretacji, za zadanie występ w konkursie drużynowym i rezygnację z występu w zawodach solistów. A wycofał się, by nie przegrać z przedstawicielami młodego pokolenia, co byłoby dla mistrza prestiżową klęską.
Nikita Biełogołowcew w „Snobie” napisał: „Pluszczenko pokonał długą i męczącą drogę do Soczi. Przeszedł skomplikowaną operację kręgosłupa. […] Jego żona, producentka Jana Rudkowska zrobiła coś niesamowitego: leczenie kontuzji przekształciła w reality show z życia bohatera, który podnosi się z kolan. Udało się jej w społecznej świadomości utrwalić kliszę: Wątpisz w Pluszczenkę? Nie wierzysz w jego powrót? Nie cenisz jego zasług? Nie życzysz mu (a zatem i Rosji) zwycięstwa i chwały? W takim razie jesteś liberałem, a może nawet gejem i obcym agentem. Huzia!”.
Dzięki wspomnianej powyżej Janie Rudkowskiej Pluszczenko stał się celebrytą. Krytycy tę okoliczność też podnosili właśnie w związku z brakiem sukcesów sportowych – światowe życie nie idzie w parze z ciężką robotą na lodowisku. Biełogołowcew zagląda za kulisy: „W ciasnej, brudnej i dusznej komórce rosyjskiego łyżwiarstwa figurowego panują okrutne zasady. Młody Maksim Kowtun wygrał z Pluszczenką na mistrzostwach Rosji w grudniu, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liderom (i narodu, i łyżwiarstwa) nie są potrzebne żadne prawidła ani regulaminy, tutaj rządzą inne kategorie. „Przegrałem? No i co z tego? Popiera mnie cała Rosja i większa część świata” – powiedział Pluszczenko w wywiadzie dla telewizji Deszcz”.
Nieoczekiwaną puentę dopisał do całego zamieszania agent łyżwiarza. Ari Zakarian oznajmił, że jeszcze pięć dni i Pluszczenko na pewno poczuje się lepiej. Zaplanowanego już na marzec tournee łyżwiarza „Show mistrzów i przyjaciół” po Rosji i Europie nikt nie zamierza odwołać.
Żartem w patos – Soczi uważam za otwarte
Ceremonia otwarcia zimowych igrzysk w Soczi przeszła już do historii. I słusznie: głównie poświęcona była historii, a właściwie wizji historii obowiązującej w neosowieckim putinizmie. Glamour bez nieszczęść. Imponujące show z udziałem tysięcy uczestników: tańczące kopuły, Maslenica, Piotr I na lądzie i morzu, balet, sierp z młotem, żyt’ stało łuczsze, żyt’ stało, towariszczi, wiesielej (autora tych słów wszelako na szczęście nie zobaczyliśmy), lokomotywa rewolucji, poszatkowana a la konstruktywizm Muchina, odwilż, Gagarin w kosmosie. Jednym słowem: wielka historia wielkiego kraju. A ludziom żyło się… no, jakoś to było, grunt, żeby dzieci się rodziły i jeździły w czerwonych wózeczkach. Zawsze niech będzie słońce.
A zatem z olśniewającym rozmachem igrzyska w Soczi – „Gorące. Zimowe. Twoje” – otwarto. Pióropusze fajerwerków rozświetliły niebo nad wybrzeżem Morza Czarnego. Było pięknie, było patetycznie. A ponieważ w Rosji wysoki patetyzm sąsiaduje z prześmiewczym przymrużeniem oka, zaraz powstały dowcipy. Portal Newsru.com zebrał już nawet całkiem pokaźny tomik.
– W 2014 roku zimowe igrzyska po raz pierwszy odbywają się na letniej daczy najważniejszej osoby w państwie.
– Pytanie do Radia Erewań [renesans kultowej serii?]: „Dlaczego w tym roku nie ma śniegu?”. Radio Erewań odpowiada: „Dlatego że chłopczyk o imieniu Wowa poprosił Dziadka Mroza, aby śnieg był w Soczi”.
– Pytanie do Radia Erewań: „Dlaczego znicz olimpijski zapalała Alina Kabajewa?”. Radio Erewań odpowiada pytaniem: „A co ty byś zrobił dla swojej dziewczyny?”.
– Pytanie do Radia Erewań [tak, to renesans]: „Dlaczego Rosja wystrzeliła w kosmos pochodnię z ogniem olimpijskim?”. Radio Erewań odpowiada: „Żeby cały świat zobaczył, jak Rosja potrafi rzucać forsę na wiatr”.
– Budowniczowie w Soczi na pytanie, dlaczego w łazience w wiosce olimpijskiej są dwa sedesy, odpowiedzieli, że ten drugi jest zapasowy. Na wypadek, gdyby zepsuł się ten pierwszy.
– Holmesie, a dlaczego do Soczi nie przyjedzie Obama – pyta doktor Watson. – Ależ to proste, drogi Watsonie. – Jak to – to on też jest gejem?
– Zamiast tenisa, nart i badmintona w Rosji rozwija się nowa dyscyplina: skoki. Olimpiada pokazała, że z każdej skoczni można wycisnąć parę miliardów.
– Po zimowej olimpiadzie w Soczi rosyjski biegun zimna Ojmiakon postanowił zgłosić swoją kandydaturę do przeprowadzenia letnich igrzysk.
– Sportowcy z Mołdawii już dawno przybyli na olimpiadę w Soczi, aby zbudować hotel, w którym będą mieszkać.
Inne portale też nie pozostają w tyle:
– Ciekawy moment: ukraiński koktajl Mołotowa płonie lepiej niż rosyjska pochodnia z ogniem olimpijskim.
– W Czelabińsku odnotowano pierwszy przypadek przekazania ognia olimpijskiego drogą płciową.
– Władze wymyśliły, jak pokryć wydatki związane z olimpiadą: sprzedały jeden bilecik Chodorkowskiemu.
– Ogłoszenie: Wynajmę mieszkanie w Soczi. Sauna, jacuzzi, bilard. Jeśli właściciele wrócą – my was nie znamy, wy nas nie znacie.
– Lepsza olimpiada bez śniegu niż Europa bez gazu.
– Ciekawe, kto teraz będzie najbogatszą kobietą Rosji: żona gubernatora Kraju Krasnodarskiego czy żona mera Soczi?
*
Jeszcze kilka obserwacji z wczorajszego dnia w Soczi.
Prezydent Putin spotkał się z prezydentem Janukowyczem. Jak po poprzednim owocnym spotkaniu w Soczi dwa miesiące temu, tak i teraz żadnych oficjalnych komunikatów nie wydano. Nie wiadomo, czego dotyczyła rozmowa – może występu ukraińskich sportsmenów na igrzyskach (parada ukraińskiej kadry podczas ceremonii otwarcia spotkała się z aplauzem na trybunach), a może dyscyplin pozaolimpijskich.
Na uroczystość przyjechał były mer Moskwy Jurij Łużkow z małżonką Jeleną Baturiną, ongiś najbogatszą kobietą Rosji. Oboje wypadli z łaski, Łużkow stracił posadę, Baturina – lukratywne kontrakty i część aktywów. Łużkow w wypowiedzi dla TV Deszcz powiedział, że obecnie nikt jego ani jego żony nie ściga, nie prześladuje. „Wszystko to skończyło się wraz z prezydenturą Miedwiediewa”.
Główny zawiadowca olimpijskiej piły, jak złośliwie nazywają blogerzy Dmitrija Kozaka, powiedział na konferencji prasowej, że materiały z kamer zamontowanych w hotelowych łazienkach świadczą o tym, że złośliwi goście odkręcają wodę pod prysznicem, a następnie wychodzą. Oko Saurona zagląda nie tylko do łóżek, ale i do toalety. Czy to dbałość o bezpieczeństwo igrzysk czy o poziom zużycia rdzawej wody?
I na koniec spostrzeżenie kadrowe. A kadry, jak wiadomo, decydują o wszystkim. Podczas wczorajszej ceremonii otwarcia pochodnię z ogniem olimpijskim na stadionie przekazywali sobie z rąk do rąk wybitni sportowcy, odnoszący, kiedyś i obecnie, znaczące sukcesy: tenisistka Maria Szarapowa, zapaśnik Aleksandr Karielin, tyczkarka Jelena Isinbajewa, gimnastyczka Alina Kabajewa („A co ty byś zrobił dla swojej dziewczyny?”) i zapalający znicz łyżwiarka Irina Rodnina i legendarny hokejowy bramkarz Władisław Trietjak. Z tego zacnego grona mistrzów tylko Maria Szarapowa nie jest deputowaną do Dumy Państwowej z ramienia partii Jedna Rosja.
Ale dosyć polityki. Niech Soczi będzie prawdziwym świętem sportu, czego sobie i Państwu życzę.
Dwa dni do Soczi
Goście się zjeżdżają, zjeżdżają się dziennikarze, zjeżdżają się sportowcy. Świat zaczyna coraz częściej spoglądać na to, co się dzieje w Soczi, gdzie 7 lutego zaczynają się zimowe igrzyska olimpijskie. Widzowie – w zależności od tego, gdzie mieszkają i jakie media odbierają – otrzymują dwie różne relacje o tym, jak Soczi jest przygotowane do tych największych zawodów sportowych.
Rosyjska telewizja pokazuje prezydenta, jak dumnie prezentuje „największą budowę na świecie”. Wczoraj pieścił śnieżne leopardy, dziś przeszedł się po wiosce olimpijskiej oprowadzany przez jej „mera” – carycę tyczki Jelenę Isinbajewą w kolorowym zimowym dresie i gustownej czapeczce (choć pogoda raczej wiosenna; sam pan prezydent promenował bez czapki, w rozpiętej lekkiej kurteczce i koszuli, mało to wyglądało na zimową olimpiadę).
W relacjach rosyjskiej telewizji wszystko wygląda tip-top. Na widok Putina sportsmenki piszczą z zachwytu, stołówka działa, wydaje pożywne posiłki, olimpijczycy masowo odwiedzają centrum rozrywki, gdzie można pooglądać telewizję (a w niej Putina) i poczytać rosyjską klasykę w różnych językach. Jak już sportowcy z trudem oderwą się od Dostojewskiego, to mogą poćwiczyć na siłowni. Jednym słowem – błysk, wszystko gotowe, do biegu, gotowi, za dwa dni start.
Tymczasem złośliwi zachodni dziennikarze wysyłają w świat komunikaty podważające huraoptymistyczne komunikaty gospodarzy: o niedoróbkach i oryginalnych rozwiązaniach problemów, które powstały w trakcie przygotowań. W czasach siermiężnego PRL-u Wojciech Młynarski śpiewał „Bo najtwardszą przygnie głowę budownictwo mieszkaniowe, taka w nim potęga tkwi”. Okazuje się, że w XXI wieku w Soczi ta piosenka zachowuje świeżość porannego zefiru. Wznoszący naprędce obiekty infrastruktury olimpijskiej najwyraźniej nie dopatrzyli wszystkiego i musieli użyć słynnej rosyjskiej smykałki. I Internet już pęka od zdjęć dwóch sedesów w jednej toalecie, oberwanych firanek na drucie, umywalek bez kranu itp. „Wynalazki” olimpijskie można pooglądać np. tu: http://www.washingtonpost.com/blogs/worldviews/wp/2014/02/04/journalists-at-sochi-are-live-tweeting-their-hilarious-and-gross-hotel-experiences/?tid=sm_fb
„Olimpiada dla reżimu Putina spełniać miała trzy podstawowe funkcje: poprawę międzynarodowego wizerunku Rosji, określenie priorytetów rozwoju regionalnego i utrzymanie poparcia dla reżimu w społeczeństwie i głównych grupach elity” – napisał amerykański politolog Robert Orttung w raporcie dotyczącym Soczi.
Czy Soczi spełni pokładane nadzieje, zobaczymy. Na razie socjologowie z Centrum Lewady zbadali nastroje społeczne w Rosji w przeddzień inauguracji igrzysk. 47% respondentów uważa, że bezprecedensowe wydatki na olimpiadę to wynik korupcji, 34% – że zawiniły chciwe korporacje, które zarobiły niepomierne pieniądze, zawyżając kosztorysy, 19% – złe zarządzanie państwa, 15% wskazało na złożoność prac budowlanych w Soczi, 14% – na niski poziom usług budowlanych w Rosji (w badaniu można było wskazać kilka odpowiedzi, stąd nie sumują się one do 100).
Aż 38% Rosjan uznało, że olimpiadę urządzono tylko po to, by rozkraść przy okazji pieniądze, 17% uważa, że igrzyska mają poprawić wizerunek Putina, 15% – że mają przyciągnąć do Soczi turystów. Z twierdzeniem, że zorganizowanie olimpiady jest powodem do dumy dla kraju, zgodziło się tylko 23%.
W tak wielu publikacjach w różnych mediach tak wiele mówi się o różnych aspektach igrzysk – politycznych, ekonomicznych, socjologicznych – że gdzieś na dalszy plan przesunął się aspekt sportowy. Mam nadzieję, że to się zmieni, gdy nad Soczi zapłonie znicz olimpijski. Igrzyska to jednak przede wszystkim największe święto sportu.
Czarny poniedziałek w szkole 263
Około południa do szkoły numer 263 w moskiewskiej dzielnicy Otradnoje wszedł uczeń klasy dziesiątej Siergiej Gordiejew. Przy sobie miał karabinek i broń myśliwską. Ochroniarz próbował bezskutecznie przeszkodzić mu w wejściu do budynku. Zdołał uruchomić alarm. Siergiej poszedł do pracowni biologicznej. Tam oddał jedenaście strzałów. W wyniku postrzałów zmarli: trzydziestoletni nauczyciel geografii, a także jeden z policjantów, który przybył wezwany przez ochroniarza. Drugi z policjantów został ranny. Według świadectwa jednej z uczennic, Siergiej najpierw wystrzelił nauczycielowi w brzuch, a po chwili zastanowienia, czy ofiara żyje, oddał drugi strzał – w głowę. Dwudziestu czterech uczniów klasy dziesiątej (swojej własnej klasy) znajdujących się w pracowni uzbrojony nastolatek wziął jako zakładników. W operacji ich uwalniania wziął udział ojciec Siergieja, funkcjonariusz Federalnej Służby Bezpieczeństwa, według innych źródeł MSW (broń należała do niego), któremu udało się przekonać syna, by wypuścił zakładników. Siergiej został zatrzymany przez funkcjonariuszy jednostki specjalnej.
Takie sceny znamy z amerykańskich realiów. Zawsze wywołują szok, wzbudzają dyskusję, czy można było temu zapobiec, jak wychowywać młode pokolenie, by nie sięgało po przemoc, opłakuje się ofiary. Sprawa po jakimś czasie przycicha, a potem znowu ktoś świruje i wpada na lekcje z giwerą, cała Ameryka ponownie wstrzymuje oddech, przeżywa szok, odbywa dyskusję… da capo.
Ale rosyjska szkoła taką lekcję przerabia po raz pierwszy. Dlatego poziom szoku jest dużo większy niż w przypadku amerykańskich tragedii dziejących się w szkołach. O incydencie w szkole w Otradnoje mówią od rana wszystkie media, wypowiadają się na ten temat politycy. Prezydent Putin nazwał wydarzenia w szkole tragedią, a następnie wezwał, by u młodzieży kształtować odpowiednie wzorce na odpowiednim poziomie estetycznym i artystycznym, dobry gust (co ma piernik do wiatraka?).
Siergiej miał opinię dobrego ucznia, nawet miał szansę na świadectwo z czerwonym paskiem, był sportsmenem, chodził na siłownię. Rówieśnicy go akceptowali, tylko niektórzy wyczuwali w nim jakieś rozwibrowanie. Z nauczycielem geografii zatargów raczej nie miał, choć niektóre media wskazują, że miał powody, by nie lubić nauczyciela (zaniżał mu podobno ocenę).
Czy tragedia w Otradnoje to jednostkowy wypadek czy zwiastun nowej strasznej tendencji? – pytają media. Na razie wiemy za mało, aby wyrokować w tej konkretnej sprawie. Ale ogólna brutalizacja życia przekłada się na brutalizację życia szkoły. Społeczeństwo to jeden organizm, trudno wydzielić zeń sektor młodzieżowy, odizolować go, skryć pod kloszem. Młodzież przejmuje zachowania dorosłych.
Kilka lat temu reżyserka młodego pokolenia Waleria Gaj Germanika nakręciła kontrowersyjny serial „Szkoła”, opowiadający o losach uczniów dziesiątej klasy. Bez upiększeń i osłonek pokazała konflikty w obrębie grupy rówieśniczej, na linii uczniowie-nauczyciele, na linii dzieci-rodzice. Narkotyki, alkohol, upokorzenia, przypadkowy seks, przemoc, skorumpowana kadra nauczycielska, bardziej zajęta własnymi problemami niż wychowywaniem podopiecznych, egoistyczni rodzice bez wyobraźni, zetknięcie się młodej nieodpornej na ciosy psychiki z brutalnością świata, głupota i brak ambicji, okrutne znęcanie się nad słabszymi. Serial Gaj Germaniki wywołał niesłychanie ostrą dyskusję (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2010/01/15/chocby-cie-smazyli-w-smole/). Twórcom filmu zarzucano, że dają zły przykład, przedstawiają skażony, wykrzywiony obraz rzeczywistości. Tymczasem serial pokazał, jak szkoła jest daleka od ideału. Że jak w sztukach Czechowa nikt z nikim nie rozmawia, choć każdy wypowiada jakieś kwestie. Widocznie i w szkole numer 263 nie prowadzono rozmów o problemach.
Psychiatrzy i pedagodzy są zgodni co do tego, że poziom agresji i okrucieństwa jest coraz wyższy – i to nie tylko wśród nastolatków, to problem całego społeczeństwa. „Życie nastolatków staje się wirtualne. Dzieci widzą mnóstwo okrucieństwa, przemocy, którym na ogół nie daje się oceny, społeczeństwo odnosi się do przemocy ambiwalentnie. A jeśli dziecko ma jakieś problemy z psychiką, to utrwala sobie wyobrażenie, że tak wygląda norma. Dzieci przenoszą do realnego życia reguły komputerowych strzelanek” – mówi psychiatra Tatiana Kryłatowa.
W szkole w Otradnoje obowiązywały podwyższone normy bezpieczeństwa (dyrektor wprowadził uczniowskie karty z kodem, bez których nie można się było dostać do szkoły, miałby to być zapewne środek zapobiegawczy wobec grasujących w szkołach dilerów narkotyków). Nie pomogły.
Memoriał – pamięć niezakłamana
Stowarzyszenie Memoriał działa od 25 lat. W codziennej żmudnej pracy zapełnia czarną dziurę historycznej niepamięci – zbiera świadectwa o stalinowskich ofiarach, prześwietla archiwa, dokumentuje łamanie praw człowieka.
„Czego dokonaliśmy w ciągu 25 lat? Mamy 80 organizacji, które tworzą dziś międzynarodowe stowarzyszenie Memoriał, 60 z nich działa w Rosji, kilka na Ukrainie i w innych krajach [b. ZSRR]” – wylicza przewodniczący zarządu stowarzyszenia Arsienij Roginski. W wywiadzie dla portalu Colta.ru wspomina o początkach: „Gdzieś w środku pierestrojki idea przywrócenia prawdy historycznej stała się czymś w rodzaju idei narodowej. Na przestrzeni wielu dziesięcioleci oficjalnie usankcjonowane kłamstwo o historii wlewało się w uszy przez wszystkie głośniki, wtłaczało poprzez szkolne podręczniki i wszelkie możliwe kanały. Ale równolegle istniała pamięć rodzinna. [W latach pierestrojki] zyskaliśmy możliwość mówienia o przeszłości”. Od 1987 r. spontanicznie powstała sieć grup Memoriału, która na zjeździe założycielskim w styczniu 1989 r. przyjęła wspólną nazwę i strukturę. Oficjalna rejestracja w radzieckim jeszcze ministerstwie sprawiedliwości zajęła rok. Od początku Memoriał stawiał sobie za cel dogłębne badania totalitarnej przeszłości, udokumentowanie zbrodni i represji, przywrócenie pamięci ofiar, propagowanie wiedzy historycznej. Na podkreślenie zasługuje ogromny wkład badaczy Memoriału – przede wszystkim Nikity Pietrowa i Aleksandra Gurjanowa – dla zbadania i udokumentowania zbrodni katyńskiej oraz innych zbrodni NKWD na ziemiach polskich.
„Czy zwyciężyliśmy czy przegraliśmy? – stawia sobie pytanie Arsienij Roginski. – Na pewno nie zwyciężyliśmy. Dlatego że nie udało się nam zaszczepić w masowej świadomości wiedzy o tym, co się działo w przeszłości, o zbrodniach państwa wobec człowieka. Ludzie pamiętają o ofiarach, czczą ich pamięć, ale w większości nie są gotowi, by odpowiedzieć na pytanie: a czyje to są ofiary, kto jest zbrodniarzem, jeśli to ofiary państwa, to znaczy, że państwo było zbrodnicze. Jak przyjąć tę myśl wobec naszej wiecznej sakralizacji państwa? […] Ostatnie piętnaście lat to czas przywracania i wymuszania czarno-białej wizji historii, to usprawiedliwianie zbrodni – kolektywizacji, Wielkiego Terroru itd. – zwycięstwem w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. To odradzanie starych stereotypów: my jesteśmy dobrzy, a Zachód jest zły. […] W naszej historii mogą być tylko zwycięstwa. Przed rewolucją zwycięstwa, po rewolucji zwycięstwa, wielkie budowy itd. Ale przecież nie można nawet wojny sprowadzić wyłącznie do zwycięstwa, a tym bardziej do Dnia Zwycięstwa. Taką ojczyznę, w której wszystko było pięknie, mamy kochać. W takiej konstrukcji nie ma miejsca na pamięć o terrorze politycznym. […] Przeszłość jest i wielka, i haniebna. My chcemy, by świadomość i tożsamość była skomplikowana, niejednoznaczna, męcząca”.
„Rosja to kraj o nieodgadnionej przeszłości” – mistrz celnego aforyzmu Michaił Żwaniecki widzi w specyficznym patrzeniu na historię coś w rodzaju nieuleczalnej cechy narodowej Rosjan. Memoriał chce przeszłość ukazać w całej złożoności – i z heroizmem, i podłością. Zadanie to karkołomne. Jak pokazał przypadek niefortunnego sondażu telewizji „Deszcz” o sensowności niepoddania oblężonego Leningradu (pisałam o tym ostatnio: http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/01/30/pada-deszcz/), przy obecnym kursie na jednoznaczną gloryfikację historii trudno jest nawet zadawać niewygodne pytania, a cóż dopiero udzielać niewygodnych odpowiedzi.
Z okazji jubileuszu życzę członkom stowarzyszenia Memoriał wytrwałości i sukcesów w niezwykle cennej pracy nad przywróceniem pamięci ofiar i właściwych proporcji w myśleniu o historii.
Pada „Deszcz”
Telewizja „Deszcz” (Dożd’, tvrain.ru), dostępna w Internecie i niektórych sieciach kablowych, wypełnia maleńką niszę pozostawioną łaskawie w eterze po protestach w 2012 roku. To swego rodzaju wentyl. „Deszcz” różni się od centralnych kanałów obsługujących interesy władzy. Wiele miejsca w swoich programach poświęca opozycji, korupcji i innym gorącym tematom politycznym i społecznym, których unikają wielkie stacje. Przed kamerami „Deszczu” wypowiadają się politycy i eksperci, których do centralnych stacji nikt nie zaprasza.
26 stycznia podczas programu poświęconego 70. rocznicy zakończenia blokady Leningradu przeprowadzono sondę – widzom zadano pytanie: „Czy należało poddać Leningrad, aby uratować setki tysięcy ofiar?”. 54 procent uczestników sondy odpowiedziało twierdząco. Dla przypomnienia: podczas trwającej 28 miesięcy – od września 1941 do stycznia 1944 – w mieście odciętym od komunikacji zmarło z głodu (97% ofiar), zimna, chorób, zginęło od bomb, ostrzału i pożarów od kilkuset tysięcy do półtora miliona mieszkańców (przed wojną Leningrad liczył około 3 mln). W powojennej oficjalnej narracji eksponowano bezprzykładne bohaterstwo mieszkańców. Leningrad otrzymał tytuł „miasta bohatera”. Natomiast starannie wyciszano tematy kontrowersyjne, jak choćby wzmiankowana w pytaniu sondażowym sensowność utrzymywania miasta w stanie oblężenia, co skazywało mieszkańców na życie i śmierć w straszliwych warunkach.
I oto teraz pytanie o sens poddania miasta stało się przyczyną nagonki na „Deszcz”. Autorom programu zarzucono kalanie pamięci ofiar. Kierownictwo stacji przyznało, że faktycznie pytanie było sformułowane niefortunnie, przeprosiło za ten nietakt i usunęło ze strony internetowej wzmianki o sondzie. Krytycy stacji jednak się nie uspokoili i wzywają do zamknięcia „Deszczu”. Prokuratura przystąpiła dziś do postępowania wyjaśniającego, czy doszło do obrazy patriotycznych uczuć obrońców Leningradu.
W Rosji od jakiegoś czasu trwają zabiegi o usankcjonowanie jednej wersji historii – patetycznej, chwalebnej, niedopuszczającej mówienia o błędach, gloryfikującej bohaterstwo żołnierzy/obywateli radzieckich/rosyjskich bez wspominania o ciemnych stronach przeszłości. Deputowana Irina Jarowaja kilka miesięcy temu wniosła pod obrady Dumy projekt ustawy przewidującej odpowiedzialność karną za gloryfikację faszyzmu i rozpowszechnianie „kłamliwych informacji o działalności armii krajów koalicji antyhitlerowskiej w czasie II wojny światowej”. Nie bardzo wiadomo, co to opływowe sformułowanie ze sobą niesie. Komentatorzy zrecenzowali dokument tak: „na trzy lata za wybielanie faszystów i oczernianie Armii Czerwonej”. Ustawa utknęła na razie w kołach zębatych machiny biurokratycznej.
Trwają też prace nad jednym obowiązującym podręcznikiem historii. „To czysto totalitarna metoda. Takie podręczniki powstają w krajach, w których władze i obsługujące je kręgi intelektualne troszczą się nie o to, by młody człowiek zdobył wiedzę i odpowiednie nawyki, a wyłącznie o propagandę i indoktrynację” – napisała Irina Karacuba w „Jeżedniewnym Żurnale”.
Ale wróćmy do telewizji „Deszcz” i jej obecnych kłopotów. Jak przypomina Jurij Bogomołow, początkowo władze nie były zaniepokojone istnieniem samodzielnej stacji. „Pozwalają sobie na wolnomyślicielstwo? Niech sobie pozwalają – w końcu, kto ich tam ogląda?” – władze początkowo patrzyły na „Deszcz” przez palce. Ale z czasem telewizja zyskiwała coraz liczniejszą widownię. „Ostatnią kroplą było to, że stacja prowadziła bezpośrednie transmisje z kijowskiego Majdanu”, łamiąc tym samym monopol centralnych stacji na „kartinku” z Ukrainy. Oficjalna propaganda twierdziła, że na Majdanie są sami radykałowie, nacjonaliści, banderowcy, antysemici (Radio Swoboda kilka dni temu sporządziło wykaz słów, jakimi rosyjskie telewizje opisują uczestników protestu), a „Deszcz” pokazywał po prostu Majdan – ze wszystkim, co się tam dzieje.
Niefortunna sonda o blokadzie Leningradu była zapewne pretekstem do szykowanego ataku na „Deszcz”.
A teraz jeszcze kilka słów o samym pytaniu i o wyniku sondy. Andriej Archangielski (Colta.ru) stwierdził: „Ten wynik głosowania to typowa reakcja współczesnego człowieka. To przecież nie świadectwo niepamięci czy pogardy dla heroizmu. To zwykłe niezrozumienie. Naturalne. Głosują normalni ludzie, którzy uważają, że lepiej się dogadać, poszukać kompromisu, oni myślą w kategoriach czasów pokoju. I właśnie to myślenie, ta pokojowa etyka jest [z punktu widzenia tej wojennej etyki] niewybaczalna. Niewybaczalna jest sama próba podania w wątpliwość, czy wszystkie ofiary były potrzebne. Z punktu widzenia państwa to zamach na jego fundamenty. […] W Rosji nie dopracowaliśmy się etyki czasów pokoju, cały czas wszystko mierzymy kategoriami wojennymi. Wojna pozostaje jedyną etyką i powstaje wrażenie, że jeśli tego tematu się zakaże, jeśli zakaże się myślenia, wątpienia, jeśli zrobi się jeden podręcznik, to wszystko pozostanie na miejscu”. Wszelkie wątpliwości stają się kwestią polityczną. „Państwo najechało na „Deszcz” nie z powodu wojny, a dlatego że pokazywał Majdan i w ogóle dlatego, że takie zjawisko jak „Deszcz” w ogóle nie powinno istnieć”.
Stare niedobre małżeństwo
W Brukseli wiało dziś chłodem. Z obu stron – i unijnych oficjeli, i goszczącego z niezbyt chcianą wizytą Władimira Putina. Po rosyjsko-unijnym szczycie niewiele sobie obiecywano. I rzeczywiście: żadnego przełomu ani nawet sygnału o zbliżeniu w którejkolwiek z ważnych spraw nie stwierdzono. Szczyt zwykle trwa dwa dni. Jest czas na przyjemną kolację z wyszukanym menu, podczas której prezydent Rosji ma okazję pogwarzyć mniej zobowiązująco z europejskimi partnerami, i czas na oficjalne rozmowy w węższych i szerszych formatach, podczas których od dawna przelewa się z pustego w próżne, międli bezowocnie problemy nie do rozstrzygnięcia i podpisuje – albo nie – okrąglutki komunikat o rezultatach wzmiankowanego przelewania.
Tym razem obie strony zaoszczędziły na wykwintnej kolacji. Szczyt skrócono do jednego dnia, a właściwie dwóch rozmów – w wąskim trzyosobowych gronie (Putin, Van Rompuy, Barroso) i szerszym, z ministrami i doradcami ds. polityki zagranicznej i gospodarki.
Uwaga obserwatorów skupiona była na kwestii ukraińskiej. Ciekawy dwugłos doszedł uszu tych, którzy jeszcze nie posnęli z nudów w oczekiwaniu na wyniki rozmów: na konferencji prasowej po rozmowach prezydent Putin oświadczył, że niezależnie od tego, czy rząd na Ukrainie się zmieni, czy nie – obiecanego 15-miliardowego kredytu Moskwa nie cofnie ani nie zmieni zobowiązań dotyczących cen na gaz: „to pomoc dla ludzi, a nie władz”. Natomiast towarzyszący mu wicepremier Szuwałow zaznaczył, że wszystko będzie zależało od tego, jaki kurs nowy ukraiński rząd obierze. Ani prezydent Putin, ani wicepremier Szuwałow nie uściślili, co będzie z tym miliardowym świecidełkiem, jeśli zmieni się ukraiński prezydent.
Władimir Putin, który przez długi czas nie zabierał głosu w sprawie wydarzeń na Ukrainie, zapewnił, że Rosja nie będzie mieszać się w wewnętrzne sprawy sąsiada. Natomiast będzie omawiać z Unią perspektywy Partnerstwa Wschodniego. Choć Moskwa przecież do Partnerstwa nie należy i – oczywiście tak samo jak w przypadku Ukrainy, tak i w przypadku innych państw objętych programami Partnerstwa – nie miesza się w ich wewnętrzne sprawy.
Nie udało się też nic konkretnego ustalić w kwestii kontrowersji dotyczących Gazpromu i trzeciego pakietu energetycznego. Moskwa pozostaje przy swoim krytycznym stanowisku i nie wyobraża sobie złamania monopolu i monolitu Gazpromu. I nadal nie rozumie, dlaczego Unia kręci nosem nad obchodzeniem postanowień pakietu przy gazociągu South Stream.
Mają zostać przyspieszone prace nad bazową umową Rosja-UE. W czerwcu ma się odbyć spotkanie w Soczi. I wtedy… Nie, nie należy się spodziewać, że nastąpi eksplozja miłości i wzajemnego zrozumienia. Rosja i Unia, choć podkreślają, jak bardzo są sobie drogie, bliskie i wzajemnie się rozumiejące, patrzą na siebie z rosnącą nieufnością. W będącym ostatnio w Rosji w modzie dewocyjnym moralizowaniu Zachód przedstawiany jest jako diabeł wcielony, rozsadnik zboczeń, depczący wartości i prawa człowieka, propagujący rozwiązłość i tęczowe małżeństwa, z których nie ma dzieci itd. Ale z drugiej strony Moskwa i Bruksela żyć bez siebie nie mogą. Takie stare niedobre małżeństwo.
Wysocki na Majdanie
Dwa dni temu były 76. urodziny Władimira Wysockiego. Ciągle słuchany, ciągle aktualny. I to jak.
Aktywiści kijowskiego Majdanu zamieścili na You tube składankę wstrząsających i pięknych zdjęć z protestu i oprawili to muzycznie „Balladą o walce” Wysockiego. Twórcy klipu (Ałła Demura) zadedykowali go „tym, którzy zginęli za naszą wolność. Dziękujemy fotoreporterom za odwagę. Dziękujemy Wysockiemu za geniusz i aktualność. Dziękujemy tym, którzy walczą”.
Film można, nawet trzeba, obejrzeć tu: http://rus.newsru.ua/data/video/4643.html
W tłumaczeniu Marleny Zimnej po polsku to brzmi tak:
W zgiełku modlitw wieczornych, gdzie kłębił się dym
Nie z wojennej pożogi, lecz z ognisk i świec,
Żyły dzieci, co w bitwach pragnęły wieść prym
I tajemnic z ksiąg starych nie zdradzać i strzec.
Dzieciom zawsze się marzy
Dorosłość i fart.
Nasze bójki, urazy
Przesłaniały nam świat.
Potem mamy zszywały
Płaszcz, co w bójkach się darł,
A nas książek regały
W nową zwały już dal.
Chłonęliśmy lekturę łapczywie, bark w bark,
W dołku kłuło nas słodko od magii tych zdań,
I kręciło się w głowie od przygód i walk,
Co na stronach pożółkłych opisał ktoś nam.
Nie znał wojen nikt z nas,
Ale wciąż nam się śnił
Trębacz grzmiący: „Już czas!”
Dzwonnik, co trwogę bił.
Krok rycerzy, gdy szyk
Ich wyruszał na szlak,
Zgiełk natarcia i zgrzyt
Kół armatnich i szpad.
A w dymiących się kotłach dawnych wojen i burz
Tyle strawy dla mózgów dziecięcych i dróg.
Takie role, jak zdrajca, i Judasz, i tchórz
W świecie zabaw niewinnych odtwarzać miał wróg.
A co do nas, to nam
Nakazano wziąć miecz,
I honoru strzec dam,
I miłować je też.
Każdy z nas święcie wierzył,
I zapewniał co rusz:
Role dzielnych rycerzy
Będą nasze. I już!
Nie uciekniesz na dobre w świat marzeń i snów,
Krótko trwają zabawy, więc nisko się skłoń,
Gdy na polu bitewnym się znajdziesz, bez słów
Z martwych dłoni rycerza do ręki chwyć broń.
Jeszcze ciepły weź miecz
I przekonaj się sam,
Czy pokonasz nim śmierć,
I czy chroni od ran.
Czyś bohater, czy tchórz,
I czy sprzyja ci los,
Czy gdy dobył ktoś nóż,
W gardle uwiązł ci głos…
Gdy przyjaciel twój padnie, a ty, tłumiąc łzy,
Tak z rozpaczy zapragniesz jak wilk ranny wyć,
Kiedy uznasz, że byłoby lepiej, byś ty
Leżał w boju zabity, by druh twój mógł żyć.
Wnet zrozumiesz, że chcą,
By przyłbicy ich strzec
Kłamstwo, podłość i zło,
Spustoszenie i śmierć.
Kłamstwo, podłość i zło
Wyszczerzyły swe kły,
A za nimi już są
Tylko groby i łzy.
Jeśli miecz twego ojca torował ci szlak,
Ten, coś wziął z jego ręki, gdy on w boju padł,
Jeśli w boju zwycięstwa poznałeś już smak,
To na dobre ci wyszła lektura sprzed lat.
Gdy z talerza żeś jadł,
A nie z noża. Gdyś stał
Z boku, kiedy druh padł,
Brat do boju się rwał.
Gdy bezkarnie cię lżył,
Łotr i zdrajca co sił,
Próżny żywot twój był,
Próżno żywot twój był.
Doktryna Putina na Majdanie
Miał być już spokój z tą Ukrainą, przecież zaraz igrzyska w Soczi. Przecież Moskwa ułożyła się z prezydentem Janukowyczem. Rzuciła mu pełne kolców koło ratunkowe: wyłożyła 15 miliardów dolarów na/za zmianę kursu z europejskiego na rosyjski, obniżyła ceny gazu, pogłaskała po szerokim ramieniu. To oczywiście nie było żadne mieszanie się w politykę Ukrainy, tylko bratnia pomoc.
Ale spokoju nie ma. Ludzie na Majdanie stoją już dwa miesiące. Mówią: sprzedajna władza – albo jeszcze dobitniej banda – het’. Po przyjęciu przez Radę Najwyższą 16 stycznia drakońskich ustaw a la russe ograniczających prawo do zgromadzeń, wolność słowa i działalność NGO sytuacja zaczęła rozwijać się wedle nowego, radykalnego scenariusza. Ludzie na Majdanie już nie tylko stoją – przeszli do aktywnych działań ulicznych.
„Szkoda, że Rosjanie trzymają się na dystans, nie wspierają naszych dążeń wolnościowych. To nas od siebie oddali” – skarży się mocno zaangażowana w protest na Majdanie piosenkarka Rusłana.
O tym, jak przedstawiana jest sytuacja na Ukrainie w rosyjskiej przestrzeni medialnej, pisałam kilka dni temu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/01/22/co-bedzie-z-pomylka-stalina/. Dziś kilka uzupełnień.
Moskiewski politolog Kiriłł Rogow w „Nowej Gazecie” zwraca uwagę na pewien ciekawy aspekt. „Zdaje się, że na Kremlu zacierają ręce [wobec zaostrzenia sytuacji na Ukrainie], a oficjalne rosyjskie media na różne sposoby ucierają jedną myśl: zobaczcie, do czego prowadzi pokojowy protest. Niezależnie od tego, na ile Kreml bezpośrednio czy niebezpośrednio bierze udział w wypracowywaniu taktyki postępowania Janukowycza wobec kijowskich demonstrantów, w historii tego konfliktu doskonale widać główne idee doktryny Putina. Gdy zaczęły się protesty przeciwko niepodpisaniu przez Janukowycza porozumienia z UE, prezydent całkowicie je zignorował. Podpisując porozumienia z Putinem, nawet powiedział coś takiego: a Majdan niech sobie stoi, choćby i do wiosny. Pokojowy protest nie ma jednak żadnych instrumentów, aby wpłynąć na sytuację – konflikt na tym etapie rozgrywa się wyłącznie w sferze moralno-politycznej. Jeżeli zignoruje się możliwość prowadzenia dialogu tym językiem, to energia protestu dosyć szybko znajduje się w ślepej uliczce. Aby podtrzymać protest, potrzebna jest eskalacja, w przeciwnym razie ludzie rozchodzą się po domach, mocno sfrustrowani, czują się, jakby ich ktoś opluł. Natomiast aby zahamować eskalację, potrzebne jest zastraszenie. I trzeci element strategii: przyjęcie ustaw, które znacząco ograniczają prawa obywateli do wyrażania protestu i rozszerzają prawa władz do stosowania siły wobec protestujących. Wszystkie te etapy przeszliśmy w Rosji: ignorowanie protestów, demonstracja siły ze strony władz, wprowadzenie przepisów ograniczających prawa obywatelskie i dające władzom szersze uprawnienia do stosowania siły. To kremlowskie know-how, które pozwoliło Putinowi poradzić sobie z falą protestów na przełomie roku 2011 i 2012”. I zadziałało. Protesty ucichły. Znamiennym kontrapunktem wydarzeń na Ukrainie jest zbliżający się do finału długi proces uczestników demonstracji 6 maja 2012 roku, zwanych „więźniami placu Błotnego”. Wtedy odbył się pokojowy protest uliczny w przeddzień inauguracji najnowszej kadencji prezydenta Putina. Doszło do szarpaniny (nie płonęły barykady, demonstranci nie rzucali koktajlami Mołotowa, nie przewracali autobusów), według wielu świadków – sprowokowanej przez policję. Zatrzymano kilkanaście osób, są sądzone, kilka osób już dostało za tę szarpaninę realne kilkuletnie wyroki (wybiórcza „sprawiedliwość” w celu zastraszenia). A teraz kolejna grupa – prokurator zażądał dla nich kary sześciu lat pozbawienia wolności. Sześciu lat. I co? I nic. Czy ktoś staje w ich obronie, organizuje protesty? Pojedynczy blogerzy wyrażają przerażenie i trwogę. Relacje z procesu zamieszcza „Nowaja Gazieta”. Na ulicach Moskwy nie zbiera się tłum, by wydrzeć „błotnych więźniów” z łap ślepej i głuchej Temidy.
Doktryna Putina sprawdziła się na placu Błotnym dwa lata temu w Moskwie. Ale czy sprawdzi się na ulicach Kijowa?
Wiele jest w komentarzach na temat Ukrainy domysłów, czy długa ręka Kremla jest wystarczająco długa, by faktycznie mieszać w kijowskim kotle. Znający kuchnię komentatorzy wskazują, że szarą eminencją podpowiadającą Kremlowi, co czynić, jest nadal Wiktor Medwedczuk, lider prorosyjskiej partii Ukraiński Wybór (nie jest popularna), dawny potężny szef administracji prezydenta Kuczmy. Jest faktycznie bliskim znajomym Putina (są kumami – Putin trzymał do chrztu latorośl Medwedczuka). Ale jego pomysły na rozegranie strategicznej gry „Ukraina” jakoś się do tej pory nie udawały. Julia Łatynina w ostatniej audycji w „Echu Moskwy” rozrzedziła nieco powietrze wokół złowrogiego intryganta, jej zdaniem akcje Medwedczuka na Kremlu mocno spadły po tym, jak wsadził na minę rosyjskich bankierów w nieudanej operacji z bankiem Prominwest (ludzie Putina mieli mocno przy tym umoczyć).
Na zakończenie krótki przegląd co bardziej celnych stwierdzeń z frontu wojny informacyjnej – tych rosyjskich politologów i dziennikarzy, którzy zakotwiczyli po kremlowskiej stronie mocy. Aleksiej Muchin próbuje przekonywać, że „gdyby coś podobnego [jak w Kijowie] zaczęło dziać się w Rosji, to sytuacja szybko zostałaby uregulowana. Po pierwsze, nasze władze potrafią znajdować konsensus – określone grupy społeczne, wypowiadając się, obniżają napięcie. Po drugie, praktyka masowego wsparcia decyzji władz, pamiętacie Pokłonną Górę? [chodzi o oficjalnie organizowane wiece popierające Putina w czasie, gdy trwały antyputinowskie protesty na ulicach; na Pokłonną zwożono uczestników autobusami z zakładów pracy, sprawdzano listy obecności]. Wreszcie, jest efektywnie działający OMON, który potrafi załatwić podobne problemy”. No tak, to nie to samo co płochliwy Berkut.
Jeszcze dalej pojechał szef Centrum Badań Ekonomicznych Instytutu Globalizacji Wasilij Kołtaszow. Jego artykuły można poczytać w portalu Wzglad. „Unia Europejska jest w nasze dni więzieniem narodów. Tylko są w nim cele o różnym poziomie komfortu” – pisze Kołtaszow. Nie ma się więc po co do tego więzienia, zwłaszcza Ukrainie, spieszyć, nieprawdaż?
Zasłużony weteran prasowego frontu Witalij Trietjakow (http://v-tretyakov.livejournal.com/1082726.html) przestrzega: „Rosja uprzedza, że sięgnie po wszystkie dostępne metody i środki w obronie praw – historycznych i prawnych – rosyjskich obywateli i całego rosyjskiego narodu Ukrainy [tak w oryginale], a także ich zdrowia i życia, jeżeli w rezultacie przewrotu państwowego, bezprawnego zawłaszczenia władzy […] dojdą na Ukrainie do władzy przedstawiciele szowinistycznych, antyrosyjskich, skrajnie prawicowych sił”. A w jednym z ostatnich wpisów w blogu podrzuca nowy pomysł: Jak Janukowycz zrobi Jaceniuka premierem, to Rosja powinna odebrać swoje 15 mld.
Te 15 mld niepokoi wielu. Komentatorzy pytają na wyprzódki: a co, jeśli Janukowycz upadnie, to czy jego następcy powinniśmy też dać kaskę. Stanisław Biełkowski radzi, żeby się pożegnać z tą kwotą, bo nikt w Kijowie nie zamierza jej zwracać. To ciekawa dyskusja, bo zdaje się, że tych pieniędzy jeszcze nikt nie widział. Kiedy podpisywano porozumienia Putin-Janukowycz, była mowa o tym, że Moskwa obwarowuje to szeregiem warunków, to po pierwsze, a po drugie będzie wydzielać w transzach. Trudno powiedzieć, czy komunikat ten miał uspokoić rosyjskich krytyków porozumień, którzy podnosili, że Putin dał taką kasę Janukowyczowi, a to pieniądze rosyjskich emerytów, których nikt nie pytał itd.
Sam prezydent Putin na razie osobiście się nie wypowiadał na temat ostatnich wydarzeń na Ukrainie. Ustami swojego rzecznika kilka dni temu przypomniał tylko obowiązującą kremlowską mantrę: o niedopuszczalności ingerencji z zewnątrz, o obserwowaniu wydarzeń na Ukrainie „z bólem”, jako że dotyczy to bratniego narodu.
