Archiwum kategorii: Bez kategorii

Jeszcze słychać „Głos Biesłanu”

Przeciwko trzem kobietom z organizacji „Głos Biesłanu” (zrzeszającej krewnych ofiar zamachu na szkołę w Biesłanie, walczących o ustalenie winnych śmierci ofiar) osetyjska prokuratura wszczęła postępowanie karne. Kobiety miały się dopuścić pobicia komorników i sędziego. Dziś w stolicy Osetii Północnej Władykaukazie zakończyła się dwudniowa akcja protestu przeciwko działaniom prokuratury, protestowało sześćdziesiąt osób z „Głosu” . Kobiety mówią, że obiecano im zamknięcie tego absurdalnego śledztwa. Prokuratura na razie oficjalnie tego nie potwierdziła.

To postępowanie karne to kolejna próba wywarcia nacisku na kobiety, które walczą o uczciwe zbadanie przebiegu tragicznych wydarzeń w biesłańskiej szkole numer 1 i ustalenie winnych podjęcia błędnych decyzji podczas akcji uwalniania zakładników, które doprowadziły do śmierci kilkuset z nich.

W ubiegłym roku na podstawie – jak twierdzą członkowie „Głosu Biesłanu” –  sfałszowanych dokumentów zmieniono kierownictwo organizacji. Sądy w Osetii nie dopatrzyły się znamion fałszerstwa i zdecydowały o likwidacji organizacji w poprzednim składzie oraz rejestracji nowej organizacji pod tą starą nazwą, ale z mniej kłopotliwym kierownictwem.

Kobiety zwróciły się do trybunału w Strasburgu, oskarżają Federację Rosyjską o pogwałcenie prawa do życia i stronnicze śledztwo. „Odkąd złożyłyśmy tę skargę, naciski na nas się zwiększyły” – mówi jedna z nich Ella Kesajewa.

Miesiąc temu kobiety zostały oskarżone o działalność ekstremistyczną. Prokurator sąsiedniej Inguszetii dopatrzył się w publikacjach organizacji z 2005 r. „wypowiedzi o charakterze ekstremistycznym”. Zdaniem oskarżyciela, członkowie „Głosu Biesłanu” twierdzili, że prezydent Putin wspiera terroryzm.

Tymczasem prezydent Putin w ogóle nie zabiera głosu w sprawie zamachu w Biesłanie. Nie czuje się odpowiedzialny, nie widzi powodu, by przepraszać, nie widzi nawet powodu, by przypomnieć sobie tę tragedię, kiedy z zadowoloną miną podsumowuje na oczach całego świata osiem lat swoich prezydenckich galer. „Same sukcesy, żadnych porażek” – powiedział podczas konferencji prasowej na Kremlu.

A ten „Głos Biesłanu” psuje propagandową sielankę.

Teatr jednego aktora

Sztuka była wyjątkowo długa – trwała 4 godziny i 40 minut. Na scenie – prezydent Putin i jego sepleniący sekretarz prasowy. Na widowni – kwiat dziennikarstwa rosyjskiego i zagranicznego (około 1,5 tysiąca ludzi!). Atmosfera podniosła – to ostatnie takie przedstawienie w tym sezonie.

Prezydent Putin urządzał takie polityczne teatrum na Kremlu rokrocznie. Obok telekonferencji z narodem pompatyczne konferencje prasowe dla dziennikarzy wszystkich chętnych mediów były główną formą obcowania przywódcy z krajem i resztą świata.

Dzisiaj Władimir Władimirowicz był w świetnym humorze. Prezentował luz w każdym temacie. Najpierw podsumował swoje ośmioletnie rządy: „Nie dostrzegam żadnych poważnych porażek, wszystkie cele zrealizowane, zadania wykonane”. Potem potwierdził, że – o ile Miedwiediew zostanie wybrany na prezydenta – on sam zajmie stolec premiera. O wszystkim mówił lekko, łatwo i przyjemnie. Sypał dowcipami jak z rękawa. Żadnych problemów – życie płynie niewinnie i łagodnie. Przez osiem lat pracował jak galernik, a teraz widzi, że warto było, bo wszystko gra. Brawo.

 

Jeśli padało pytanie o Zachód, tarczę przeciwrakietową, bezpieczeństwo energetyczne, rosyjskie rakiety wycelowane w Ukrainę (jeśli ta wejdzie do NATO), obserwatorów zagranicznych, którzy nie przyjadą do Rosji oglądać tego, co nazwano wyborami prezydenckimi, Putin przybierał jeszcze bardziej luzacką pozę. Kpił, nabijał się, lekceważąco wzruszał ramionami, wszystko sprowadzał do tego, że to niezbyt istotne sprawy i niech sobie Zachód sam z nimi radzi, skoro taki mądry. Zachodni koledzy nawymyślają sobie różnych bzdur, a potem robią z tego problem. Obserwatorzy z ODIHR? „Kogo oni próbują uczyć? Niech swoją żonę uczą kapuśniak gotować”. Na Zachodzie piszą, że jestem szalenie majętnym człowiekiem? „Bzdura na resorach. Nie ma oczym mówić. Wydłubali sobie coś z nosa, rozmazali po swoich papierkach”.

Trąby. Kurtyna. Hamlet. Trąby.

Jedna dziennikarka obiecała, że podaruje prezydentowi walentynkę z okazji Święta Zakochanych, skoro nikt jeszcze mu nie podarował. Trąby.

Kurtyna opada z ulgą.

 

Nie dla twoich oczu

Rosjanie nie obejrzą w kinach amerykańskiego filmu Mike’a Nicholsa „Charlie Wilson’s War” (Wojna Charliego Wilsona) o wojnie sowiecko-afgańskiej na przełomie lat 70. i 80. Opowieść osnuta jest na prawdziwych wydarzeniach: zabiegi amerykańskiego kongresmana i bonvivanta Charliego Wilsona działającego pospołu z bogatą przyjaciółką antykomunistką spowodowały większe zaangażowanie służb specjalnych USA w konflikt. Zaangażowanie okazało się tak owocne, że wojnę Sowieci przegrali, wojska wycofali.

W czasie trwania konfliktu obowiązywała w ZSRR wersja „spełniania przez Armię Sowiecką internacjonalistycznego obowiązku w obronie afgańskiej demokracji”, przez długie lata skrzętnie ukrywano informacje o klęskach i ofiarach, „Afgan” był tematem tabu, i to nawet w latach gorbaczowowskiej pierestrojki. W czasie rządów Jelcyna o Afganistanie częściej mówiono w kontekście pokaleczonych losów żołnierzy, którzy brali udział w tej wojnie, niż o samej wojnie i jej konsekwencjach. W 2005 roku na ekranach rosyjskich kin pokazano film Fiodora Bondarczuka „Dziewiąta kompania”, zaakceptowany przez najwyższe czynniki państwowe. Atrakcyjny w warstwie plastycznej, brawurowo zagrany przez aktorskie gwiazdy przyciągnął miliony widzów. Był pierwszą filmową próbą zmierzenia się z tematem. Próbą w moim odczuciu nieudaną, bo nadmiernie przygiętą do obowiązującej ideologii państwowotwórczej. Film Bondarczuka miał pokazać, że „ta wojna” miała sens i swoje wielkie karty z uwagi na „internacjonalistyczny obowiązek”. Miał też pokazać, że „ta armia” ma sens i służba w niej to prawdziwa męska przygoda, a żołnierz sowiecki herosem był. W dobie, kiedy większość młodych Rosjan marzy, by od armii się uchylić, nie dostać się w łapy zwyrodniałych kaprali i wiecznie pijanych oficerów, to była sprawna agitka. Ale nic więcej.

Niemniej to musi najwyraźniej „w temacie Afganu” rosyjskiemu widzowi wystarczyć. O innym punkcie widzenia się nie dowie, chyba że kupi sobie piracką płytę DVD z filmem „Charlie Wilson’s War”. Dlaczego film nie trafi do rosyjskich kin? Gdyż niesie „ostry antysowiecki ładunek” – jak wyjaśnili przedstawiciele firmy dystrybucyjnej, dodając, że przede wszystkim na decyzji o nierozpowszechnianiu obrazu zaważyło to, że jego dystrybucja nie przyniosłaby odpowiednich zysków (o artystycznych walorach filmu – ani słowa).

Może coś w tym jest. Po co wyświetlać film, który może poruszyć serca i umysły, zadrażnić, sprowokować, wywołać dyskusję, rozdrapać bolesne rany? Teraz mamy kurs na zgodę wszystkich ze wszystkimi i na pompowanie balonu wielkiej historii wielkiej Rosji. Niemile widziane są wzmianki, że Rosja cokolwiek w historii zrobiła nie tak, że przegrała, że pomyliła się; nie ma w publicznej przestrzeni prób rozliczenia niesławnych epizodów. W historycznych laboratoriach znów obowiązują różowe okulary propagandysty, na dodatek ślepego na jedno oko.

 

Jak obserwować marsze zgody?

Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE odrzuciło dziś propozycję rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej, by rozpocząć misję monitorowania wyborów prezydenckich w Rosji 20 lutego. Rzecznik organizacji Curtis Budden oświadczył, że aby można było rozpocząć rzeczywistą misję przed wyborami, zaplanowanymi na 2 marca, do Moskwy powinno przyjechać przed 15 lutego co najmniej pięćdziesięciu obserwatorów.

Rosyjski MSZ wysoce dyplomatycznie wyraził ubolewanie z powodu odrzucenia przez ODIHR propozycji i nadzieję na dalsze rozmowy w sprawie przyjazdu obserwatorów.

Obserwatorzy z ODIHR nie przyjechali już do Rosji na akt głosowania, który odbył się 2 grudnia i był nazywany wyborami do Dumy Państwowej. I dziura w niebie się nie zrobiła – deputowanych wyłoniono, zasiedli już w ławach, ukonstytuowali się w komisje (zwane tam komitetami), piszą ustawy aż im się z łbów kurzy, działają, obradują. Dziwne dane o frekwencji przekraczającej sto procent w kilku regionach nikogo nie zbiły z pantałyku i nie zaszkodziły legitymizacji parlamentu. Czy kilkudziesięciu obserwatorów z biura OBWE mogłoby zmienić ten stan rzeczy?

 

Teraz do woli można obserwować wszystko, co dzieje się wokół organizacji aktu głosowania, który nazywany jest wyborami prezydenckimi – władze są otwarte, kandydat, namaszczony przez prezydenta na prezydenta, niemal codziennie spotyka się z potencjalnym elektoratem – biznesmenami (którzy go popierają), prawnikami (którzy go popierają), prawomyślnymi obrońcami praw człowieka (którzy w odróżnieniu od kilku dysydentów też go popierają) oraz zwykłymi ludźmi, którzy po kilkudziesięciu latach oczekiwania na mieszkanie dostali klucze w bloku zbudowanym pod auspicjami wicepremiera w obwodzie kaliningradzkim. Tak, ci, którzy dostali klucze, też popierają pana Miedwiediewa i na pewno oddadzą na niego głos. Miedwiediew jest codziennie w telewizji, odmówił więc wzięcia udziału w debatach telewizyjnych, o co apelowali pozostali kandydaci. No bo z kim miałby i o czym debatować? Z wielkim mistrzem rosyjskiej loży masońskiej Andriejem Bogdanowem, który może liczyć na 1 procent głosów?

Na wzór ruchu „Za Putina!”, który w krótkim życiu politycznej jętki miał za zadanie podciągnąć ranking wspieranej przez prezydenta partii „Jedinaja Rossija” w grudniowym głosowaniu i po którym wszelki ślad zaginął, organizowany jest teraz ruch „Rossija, wpieriod!” (Naprzód, Rosjo!). Ruch ma mobilizować elektorat do zagłosowania na Miedwiediewa, organizować wiece poparcia w regionach, a na kilka dni przed 2 marca – zwołać wielki mityng w centrum Moskwy. Obserwatorów może się najechać, ile dusza zapragnie.

 

Pożegnanie z onucą

Armia rosyjska zmienia umundurowanie. W ciągu najbliższych trzech lat żołnierze, oficerowie i generalicja zostaną wyposażeni w nowe mundury – polowe i paradne. Mundury mają być uszyte z materii szlachetniejszych, o fasonach eleganckich i przede wszystkim wygodne, praktyczne, z jednej strony nawiązujące do tradycji Armii Czerwonej, z drugiej – do wcześniejszych formacji, z trzeciej – do nowoczesnych rozwiązań stosowanych w armiach innych krajów. Rosyjscy żołnierze ostatecznie pożegnają się z legendarnymi onucami i buciorami do kolan, których noszenie i okazjonalne pucowanie do glansu było zmorą wszystkich pokoleń służących w wojsku. Ich miejsce zajmą skarpety i solidne buty na grubej podeszwie. Na paradnych mundurach generałów będzie więcej złotych haftów i szamerunków. Przygotowano też mundury dla kobiet. Między innymi kokieteryjne, noszone na bakier czapeczki obszyte srebrnymi karakułami, do kompletu – wcięte w pasie płaszcze ozdobione kołnierzykami-stójkami również ze srebrnych karakułów. I spódniczki nad kolanko (pamiętacie Marusię Ogoniok?). Jeden generał obecny na pokazie zorganizowanym w Ministerstwie Obrony, patrząc na zgrabne modelki prezentujące projekty, skomentował: „Przecież one mają 39 centymetrów w talii! A nasze baby w armii mają w pasie po półtora metra z okładem. Jak one będą w tym wyglądać?”. Autor kolekcji – znany projektant Walentin Judaszkin, wymuskany i ubrany jak z igiełki, chyba w ogóle nie wie, że na świecie żyją ludzie, których rozmiary nie przekraczają 90-60-90. Podobno pierwsze projekty mundurów jego autorstwa ociekały złotem, błyskotkami i mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Wojskowi podnieśli raban i powiedzieli, że takich strojów nosić nie będą. Prace nad uproszczeniem odjechanych pomysłów Judaszkina trwały jeszcze pół roku. Obecny na prezentacji w ministerstwie prezydent Putin, zwierzchnik sił zbrojnych wydawał się zadowolony z wysiłków projektanta i zaakceptował kolekcję.

Na razie nie podano do wiadomości, ile ma kosztować wymiana umundurowania. Podobna operacja w milicji w latach 2008-2009 ma kosztować 15,5 mld rubli, czyli ponad pół miliona dolarów, wydatki na ubranie armii będą na pewno wyższe. Ale Rosję stać ostatnio nie tylko na takie militarne szaleństwa.

Po raz pierwszy publicznie mundury zostaną zaprezentowane podczas Parady Zwycięstwa 9 maja na placu Czerwonym. Uroczystości mają mieć znowu – jak w latach Breżniewa – wielki rozmach. Złote epolety na generalskich mundurach na pewno będą pięknie błyszczeć w słońcu i przypominać światu o sile rosyjskiego oręża.

Stirlitz powraca

Wielka jest rosyjska nostalgia po dawnych czasach. Nowe mity wspierają się na starych wielorybach, między innymi na micie niezwyciężonej Armii Radzieckiej i jej bohaterskich żołnierzy. W tym segmencie szczególne miejsce zajmują wyczyny bojowników niewidzialnego frontu, jak w Rosji nazywa się funkcjonariuszy wywiadu. W czasach radzieckich mit ten ucieleśniał bohater najpopularniejszego serialu wyprodukowanego w ZSRR – Stirlitz z „Siedemnastu mgnień wiosny”. Stał się on postacią bajkową, jednocześnie bohaterem ludowym w rodzaju Robin Hooda, pin up boyem, radzieckim Spidermanem, wzorem do naśladowania i pożywką dla niezliczonej liczby dowcipów. Kiedy w latach siedemdziesiątych emitowano w telewizji kolejne odcinki „Siedemnastu mgnień wiosny” w reżyserii Tatiany Lioznowej, pustoszały ulice – wszyscy zasiadali przed telewizorami. Serial nadal ma status kultowego.

Teraz chce się zmierzyć z tą legendą nowy reżyser: Siergiej Ursulak przystąpił właśnie do zdjęć serialu o młodych latach Stirlitza. W młodego czekistę Isajewa wcieli się Daniił Strachow, moskiewski aktor, znany z ról w serialach. Strachow zaznacza, że jego bohater nie będzie posągowym myślicielem, a lekko zwariowanym zabijaką.

Prototypem postaci Standartenführera Stirlitza był Maksim Isajew, bohater książek Juliana Siemionowa. Scenariusz nowego czternastoodcinkowego serialu o młodym Stirlitzu oparty jest na trzech powieściach tegoż autora. Ostrogi prawdziwego lwa wywiadu Isajew-Stirlitz będzie zdobywać m.in. na Dalekim Wschodzie, rozpracowując tamtejszych białogwardzistów. Ursulak zarzeka się, że zrezygnuje z „czerwonego” nalotu zawartego w poprawnych pod względem sowieckiej ideologii powieściach i że nie będzie nawiązywał do serialu Lioznowej. To mam być przede wszystkim opowieść o tragicznych losach tych, którzy walczyli w wojnie domowej. Czy to aktualny temat dla Rosji? Wojna domowa to zawsze ogromna narodowa tragedia, kiedy brat walczy z bratem, walczy na śmierć i życie, okrutnie do granic możliwości. Dziś nie ma w Rosji klimatu do grzebania się w rzeczach niemiłych, zamówienie z góry i z dołu opiewa na historie heroiczne bez zmazy i skazy, bez wątpliwości, bez męczących dylematów. Znowu głównym bohaterem filmu, który obejrzy bez wątpienia cała Rosja, ma być człowiek „z organów”, zmyślny czekista, walczący z wrogami ludu, oddany sprawie. Bohater naszych czasów.

Serial powinien być gotowy do emisji w 2009 roku.

Włodzimierz Wysocki – 70 urodziny

 

Dziś stuknęłaby mu siedemdziesiątka.

Pozostaje idolem kolejnych pokoleń Rosjan i nie tylko Rosjan. Jego piosenki to kronika epoki Sowietów, to sumienie kraju, to i akt oskarżenia, i wyznanie miłosne, i dotknięcie odsłoniętych nerwów. „Korytarze kończą się ścianą”, „Ratujcie nasze dusze”, „Idiot ochota na wołkow”. A wszystko wykrzyczane, wyrwane z głębi trzewi, protest uwięzionego, niezgoda na zło, na zaciskanie łapy na gardle. Ale przecież i liryczne wyznania wychodziły Wysockiemu pięknie. I porady, jak sprawdzić w górach przyjaciela. Napisał kilkaset tekstów – wołających o wolność manifestów, żartobliwych scenek z życia zwyczajnego człowieka, piosenek o wojnie (napisanych tak, jak gdyby walczył od Lenino do Berlina), więziennych „błatnych” ballad (napisanych tak, jak gdyby pół życia spędził w więzieniach i łagrach), wyznań miłosnych, hymnów uwielbienia dla koni – wolnych rumaków z grzywą rozwianą.

Co dzisiaj wyśpiewałby charakterystycznym schrypniętym głosem?

Nie dożył pierestrojki (zmarł w lipcu 1980 roku), wielkich przemian, upadku Muru Berlińskiego, Jelcyna na czołgu w sierpniu 1991 roku, zachłyśnięcia wolnością, rozpadu ZSRR, wycofania Armii Radzieckiej z Afganistanu, oligarchów z ich kolosalnymi fortunami, wojny w Czeczenii, zamachów na domy mieszkalne w Moskwie i Wołgodońsku, „Kurska”, Nord-Ostu, Biesłanu, stłumienia wolności, zabójstwa Anny Politkowskiej.

Jak zagrałby dziś Hamleta – swoją najsłynniejszą rolę teatralną? Na scenie Taganki był duńskim księciem 371 razy. I nigdy nie miał wątpliwości. Był chyba jedynym na świecie Hamletem, który nie zadawał sobie pytania: być albo nie być. Wiadomo, że być, nie wiadomo tylko, jak. Zresztą, nawet i to wiadomo: mocno być. O co dzisiaj pytałby jego Hamlet z gitarą?

Wysocki żył na maksa. Chorował na wolność. Chorował na ambicję. Ciągle mu było duszno. Ciągle mu było wszystkiego mało. Nie podlizywał się władzom, nie spuszczał łagodnej zasłony miłosierdzia na podłości i podłostki – ani wielkich, ani małych. Sam święty nie był i może dlatego rozumiał, co się z człowiekiem dzieje, kiedy grzeszy. „No biezgriesznych nie znajet priroda” – napisał w pożegnalnej balladzie inny genialny rosyjski bard, Bułat Okudżawa.

Rosja kocha i czci swoich wspaniałych poetów. Wysockiego stawia się dziś na podium wielkich ulubieńców całego narodu: pierwszy – Puszkin, drugi – Jesienin, trzeci – Wysocki. Choć skończyła się epoka, której był bardem, jego pieśni nadal są aktualnie. Niosą i uniwersalne treści, ważne dla wszystkich zawsze, i odkrywają nowe znaczenia we współczesnym matriksie epoki upitych ropą czekistów.

Duża zawartość cukru w cukrze

Duża zawartość cukru w cukrze, czyli znowu o osobiennostiach nacyonalnych wyborow.

 

Wicepremier Dmitrij Miedwiediew, namaszczony na następcę Władimira Putina dobrotliwy patron programów społecznych i sprawny nadzorca przepływów finansowych w Gazpromie, cieszy się już osiemdziesięcioprocentowym poparciem elektoratu. Wedle najnowszych badań socjologicznego Centrum Jurija Lewady, prawie cała dorosła ludność Rosji pragnie w marcowym akcie głosowania poprzeć Miedwiediewa. To więcej niż osiągnął urzędujący prezydent w wyborach 2004 roku (Putin dostał wtedy 71 proc. głosów). Jak tak dalej pójdzie, w dniu elekcji Miedwiediew może otrzymać 109 procent głosów, jak w grudniowych wyborach parlamentarnych proprezydencka „Jedinaja Rossija” w gorliwej kaukaskiej republice Inguszetii.

Kampanii wyborczej de facto Miedwiediew nie prowadzi – nie organizuje ani wieców, ani spotkań z wyborcami, ani nie bierze udziału w debatach z konkurentami. Wystarczy, że codziennie ujmująco prezentuje się w telewizji jako wytrawny znawca problemów zwykłego człowieka. A to z troską pochyla się nad kołyską nowo narodzonego obywatela Federacji Rosyjskiej, a to odwiedza nowoczesne centrum kardiochirurgii i ze zrozumieniem ogląda aparaturę. Przedwczoraj wygłosił nijakie i gładkie wystąpienie programowe, w którym zapewnił spragnionych opieki państwa obywateli, że opiekę takową mają zagwarantowaną. Dobrze się dzieje i tak ma się dziać. Tako rzecze telewizja. Tako rzecze Miedwiediew w telewizji.

Wicepremier Miedwiediew ostatnio coraz częściej pojawia się publicznie w parze z prezydentem Putinem. Telewidz powinien się powoli przyzwyczajać do widoku dwóch miłościwie panujących władców, podobnie ubranych, podobnie zaczesanych, poruszających się podobnie żwawym krokiem i mówiących podobnym głosem w podobny sposób o podobnych sprawach. Prezydent Putin zapowiada, że nie zniknie z firmamentu. Nastąpi tylko oczekiwana zmiana miejsc: Miedwiediew na prezydenta, Putin na premiera. Swoją drogą ciekawe, czy ta przesiadka się uda. I czy deklarujący dziś politykę kontynuacji dzieła Putina Miedwiediew faktycznie podąży wyznaczoną koleiną, a Putin będzie mógł robić to, co zamierza.

 

Inni kandydaci pretendujący do fotela prezydenckiego mogą liczyć na kilka procent głosów: deklarujący nieodmiennie miłość do Lenina lider komunistow, Ziuganow – 9 proc. i przewodniczący LDPR, szpanujący wyleniałym radykalizmem, Żyrinowski – 8 proc. Jednym procentem poparcia musiałby się zadowolić Michaił Kasjanow, były premier, lider twardej opozycji antykremlowskiej. Gdyby pozwolono mu wystartować. Bo choć, jak widać, zagrożenie dla zwycięskiego Miedwiediewa jest z jego strony kolosalne, to Centralna Komisja Wyborcza na wszelki wypadek staje na rzęsach, żeby wyjawić przekręty na listach poparcia dla Kasjanowa i na tej podstawie wyeliminować go z wyścigu wyborczego. Jako jedyny reprezentant opozycji na karcie do głosowania będzie zapewne figurował Andriej Bogdanow, nieznany lider nieznanej kanapowej partyjki demokratycznej. Chyba tylko po to, żeby było i śmieszniej, i straszniej.

British Council w trybach przykrej wojny

Nagonka na British Council w Rosji jest kolejną odsłoną podjazdowej wojenki na linii Moskwa–Londyn. Zamknięcie dwóch oddziałów British Council – w Petersburgu i Jekaterynburgu – pod pretekstem nieprzestrzegania przez tę instytucję norm rosyjskiego prawa znowu podgrzało atmosferę wokół sprawy Litwinienki–Ługowoja, która rok temu stała się przyczyną zaostrzenia stosunków rosyjsko-brytyjskich.

Rosyjski MSZ wysłał teraz w stronę Londynu jednoznaczny sygnał: pozwolimy na wznowienie działalności British Council, jeżeli zostanie wznowiona współpraca antyterrorystyczna. Co można zrozumieć jako zachętę do wydania przez Londyn emisariusza „niepodległej Czeczenii-Iczkerii” Zakajewa i eks-oligarchy Borysa Bieriezowskiego oraz odstąpienia od wniosku o pociągnięcie Andrieja Ługowoja (dziś deputowanego Dumy Państwowej, cieszącego się immunitetem) do odpowiedzialności za podanie w Londynie radioaktywnej herbatki Aleksandrowi Litwinience.

Czemu Rosja zaognia stosunki z Londynem?

Gdyby władze Wielkiej Brytanii faktycznie zechciały odpowiedzieć pięknym za nadobne, to miałyby szerokie pole do popisu. „Porównajmy – pisze komentator rosyjskiej sceny politycznej Siemion Nowoprudski w internetowej „Gazecie.ru”. – Przecież to rosyjskie firmy zabiegają o wejście na londyńską giełdę, a nie brytyjskie na moskiewską, to przedstawiciele rosyjskiej śmietanki stale oblegają Londyn, a nie przedstawiciele śmietanki brytyjskiej Moskwę. To dzieci rosyjskich urzędników i biznesmenów uczą się i mieszkają w Anglii, a nie angielskich w Rosji.

I nie ma w tym nic dziwnego ani złego, że ludzie chcą się uczyć angielskiego i jeździć do wspaniałej Wielkiej Brytanii. To jest normalne. I tak powinno być”.

Na marginesie agresywnej postawy Moskwy wobec brytyjskiej instytucji kulturalnej można sobie zadać bardziej ogólne pytanie: dlaczego rosyjska elita polityczna tak zaostrzyła i stale zaostrza retorykę wobec Zachodu? I jeszcze: czy owo zaostrzenie przynosi korzyści? I do czego na dłuższą metę może doprowadzić?

Rosyjska elita polityczno-biznesowa uważa najwidoczniej, że może sobie pozwolić na jednoczesne obrażanie Zachodu (zyskuje to poklask w wielu środowiskach w kraju) i cyniczne korzystanie z przymiotów zachodniej cywilizacji: bezpieczne lokowanie pieniędzy w zachodnich bankach, kształcenie dzieci w elitarnych zachodnich szkołach, kupowanie nieruchomości na tym wstrętnym Zachodzie itd. Te przyjemności są jednak zastrzeżone wyłącznie dla najwyższej kasty. Zwykły obywatel powinien być przekonany o szpiegowskiej działalności British Council i wyższości sterowanej demokracji rosyjskiej nad demokracją zachodnią oraz wierzyć, że Zachód knuje podstępnie przeciwko Rosji i stąd się biorą wszystkie rosyjskie bolączki.

Rosyjsko-brytyjska wojna pod radioaktywno-szpiegowską flagą jeszcze zapewne potrwa. Miejmy nadzieję, że Rosjanie nie zapomną przez ten czas lekcji języka angielskiego pobieranych w British Council. Anglicy, którzy chcą poznać język Puszkina i Dostojewskiego, mogą się go uczyć wszędzie bez przeszkód. Tylko czy dobra znajomość języka wystarczy, aby osiągnąć porozumienie?

Na cenzurowanym

Półtora tysiąca przypadków pogwałcenia praw rosyjskich dziennikarzy zarejestrowała w roku 2007 Fundacja Obrony Jawności (Fond Zaszczity Głasnosti). Dla porównania – w 2006 roku odnotowano 1345 takich przypadków. Przedstawiciele fundacji zauważyli jednak i dobrą tendencję: z roku na rok coraz mniej dziennikarzy ginie na posterunku. Były lata, kiedy ginęło 20-30 dziennikarzy rocznie, w zeszłym roku zginęło ośmiu. Za to zwiększyła się liczba napadów na dziennikarzy i redakcje, dużo częściej pracownicy mediów są też zatrzymywani, aresztowani, przesłuchiwani. Liczba zatrzymań znacznie zwiększyła się w okresie poprzedzającym wybory.

Tyle sprawozdanie.

Jest jeszcze opinia eksperta, monitorującego sytuację w rosyjskich mediach, Olega Panfiłowa z Centrum Dziennikarstwa Ekstremalnego w Moskwie: „Zatrzymań i napadów było o wiele więcej, Fundacja nie o wszystkich została powiadomiona”. Wzrastają naciski na media, nawet na wolny dotychczas internet.

I jest jeszcze kilka pytań: czy w Rosji są media wolne od cenzury, za co i w jakich okolicznościach dziennikarze są zatrzymywani, czy są represjonowani za poglądy, czy mogą bronić swoich praw?

Ale czy da się odpowiedzieć na te pytania w sytuacji braku wolnych mediów? Kreml już dawno przykręcił wszystkie możliwe śrubki w mechanizmie mediów elektronicznych, ścisła kontrola dotyczy zwłaszcza telewizji – podstawowego źródła informacji o świecie dla znakomitej większości obywateli Federacji Rosyjskiej. Kontroli podlega przede wszystkim polityka informacyjna i publicystyka tv. Ale nawet programy rozrywkowe są pozbawione treści drażniących, satyrycy unikają poruszania tematów politycznych.

Pozostało kilka gazet, które mają odwagę pisać krytycznie o rządach Władimira Putina. Gazety to niszowe, docierające do wąskiego kręgu czytelników. Ale widocznie nawet na te niszowe wydawnictwa argusowe oko Kremla zaczyna spozierać coraz częściej. I to gniewnie. W grudniu np. nie wpuszczono na terytorium Federacji Rosyjskiej dziennikarki moskiewskiego tygodnika „The New Times”, autorki artykułu „Czarna kasa Kremla” (Natalia Morar jest obywatelką Mołdawii, a nie Federacji Rosyjskiej i to stanowiło podstawę odmowy wpuszczenia na terytorium FR). Czy to szykana za napisanie niewygodnego materiału? Nikt z oficjeli tego w taki sposób nie ujął – ot, wracająca z zagranicznej delegacji obywatelka Mołdawii nie została wpuszczona do Rosji i musiała polecieć do rodzimego Kiszyniowa. Przecież nic się nie stało – nie została zakuta w kajdany ani pobita przez „nieznanych sprawców”.

Media przydają się rządzącym do rozgrywek wewnątrz „grupy trzymającej władzę”. Pod koniec listopada, kiedy ważyły się losy wyboru następcy na kremlowskim tronie, w gazecie należącej do Gazpromu (wicepremier Dmitrij Miedwiediew jest członkiem władz koncernu) ukazał się materiał kompromitujący klan „siłowy”, uważany przez kremlinologów za antagonistyczny wobec grupy Miedwiediewa. Publikacje były świadectwem rozbieżności istniejących w łonie władzy, a nie tego, że media mogą sobie pozwolić na uchylenie rąbka tajemnic skrywanych w ciemnych kremlowskich korytarzach.

Społeczeństwo nie protestuje przeciwko kneblowi zakładanemu mediom (ostatnim masowym protestem była demonstracja przeciwko zamknięciu telewizji NTW w 2001 roku), masową świadomością nie wstrząsają nawet takie dramatyczne wydarzenia jak zamach na Annę Politkowską – symbol dziennikarskiego i obywatelskiego oporu przeciwko bezkarności władzy. Kwitnie glamour i rozrywka. Dziennikarze najwyraźniej dobrze rozumieją swoją sytuację: podobnie jak cała reszta powinni się trzymać z dala od polityki. A ci, co się trzymać mimo wszystko nie chcą, muszą się liczyć z tym, że słodyczy nie zaznają.