Elita polityczna i społeczeństwo muszą zdecydować, jakie ma być państwo, które chcą budować. Bez tego niemożliwe będzie opracowanie scenariuszy rozwoju kraju – tak w przeddzień obrad międzynarodowego klubu ekspertów Wałdaj mówił jeden z jego założycieli, członek Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Siergiej Karaganow. Klub wałdajski od lat spotyka się z przedstawicielami najwyższych władz partyjnych i państwowych, by pospołu wskazywać drogę ku świetlanej przyszłości. W duchu oświeconego miękkiego autorytaryzmu, nazywanego przez nich samych liberalizmem.
Karaganow w wywiadzie dla „Kommiersanta” mówił ciekawe rzeczy podające w wątpliwość to, czy nawet w tym liberalnie nastrojonym gronie uda się wypracować jakieś sensowne koncepcje, skoro elita polityczna podzieliła się – i to nie tylko pod względem ideowym (podział na reformatorski obóz liberałów i zachowawczo-patriotyczny obóz konserwatystów), ale także wzdłuż linii podziałów regionalnych czy profesjonalnych. „Elita jest podzielona tak bardzo, że prawie osiągnęła poziom rozbicia z początków lat 90. XX wieku. Ludzie nie rozmawiają ze sobą, dlatego że albo nie myślą o przyszłości, albo chcą zostawić wszystko tak, jak jest”.
Eksperci z klubu wałdajskiego mimo wątpliwości, czy mają do kogo kierować rezultaty swoich prac, przygotowują cztery scenariusze rozwoju. Karaganow wskazuje, że „głównymi bohaterami” wszystkich scenariuszy są: ceny ropy naftowej oraz elita polityczna kraju. I trochę tę elitę straszy: jeżeli elita stwierdzi, że nie należy reformować gospodarki, to w momencie spadku cen ropy wydarzenia w Rosji będą się rozwijać według najgorszego scenariusza. Jeżeli ceny się nie zmienią, a elita zastygnie w bezczynności, to Rosja będzie „się zwijać”, a nie rozwijać. W razie wprowadzenia niezbędnych reform, sytuacja w Rosji będzie stabilna nawet, gdy ceny spadną. Jeżeli ceny się nie zmienią, a reformy zostaną wdrożone, to zdaniem Karaganowa, „Rosja ruszy z kopyta”.
Obserwując poczynania władz, trudno dostrzec zamiar dokonania szeroko zakrojonych reform, mających przynieść Rosji modernizację, otwarcie na świat i w efekcie – owo „ruszenie z kopyta”. Na scenie wewnętrznej trwa przykręcanie śruby oraz zabiegi „bloku gospodarczego” o dobrą pozycję przy dzieleniu smakowitego tortu, na scenie zewnętrznej widać symptomy odwracania się od Zachodu.
Jeden z głównych ekspertów z otoczenia Dmitrija Miedwiediewa, kiedy ten był prezydentem i głosił modernizacyjne hasła, Jewgienij Gontmacher napisał o rekonstrukcji „doktryny Putina”: „Prezydent dokonał wyboru strategii. Nie została ona zapisana na papierze – w przeciwieństwie do licznych koncepcji z lat 2000. (nie zrealizowanych), ale można ją wyczytać z tego, co się dzieje. Z dwóch wariantów: (1) integracja z Zachodem, co dawałoby choćby minimalne gwarancje podtrzymania wewnętrznej stabilności i (2) odwrócenie się do Zachodu plecami, przeorientowanie się w stosunkach gospodarczych na Chiny, a także aktywizacja procesów integracyjnych na obszarze postsowieckim, prezydent wybrał drugi wariant. […] Dla dokonania wyboru na scenie wewnętrznej na rzecz konserwatyzmu miało znaczenie to, że doszło do masowych protestów [wokół wyborów]. Okazało się, że społeczeństwo, otrzymawszy w poprzednich sytych latach obfitej renty naftowej wzrost poziomu życia, zamiast pokornej wdzięczności wobec przywódcy zażądało od niego uczciwych wyborów i szacunku dla siebie. […] Putin zamiast pójść na spotkanie tych 15-20% niezadowolonych aktywnych Rosjan, wolał oprzeć się na konserwatywnych, a wręcz fundamentalistycznych warstwach”. W przeciwieństwie do Karaganowa, który ma nadzieję, że władze zechcą skorzystać z owoców pracy twórczej klubu wałdajskiego i kiwnąć palcem w stronę liberalnych reform, Gontmacher zdaje się powoli szykować do wywieszenia napisu „Koniec złudzeń, panowie”.
Klub wałdajski nie jest jedynym klubem eksperckim, w którym wykuwane są scenariusze dla Rosji. We wrześniu powstał klub izborski zrzeszający ekspertów o poglądach konserwatywno-patriotycznych. Również oni zamierzają opracować swój raport analityczny i przekazać go władzom. Członek klubu izborskiego znany literat, publicysta i płomienny ideolog, redaktor gazety „Zawtra”, barwny Aleksandr Prochanow jak Wernyhora rwie malowniczo włos z głowy i wieszczy: „świat i Rosja znajdują się na krawędzi kolosalnych wstrząsów. Tymczasem Rosja nie jest przygotowana do wojny – nie mamy broni, nie mamy gospodarki, w społeczeństwie nie ma świadomości obronnej”. Zdaniem Prochanowa, jeśli Rosja nie zrezygnuje z liberalizmu, to liberalizm ostatecznie wykończy rosyjską gospodarkę. Rosji niezbędny jest zatem „projekt mobilizacyjny”, którego kołem zamachowym ma być kompleks zbrojeniowy – „muszą powstać nowe zakłady przemysłowe, broń nowego typu”, a społeczeństwo musi się zjednoczyć pod tymi zbawiennymi hasłami.
Eksperci obu nurtów mają się spotkać i dyskutować. Na razie bez otwartej eksperckiej dyskusji w ramach Administracji Prezydenta powołano na mocy dekretu Władimira Putina nową strukturę – zarząd ds. projektów społecznych. Jego zadaniem ma być „umocnienie wychowania patriotycznego i duchowo-moralnych podstaw społeczeństwa rosyjskiego”. Pod światłym przewodem zarządu obywatele będą teraz kochać ojczyznę nie urzędowo, a szczerze. Zarząd powstał z osobistej inicjatywy prezydenta, który według kremlowskich gadających głów, „od dawna jest zaniepokojony upadkiem norm społecznych”. Na wrześniowej naradzie poświęconej wychowaniu patriotycznemu podkreślał, jak ważna jest praca nad świadomością społeczeństwa, „wypaczenia narodowej świadomości historycznej i moralnej niejednokrotnie doprowadziły do katastrofy całe państwa”. W celach wychowawczych mają powstać odpowiednie filmy, książki, praca odbywać się będzie w szkołach, ponadto urzędnicy kremlowskiego zarządu będą rozmawiać z przedsiębiorcami, pracującymi w Rosji. Bo to teraz patriotycznie pracować w Rosji (jak pokazuje choćby opisywany przeze mnie kilka dni temu przykład Giennadija Timczenki).
Satyryk Wiktor Szenderowicz w zjadliwym komentarzu stwierdza jednoznacznie, że cały ten projekt jest kolejnym powodem do „raspiłu babła” dla tych, którzy dorwą się do dojnej krowy budżetu zarządu. Cytuje w tym kontekście niezrównanego XIX-wiecznego pisarza Michaiła Sałtykowa-Szczedrina, który od podszewki znał rosyjskie wstydliwe bolączki i z troską satyryka piętnował je w swoich przenikliwych książkach, zawierających przytomną i dogłębną analizę stanów społecznej świadomości: Zajęli się wychowaniem patriotycznym? Najwidoczniej się nakradli.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
Genewo, żegnaj!
Jeden z najbogatszych ludzi Rosji, naftowy trader, współwłaściciel firmy Gunvor Giennadij Timczenko, od dwudziestu z górą lat mieszkający za granicą, ma zamieszkać na stałe w Rosji – wieść o tym obiegła rosyjskie media i wywołała liczne komentarze i uśmieszki. Według oficjalnie tłumaczących to zadziwiające posunięcie współpracowników Timczenki, biznesmen zamierza „rozwijać produkcję w kraju”, a to wymaga jego obecności na miejscu. „Forbes” sugeruje, że Timczenko ma zająć się w Rosji budownictwem, pod koniec 2011 roku zaczął skupywać firmy budowlane.
Znajomy Timczenki, anonimowy bankier, na którego powołuje się gazeta „Wiedomosti”, wyjawił dość osobliwy powód powrotu naftowego potentata – miał go mianowicie o to poprosić sam Władimir Putin. „Władimir Władimirowicz jest zainteresowany wzrostem rosyjskiej produkcji, dlaczego nie mieliby zaangażować środków jego majętni znajomi. Poza tym, jeżeli znajomi będą znajdować się tu, to Putin może lepiej kontrolować sytuację”. Sekretarz Putina stwierdził, że nic mu o tym nie wiadomo.
W swoim blogu były wicepremier, obecnie w ostrej kontrze wobec Kremla, Borys Niemcow (autor m.in. niedawnego raportu o luksusowych rezydencjach, autach i zegarkach prezydenta Putina) wyraża przypuszczenie, że pan Timczenko powrócił na ojczyzny łono, „ponieważ przeciwko niemu Departament Sprawiedliwości USA wszczął śledztwo, mające wyjaśnić manipulacje przy ustalaniu cen ropy”, jakich miałby się dopuszczać Timczenko (tę wersję prezentuje także gazeta „Wiedomosti” – według dociekliwych dziennikarzy przedstawiciel Gunvor odmówił komentarza w tej sprawie, a Departament Sprawiedliwości „nie potwierdził ani nie zaprzeczył”). Niemcow pilnie przygląda się poczynaniom pana Timczenki, szczególnie od momentu, kiedy przegrał z nim sprawę w sądzie. Timczenko wystąpił przeciwko Niemcowowi z pozwem o zniesławienie. Niemcow w raporcie „Putin. Korupcja” napisał, że przyjaciele Putina – m.in. Timczenko – stali się w czasie jego rządów krezusami właśnie dzięki znajomości z prezydentem. Timczenko to stwierdzenie podważył i wygrał. Odtąd dziennikarze piszący o Timczence zawsze podkreślają, że to „nie jest przyjaciel Putina”.
Niemcow przypomina zawrotną karierę biznesową Timczenki, który nie jest przyjacielem Putina: w 1999 r. wyemigrował on do Finlandii, jego skromna firma handlująca ropą na początku dla fińskiej służby podatkowej wykazuje dochód około 300 tys. euro. Firma Gunvor zaczyna się szybko i dynamicznie rozwijać na początku 2000. (Niemcow podkreśla, że zbiega się to z początkiem prezydentury Putina). Kolejne lata przynoszą kolejne krotności dochodów. W tegorocznych rankingach najbogatszych ludzi świata „Forbes” sytuuje pana Timczenkę z majątkiem 9,1 mld dolarów na 99. miejscu (w Rosji – na dwunastym). Giennadij Timczenko od 2003 r. mieszka na stałe w Genewie. Tam też płaci podatki. „Jak się domyślacie, [Timczenko] w Rosji nie płaci nic. Jego firma Gunvor zarejestrowana w Holandii, należy do cypryjskiego off shore’u. Gunvor też nie płaci podatków w Rosji, a płaci w Szwajcarii i Singapurze. Tymczasem będąc obywatelem Finlandii i płacąc podatki w Szwajcarii, [Timczenko] eksportuje ponad jedną trzecią rosyjskiej ropy” – twierdzi Niemcow. Dalej wywodzi: „Firma Novatek [w której Timczenko włada 23% akcji] omijając przepisy o monopolu na eksport gazu uzyskała ekskluzywne prawo sprzedaży gazu za granicę. Tylko nie pytajcie: a co wspólnego z tym ma Putin. Rząd Putina latem 2011 roku bez przetargu oddaje Timczence złoża gazowe na północy Jamału. Dzięki tej operacji kapitalizacja biznesu Timczenki wzrosła z 5 do 9 mld dolarów w roku 2011/2012”. Zdaniem Niemcowa powodem decyzji Timczenki o powrocie do Rosji – mogą być jego interesy, w których stosuje on ścigane na Zachodzie schematy prania brudnych pieniędzy. Może tak, może nie. Sam zainteresowany na razie nie wypowiadał się na ten temat. Może znowu zacznie ciągać Niemcowa po sądach za zniesławienie…
Kuluary wielkiego biznesu pełne są tych i innych domysłów. A z tego, co jawne, dowiedzieliśmy się na przykład, że 10 października odbyło się spotkanie Giennadija Timczenki z wszechwładnym naftowym bossem Wszechrusi Igorem Sieczinem. To ważne spotkanie. Gunvor od dawna jest partnerem biznesowym największej rosyjskiej firmy naftowej Rosnieft’ (Igor Sieczin). Ale ostatnimi czasy na gładkiej tafli współpracy pojawiły się rysy: Rosnieft’ zarejestrowała w Szwajcarii spółkę córkę Rosneft Trading (co Gunvor odczytał jako jawne wyzwanie), a latem Gunvor przegrał przetarg na handel ropą pochodzącą z rosyjskich kompanii wydobywczych (co z kolei odczytano jako świadectwo niełaski ze strony Sieczina wobec Timczenki i rzecz oznaczającą konflikt pomiędzy dwoma panami). Tak czy inaczej, wygląda na to, że już po burzy. Timczenko i Sieczin poinformowali, że obie firmy – Rosnieft’ i Gunvor – będą współpracować przy zagospodarowywaniu nowych złóż. W Rosji, oczywiście.
Mundial w Stalingradzie?
Zbliża się okrągła rocznica związana z historycznym zwycięstwem Armii Czerwonej pod Stalingradem – w lutym przyszłego roku minie 70 lat od zakończenia bitwy, która zmieniła bieg II wojny światowej. Prezydent Putin już podpisał dekret o przygotowaniach do obchodów siedemdziesięciolecia „rozgromienia przez wojska radzieckie niemiecko-faszystowskich wojsk w bitwie stalingradzkiej”. Obchody można zacząć w zasadzie już 19 listopada, jako że tego dnia w 1942 r. wojska niemieckie znalazły się w okrążeniu, którego nie zdołały przerwać i 2 lutego 1943 r. poddały się.
Po rosyjskich mediach koczuje sugestia, że dojrzewa idea przywrócenia nazwy Stalingrad miastu, które przez ostatnie pięćdziesiąt lat nazywało się – i nazywa nadal – Wołgograd. Miasto najpierw nazywało się Carycyn, w latach ZSRR przemianowano je na Stalingrad na fali wiernopoddańczych hołdów pod adresem umiłowanego przywódcy. A gdy przywódca zamknął oczy, wymyślono neutralną nazwę – miasto nad Wołgą, a więc Wołgograd. Niemniej jeżeli o tym mieście wspominano w podręcznikach historii, to wspominano je właśnie pod nazwą z okresu wojny, a więc Stalingrad.
Pisarz Nikołaj Starikow z Petersburga już kilka dni po prezydenckim dekrecie w liście otwartym do prezydenta wystąpił z prośbą, by przywrócić „miastu-bohaterowi nad Wołgą nazwę Stalingrad”. Starikow nie kryje swojej fascynacji patronem zwycięskiego miasta. Właśnie wydał książkę „Stalin. Wspominamy razem”. Organizacja o dziwnej nazwie „Związek Zawodowy Obywateli Rosji” zbiera na ulicach Petersburga podpisy pod petycją o zmianę nazwy. Podpis można złożyć również na specjalnej stronie internetowej „Za Stalingrad!” (obok ankiety, którą powinni wypełnić uczestnicy głosowania, zamieszczono wiersz autorstwa szesnastoletniego Józefa Dżugaszwili, wzruszenie, nie ma co, chwyta za gardło nawet najtwardszych czytelników).
Zdaniem Starikowa i jego współpracowników, nadanie historycznej nazwy Stalingradowi byłoby najwspanialszym podarunkiem dla narodu rosyjskiego. Ponadto pozwoli ono „przywrócić sprawiedliwość historyczną w odniesieniu do naszego narodu-wyzwoliciela”, „posłuży sprawie umocnienia pozycji Rosji na arenie zewnętrznej”, a także stanie się „sygnałem dla wszystkich, że my, współcześni, jesteśmy godni swoich przodków i nikomu nie pozwolimy pozbawić nas naszej, tak ciężko zdobytej, niepodległości”. Odpowiedzi prezydenta na list nie znamy – może jeszcze jej nie było, może jej w ogóle nie będzie.
Ale sprawa jest. Półtora roku temu Putin – jeszcze jako premier – był w Wołgogradzie, gdzie uczestniczył w zjeździe swojego Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego. Do dziś w mieście powtarzane jest z upodobaniem jedno zdanie z tego wystąpienia: „Jak mamy zwyciężać bez Stalingradu?”. Zdanie zostało wyrwane z kontekstu – Putin mówił wtedy o perspektywach uczestnictwa Wołgogradu w mistrzostwach świata w piłce nożnej, które mają odbyć się w Rosji w 2018 roku. Uroczystość przyznawania organizacji pretendującym miastom odbyła się 29 września i, faktycznie, Wołgograd znalazł się na liście rosyjskich miast, które przyjmą drużyny piłkarskie i kibiców za sześć lat. Jak w tym kontekście rozumieć słowa Władimira Putina, że bez Stalingradu nie da się wygrywać? Hm, może to znaczy, że sam prezydent by chciał, iżby powrócono do nazwy miasta, która znana jest na całym świecie w przeciwieństwie do nazwy Wołgograd, która tak opromieniona sławą nie jest.
Czy chodzi tylko o kojarzącą się ze zwycięstwem nazwę, która miałaby zagrzewać do boju piłkarzy i kibiców? Im zapewne jest wszystko jedno, jak nazywa się miasto, w którym odbywać się będą mecze. To bardzo ciekawy moment. Dwadzieścia lat temu w całej Rosji masowo przywracano historyczne nazwy miastom przemianowanym w okresie ZSRR na nazwy czczące wodzów rewolucji. Nazwy związane ze Stalinem zniknęły z map na ogół w drugiej połowie lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych na fali żegnania się z kultem jednostki (wtedy „była faza” na wytuszowanie Stalina ze świadomości). Czy teraz dojdzie do przywrócenia nazwy, której patronuje kat narodów? Władze ciągle nie mogą się zdecydować, jak się ze spuścizną Stalina ułożyć. Kilka lat temu napisałam, że dla Kremla Stalin jest jak walizka bez rączki – nieść ciężko i nieporęcznie, ale i wyrzucić szkoda. Przez okres prezydentury Miedwiediewa wznosząca się za drugiej kadencji Putina fala rehabilitacji Józefa Wissarionowicza uległa wyhamowaniu. Niemniej wypowiadane przez Miedwiediewa słowa potępienia zbrodni stalinowskich zaraz były równoważone przez inne gadające głowy wskazaniem osiągnięć okresu stalinowskiego, przypisywanych osobiście towarzyszowi Stalinowi w duchu dawnego hołdownictwa. Dzieci w szkołach uczy się z podręcznika, w którym Stalin nazywany jest „efektywnym menedżerem”. W wielu środowiskach dąży się do zrelatywizowania ogromu i znaczenia zbrodni okrutnego reżimu. A wspominany powyżej autor Nikołaj Starikow, który nie jest w swych zapędach odosobniony, towarzysza Stalina wielbi.
„Wpisanie w aktualną polityczną toponimiczną i mitologiczną przestrzeń nazwy Stalingrad miałoby być świadectwem transformacji koncepcji suwerennej demokracji w państwową doktrynę suwerennego patriotyzmu – sugeruje w dzienniku „Niezawisimaja Gazieta” Andriej Sierienko. – Nowy suwerenny patriotyzm zyska dzięki temu prostemu zabiegowi odcień globalizacji – wszakże Stalingrad jest międzynarodowym symbolem zwycięstwa nad faszyzmem, który na dodatek nie podlega dewaluacji w odróżnieniu na przykład od pomników żołnierzy radzieckich poza granicami Rosji”.
Zobaczymy, jak sprawy potoczą się dalej. W ostatnią niedzielę pod wnioskiem o zmianę nazwy Wołgogradu na Stalingrad w Petersburgu zebrano zaledwie dziewięćset podpisów.
Przymusowe lądowanie, przymusowe hamowanie
„Z przyczyn technicznych” zaplanowaną na 14-15 października wizytę prezydenta Władimira Putina w Turcji przeniesiono na listopad. A dobrze poinformowani komentatorzy zaraz dodali, że raczej na „święty nigdy”.
„Przyczyny techniczne” kolejnego przymrozku w stosunkach Rosji z zagranicą, tym razem z Turcją, to sytuacja w Syrii i wokół Syrii. Karty przy politycznym stoliku dodatkowo pomieszał nieprzyjemny incydent z cywilnym samolotem syryjskich linii lotniczych lecącym z Moskwy do Damaszku, który tureckie siły powietrzne zmusiły dwa dni temu do lądowania w Ankarze.
Samolot przestał na lotnisku osiem godzin, cywilni pasażerowie nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani nie mogli skontaktować się z rosyjskimi dyplomatami w Turcji i teraz mają o to uzasadnione pretensje. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan miał pretensje innego rodzaju: powiedział, że Rosja złamała zasady dotyczące funkcjonowania lotnictwa cywilnego, gdyż na pokładzie samolotu znajdował się sprzęt wojskowy, wyprodukowany w zakładach zbrojeniowych w Rosji: „I nie ma wątpliwości co do tego, dla kogo był ten ładunek – dla ministerstwa obrony Syrii”. Turecka prasa napisała, że w dziesięciu skrzyniach przewożonych samolotem były elementy radarów, moduły rakiet, sprzęt telekomunikacyjny.
Moskwa początkowo wyrażała zdumienie i oburzenie. Zaprzeczano, że ładunek znaleziony na pokładzie samolotu to sprzęt wojskowy, dementowano informacje, że to sprzęt rosyjski itd. Dzisiaj po naradzie z prezydentem Putinem i członkami Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził, że na pokładzie Airbusa A320 znajdował się sprzęt dla radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej. „Nie mamy tajemnic. Tam nie było broni, nie mogło jej tam być. Samolot przewoził legalny ładunek, który wysłano legalnie do legalnego odbiorcy. [Przewożony sprzęt] to aparatura podwójnego przeznaczenia, która nie jest zabroniona przez międzynarodowe konwencje. Przewożenie tego rodzaju ładunków cywilnymi samolotami jest absolutnie normalną praktyką”.
Dzisiejszy „Kommiersant” napisał, że na pokładzie samolotu było dwanaście (nawet dwanaście, nie dziesięć) skrzyń z technicznymi elementami dla stacji radiolokacyjnych wraz z dokumentacją. Teraz Federalna Służba Bezpieczeństwa szuka, gdzie nastąpił przeciek informacji na temat wrażliwej przesyłki do Syrii, czyli skąd Turcy wiedzieli, który z samolotów zmusić do lądowania. „Czy Turcja miała prawo, by zmusić samolot do lądowania na swoim terytorium? To sprawa niejasna – skomentował Fiodor Łukjanow w „Moskowskim Komsomolcu”. – Po pierwsze, [Turcy] nie mieli takiego prawa, bo to był samolot cywilny, który leciał zgodnie ze wszystkimi międzynarodowymi porozumieniami nad terytorium Turcji. Po drugie, Syria nie jest podmiotem żadnych sankcji międzynarodowych, zaaprobowanych przez Radę Bezpieczeństw NZ. Czyli nie ma bazy prawnej do powietrznej blokady Syrii. Turcja zapowiada, że dalej będzie tak postępować, ale to już sprawa polityczna. Natomiast jeżeli na pokładzie samolotu rzeczywiście znajdował się sprzęt, który był przeznaczony dla kompleksu obronnego Syrii, to już sprawa etyki – jak można wykorzystywać tego rodzaju samoloty rejsowe do przewożenia tak niebezpiecznych ładunków.[…] Był już taki przypadek, kiedy przewożono ładunek wojskowy z Rosji do Syrii drogą morską. Został zatrzymany w brytyjskich wodach terytorialnych i zawrócony”.
Tureckie władze zachowują się coraz bardziej nerwowo w związku z Syrią. Napięcie na granicy rośnie z każdym dniem. Na początku października doszło do ostrzału ze strony syryjskiej tureckiej wioski, zginęli cywile, Turcja nie pozostała dłużna i odpowiedziała ostrzałem.
Pozycja Rosji w sprawie Syrii, jej poparcie dla Baszara Asada, drażni Ankarę. „Interesy Rosji i Turcji krzyżują się w Syrii – napisał w komentarzu w „Politcom” Iwan Prieobrażenski. – I [premier Turcji] Erdogan, i Putin uważają za regionalnych liderów siebie, osobiście. Turecki lider uważa, że Syria to była turecka kolonia i znajduje się w strefie tureckich interesów, a nielojalny [wobec Ankary] reżim Asada powinien zostać wyeliminowany. Putin uważa, że Rosja jako spadkobierczyni ZSRR ma prawo do tego, by liczono się z jej interesami w Syrii. Mało tego – że ma prawo zachować strategicznych sojuszników w regionie, z których Asad jest już ostatni. Rosja gotowa jest bronić Asada, tym bardziej że i sam syryjski prezydent demonstruje gotowość i zdolność do utrzymania się u władzy”. Turcja wspiera opozycję antyprezydencką i coraz mocniej podkręca spór. Rosja opowiada się za władzą Asada i nieinterwencją z zewnątrz. A więc – przeciwstawne pozycje. Brak możliwości zbliżenia stanowisk.
Odwołanie wizyty (formalnie – jej odłożenie na później) to ważny sygnał w języku dyplomacji: „nie możemy teraz rozmawiać, bo nie podoba nam się to, co robicie, drodzy partnerzy, nasza wizyta mogłaby zostać odczytana jako wsparcie dla was i waszych poczynań, a my wam takiego wsparcia nie udzielamy i udzielić nie zamierzamy, wręcz przeciwnie”. Z drugiej strony otwarte pójście na udry z Turcją też nie jest Moskwie na rękę. Ankara pozostaje ważnym partnerem w wielu kluczowych kwestiach regionalnych, przez ostatnie lata stosunki Putin-Erdogan układały się przecież doskonale. Może będzie do czego wrócić w przyszłości.
Podejrzana jedenastka
Ci ludzie, tytułowa podejrzana jedenastka, nie mają nic wspólnego z futbolem. Amerykanie postawili w Nowym Jorku zarzut „niezgodnego z prawem eksportu” jedenastu Rosjanom. Dziś od oficjalnego przedstawiciela MSZ Rosji można było usłyszeć, że podejrzani nie mają nic wspólnego z działalnością wywiadowczą – to zwyczajny kryminał i tyle. Dyplomata po to jest dyplomatą, żeby używać okrągłych dyplomatycznych sformułowań. O co chodzi z tą kolejną rosyjską wpadką na amerykańskim gruncie?
Prokuratura Brooklynu podała do wiadomości, że dzielna jedenastka zajmowała się nielegalnym przekazywaniem nowoczesnych technologii Federacji Rosyjskiej, m.in. elementów mikroelektronicznych, chipów, mikroprocesorów, znajdujących się pod czułą opieką władz USA. Krótko mówiąc, z pominięciem wymaganych prawem procedur, Rosjanie szmuglowali na ojczyzny łono urządzenia podwójnego przeznaczenia. Takie, którymi władze USA nie zamierzają się dzielić z zagranicą. Takie, które mogą być wykorzystywane do celów cywilnych, i do celów wojskowych. Tymczasem główny podejrzany w sprawie, 46-letni obywatel USA i Rosji o swojsko brzmiącym nazwisku Alexander Fiszenko (lub Fiszczenko) – szef amerykańskiej firmy Arc Electronics działającej w Houston i zarejestrowanej w Moskwie Apex System – wraz z całym sztabem współpracowników bez wiedzy amerykańskich władz miał się dzielić amerykańskim wrażliwym sprzętem z centralą w Moskwie. Według FBI, przez kilka ostatnich lat Arc Electronics wysłała do Rosji aparaturę, części, sprzęt na łączną kwotę 50 mln dolarów. Jeżeli wina zostanie udowodniona, Fiszenko, któremu Amerykanie zarzucają m.in. to, że nie zarejestrował się w charakterze „oficjalnego agenta rządu Federacji Rosyjskiej”, może dostać wyrok nawet 55 lat więzienia. Amerykańskie media podają, że podejrzani starali się również pozyskać dane dotyczące arsenału jądrowego USA, amerykańskiej polityki wobec Iranu oraz informacje o amerykańskich kongresmanach i wysoko postawionych osobach w CIA. Jako kamuflaż służyły podane oficjalnie cele działalności firmy Arc Electronics: produkcja kutrów rybackich i ulicznej sygnalizacji świetlnej.
Historyk wywiadu Borys Wołodarski w ocenie wyczynów pana Fiszenki-Fiszczenki i spółki nie był tak dyplomatyczny jak oficjalny przedstawiciel MSZ: – Tu nie chodzi o szpiegostwo przemysłowe w czystej postaci – powiedział Wołodarski w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Mamy do czynienia z operacją wywiadowczą. Pod szpiegostwem przemysłowym rozumiemy kradzież technicznych i przemysłowych sekretów, a w danym wypadku został zorganizowany przerzut z USA do Rosji tajnego sprzętu mikroelektronicznego, produkowanego do celów wojskowych. To najprawdopodobniej operacja wywiadu wojskowego GRU, wykonywały ją bowiem struktury afiliowane z wojskiem. Siatka pracowała od dawna, obserwowana była od 2008 roku. Ich działalność przyczyniła Stanom sporych strat.
Odmiennego zdania na temat charakteru działalności pana Fiszenki-Fiszczenki jest ekspert ds. służb specjalnych Andriej Sołdatow: „Ten biznes [nielegalnego eksportu wrażliwych towarów podwójnego przeznaczenia] zawsze był karany, ale nigdy nie był uważany za prawdziwe szpiegostwo. Jeśli porównać dwie afery – tę z 2010 roku, kiedy Amerykanie złapali i wysłali rosyjskich nielegałów, i tę obecną – to widać jedno: etatowi pracownicy wywiadu, uśpieni agenci [z Anną Chapman na czele] przez wiele lat nic nie wskórali, tymczasem przedsiębiorca z firmy Arc Electronics raczej nie pobierał uposażenia z kasy Służby Wywiadu Zagranicznego czy GRU, tymczasem przeprawił do Rosji całkiem sporo”. Czy „na etacie” czy „nie na etacie” struktura zorganizowana przez Fiszenkę przesyłała towar do resortu obrony i do Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W aktach sprawy, jak twierdzi FBI, znalazł się list z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w którym odbiorca skarży się na kiepską jakość chipów i prosi o ich wymianę.
Wołodarski wyklucza, by Rosja była w stanie odpowiedzieć Amerykanom pięknym za nadobne i zatrzymać analogiczną liczbę szpiegów, polujących na rosyjskie rarytasy techniczne. „Pewnie wymienią ich na pseudoszpiegów, czyli najpewniej na rosyjskich uczonych” – przypuszcza ekspert. Jego zdaniem w wielu krajach świata – przede wszystkim Szwajcarii, Austrii i USA – działa wiele nielegalnych rosyjskich siatek, uprawiających nielegalny proceder: pranie brudnych pieniędzy, inwestowanie „wypranych” środków, polowanie na technologie, nielegalny przerzut do Rosji pozyskanych technologii. „Można mówić o swego rodzaju renesansie działalności szpiegowskiej w wykonaniu Rosjan” – twierdzi Wołodarski.
Przygruntowe przymrozki?
Wraz z powrotem Władimira Putina na Kreml w stosunkach Rosji z Zachodem zaczęło się robić coraz chłodniej. Nowy-stary prezydent demonstracyjnie nie wybrał się wiosną do Stanów Zjednoczonych na szczyt G8. Swoimi pierwszymi wizytami po zaprzysiężeniu zaznaczył, że droższe mu są Białoruś i Kazachstan, a zaraz potem Chiny. Żywiołowe protesty polityków i artystów z Zachodu wobec procesu członkiń zespołu Pussy Riot, który zakończył się wyrokiem skazującym, odbierane były przez oficjalną Moskwę z rozdrażnieniem. Podobnie jak wsparcie dla białego ruchu protestu. Duma przegłosowała ustawy uznające NGO przyjmujące zagraniczne granty za „agentów zagranicznych”. Ostatnio została wyrzucona z Rosji amerykańska agencja realizująca projekty rozwojowe USAID (rosyjski MSZ uzasadnił to posunięcie tym, że działalność agencji wykraczała poza deklarowane cele; jej wsparcie dla monitorowania wyborów uznano za instrument wpływu politycznego). Przyjaznych gestów jak na lekarstwo: „jesień idzie, nie ma na to rady”. A wraz z nią przygruntowe przymrozki.
Teraz nowy akord w antyzachodniej uwerturze. Rosyjska delegacja na Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy jeszcze przed wyjazdem na październikową sesję wysłała „znaczące sygnały”. Przewodniczący Dumy Siergiej Naryszkin oświadczył, że nie stanie na czele delegacji, jak było w planie i nie pojedzie do Strasburga, gdzie miał przedstawić jakieś tajemnicze „strategiczne propozycje” w fundamentalnej sprawie rozwoju europejskiego parlamentaryzmu. „W miarę zbliżania się terminu wyjazdu poczuliśmy, że moje strategiczne propozycje nie zostaną usłyszane przez szereg przedstawicieli Zgromadzenia Parlamentarnego i szereg liderów rusofobicznych delegacji”. Kim są owe delegacje rusofobów, pan Naryszkin nie uściślił. Z klasycznym manewrem wyprzedzającym wystąpił Aleksiej Puszkow, w przeszłości prokremlowski dziennikarz specjalizujący się w tematyce międzynarodowej, obecnie szef komisji spraw międzynarodowych Dumy. Zapowiedział, że jeżeli Rada Europy przeniesie monitorowanie Rosji na poziom komitetu ministrów Rady Ministrów Europy, to owo posunięcie znacznie skomplikuje stosunki Rosji z Rady Europy.
A Rada Europy pewnie przeniesie monitorowanie na wyższy szczebel, w każdym razie powinna. O co chodzi? Skąd te groźne pomruki niedźwiedzia? Otóż, Rada Europy wykazała zainteresowanie pospiesznie wprowadzanymi w Rosji ustawami, ograniczającymi swobody obywatelskie (nowela ustawy o zgromadzeniach publicznych, ustawa o działalności NGO, ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za oszczerstwo, planowana ustawa o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej za obrażanie uczuć religijnych – trochę się tego ustawowego towaru nazbierało). Czyż takie przyglądanie się poczynaniom rosyjskich władz, pilnie manipulujących przy pokrętle dokręcającym śrubę, to nie przejaw zaawansowanej rusofobii?
Być może Naryszkin nie tyle obawiał się o to, że nie zostanie usłyszany, ale o to, co sam mógłby usłyszeć w Strasburgu – na październikowej sesji ma zostać przedstawiony raport o dopełnianiu przez Rosję zobowiązań wynikających z członkostwa w Radzie Europy, a po przedstawieniu raportu planowane jest przyjęcie rezolucji. W dokumencie Rady Europy znalazła się krytyki procesu Pussy Riot, wzmiankowane powyżej nowe ustawy oraz wezwanie do zaprzestania prześladowania obrońców praw człowieka.
W redakcyjnym komentarzu na temat demarche Naryszkina internetowa Gazeta.ru napisała: „Rosyjskie władze wyraźnie postawiły na przykręcenie śruby wewnątrz kraju i wykorzystanie Zachodu w charakterze głównego wroga w propagandowej retoryce. Zachód stracił złudzenia co do możliwości demokratyzacji rosyjskiego reżimu, które powstały podczas prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Stanom nie przyniósł politycznych dywidend kurs na reset, Barack Obama raczej nie będzie się upierał przy kontynuowaniu tego kursu, jeśli pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję. Rosja politycznie odchodzi od Zachodu coraz dalej i dalej, Europa i USA nie mają żadnych sposobów, aby zawrócić Rosję z tej drogi”.
Tendencja odwracania się plecami do Zachodu, wchodzenia w przydeptane kamasze pochodzącej z czasów ZSRR antyzachodniej propagandy jest z jednej strony dla wielu osób z rosyjskiej wierchuszki powrotem do naturalnego stanu rzeczy, zgodnym z ich przekonaniami, przyzwyczajeniami, potrzebami. Ale z drugiej strony wiele osób z wierchuszki nie wyobraża sobie zamrożenia stosunków z Zachodem i opuszczenia nowej żelaznej kurtyny – bo co się wtedy stanie z tymi wszystkimi słodkimi pierniczkami zdeponowanymi tu i ówdzie na tym okropnym Zachodzie. Zabawa w przeciąganie liny może się okazać dla jej uczestników drogą przyjemnością. Ale o różnicach zdań w tej i innych sprawach w bliskim otoczeniu Putina – w następnych odcinkach.
Prawda czasu
Wielkie było poruszenie, gdy prezydent Dmitrij Miedwiediew wprowadzał „wieczny” czas letni i redukował strefy czasowe w Rosji z jedenastu do dziewięciu. Beneficjentem tych zmian miały być nie tylko krowy dojone o stałej porze niezależnie od pory roku, ale przede wszystkim masy pracujące. W tym masy pracujące w bankach i na giełdach, w urzędach i na pocztach, które przez redukcję stref miał dzielić mniejszy dystans czasowy. W kraju tak wielkim jak Rosja gdy jedni kładą się spać, inni właśnie wstają do roboty, „sprasowanie” stref czasowych miało zbliżyć rytm dnia w oddalonych regionach. Wbrew astronomii i fizjologii. Jak to w rosyjskich bajkach bywa, prezydent chciał jak najlepiej, a wyszło jak zwykle. W niektórych regionach na skutek zmian czasu ludzie wstawali w środku nocy, prowadzili dzieci do szkoły po ciemku i długo jeszcze budzili się dodatkowymi kawami w pracy. W wielu miastach (m.in. w Samarze, Pietropawłowsku Kamczackim) odbywały się „marsze z pochodniami”, podczas których protestowano przeciwko redukcjom stref czasowych i ciągłemu przechodzeniu „z czasu na czas”. Nawet sam ówczesny premier i kandydat na prezydenta Władimir Putin skarżył się, że zimą ciężko mu się wstaje. Projekt wstrzymania słońca i ruszenia ziemi w wykonaniu Dmitrija Miedwiediewa okazał się nieżyciowy.
Zmiany na cyferblacie były częścią modernizacyjnych projektów Miedwiediewa. Teraz trwa wielkie sprzątanie po tych nieśmiałych w gruncie rzeczy przymiarkach do innowacyjności. Duma Państwowa w ekspresowym tempie ma teraz przyjąć kolejną ustawę – tym razem o „wiecznym” czasie zimowym. Przewodniczący komisji zdrowia Dumy, Siergiej Kałasznikow wniósł projekt o przejściu na czas zimowy. Projekt zostanie zapewne błyskawicznie przyjęty, aby zdążyć ze zmianą czasu pod koniec października. „W rządzie przyjęto ten wniosek ze zrozumieniem – poinformował projektodawca Kałasznikow. – Proponujemy, by cofnąć wskazówki zegarków o godzinę, wtedy 54 regiony Rosji będą funkcjonować według czasu astronomicznego, ponadto sezonowe przechodzenie na czas letni zostanie uchylone”.
„Miedwiediew próbował wprowadzić czynnik czasu do polityki – czasu przyszłego. Za to zostanie politycznie wygumkowany. Nie było takiego czasu – prezydentury Miedwiediewa – jak w starożytnym Egipcie nie było rządów „zakazanych faraonów”. Ale imię Echnatona usunięto z kamiennych tablic dopiero po śmierci faraona, a Miedwiediew żyje i uczestniczy w „odmiediewowieniu”. Co więcej, nawet sam bierze w ręce narzędzia, aby pozbyć się wszystkiego tego, co jeszcze niedawno zwało się kursem Miedwiediewa” – napisał politolog Gleb Pawłowski, niedawny kremlowski guru, który był gorącym orędownikiem drugiej kadencji Miedwiediewa i za to orędowanie zapłacił stratą pracy na Kremlu.
Coś na rzeczy jest. 18 września podczas zwołanego w trybie nagłym wyjazdowego posiedzenia rządu w Soczi pod nieobecność premiera Miedwiediewa prezydent Putin postawił ministrów do pionu. Grzmiał, że budżet na przyszły rok nadaje się do kosza. Skrytykował szczególnie segment społeczny rządu, przypomniał, że na początku prezydentury wydał kilka dekretów w sprawach socjalnych i że należy je realizować. Dekrety były populistyczne i niemożliwe do pogodzenia z niezbyt sprzyjającą koniunkturą gospodarczą (zbyt mały wzrost gospodarczy wobec rozdętych obietnic socjalnych). Komentatorzy wywróżyli z tych fusów, że to wieszczy rychły koniec gabinetu Miedwiediewa. Kto wie. Za dwa dni mija rok od zapowiedzi słynnej roszady w radzie rejsu: ówczesny premier Putin powiedział z trybuny zjazdu partii władzy Jedna Rosja, że zamienią się z kolegą prezydentem miejscami. I jak powiedział, tak uczynił.
Miedwiediewa nie było w Soczi, Putin zrugał ministrów, nie samego premiera. Czy to coś znaczy? Nastąpił powrót do starego schematu: prezydent wydaje polecenia (często populistyczne i nierealistyczne), a potem publicznie rozlicza ministrów z ich wykonania, w razie niewypełnienia – udziela ostrej reprymendy, sam stroi się w szaty demiurga, bez którego nic w tym kraju nie działa. Prezydent wychodzi suchy z wody, główną winę ponoszą bojarzy, to znaczy w tym wypadku wysocy urzędnicy. Miedwiediew nadal pozostaje ważnym członkiem putinowskiego „Politbiura 2.0”, ale nie znajduje się już – jak twierdzą autorzy raportu o najbliższym otoczeniu Putina – w kręgu pierwszym, a na jego obrzeżach.
Some days after
Po kolejnym „marszu milionów”, który odbył się 15 września w kilku miastach Rosji (najliczniejszy marsz jak zwykle był w Moskwie) i zgromadził zwolenników opozycji, a przeciwników prezydenta Putina i spółki, trwa zbieranie opinii i refleksji. Entuzjazm zimowych i wiosennych demonstracji ulotnił się jak bąbelki z szampana, ale potrzeba protestowania nie zanikła – ludzi przyszło dużo (choć mniej, niż na poprzednie marsze). Wewnątrz obozu opozycji daje się zauważyć zwątpienie, do którego przyznają się głośno nieliczni. Zwątpienie w celowość walki z reżimem, który okopał się w kremlowskiej twierdzy i przykręca śrubę. Zwątpienie w adekwatność stosowanych środków walki politycznej. Pesymistów przybyło. Ale optymiści trzymają się i nie zamierzają wycofywać. „Przykręcanie śruby” nie zastraszyło ludzi, to dodaje otuchy – podkreśla pisarz Borys Akunin, zimą i wiosną wielki entuzjasta ulicznych protestów, teraz bardziej refleksyjny.
Jedności w obozie protestujących nie ma od początku – choć na demonstracje chodzą nadal wspólnie i radykalni lewicowcy pod wodzą Siergieja Udalcowa, i liberałowie, i nacjonaliści Biełowa, i prawowierni koncesjonowani komuniści. Tym razem też marsz był wspólny.
W Moskwie na prospekcie Sacharowa było 14-50 tysięcy ludzi (jak zwykle według danych MSW było mało, a według danych organizatorów – dużo). Kiedy patrzy się na zdjęcia (można obejrzeć je m.in. na blogu Borysa Akunina: http://borisakunin.livejournal.com/75274.html), liczba zgromadzonych robi wrażenie. Nadal większość uczestników dobrze się bawi dowcipnymi kostiumami, plakatami, transparentami, dotyczącymi aktualnych tematów. Po rozsławionym na cały świat locie prezydenta Putina na motolotni na czele stada śnieżnych żurawi, na demonstracji zjawiło się wielu uczestników z doklejonymi dziobami czy konstrukcjami wyobrażającymi lotnię.
Na trybunie miejsce zajęli najaktywniejsi protestujący, pojawiły się nie tylko stare, ale i nowe twarze. Niektórzy z tych, którzy zwykle występowali na poprzednich marszach, teraz wolało pozostać w tłumie. Przybył też m.in. Giennadij Gudkow, popierający protesty deputowany, którego pozbawiono w zeszłym tygodniu mandatu Dumy Państwowej za – jak głosiła oficjalna formuła – niezgodne z prawem łączenie mandatu parlamentarzysty z działalnością komercyjną (Gudkow ma firmy ochroniarskie, które w poprzednich kadencjach, kiedy protestów nie było, działały i nie przeszkadzały ich właścicielowi, byłemu wysokiemu oficerowi KGB zresztą, w zasiadaniu w fotelu posła, a od grudnia ub. roku zaczęły nagle przeszkadzać).
Aleksiej Nawalny wzywał: „Musimy chodzić na demonstracje jak do pracy”. Nie odpuszczać, naciskać. „Troszeczkę tęskniliśmy za szalonym pędem tamtych pierwszych demonstracji w grudniu ubiegłego roku, kiedy energia była wyczuwalna w powietrzu […] Udział w demonstracjach powinien stać się elementem obywatelskiej tożsamości” – napisał po demonstracji na blogu.
Nowością był udział licznej kolumny nauczycieli stołecznych szkół, protestujących przeciwko łączeniu szkół i mianowaniu na ich dyrektorów ludzi popieranych przez władze miasta. Obok zgłaszanych już podczas poprzednich akcji postulatów uwolnienia więźniów politycznych, powtórzenia sfałszowanych wyborów parlamentarnych i prezydenckich pojawiły się hasła społeczne: żądanie zamrożenia podwyżek opłat komunalnych, zwiększenia nakładów na opiekę zdrowotną, edukację, naukę, uproszczenia przepisów dotyczących organizowania strajków.
Obserwatorzy zwracają uwagę, że obecny format demonstracji jest mało atrakcyjny dla przedstawicieli klasy średniej, którzy stanowili bardzo liczną grupę podczas zimowych i wiosennych protestów, głównie związanych z podważaniem rezultatów sfałszowanych wyborów. A różnorodność ideologiczna przywódców i uczestników protestu nie pozwala na wypracowanie wspólnego programu czy choćby listy postulatów. Łączy ich nadal niechęć do Kremla.
A Kreml tymczasem już najwidoczniej uznał, że nie ma się czego bać: inteligencka opozycja w tym wydaniu nie wywoła rewolucji – ani białej, ani kolorowej. Można więc spokojnie pozwolić na demonstracje, na Hyde Park w centrum Moskwy itd. Ale problemy, które spowodowały w ostatnich miesiącach wstrząsy w rosyjskim życiu politycznym i społecznym, przecież nie zniknęły. Jak wróży były kremlowski guru, Gleb Pawłowski, przyszłość jest tak pełna niebezpieczeństw, że już nie ma się czego bać.
Rodzina, ach, rodzina
„Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma, samotnyś jak pies” – śpiewali Starsi Panowie. Prezydent Putin zapewne nie zna tej przepięknej piosenki. Szerokiej publiczności wiadomo, że prezydent ma rodzinę: żonę Ludmiłę i dwie córki, Marię i Katerinę (Jekatierinę). I tyle. Reszta, jak mawiają rosyjscy dziennikarze, jest tajemnicą numer 2 (tajemnicą numer 1 jest: ile forsy ma prezydent Putin).
Od co najmniej dwóch tygodni po Internecie krąży nowość, powtarzana przez rosyjską sieć za bułgarską stacją telewizyjną BTV, że w połowie sierpnia prezydent Putin za sprawą córki Marii został dziadkiem. Wnuk ma podobno na cześć dziadka nosić imię Władimir. Z rosyjskich mediów oficjalnych na powtórzenie tej szczęsnej nowiny odważył się jedynie najpopularniejszy tabloid „Moskowskij Komsomolec”. Służba prasowa prezydenta nie potwierdziła ani nie zdementowała informacji. Radio Swoboda informowało, że rosyjskie media mają szlaban na jej rozpowszechnianie.
Sprawy rodzinne to sprawy rodzinne – każdy powinien mieć prawo decydować, co opowiada czy pokazuje na zewnątrz, a co nie. Nie wszyscy chcą być na widoku, nie wszyscy chcą być na językach. To oczywista oczywistość. Z drugiej jednak strony we współczesnej polityce jednak rodzina jest ważnym elementem kształtującym wizerunek polityka. Ukrywanie wszystkich i wszystkiego też (złośliwi komentatorzy piszą, że Putin nadal gra w gry wywiadowcze, których uczono go w szkole KGB).
Na Zachodzie wiadomości o powiększeniu się rodziny są nie tylko podawane, ale wręcz rozwałkowywane przez wszystko, co może się uznać za medium, komentowane, omawiane, opiewane. Często stają się pożywką dla dowcipów, ale na ogół znacznie podnoszą ranking polityka (Francuzi żartują, że gdyby Carla Bruni urodziła bliźnięta, to Sarkozy wygrałby wybory). Prezydent Jelcyn uwielbiał pokazywać się z rodziną, zapraszał do domu ekipy telewizyjne na święta, dowcipkował w licznym gronie wnuków. Natomiast wiadomości o prywatnym życiu prezydenta Putina stanowią tabu. Niedostępne są nawet zdjęcia jego córek (ostatnie pochodzą sprzed kilkunastu lat), nie mówiąc już o możliwości ich ujrzenia gdziekolwiek czy, nie daj Boże, rozmowy. Nagabywany w sprawach rodzinnych przez dziennikarzy kilka miesięcy temu Władimir Władimirowicz powiedział, że one nie chcą być osobami publicznymi, to ich wybór i należy to uszanować. A dwa lata temu w rozmowie z Larrym Kingiem powiedział, że rodzina nie pokazuje się z nim w obawie przed zamachem terrorystycznym. Nikomu nie udało się zweryfikować słów prezydenta.
Jakiś czas temu petersburski tygodnik „Sobiesiednik” starał się ustalić, czy córki Putina faktycznie studiują na uniwersytecie w Petersburgu. Ich nazwiska figurowały wprawdzie na listach studentów, ale spośród grona kolegów i wykładowców nikt nie przyznał się dziennikarzom, że widział Putinówny na uczelni. Zachodnie media kilkakrotnie informowały o domniemanych zaręczynach, a nawet ślubach córek Putina. Maria miała wyjść za mąż w 2005 roku na wyspie Santorini za Holendra, architekta Jorrita Faassena, a Katerina, mieszkająca jakoby stale w Monachium, miała być zaręczona z Koreańczykiem, synem południowokoreańskiego dyplomaty. Inne „dobrze poinformowane źródła” donosiły o rzekomych ślubach z synem ministra obrony Rosji. Służba prasowa Kremla na ogół dementowała te doniesienia. Niektórych nie komentowała. Każda w tych rewelacji „musirowałas” przez kilka dni na różne sposoby przez różne media, a potem o wszystkim zapominano.
Zdaniem Michaiła Zacharowa z portalu „Polit.ru”, przedstawiciele putinowskiego Politbiura 2.0 nie chcą pokazywać swej ludzkiej twarzy, więcej: nawet starają się, by żadnych ich ludzkich cech nie demonstrowano nikomu z zewnątrz. „Pierestrojka zaczęła się od uchylenia rąbka tajemnicy – chodziło o pokazanie, że sekretarze i inni wysocy partyjniacy też są ludźmi. To się nie do końca udało, ale przynajmniej poczyniono jakieś starania w tym kierunku. […] Społeczeństwo interesuje się tym, co się dzieje w domach polityków. Każda plotka o życiu rodzinnym Putina wywołuje falę zainteresowania. I masę domysłów. Tak jak w czasach Leonida Breżniewa Moskwa ze smakiem plotkowała o jego córce Galinie, jej pijaństwie i romansach [co ciekawe, wtedy, w czasach ZSRR bujne życie Galiny Breżniewej było tajemnicą za siedmioma pieczęciami, tymczasem w zeszłym roku Rosjanie mogli obejrzeć serial telewizyjny poświęcony Galinie, ze wszystkimi skandalami, mężami, troskami taty itd., serial był wyrazem tęsknoty za czasami breżniewowskiego zastoju – AŁ]. Obecna elita nie chce żyć w postindustrialnym świecie, w którym transparentność – choćby z zastrzeżeniami, ale jednak – jest wymogiem chwili i zasadą gry”. Według Zacharowa ta sztuczna tajemniczość do niczego dobrego nie doprowadzi. Putin w dobrze pojętym swoim interesie powinien otworzyć się na kontakty ze społeczeństwem. Może wnuk mu w tym pomoże. O ile naprawdę się urodził.
Powrót gerontokracji
Do siedemdziesiątego roku życia będą mogli sprawować urzędy wysocy urzędnicy państwowi – taką poprawkę do ustawy o służbie państwowej wniósł do Dumy prezydent Władimir Putin. Obecnie obowiązuje bariera 60 lat, w wyjątkowych wypadkach głowa państwa może przedłużyć służbę danego urzędnika do 65 roku życia.
Bariera wiekowa dla urzędników została wprowadzona po rządach gerontokratycznego areopagu partyjnego Breżniew-Czernienko-Andropow. Szybko następujące po sobie pogrzeby-nominacje-pogrzeby radzieckich przywódców zyskały w narodzie prześmiewcze miano „wyścigów na katafalkach”.
Czemu Putin decyduje się na taką zmianę przepisów? Jak napisano w notatce skierowanej do deputowanych, chodzi o zatrzymanie na stanowiskach ważnych dla państwa osób wysokokwalifikowanych.
„Kooperatyw Oziero nieuchronnie się starzeje. Ta poprawka to swego rodzaju polisa ubezpieczeniowa na co najmniej dziesięć lat dla tych, którzy wraz z Putinem doszli do władzy, strach pomyśleć, 12-13 lat temu. Putin pokazuje nam, że zamierza rządzić jeszcze długo i nie zamierza zmieniać ludzi w najbliższym otoczeniu” – wskazuje Andriej Kolesnikow. Wielu towarzyszy walki i pracy Putina przekroczyło już sześćdziesiątkę, Władimir Władimirowicz sam za miesiąc skończy sześćdziesiąt lat. Od razu zaznaczmy, że przepis nie dotyczy prezydenta. To reguluje inna ustawa.
Dmitrij Miedwiediew starał się odmłodzić kadry kierownicze. Tworzył zasoby kadrowe, wybierał młodszych. „Wiekowa” inicjatywa Putina to kolejna akcja odwracania tego, co Miedwiediew w czasie swej quasi-prezydentury starał się zmieniać i przedsiębrać.
Jeszcze raz zacytuję cierpkiego Andrieja Kolesnikowa: „Wiek oczywiście nie jest najważniejszy. Wiele ważnych stanowisk wiceministrów czy szefów departamentów w ministerstwach zajmują ludzie czterdziestoletni – wykształceni, z doświadczeniem w biznesie, znajomością specyfiki regionów. I nikt nie przeszkadza im w robieniu kariery. Są jeszcze i tacy młodzi ludzie, którzy są gotowi wykonać każde polecenie każdego rządu, ludzie pracujący głównie w sferze państwowej PR, w orbicie administracji prezydenta. Są tak cyniczni, że może lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie trafili do służby państwowej”.
Opozycja nie posiada się z radości, śmieje się z poprawki i proponuje Władimirowi Putinowi, żeby już dziś przeniósł swój gabinet do mauzoleum na Placu Czerwonym i „pracował tam wiecznie”.
