Archiwum kategorii: Bez kategorii

Goło i tęczowo

Zagraniczne wizyty prezydenta Putina rzadko znajdują się w centrum uwagi rosyjskiego społeczeństwa. Chyba że Władimir Władimirowicz wygłasza w Monachium wykład odgrzewający atmosferę zimnej wojny albo udaje się z przyjacielską wizytą do Pekinu, a chińskie tematy zwykle są „oprawiane” przez rosyjskie media pompatycznie, dworsko, w feudalnym ukłonie. Ostatnia blitz-wizyta prezydenta w Niemczech i Holandii nie przyniosła przełomowych wydarzeń, więc nie jest dziś głównym tematem rozmów w metrze czy „na kuchnie”, gdzie nadal toczą się w Rosji najbardziej interesujące rodaków rozmowy.
Wobec tego – czy warto się jej przyjrzeć? Zobaczmy.
Pierwszym etapem podróży był Hanower. Rosja i Niemcy od czasów kanclerza Schroedera, który zwykł nazywać przyjaciela Władimira krystalicznym demokratą, budowały swoje stosunki – przede wszystkim biznesowe – w dobrej atmosferze. Podczas prezydentury Dmitrija Miedwiediewa niemieckie elity przeżywały podniecenie graniczące z euforią w nadziei zapowiadanej przez Miedwiediewa liberalizacji, modernizacji, otwartości i swobody. Powrót na Kreml krystalicznego demokraty ściął te nastroje jak niewinne lilie. A kolejne inicjatywy Kremla w kierunku ograniczenia swobód obywatelskich jeszcze bardziej ochłodziły atmosferę. Niemiecka prasa pisze o Putinie i jego polityce przykręcania śruby krytycznie i twardo. Dialog z panią kanclerz Merkel, która zresztą nawet w lepszych czasach nie była bliską przyjaciółką Putina jak jej poprzednik, zapewne nie należał do przyjemnych. Z oficjalnych komunikatów nie wynikało, czy tematem rozmów były sprawy cypryjskiego kryzysu. Wiadomo natomiast, że poruszano kwestię praw obywatelskich, w szczególności masowych kontroli NGO w Rosji. Na konferencji prasowej, na której zwykle politycy starają się wygładzać ostre kanty, Merkel z naciskiem powiedziała: „Prezydent zapewnił nas, że nie chodzi o ograniczenie działalności tych organizacji. My jednak wyraziliśmy zaniepokojenie, dlatego że może być tak, że organizacje pozarządowe nie będą się rozwijać tak, jak by chciały. Jeszcze raz podkreśliłam, że Niemcy opowiadają się za silnym społeczeństwem obywatelskim, w którym [istnieje] wiele NGO”. Putin tłumaczył, że nie chodzi o zamykanie NGO, tylko o kontrolę ich finansowania. Jak twierdzą komentatorzy w Rosji, chodzi o dużo więcej: nie tylko o zagęszczenie atmosfery wokół NGO, zniechęcenie wolontariuszy do tego typu działalności czy zastraszenie, ale przede wszystkim o zgromadzenie danych o ludziach udzielających się w NGO, o charakterze ich pracy i kontaktów z zagranicą. Fantastycznie wpisał się w to dzisiaj Władimir Żyrinowski, który z rozmachem wykrzyczał dziś przed kamerami, że trzeba wszystkie te NGO pozamykać, bo to gniazda szpiegostwa. Dużo pani Merkel wskórała.
Ożywił skostniałą atmosferę wizyty w Niemczech happening aktywistek Femen podczas wizytowania targów hanowerskich przez wysoką delegację. Półgołe dziewczyny (dwie Ukrainki, dwie Niemki i Rosjanka) miały na ciele wypisane hasła zawierające nieparlamentarne określenia Putina i jego rządów po rosyjsku i angielsku. Rzuciły się na prezydenta z okrzykami, zostały odparte i powalone przez byków z ochrony. Putin zdążył zrobić zdziwione oczy (nota bene znowu bardziej skośne niż zwykle, najwyraźniej po kolejnym liftingu), uśmiechnąć się i jednej z uczestniczek pokazać kciuk zadarty do góry na znak akceptacji. Rosyjska telewizja też pokazała tę krótką migawkę, którą wczoraj tłukły na okrągło i smakowały na wszelkie sposoby niemal wszystkie telewizje świata. W rosyjskim reportażu wszelako napisy na plecach i biustach zostały starannie zasłonięte. Czy to już zadziałał kolejny z zakazów, wprowadzony na dniach (dzień bez nowego zakazu jest dniem straconym), a mianowicie zakaz używania w mediach przekleństw? Czy może rosyjscy nadawcy nie chcieli, by widzowie w Rosji zobaczyli, z jakimi napisami rzucały się na prezydenta femenki?
Kiedy prezydent oprzytomniał po ataku, był już w Holandii. Na konferencji prasowej z holenderskim gospodarzem miał przygotowaną kąśliwą replikę, jak potraktować wybryk półnagich aktywistek –roznegliżowanych, więc jak z takimi rozmawiać i przyjmować poważnie ich polityczne manifesty? „Nie zdążyłem zjeść śniadania. Gdyby one pokazały mi kiełbasę albo sadło, to bym się ucieszył, a te atrakcje, które one demonstrują – to jakoś nie bardzo”. Głodnemu kiełbasa na myśli, a nie jakieś wymalowane w „fucki” biusty. To ciekawe podejście do golizny. Pan prezydent sam się przecież chętnie prezentuje z odsłoniętym torsem. Owszem, nie na wystawie w Hanowerze, tylko w ostępach dzikiej przyrody ojczystej. Ale jednak używa tego wizerunku do robienia polityki.
I w Niemczech, i w Holandii zorganizowano kilka demonstracji przeciwko polityce Putina. W Hanowerze zgromadziło się przy wejściu na targi kilkaset osób z plakatami wspierającymi ruch protestu w Rosji, podważającymi legitymację władzy Putina zdobytą w wyniku sfałszowanych wyborów, krytykującymi represyjne akty prawne. Do tych wewnętrznych rosyjskich protestów dołączyli się Kurdowie i Syryjczycy, oskarżając Putina o wspieranie krwawego reżimu Asada.
W Holandii najwięcej uczestników zgromadziła demonstracja środowisk homoseksualnych, które protestowały przeciwko wprowadzeniu w niektórych prowincjach Rosji ustaw zakazujących propagandy homoseksualizmu i zakazowi zawierania małżeństw osób tej samej płci. Prezydent Putin odpierał ataki: „W Federacji Rosyjskiej nie ma żadnego ograniczania praw mniejszości seksualnych, korzystają one z pełni praw i swobód. Przypuszczam, że nie mają innego prezydenta, i ja jako prezydent bronię ich praw”. Dodał jednak, że wspomniane ustawy są odbiciem nastroju społeczeństwa. A on jako prezydent też musi to brać pod uwagę. W rosyjskich mediach zaraz się odezwały komentarze, że Putin nigdy na rynku wewnętrznym nie wypowiadał się na temat obrony praw mniejszości seksualnych. „Putin milczał, kiedy w Petersburgu przyjmowano homofobiczną ustawę, kiedy bito aktywistów środowisk gejowskich, kiedy zwalniano z pracy obrońców praw mniejszości” – napisała internetowa „Gazeta”.
Jak wiadomo, najlepszą obroną jest atak, więc pan Putin przeszedł do ataku i wypomniał holenderskiemu premierowi, że w Holandii istnieje partia propagująca pedofilię. „Nie mogę sobie wyobrazić – powiedział Putin – by jakikolwiek sąd w Moskwie pozwolił na funkcjonowanie organizacji, która propaguje pedofilię. W Holandii to dopuszczalne. Jest taka organizacja”. Zdziwiony premier Mark Rutte odparł, że w Holandii pedofilia jest ściganym z mocy prawa przestępstwem.
I jeszcze jedna sprawa, którą skrzętnie zamiotły pod dywan rosyjskie media, a wałkowały holenderskie: prezydent planował pono odwiedzenie w Holandii mieszkającej tam na stałe z przyjacielem Holendrem córki, Marii Putinej. Sekretarz prasowy Putina indagowany w tej sprawie powiedział: „ta informacja nie odpowiada rzeczywistości”. Nie wiadomo tylko, która z tych informacji – że prezydent planował odwiedziny u córki czy że córka tu mieszka w eleganckim penthausie, jak donosiła niderlandzka prasa (ze zdjęciami). Temat rodziny prezydenta nadal jest tematem tabu do kwadratu.
„Ostatnia zagraniczna podróż Władimira Putina potwierdza widoczny od pewnego czasu trend. Narastająca w Rosji konserwatywna fala, przejawiająca się w rozlicznych zakazach wprowadzanych przez władze i obliczona przede wszystkim na rozszerzenie politycznego wsparcia w tradycyjnie nastrojonych warstwach społeczeństwa oraz na ograniczenie możliwości działania aktywnych warstw, spotyka się z również narastającym rozdrażnieniem w krajach Zachodu. To, co się dzieje obecnie w Rosji, rozchodzi się z zakorzenionymi w Europie tradycjami pluralistycznej demokracji” – podsumował efekty wizyty Aleksandr Iwachnik w internetowej Politcom.ru.

Antykorupcyjny przeciąg czy tylko show?

Jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego – mówi znana maksyma. Prezydent Putin dojrzał już nawet do tego, żeby nie tylko przyłączyć się do wroga, ale nawet wziąć z jego rąk sztandar i stanąć na czele. O czym mowa? Państwo będziecie się śmiali – o walkę z korupcją.
Rosyjscy blogerzy – zrzeszeni, zinstytucjonalizowani, niezrzeszeni, pokorni i niepokorni – masowo wyciągają na światło dzienne, szczególnie w ostatnim czasie, fakty przekraczania przez deputowanych, ministrów, wysokich urzędników norm prawnych i etycznych. Zarobione „wysiłkiem ponad siły” (eufemistyczne określenie korupcji) ruble, skonwertowane na euro lub dolary, rosyjscy dygnitarze lokowali przez syte lata społecznego desinterresement na znienawidzonym Zachodzie. Pokupowali sobie przytulne mieszkanka w luksusowych apartamentowcach czy ustronne wille. Albo skrzętnie grosik do grosika składali na dyskretnych kontach bankowych.
Niektórzy z obnażonych dostojników łgali w żywe oczy z minami niewinnej putany, że nie mają nic wspólnego z małym mieszkankiem na Mariensztacie, o którym pisze jakiś „fiu-bździu” samozwańczy demaskator. Inni bez protestu i rozgłosu wycofywali się z arenki.
Prezydent Putin, który od kilku miesięcy pracuje nad skonsolidowaniem swojej bazy społecznej – konserwatywnie nastawionych prostych ludzi pracy – zabrał się więc do porządków w urzędniczej stajni Augiasza. Jeden z komentatorów napisał, że Putin patrzy na [stworzoną nawiasem mówiąc przez siebie] tak zwaną elitę z politowaniem i rozdrażnieniem jak na zapasionego psa, któremu już nawet nie chce się ruszyć z posłania. No cóż, dwór czyni króla. Demoralizacja elit nie pojawiła się przecież wczoraj, jest owocem kilkunastu lat dzielenia na „swoich” i „obcych”, przy czym „swoi”, a zwłaszcza „swoi bliscy”, mogli sobie pozwolić na dużo więcej niż gmin do „swoich” nienależący. „Swoi” mogli się obłowić. Kraść wedle rangi – mówiło się w carskiej Rosji. A w putinowskiej Rosji oficjalnej tabeli rang nie ma, więc każdy radził sobie jak mógł.
Jaki deszcz spadnie z tej chmury? Na razie przyjmowane są słuszne akty prawne. 2 kwietnia prezydent podpisał dwa dekrety wykonawcze do ustaw o przeciwdziałaniu korupcji oraz o kontroli zgodności wydatków urzędników państwowych z ich dochodami. Ustawy przewidują, że urzędnicy państwowi wszystkich szczebli, deputowani, a także szefowie korporacji państwowych nie mogą mieć kont za granicą. A w deklaracjach majątkowych wyżej wymienieni muszą wykazać nie tylko zagraniczne nieruchomości (które jako takie zakazane nie są), ale wskazać źródła ich finansowania. Prezydenckie ukazy dotyczą 1,3 miliona osób.
Szef prezydenckiej kancelarii Siergiej Iwanow oznajmił, że przez najbliższe pół roku będzie zbierał info o zagranicznych aktywach członków politycznej śmietanki. Ma powstać jednolity rejestr ich majątków. Termin złożenia deklaracji majątkowych przedłużono urzędniczej armii o trzy miesiące – do 1 lipca. „W walce z korupcją w Rosji nie ma i nie może być osób nietykalnych” – Iwanow wygłosił sentencję, którą teraz hafciarki wyszywają krzyżykami na kilimkach. Kilimki zawisną w urzędniczych gabinetach i będą przypominały ich właścicielom, że trzeba coś wymyślić, by się ratować. Sentencja Iwanowa w tłumaczeniu na język codzienności znaczy: „uwaga, uwaga! Koniec złudzeń, panowie, na każdego mamy haka”. A komu się nie podoba, kto uważa, że władza jest represyjna, że dzieje mu się krzywda, kto nie chce bezwarunkowo popierać projektów Kremla, to proszę opuścić życiodajne (a właściwie „życiodojne”) szeregi. Otwartym pytaniem pozostaje, jak się przyzwyczajeni do opływania w dostatki z renty korupcyjnej urzędnicy odniosą do genialnego planu pułkownika Krafta, pardon, Putina-Iwanowa. Już teraz w internecie można znaleźć porady, gdzie i jak bezpiecznie ulokować aktywa wycofane z zakazanych kont i dacz: należy kupować sztabki złota i dzieła sztuki. Ponadto oko Saurona można oszukać, rejestrując nieruchomości na małżonków i nieletnie dzieci.

Mural to też sztuka

Po przerwie wracam do pisania. Od 21 marca (daty ostatniego wpisu) bardzo dużo się wydarzyło. Tonący Cypr. Śmierć Borysa Bieriezowskiego. Putin dobiera się do skóry majętnym deputowanym i urzędnikom. Putin rozmawia z Chińczykami. Rosja nawołuje do spokojnego podejścia do brykającej Korei Północnej. Masowe naloty na biura NGO w Rosji. Po kolei postaram się do tego wrócić. Ale dziś chciałabym poświęcić wpis Paszy 183.
P183, Pasza183, po prostu Pasza. Zapewne Paweł Puchow lub Paweł Andropow. Nie wiadomo, jak się naprawdę nazywał. Przez brytyjską prasę został obwołany „rosyjskim Banksym”, choć sam dystansował się od tego określenia, twierdząc, że ma własny styl i nie powiela brytyjskiego kolegi. Uprawiał oryginalną sztukę street artu – inteligentne i piękne graficznie rysunki na murach, ulicach, zaspach. „Tak, miał swój styl – styl anarchistycznego romantyzmu. Jego bohaterowie idą pod prąd, przebijają mury” – napisała Anna Tołstowa w „Kommiersancie”. Wiele z jego prac utracono – budynki czy kawałki betonu, na których utrwalał swoje wizje, zostały zburzone, rozbite, zniszczone. Część znikała z przyczyn naturalnych (np. kompozycje na śniegu). Pozostały fotografie. Można je obejrzeć na stronie Paszy: http://183art.ru/
Dwa dni temu podano wiadomość, że Pasza 183 zmarł. Pochodził z Moskwy i tu głównie pracował. Ale wiele jego prac znajdowało się także w Petersburgu i innych rosyjskich miastach. Do najbardziej znanych należała praca „Prawda za prawdę”: naklejone na szyby sylwetki OMON-owców naturalnej wielkości, z pałami i z tarczami, na drzwiach wyjściowych na stacji moskiewskiego metra Krasnyje worota. Rysunek pojawił się 19 sierpnia 2011 roku w rocznicę sierpniowego puczu Janajewa (1991). Miał przypomnieć o tamtych dniach, o obywatelskiej postawie mieszkańców Moskwy.
Pasza 183 fanatycznie pilnował swego incognito. Nawet gdy dał się namówić, by na zeszłorocznym festiwalu reklamy w Jekaterynburgu wygłosić wykład o sztukach wizualnych, wystąpił w masce zakrywającej twarz. Udzielił wtedy też wywiadu dziennikarce AdMe. „Nie uważam siebie za politycznego artystę – mówił. – Mogę mówić o polityce, ale zajmować się nią cały czas? Nie. Dla mnie polityka to brudna rzecz, jeszcze gorsza niż reklama. Wdepniesz jedną nogą i już siedzisz po uszy. Wiele nie podoba mi się w polityce – i wtedy o tym mówię, ale nie mógłbym się zajmować nią cały czas. Jestem wychowany na ideologii protestu. Chyba jestem anarchistą – nie uznaję żadnej władzy. Mam absurdalne, pokręcone poglądy na życie. Niełatwo mi z tym. Uważam, że człowiek jest prawdziwy tylko wtedy, kiedy może zrezygnować z czegoś wielkiego na rzecz czegoś mniejszego, ale ważniejszego i bardziej potrzebnego”.
Nie wiadomo, jak umarł. Miał 29 lat.

Poeta o wilczym wieku

Dziś nie tylko pierwszy dzień kalendarzowej wiosny, ale także Światowy Dzień Poezji.
Mało o niej piszę, choć pisząc o Rosji, ciągle się o nią, chcąc nie chcąc, zahacza. W Rosji często cytuje się fragment wiersza Jewgienija Jewtuszenki „Poeta w Rosji to więcej niż poeta”. Coś w tym jest.
Inspiracją do tego, by zahaczyć o ten temat, był wiersz zmarłego niedawno dziennikarza i poety Michaiła Polaczka. Wiersz zacytowany we fragmencie na wystawie w Fabryce Trzciny na warszawskiej Pradze „Wielki terror 1937-1938”. Tomasz Kizny przedstawił na niej sugestywny i głęboko zapadający portret ludzi zamordowanych w latach masowych stalinowskich represji. Na czarnej ścianie wiszą jedna przy drugiej fotografie skazanych na śmierć wykonywane rutynowo przez oprawców przed egzekucją. Pod fotografiami krótkie wzmianki: imię otczestwo nazwisko, data aresztowania, skazania, rozstrzelania. I powód: „agitacja antysowiecka”, „agitacja trockistowska”, „rozpowszechnianie złośliwych plotek”, „działalność szpiegowską”, „odwiedzenie ambasady polskiej”. Nie stawali przed obliczem sądu, a tylko przed tak zwaną trójką, która taśmowo sankcjonowała wydane już przez organy bezpieczeństwa wyroki.
Na fotografiach twarze chłopów, robotników, inżynierów, duchownych, sanitariuszy. Mężczyzn i kobiet. Mają w oczach ból, zdziwienie, najczęściej jednak rezygnację. Nie bunt, nie nienawiść. I może raczej wyniosłą godność niż pogardę dla katów. Niezwykły ten portret – zbiorowy i indywidualny zarazem. Bo oto możemy zajrzeć w gasnące oczy ofiar, poznać ich imiona i nazwiska. Kiedy przekłada się bezduszne liczby ogólnych statystyk, przerażających przecież, na poszczególne ludzkie losy, poszczególne okaleczone żywoty, to dopiero przemawia, to dopiero uświadamia, jak straszna była ta machina gruchocząca miliony. I jeszcze raz powraca pytanie: jak to było możliwe?
Michaił Polaczek był synem rozstrzelanego w 1938 roku naukowca Lwa Polaczka. Gdy ojca zabierano z domu, miał dwa lata.
„Nie wiem, co powiedzieć,
Przecież ja tam nie byłem,
Rozminąłem się
Z wilczym wiekiem*.
Czy ja bym umiał pod kołymskim
Niebem wyżyć i dalej być człowiekiem?

Nie. Nie byłem.
Nie miałem wyroku.
Nie zdradzałem.
Nie pisałem donosów.
Nie wiem, do czego
Bym się przyznał
W czasie zwykłego przesłuchania,
Gdybym się wtedy
Na Łubiance znalazł.

Rozminąłem się
Z wilczym wiekiem.
Nie ma w tym mojej winy ni zasługi,
Że w tamtych czasach nie tak dawnych
Rąk nie splamiłem
Krwią niewinnych
Lub nie zginąłem
W niełasce i bez śladu”.

Nie wiem, kto jest autorem polskiego tłumaczenia, na wystawie nie ma o tym informacji (a z wystawy właśnie zaczerpnęłam ten fragment). W wersji oryginalnej wiersz można znaleźć tu: http://www.stihi.ru/2008/07/07/1773
Inne wiersze Polaczka: http://www.stihi.ru/avtor/mihpol

* wyrażenie zapożyczone od Osipa Mandelsztama

Śmierć bez znamion przestępstwa

Rosyjski Komitet Śledczy lakonicznie jak nigdy podał dziś do publicznej wiadomości, że umorzono śledztwo w sprawie śmierci Siergieja Magnitskiego z braku znamion przestępstwa.
„Brak danych o popełnieniu przestępstwa wobec Siergieja Magnitskiego. Magnitski był przetrzymywany w takich samych warunkach jak pozostali aresztanci i nie był obiektem przemocy. Śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych” – napisano w suchym komunikacie. Wcześniej uniewinniono jedyną osobę postawioną przed sądem za zaniedbania, które doprowadziły do śmierci Magnitskiego w areszcie śledczym (nieudzielenie pomocy ciężko choremu aresztowanemu). Natomiast w twerskim sądzie rejonowym miasta Moskwy toczy się proces przeciwko… Siergiejowi Magnitskiemu. Zmarłemu zarzuca się oszustwa podatkowe. Rozprawy już dwukrotnie odkładano (kolejna wyznaczona jest na 22 marca).
Wygnany swego czasu z Rosji i od tamtej pory ostro krytykujący Kreml William Browder, szef Hermitage Capital (Magnitski pracował dla tej firmy jako audytor), wskazał w dzisiejszym wywiadzie dla Radia Swoboda na inspirację takiego rozwiązania: „Kiedy 20 grudnia Władimira Putina [podczas konferencji prasowej] ośmiokrotnie spytano o sprawę Magnitskiego, stwierdził on jednoznacznie, że jego zdaniem, Magnitski zmarł śmiercią naturalną. I cały aparat państwowy przyjął to stwierdzenie jako wskazówkę, jak działać […] Faktycznie cała rosyjska władza stara się ukryć zabójstwo”. Kilka dni temu dwa popularne kanały rosyjskiej telewizji pokazały obszerne materiały o tym, że Browder przed laty założył w Kałmucji (republika wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej) firmy, które zatrudniały inwalidów. Inwalidzi, jak twierdzili autorzy materiału, mającego skompromitować Browdera, byli figurantami, tak naprawdę nie pracowali, a firmy cieszyły się przywilejami i ulgami. (Według rosyjskich komentatorów, schemat ten wykorzystuje masowo rosyjski biznes, ale o tym nie było w materiale telewizyjnym ani słowa). MSW Rosji ujawniło też, że Browder wykorzystywał [w czasie gdy działał w Rosji 10-12 lat temu] nieformalne schematy, aby skupować akcje Gazpromu. Zdaniem rosyjskich śledczych, działalność Browdera spowodowała straty [dla Rosji] w wysokości 2 mld rubli. Co ciekawe, w 2002 r. Dmitrij Miedwiediew, dziś premier, a wtedy szef zarządu Gazpromu, mówił w wywiadach dla zachodniej prasy, że chociaż te schematy są szare, to nikt nie zamierza nikogo za nie ścigać, gdyż powstały one z wykorzystaniem luk w rosyjskim prawie. Ale już podczas tegorocznego pobytu w Davos na ekonomicznym szczycie premier Miedwiediew pozwolił sobie podobno na wisielczy dowcip na ten temat w rozmowie z dziennikarzami: „Szkoda, że Siergiej Magnitski umarł, a Browder żyje i cieszy się wolnością”.
Ale wróćmy do samego Magnitskiego. Magnitski to symbol. Zmarł w 2009 r. w moskiewskim areszcie Butyrki po rocznym pobycie doprowadzony do skrajnego wyczerpania, pozbawiony pomocy medycznej (według rodziny i obrońców praw człowieka przyczyną śmierci było pobicie Magnitskiego przez ośmiu funkcjonariuszy gumowymi pałkami w areszcie Matrosskaja Tiszyna, dokąd był przewieziony na badania). Został aresztowany w 2008 r. po tym, jak wpadł na trop ogromnej afery z udziałem średniego i wysokiego szczebla urzędników rosyjskich, czerpiących zyski z nieuzasadnionego zwrotu podatku VAT. Tych, których grzeszki wyciągnął na światło dzienne, aresztowani nie zostali. A Magnitskiemu zarzucano oszustwa podatkowe. Nie ugiął się, nie wycofał z zarzutów wobec uczestników przewału. Jego nazwisko znalazło się w nazwie amerykańskiej ustawy, ograniczającej osobom zamieszanym w sprawę Magnitskiego prawo pobytu w USA i dostęp do aktywów. „Akt Magnitskiego” wprawił rosyjską elitę polityczną w furię, Moskwa jak lew nadal broni okradających budżet oszustów, których złapał za rękę Magnitski; co więcej – uznała „akt Magnitskiego” za obrazę majestatu państwa rosyjskiego i podjęła kroki odwetowe, przyjmując mocno nieadekwatną „ustawę Dimy Jakowlewa” (zakaz adopcji rosyjskich dzieci przez Amerykanów).
Magnitski to bohater Kafki: przeciwstawia się złodziejskiemu układowi, który swoimi mackami oplata wszystko i wszystkich, i ginie tymi mackami uduszony. Teraz układ używa dostępnych narzędzi, aby się wybielić, a Magnitskiego oczernić i pognębić. Choćby i po śmierci. Tym bardziej że sprawa Magnitskiego rezonuje w sferach politycznych – i w kraju, i za granicą.
Pisarz Dmitrij Bykow, jeden z liderów ruchu białej wstążki, powiedział dziś w audycji rozgłośni Echo Moskwy: „Dla mnie od samego początku było jasne, że Siergiej Magnitski okaże się nie tylko pośmiertnie winny, ale też, że zmarł sam z siebie śmiercią naturalną z własnej winy i na skutek nieostrożności. Do aresztu też dał się wsadzić z własnej nieprzymuszonej nieostrożności. A przecież nie ulega wątpliwości, że wobec niego zastosowano faktycznie karę śmierci – Magnitskiemu nie udzielono pomocy lekarskiej. […] Magnitski stał się tym bastionem, poza który nie chce już się bardziej wycofywać rosyjska władza. Dla niej Magnitski jest symbolem [„ani kroku wstecz”, żadnych ustępstw wobec Zachodu]. Fantastycznie, że dla świata Magnitski też stał się symbolem, tyle że innych rzeczy: symbol walki o swój honor, symbol śmierci w kraju, gdzie rządzi bezprawie”.
To jeszcze nie koniec sądowej epopei związanej z Browderem i Magnitskim. Były śledczy rosyjskiego MSW Paweł Karpow, którego nazwisko figuruje na amerykańskiej „liście Magnitskiego”, złożył w londyńskim sądzie pozew przeciwko Browderowi, zarzucając mu oszczerstwo. Karpow chce dowieść, że nie miał nic wspólnego ze złodziejskim schematem ujawnionym przez Magnitskiego i że Hermitage Capital oczernia jego dobre imię. Sąd jeszcze nie podjął decyzji, czy będzie rozpatrywać pozew Karpowa.
Matka Siergieja Magnitskiego, Natalia, skierowała natomiast pozew do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, wskazując, że rosyjski wymiar sprawiedliwości, prowadząc sprawę jej syna, naruszył co najmniej pięć punktów europejskiej konwencji praw człowieka.

Dobre nadzieje

Rosyjska Cerkiew Prawosławna liczy na dobry rozwój stosunków pomiędzy prawosławnymi i katolikami w czasie pontyfikatu nowego papieża Franciszka. Podstawą współpracy jest sfera społeczna i nie dotyczy ona spraw teologii – powiedział dziś szef dyplomacji Patriarchatu Moskiewskiego metropolita Hilarion (Grigorij Ałfiejew). Podkreślił, że wspomaganie biednych i obrona prześladowanych jest obecnie priorytetem dla Kościołów chrześcijańskich. Hilarion będzie przewodniczył delegacji Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej podczas mszy inaugurującej pontyfikat papieża Franciszka.
Do wypowiedzi metropolity Hilariona jeszcze wrócę.
Nadzieję na rozwój dialogu katolików i muzułmanów oraz współpracę z nowym papieżem w walce z ułomnościami społeczeństwa wyraził naczelny mufti Rosji Rawil Gajnutdin w rozmowie z przewodniczącym Katolickiej Konferencji Episkopatu Rosji, arcybiskupem Paolo Pezzim. Sekretarz Konferencji Igor Kowalewski wyraził z kolei nadzieję, że stosunki prawosławno-katolickie, które dziś „są stabilne, będą się rozwijać. Papież Franciszek zna wschodnie odgałęzienie chrześcijaństwa, zna bizantyjską tradycję chrześcijańską”.
Nawet rosyjscy zielonoświątkowcy zadeklarowali chęć współpracy z nowym papieżem w dziele walki z propagandą homoseksualizmu i aborcjami. Głowa tego Kościoła w Rosji, biskup Siergiej Riachowski wyraził radość z tego powodu, że nowy Ojciec Święty jest konserwatystą i zapewnił, że rosyjscy zielonoświątkowcy są gotowi połączyć z Kościołem rzymskokatolickim wysiłki na rzecz walki z dyskryminacją chrześcijaństwa pod sztandarami liberalizmu. W Rosji jest około miliona wyznawców tego odłamu protestantyzmu.
Prezydent Putin w depeszy skierowanej na ręce nowego papieża stwierdził, że „konstruktywna współpraca Rosji i Watykanu nadal będzie się pomyślnie rozwijać na gruncie łączących nas chrześcijańskich wartości”. Rosyjscy senatorowie oczekują, że za pontyfikatu Franciszka nastąpi zbliżenie pozycji pomiędzy Watykanem a Rosyjską Cerkwią Prawosławną. Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka w telegramie gratulacyjnym nie tylko wyraził nadzieję na utrwalenie dobrych stosunków pomiędzy Białorusią i Stolicą Apostolską, ale także zapewnił: „Będziemy radzi powitać Waszą Świątobliwość na gościnnej białoruskiej ziemi, gdzie stosunki pomiędzy prawosławnymi i katolikami przepojone są duchem wzajemnego zrozumienia i współpracy”. Kardynał Lubomyr Huzar, były zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego nie wykluczył, że Franciszek może odwiedzić również Ukrainę. Agencja Interfax-Ukraina przypomniała, że nowo wybrany papież był wychowankiem ukraińskiego duchownego, salezjanina ojca Stefana Czmila.
Jednym słowem – wszyscy mają nadzieję, że będzie dobrze. W każdym razie lepiej.
Ojciec Andriej Kurajew z Moskiewskiej Akademii Duchownej zauważył: „Dla Polaka Wojtyły i Niemca Ratzingera temat stosunków z Rosją był ważny z powodów osobistych. Priorytety ich następcy mogą okazać się inne: problemy społeczne Ameryka Łacińskiej i Afryki, spadek liczby wiernych w Europie, walka ze skutkami skandali z udziałem duchowieństwa”. W podobnym duchu wybór kardynała z Argentyny komentował dziennikarz „Kommiersanta” Konstantin Eggert: „Rosja jest daleka od zainteresowań nowego papieża. Franciszek będzie się zajmował misjonarstwem w krajach Trzeciego Świata. Stosunki z Moskwą nie będą dla niego bardzo ważne. A to akurat może pomóc w zbliżeniu obu Kościołów i sprzyjać spotkaniu głowy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i Kościoła rzymskokatolickiego. Negatywnych aspektów się nie spodziewam, a czy będą aspekty pozytywne – zobaczymy”. Większość komentarzy, niezbyt zresztą obszernych, rosyjskich mediów jest przychylna nowemu Ojcu Świętemu. Podkreśla się jego skupienie na sprawach ludzi prostych, rosyjscy komentatorzy z zainteresowaniem podchodzą do wyboru imienia, wskazując, że inspiracją mógł być nie tylko św. Franciszek z Asyżu, ale św. Franciszek Ksawery, misjonarz.
Powróćmy do briefingu Hilariona. Po zacytowanych przeze mnie słowach nadziei na dobrą współpracę Patriarchatu Moskiewskiego z Watykanem metropolita przypomniał o sprawach trudnych. „Spotkanie [patriarchy Cyryla i papieża Franciszka] jest możliwe, ale czas i miejsce będą przede wszystkim zależały od tego, czy zdołamy pokonać konflikty, które miały miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. [Te konflikty] odrzuciły nas daleko wstecz w dialogu prawosławno-katolickim”.
Przyczyn ochłodzenia na linii Moskwa-Watykan było kilka. Patriarchat Moskiewski zarzucał Kościołowi katolickiemu prozelityzm. Wobec ukraińskich grekokatolików wysuwał oskarżenie o przejęcie parafii na Ukrainie Zachodniej, które na mocy decyzji władzy radzieckiej przeszły po II wojnie światowej pod jurysdykcję Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Każda próba Watykanu, szczególnie w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, rozwinięcia działalności na obszarze uznawanym przez Patriarchat Moskiewski za terytorium kanoniczne, było traktowane przez patriarchę Aleksego II jak atak na prawosławie. Nerwowo reagowano na papieską pielgrzymkę na Ukrainę, do Gruzji, a nawet do Kazachstanu. Katolicyzm nie znalazł się wśród wymienionych w rosyjskiej ustawie o religii tradycyjnych wyznań w Federacji Rosyjskiej (status ten zyskały prawosławie, buddyzm, judaizm i islam; według przeprowadzonego w listopadzie 2012 przez Centrum Lewady w Rosji 1 procent ludności zadeklarował wyznanie rzymskokatolickie).
Za pontyfikatu Benedykta XVI stosunki Watykan-Patriarchat Moskiewski nadal były chłodne, przełomu nie było, wyciszono natomiast wyraźnie ostrą retorykę. I to już był wielki sukces. Po śmierci Aleksego II patriarchą został Cyryl, duchowny mający opinię prozachodniego (w czasie, gdy był szefem wydziału ds. stosunków z zagranicą Patriarchatu Moskiewskiego, brał udział w spotkaniach duchowieństwa Kościołów chrześcijańskich, jeździł do Watykanu). Konserwatywne skrzydło rosyjskiej Cerkwi obawiało się nawet po jego wyborze, że pójdzie on na daleko idące ustępstwa wobec Stolicy Apostolskiej. Nadal jednak, jak widać, w stosunkach z papiestwem panuje rezerwa i wstrzemięźliwość. Patriarcha Cyryl nie wybiera się do Watykanu na mszę inaugurującą pontyfikat Franciszka – szefem delegacji ma być Hilarion. Hilarion też ma opinię człowieka o poglądach prozachodnich, studiował w Wielkiej Brytanii, a potem niósł posługę w Austrii. W filmie „Dyrygent” Pawła Łungina wykorzystana została muzyka skomponowana przez metropolitę Hilariona. Jego „Pasja” jest ciekawą syntezą tradycji muzycznych Kościoła zachodniego i prawosławia.
Podczas dzisiejszego briefingu Hilarion bardzo zdecydowanym tonem mówił o jednym z głównych problemów w stosunkach z Kościołem rzymskokatolickim: Rosyjska Cerkiew Prawosławna negatywnie odnosi się do uniatów (grekokatolików). „To załgany sposób wciągania prawosławnych do Kościoła rzymskiego”. Hilarion wskazał też na trudne momenty dialogu teologicznego: „kiedy zaczęliśmy omawiać kwestię prymatu biskupa Rzymu, stwierdziliśmy, że jest bardzo wiele różnic w rozumieniu służenia pierwszemu biskupowi Kościoła powszechnego nie tylko pomiędzy prawosławnymi i katolikami, ale i w łonie Kościołów prawosławnych”. Wyraził przy tym nadzieję, że ten dialog, który trwa od z górą trzydziestu lat, będzie trwał nadal. Pozostańmy przy tej nadziei.

53,8 procent społeczeństwa

Kobiety w Rosji są w liczebnej przewadze: jest ich 76,8 mln, czyli 53,8 procent. Zwykle z okazji fetowanego tulipanami i zakrapianymi biesiadami Międzynarodowego Dnia Kobiet media zaglądają do statystyk, na które zwykle nie zwraca się uwagi.
Portal Publicpost przygotował zestawienie: 35 mln kobiet w Rosji pracuje, 2 mln to urzędniczki w organach władzy różnych szczebli, 11 tys. służy w armii, 4300 ma stopień oficerski, 26 – generalski, 15 uhonorowano tytułem Bohatera Rosji; 57,2 tys. odbywa karę pozbawienia wolności, w tym 10,6 tys. – za zabójstwo. Wśród dwustu rosyjskich miliarderów umieszczonych na liście „Forbesa” jest tylko jedna kobieta – Jelena Baturina (86. miejsce, majątek 1,1 mld dolarów), na „liście Magnitskiego” figurują 22 kobiety. 20 procent Rosjanek chciałoby wyjść za mąż za Putina, 34 procent deklaruje, że denerwują je geje i lesbijki, 50 procent kobiet zawierających pierwszy związek małżeński jest w ciąży. 30 procent pali papierosy, kobiety stanowią 38 procent chronicznych alkoholików. Spośród dokonanych w 2011 roku 40-50 tysięcy gwałtów na policję zgłoszono zaledwie 8 procent. 41 procent przyznaje, że mąż przynajmniej raz je pobił, 26 procent regularnie jest bite. Rosjanki zużywają 408 ton szminek rocznie. Poczucie szczęścia w życiu deklaruje 16 proc. Dwa procent uważa, że 8 marca nie jest świętem.
Tygodnik „Ogoniok”, rozgłośnia radiowa Echo Moskwy, agencje RIA Nowosti i Interfax w okolicach 8 marca od kilku lat sporządzają ranking najbardziej wpływowych kobiet Rosji. Ranking powstaje na podstawie opinii 43 ekspertów – przedstawicieli świata polityki, biznesu i mediów.
Podobnie jak w zeszłym roku na szczycie znalazła się Walentina Matwijenko – przewodnicząca Rady Federacji, izby wyższej rosyjskiego parlamentu, wcześniej gubernator Petersburga, wicepremier, ambasador. Czy rzeczywiście jest wpływowa? Rada Federacji jest ciałem dekoracyjnym, nie ma wpływu na Realpolitik. Formalnie Matwijenko jest czwartą osobą w państwie. Na drugiej pozycji umieszczono nazwisko Olgi Gołodiec, wicepremier; wcześniej pracowała w moskiewskiej dumie miejskiej. Czy to wpływowa osoba? Trudno powiedzieć – zapewne znalazła się tak wysoko w rankingu, bo nie ma w rosyjskich władzach kobiet, zajmujących wyższe stanowiska. Na trzecim miejscu uplasowała się Natalia Timakowa, rzeczniczka premiera Miedwiediewa, dziennikarka, sprawnie wykonująca swoją pracę. Czy ma wpływ na premiera? Nic o tym nie świadczy. Warto odnotować wysoką pozycję Ałły Pugaczowej, która – choć zakończyła już oficjalnie karierę artystyczną – na pewno pozostaje bardzo znaną postacią, ciągle pokazuje się w telewizji, zabiera głos w sprawach show-biznesu, zaangażowała się też trochę w politykę – ukochała Michaiła Prochorowa. Zdaniem jurorów, w stosunku do zeszłorocznego notowania spadły akcje żon najważniejszych osób w państwie – Ludmiły Putinej (z trzynastego miejsca w zeszłym roku na 41. miejsce w tegorocznym rankingu) i Swietłany Miedwiediewej (ósme miejsce zamiast zeszłorocznego czwartego). Spadły też notowania generał Tatiany Anodinej (z 34. na 64.). Co ciekawe, na liście umieszczono nieobecną rok temu dziewczynę z Pussy Riot, Nadieżdę Tołokonnikową (znalazła się na 72. miejscu).
W Moskwie odbyło się dziś kilka akcji, związanych z Dniem Kobiet. Spokojnie nie było. Podczas akcji o równouprawnienie płci, zorganizowanej przez feministki i partię Jabłoko „Feminizm to wyzwolenie” zatrzymano szesnastu uczestników. Obok protestujących w obronie praw kobiet zebrała się też grupa przeciwników feminizmu. Doszło do szarpaniny. W Parku Kultury odbyła się pikieta matek i żon „więźniów 6 maja” [siedzących w więzieniach i aresztach w oczekiwaniu na procesy uczestników antyputinowskich demonstracji 6 maja 2012 roku]. Pod siedzibą służby więziennej na placu Kałuskim od rana trwają pojedyncze pikiety w obronie członkiń Pussy Riot osadzonych w koloniach karnych; zatrzymano kilka osób.
Demonstracje i pikiety to nowy element świątecznego pejzażu Moskwy w dniu 8 marca.

Roman, Aliszer i inni

„Forbes” opublikował najnowszy ranking najbogatszych ludzi świata. Listę miliarderów otwiera – już po raz czwarty z rzędu – magnat telekomunikacyjny Meksykanin Carlos Slim Helu. Jego majątek wzrósł z 69 do 73 mld dolarów.
Rosyjscy koledzy miliarderzy ulokowali się na dalszych pozycjach listy. Pierwszy wśród Rosjan, 34. miejsce na światowej liście „Forbesa”, to Aliszer Usmanow (17,6 mld dolarów). Fundamentem majątku Usmanowa są przedsiębiorstwa branży metalurgicznej, choć zdaniem wielu ekspertów rynków finansowych, ostatnie przez dwa-trzy lata wzrost dochodów zapewniły Usmanowowi odważne inwestycje w telekomunikacji, w nowe technologie czy zakup akcji Facebooka. Usmanow należy do czołówki rosyjskich krezusów od wielu lat, wie, skąd wieją polityczne wiatry, nie wchodzi w spektakularne spory, które zostawiałyby rysy na wizerunku czy zmuszały do rejterad. Kilka lat temu wykupił prawa do rosyjskich kultowych kreskówek, a potem także wystawioną na sprzedaż za granicą kolekcję dzieł sztuki Mścisława Rostropowicza, jest udziałowcem wielkiego domu wydawniczego Kommiersant. Dwa lata temu został uhonorowany medalem za pomoc niesioną narodowi Osetii Południowej. Jednym słowem – prymus.
Rosyjskie wydanie „Forbesa” odnotowuje najbardziej spektakularny skok na liście miliarderów. Giennadij Timczenko, człowiek, który włóczy po sądach tych, którzy twierdzą, że jest przyjacielem Putina i temu zawdzięcza pozycję, skoczył w górę o 37 pozycji w stosunku do zeszłorocznego notowania. Zajął 62. miejsce z majątkiem 14,1 mld dolarów. Właściciel i współwłaściciel spółek Gunvor, Novatek, Sibur, Bank Rossija, Transoil zyskał dzięki wzmocnieniu kapitalizacji swoich najważniejszych spółek (Novatek, Sibur) i sprzedaży akcji Novateku francuskiej firmie Total.
Natomiast najbardziej spektakularny spadek stał się udziałem pieszczoszka brytyjskich tabloidów, wielbiciela wielkich jachtów, boga Czukotki – Romana Abramowicza. Przez wiele lat Abramowicz uchodził za „sakiewkę Kremla”, człowieka zawiadującego szarym majątkiem rosyjskiej wierchuszki politycznej. W zeszłym roku „Forbes” umieścił nazwisko Abramowicza na 68. pozycji. W tym roku Roman Arkadjewicz musi się ukontentować miejscem poza pierwszą setką: z majątkiem 10,2 mld dolarów uplasował się na 107. miejscu.
Interesujące są niektóre przemieszczenia na dalekich miejscach rankingu. Aż o 741 pozycji awansował Arkadij Rotenberg – z majątkiem 3,3 mld zajmuje 412. miejsce. Ciekawe, czy też będzie się procesował, jak Timczenko, z dziennikarzami, którzy napiszą, że swój awans zawdzięcza bliskiej znajomości z Władimirem Putinem. Ale za to inny dobry znajomy WWP, Jurij Kowalczuk zanotował spadek o 253 pozycje i wylądował na 1268. miejscu.
I jeszcze słowo o człowieku, o którym rok temu było w Rosji głośno, a potem zrobiło się dziwnie cicho. Michaił Prochorow startował w marcowych wyborach prezydenckich. Dla wielu był nadzieją, że wybory mogą być alternatywą, a nie plebiscytem popularności Putina. Ci, którzy nie chcieli głosować na Putina czy na któregoś polityka z zestawu obowiązkowego zaakceptowanej przez Kreml tak zwanej opozycji systemowej, głosowali na Prochorowa. Choć nie brakowało ekspertów, którzy głośno twierdzili, że Prochorow jest projektem Kremla na wypadek, gdyby noga powinęła się głównemu kandydatowi. Wybory odbywały się przecież w atmosferze protestów społecznych i podważania legitymacji władzy, opartej na nieczystych grach i fałszerstwach. Po wyborach Michaił Prochorow zwinął żagiel i zniknął ze sceny politycznej, nominalnie pozostając liderem partii politycznej Platforma Obywatelska. Nadzieje głosującego nań elektoratu pozostały gdzieś zakurzone w kącie. Amerykańskie wydanie „Forbesa” mocno podbiło Prochorowowi bębenka: choć uplasował się dopiero na 69. miejscu, a jego majątek stopniał w stosunku do zeszłorocznego notowania o 200 mln, to właśnie jego twarz zdobi okładkę. Powodem tego wyróżnienia jest zapewne to, że Prochorow nabył w 2009 roku 80% klubu Nets, wsparł go milionami, podlał też odpowiednio budowę Brooklyn Nets. Ma więc w USA dobrą prasę, która pisze, że z takim majątkiem może sobie pozwolić na niezależność. No, zobaczymy.

Józek Słoneczko umiera?

Od sześćdziesięciu lat Rosja zmaga się z cieniem tyrana. 5 marca 1953 roku Józef Wissarionowicz Stalin upadł na podłogę w pokoju na daczy w Kuncewie, przeleżał porażony wylewem kilka godzin i nie odzyskawszy zmysłów zmarł. Na jego pogrzebie szloch wstrząsał nie tylko najbliższą rodziną – płakały w poczuciu osierocenia tłumy ludzi, wierzących w jego boskość i wątpiących w to, czy bez niego w ogóle możliwe jest życie na ziemi, a w każdym razie w wielkim kraju, którym rządził prawie trzydzieści lat.
Następcy nie wiedzieli, czy naśladować, kontynuować, czy potępiać, odwracać, wygładzać. Wszystkiego było więc po trochu: i odchodzenie od kultu jednostki, i przemilczanie istnienia Stalina, i ostrożne rehabilitowanie jego ofiar, otwarte mówienie o zbrodniach, potępianie ich i wreszcie obserwowane w ostatnich latach niejednoznaczne kontredanse: to potępianie zbrodni stworzonego przezeń systemu, to docenianie osiągnięć „zdolnego menedżera”, relatywizacja wyrządzonego zła i ocieplanie wizerunku potwora poprzez przypisywanie mu ludzkich cech, a także usprawiedliwianie zbrodniczych decyzji. Jazda po muldach trwa, przynosząc od czasu do czasu zaskakujące owoce. Ale na jednoznaczne rozliczenie zbrodniczego systemu i jego paranoicznego twórcy Rosja się nie zdobyła.
W sześćdziesiątą rocznicę śmierci Stalina czołowe ośrodki socjologiczne przeprowadziły badania, jak dziś Rosjanie oceniają rolę Stalina w rosyjskiej historii. Respondenci Ośrodka Lewady: „raczej pozytywnie” rolę Stalina oceniło 40 procent, „bezwarunkowo pozytywnie” – 9%; „raczej negatywnie” – 22%, „bezwarunkowo negatywnie” – 10%.
W badaniu ośrodka WCIOM 36% badanych przyznało, że pozytywnie odnosi się do Stalina, w tym „z szacunkiem” – 27%, „z zachwytem” – 3%, „z sympatią” – 6%. Druga strona: 14% – „z rozdrażnieniem”, 5% przyznało, że odczuwa strach przez krwawym tyranem, 6% zadeklarowało „nienawiść i wstręt”, łącznie 25%. Aż 30% odpowiedziało, że odnosi się do Stalina obojętnie. A 8% nie potrafiło udzielić odpowiedzi. 45% pytanych orzekło, że Stalin uczynił dla kraju mniej więcej tyle samo złego, co dobrego.
Ciekawy komentarz wygłosił szef WCIOM Walerij Fiodorow: „Stalin stał się [w powszechnym odbiorze] lokatorem panteonu walki i sprzeciwu. Coś jak Che Guevara. Czcić Stalina oznacza dziś trochę być partyzantem, płynąć pod prąd, kontestować. Z realną postacią historyczną nie ma to nic wspólnego”. Zdaniem Aleksieja Makarkina z Centrum Technologii Politycznych: „U nas podejście do Stalina jest zróżnicowane. Są liberałowie, dla których Stalin jest masowym zabójcą. Są ludzie, którym Stalin jest obojętny. To są głównie zwolennicy władz, którzy jednak również obojętnie odnoszą się do polityki. A są ludzie, którzy częściowo wpisują się w konserwatywną falę, dla nich Stalin jest symbolem nieskorumpowanej, efektywnej, choć i okrutnej władzy. W latach siedemdziesiątych kierowcy tirów wieszali sobie za przednią szybą portrety Stalina – to był wyraz protestu przeciwko korupcji epoki Breżniewa. Teraz ta grupa pod hasłem „Stalina na was nie ma” w swoich sympatiach przechyliła się na stronę władzy, przeciwko propagandzie gejowskiej i Pussy Riot, bezczeszczących świątynię. To dla władzy pewne wyzwanie: skoro ludzie oczekują od władz walki z korupcją, to korupcję trzeba zwalczać”.
Na ryzyko związane z lansowaniem przez władzę wersji „Stalin light” wskazuje inny moskiewski politolog, Jewgienij Minczenko: „Kiedy w propagandzie państwowej stosunek dobrego i złego w stalinizmie ocenia się jak 80 do 20%, to jest to zielone światło dla powrotu stalinowskich praktyk, między innymi sądzenia i skazywania bez sądu”.
Cień wąsatego górala nadal nie pozwala czuć pod stopami ziemi.

Krucjata dziecięca

Emocje związane z wprowadzeniem przez Dumę Państwową „ustawy Dimy Jakowlewa”, zabraniającej adopcji rosyjskich sierot przez Amerykanów, buszują w rosyjskiej przestrzeni publicznej od kilku tygodni. Histeryczne reakcje w Rosji wzbudziła ostatnio sprawa śmierci trzyletniego Maksima Kuzmina, który wychowywał się wraz z bratem Kiriłłem w Teksasie. Rosyjski rzecznik praw dziecka Paweł Astachow, zanim ktokolwiek zdołał cokolwiek ustalić i wyjaśnić, oskarżył amerykańskich rodziców o umyślne spowodowanie śmierci Maksima. Na jakiej podstawie? Nie bardzo wiadomo, ale ostra reakcja Astachowa zrobiła swoje: w oficjalnych rosyjskich mediach rozbrzmiał chór głosów domagających się wprowadzenia pełnego zakazu zagranicznych adopcji oraz zawrócenia do Rosji wszystkich sierot adoptowanych przez Amerykanów.
Los dzieci znowu stał się towarem w politycznej przepychance. Po stronie rosyjskiej trwa formułowanie oskarżeń pod adresem strony amerykańskiej. „Paroksyzmy nienawiści do amerykańskich rodziców zastępczych skręcają rosyjskich urzędników i prawodawców. Śmierć rosyjskiego dziecka w Teksasie to [w ich ujęciu] nie straszny wypadek, a kolejne zabójstwo. Powstaje wrażenie, że Amerykanie realizują jakiś złowróżbny plan, że ustawiają się w kolejce, by zamordować kolejne rosyjskie dziecko” – pisze Władimir Abarinow w „Graniach”. Podsycanie nienawiści do „Amierikosów-Pindosów” stanowi dziś ważny element rozbujanego rosyjskiego pejzażu. Trafia na podatny grunt: nic tak skutecznie nie organizuje zgodności opinii publicznej, jak dobrze znany wspólny wróg zewnętrzny.
Na wczorajszej specjalnej konferencji prasowej przedstawiciele miejscowych władz i prokurator okręgowy ze stanu Teksas oświadczyli, że Maksim Kuzmin zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku. Czy Paweł Astachow wycofa wobec tego swoje oskarżenia, przeprosi za pospieszne, nieuzasadnione oskarżenia? Nie zanosi się na to: zapowiedział, że rosyjskie władze powinny zażądać od strony amerykańskiej pełnej dokumentacji związanej ze sprawą. Wcześniej 28 lutego oświadczył, że nie ma zamiaru podawać się do dymisji, bowiem dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, a jego dymisji domagają się pedofile, bo on z nimi skutecznie walczy.
Paweł Astachow faktycznie walczy. Ostro i nie licząc się z niczym. Udzielił np. zdecydowanego wsparcia biologicznej matce chłopców, adoptowanych przez rodzinę w Teksasie. Julia Kuzmina została pozbawiona praw rodzicielskich z powodu notorycznego zaniedbywania dzieci i pijaństwa. Paweł Astachow odnalazł ją zagubioną gdzieś w obwodzie pskowskim, umył, uczesał, przyodział i zaprosił do studia telewizyjnego. W godzinach największej oglądalności rosyjscy widzowie programu pierwszego mogli obejrzeć przykładną, pełną skruchy matkę, przysięgającą, że rzuciła alkohol, ma pracę i będzie się opiekować młodszym synem, którego chce ściągnąć z Teksasu, „póki go tam nie zabili”. Łzy wzruszenia ciekły po policzkach publiczności zgromadzonej w studio i przed telewizorami. Niestety wola poprawy opuściła biedną kobietę już w drodze powrotnej do domu: Julia Kuzmina z towarzyszem upiła się do nieprzytomności i urządziła w pociągu pobojowisko. O tym widzowie pierwszego programu już się jednak nie dowiedzieli, bo to nie pasuje do pozytywnego obrazka matki, która chce zacząć nowe życie i opiekować się utraconym synkiem. Straszna historia.
Straszna we wszystkich aspektach. Dzieci z patologicznej rodziny (Julia Kuzmina pije od trzynastego roku życia, jej partner właśnie wyszedł z więzienia za gwałt i podpalenie staruszki) nie znajdują rodziny zastępczej w Rosji, w zeszłym roku trafiają do USA. W Rosji z pośrednictwa adopcyjnego utrzymuje się wiele agencji. Jak wynika z publikacji prasowych, wiele z nich nagina przepisy, wymusza dodatkowe opłaty, wiele bierze udział w korupcyjnym procederze. Czy dzieci są temu winne? Na pewno nie. Dzieci chcą mieć rodzinę i tyle. Jeśli to rodzina w Ameryce, to niech będzie w Ameryce. Urzędnicy zajmujący się adopcjami podkreślali, że rosyjskie rodziny nie chcą adoptować niepełnosprawnych dzieci. A Amerykanie adoptowali. Czy los dzieci poprawi się z powodu tego szumu, podnoszonego w mediach, z powodu odgórnych zmian w przepisach?
„Ustawa Dimy Jakowlewa” miała być symetryczną odpowiedzią państwa rosyjskiego na „akt Magnitskiego” (zakaz wjazdu do USA dla osób związanych ze śmiercią w areszcie śledczym audytora Siergieja Magnitskiego). Czy faktycznie się stała? Gdyby rosyjskie rodziny adoptowały amerykańskie sieroty, to można by mówić o porównaniu sytuacji, symetrycznej odpowiedzi itd. Ustawa miała pokazać moralną wyższość rosyjskiego prawodawstwa nad amerykańską hipokryzją. Czy pokazała? No, nie wiem. Pokazała i nadal pokazuje raczej patologie systemu. Pisarz Michaił Weller powiedział w rozgłośni Echo Moskwy: „O cierpieniach sierot w USA Duma zaczęła krzyczeć dopiero wtedy, kiedy [Amerykanie] przyjęli akt Magnitskiego. Publiczne opłakiwanie aktu Magnitskiego byłoby nieprzyzwoite, należało zatem znaleźć jakiś dobry powód, by szlochać i krzyczeć ze złości. I znaleziono powód – los adoptowanych przez Amerykanów dzieci. Los sierot w Rosji jest o wiele bardziej nieszczęsny. Takich tragedii w Rosji jest o wiele więcej”. A obrońca praw człowieka, członek prezydenckiej Izby Społecznej Borys Altszuler dodaje: „W 2012 roku przybyło w Rosji 83 tys. sierot. To bardzo dużo, 250 dziennie. Ile z tych dzieci trafi do rodzin krewnych? Dziesięć procent. Tylko dziesięć procent. To statystyczne zero. To znaczy, że w Rosji nikt się nie zajmuje pracą z rodzinami. W USA, we Francji do rodzin krewnych z domów dziecka powraca 70 procent dzieci”.
Ale w poszukiwaniu argumentów na rzecz „ustawy Dimy Jakowlewa” takie dane się nie przydają, więc się o nich głośno nie mówi. Szerokiej publiczności powtarza się: „Nie damy skrzywdzić naszych dzieci. Odbierzemy nasze dzieci i zawrócimy je do Rosji. Już nigdy żadne rosyjskie dziecko nie zginie na obczyźnie”. I to zyskuje poklask. Nikt nie pyta, jak ta demagogia ma się do życia.