Przez kilka dni, kiedy w Kijowie miały miejsce wpierw demonstracje przeciwko wycofaniu się Ukrainy z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, potem pacyfikacja protestu, wreszcie niemal milionowa manifestacja oburzonych przemocą ludzi, Kreml milczał jak zaklęty. Rosyjska telewizja (i inne media też) poświęcała wydarzeniom na Ukrainie wiele uwagi – pokazywała reportaże z Majdanu, specjalni korespondenci opowiadali o wydarzeniach na ulicach ukraińskiej stolicy. Podkreślano przy tym, że protestujący łamią prawo, zachowują się agresywnie, atakują budynki rządowe, a Unia Europejska z Polską na czele ingeruje w wewnętrzne sprawy Ukrainy i podsyca bunt. Spekulowano, że na Ukrainie zostanie wprowadzony stan wyjątkowy. Znany z werbalnych i nie tylko werbalnych wybryków Władimir Żyrinowski mówił, że Zachód przerzuca na Ukrainę narkotyki i broń. Deputowany z Sewastopola na Krymie zapraszał rosyjskie wojska na ukraińskie ziemie w celu zaprowadzenia porządku.
Dziś głos w sprawie tego, co się dzieje w Kijowie, zabrał Władimir Putin: „Wydarzenia na Ukrainie przypominają nie rewolucję, a pogrom. Moim zdaniem, to jest mało związane z relacjami Ukrainy i Unii Europejskiej”. Putin wypowiedział się na ten temat w Erywaniu, gdzie z armeńskim prezydentem Sargsjanem omawiał perspektywy szybkiego włączenia Armenii do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu (świetlana droga dla Ukrainy?). Zdaniem rosyjskiego prezydenta Majdan jest lekkim falstartem – taki scenariusz rozkołysania nastrojów społecznych był przygotowywany na czas wyborów prezydenckich 2015. „To proces wewnątrzpolityczny, podjęta przez opozycję próba podważenia legalnej – podkreślam to, legalnej – władzy. Mało tego – to, co się obecnie dzieje, to nie całkiem jest rewolucja, a dobrze przygotowane akcje, a te akcje były przygotowywane nie na dziś, a na wiosnę 2015. […] To jasne jak słońce dla każdego obiektywnego obserwatora. Opozycja albo nie zawsze może skontrolować, co się dzieje, albo jest parawanem dla ekstremistycznych działań”. Prezydent Rosji zauważył też, że nikt nie zagłębia się w tekst porozumień z Europą. „Nikt niczego nie widzi i nikt niczego nie słyszy. Powiadają, że narodowi ukraińskiemu odbiera się marzenia. Ale jeśli przyjrzeć się treści tych porozumień, to do [realizacji] tego marzenia, a marzenie to zasadniczo rzecz dobra, wielu może nie dożyć”, bo warunki, jakie stawia Unia są kategoryczne i trudne. Rosja nie stawia warunków. „Chcę podkreślić, że niezależnie od tego, jaki będzie wybór narodu ukraińskiego, odniesiemy się do niego z szacunkiem”.
Znakomicie, szacunek to wspaniała rzecz, szczególnie chwalebna w polityce. Prezydent Putin na pewno ma respekt wobec tego, co się dzieje u sąsiadów. Do dziś nie wyleczył traumy po pomarańczowej rewolucji, do dziś nie pozbył się obaw, że pomarańczowa zaraza dotrze pod bramy Kremla. Sytuacja jest dziś zasadniczo inna niż dziewięć lat temu. I na Ukrainie, i w Rosji. Ale osad najwyraźniej pozostał. Znamienna jest chęć wytłumaczenia wydarzeń na Ukrainie zakulisowymi działaniami ciemnych zagranicznych sił (wiadomo kogo).
W wielu komentarzach w rosyjskich portalach społecznościowych powtarzały się porównania pomiędzy scenariuszem ukraińskim i wydarzeniami w Rosji po wyborach do Dumy i wyborach Putina. „My w Moskwie wyszliśmy na ulice, na placu Błotnym 6 maja 2012 roku trochę nas spałowali, postraszyli, zaaresztowali, wybiórczo skazują w pokazowych procesach i myśmy podkulili ogon pod siebie i wycofaliśmy się. Nic się nie zmieniło. A Ukraińcy, jak ich Berkut pobił na Majdanie, zareagowali wielkim oburzeniem – na ulice wyszedł milion ludzi. U nas nie do pomyślenia” – konstatują rosyjscy blogerzy. Ale to może dobry temat na oddzielny tekst. A teraz jeszcze wróćmy do realpolitik.
Na linii Moskwa-Kijów znowu zapachniało gazem. Do przestrzeni medialnej na zmianę przedostają się komunikaty, że sprawa ceny rosyjskiego gazu dla Ukrainy będzie przedmiotem negocjacji, a zaraz potem rosyjskie władze zapewniają, że Ukraina nie powinna oczekiwać zmiany taryfikatora. Dziś wicepremier Igor Szuwałow wypuścił kolejny balon próbny. Powiedział, że jeżeli Ukraina podejmie decyzję o wstąpieniu do Unii Celnej, to otrzyma w tym atrakcyjnym pakiecie również korzystniejszą cenę gazu. Ten lep niższych cen gazu to nie nowina. Moskwa już coraz bardziej jednoznacznie określa „linie brzegowe”: Ukraina w ramionach Unii Celnej = niższe ceny rosyjskiego gazu dla Ukrainy. A jak nie, to nie.
Ciekawe, czy Władimir Władimirowicz widział jeden z licznych na Majdanie transparentów: „Putin, hands off Ukraine”. Raczej nie. Bo pierwszy program rosyjskiej telewizji unika pokazywania takich drastycznych napisów, a pan prezydent zdaje się oglądać tylko ten program.
Archiwum kategorii: Bez kategorii
Poetka sumienia
Odeszła Natalia Gorbaniewska. Jedna z tego niewielkiego grona, które 25 sierpnia 1968 roku „wyszło na plac” z transparentami „Za naszą i waszą wolność”, „Ręce precz od Czechosłowacji”, „Hańba okupantom”. Protest pod murami Kremla przeciwko wprowadzeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji był heroicznym krzykiem przyzwoitego człowieka, który nie dał się stłamsić okrutnemu reżimowi. Natalia Jewgienjewna przyszła na plac Czerwony z maleńkim dzieckiem w wózku. Zatrzymana wraz z innymi uczestnikami, tego samego dnia została wypuszczona (ze względu na dziecko). O tym, co się stało na placu, poinformowała dziennikarzy zachodniej prasy. Joan Baez poświęciła jej piękną piosenkę „Natalia”.
„Obywatele, protestujący w sierpniu 68 na placu Czerwonym przeciwko okupacji Czechosłowacji […] przejawili ludzką solidarność i ogromne osobiste męstwo. Ich czyn cenię wysoko jeszcze i z tego powodu, że oni doskonale zdawali sobie sprawę, czego mogą oczekiwać od władzy sowieckiej. Dla obywateli Czechosłowacji ci ludzie stali się sumieniem ZSRR” – napisał w czterdziestolecie akcji Vaclav Havel.
W 1969 roku Gorbaniewska została aresztowana i skierowana na przymusowe leczenie psychiatryczne. Wyszła dopiero w 1972 r. Swoje doświadczenia z pobytu w psychuszce opisała w eseju „Bezpłatne leczenie”.
Natalia Gorbaniewska pisała piękne wiersze. Tłumaczyła. Kochała polską literaturę – przełożyła na rosyjski Marka Hłaskę, Sławomira Mrożka, Tadeusza Konwickiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
W wierszu poświęconym Czesławowi Miłoszowi napisała:
I wtedy pokochałam te wiersze obce,
których dźwięk różnym uszom zgrzytał i trzeszczał,
i z tego wzięły się moje liczne nieszczęścia
i szczęścia. Więc odtąd jestem zawodowcem,
przysięgłym tłumaczem, który nocami
zapomnianym słowem rosyjskim ów szczebiot
próbuje, szeleszcząc Dala stronicami
i mamrocząc jak nad księgą wróżebną.
Ten wiersz przetłumaczył Wiktor Woroszylski. Ponadto jej wiersze na polski tłumaczyli m.in. Stanisław Barańczak i Adam Pomorski.
Od 1975 roku mieszkała w Paryżu, pracowała tam w emigracyjnych pismach. Była członkiem redakcji czasopisma „Nowaja Polsza”. W 2005 roku przyjęła polskie obywatelstwo.
Byłą pierwszą redaktorką „Kroniki Wydarzeń Bieżących” – biuletynu samizdatu, poświęconego prześladowaniom politycznym w ZSRR. Angażowała się w sowiecki ruch dysydencki, potem – w ruchy obywatelskie w Rosji. Ostatnio była członkiem komisji społecznej zajmującej się zbadaniem okoliczności wydarzeń 6 maja 2012 roku na placu Błotnym (procesy uczestników demonstracji ciągną się do dziś, władze próbują dowieść, że demonstranci użyli siły w stosunku do policji i złamali prawo).
„Była zadziwiająco wzruszająca – taka maleńka, taka krucha, z dziecinnym uśmiechem rozjaśniającym twarz. Nie wyglądała na personifikację bohaterstwa, a przecież była niezłomna” – napisał we wspomnieniu Lew Rubinstein.
„Jeszcze serce – jak zając, uchodzący zygzakiem”. Dziękujemy, Pani Natalio.
Putin na Mons Vaticanus
„Zachód nie jest już chrześcijański” – powiedział w wywiadzie dla tygodnika „Ogoniok” drugi człowiek w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, metropolita Hilarion. Hilarion odwiedził w pierwszej połowie listopada Watykan, gdzie został przyjęty przez papieża Franciszka. W rozmowie poruszono kwestie sytuacji chrześcijan na Bliskim Wschodzie (Hilarion wizytował Liban i podzielił się z Ojcem Świętym wnioskami).
I właśnie sytuacja chrześcijan na Bliskim Wschodzie – i w ogóle sytuacja w tym regionie świata – była jednym z tematów wczorajszej rozmowy podczas audiencji, jakiej Papież udzielił prezydentowi Władimirowi Putinowi. Skąpe komunikaty oficjalne po rozmowie świadczą o tym, że Rosja starała się zyskać poparcie Watykanu dla swojej polityki w kwestii syryjskiej. Papież Franciszek w czasie wrześniowego szczytu G20 w Petersburgu, na którym decydowały się sprawy interwencji w Syrii, wystosował do Putina list z wezwaniem do działania na rzecz pokojowego rozwiązania i uniknięcia krwawej rzezi. Wczorajsza rozmowa była nawiązaniem do tamtego gestu.
To czwarta wizyta Putina w Watykanie. Żaden z papieży, z którymi się spotykał rosyjski lider, nie doczekał się dotychczas zaproszenia do Rosji. Zwierzchnik Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej patriarcha Cyryl (a wcześnie patriarcha Aleksy) ciągle nie jest gotowy, by gościć na swym terytorium kanonicznym głowę Kościoła zachodniego. A Putin za każdym razem powtarza, że zaproszenie dla papieża z pominięciem patriarchy byłoby niefortunne.
Wróćmy na chwilę do znamiennych słów z wywiadu Hilariona: „Zachód nie jest już chrześcijański”. Moskwa od momentu, gdy Putin powrócił na Kreml, obrała kurs na konserwatyzm. Jednym z kluczowych filarów tej konserwatywnej budowli jest wskrzeszenie (nienowej) idei „Moskwa – Trzeci Rzym”. W myśl tej koncepcji, jedynym nosicielem prawdziwych wartości chrześcijańskich jest święta Rosja; Zachód od dawna przeżera zgnilizna moralna, a więc w górę chorągwie prawosławia, ostoi wiary. W propagandowym ujęciu Kremla należy przeciwstawić się nihilizmowi Zachodu, występującemu w obronie gejów, transseksualistów, małżeństw osób tej samej płci itd.
Oddzielną sprawą jest to, jak ten ideologiczny towar, ubrany w szaty wyglądające na religijne, zostanie kupiony przez rosyjskie społeczeństwo. Społeczeństwo zlaicyzowane. Kryzys rodziny, wielka liczba rozwodów, wielka liczba aborcji, patologie wyrosłe na tle alkoholizmu – wiele jest tych grzechów. Aspirowanie do roli nauczyciela moralności dla upadającego pod brzemieniem zepsucia Zachodu wydaje się cokolwiek wątpliwe. Ale to temat na oddzielną rozprawę. I to obszerną.
A teraz jeszcze słów kilka o kulisach wizyty. Niedawno pisałam o tym, że prezydent Putin ma taki firmowy charme: spóźnia się na umówione spotkania, czy to prywatne, czy to służbowe. Wczoraj na audiencję u Papieża też się spóźnił. Pięćdziesiąt minut. Papież czekał. Zacytuję blogera Andrieja Malgina, który zestawił informacje o wczorajszej wizycie z różnych źródeł. „Sekretarz prasowy Putina Dmitrij Pieskow wskazał, że spotkanie Władimira Putina z Papieżem Franciszkiem w formacie sam na sam trwało dwa razy dłużej, niż zaplanowano. Po 35-minutowej rozmowie prezydent przedstawił Pontifexowi członków delegacji. Pieskow nie wychodzi z roli. Jeszcze wczoraj wszystkie, absolutnie wszystkie oficjalne źródła informowały, że spotkanie ma potrwać godzinę. Nawet po tym, jak samolot prezydenta wylądował z opóźnieniem w Rzymie, Pierwyj Kanał i Głos Rosji nadal mówiły, że spotkanie potrwa godzinę. Wszystkie włoskie media podały, że Putin spóźnił się na spotkanie z Papieżem 50 minut. […] A spóźnił się nie dlatego, że samolot przyleciał pół godziny później, a dlatego że z lotniska Putin nie pomknął prosto do Watykanu, a wpierw utknął w hotelu The St. Regis Rome. I nie wychodził z niego, dopóki policja nie rozegnała zgromadzonej u wejścia demonstracji z plakatami „Wolność dla Pussy Riot!”. Na marginesie, to po drodze do Watykanu [prezydent] miał okazję zobaczyć taki sam napis na wywieszce przy bazylice św. Wawrzyńca. […] Tak czy inaczej Putin się spóźnił. Papież miał zatem dla niego nie godzinę, a pół. I po tym wszystkim wychodzi Pieskow i mówi, że spotkanie trwało dłużej, niż planowano. Że to niby Papież nie mógł się rozstać z takim przyjemnym i rozumnym rozmówcą. Ciekawe też, dlaczego Pieskow, opowiadając o serdecznym przyjęciu przez Papieża, nie dodaje, że do spotkania doszło na skutek usilnych próśb strony rosyjskiej”.
I jeszcze jedna ciekawostka z pobytu Putina w Rzymie. Włoska prasa spekuluje, że „drug Silvio” Berlusconi zostanie przez „druga Wołodię” Putina mianowany ambasadorem Federacji Rosyjskiej przy Stolicy Apostolskiej. Immunitet dyplomatyczny pomógłby Berlusconiemu uniknąć kar orzeczonych w procesach o deprawowanie nieletnich i unikanie płacenia podatków. Przyjaciele Silvio i Wołodia spotkali się nieformalnie (Putin zajechał do Berlusconiego do domu), żadnego komunikatu jednak na razie nie wydano.
Plac Europejski w Kijowie już jest
Kiedy dwa dni pisałam poprzedni wpis blogowy poświęcony sytuacji po komunikacie rządu Ukrainy o wstrzymaniu przygotowań do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, zakończyłam stwierdzeniem, że obecne zgromadzenia uliczne przeciwników tej decyzji (po tysiąc-półtora tysiąca uczestników), które nazwano doraźnie „euro-Majdanem”, nie mogą się liczebnością równać z pomarańczowym Majdanem sprzed sześciu lat. Przynajmniej na razie. „Na razie” potrwało niedługo. Już dziś na ulicach i placach Kijowa i wielu innych miast Ukrainy zebrały się tłumy. Tłumy porównywalne z tamtym Majdanem.
Demonstranci zarzucają władzom, że zawieszając prace nad podpisaniem umowy, dopuściły się zdrady interesu narodowego. Liderzy opozycji wzywają do demonstrowania co najmniej do 28 listopada, kiedy rozpocznie się wileński szczyt Partnerstwa Wschodniego. Jeśli umowa nie zostanie wtedy podpisana, protest zostanie przedłużony, „do skutku”. Władze zwołały „antyprotest”, na który dowożono autokarami zastępy pracowników sfery budżetowej, a zatrzymywały autokary, którymi jechali ludzie na euro-Majdan. Samolot, którym lider partii UDAR Witalij Kliczko, wracał z konsultacji na Zachodzie, nie dostał pozwolenia na lądowanie w Kijowie (w końcu wylądował w Krzywym Rogu, skąd Kliczko dojechał do Kijowa samochodem). Pod siedzibą rządu oddziały Berkutu użyły wobec demonstrantów gazów łzawiących. Doszło do kilku incydentów (m.in. pod pomnikiem Lenina). Ale generalnie protest przebiegał bez przeszkód. Na placu Europejskim stanęło kilka namiotów postawionych przez partie opozycyjne.
Z komentarzy, które jeszcze w piątek obficie lały się w ukraińskich (i nie tylko ukraińskich) mediach, wynikało, że klamka zapadła – Ukraina nie podpisze umowy z Europą w Wilnie i już. Potencjał protestu wydawał się wtenczas większości obserwatorów na tyle niewielki, że nie warto było zwracać na ten aspekt uwagi. Ale życie pisze znacznie ciekawsze scenariusze niż politolodzy. Nic w tej rozgrywce nie jest ani proste, ani jednoznaczne.
Premier Ukrainy Mykoła Azarow powiedział dziś, że Rosja nie obiecała Ukrainie 20 mld dolarów za niepodpisywanie umowy z UE. Według jego słów jedynym zyskiem Kijowa byłoby utrzymanie wymiany handlowej z Rosją. I dodał, że Rosja obiecuje wznowienie negocjacji w sprawie spornych kontraktów gazowych. Kreml nie skomentował na razie ani tych słów premiera, ani stutysięcznych protestów w Kijowie i wielotysięcznych zgromadzeń w innych miastach.
To bardzo ciekawy moment. Do 28 listopada może się wiele zdarzyć.
Umowa, Julia i wybory 2015
Oglądałam w ubiegłym tygodniu program rosyjskiej stacji telewizyjnej Pierwyj Kanał „Politika” poświęcony perspektywom podpisania przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Przez godzinę dziesięciu interlokutorów – politolodzy, deputowani, ekonomiści – dyskutowało, a właściwie próbowało się nawzajem przekrzyczeć. Często trudno było zrozumieć, co kto mówi, emocje sięgały zenitu. Prowadzący Piotr Tołstoj próbował nad tym harmidrem zapanować – bez powodzenia. Loża krytyków marszu Ukrainy na Zachód obficie toczyła pianę, zagłuszając próby przedstawiania argumentów przez lożę zwolenników tegoż marszu. „Ukraina zachowuje się jak nałożnica!” – dowodził schrypniętym falsetem politolog Siergiej Markow. „Od Ukrainy na odległość wali prowincją” – recenzował z pełnym wyższości uśmiechem dziennikarz-killer Siergiej Dorienko. „Ukrainą rządzi Waszyngton” – padło z kilku ust odwieczne twierdzenie wielbicieli teorii spiskowych. „A co wy [Ukraino niefrasobliwa na Zachód idąca] zamierzacie Europie sprzedawać?” – próbował się dowiedzieć od grupy zwolenników prowadzący Tołstoj, dając wyraz własnym wątpliwościom, czy Ukraina jest w stanie być partnerem Europy, mającej tak wysokie wymagania.
W ogólnym tumulcie i podniecie co rusz ginęło meritum. I na dobrą sprawę całkiem zginęło.
Tydzień później w tym samym studiu w programie „Politika” spotkało się dziesięciu innych dyskutantów, a omawiano tym razem tragiczne wydarzenie: katastrofę lotniczą w Kazaniu, w której zginęło kilkudziesięciu pasażerów. Rzeczowo i spokojnie analizowano przyczyny wypadku. Nikt nie wrzeszczał, nikogo nie rozgrzewały do białości urągające warunki techniczne maszyn, przemęczenie załóg latających na liniach wewnętrznych, kiepski poziom przygotowania pilotów. Choć tak na zdrowy rozum, ta sprawa powinna przecież wywołać znacznie większe emocje (bo dotyczy życia i bezpieczeństwa obywateli) niż spór polityczny. Nie wywołała. Znamienne.
Wczoraj na linii Bruksela-Kijów-Moskwa nastąpił zwrot akcji – na tydzień przed planowanym na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie podpisaniem umowy stowarzyszeniowej Ukraina zawiesiła przygotowania do tego aktu. Prezydent Janukowycz tłumaczył to Europie naciskiem i szantażem ze strony Rosji (bariery handlowe). Europa zastygła w zdumieniu – komisarz Fule odwołał wizytę na Ukrainie. Dziś prezydent Putin stwierdził, że to Europa szantażuje Ukrainę. A Rosja? A Rosja tylko broni swoich interesów. Julia Tymoszenko, której tymczasowe wypuszczenie z więzienia na leczenie było jedną z najważniejszych kart w grze Kijowa z Brukselą, zaapelowała do prezydenta Janukowycza, by nie zważając na nic podpisał umowę z UE. Janukowycz gra ryzykowną partię szachów: poświęcenie królowej może mu dać szansę na wygranie kampanii o reelekcję w 2015 roku – unieszkodliwiona Julia w takim razie nie będzie rywalką w walce o fotel prezydencki. Ale co dalej?
Jakiś czas temu odbyło się spotkanie Janukowycza z Putinem. Panowie porozmawiali sam na sam. O czym – nikt pary nie puścił. Domysłów było sporo: o perspektywach obniżenia cen rosyjskiego gazu dla Ukrainy, o jakimś mitycznym kredycie dla przeżywającej niełatwe czasy ukraińskiej gospodarki. Jednym słowem: coś za coś. Czy to już wtedy zapadły decyzje w sprawie Wilna? Tego nie wiadomo. Potem jeszcze było spotkanie premierów Rosji i Ukrainy. I nadal nic konkretnie nie wiadomo. Transakcja w toku.
Ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow nie ma wątpliwości, że podczas tych sekretnych spotkań Rosja obiecała Janukowyczowi pieniądze. „Duże pieniądze. A pieniądze są Janukowyczowi potrzebne. Na załatanie […] budżetu. Na kampanię wyborczą w 2015 roku. Na walkę z opozycją, która teraz okrzepnie. Putin, zapewne, jest bardzo zadowolony: chciał powstrzymać Ukrainę od dokonania europejskiego wyboru, i mu się to udało. Ale tak naprawdę Ukrainę stracił – dlatego że ludzie będą teraz wiązać krach swoich nadziei nie tylko z Janukowyczem, ale i z Rosją. Nie należy ulegać iluzji, że za rosyjskie pieniądze Ukraińcom będzie się żyć lepiej – dlatego że za rosyjskie pieniądze nie udaje się żyć lepiej nawet samym Rosjanom. Poza tym te pieniądze zostaną banalnie rozkradzione”.
Rosyjski komentator Anton Oriech na stronie rozgłośni radiowej Echo Moskwy wywodzi w innym trochę duchu: „Po niespodziewanej wolcie Ukrainy Europejczycy powinni się cieszyć, że mają jeden problem z głowy. A Rosja i Ukraina powinny pracować nad zbliżeniem we wszystkich sferach. Dlatego że jesteśmy sobie bliscy, rozumiemy się nawzajem i znajdujemy się mniej więcej na tym samym poziomie rozwoju. Ale żeby to zbliżenie było korzystne, niezbędne są dwie rzeczy. Ukraina powinna się przestać nas bać, a my powinniśmy zacząć ją szanować. To tak samo trudne, jak dla Ukrainy zdobycie pozycji pełnoprawnej części Europy Zachodniej. Wychodzi na to, że nikt nie wygrał. I nie ma się z czego cieszyć”.
W Kijowie powstało nowe słowo: euro-Majdan. Zwolennicy kursu na integrację Ukrainy z UE skrzyknęli się na spontaniczne manifestacje uliczne. Ale z liczebnością pomarańczowego Majdanu dzisiejsze zgromadzenia nie mogą się żadną miarą równać. Przynajmniej na razie.
Spóźnienia prywatne i polityczne
Ludmiła Putina wspominała, że w czasach narzeczeńskich, gdy umawiała się z Władimirem Władimirowiczem na randki, on spóźniał się permanentnie. Godzina to było ‘małe miki’, czasem pani Ludmiła czekała dłużej. Czekała, czekała, denerwowała się, płakała, ale czekała. ‘Brał mienia izmorom’ – podsumowała.
Spóźnienia prezydentowi najwyraźniej weszły w krew. Po jego ostatniej wizycie w Korei Południowej tamtejsza prasa napisała: „Prezydent Władimir Putin zachował się nieładnie – aż pół godziny spóźnił się na spotkanie z panią prezydent Park Geun-hye i zmienił program wizyty […] Seul i Moskwa uzgodniły 1 listopada, że Putin przyjedzie do Korei we wtorek i środę, ale kilka dni później Kreml zażądał, by pobyt skrócić do jednego dnia. To oznaczało m.in., że rząd miał w bardzo krótkim czasie powiadomić wszystkich zaproszonych na oficjalny obiad gości, że program ulega zmianie. Rosyjski prezydent nie przedstawił żadnych wyjaśnień’. Powściągliwi i dyplomatycznie grzeczni Koreańczycy musieli być wściekli, skoro w powściągliwej i dyplomatycznie grzecznej oficjalnej gazecie napisali o wizycie wyczekiwanego gościa tak obcesowo. Putin miał załatwić podczas wizyty kilka ważnych spraw, Moskwa z coraz większym zainteresowaniem patrzy na Wschód. To ma być kierunek przyszłej ekspansji gospodarczej, rozwoju itd. Czy zjednał sobie koreańskich partnerów? Owszem, dostał od nich czarny pas i dziewiąty dan w taekwondo (choć tej dyscypliny nie uprawiał; złośliwcy zaraz zauważyli, że to o jeden dan więcej niż Chuck Norris), ale czy to wystarczy, by rozwijać stosunki handlowe?
Pół godziny to ‘małe miki’. Koreańscy komentatorzy przypomnieli, że na spotkanie pani prezydent z panem prezydentem w kuluarach szczytu G20 we wrześniu tego roku Putin spóźnił się dwie godziny. ‘Brał izmorom’. Według dobrze poinformowanych źródeł pani prezydent Korei była bardzo zmęczona, mimo to nie dała po sobie tego poznać, była uśmiechnięta i nastawiona na dialog. Natomiast Putin siedział z szeroko rozstawionymi nogami (to wyrażenie zostało w koreańskiej prasie podkreślone) i spiesznie przeczytał z kartki przygotowane zawczasu formułki.
Zdaniem psychologów, mężczyzna siada z szeroko rozstawionymi nogami, gdy nie ma nic więcej do zaoferowania światu – może demonstrować w ten sposób tylko to, że należy do męskiej połowy ludzkości. Pan prezydent często prezentuje się swoim rozmówcom w takiej ‘rozchełstanej’ pozie. Ma to w zamyśle podkreślać zapewne jego luz i niezależność, „pańskie” zachowanie kogoś, kto nie musi się z nikim liczyć. To z nim wszyscy mają się liczyć. Choć według większości obserwatorów to jedynie kiepskie maniery.
Firmowe spóźnienia Władimir Putin zaprezentował już wielu swoim rozmówcom (jest takie słynne powiedzenie z czasów Aleksandra III; „kiedy rosyjski car łowi ryby, Europa może poczekać”; „Forbes” uznał Putina niedawno za najbardziej wpływowego człowieka na świecie, do carskiego tronu blisko, coraz bliżej). Ostatnio „ćwiczenie spóźnieniem” na przykład zastosowano podczas majowej wizyty sekretarza stanu USA w Moskwie – najpierw ‘potrzymano’ Johna Kerry’ego w korku ulicznym z powodu próby parady z okazji Dnia Zwycięstwa, a potem jeszcze trzy godziny w korytarzu na Kremlu. Posiedzenia rządu, takich czy innych ciał, z którymi spotyka się prezydent, wiecznie się ‘obsuwają w czasie’, z powodu jak wyżej.
Plotkarskie źródełka internetowe przypomniały, że Władimir Władimirowicz przybył do Korei w pierwszą rocznicę ślubu swojej młodszej córki Kati z synem byłego attache wojskowego ambasady Korei w Moskwie, Yonn Joon-won. Chociaż ani o ślubie, ani o koreańskim mężu żadnych oficjalnych potwierdzonych informacji nie było. Top secret.
Terroryzm jako choroba przenoszona drogą płciową
Radykalni islamiści działający w Moskwie i okolicach zastosowali nowy typ broni. Atrakcyjny młodzieniec zawierał znajomości z nieatrakcyjnymi dziewczętami. Z bukietem kwiatów i czekoladkami wyznawał miłość, obiecywał matrymonialne złote góry, zdobywał zaufanie. Gdy dziewczyna gotowa była skoczyć za nim w ogień, wyjawiał jej, że należy do islamskiego podziemia, jest fanatycznym bojownikiem i oczekuje, że ona także przejdzie na islam i ramię przy ramieniu stanie do walki. Gdy gołąbeczka zgadzała się na wszystko i stawała się równie jak oblubieniec fanatyczną islamistką, bojownik wywoził ją na południe. Tam odkrywał karty: „proszła lubow, zawiali pomidory”, nie kocham cię, ale walczmy z niewiernymi. I przekazywał w sprawne rączki kompanów. Zdaniem prowadzących śledztwo policjantów, dziewczęta znajdujące się pod silnym wpływem „narzeczonego” mogły być szykowane na wykonawczynie zamachów samobójczych.
Atrakcyjny młodzieniec Aleksandr Gołombic sam był konwertytą, przyjechał do podmoskiewskiej Bałaszychy z Ukrainy, wstąpił do organizacji At-Takfir wal-Hidżra, zajmującej się propagandą radykalnego islamu (organizacja została uznana przez rosyjski Sąd Najwyższy za ekstremistyczną, jej działalność jest zakazana na terytorium Federacji Rosyjskiej). Został zatrzymany, gdy z kolejną podopieczną zamierzał udać się do kolegów z oddziału.
Policji udało się ustalić na razie personalia czterech zwerbowanych dziewcząt. Co ciekawe, trzy z nich oświadczyły, że nie mają zamiaru wracać do domu, do Moskwy, do rodziców, chcą zostać z nowymi znajomymi, wyznawcami radykalnego islamu. Na powrót zdecydowała się tylko jedna.
Nowy typ werbunku jest stary jak świat. Według klasyfikacji Czapajewa z radzieckich dowcipów, to prawdziwa broń biologiczna. Historia Aleksandra Gołombica i jego ofiar uświadamia, że radykalne podziemie islamskie sięga po różne, coraz to nowe metody werbunku. Pranie mózgu jest w cenie. Już nie „czarne wdowy” – kobiety, owładnięte żądzą odwetu za śmierć męża, ojca czy brata. Ostatnie zamachy adeptów radykalizmu z Kaukazu wskazują na rozszerzenie działalności i zmianę profilu potencjalnego zamachowca. Bracia Carnajewowie, którzy dokonali zamachu na maraton w Bostonie, to przykład werbunku i radykalizacji ludzi mieszkających na Zachodzie. Sprawczyni niedawnego zamachu w Wołgogradzie od siedmiu lat mieszkała w Moskwie, była wykształcona, pracowała, prowadziła normalne życie i nagle okazuje się, że jest „smiertnicą” obwiązaną pasem szahida.
Którzy odeszli – 2013, część trzecia
Wspomnienie trzecie chciałabym poświęcić ojcu Pawłowi Adelgejmowi, duchownemu prawosławnemu, dysydentowi z czasów radzieckich i krytykowi nieprawidłowości w odradzającej się Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.
Pochodził z rodziny zruszczonych Niemców, dziad i ojciec (poeta) zostali rozstrzelani w latach stalinowskich represji. Po aresztowaniu matki wychowywał się w domu dziecka. Potem mieszkał wraz z matką w Kazachstanie na przymusowym osiedleniu. Uczył się w seminarium duchownym w Kijowie, został zeń relegowany z motywów politycznych. Ukończył Akademię Duchowną w Moskwie. W 1969 r. został aresztowany i skazany na trzy lata kolonii karnej za „oszczerstwa pod adresem ustroju radzieckiego”, w 1971 r. podczas niepokojów w kolonii stracił nogę (według świadków, ktoś mu w tym „pomógł”). Od 1976 r. był proboszczem parafii Niewiast Niosących Wonności w Pskowie. Założył szkołę dla regentów chórów cerkiewnych i sierociniec. Był autorem wielu publikacji i prac teologicznych, m.in. „Dogmatu o Cerkwi w kanonach i praktyce”.
Krytycznie patrzył na zaprzedanie ideałów wiary przez wyższą hierarchię cerkiewną, służącą jego zdaniem, nie Bogu i wiernym, a świeckim władzom państwowym. Był jednym z nielicznych prawosławnych duchownych, którzy stanęli w obronie skazanych na wysokie wyroki dziewczyn z Pussy Riot. „Nabożeństwo punkowe [Pussy Riot] nie wzięło się znikąd – mówił – to był protest przeciwko sojuszowi rzeczy z gruntu sprzecznych: aparatu państwowego z organizmem cerkiewnym, wolności z przemocą, miłości z merkantylizmem. Ta sytuacja została sprowokowana przez państwo, które gardzi opinią publiczną, oraz przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną, która odwróciła się od ludu Bożego. […] Jeżeli organy ochrony porządku publicznego naruszają prawa i swobody obywateli, to gdzie można się zwrócić na skargę? Prawne środki obrony nie istnieją. […] Państwo działa wbrew konstytucji, a RCP – wbrew kanonom i tradycjom. […] Zwykły człowiek nie ma w Cerkwi nic do gadania: albo bierz, co dają, albo odejdź. Cerkiew opiera się nie na Ewangelii, a na strukturach siłowych państwa, pozbywając się niepokornych”.
Przez wiele lat ojciec Paweł Adelgejm toczył spór z biskupem pskowskim Euzebiuszem (zarzucał hierarchom wystawne życie, nieliczenie się z wiernymi). W 2008 r. został przez biskupa pozbawiony probostwa w parafii Niewiast Niosących Wonności.
6 sierpnia tego roku zginął od ciosu nożem we własnym domu. Zaatakował go 27-letni niezrównoważony psychicznie gość, któremu ojciec Adelgejm miał pomóc w odzyskaniu równowagi. Miał 75 lat.
Rok wcześniej w wywiadzie dla portalu Slon mówił: „W Cerkwi nikomu nie jestem potrzebny. Nie tylko nie jestem potrzebny, ale nawet jestem wielce niepożądany. W każdej chwili mogą mnie stamtąd wyrzucić. Czekam na to ze spokojem. Mam swoje lata. Pożyję może pięć, może dwa lata, może rok. A może umrę jutro. To nie jest ważne. Ale żal mi tych młodych kapłanów, którzy nie mają żadnych perspektyw ani żadnych praw”. W jednym z ostatnich tekstów pisał: „Nieważne, ile w Patriarchacie będą mówić o złotych kopułach cerkwi. To naprawdę nieważne. Bo te złote kopuły wyrażają tylko siłę władzy cerkiewnej i wzrost budżetu cerkiewnego zasilanego przez struktury państwowe. A życie duchowe jest niszczone. Celowo niszczone przez Patriarchat. […] Przyjaźń państwa i Cerkwi to katastrofa. Katastrofa dla Cerkwi”.
Diakon Andriej Kurajew w swoim blogu napisał po śmierci ojca Adelgejma: „Odszedł ostatni wolny kapłan Patriarchatu Moskiewskiego”.
Którzy odeszli – 2013, część druga
W części drugiej tegorocznych pożegnań – ludzie polityki.
23 marca w willi niedaleko Ascot w hrabstwie Berkshire znaleziono w łazience ciało Borysa Bieriezowskiego. Śmierć nastąpiła na skutek powieszenia. Policja nie stwierdziła śladów przemocy. Śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn śmierci nadal się toczy. Jednym z najbardziej prawdopodobnych motywów jest samobójstwo.
„Mnie to się wydaje, że on ma ogon, tylko zasłania go dłuższą marynarką” – powiedziała kiedyś moja znajoma, przyglądająca się z bliska poczynaniom Borysa Bieriezowskiego. Tak w czasach Jelcyna postrzegała Bieriezowskiego duża część rosyjskiego społeczeństwa. On sam dbał o swoją reputację demona. Podstęp, nagły zwrot przez rufę, diabelski spryt – to było instrumentarium, które pozwoliło mu w latach gorącej transformacji lat 90. zbić fortunę i zająć poczesne miejsce blisko tronu. Był mistrzem mistyfikacji, więc – jak utrzymuje wielu wnikliwych kremlinologów – również rozpowszechniona opinia, że to on pociąga za sznurki na Kremlu, była jego kreacją na użytek zewnętrzny. Owszem, należał do wąskiego kręgu przy Jelcynowskiej Familii, owszem, odgrywał w niej ważną rolę. Ale to nie on podejmował decyzje. Jego dochodzenie do majątku, ostre gry w biznes i politykę w latach 90. zostały drobiazgowo opisane i przez przyjaznych mu literatów, i przez analityków, i przez wrogów. Na podstawie jednej z książek, autorstwa Jurija Dubowa, powstał film „Oligarcha”. Główny bohater – Płaton (po emigracji do Wielkiej Brytanii Bieriezowski zmienił formalnie nazwisko na Płaton Jelenin) – wymyśla genialny w swej prostocie „akcelerator”, pozwalający na zrobienie szybkiej kasy. To „numer” zaczerpnięty z arsenału pomysłów Bieriezowskiego. Z wykształcenia matematyk (miał tytuł doktora habilitowanego, był członkiem korespondentem Rosyjskiej Akademii Nauk) biznes poddawał analizie matematycznej. Ale jego żywiołem był nie tyle biznes, ile intryga. O jego zamiłowaniu do towarzystwa pięknych kobiet i dziewcząt (jedna z jego „pasji” miała zaledwie czternaście lat) wiecznie rozpisywały się brukowce na całym świecie. Metodę analizy matematycznej Bieriezowski próbował zastosować również w polityce. Ale w 2000 r. coś w tym równaniu nie wyszło. Pod jedną z niewiadomych Bieriezowski podstawił nieodpowiednie wartości. Bieriezowski trąbił, że to on jest autorem „projektu Putin”, że to on wyznaczył na następcę ciężko chorego, ustępującego prezydenta Jelcyna młodego, lojalnego wobec Familii następcę. Czy rzeczywiście tak było? Nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiemy. Ale fakt, że Bieriezowski obnosił się z tym, ile Putin mu zawdzięcza, stało się jednym z najważniejszych powodów powodem ich rozłamu. Przede wszystkim jednak Bieriezowski nie zrozumiał nowych reguł gry, chciał nadal mieć władzę. Jak niepyszny musiał jednak unosić głowę z Rosji – przeciwko niemu wszczęto kilka postępowań o malwersacje. W 2003 r. uzyskał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii. I dalej walczył z „krwawym reżimem Putina”. A reżim wysłał za nim list gończy. Bieriezowski próbował nadal stosować swoją maksymę „Kupić można wszystko. Trzeba tylko znać cenę”. No więc płacił za swoje pomysły, które miały nasolić Putinowi. W wywiadach dla brytyjskiej prasy chwalił się, że finansuje przeciwników Kremla. W 2005 r. utrzymywał, że przekazał pokaźne sumy na sfinansowanie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, też na złość Kremlowi. Udzielał pomocy uciekinierom z Czeczenii – przeciwnikom Ramzana Kadyrowa. Jego cień towarzyszył sprawie zabójstwa byłego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Litwinienki, otrutego polonem w Londynie w 2006 r. Zdaniem brytyjskich śledczych (i samego Bieriezowskiego), sprawcami śmierci byli funkcjonariusze FSB Andriej Ługowoj i Dmitrij Kowtun. Śledztwo trwa nadal. Co jakiś czas w prasie pojawiały się też wieści o przygotowywanych zamachach na życie Bieriezowskiego.
W kwietniu 2012 r. Bieriezowski ustanowił nagrodę w wysokości 50 mln rubli za aresztowanie Putina, później zwiększył kwotę do 500 mln. Ciągle się z kimś procesował, m.in. z autorem książki „Ojciec chrzestny Kremla” amerykańskim dziennikarzem Paulem Chlebnikowem (zginął w zamachu w Moskwie w 2004 r.) czy brytyjską gazetą „Eurobusiness”, która wskazywała na powiązania Bieriezowskiego z zabójstwem deputowanego Dumy Państwowej Siergieja Juszenkowa. W sierpniu 2012 r. zakończył się proces, w którym Bieriezowski pozwał Romana Abramowicza, zarzucając mu oszustwo i złamanie umowy dżentelmeńskiej w sprawie sprzedaży firmy Sibnieft’ i domagając się zadośćuczynienia w wysokości 5,6 mld dolarów. Bieriezowski był pewien wygranej. Bez żenady opowiadał o porządkach panujących w szalonych latach dzikiej prywatyzacji, na widoku publicznym odbywało się pranie politycznych i biznesowych brudów Rosji (pisałam o tym procesie w blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2011/11/12/dwaj-przyjaciele-z-sibniefti/). Ale Bieriezowski proces przegrał. Po przegranej Bieriezowski popadł w depresję i w tarapaty finansowe. Według wielu komentatorów właśnie to stało się powodem targnięcia się na życie. Wokół jego życia i śmierci nadal jest wiele znaków zapytania.
I jeszcze jedno wspomnienie – 11 lutego zmarł Rem Wiachiriew, nazywany „gazowym królem Rosji” wieloletni szef Gazpromu (do 2001 roku), bliski współpracownik twórcy Gazpromu, premiera Wiktora Czernomyrdina. W latach 90., gdy państwowa kasa świeciła pustkami, Wiachiriew wspomagał rząd – Gazprom zawsze miał pieniądze. Wiachiriew i Czernomyrdin dzięki wpływom i układom na górze przeprowadzili prywatyzację Gazpromu na korzystnych dla siebie zasadach (wymyślonych i narzuconych przez siebie). Po 1998 r., kiedy Czernomyrdin przestał być premierem, Wiachiriew stracił przemożny wpływ na decyzje podejmowane w sprawie Gazpromu, ale utrzymał stanowisko szefa gazowego giganta. Wraz z przyjściem do władzy Putina wycofał się na ciche, najwyraźniej z góry upatrzone pozycje. W niedawnym wywiadzie wspominał: „Kiedy Putin się dowiedział, że chcę odejść, strasznie się ucieszył”. Wiachiriew nie rzucał się w oczy, a nowa ekipa nie szarpała go za klapy. Zachował akcje Gazpromu (wartości ok. 13 mln dolarów). W 2004 roku po cichu zniknął z listy najbogatszych Rosjan sporządzanej przez Forbesa. Zmarł w swoim podmoskiewskim majątku z powodu niewydolności krążenia. Został pochowany na cmentarzu Wostriakowskim w Moskwie.
Którzy odeszli – 2013, część pierwsza
Zwyczaj wspominania zmarłych 1 i 2 listopada jest tradycją polską (katolicką). Rosjanie odwiedzają groby bliskich w trzeci dzień po Wielkanocy lub w sobotę poprzedzającą Zielone Świątki. Zbierają się też na „pominki” trzy, dziewięć i czterdzieści dni po śmierci osoby bliskiej. Ale ja tutaj przypomnę tych, którzy odeszli w tym roku, zgodnie z tradycją polską.
Aleksiej German, reżyser filmowy, 75 lat. „Jestem wariatem – nieustannie myślę tylko o kinie” – mówił nie bez kokieterii. Stworzył jedne z najważniejszych rosyjskich filmów. „Próba wierności”, „Dwadzieścia dni bez wojny”, „Mój przyjaciel Iwan Łapszyn”, „Chrustalow, samochód!” i ostatni, niedokończony „Trudno być bogiem” (na podstawie powieści braci Strugackich). Nad każdym filmem pracował wiele lat, cyzelował scenariusz, z pietyzmem odnosił się do najdrobniejszego detalu. Legenda głosi, że wszystkie przedmioty, które „zagrały” w „Chrustalowie”, musiały być autentyczne: i meble, i filiżanki, i deski klozetowe wiszące na gwoździach w korytarzu pod wspólną dla mieszkańców komunałki toaletą. Te detale tworzyły atmosferę. German był mistrzem autentyczności. W jego filmach nie ma ani grama fałszu. Krytycy mówili, że jego czarno-białe obrazy są jak dokumenty.
W tych dniach na festiwalu filmowym w Rzymie w ramach światowej premiery filmu „Trudno być bogiem” zostanie wręczona nagroda specjalna za całokształt twórczości dla Aleksieja Germana. Odbiorą ją żona Germana Swietłana Karmalita i syn Aleksiej German jr., również świetny reżyser filmowy. To wydarzenie bez precedensu – po raz pierwszy w historii europejskich festiwali nagrodę przyznano nieżyjącemu reżyserowi.
W jednym z wywiadów na pytanie „czego się pan boi?”, odpowiedział: „Snów w nocy z czwartku na piątek. Ostatnio śniło mi się, że Swietłanę [żonę] wpuścili do raju, a mnie nie. Ten człowiek, podła gadzina, z budki przy bramie raju wysunął głowę i mówi: – Nie zakryłeś worków celofanem. Ja mu odpowiadam: – Wszystko mi pan poplątał. A on wsiadł na mój rower i odjechał. Stoję przed tą budką sam, a Swietłana idzie sobie do raju i nawet się nie odwróci”.
Do bram raju zapukał też reżyser Aleksiej Bałabanow , lat 54, twórca zmienny, kontrowersyjny, poszukujący własnego języka, niespokojny, wkurzony na świat. Mówił rzeczy ważne i nieprzyjemne. Programowo odrzucał upiększanie na ekranie – wręcz przeciwnie, dotykał brzydoty, podłości, rozkładu. Z obrzydzeniem, ale i spokojną konstatacją, że tacy jesteśmy. Pisałam o nim i jego filmach w tym blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2010/01/10/rzeka-tredowatych/; http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/05/19/aleksiej-balabanow-in-memoriam/).
W kwietniu odszedł grafficiarz, scenograf, artysta street artu Pasza183, P183, Paweł Puchow, lat 29. Nazywany był „rosyjskim Banksym”. Przyjaciele Paszy183 nazywali Banksy’ego „angielskim Paszą183”. Sam Banksy poświęcił mu graffiti (http://lenta.ru/news/2013/04/08/banksy). O przyczynach śmierci w tak młodym wieku nic nie wiadomo. (http://labuszewska.blog.onet.pl/tag/pasza183/).
